Pokazywanie postów oznaczonych etykietą amaretto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą amaretto. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 lutego 2018

Ciasto z kasztanami, wiśniami i kruszonką. Nie tylko dla zakochanych

W poniedziałek na zajęciach byłyśmy we dwie. Muszę przyznać, że taki system niemal prywatnych lekcji bardzo przypadł mi do gustu. Nauczyciel nie patrzy nam na ręce przez cały czas, zajmując się swoimi sprawami (wypiekaniem wyjątkowo apetycznie pachnących bochenków, jeśli ktoś by się zastanawiał), ale jest do naszej dyspozycji na każde zawołanie; można więc pytać i się radzić dowoli, tylko chwilami narażając się na buraczane aluzje. W dodatku odkryłam, że niemal cała kulinarna wiedza, jaką zgromadziła ludzkości przez wieki, w wypadku mojego nauczyciela nie ma zastosowania, bo niemal wszystko jest - tutaj cytuję - ble! Albo brr!, jeśli to coś wyjątkowo paskudnego, jak na przykład owsianka. Albo kapusta kiszona. Lub wieprzowina.
Koty też są brr!, chociaż ich akurat nie jada. Ale to pewnie dlatego, że są brr!

Wracając do poniedziałku - musiałam wydrukować kartkę. Właściwie to pół, bo tylko jedną stronę. Zostałam więc odesłana do informatyków z informacją, że mają mi umożliwić dostęp do drukarki o tajemniczej nazwie C39, znajdującej się w pokoju nauczycielskim. Dotuptałam więc z trudem do pokoju przez nich zajmowanego, wyjaśniłam, na czym rzecz polega, oddałam laptopka i czekałam. Przez prawie czterdzieści minut! Gdyby mój Tato zobaczył, co chłopaki wyrabiali, wyłysiał by na miejscu (bo siwawy to już ździebko jest). Było ich trzech; oglądali ten mój biedny komputer w trybie zmianowym - jak już coś się któremuś udało, to za chwilę tracił rezon i wątek, i wołał kolegę. I tak w kółko!
Na ich usprawiedliwienie muszę jednak dodać, że pewnym utrudnieniem mógł być fakt, że mój laptopek nadal trwa w zawieszeniu lingwistycznym pomiędzy językiem polskim a duńskim, nie mogąc się zdecydować, który jest bliższy jego procesorowi (chciałam napisać sercu, ale to w końcu bezduszna maszyna jest). 

W końcu się udało. Mogłam wydrukować potrzebny mi świstek, chłopcy załapali się na świeżutkie croissanty, a wszystko stanęło na tym, że w walentynkowy wieczór wylądowałam w moim pokoju z butelką whisky. I deserem, o co zadbał jeden z miłych kucharzy z kantyny. W sumie, to mogło być gorzej... Chyba.

Dzisiaj mam dla Was przepis na bardzo zwykłe, a jednocześnie lekko zaskakujące ciasto. Myślałam o przygotowaniu czegoś wystrzałowego, ale po tych wszystkich cudnych ciastach, których miałam okazję próbować w szkole, naszła mnie ochota na coś prostego. Ciasto ucierane - oto moje marzenie.
Przygotowałam więc puszyste, maślane i lekkie ciasto, wypełnione słodkimi kasztanami i kwaskowatymi suszonymi wiśniami, a wszystko pod warstwą chrupiącej, kasztanowej kruszonki. Prawdziwa uczta! C. był zachwycony; wcinał, aż mu się uszy trzęsły. A chyba właśnie o to chodzi w taki dzień jak dziś, prawda...?

Ciasto ucierane z kasztanami, suszonymi wiśniami i kasztanową kruszonką


Składniki:
(na formę serce o średnicy 20 cm)
  • 125 g miękkiego masła
  • 115 g cukru
  • 4 jajka
  • 230 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1 łyżka likieru amaretto
  • 75 g obranych pieczonych kasztanów
  • 100 g suszonych wiśni

kruszonka:
  • 25 g mąki pszennej
  • 30 g mąki kasztanowej
  • 30 g cukru
  • 40 g zimnego masła

Mąkę pszenną i kasztanową przesiać, dodać cukier, wymieszać. Dodać pokrojone w kosteczkę zimne masło, szybko zagnieść kruszonkę.
Odstawić.

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą. Partiami dodawać do masy maślanej, miskując tylko do połączenia składników. Wlać amaretto, zmiksować.
Na końcu dodać pokrojone na mniejsze kawałki kasztany i wiśnie, wymieszać.

Ciasto przełożyć do formy wysmarowanej masłem, równomiernie posypać kruszonką.

Piec w 170 st. C. przez 50-55 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Ja tymczasem szybciutko idę pod prysznic, żeby spokojnie zaszyć się pod kołdrą z książką i herbatką w zasięgu ręki.
Bo - jak mnie dzisiaj uświadomił facebook:
- Wszystko, czego ci trzeba, to...
- Miłość.
- Co? Nie, nie. Książki!

sobota, 3 lutego 2018

Pączki tiramisu i socjalizacja

Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Taka szkoła na przykład: daleko od domu, człowiek musi dzielić te kilka metrów kwadratowych z kimś zupełnie obcym, tęskni za mężem, psami i własnym łóżkiem. Z drugiej strony ma możliwość nie tylko nauki, ale też czas na eksperymenty i socjalizację. A w tym ostatnim akurat najlepsza to ja nie jestem. Powiedziałabym nawet, że wręcz przeciwnie - jestem przypadkiem beznadziejnie asocjalnym. Ludzie w gruncie rzeczy mnie denerwują i nie szukam ich towarzystwa, zadowalając się własnym. Tym razem jednak dostałam lekko zwariowaną współlokatorkę, która w przyszłym tygodniu zdaje końcowy egzamin, więc jest niezwykle nerwowa i roztrzepana. Ostatnio musiałam ratować ją plastrami, nożyczkami do paznokci i czystymi skarpetkami... Ale to już nie jest historia na blog kulinarny.
Z drugiej strony pogłębiam znajomości już nawiązane, wyznając starą, dobrą zasadę, że z ludźmi, którzy cię karmią, należy żyć dobrze. Więc żyję. Piwo nawet wypiję (ja w końcu mam końcowy egzamin dopiero pod koniec maja; do tego czasu zdąży mi to piwo z głowy wywietrzeć). 

A dzisiaj mam dla Was pierwszy przepis na pączki (i nieostatni w tym sezonie - obiecuję!). Znalazłam go na blogu Doroty i od razu wiedziałam, że będę musiała spróbować - w końcu tiramisu to mój ukochany deser, więc pączki choćby o nim przypominające nie mogły ujść mojej uwadze. 
Wyszły boskie! Ciasto jest idealne, choć odrobinę się lepi. Pączuszki wychodzą lekkie, puszyste i delikatne - no po prostu cud, miód i orzeszki. Kremowe nadzienie (na które trzeba uważać, bo lubi wypływać) smakuje obłędnie, a w połączeniu z lukrem kawowym to prawdziwa uczta. 
C. zabrał dwanaście sztuk do pracy; dali im radę we czterech. I jeszcze było im mało! Zostałam obwołana pączkową królową i obsypana taką ilością komplementów, że zarumieniłam się po same czubki uszu.
Tego po prostu musicie spróbować!

Pączki tiramisu


Składniki:
(na 16 sztuk)
  • 550 g mąki pszennej
  • 30 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 70 g cukru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g masła
  • 2 łyżki likieru Amaretto

krem:
  • 250 g serka mascarpone
  • 2 żółtka
  • 50 g cukru pudru
  • 2 łyżki likieru Amaretto

lukier:
  • 3-4 łyżki mocnej, gorącej kawy
  • 130 g cukru pudru

dodatkowo:
  • 1 łyżka kakao
  • 1,5 l oleju do smażenia

Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać połowę mleka. Odstawić na 10-15 minut w ciepłe miejsce.
W tym czasie masło rozpuścić, przestudzić.

Do zaczynu dodać pozostałe mleko i cukier, jajka oraz żółtka. Zagnieść. Dodać masło, sól i likier, wyrobić gładkie, dość luźne ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na około 1 godzinę.

Po tym czasie odrywać kawałki ciasta o wadze około 70 g, formować z nich kulki, układać na oprószonym mąką blacie, zachowując odstępy. Zostawić do napuszenia na 25-40 minut.

