Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mandarynki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mandarynki. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 stycznia 2018

Korzenny syrop mandarynkowy

Wiecie, co Wam powiem (a raczej - napiszę)...? Ja już nie wiem, jak się nazywam. I wcale nie chodzi mi o to, że kilka miesięcy temu wyszłam za mąż i ciągle mi się myli, bo zapobiegliwie zachowałam nazwisko panieńskie, męża tylko dodając na końcu. I teraz, jak się podpisuję, nijak nie mogę się zmieścić w wyznaczonym miejscu. Bo choć imiona mam krótkie, to nazwiska... Literek nikt nie żałował. I teraz mam. Ale za to jak z rozbiegu zaczynam pisać panieńskie, to nie ma wtopy. Coś za coś. Inaczej się w życiu nie da.

Ostatnimi czasy w moim życiu priorytetem stał się sen. Udaje mi się złapać go tak mało, że ciągle chodzę pół przytomna. Stwierdziłam więc w końcu, że cała reszta się nie liczy, a ja muszę się wyspać. Chociaż raz w tygodniu. 
Może w przyszłym się uda...? W zeszłym bowiem, choć bardzo się starałam, nic z tego nie wyszło. Bo poza pracą i dojazdami do rzeczonej, chciałabym jeszcze z Mężem pobyć, z psami na spacer wyjść, ciasto upiec i książkę poczytać. Tak; nie albo, ale i. Bo dlaczego ciągle muszę wybierać...? 
Po całym tygodniu i nocach krótszych niż pięć godzin stwierdziłam, że to jednak był głupi pomysł. Nieważne spacery; książki poczekają, a C. sam się sobą zająć umie. Ja muszę spać!

I nie śpię. Bo znów zdecydowałam, że ugotowanie obiadu dla C. i przygotowanie dla niego deseru jest ważniejsze (w końcu chłopak był wczoraj w pracy czternaście godzin, to coś mu się od życia należy, prawda...?). I teraz już tylko czekam na weekend. I będę spać i błogo leniuchować. A makaroniki? Myślicie, że poprzekładają się same...?

W mojej ulubionej misce miałam kilogram mandarynek. Ale po Świętach jakoś straciłam na nie apetyt; już nie mają w sobie tej magii. Stwierdziłam więc, że zrobię konfiturę, taką jak Natasza. Po obraniu dwóch mandarynek z białych błonek stwierdziłam jednak, że nie mam cierpliwości ani całego dnia na zabawę, wycisnęłam więc z pozostałych sok i przygotowałam syrop. I wiecie co? To był doskonały pomysł! Czarna herbata z takim syropem smakuje obłędnie. Do tej pory wypijałam dziennie całe litry; okazało się jednak, że mogę wypić jeszcze więcej! Syrop jest wyraźnie mandarynkowy, z lekką nutą korzennych przypraw. Mówię Wam - coś cudownego! I jak pięknie pasuje do śniegu za oknami...

Korzenny syrop z mandarynek z Cointreau


Składniki:
(na 3 słoiczki)
  • 1 kg mandarynek
  • 500 g cukru
  • sok z 1 cytryny
  • 1 gwiazdka anyżu
  • 4cm kawałek kory cynamonu
  • 4 kapsułki kardamonu
  • 2cm kawałek imbiru (świeży lub suszony)
  • 175 ml Cointreau

Z mandarynek wycisnąć sok, zachowując jak najwięcej miąższu. Przelać do garnka, dodać cukier i sok z cytryny, zagotować. Zmniejszyć ogień, dodać anyż, cynamon, lekko zgniecione kapsułki kardamonu i imbir. Gotować przez 30 minut. Po tym czasie dodać likier, wymieszać, gotować bez przykrycia aż do osiągnięcia pożądanej konsystencji.
Gorący syrop przecedzić, przelać do wyparzonych słoiczków, ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

I wybaczcie, że znowu tak zrzędzę, ale... To z niewyspania. Jak już się wyśpię, wymaluję tak optymistycznego i radosnego posta, że... Sama jeszcze nie wiem co. Ale będzie super!

czwartek, 21 grudnia 2017

Piernik bananowy i róża z karmelu

Uff... Szczerze mówiąc, nie wiem już, w co ręce wkładać. I bynajmniej nie mam na myśli przygotowań do Świąt - za te ledwo się zabrałam w miniony weekend, i póki co, nie mam nawet czasu myśleć o tym, jak bardzo nie jestem w świątecznym nastroju.
Plan zajęć na ostatni tydzień szkoły wypełniony jest po brzegi. Zaczęliśmy od rzeźby z karmelu, czyli mozolnego zamieniania najzwyklejszego w świecie cukru w substancję nie tylko płynną, ale dającą się formować (lepiej lub gorzej, w zależności od stopnia wtajemniczenia). Moja wizja legła w gruzach (dosłownie); ratowałam się więc planem awaryjnym: drzewem i różą. I, muszę nieskromnie przyznać, z tej ostatniej jestem dumna; drugie podejście, a prezentuje się naprawdę nieźle. Co prawda palce nadal pieką mnie niemiłosiernie, ale czego się nie robi dla sztuki...


Kiedy uporałam się z płatkami, gałązkami i listkami, najwyższy czas było zabrać się za deser. Komponentów mam całkiem sporo (dziewięć), więc jest nad czym pracować. Wersja 5.0 sorbetu buraczanego w końcu okazała się strzałem w dziesiątkę... Jak będzie komponować się z resztą? Zobaczymy już za moment. Póki co, niemal wpadłam w zachwyt, gdy próbna kulka rozpuściła się pod sosem malinowym... Ale o tym opowiem innym razem; jak już uda mi się wszystko ogarnąć.
Żeby było jeszcze śmieszniej, jutro (dwudziestego drugiego grudnia, jakby ktoś zapomniał) mam egzaminy, na które nie tylko muszę umieć obliczać ceny, podatki i wydatki, ale wiedzieć, ile procent celulozy jest w czekoladzie, jakie są najważniejsze enzymy w maśle i w jaki sposób produkuje się nugat... Głowa pęka mi od liczb i ułamków, a to przecież jeszcze nie koniec...

Na szczęście choinka już ubrana, dom względnie wysprzątany, a Wigilię spędzamy u rodziców C., więc tak naprawdę nic nie muszę przygotowywać. Choć bardzo brakuje mi pieczenia ciasteczek, wypełniania kuchni aromatem pierniczków i nucenia pod nosem świątecznych piosenek. 
Postanowiłam sobie jednak, że w przyszłym roku będzie zupełnie inaczej. Czy się uda?
Oby...

