Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śliwki suszone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śliwki suszone. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 października 2015

Granola z dynią

Tak, tak, to już dziś! Rozpoczynamy Festiwal Dyni u Bei! Czekałam na niego niecierpliwie, bo za dyniami wręcz szaleję. Ich naturalnie słodkawy, może nieco mdły smak stanowi idealną bazę do eksperymentów wszelakich. Dynia nadaje się do dań wytrawnych i słodkich, można ją piec, gotować i smażyć. Właściwie nie jestem pewna, czy jest coś, czego z dyni zrobić się nie da...
Osobiście najbardziej lubię przetworzyć większą jej ilość na puree, które wykorzystuję na bieżąco lub zamrażam na później. To chyba najłatwiejszy sposób na dynię; kiedy już mamy gotowy mus, reszta przepisu zazwyczaj nie nastręcza trudności. W tym roku zaopatrzyłam się w niemal pięciokilogramowego giganta z Samsø, zwanej Græskarøen, czyli Wyspą Dyń.  Jest to niewielka wyspa leżąca między Jutlandią, Fionią i Zelandią, gdzie podobno można znaleźć dynie na każdym kroku. Wybrałabym się tam z największą przyjemnością w dyniowym sezonie; może kiedyś się uda.

W każdym razie, na rozpoczęcie Festiwalu mam dla Was coś zdrowszego, czego być może byście się po mnie nie spodziewali. Do domowej granoli zapałałam żywym uczuciem jakoś na początku tego roku, i nie mogę odmówić sobie uzupełniania mojego pięknego słoja (który tylko w tym celu zakupiłam) coraz to nowymi mieszankami. Tym razem, oczywiście, postawiłam na dynię. Płatki owsiane wymieszałam z dyniowymi pestkami i orzechami włoskimi, a do musu z dyni dodałam aromatyczne przyprawy i nieco syropu klonowego (w końcu granola musi być choć trochę słodka). Do tego suszone śliwki i żurawina, i mamy cudownie chrupiącą, niezwykle aromatyczną i optymistycznie pomarańczową granolę. Z C. zakochaliśmy się w niej w momencie, gdy z piekarnika zaczął dobywać się niebiański zapach korzennych przypraw...
Musicie tego spróbować!

Dyniowa granola


Składniki:
(na 2 l granoli)
  • 400 g płatków owsianych
  • 75 g ziaren dyni
  • 100 g orzechów włoskich
  • 40 g złotego siemienia lnianego
  • 200 g musu z dyni
  • 65 ml syropu klonowego
  • 50 ml oleju
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 1/4 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
  • 1/4 łyżeczki mielonych goździków
  • 80 g suszonej żurawiny
  • 65 g suszonych śliwek
Orzechy grubo posiekać, wymieszać z płatkami owsianymi, ziarnami dyni i siemieniem. Mus z dyni wymieszać z syropem klonowym, olejem i przyprawami na jednolitą masę. Dodać mokre składniki do suchych, dokładnie połączyć.

Masę wyłożyć równomiernie na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 170 st. C. przez 35-40 minut, 3-4 razy w trakcie pieczenia mieszając.

Śliwki pokroić na mniejsze kawałki, razem z żurawiną dodać do upieczonej i przestudzonej granoli. Wymieszać.
Przechowywać w szczelnym słoju.

Smacznego!

A ja tymczasem uciekam do kuchni - trzeba przygotować kolejny dyniowy deser...

piątek, 20 grudnia 2013

Chleb przedświąteczny

Ciężko nie zaczynać każdego posta od pytania: i jak tam przygotowania do Świąt? To już naprawdę ostatnie dni, i mnóstwo rzeczy mamy na głowach. Listy zadań i zakupów są teraz ogromnie popularne - bez nich ciężko byłoby się w tym wszystkim nie zgubić... Mam jednak nadzieję, że wszystko robicie raczej z przyjemnością niż z obowiązku - bo inaczej magia Świąt pryska...