W tym czasie rozgrzać olej do temperatury 175 st. C. Smażyć pączki na rozgrzanym oleju, przez około 90 sekund z każdej strony. Odkładać na papierowy ręcznik.

Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać likier, cały czas miksując. Na końcu dodać mascarpone, zmiksować na puszysty krem. 
Krem przełożyć do woreczka cukierniczego z końcówką do nadziewania pączków. Nadziewać całkowicie ostudzone pączki. 

Z kawy i cukru pudru ukręcić lukier. Polać pączki. Po zastygnięciu lukru oprószyć kakao.

Smacznego!


Z dna rozpaczy (czarnej) wyciągnął mnie ebook. Niech żyje technika!

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Przed-poślubnie. I tort kawowo-malinowy z różaną nutą

Pogoda, póki co, zachwycająca.
Suknia pasuje, choć jej wkładanie to droga przez mękę.
Próba w kościele wypadła pomyślnie i chyba wiem, kiedy mam powiedzieć tak (dwa razy).
Lista gości wydaje się być kompletna, choć nie wykluczam w tej kwestii niespodzianek.
Kwiaty zostały dostarczone, a mój bukiet będzie na mnie czekał jutro o dziesiątej rano.
Tak idealnie pomalowanych paznokci nie miałam od lat - i nie jest to metafora.
Babcia będzie na miejscu za niecały kwadrans, a C. wybył w niewiadomym kierunku i nie wiemy, kiedy właściwie wróci. A przecież tylko on wie, jak się obsługuje monstrualnego grilla w ogrodzie.

Wszystko będzie dobrze, prawda...?

Tyle zdążyłam napisać przez ostatni tydzień. Choć bardzo się starałam, zostałam pochłonięta przez wir przygotowań - okazuje się, że przed ślubem, choć ma się wrażenie, że wszystko jest już dopięte na ostatni guzik, ciągle jest coś do zrobienia! Ale wiecie co? Udało się! Impreza była jak się patrzy, choć momentami goście popatrywali na siebie z pewną dozą nieufności i niezrozumienia. W sobotę naprawdę żałowałam, że nie przyjął się esperanto; taki uniwersalny język rozwiązałby połowę moich problemów.

Dziś mam dla Was przepis na ciasto, które zabrałam ze sobą do pracy przed urlopem. Wywołało skrajne emocje - albo się je kocha, albo nienawidzi. Wszystko zależy od Waszego stosunku do kawy; jeżeli nie pijacie, ciasto nie pobudzi u Was apetytu, ale jeśli lubicie - przepadniecie. Miękki, wilgotny biszkopt migdałowy z Moich wypieków delikatnie nasączony amaretto, do tego mus malinowy na żółtkach i kawowy, również z dodatkiem jajek. Dzięki temu mają głębszy smak i nieco cięższą konsystencję niż te przygotowane tylko na śmietanie. Polewa lustrzana wywołała uwielbienie u kilku kolegów - podobno smakuje jak trufla. Jest mocno czekoladowa i pyszna, jej słodycz idealnie komponuje się z wyrazistym wnętrzem.
Spróbujcie koniecznie, jestem pewna, że Wam posmakuje.

Tort kawowo-malinowy z różaną nutą


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

biszkopt migdałowy:
  • 2 jajka
  • 1 łyżka letniej wody 
  • 110 g cukru
  • 85 g mąki pszennej
  • 70 g mielonych migdałów
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z migdałów

mus malinowo-różany:
  • 225 g malin
  • 2 żółtka
  • 110 g cukru
  • 20 ml wody
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 1 łyżka przecieru z płatków róży
  • 3 listki żelatyny
  • 225 ml śmietany kremówki (38%)
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

mus kawowy:
  • 95 ml mocnej kawy
  • 120 g cukru
  • 3 żółtka
  • 2 listki żelatyny
  • 90 g miękkiego masła
  • 180 ml śmietany kremówki (38%)

polewa lustrzana:
  • 110 g cukru
  • 75 g glukozy w płynie
  • 115 g śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżka kawy rozpuszczlanej (proszek)
  • 55 g ciemnej czekolady (60%)
  • 55 g mlecznej czekolady
  • 2 listki żelatyny

nasączenie:
  • 2 łyżki amaretto

dodatkowo:
  • liofilizowane maliny
  • czarny i złoty proszek
  • czekoladowe ozdoby

Jajka, wodę i cukier umieścić w dużej misce. Ubijać na wysokich obrotach, aż masa będzie jasna i bardzo gęsta. Wlać ekstrakt, zmiksować.
Mąkę i proszek przesiać, wymieszać z migdałami. Wsypać do ubitej masy jajecznej, delikatnie wymieszać łyżką, tylko do połączenia składników.

Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać ciasto do formy, wyrównać wierzch.

Piec w 170 st. C. przez 15 minut.
Wyjąć z piekarnika, ostudzić.

Mus malinowo-różany:
Maliny podgrzać. Gdy zaczną się rozpadać, zdjąć garnuszek z palnika, zmiksować owoce blenderem na gładką masę, a następnie przetrzeć przez sitko. Wymieszać z przecierem różanym, odstawić.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Z cukru i wody zagotować syrop. W tym czasie ubić żółtka. 
Gdy cukier całkowicie się rozpuści, powoli wlać syrop do żółtek, cały czas miksując. Przelać całość do garnka, podgrzewać, aż masa nieco zgęstnieje. Przelać przez sitko, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Miksować przez około pięć minut, aż masa ostygnie. Dodać mus malinowy, połączyć.
Kremówkę ubić, dodać do masy jajecznej, delikatnie mieszając.
Spód polać amaretto, wylać mus, zamrozić.

Mus kawowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kawę zagotować z połową cukru. 
Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać gorącą kawę, cały czas miksując. Przelać masę do garnuszka, gotować, aż zgęstnieje do konsystencji budyniu. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Przełożyć do miski, miksować przez około 10 minut, aż masa całkowicie wystygnie. Po kawałeczku dodawać miękkie masło, cały czas miksując. 
Kremówkę ubić na sztywno, dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Mus malinowy wyjąć z formy, ułożyć na środku większej formy wyłożonej papierem do pieczenia. Zalać musem kawowym tak, żeby z boków formy nie było dziur z powietrzem.
Zamrozić.

Polewa lustrzana:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie
Cukier, glukozę, kremówkę i kawę zagotować. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. gorącym płynem zalać posiekaną czekoladę, wymieszać, ostudzić do temperatury 35-40 st. C.

Zmrożone ciasto wyjąć z formy, ustawić na kratce, pod nią podłożyć folię spożywczą lub papier do pieczenia. Oblać ciasto polewą, odczekać kilka minut, ostrożnie przełożyć na paterę.

Udekorować liofilizowanymi malinami, złotym i czarnym proszkiem oraz ozdobami czekoladowymi.

Smacznego!


Dekoracja jest prosta, ale zrobiło się późno i nie chciało mi się kombinować. Przygotowałam więc zawijaska z ciemnej kuwertury, posypałam całość kolorowymi proszkami i liofilizowanym malinami. Dopiero później przyszło mi do głowy, że mogłam też użyć suszonych płatków róż... 
Cóż - następnym razem.

I jeszcze jeden drobiazg -jeśli planujecie wycieczki z tym ciastem, dodajcie do musów odrobinę więcej żelatyny, nie trzymają się bowiem za dobrze w cieple. 

poniedziałek, 1 maja 2017

Mrożony tort tiramisu na rozpoczęcie wiosny

C. znowu miał rację. Mimo nocnych przymrozków i wietrznych, deszczowych dni uparcie powtarzał, że od niedzieli aura się zmieni. Zapowiadał słońce i ciepło, a na moje pesymistyczne reakcje tylko wzruszał ramionami. I wiecie co? W niedzielę wyszło słońce! Może nie mieliśmy nagle trzydziestu stopni, ale w porównaniu z sobotą było zdecydowanie cieplej. Po błękitnym niebie leniwie snuły się nieliczne, białe obłoczki, a ja w ciężkim szoku wpatrywałam się zmrużonymi oczami prosto w oślepiająco jasną słoneczną tarczę.