Dzisiaj mam dla Was przepis na błyskawiczny piernik. A w zasadzie ciasto bananowe o aromacie piernika. Nie ma w nim wiele miodu; są za to aromatyczne przyprawy korzenne i lekko pijane rodzynki. 
Weekend też był zabiegany, ale po prostu musiałam wygospodarować chwilkę na, choćby i najkrótsze, posiedzenie w kuchni. Wybrałam przepis Doroty - akurat miałam trzy czerniejące banany... A powszechnie przecież wiadomo, że właśnie takie do ciast nadają się najlepiej. 
Ciasto udekorowałam polewą kakaową i cudownie świątecznym napisem; C. zabrał część do pracy - podobno zachwyciło wszystkich nie tylko smakiem, ale też dekoracją. Aż mi się miło zrobiło...

Piernik bananowy


Składniki:
(na formę o wymiarach 23x23 cm)
  • 280 g mąki pszennej
  • 20 g kakao
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 4 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 100 g jasnego cukru muscovado
  • 60 ml oleju
  • 80 g miodu
  • 3 jajka
  • sok z 1 mandarynki
  • 3 dojrzałe banany
  • 50 g rodzynek
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 1 łyżka ciemnego rumu
polewa kakaowa:
  • 60 g masła
  • 45 g cukru pudru
  • 20 g kakao
  • 1/2 listka żelatyny
dodatkowo:
  • złoty barwnik spożywczy w proszku
  • złoty barwnik spożywczy w tubce (pisak)
Rodzynki i żurawinę przełożyć do miseczki, wlać rum i zalać wrzątkiem tylko tyle, żeby przykrył bakalie.
Odstawić.

Mąkę, kakao i sodę przesiać, wymieszać z imbirem, przyprawą do piernika i cukrem.
Jajka roztrzepać,dodać olej, miód i sok z mandarynki, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.
Banany rozgnieść widelcem, rodzynki i żurawinę dobrze odcisnąć. Dodać do ciasta, wymieszać.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia, przelać do niej ciasto.

Piec w 180 st. C. przez około 40 minut, aż do suchego patyczka.
Wyjąć z piekarnika, przestudzić w formie przez 10 minut, a następnie wyjąć na kratkę.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Cukier puder i kakao przesiać. Przesypać do garnuszka, dodać masło, podgrzewać, aż cukier i masło się rozpuszczą. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Odstawić do przestudzenia.

Polewą w temperaturze pokojowej polać całkowicie ostudzone ciasto. Wierzch udekorować złotym pyłkiem i napisami.

Smacznego!

Zdjęcie, jakie jest, każdy widzi; ale było już późno, i ciemno, i w ogóle nic mi się już nie chciało...
A ciacho pyszne, proste i szybkie, więc szkoda się przepisem nie podzielić.

wtorek, 14 listopada 2017

Psi sposób na listopad i placuszki z syropem mandarynkowym

Pączusia, znana też jako Pożeracz Niewinnych Krasnali (kiedy nie było nas w domu, dorwała mojego najnowszego pluszowego renifera i... Ujmijmy to tak: po tym spotkaniu stracił chłopak całą swoją reniferowatość), ostatnio zapałała niesamowicie intensywnym uczuciem do starego swetra C. Właściwie wcale nie jest taki stary; po prostu mój Małżonek najwspanialszy utytłał rękawy kawą (chyba; pewności żadne z nas nie ma) i wrzucił rzeczony sweter do kosza na brudną bieliznę. Ja plam nie zauważyłam, sweter wyprałam w gorącej wodzie... I nie udało się go uratować. Swetra. C. żyje i ma się dobrze, choć został ofukany z każdej możliwej strony. 
Na całym zdarzeniu zyskała Pączusia; dostałą sweter do przytulania. W jej przypadku bowiem w grę nie wchodzą jakiekolwiek pluszowe psie zabawki; wszystkie rozkłada na części pierwsze z szybkością błyskawicy. A ja później muszę zbierać puchate, białe farfocle po całym domu. Powiedziałam więc dość. Sweter okazał się być dużo bardziej odporny na rozrywanie, miętolenie i ciamkanie, a przez to też zdecydowanie ciekawszy. Chodzi więc z nim teraz wszędzie, plącze się jej między łapami, ale w ogóle jej to nie zniechęca. W tej chwili próbuje mi go wetknąć do ust; chyba uważa, że skoro jej gryzienie tak bardzo umila czas, to ja też powinnam spróbować. 
Hmm... W takich chwilach naprawdę się cieszę, że Ptysia i Pączusia są stosunkowo małe; nie wiem, czy z większymi potworami z takim charakterkiem potrafiłabym sobie poradzić...

Chwilę po ósmej obudziły mnie gęste krople deszczu zaciekle zacinające w szyby i dach. Leżałam w łóżku między dwoma ciepłymi, równo oddychającymi ciałkami. Bardzo się cieszyłam, że mogę pozwolić sobie na chwilę nic nierobienia, słuchania deszczu i cieszenia się chwilą. Na co dzień brakuje mi momentów totalnego spokoju i rozluźnienia; ciągle jest coś do zrobienia, do załatwienia, do nie-zapomnienia...
Kiedy już wydostałam się spod kołdry i psów, przywdziałam puchate, różowe skarpetki i gruby sweter, stwierdziłam, że pora na śniadanie. Ale nie takie na szybko, w biegu. Jedyny wolny dzień w tygodniu należy zacząć odpowiednio; celebracja śniadania wydaje się być doskonałym pomysłem.
Przygotowałam więc delikatne placuszki z tartym jabłkiem i syropem korzenno-mandarynkowym. Czyż nie brzmi to wyjątkowo kusząco...? Placuszki wyszły mięciutkie i soczyste, a syrop jest tak aromatyczny, że planuję przygotować większą porcję, zamknąć w buteleczce i dodawać do herbaty w te mroczne, listopadowe popołudnia. Już sam jego optymistyczny, intensywnie pomarańczowy kolor poprawia humor, a jeśli dodać do tego słodki,mandarynkowy smak z korzenną nutą, po prostu trzeba się uśmiechnąć.

Placuszki z jabłkami i syropem korzenno-mandarynkowym


Składniki:
(na około 15 placuszków)
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 45 g cukru
  • 2 jajka
  • 80 ml oleju
  • 200 ml mleka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 2 jabłka
syrop:
  • 40 g miodu
  • sok z 3 mandarynek
  • laska cynamonu o długości 5 cm
  • 2 goździki
  • 3 kapsułki kardamonu
  • 1 gwiazdka anyżu
Najpierw przygotować syrop:
miód, sok z mandarynek, cynamon, goździki, anyż i lekko zgnieciony kardamon umieścić w rondelku. Zagotować, zmniejszyć ogień i podgrzewać syrop, aż osiągnie pożądaną konsystencję - około 10 minut.

W tym czasie przygotować placuszki:
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą i cukrem.
Jajka roztrzepać, dodać olej, mleko i ekstrakt. 
Jabłka obrać, zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Dodać do jajek i mleka, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, dokładnie wymieszac łyżką.

Smażyć placuszki na rozgrzanej patelni z obu stron na złoto-brązowy kolor.
Podawać polane syropem.

Smacznego!

Ja tymczasem zabieram się do pieczenia; drożdżówka na jutro do pracy nie zrobi się sama...

poniedziałek, 6 listopada 2017

Listopadowe zadziwienie i ciasto dyniowe z mandarynkowym syropem

C. obudził mnie chwilę przed ósmą. Zbuntowałam się jednak; w końcu to mój wolny poniedziałek, ostatni w tym roku! Budzik nastawiłam na ósmą, nie ma więc absolutnie najmniejszego usprawiedliwienia dla wyciągania mnie z łóżka wcześniej, niż to sobie zaplanowałam.
Gdy wróciłam z łazienki, okazało się, że Ptysia zdążyła się już wygodnie ułożyć na mojej poduszce. Nie bacząc na protesty, wygospodarowałam dla siebie kawałek, po czym zawinęłam się w kołdrę na wzór naleśnika. Tu do akcji wkroczyła Pączusia; położyła się w miejscu, gdzie plecy me tracą swą szlachetną nazwę, uprzednio odpowiednio uklepawszy podłoże.
W takim oto położeniu spędziłam kolejne dwadzieścia minut, planując następne godziny tego jakże obiecującego dnia.

Za mną śniadanie, pierwsza gorąca herbatka i poranny spacer z potworami; ten ostatni wprowadził mnie w stan lekkiego zdumienia i niedowierzania. Bo czy mogłam się spodziewać, że trawnik za płotem, a także sam płot, będzie okryty migoczącymi w słońcu kryształkami szronu...? Owszem, autko ostrzegało mnie już kilka razy przed możliwością lodu na drodze, ale nadal pokazywało minimum trzy stopnie powyżej zera. Czyżby sytuacja ta miała niedługo ulec zmianie...? 
Spojrzenie w kalendarz potwierdza moje obawy; mamy listopad. Mgliście pamiętam, że rok temu o tej porze nosiłam już czerwony, zimowy płaszcz. Cóż, jeszcze kilka dni wytrzymam bez niego; w końcu muszę się choć odrobinę z tą myślą oswoić...

Dzisiaj mam dla Was obłędnie pyszne ciasto, które rozjaśni nawet najciemniejsze listopadowe popołudnie. Przepis znalazłam w magazynie Bage og sylte, nr 1/2017, i od razu się w nim zakochałam. Dyniowe, wilgotne, a w dodatku z mandarynkami zamiast tak popularnych w tego typu wypiekach pomarańczy. Nie mogłam się oprzeć, szczególnie, że i dyniowe puree, i mandarynki, czekały na wykorzystanie.
Ciasto smakuje obłędnie na ciepło, podane z lodami, choć wydaje się wtedy nieco zakalcowate. Gdy pozwolicie mu całkowicie wystygnąć, nadal będzie niesamowicie wilgotne, ale wrażenie zakalca znika. Dzięki polaniu mandarynkowym syropem długo zachowuje świeżość i nawet po czterech - pięciu dniach smakuje wybornie. Chrupiące orzechy i pestki dyni tylko dodają mu uroku, a przewijające się w tle korzenne i miodowe nuty sprawiają, że rozgrzewa nie tylko ciało, ale i duszę.
Sami powiedzcie - czy temu można się oprzeć...?

Korzenne ciasto dyniowe z syropem mandarynkowym


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 30x11 cm)

  • 250 g puree z dyni
  • 3 jajka
  • 50 g ciemnego cukru muscovado
  • 100 g jasnego cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 20 g miodu
  • 100 g masła
  • 100 ml soku z mandarynek
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka zielonych nasion anyżu
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 225 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 40 g orzechów włoskich
dodatkowo:

  • 15 g pestek dyni
syrop: 

  • 20 g miodu
  • 100 ml soku z mandarynek
Masło rozpuścić, przestudzić.
Ubić jajka z cukrem trzicnowym i muscvado na puszystą, jasną masę. Dodać ekstrakt z wanilii i miód, połączyć. Dodać przestudzone masło, zmiksować. Wlać sok z mandarynek, cynamon, kardamon i zmielone w młynku do kawy ziarna anyżu, połaczyć. Mąkę przesiać z proszkiem, dodać do ciasta. Na końcu dodać puree z dyni i posiekane orzechy, zmiksować. 
Masę przelać do formy wyłożónej papierem do pieczenia.
Wierzch posypać pestkami dyni.

Piec w 180 st. C. przez 60 minut, do suchego patyczka.

W małym garnuszku zagotować sok z mandarynek z miodem, gotować przez 5 minut.

Gorące ciasto nakłuć wykałaczką, polać gorącym syropem. 
Przestudzić. Podawać letnie.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Ciasteczka z mandarynkami

Pogoda - bynajmniej - świątecznie nie nastraja. Ciągle powyżej pięciu stopni; czasem słońce, czasem deszcz i wiatr, ale wszystko takie jakieś... Wczesnojesienne, żeby nie powiedzieć - wiosenne. A tu grudzień! Cóż... W zeszłym roku też zima się spóźniła; a jak już przyszła, szybciutko uciekła. Kto wie, jak będzie tym razem...
W każdym razie - dzisiaj rano, o godzinie piątej, skrobałam szyby w aucie. Po raz pierwszy w tym sezonie! I muszę przyznać, że od razu mi się zimy odechciało i zielone pola w drodze do domu nie wywoływały lekkiego niesmaku, ale szczerą radość.

Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia; wszyscy to wiemy, prawda...?

Na wspólne gotowanie z cytrusami umawiałyśmy się z dziewczynami już od jakiegoś czasu. I oczywiście, gdy przyszło co do czego - przegapiłam okazję. Wszystko przez to, że ostatnio sama już nie wiem, w co ręce wkładać: praca (dużo, dużo pracy), świąteczne zakupy (zostali tylko moja Mamunia i tata C., więc jesteśmy na jak najlepszej drodze do sukcesu), świąteczne porządki (w których przoduje C.; dziękuję!), ubieranie choinki (tak, tak, nasza już stoi i rozsiewa swój choinkowy zapach; jedziemy do Polski na Święta, więc żeby nacieszyć się naszym drzewkiem, ubraliśmy je odpowiednio wcześniej), pieczenie pierniczków (niedługo skończy mi się miejsce w puszkach!); i jeszcze inne rzeczy, o których teraz już nie pamiętam. Wszystko to sprawia, że nie mam czasu na przesiadywanie przed komputerem; ba! Nie mam kiedy usiąść przed monitorem na kilkanaście choćby minut! 
Na szczęście koleżanki blogerki są wyrozumiałe, i zaakceptowały moje spóźnienie. Tym sposobem, prezentuję Wam dzisiaj obłędnie pyszne, cudownie maślane, delikatnie mandarynkowe paluszki.

Przepis ten znalazłam w Biscuits, brownies and biscotti wydawnictwa The Australian women's weekly już dawno temu; przyznam się Wam nawet, że kiedyś je piekłam, zanim założyłam bloga. Później chciałam przygotować je ponownie, ale na mojej drodze ciągle stawało coś innego... W tym roku jednak nie odpuściłam, i znalazłam czas dla mandarynkowych paluszków.
Ich przygotowanie jest proste, choć chwilę zabiera dopasowanie odpowiedniej długości. Później już idzie jak z płatka. Ciasteczka nieco rosną w piekarniku, więc należy zachować stosowne odstępy na blasze. Zamiast mandarynek można użyć pomarańczy, ale ja w grudniu dostaję mandarynkowego fioła, i uważam, że takie są najlepsze. Mocno maślane, kruchutkie - po prostu pyszne! A i prezentują się naprawdę wyjątkowo.

Polecam Wam ogromnie!

Cytrusowe wypieki i desery znajdziecie również u Panny Malwinny, Ani, Chantal i Emi.

Mandarynkowe paluszki z czekoladą


Składniki:
(na 35-40 sztuk)
  • 250 g miękkiego masła
  • 80 g cukru pudru
  • 300 g mąki pszennej
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • skórka otarta z 3 mandarynek
  • 60 ml soku z mandarynek
  • 75 g nerkowców

dodatkowo:
  • 80 g ciemnej czekolady (75%)

Masło utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę.
Mąki przesiać, wymieszać ze skórką z mandarynek i drobno posiekanymi orzechami. Partiami dodawać do ciasta, na zmianę z sokiem.

Gotowe ciasto uformoać w kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30-60 minut.

Po tym czasie z ciasta odrywać kulki nieco większe od orzecha włoskiego, formować z nich wałęczki długości 15 cm. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując odstępy.

Piec w 180 st. C. przez 12 minut.
Ostudzić.

Czekoladę rozpuścić, można zatemperować. Przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę, formując mały otwór. Udekorować ciasteczka.

Smacznego!


Jutro ostatni wolny dzień przed urlopem, a tu jeszcze tyle do zrobienia! Już teraz czuję się jak ciągle spóźniony Biały Królik z Alicji w Krainie Czarów...

wtorek, 3 marca 2015

Praktyki w piekarni. I kojąca szarlotka

Uff... Pracowicie mi ostatnio czas mija. Praktyki, szkoła, praca... W domu najchętniej bym tylko spała. Na szczęście dzisiaj w końcu trafiło się wolne popołudnie, i zamiast na spanie, postanowiłam przeznaczyć je na napisanie zaległego posta. Wyśpię się po śmierci, czy jakoś tak...

Do rzeczy więc: na praktyki wybrałam niedużą piekarnię po drugiej stronie ulicy. Przyznam się bez bicia, że elementem decydującym była lokalizacja - nie wiedziałam, na którą będę miała chodzić, a nie uśmiechała mi się godzinna podróż w okolicach drugiej nad ranem... Na szczęście okazało się, że wpół do szóstej jest godziną satysfakcjonującą dla właściciela, co oznacza, że otwierać oczęta musiałam raptem chwilę przed piątą. Mam w tym niejakie doświadczenie, więc choć łatwo nie było, dałam radę.
Piekarnia nie jest duża - raptem trzech piekarzy przygotowujących chleb i ciasta do dwóch sklepów. W zeszłym roku Erik odkupił sklep, gdyż poprzednia właścicielka po trzydziestu latach postanowiła udać się na zasłużoną emeryturę. Piekarnia jest jednak jeszcze starsza - nie mogłam ustalić dokładniej daty otwarcia, ale nastąpiło to około pięćdziesięciu lat temu. Wtedy do kompletu była jeszcze mleczarnia, która niestety nie wytrzymała konkurencji z dużymi dostawcami i trzeba ją było zamknąć.

Pracowałam z Lone, która skończyła tę samą szkołę, w której ja się teraz uczę. Opowiadała mi trochę o nauczycielach, rozmawiałyśmy o tym, co się zmieniło. Co najważniejsze jednak, zrobiłyśmy razem całe mnóstwo ciast. 
Plan dnia wyglądał mniej więcej tak samo - najpierw przygotowanie ciast do sklepu - wyjęcie z lodówek tego, co zostało z dnia poprzedniego, ułożenie na nowych tacach, uzupełnienie ciastami z zamrażarki. Gdy butik kusił już wszelkiego rodzaju słodkościami, pomagałam przy robieniu chleba - nauczyłam się składać bochenki, formować bułeczki, układać je ekonomicznie na blachach. Na końcu przygotowywałyśmy ciasta na zapas, czyli na przykład biszkopt i kremy do dziewięćdziesięciu tortów Othello (duńska klasyka - dwa biszkopty przełożone bitą śmietaną i kremem budyniowym oraz obłożone marcepanem; w naszej wariacji występował jeszcze dżem malinowy i pokruszone ciasteczka amaretti oraz kawałki ananasa jako dekoracja), na które była przecena w piątek. 