Przyjęcie urodzinowe, choć z uwagi na chłodny wiatr odbyło się wewnątrz a nie w ogrodzie, na co mieliśmy nadzieję, było niezwykle udane. Pączusia dzielnie znosiła dobre chęci dwóch małych chłopców, skutecznie odciągając tym ich uwagę od Ptysi, która w stosunku do dzieci jest raczej mało tolerancyjna. A po wyśmienitym obiedzie, w którego skład wchodził domowy sos berneński, na deser podałam mrożony tort tiramisu. Pracowałam cały weekend, nie miałam więc za bardzo czasu na przygotowanie odpowiednio efektownego tortu. Stwierdziłam, że lody lubią wszyscy, lodowy tort będzie więc rozwiązaniem doskonałym. I nie pomyliłam się!
Słodkie, bezowe blaty przełożone kawowym semifreddo z wyraźnym dodatkiem amaretto. Do tego odrobina kakao, i uwierzcie - nic więcej do szczęścia nie trzeba. Tort prezentuje się niezwykle efektownie, a smakuje tak, że ciężko oprzeć się dokładce. Nawet po sutym obiedzie.

Mrożony tort bezowy tiramisu


Składniki:
(na ciasto o średnicy 25 cm)

beza:
  • 6 białek
  • 250 g cukru
  • 50 g cukru pudru
  • 1 łyżka białego octu winnego
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej

lody:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 g serka mascarpone
  • 3 jajka
  • 100 g cukru pudru
  • 50 ml amaretto
  • 50 ml mocnej, zimnej kawy

dodatkowo:
  • 3 łyżki kakao

Białka ubić, pod koniec partiami dodając najpierw zwykły cukier, później cukier puder. Na końcu dodać ocet i mąkę ziemniaczaną, połączyć.
Trzy blachy wyłożyć papierem do pieczenia, na każdej narysować okrąg o średnicy około 20 cm.
Bezę przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę i wyciskać bezę na blachy.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze przez 50-60 minut.
Ostudzić.

Żółtka ubić z 25 g cukru pudru na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone, połączyć. Wlać kawę i amaretto, wymieszać. Kremówkę ubić, dodać do mascarpone. Białka ubić, pod koniec partiami dodając pozostały cukier puder. Porcjami dodawać do masy serowej, delikatnie mieszając łyżką.
Wstawić lody na 2-3 godziny do zamrażarki.

Na talerzu ułożyć pierwszy bezowy blat, rozłożyć 1/2 na wpół zmrożonych lodów, posypać kakao. Ułożyć kolejny blat, resztę lodów i kakao. Przykryć ostatnim blatem, zamrozić.

Przed podaniem oprószyć kakao.

Smacznego!


Wiosna, miejmy nadzieję, już niedługo zmieni się w prawdziwe lato, przepisy na lody i zimne desery będą się więc pojawiać na blogu coraz częściej.

sobota, 15 kwietnia 2017

Zielona pascha. Pistacjowa

Wielkanoc w tym roku ucieka mi między palcami. Owszem, na gałązce w kuchni powiesiłam kolorowe jajka, a w wazonie stoją, lekko już przywiędłe, żonkile. W lodówce czeka kilka kawałków zielonej paschy, a ja mam wrażenie, że to wszystko dzieje się obok mnie. Od środy pracuję, jeżdżę i śpię. Ach, no i od czasu do czasu coś przegryzę, bo inaczej padłabym gdzieś po drodze. Końca Świąt wyczekuję niczym urodzinowych prezentów; jestem zmęczona i bardzo, ale to bardzo chciałabym się wyspać.

Ten nieco depresyjny wstęp ma być moim usprawiedliwieniem. Mam jednak nadzieję, że jeszcze nie jest za późno, żeby życzyć Wam wspaniałych, rodzinnych i pogodnych Świąt Wielkiej Nocy. Żeby jutrzejsze śniadanie było wyjątkowe i niezakłócone troskami i nieprzyjemnościami. I żeby baby, mazurki i serniki smakowały Wam jak nigdy.

Wesołych Świąt!

Ja tymczasem przekazuję Wam przepis na zieloną paschę.
Odkąd odkryłam, że w lokalnym markecie mają pastę pistacjową, kupuję namiętnie słoiczek za słoiczkiem i wtykam ją, gdzie tylko się da. A że paschę po raz ostatni robiłam trzy lata temu stwierdziłam, że będzie to doskonałe połączenie.
Przepisu na pistacjową paschę nie mogłam znaleźć, wróciłam więc do sprawdzonego już w minionych latach. Delikatnie zmieniłam proporcje, dodałam pistacje i wyrazisty sos żurawinowy. 
Wyszło znakomicie! Pascha jest kremowa, słodka i rozpływa się w ustach, a sos nadaje jej charakteru. Poza tym pięknie komponuje się kolorystycznie.

Wiem, że w tym roku już za późno, ale może przepis przyda Wam się przy okazji kolejnej Wielkiej Nocy...?

Pascha pistacjowa z sosem żurawinowym


Składniki:
(na miskę o pojemności 2 l)
  • 2 l mleka
  • 500 g kwaśnej śmietany
  • 6 jajek
  • 200 g miękkiego masła
  • 20 g cukru pudru
  • 200 g kremu pistacjowego
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 50 ml amaretto
  • 25 g niesolonych pistacji bez łupinek

sos żurawinowy:
  • 150 g świeżej lub mrożonej żurawiny
  • 50 g cukru
  • 30 ml amaretto
  • 100 ml wody
  • 2 łyżeczki kisielu żurawinowego

Mleko zagotować. Jajka roztrzepać ze śmietaną, powoli wlewać do gotującego się mleka, cały czas mieszając. Kiedy oddzieli się serwatka, zdjąć z ognia i ostudzić.
Sitko wyłożyć podwójną warstwą gazy, wyłożyć odciśnięty ser. Zostawić na noc do odcieknięcia.

Żurawinę zalać amaretto, zostawić na noc.

Następnego dnia ser jeszcze raz odcisnąć. Powinien być sypki.

Masło utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Po łyżce dodawać ser, cały czas miksując. Dodać pastę krem pistacjowy, połączyć. Dodać odciśniętą żurawinę i posiekane pistacje, wymieszać.

Miskę wyłożyć podwójną warstwą gazy, wyłożyć masę serową, dobrze docisnąć. Zawinąć brzegi gazy na masę, schłodzić w lodówce przez noc.

Rano odwinąć gazę, wyłożyć paschę na talerz, zdjąć gazę z wierzchu.

Żurawinę, cukier, amaretto (również to pozostałe z moczenia suszonej żurawiny) oraz 75 ml wody umieścić w garnuszku. Zagotować.
Kisiel rozmieszać w pozostałej wodzie, wlać do żurawiny, wymieszać i gotować jeszcze chwilę.
Przestudzić.

Pachę podawać z ciepłym lub zimnym sosem żurawinowym.

Smacznego!


Zamiast żurawin, można i w samym cieście, i w sosie użyć wiśni. Efekt będzie równie doskonały.

środa, 15 marca 2017

Trzecia po bogu. I o przygotowaniach do Wielkanocy

Ostatnio Birthe wpadła do piekarni, pociągnęła mnie za rękaw i oświadczyła, że muszę iść z nią. Natychmiast! Poszłam więc, lekko zaniepokojona, a odrobinę rozbawiona jej przejętą miną. Po drodze do sklepu wyjaśniła mi, że klientka stanowczo domaga się rozmowy z szefem, a że szef na wakacjach, razem z małżonką zresztą, która w przypadku jego nieobecności takimi nagłymi sprawami się zajmuje, tym razem to ja będę musiała zamówienie przyjąć. 
Ha! - pomyślałam. Wygląda na to, że w końcu zapracowałam sobie na opinię osoby umiejącej porozumiewać się po duńsku, skoro wypychają mnie do klientów. Miło, kiedy ktoś doceni umiejętności lingwistyczne, nad którymi tak ciężko pracuję.

Tak jakoś się złożyło, że choć pracę zaczynam wyjątkowo wcześnie, to zdarza się, że kończę ją równie wyjątkowo późno. Takie dni sprawiają, że czuję się wyzuta z ostatnich sił i nie mam chęci na nic. Nawet leżenie na kanapie i totalne nieróbstwo mnie wtedy nie satysfakcjonują; chodzę jak cień samej siebie, szukając czegokolwiek, co sprawiłoby, że odzyskałabym chęci do życia.
Bywa jednak i tak, że po dwunastu godzinach mieszania, wałkowania i pieczenia, do domu wracam pełna energii i chęci do działania. Przygotowuję wtedy zapasy granoli na najbliższy tydzień, zagniatam ciasto na drożdżówki z owocami lub odkurzam i myję podłogi, nie zważając na psie protesty.