Muszę przyznać, że moje praktyki oceniam bardzo pozytywnie. Owszem, to naprawdę ciężka praca, ale również bardzo satysfakcjonująca. Choć to nie do końca to, co najbardziej mnie kręci, to mam już jakiś przedsmak i wiem, gdzie powinnam szukać stałych praktyk. Tutaj zniechęciła mnie powtarzalność i klasyczność - nie ma miejsca na nic innego, nowego. Poza tym większość kremów i ciast przygotowuje się z gotowych miksów, i rezultat jest taki, że ciasta są słodkie, ale ciężko wyczuć w nich jakikolwiek smak... Nudne są po prostu, niestety. 
Ludzie natomiast są wspaniali - Lone i panie z butiku mnie rozpieszczały jak mogły, nikt mnie nie stresował, nie denerwował się, gdy zrobiłam coś nie tak. Chwalono za to za najmniejsze drobiazgi, więc codziennie szłam tam z dużą dawką optymizmu. Na koniec nawet dostałam małego, czerwonego Hoptymistę - ludzika na sprężynie, którego Duńczycy wprost uwielbiają. Aż mi się łezka w oku zakręciła ostatniego dnia. A to przecież był tylko tydzień!

W domu w tym czasie piekłam niewiele - za dużo smakołyków przynosiłam ze sobą. Chciałabym się jednak podzielić przepisem na wyjątkowo pyszną szarlotkę, która umilała nam popołudnia jeszcze przed moimi praktykami.
Połączyłam w niej słodkie, orzechowe ciasto z pyszną masą jabłkową z nutą mandarynki (można użyć soku z pomarańczy). Całość wyszła słodziutka i obłędnie pyszna, szczególnie podawana na ciepło z gałką ulubionych lodów. To taki idealny comfort food, gdy pogoda robi nas w balona, obiecując wiosnę, a za chwilę sypiąc gradem; gdy ciągle chce się spać, a tyle jest do zrobienia; albo po prostu gdy mamy ochotę na coś słodkiego i pachnącego domem. 

Bazę do przepisu znalazłam u Doroty, ale sporo tam zmieniłam.

Orzechowo-mandarynkowa szarlotka

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 100 g mielonych orzechów laskowych
  • 130 g cukru trzcinowego
  • 230 g zimnego masła

masa jabłkowa:
  • 1 kg jabłek
  • 100 g cukru
  • 100 ml soku z mandarynek
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej

dodatkowo:
  • 3 łyżki bułki tartej
  • 2 łyżki cukru pudru

Jabłka obrać, pokroić w ćwiartki, wyciąć gniazda nasienne. Pokroić kawałki jabłek w cienkie plasterki. Umieścić je w garnku z cukrem i połową soku z mandarynek. Podgrzewać, aż owoce zmiękną.
Mąkę rozrobić w pozostałym soku, dodać do jabłek, dobrze wymieszać, zagotować. Zdjąć z palnika, przestudzić.

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z proszkiem, orzechami i cukrem. Dodać masło, posiekać nożem, a następnie szybko zagnieść. Podzielić ciasto na pół, każdą część rozwałkować na wielkość formy. Jeden z okręgów zawinąć w folię spożywczą i schować do lodówki, drugi wyłożyć na spód tortownicy wysmarowanej masłem.

Spód podpiec w 180 st. C. przez 20 minut.

Następnie posypać go bułką tartą, wyłożyć jabłka, a wierzch przykryć pozostałym ciastem.

Piec w 180 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić.

Przed podanie posypać cukrem pudrem.

Smacznego!

Jeśli czegoś Wam w tym wpisie brakowało - koniecznie dajcie znać. Z przyjemnością uzupełnię informację i odpowiem na Wasze pytania.

wtorek, 25 marca 2014

Wiosna? Czas na lody!

Właśnie. Kiedy tylko robi się odrobinę cieplej, nabieram ochoty na lody. Odkąd mam sorbetierę, tylko takie domowe. Sklepowe smakują sztucznie i za mało intensywnie. Poza tym w tych domowych wiem dokładnie, co jest, i mogę sobie przygotować smaki, jakich ze świecą w sklepach się nie znajdzie...

Tym razem postawiłam na lody pomarańczowo-mandarynkowe, z dodatkiem korzennych przypraw. Mimo takiego jeszcze zimowego połączenia, lody są bardzo letnie - dzięki dodatkowi soku z cytrusów wyszły wyjątkowo orzeźwiające. Nie są z tych kremowych, w konsystencji bardziej przypominają sorbet, choć ricotta nadaje im ciekawego posmaku. Muszę powiedzieć, że choć generalnie wolę lody na kremie angielskim, te wyjątkowo przypadły mi do gustu. Smakują świetnie - koniecznie musicie spróbować.

Przepis z Vidunderlige is variationer, w której znalazłam całe mnóstwo lodowych inspiracji na nadchodzące lato.

Lody pomarańczowe z ricottą

Składniki:
(na 1,5 l lodów)
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok z 4 pomarańczy
  • sok z 3 mandarynek
  • 2 łyżki Cointreau
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 g sera ricotta
  • 50 g cukru
  • 1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/4 łyżeczki mielonych goździków

Sok z pomarańczy i mandarynek wymieszać ze skórką i Cointreau.
Kremówkę zmiksować z ricottą, cukrem, cynamonem i goździkami na puszystą, niemal sztywną masę. Wymieszać z sokiem.

Masę przelać do maszyny do lodów, a następnie przełożyć do pojemnika na lody. Zamrozić przez noc.

Smacznego!

Jeśli nie macie maszyny do lodów, akurat te bardzo łatwo można przygotować bez niej. Wystarczy w trakcie mrożenia kilka razy przemieszać masę widelcem - też będą znakomite.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Poniedziałkowe narzekania i babeczki z marchewką

Poniedziałek. Najbardziej znienawidzony dzień tygodnia - nikt bowiem nie lubi poniedziałków, choćby dla zasady.
Ja zasadniczo przeciw poniedziałkom nie mam nic. Przez ostatnie trzy lata lubiłam je bardzo, bo często były dniem wolnym po pracującym weekendzie. Dzisiejszy bardzo, bardzo chciałam lubić - ostatni dzień wolności. Od jutra wracam do szkoły (trzymajcie proszę palce, żebym nie zrobiła z siebie kompletnej idiotki); szanse na, nie powiem płynne (choć w głębi serca mam na to ogromne nadzieje), ale chociażby zrozumiałe, posługiwanie się językiem duńskim, rosną. W związku z tym na dziś miałam przeróżne plany - przede wszystkim spać jak najdłużej, bo od jutra pobudka o godzinie szóstej. Piętnaście. Jakoś tak.
Oczywiście, jak zwykle w takich sytuacjach bywa, musiało złapać mnie przeziębienie. Już w piątek czułam się trochę nie bardzo, od soboty smarkam, prycham, kicham, wypijam litry herbaty rumiankowej z miodem i cytryną, zjadłam wszystkie tabletki, które znalazłam w domu, i modlę się, żebym jutro obudziła się rześka i całkowicie zdrowa. Myślicie, że warto się łudzić...?