Ostatnio w kwestii chcenia i niechcenia największe znaczenie ma pogoda. Po pierwsze, dni zrobiły się dłuższe i nie mam wrażenia, że powoli zamieniam się w bladolicego, spragnionego krwi (tych, którzy akurat zaleźli mi za skórę) wampira. Słońce działa na mnie w sposób niemal magiczny; wystarczy, że wyjrzy zza chmur, a ja od razu mam wrażenie, że mogłabym góry przenosić (i tak, sprawdzałam; skóra mi się jeszcze w promieniach słonka nie mieni). Odczuwam już nie tylko potrzebę, ale niemal przymus do działania. Siedzenie na kanapie przed laptopem nie wchodzi w grę, bujany fotel i książka przestają być opcją na spędzenie popołudnia. Zamiast tego, zabieram psy na długie spacery, pomału rozkręcam się z wiosennymi porządkami i... Zaczynam wymyślać ciasta na Wielkanoc. 
Wiadomo, że w tym okresie królują babki. Mazurki, serniki i paschy też są cudowne, ale to właśnie babka jest dla mnie symbolem wielkanocnego stołu. Nie mogę im się oprzeć; po tym, gdy parę lat temu w końcu zaczęły mi wychodzić, a zakalec (odpukać!) już dawno mi humoru nie zepsuł, w okresie przed wielkanocnym z uporem maniaka piekę kolejne i następne. Nigdy mi się chyba nie znudzą!

Tym razem dość oczywiste połączenie, czyli migdały z rabarbarem. Klasyczne, słodkie ciasto ucierane z kwaśnymi, różowymi łodygami. Swoje wyjęłam z zamrażarki, bo na świeże jeszcze nam chwilę przyjdzie poczekać... I wiecie co...? Dzięki nim już niemal poczułam wiosnę!

Babka jest prosta i szybka w przygotowaniu, wygląda ślicznie, a smakuje wprost obłędnie. Częstowałam nią sąsiadów, i nikt nie oparł się dokładce. W tajemnicy Wam też powiem, że Pan Sąsiad spod piątki wziął nawet kawałek na wynos... A to chyba o czymś świadczy, prawda...?

Migdałowa babka z rabarbarem i lukrem z amaretto


Składniki:
(na formę do babki z kominkiem o pojemności 2,5 l)
  • 250 g miękkiego masła
  • 250 g cukru
  • 2 jajka
  • 200 ml mleka
  • 350 g mąki pszennej
  • 200 g mielonych migdałów
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia

dodatkowo:
  • 350 g rabarbaru

lukier:
  • 150 g cukru pudru
  • 3 łyżki amaretto
  • 30 g płatków migdałowych

Rabarbar pokroić na kawałki grubości 0,5-1 cm.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masą. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z migdałami. Na zmianę z mlekiem dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach. Na końcu dodać rabarbar, delikatnie wymieszać łyżką.

Masę przełożyć do wysmarowanej masłem formy.

Piec w 175 st C. przez 60-70 minut, do suchego patyczka.
Przestudzić w formie 15-20 minut, następnie wyłożyć na talerz, obracając do góry spodem. Zostawić do całkowitego wystudzenia.

Płatki migdałowe uprażyć na suchej patelni, wystudzić.
Cukier puder przesiać, wymieszać z amaretto na gładki lukier. Polać lukrem babkę, udekorować płatkami migdałów.

Smacznego!

A Wy...? Myślicie już o Wielkanocy...?
Bo ja już kupiłam pierwsze w tym roku porcelanowe jajeczka...

czwartek, 24 listopada 2016

Inka ze skandynawską nutą

Gdy byłam dzieckiem, Inka i kawa zbożowa były synonimami. Nie wiem, czy to dlatego, że Inka była jedyną kawą zbożową dostępną na rynku, a może po prostu była najlepsza...? W każdym razie to właśnie ją Mama kupowała i parzyła dla mnie i Młodej, gdy domagałyśmy się kawy pitej przecież tylko przez dorosłych.
Oczywiście, jak zwykle musiałam stawać okoniem. Podczas gdy moja Siostra z lubością wypijała kawkę z mleczkiem, jak Mamusia, ja kręciłam nosem i decydowałam się jednak na herbatę. Komu bowiem spieszno do dorosłości, skoro smakuje tak dziwnie...?
Przez długie lata kawy nie pijałam. Ot tak, od wielkiego święta; czasem ją we mnie wręcz wmuszano. Herbat za to miałam w domu bez liku, i to nimi poiłam swoich gości. Gdy na studiach znajomi przed sesją wspomagali się hektolitrami czarnego jak smoła napoju, ja ciągle popijałam herbatkę, patrząc na nich z politowaniem.

Dzisiaj nadal kawy pijam niewiele, ale za to przeprosiłam się z Inką. Kupiłam ot tak, na próbę, bo wpadła mi w oko w polskim sklepie. Smak już niemal zapomniany, stwierdziłam więc, że warto go sobie odświeżyć. Okazało się, że jej charakterystyczny, lekko słodki smak wprost idealnie wpasowuje się w moje podniebienie! I choć nadal to herbata jest moim ulubionym napojem, kilka razy w tygodniu zaparzam sobie kawę zbożową i piję ją z dodatkiem mleka (jak Mamusia).

Tym razem postanowiłam ją sobie nieco urozmaicić. Oprócz spienionego mleka i odrobiny amaretto dla rozgrzania w ten zimny, listopadowy wieczór, na wierzch dodałam przygotowane poprzedniego dnia palone migdały. Nadały kawie dodatkowej słodyczy i chrupiących niespodzianek, które zatopiły się w lekkiej jak puch pianie z mleka. Wyszło naprawdę pysznie i jestem pewna, że taką kawkę będę popijała aż do Świąt.

A Wy? Pamiętacie jeszcze Inkę...?

Inka z palonymi migdałami


Składniki:
(na 1 porcję)
Kawę zalać wrzątkiem, wymieszać. 
Mleko podgrzać do temperatury 65 st. C., spienić.
Do kawy dodać amaretto, wymieszać. Na wierzch wylać spienione mleko, posypać posiekanymi migdałami.

Smacznego!

Przepis bierze udział w inkowym konkursie:

środa, 30 marca 2016

Krwiste tiramisu. Nie tylko dla odważnych

Czasami się zastanawiam, czym jest odwaga. Kiedyś bardzo łatwo było stwierdzić, czy dany człowiek się nią cechuje, czy raczej wręcz przeciwnie. Rycerze dzielnie stawali na polu bitwy i ruszali do boju bez najmniejszych oznak wahania, królowie podbijali sąsiednie państwa, szlachcianki wdawały się w romanse, za które groziła sroga kara z ręki męża. Z natury lękliwi chłopi pochylali głowy i plecy przed trudami codziennego życia; co jakiś czas jednak rodził się ten wyjątkowy, odważny. Potrafił sprzeciwić się panu, za co najczęściej kończył na szubienicy. Ale odwagi nikt mu odmówić nie mógł.

Dzisiaj odważni młodzi ludzie walczą w nie swoich wojnach albo uprawiają sporty ekstremalne. Ci, którzy mają pieniądze, odważnie stawiają wszystko na jedną kartę. Tym, którzy nie mają czego stawiać, dużo trudniej wykazać się odwagą. Bo czy stanięcie w obronie kopniętego psa można komuś policzyć za czyn odważny...? Taki drobiazg, który przecież nic nie zmieni...
W dzisiejszych czasach, i tak już niewyraźna, linia między odwagą i głupotą zatarła się niemal zupełnie. Gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie...? Nie mnie to oceniać.

Dzisiaj mam dla Was jeden z najlepszych deserów, jakie ostatnio jadłam. Ba! Kwalifikuje się do pierwszej piątki najcudowniejszych pyszności, jakich dane mi było spróbować. Gdyby nie resztki zdrowego rozsądku, zjadłabym wszystko. Sama. Na raz!

Przepis podpatrzyłam u Pomidorowej Ani i od razu przepadłam. Wszelkie wariacje na temat tiramisu są u nas bardzo mile widziane; gdy zobaczyłam połączenie tego pysznego, włoskiego deseru z moimi ukochanymi, krwawymi pomarańczami wiedziałam, że też muszę takie mieć. Nie czekałam długo... Zaraz po Świętach, gdy choć trochę minęło mi babkowe szaleństwo, zabrałam się do rzeczy. Deser jest banalnie prosty w przygotowaniu, a jedynym ekskluzywnym składnikiem są sezonowe czerwone cytrusy. Bez gotowania, bez pieczenia, na upartego - da się nawet bez miksera (tylko po co...?). Efekt - delikatny, rozpływający się w ustach krem z biszkopcikami o intensywnym smaku pomarańczy. Do tego plasterki cytrusów w obłędnie pysznym syropie i chrupiące, zieloniutkie pistacje. Czysta poezja. Przysięgam - mogłabym jeść ten deser codziennie do końca życia, i nigdy by mi się nie znudził.

Tiramisu sanguinello


Składniki:
(na 6 porcji)
  • 250 g serka mascarpone
  • 25 ml amaretto
  • 60 g cukru pudru
  • 3 żółtka
  • 2 białka

nasączenie:
  • 50 ml delikatnej czarnej herbaty (aromatyzowanej pomarańczą)
  • 50 ml soku z czerwonych pomarańczy
  • skórka otarta z 1 czerwonej pomarańczy
  • 1 łyżeczka miodu
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 2 łyżki amaretto

pomarańcze w syropie:
  • 3 czerwone pomarańcze
  • 2 łyżki cukru trzcinowego
  • 3 łyżki amaretto

dodatkowo:
  • 75 g podłużnych biszkoptów
  • niesolone pistacje

Ostudzoną herbatę wymieszać z sokiem z pomarańczy i cytryny, skórką pomarańczową, miosem i amaretto. Odstawić.

Pomarańcze obrać, odkrawając dokładnie białe albedo. Pokroić je na plastry grubości 4-5mm, posypać cukrem, zalać alkoholem i odstawić do lodówki.

Białka ubić na sztywną pianę. Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Wlać alkohol, zmiksować. Dodać mascarpone, połączyć. Na końcu partiami dodać pianę z białek, delikatnie mieszając łyżką.

W herbacie z sokiem maczać biszkopty, ułożyć na dnie szklanek. Na wierzch wyłożyć krem. Schłodzić w lodówce 3 godziny.

Przed podaniem tiramisu udekorować plastrami pomarańczy, polać syropem z ich macerowania i posypać posiekanymi pistacjami.

Smacznego!


W stosunku do oryginalnego przepisu nieco zmieniłam proporcje. I po pierwszym kęsie zaczęłam żałować - te dziesięć porcji z pewnością by się nie zmarnowało...

poniedziałek, 14 września 2015

Jesienne tiramisu: z figami

Jestem dzieckiem późnego lata. I choć każda pora roku ma w sobie coś magicznego, co oczarowuje mnie co roku od nowa, to jednak wrzesień chyba na zawsze pozostanie moim ulubionym miesiącem (i to nie tylko dlatego, że właśnie wtedy mam urodziny!).

Uwielbiam nosić letnie, zwiewne sukienki i sandały; raptem kilka paseczków i podeszwa. Ale to swetry są ulubioną częścią mojej garderoby. Ciągle kupuję nowe, i ciągle mi mało. Lekkie, zapinane kardigany, które można niezobowiązująco narzucić nawet w chłodniejszy dzień lipca, ale przede wszystkim te grube i miękkie, otulające swoim ciepłem. To właśnie we wrześniu znów nadchodzi ich czas, za którym tęskniłam przez kilka miesięcy. Mogę się nimi opatulać do woli, aż do kolejnej wiosny.
Lubię gorące dni lata, gdy można wylegiwać się na trawie i obserwować leniwie płynące po niebie obłoki, nie myśląc o niczym; a także mroźne, zimowe popołudnia, gdy skulona pod kocem na kanapie poświęcam sto procent uwagi bohaterom nowej powieści. We wrześniu obie możliwości są na wyciągnięcie ręki: jednego dnia złota jesień zaprasza do parku, na spacery wśród opadłych liści i pękających z cichym trzaskiem kasztanów; kolejnego słota zatrzymuje mnie w domu i sprawia, że jedyne, na co mam ochotę, to kubek po brzegi wypełniony gorącą herbatą. 
Lubię wiosenną beztroskę, gdy wszystko niefrasobliwie budzi się do życia. Soczysta zieleń zalewa nas ze wszystkich stron, słodkie truskawki kuszą swoją intensywną czerwienią; jednym słowem - aż chce się żyć. Ale to jesienna nostalgia jest mi bliższa. Świadomość upływającego czasu, powrót do codzienności po wakacyjnych szaleństwach. Melancholijne chwile zadumy przy oknie, po którym spływa deszcz...

We wrześniu też zaczyna się sezon na świeże figi.
Cóż, nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, nie nawet od pierwszego kęsa. Kiedyś wydawały mi się mdłe i nijakie; teraz wyczekuję ich niecierpliwie. Piękny kształt i głęboki fioletowy kolor kuszą ogromnie. Różowo-czerwone wnętrze, wypełnione drobnymi pesteczkami sprawia, że dla figi można stracić głowę. Ja straciłam, i całkiem mi z tym dobrze.
Tylko już teraz jest mi trochę smutno, że sezon jest tak krótki...

Póki co jednak, znoszę pudełeczka fig do domu z zastraszającą częstotliwością. Najczęściej delikatnie karmelizuję je na patelni i podaję z gałką lodów waniliowych - deser najprostszy z możliwych, ale to w prostocie tkwi jego siła. Powala swoim smakiem, nie pozwala się oderwać od miseczki, dopóki coś jeszcze pozostało na jej dnie.
Tym razem jednak poszłam o krok dalej. Figi z delikatnym kremem na bazie mascarpone i jajek, a do tego biszkopty zanurzone w kawie z amaretto. Brzmi znajomo? Tak, to kolejna wariacja na temat tiramisu. Obłędnie pyszna, wręcz uzależniająca. Nie będziecie mieli dość, jestem pewna.

Inspirację znalazłam na blogu Paleta smaku, ale zrobiłam po swojemu. Do kremu użyłam całych jajek, nie tylko żółtek, żeby był bardziej puszysty. Część fig skarmelizowałam, świeżymi udekorowałam całość. Wyszło bajecznie - musicie tego spróbować!
A jeśli nie używacie surowych jajek, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby sięgnąć po pasteryzowane. Bo tiramisu bez jajek to, moim zdaniem, już nie to samo...

Figowe tiramisu


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 75 g cukru pudru
  • 2 jajka
  • 250 g serka mascarpone
  • 100 g podłużnych biszkoptów
  • 150 ml mocnej, ostudzonej kawy
  • 50 ml amaretto
  • 8 fig
  • 50 g cukru
  • 50 ml wody
4 figi pokroić w ósemki. Cukier skarmelizować na patelni, ułożyć na nim figi, chwilkę smażyć. Zalać wodą, obrócić owoce, smażyć jeszcze chwilę. Zdjąć z patelni, ostudzić.

Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone, zmiksować tylko do połączenia składników. Białka ubić na sztywno, delikatnie wmieszać do masy.

Kawę wymieszać z amaretto. Moczyć w niej krótko biszkopty, ewentualnie przełamać na pół. 
Na dnie szklanek ułożyć warstwę namoczonych biszkoptów, na nich kremu, a na kremie karmelizwane figi. Przykryć biszkoptami i pozostałym kremem. 
Schłodzić w lodówce.

Przed podaniem udekorować świeżymi figami pokrojonymi w ósemki.

Smacznego!


Taki deser zafundowałam nam z okazji moich urodzin. C. przyrządził kaczkę z najlepszym grzybowym sosem; obiad mieliśmy jak w najlepszej restauracji. 
Dziękuję!

piątek, 27 marca 2015

Wielkanocne ciasteczka kawowe

Od dzisiaj, a właściwie od wczorajszego południa, mam ferie wielkanocne. Bardzo mnie to cieszy - ale czy jest ktoś, kto nie cieszy się z urlopu? Jak pewnie zdążyliście zauważyć, uwielbiam moją szkołę, jednak spanie nieco dłużej i odrobina więcej czasu, szczególnie przed nadchodzącymi Świętami, z pewnością się przyda. Ostatnio bowiem nie tylko nie za bardzo mam kiedy piec, ale brakuje również czasu na jedzenie... Tak, moi drodzy - z C. ledwo co się widujemy, a sama, nawet dobrego słodkiego, jeść nie lubię... Muszę więc wypieki dobrze planować, żeby nic się nie zmarnowało. Na szczęście zawsze można odwiedzić koleżankę i ją wraz z rodzinką poczęstować jakimiś smakołykami. 