W każdym razie efekt jest taki, że obudziłam się o siódmej pięć, i mimo usilnych starań nie potrafiłam zasnąć. Może dlatego, że za oknem śliczne, wiosenne słonko, po okrutnie deszczowym weekendzie w końcu pogoda zachęca do wyjścia z domu (nie mnie, oj nie...), i w ogóle wszystko tak jakoś przyjemnie wygląda... Wstawałam więc, zrobiłam sobie herbatki, wyjęłam drożdże z lodówki i zaczęłam pisać. Bo niby co innego miałabym robić...?

Na osłodę poniedziałku mam babeczki - dla Was, bo tutaj już nic nie zostało.
C. poprosił o ciasto do pracy. Najlepiej marchewkowe - nie mam pojęcia, skąd mu to przyszło do głowy. Najpierw myślałam o formie kwadratowej, gdzie ciacho można by pokroić na zgrabne kwadraty, jednak w gazetce Pieczenie jest proste, nr 1/2007 w oko wpadły mi marchewkowe babeczki. Ślicznie wyglądały z maleńkimi, marcepanowymi marchewkami. Wczytałam się w przepis - orzechy laskowe do marchewki pasują bardzo. Nie wahając się, właśnie te upiekłam. Trochę czasu zabrało mi lepienie marcheweczek, ale efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Babeczki wyglądają cudnie, w pracy ponoć zrobiły furorę, i odezwały się niezadowolone głosy, że nie ma szans na dokładkę. Mam już zamówienie na kolejne ciasto, ale najpierw muszę się poczuć mniej przeziębiona...

Babeczki marchewkowo-orzechowe z lukrem

Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 100 g marchwi
  • 75 g mielonych orzechów laskowych
  • 125 g miękkiego masła
  • 125 g cukru trzcinowego
  • 2 jajka
  • 50 g mąki ziemniaczanej
  • 100 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

lukier:
  • 2 łyżki soku z mandarynek
  • 60 g cukru pudru

dodatkowo:
  • 80 g marcepanu
  • 60 g cukru pudru
  • zielony barwnik spożywczy w paście
  • żółty barwnik spożywczy w paście
  • czerwony barwnik spożywczy w paście

Marchewki obrać, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. 
Mąki przesiać, wymieszać z proszkiem i orzechami. 
Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę, po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Następnie partiami dodawać mąkę, miksując na najniższych obrotach miksera. Dodać marchewkę, zmiksować.
Masę przełożyć do formy na muffiny wyłożonej papilotkami. 

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut, aż do suchego patyczka.
Wystudzić na kratce.

Marcepan zagnieść z cukrem pudrem. Odłożyć nieduży kawałek, resztę zafarbować żółtym i czerwonym barwnikiem spożywczym na marchewkowy pomarańczowy.
Pozostały kawałeczek zabarwić na zielono.
Z pomarańczowej masy uformować niewielkie marchewki, zrobić nożem drobne nacięcia. Z zielonego marcepanu uformować natkę, przykleić do marchewek.

Cukier puder przesiać, wymieszać z sokiem na gładki lukier. Lukrować babeczki, do każdej przyklejając jedną marchewkę. Odstawić do zastygnięcia lukru.

Smacznego!

W końcu użyłam moich niedawno nabytych barwników. Co prawda kupiłam je z myślą o czymś zupełnie innym, ale marcepanowe marchewki też są w porządku.
Używam barwników w paście, te w płynie mnie do siebie nie przekonały - kolor wychodzi bardzo blady, trzeba dodać naprawdę sporo barwnika, a wtedy ma wpływ na konsystencję masy. Trzeba potem dodać cukru pudru, kolor znów się rozjaśnia... Takie błędne koło.
Barwniki w paście są wydajniejsze, dają naprawdę intensywne kolory. Do marchewek użyłam mniej więcej dwa razy więcej barwnika żółtego niż czerwonego. Mam zielony, więc nim zabarwiłam natkę, ale zamiast niego można użyć niebieskiego z żółtym. Jeśli nie używacie barwników na co dzień, warto kupić tylko podstawowe kolory, i mieszając je ze sobą, uzyskiwać pozostałe. Ja mam planach mnóstwo zabawy - jak już przestanę prychać i kichać...

poniedziałek, 10 lutego 2014

Mandarynkowy tort na Walentynki

Walentynki już w piątek, jeśli więc nie planujecie romantycznej kolacji poza domem, czas zabrać się za układanie menu. Ja mam o tyle dobrze, że zająć muszę się tylko deserem (co do którego dostałam dość dokładne wytyczne, więc teraz muszę się tylko zastanowić, jak to zrobić, żeby jednak czymś C. zaskoczyć), bowiem daniem głównym zajmie się druga połówka. Nie mam pojęcia, co to będzie, ale jestem pewna, że coś pysznego... Już się doczekać nie mogę.