Dzisiaj mam dla Was wyjątkowo urocze ciasteczka, które w dodatku smakują wyśmienicie. Gdy tylko zobaczyłam je na blogu Red and pale wiedziałam, że muszę je mieć. Takie ślimaczki mają w sobie coś wyjątkowo urzekającego. W momencie, kiedy zauważyłam, że w składnikach znajduje się kawa, przestałam wypiek planować - po prostu poszłam do kuchni i przystąpiłam do działania. Efekt? Obłędny! Ciasteczka są chrupiące, ale nie twarde, z intensywnym smakiem i aromatem kawy, z którym bajecznie komponuje się delikatnie wyczuwalna w tle nuta amaretto. No i wyglądają prześlicznie. Czy można chcieć od ciasteczek czegoś więcej...?

Kawowe ślimaczki z amaretto

Składniki:
(na 25-30 sztuk)
  • 150 g miękkiego masła
  • 100 g cukru
  • 1 jajko
  • 300 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 2 łyżki mąki pszennej
  • 1 łyżka amaretto
  • 1 łyżka kakao
  • 1 łyżka kawy rozpuszczalnej (proszek)
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Wbić jajko, zmiksować. Partiami dodawać mąkę, miksując na najniższych obrotach miksera.
Ciasto podzielić na pół. Do jednej części dodać amaretto i mąkę, do drugiej kakao i kawę. Każdą z nich dobrze zagnieść, żeby składniki się połączyły.

Jasne i ciemne ciasto rozwałkować na kwadraty o grubości 3-4 mm. Na ciemnym ułożyć jasny, zwinąć w ciasny rulon. Zawinąć w folię spożywczą, schłodzić w lodówce przez minimum 1 godzinę.

Schłodzone ciasto pokroić na plastry o grubości 5 mm. Ułożyć je płasko na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. 

Piec w 200 st. C. przez 12 minut.
Wystudzić na kratce.

Smacznego!

Ostatnio, gdy odwiedzałam wyżej wymienioną koleżankę, przyniosłam ze sobą tartę wielkanocną zrobioną w szkole. Całkiem ładna była, moim zdaniem. Mam do Was pytanie - bylibyście zainteresowani postem o moich szkolnych dokonaniach? Zdjęcia mam co prawda średnie, robione telefonem, ale moim zdaniem niektóre z ciast i dekoracji są naprawdę ciekawe. Chcielibyście pooglądać...?

piątek, 30 stycznia 2015

Ciasto chałwowo-wiśnione na czwarte urodziny bloga

Sama nie wiem, o czym powinnam dzisiaj pisać. Bo powinno być dostojnie, być może wzruszająco, lekko nostalgicznie i w klimacie podziękować i obietnic. A mi jakoś nic do głowy nie przychodzi...

Dzisiaj Pożeraczka skończyła cztery latka. Dużo to? Czy mało? Sama nie wiem. Odwiedzam wiele blogów, które są w sieci latami, mają stałe grono czytelników i zna je chyba każdy, kto choć trochę lubi gotować. Bywam też na takich, które znikają, zanim zdążę się do nich przywiązać. Pojawiają się w sieci na kilka chwil, a potem, porzucone i nieczytane, popadają w zapomnienie. Czasem jest mi ogromnie szkoda, bo miały potencjał - ciekawe teksty, oryginalne przepisy, śliczne zdjęcia. Autorom jednak zabrakło motywacji, chęci, inspiracji, pochłonęło ich pozablogowe życie, nie dające czasu na spędzanie długich godzin przed komputerem.

Na początku mojej przygody z blogowaniem podchodziłam do tego z dużym dystansem. Ot, pstryknęłam szybko zdjęcie, zanim całe ciasto się rozeszło, napisałam kilka słów na temat (lub nie), skleiłam przepis i już. Gotowe. Z czasem wkładałam w bloga coraz więcej czasu i serca. Gdy wychodzę na spacer z psem, układam w głowie zdania do kolejnego wpisu. Wyszukuję oryginalne receptury, poluję na niecodzienne składniki. Mam ochotę przygotowywać wielowarstwowe ciasta i małe, niepozorne makaroniki, które spędzają sen z powiek początkującym cukiernikom. Żeby zrobić na Czytelnikach odpowiednie wrażenie, żeby chcieli tu wrócić. Z drugiej strony, największym powodzeniem i tak cieszą się przepisy proste, na typowe domowe ciasta, które można przygotować łatwo i bez stresu. Których zapach wydobywający się z piekarnika przeniesie nas w kolorowe, dziecięce dni. I takie ciasta też lubię; babki, ucierane z owocami, szarlotki, pierniczki.
Choć zdjęcia są cały czas moją piętą achillesową, staram się, jak mogę. Czytam artykuły o fotografii kulinarnej, już za tydzień w moje ręce trafi książka poświęcona właśnie temu tematowi. Dni są coraz dłuższe, jeszcze tylko kilka miesięcy do wiosny, a więc bardziej sprzyjającego światła. Mam nadzieję, że moje zdjęcia będą coraz bardziej apetyczne; tak, żebyście mieli coraz większa ochotę na wypróbowanie konkretnych przepisów. Bo niestety, moje zapewnienia co do pyszności danego dania, nie zawsze są wystarczające.

Te cztery lata to była długa droga. Nie zawsze łatwa - często sprawy osobiste i zawodowe odbierały chęć na blogowanie. Były więc przerwy, krótsze i dłuższe, ale zawsze wracałam. Bo blogowanie sprawia mi mnóstwo frajdy. Motywuje mnie do działania, do poszerzania wiedzy i rozwijania umiejętności. Dzięki blogowi odkryłam, że to pieczenie sprawia mi najwięcej radości, i odważyłam zapisać się do szkoły. Póki co idzie nieźle, zobaczymy, jak po feriach pójdzie test z higieny pracy.

Oczywiście, musi się znaleźć miejsce na nieśmiertelne podziękowania dla Was, Czytelników. Chyba każdy pisze o tym przy okazji urodzin, jest to oklepane i może wydawać się wymuszone, ale to szczera, najświętsza prawda - blog bez Czytelników by nie istniał. Byłby tylko smutnym kątem zajmującym miejsce w sieci, którego nikt nie chce i nie potrzebuje. Dzięki Czytelnikom nabiera życia, rozmachu, rozkręca się i wywołuje uśmiech na twarzy autora. Tak więc serdecznie Wam dziękuję za to, że ze mną jesteście, że czytacie, odpowiadacie, pomagacie. Dzięki Wam wiele się nauczyłam, nie raz się uśmiechnęłam czy wręcz roześmiałam w głos. Ogromnie się cieszę, że tu jesteście, i mam nadzieję, że zostaniecie na dłużej.

Dobrze, dość już tych wynurzeń, bo nikomu się nie będzie chciało czytać, a warto dotrwać do przepisu. Bo mam dla Was coś absolutnie wyjątkowego! (W końcu urodziny zobowiązują.)

To ciacho przygotowałam właśnie z myślą o dniu dzisiejszym. Jest nieco bardziej czasochłonne, ale jednocześnie proste w przygotowaniu. A smakuje... Moi drodzy, ono wręcz powala smakiem!

Przepis na bazę, czyli ciasto czekoladowe, pochodzi z książki Signe Johansen, Scandilicious baking. Dość mocno je jednak zmodyfikowałam (w oryginalnej wersji też się pojawi - piekłam je wcześniej i smakuje wprost niebiańsko). Zamiast whisky pojawia się delikatniejsze amaretto, którego nuta jest jednak dobrze wyczuwalna. Dodałam też czekolady, aby jej smak był bardziej intensywny. Do tego lekka jak chmura i słodka jak marzenie beza. Warstwy ciasta i bezy przełożone są bajecznym kremem chałwowym z Moich wypieków - mój niestety nie chciał trzymać formy i musiałam dodać żelatyny. Można spróbować bez jej dodatku, ale nie zagwarantuję, że wtedy ciasto nie popłynie.
Żeby przełamać słodycz przygotowałam frużelinę z wiśni ze słoiczków, które dostałam od Mamy. Można użyć owoców mrożonych, a w sezonie świeżych, należy wtedy dodać do nich kilka łyżek cukru - frużelina ma być kwaskowa, ale nie kwaśna.
Wierzch ciasta polałam obłędnie chałwową polewą i ozdobiłam pokruszony bezami.

Prace przy cieście najlepiej podzielić na dwa dni - pierwszego upiec ciasto i bezę, przygotować bazę kremu i frużelinę. Kolejnego skończyć krem, przygotować polewę i złożyć wszystko w całość. Nie jest to tak trudne, na jakie może wyglądać. A smak... Smak jest po prostu niebiański - dla tych, którzy lubią chałwę. Ja lubię, i to bardzo, więc mnie ciasto zachwyciło. C. chałwę jadł pierwszy raz w życiu, i był lekko zdystansowany. Jeśli jednak ten sezamowy smak nie jest Wam obojętny, koniecznie zapiszcie sobie ten przepis. Ciacho może robić za tort - jest wysokie i ślicznie wyglądają te wszystkie warstwy. Jest też dość słodkie, więc mimo, że niewielkie, to podzielne.
Polecam, nie tylko na urodziny.

Ciasto z kremem chałwowym i wiśniami

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

ciasto czekoladowe:
  • 4 jajka
  • 200 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g masła
  • 50 g ciemnej czekolady (70%)
  • 50 ml amaretto
  • 200 g mąki pszennej
  • 15 g kakao
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia

beza:
  • 3 białka
  • 150 g cukru
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej

frużelina wiśniowa:
  • 400 g wiśni ze słoika
  • 200 ml soku z wiśni (zalewa ze słoika)
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżki zimnej wody
  • 3 listki żelatyny

krem chałwowy:
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 200 g chałwy waniliowej
  • 250 g serka mascarpone
  • 3 listki żelatyny

polewa chałwowa:
  • 150 g chałwy waniliowej
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)

Ciasto czekoladowe:
Masło rozpuścić, dodać posiekaną czekoladą, przestudzić.
Mąkę i kakao przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia.
Jajka z cukrem ubić na puszystą, jasną masę. Powoli wlać masło z czekoladą, następnie amaretto. Na końcu partiami dodawać makę, delikatnie mieszając.

Ciasto przełożyć do formy wysmarowanej masłem.

Piec w 180 st. C. przez 40-50 minut, do suchego patyczka.
Wyjąć z piekarnika, ostudzić w formie.

Beza:
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier. Na końcu wsypać mąkę, połączyć.

Na blasze ułożyć papier do pieczenia, odrysować koło wielkości 19 cm. Wyłożyć 3/4 bezy, z reszty za pomocą worka cukierniczego z końcówką w kształcie gwiazdki wycisnąć małe beziki.

Piec w 140 st. C. przez 2 godziny.
Ostudzić w piekarniku.

Frużelina:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Wiśnie i sok umieścić w garnuszku, podgrzać. Mąkę rozmieszać z wodą, wlać do wiśni, wymieszać. Gotować, aż całość nabierze konsystencji kisielu. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Ostudzić.

Krem:
Chałwę pokruszyć, podgrzać ze śmietanką, aż całość połączy się gładką masę bez gródek. Ostudzić, schłodzić w lodówce minimum 12 godzin.

Polewa:
Chałwę pokruszyć, podgrzewać z kremówką w garnuszku, aż powstanie gładka masa. Ostudzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, następnie odcisnąć, rozpuścić i przestudzić.
Schłodzonę kremówkę ubić z mascarpone na puszysty krem. Powoli wlewać żelatynę, cały czas miksując.

Ciasto czekoladowe przekroić na pół w poziomie.
Na paterze ułożyć połowę ciasta, wyłożyć połowę kremu i połowę frużeliny. Przykryć bezą, wyłożyć pozostały krem i frużelinę, przykryć drugim blatem ciasta. Wierzch polać polewą.
Schłodzić w lodówce.

Przed podaniem posypać pokruszonymi bezikami.

Smacznego!

W tle moje jadowicie żółte kwiatuszki, które dostałam od C. Są jednocześnie śliczne i trochę przerażające... Ale bardzo oryginalne, więc mam nadzieję, że uda mi się nimi dobrze zaopiekować.

Przepis dodaję do konkursu na blogu Torta della figlia; mimo, że czekolada nie gra tu pierwszych skrzypiec, jest bardzo ważna i bez niej to ciasto nie smakowałoby już tak samo...

środa, 8 października 2014

Dyniowy czas. Tiramisu

Kiedy tylko zobaczyłam to boskie tiramisu u Doroty wiedziałam, że będę musiała takie zrobić. Przepadam za tiramisu, na samą myśl o tym deserze cieknie mi ślinka. We Włoszech się nim zajadałam - nasz hotelowy kucharz przygotowywał naprawdę wspaniałe. Zachęcony komplementami, dał się nawet namówić na przygotowanie dwóch porcji, gdy już prawie zamykano kuchnię, a my akurat wróciliśmy z Werony, zmoknięci, zmarznięci i spragnieni czegoś słodkiego i pysznego. Później siedziałam w hotelowym pokoju, po prysznicu, opatulona szlafrokiem i kołdrą, i rozkoszowałam się tym niebiańskim smakiem...

Gdy więc zobaczyłam połączenie tiramisu, z którym wiąże się mnóstwo wspomnień z moich chyba najbardziej udanych wakacji, z dynią, którą niemal wielbię, nie potrafiłam nie ulec. Kupiłam malutką hokkaido i przygotowałam z niej intensywnie pomarańczowe puree. Połączyłam je z mascarpone, kremówką i aromatycznymi przyprawami, przełożyłam biszkoptami namoczonymi w kawie z amaretto. I już! Deser jest naprawdę prosty w przygotowaniu, a smak... Nie da się go opisać, trzeba tego po prostu spróbować! Choć, tak naprawdę, mogę być zupełnie nieobiektywna w tym względzie, bo to połączenie moich ulubionych smaków. Z drugiej strony, nie znam nikogo, kto nie lubiłby tiramisu. Jeśli więc podoba Wam się myśl o aromatycznym, rozpływającym się w ustach deserze, czym prędzej zabierajcie się do pracy.

Zmieniłam nieco proporcje w porównaniu z oryginałem. W sumie to dość mocno je zmniejszyłam, a i tak porcje wyszły mi gigantyczne! Nawet ja, kochająca słodkie i zachwycona tym deserem, po obiedzie nie dałam rady zjeść całości... Spokojnie więc możecie przygotować 6 mniejszych, a wszyscy i tak będą nasyceni.

Dania z dynią, słodkie i wytrawne, przygotowali dzisiaj ze mną Panna Malwinna, Lejdi, Sianko, Martynosia, Mirabelka oraz Bartoldzik. Cudownie było znów upichcić coś razem w wirtualnej kuchni!

Dyniowe tiramisu


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 250 g serka mascarpone
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
  • 35 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1 łyżeczka kardamonu
  • 1/2 łyżeczki imbiru
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 200 g puree z dyni
  • 75 g podłużnych biszkoptów
  • 100 g mocnej kawy
  • 50 ml amaretto
dodatkowo:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżeczka cukru pudru
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 25 g orzechów włoskich
Mascarpone ubić z kremówką i cukrem na puszystą masę. Dodać puree z dyni i przyprawy, zmiksować na gładką masę.

Letnią kawę wymieszać z amaretto. Moczyć w niej biszkopty, ewentualnie przełamać, ułożyć na dnie szklanek. Na to wyłożyć warstwę kremu dyniowego, potem warstwę nasączonych biszkoptów i resztę kremu.

Pozostałą kremówkę ubić z cukrem pudrem. Wyłożyć na wierzch. Oprószyć cynamonem, posypać posiekanymi orzechami.

Schłodzić w lodówce przez 2-3 godziny przed podaniem.

Smacznego!


Jeśli ktoś nie lubi dyni (osobiście wątpię, żeby to w ogóle było możliwe), to w najbliższym czasie będzie miał sporo okazji, żeby się do niej jednak przekonać. Bo na blogu będzie w tym roku dyniowe szaleństwo. A co!

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Babka marchewkowa i życzenia

Wielkanocne menu już zaplanowane? Ja ciągle się waham... Jest tyle możliwości, tyle najróżniejszych pyszności - które wybrać...? Ciężka sprawa...