Niektórzy z Was z pewnością zaplanują całą kolację z detalami, u innych nie będzie na to czasu lub chęci. Mam więc kilka propozycji - tych prostych i szybkich, ale też jedną, której trzeba poświęcić nieco więcej czasu. I właśnie od tej chciałabym zacząć (bo jeśli ktoś chciałby takie ciasto przygotować, to warto się za nie zabrać nieco wcześniej).
Jakiś czas temu C. stwierdził, że zjadłby biszkopcik... Nie ma sprawy, pomyślałam. Z biszkopciku wyszedł pokaźny i naprawdę pyszny tort - ozdobiony mandarynkowym sercem idealnie nada się na świętego Walentego. Jest lekki, wilgotny, poza kremem maślanym (z którego śmiało można zrezygnować na rzecz ubitej kremówki), bardzo delikatny i nieprzesłodzony. Biszkopt jest porządnie nasączony, łapie też wilgoć z kremu i owoców. Krem jest leciutki, pyszny i niesłodki, a kawałki mandarynek i galaretki urozmaicają całość. Do tego kwaskowy, budyniowy curd, który jest pyszny zaskoczeniem między warstwami bitej śmietany.
Na wierzchu krem maślany, który ładnie trzyma całość, ale jak napisałam wyżej, nie jest on koniecznością. 
Całość nie jest trudna, ale dość czasochłonna - biszkopt musi mieć czas na ostygnięcie, galaretka - żeby się ściąć. Warto przygotować go dzień przed podaniem - wtedy smaki się przegryzą, biszkopt dodatkowo zwilgotnieje, a smak i wygląd z pewnością zaskoczą ukochaną osobę.

Tort mandarynkowy

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

biszkopt:
  • 5 jajek
  • 200 g cukru
  • 115 g mąki pszennej
  • 45 g mąki ziemniaczanej

poncz:
  • 150 ml soku mandarynkowego z puszki
  • 50 ml wódki karmelowej

krem:
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 g serka mascarpone
  • 1 łyżka cukru waniliowego
  • 200 g mandarynek z puszki

galaretka:
  • 1/2 opakowania galaretki cytrynowej (37 g)
  • 200 ml wrzącej wody

krem maślany na bezie szwajcarskiej:
  • 250 g miękkiego masła
  • 3 białka
  • 205 g cukru
  • 100 g mandarynek z puszki
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 25 ml soku mandarynkowego z puszki

dodatkowo:

Mąki przesiać, wymieszać.
W dużej misce ubić białka na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym wbijać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu po łyżce wsypywać mąkę, miksując na najniższych obrotach miksera.Masę przełożyć do formy z dnem wyłożonym papierem do pieczenia. Wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 60-70 minut, aż do suchego patyczka.
Upieczony biszkopt zrzucić na ziemię (w formie) z wysokości 50 cm. Wstawić z powrotem do wyłączonego piekarnika, wystudzić.

Ostudzony biszkopt przekroić w poziomie na 3 części.

Galaretkę zalać wrzątkiem, dokładnie wymieszać. Wylać na płaski talerz, ostudzić, a następnie wstawić do lodówki do zastygnięcia.

Sok z mandarynek wymieszać z wódką.

Kremówkę, mascarpone i cukier waniliowy ubić na puszystą, sztywną masę.

Przygotować krem maślany.
Mandarynki, sok mandarynkowy i cytrynowy umieścić w garnuszku. Gotować, aż płyn niemal całkowicie odparuje. Zmiksować na gładką masę, ostudzić.
Białka z cukrem umieścić w dużej misce. Miskę ustawić nad kąpielą wodną, mieszać białka trzepaczką, aż cukier się rozpuści. Jeśli masa zbytnio się zagrzeje, zestawić i przestudzić.
Gdy cukier całkowicie się rozpuści, ubijać białka na najwyższych obrotach miksera, aż staną się sztywne i lśniące, i całkowicie ostygną - około 10 minut. Po tym czasie po kawałeczku dodawać masło, cały czas miksując. Pod koniec masa będzie wyglądać na zważoną - tak ma być. Na końcu dodać ostudzoną masę mandarynkową, wymieszać. 

Na talerzu lub paterze ułożyć spodni blat biszkoptu, nałożyć obręcz tortownicy. Nasączyć, rozsmarować połowę curdu. Na wierzchu rozsmarować połowę kremu z mascarpone wymieszanego z kawałkami galaretki. Na to położyć drugi blat biszkoptu, nasączyć. Wyłożyć resztę curdu, na to resztę kremu z mascarpone wymieszanego z mandarynkami (kilka najładniejszych kawałków odłożyć do dekoracji). Przykryć ostatnim blatem biszkoptu, nasączyć. Posmarować kremem maślanym brzeg i wierzch tortu, dowolnie udekorować odłożonymi mandarynkami. 

Schłodzić przez 2-3 godziny.
Podawać w temperaturze pokojowej.

Smacznego!

Zdjęcie jest, jakie jest. Jakoś mi nie wyszło... Nie dajcie się zwieść - tort naprawdę wyglądał wspaniale.

sobota, 8 lutego 2014

Curd z mandarynek

Bycie bezrobotnym to bardzo czasochłonne zajęcie. Co chwila jakieś spotkanie, trzeba jechać to tu, to tam, załatwiać, rozmawiać, pamiętać. Za tydzień do tego galimatiasu dojdzie mi szkoła, więc będę bardzo zajętym człowiekiem. Troszkę mnie ta perspektywa przeraża po tygodniach błogiego lenistwa, z drugiej jednak strony ogromnie jestem podekscytowana. Troszkę się już zaczęłam w domu nudzić...
Chociaż nie, nuda to złe słowo. W końcu miałam czas na książki, pieczenie, ćwiczenia, spacery czy po prostu oglądanie filmów z C., i bardzo mi się to podobało. Jednak w życiu potrzeba nieco różnorodności - cieszę się, że będę się spotykać z ludźmi, że będę musiała rano wstawać do szkoły, mam w perspektywie dwa ciekawe kursy, i nie mogę się już tego wszystkiego doczekać. Mam nadzieję, że będzie tak, jak sobie wyobrażam i planuję.

Póki co wykorzystuję ostatnie dni względnej swobody. Planuję walentynkowe słodkości, i pomysłami na nie będę się dzielić w przyszłym tygodniu. Wbrew pozorom - nie będzie różowo, cukrowo, z mnóstwem czerwonych serc. Zamiast tego lekki tort, coś szybkiego i coś cudownie czekoladowego... Może znajdziecie jakieś inspiracje?

Na razie wstęp do pierwszego przepisu. Zanim zabierzecie się za ciasto właściwe, trzeba przygotować curd... Ale to nie problem - curdy bowiem przygotowuje się szybko i bezproblemowo, a są tak pyszne, że nie można się oprzeć wyjadaniu ich prosto z miseczki. Przynajmniej ja nie potrafię...
Tym razem curd jeszcze taki lekko zimowy, świąteczny wręcz, bo z mandarynek. Ma śliczny, żółtko-pomarańczowy kolor, dzięki dodatkowi soku z cytryny nie jest zbyt słodki ani mdły, smakuje jak mandarynowy budyń. Pycha! Koniecznie spróbujcie, nawet jeśli nie planujecie ciasta z jego udziałem - jestem pewna, że nic się nie zmarnuje...

Curd mandarynkowy

Składniki:
(na 400 g curdu)
  • sok z 5 mandarynek
  • sok 1 1/2 cytryny
  • skórka otarta z 2 mandarynek
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 150 g cukru
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka oliwy

Sok z cytrusów, skórkę z mandarynki, jajka, żółtka, cukier i mąkę umieścić w garnuszku. Podgrzewać na średnim ogniu, cały czas mieszając, aż masa wyraźnie zgęstnieje. Dodać oliwę, gotować jeszcze kilka minut - masa powinna mieć konsystencję gęstego budyniu.
W razie potrzeby przetrzeć przez sitko.
Ostudzić.

Przechowywać w słoiczku w lodówce do 7 dni.

Smacznego!

Ten jest bez masła, taki odchudzony. Z pełną premedytacją wybrałam właśnie taką wersję - ciasto jest wystarczająco słodkie i tłuste, curd może być nieco lżejszy. Według mnie smakuje świetnie, masło wcale nie jest potrzebne. 
Bazowałam na przepisie na lemon curd z bloga Moje wypieki

czwartek, 17 stycznia 2013

Kilka załatwionych spraw i sernik czerwono-biały

Uff... Za pisanie tego posta zabierałam się od dwóch dni, ale ciągle byłam tak zmęczona, że poddawałam się po pierwszym zdaniu (albo jeszcze przed). Dziś jednak się zdrzemnęłam po południu, i uwierzcie - taki krótki sen potrafi zdziałać cuda! W dodatku wzięłam gorący prysznic, i czuję się jak nowo narodzona. Mam jeszcze dłuższą chwilę, zanim będę musiała jechać po C. do pracy, więc mogę opowiedzieć Wam o moim cudnym serniku.

Zanim jednak przejdę do sedna, chciałabym się pochwalić - w końcu udało mi się poskładać pewne sprawy, i jestem coraz bardziej gotowa na wyjazd do Polski. Zarezerwowałam hotel, co wymagało wręcz żelaznej silnej woli (trzy razy musiałam wysłać Pani maila, że mam już urlop, i żaden inny termin mnie nie interesuje), na sobotę umówiłam Ptysię do weterynarza, i już sam telefon sprawił mi mnóstwo frajdy. Ostatni raz w Danii u weterynarza byłam ponad rok temu, a jak tylko się przedstawiłam, Pan stwierdził, że to ja jestem ta dziewczyna z Polski, i jak mu będzie miło nas znowu zobaczyć. Nie mogłam przestać się uśmiechać.
Autko dzisiaj przeszło przegląd, czyli jechać możemy zupełnie bezpiecznie.
A w dodatku dowiedziałam się, że dostanę nowy kontrakt w pracy, na więcej godzin, co oznacza, że pensja mi całkiem przyjemnie podskoczy. I choć dzień zaczął się niezbyt dobrze, bo od samego rana mnie zdenerwowali, to później wszystko się tak ładnie układało, że z ręką na sercu mogę powiedzieć - dawno nie byłam tak zadowolona z dnia, w którym widziałam się z C. przez jakieś pół godziny. Żyć, nie umierać!

A teraz do sernika, bo naprawdę warto napisać o nim kilka dobrych słów.
Miałam chętkę na taki na zimno. Kupiłam żurawinę - póki jest - i zaczęłam się zastanawiać, jak to połączyć. Stwierdziłam, że nie będę ryzykować, i skorzystałam z poprzedniego przepisu, nieco go tylko modyfikując. Spód standardowy, ciasteczkowy, z dodatkiem niewielkiej ilości kakao. Z żurawiny przygotowałam muso-galaretkę, a na to wyłożyłam słodką masę waniliową z mascarpone i jogurtu. Na wierzch starłam nieco białej czekolady, bo gdzieś mi tam świtało takie połączenie. I muszę powiedzieć, że z efektów jestem bardzo zadowolona. Ciacho wyszło kremowe, delikatne, a kwaskowy mus świetnie komponuje się ze słodką masą serową. C. wcina z zapałem, a on przecież wybredny w kwestii serników jest. 
Wygląda fantastycznie, a smakuje jeszcze lepiej. Koniecznie musicie spróbować!

Waniliowy sernik z musem żurawinowym (na zimno)


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 115 g ciastek digestive
  • 60 g masła
  • 20 g kakao

mus żurawinowy:
  • 250 g świeżej żurawiny
  • 40 g cukru
  • sok z 5 mandarynek
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 3 płatki żelatyny

masa serowa:
  • 250 g mascarpone
  • 500 g jogurtu waniliowego (0,1%)
  • 50 g cukru pudru
  • sok z 1/2 limonki
  • 6 płatków żelatyny

dodatkowo:
  • 10 g białej czekolady

Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z kakao. Wlać rozpuszczone i przestudzone masło. Dokładnie połączyć.
Masą wyłożyć dno tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. Schłodzić w lodówce 20 minut.

Podpiec w 180 st. C. 10-12 minut.
Ostudzić.

Żurawinę umieścić w garnku z cukrem, sokiem i cynamonem. Gotować, aż żurawina popęka, a płyn częściowo odparuje. Masę przetrzeć przez sitko.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, odcisnąć, a następnie rozpuścić na parze. Dodać do musu, wymieszać. Ostudzić.

Mus wyłożyć na ostudzony spód, schłodzić w lodówce, aż masa stężeje.

Mascarpone zmiksować z jogurtem, cukrem i sokiem.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, odcisnąć, rozpuścić na parze. Dodać do masy serwoej, dokładnie wymieszać.
Masę wyłożyć na mus żurawinowy, wyrównać powierzchnię.

Schłodzić w lodówce 3-4 godziny przed podaniem.

Przed podaniem na wierzch zetrzeć białą czekoladę.

Smacznego!

Jeszcze tylko jutro pobudka o stanowczo zbyt wczesnej godzinie, a potem cztery i pół dnia wolności. Ach, nie mogę się doczekać! Dzisiaj zjemy po ostatnim kawałeczku sernika, więc już zaczynam kombinować, co by tu dobrego przygotować... W związku z zaistniałą śnieżną zimą mam ochotę na drożdżówkę. Albo czekoladę. A może jedno i drugie...?