Jeszcze przed wyjazdem, tydzień temu niemal, upiekłam babkę marchewkową. Zupełnie wyjątkową, ekskluzywną wręcz. Pełną migdałowych smaków, które wspaniale komponują się z marchewkową wilgocią.
Przepis znalazłam w Ciastach i deserach, nr 1/2011, i od razu wiedziałam, że będę go musiała wypróbować. Babeczka bowiem wyglądała zachwycająco, miała cudowny kolor i kusiła mnie ogromnie. Nie zawiodłam się.
W składzie jest marcepan, mielone migdały i amaretto. Do tego szczypta szafranu, który sprawia, że kolor ma to ciasto po prostu fenomenalny. Pachnie migdałami i szafranem właśnie, zdecydowanie odświętnie. Jest wilgotna, jak zresztą każde ciasto marchewkowe, ale nie zakalcowata. Troszkę paskowa, ale się nie kruszy. Puszysta mięciutka i pyszna. Każdy kęs to czysta rozkosz... Tak, moi drodzy - póki co to mój babkowy faworyt. Coś wspaniałego.
Jeśli jeszcze nie macie sprecyzowanych planów co do świątecznej babki - pomyślcie o tej. Warta jest zachodu.

W oryginale wierzch udekorowano marcepanowymi marchewkami - mi się, szczerze mówiąc, nie chciało ich lepić, więc ułatwiłam sobie życie lukrem cytrynowym i płatkami migdałów. Lukier stanowi przyjemny kontrapunkt, a migdały cudownie chrupią. Ale marchewki to też świetny pomysł - jeśli tylko macie czas.

Babka marchewkowo-migdałowa

Składniki:
(na formę do babki z kominem o pojemności 1,5 l)
  • 250 g marchwi
  • 250 g miękkiego masła
  • 100 g marcepanu
  • 100 g cukru
  • 1/4 łyżeczki nitek szafranu
  • 1 łyżka wrzątku
  • 4 jajka
  • 75 g mąki ziemniaczanej
  • 175 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 50 g mielonych migdałów
  • 1 łyżki amaretto

dodatkowo:
  • 100 g cukru pudru
  • 3 łyżki soku z cytryny
  • 15 g płatków migdałowych

Marchew obrać i zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. 
Szafran pokruszyć, zalać wrzątkiem i ostudzić.

Masło utrzeć z pokruszonym marcepanem, cukrem i szafranem. Gdy masa będzie jasna i puszysta, po jednym wbijać jajka, dokładnie ucierając po każdym dodaniu. 
Mąki przesiać z proszkiem, wymieszać z migdałami. Partiami wsypywać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera. Dodać marchewkę i amaretto, szybko wymieszać.

Masę przełożyć do formy wysmarowanej masłem i wysypanej mąką.

Piec w 180 st. C. przez 60-70 minut, do suchego patyczka.
Przestudzić w formie.

Babkę wyjąć z formy, ułożyć na talerzu spodem do góry.
Migdały uprażyć na suchej patelni, ostudzić.
Z cukru pudru i soku z cytryny utrzeć lukier. Polać nim babkę, udekorować płatkami migdałowymi.

Smacznego!

Nie jestem pewna, czy uda mi się jeszcze dodać jakieś przepisy przed Świętami. Chciałabym więc życzyć Wam cudownie spędzonej Wielkiej Nocy, w towarzystwie najbliższych, przy prawdziwie wiosennej pogodzie. Z pisankami, kurczaczkami i zajączkami. Z radością i śmiechem. Wesołych Świąt!

Babki Wielkanocne 2015

niedziela, 13 kwietnia 2014

Pascha migdałowa - zupełnie wyjątkowa

Paschę przygotowuje się raz do roku, właśnie na Wielkanoc. Tradycja ta pochodzi zza wschodniej granicy, bardzo tam popularna, zdobyła też serca Polaków. U mnie w domu pasch się nie robiło, możliwe, że za bardzo na zachód mieszkamy, żeby i do nas tradycja ta dotarła. Wcześniej gdzieś coś na ten temat słyszałam, ale nie zawracałam sobie tym specjalnie głowy. Dopiero po założeniu bloga przyjrzałam się tematowi uważniej.

Pascha to rodzaj sernika na zimno, przygotowuje się ją na bazie twarogu. Można użyć takiego z kostki, albo zrobić samemu, co sprawia, że pascha będzie jeszcze bardziej tradycyjna.
Zrobienie twarogu w domu to wbrew pozorom rzecz niezwykle prosta. Najdłużej trwa zagotowanie dwóch litrów mleka - potem idzie z górki. Wymieszać jajka ze śmietaną, wlać do mleka i czekać, aż stanie się magia. Po zaledwie kilku minutach zaczynają tworzyć się grudki twarogu - najpierw malutkie, później coraz wyraźniejsze. Odcedzić, odstawić. I tutaj zaczyna się test naszej cierpliwości - twaróg bowiem musi przez noc odcieknąć, żeby nabrać właściwiej konsystencji. 
Następnie miksujemy twaróg z masłem i dowolnymi dodatkami, i znów na noc do lodówki. W tym czasie wszystko się zestali i nie grozi nam totalna rozsypka przy krojeniu. Pascha bowiem trzyma się dzięki masłu - bez dodatku żelatyny i innych utwardzaczy. Przy pierwszym podejściu byłam bardzo nerwowa. Przy drugim również - mimo pewnego (minimalnego, powiedzmy sobie szczerze) doświadczenia nie potrafiłam przestać myśleć o tym, czy wszystko się nie rozpadnie... 
Nie rozpadło. Wyszło pysznie, dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam.

Przejrzałam mnóstwo przepisów, aż w końcu zrobiłam po swojemu. Moja pascha ma mniej masła, za to zawiera białą czekoladę, która przyczyniła się do właściwej konsystencji. Są też migdały, rodzynki i amaretto, które stanowią wyjątkowo zgrane trio. W tle subtelna nuta wanilii. Pascha nie jest mdła; jest słodka i kremowa, bardzo delikatna, a jednocześnie sycąca. Nieco alkoholowa - zdecydowanie nie dla dzieci. Nasączone w alkoholu rodzynki smakują bajecznie, migdały cudownie chrupią, a całość jest po prostu wyborna.
Jeśli nigdy nie jedliście paschy - spróbujcie. Jestem pewna, że zachwycicie się jak ja.

Waniliowo-migdałowa pascha z białą czekoladą i rodzynkami

Składniki:
(na miskę o pojemności 2 l)
  • 2 l mleka
  • 6 jajek
  • 500 g kwaśnej śmietany (18%)
  • 1 laska wanilii
  • 150 g miękkiego masła
  • 40 g cukru pudru
  • 100 g białej czekolady
  • 50 g rodzynek
  • 50 ml amaretto
  • 40 g słupków migdałowych

dodatkowo:
  • 30 g blanszowanych migdałów

Laskę wanilii przekroić na pół, wyskrobać nasionka. Całość dodać do mleka, zagotować. Jajka roztrzepać ze śmietaną, powoli wlewać do gotującego się mleka, cały czas mieszając. Kiedy oddzieli się serwatka, zdjąć z ognia i ostudzić.
Sitko wyłożyć podwójną warstwą gazy, wyłożyć odciśnięty ser. Zostawić na noc do odcieknięcia.

Rodzynki zalać rumem, zostawić na noc.

Następnego dnia ser jeszcze raz odcisnąć; powinien być sypki.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, ostudzić.
Słupki migdałowe uprażyć na suchej patelni, ostudzić.
Masło utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Po łyżce dodawać ser, cały czas miksując. Wlać czekoladę, zmiksować. Rodzynki odcisnąć, do masy dodać alkohol, zmiksować.
Rodzynki i migdały dodać do masy, wymieszać łyżką.

Miskę wyłożyć podwójną warstwą gazy, wyłożyć masę serową, dobrze docisnąć. Zawinąć brzegi gazy na masę, schłodzić w lodówce przez noc.

Rano odwinąć gazę, wyłożyć paschę na talerz, zdjąć gazę z wierzchu. Udekorować blanszowanymi migdałami.

Smacznego!

A ja już jestem w Polsce. Po nużącej podróży odpoczywam sobie i cieszę się towarzystwem Rodzinki. Jutro będzie jeszcze o jednej pysznej babce; mam pewne kulinarne plany, ale nie wiem, co z nich wyjdzie. I czy zdążę o nich napisać przed Świętami. Zobaczymy.
Tymczasem idę cieszyć się urlopem.