Tuż przed Świętami postanowiłam upiec nam bardzo świąteczny chleb. Nieco słodki, w sumie smakuje trochę jak chałka. Pełen suszonych owoców: u mnie śliwki, żurawina, jagody goi, rodzynki i daktyle. Żałuję bardzo, że nie miałam w domu moreli - ślicznie wyglądałyby takie jasne punkciki w upieczonym chlebie. Tak naprawdę możecie dodać, co tylko chcecie - suszone wiśnie czy jagody też będą pyszne. A może nawet orzechy, żeby całość przyjemnie chrupała. 
Chleb jest bardzo szybki w przygotowaniu - jak to chleby na drożdżach - wystarczy zagnieść, odstawić, znowu zagnieść, odstawić i upiec. I już można się cieszyć wyjątkowo pysznym i pachnącym bochenkiem na śniadanie czy kolację. Polecam Wam bardzo - to taki przedsmak Świąt, kiedy nie pozwalacie wyjadać pierniczków z puszek.

Przepis z Scandilicious baking Signe Johansen. Miałam na niego ochotę od bardzo dawna - w książce zdjęcie jest niesamowicie wręcz apetyczne. Zrezygnowałam jednak z lukru - tak słodki chleb nie nadawałby się na śniadanie. Spróbuję jednak przygotować go raz jeszcze, bardziej w formie strucli, z lukrem i zdecydowanie na słodko - wtedy będzie stanowił wyśmienity deser.

Chleb adwentowy z suszonymi owocami

Składniki:
(na 1 bochenek)
  • 250 ml mleka
  • 75 g masła
  • 500 g mąki pszennej
  • 70 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 jajko

dodatkowo:
  • 50 ml czerwonego wina
  • 30 g suszonych śliwek
  • 30 g suszonych daktyli
  • 30 g rodzynek
  • 30 g suszonej żurawiny
  • 30 g suszonych jagód goji
  • 1 jajko

Mleko z masłem mocno podgrzać, zdjąć z palnika tuż przed zagotowaniem. Ostudzić.
Śliwki i daktyle pokroić na mniejsze kawałki, wymieszać z pozostałymi owocami. Zalać winem, dodać ciepłej wody tak, żeby przykrywała owoce. Odstawić.

Drożdże wymieszać z 1 łyżeczką cukru.
Mąkę przesiać do dużej miski, wymieszać z pozostałym cukrem, solą i kardamonem. Zrobić wgłębienie, wlać drożdże i mleko z masłem, wbić jajko. Zagnieść ciasto - może się nieco lepić. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie dobrze odcisnąć owoce. Dodać do ciasta, jeszcze raz zagnieść. Gdy owoce będą już dokładnie rozprowadzone w cieście, uformować bochenek, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. 
Odsatwić do wyrośnięcia na 40-60 minut.

Po tym czasie posmarować ciasto roztrzepanym jajkiem.

Piec w 180 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Kiedy wstałam dzisiaj rano, świeciło bajeczne słonko i aż sobie pomyślałam, że takie Święta bez śniegu to nie największa tragedia... Teraz się zachmurzyło i zaczął padać deszcz - taka pogoda zdecydowanie daleka jest od tej wymarzonej, z hałdami śniegu i mrozem szczypiącym w policzki... Nie tracę jednak nadziei - któż wie, co przyniesie Mikołaj?

wtorek, 9 kwietnia 2013

W kolorze słońca. Morele

Najdłuższy tydzień w moim życiu w końcu się skończył, w związku z czym mam teraz nieco więcej energii i chęci do życia. Jeszcze tylko jutro sześć godzin, i później będę mieć wolne przez całe cztery dni. C. trzy z nich pracuje, i to raczej dłużej niż krócej, co oznacza mnóstwo czasu na przesiadywanie w kuchni. Mam zamiar upiec coś drożdżowego (koniecznie!), kokosowego, cytrynowego i bananowego. Już się nie mogę doczekać.

Ostatnio jednak naszła mnie ogromna ochota na słodkie, ale potrzebowałam czegoś, co zrobi się praktycznie samo i do przygotowania czego wszystkie składniki są w domu. Uważnie więc przejrzałam Cakes & slices, i udało mi się natrafić na wyjątkowo zachęcającą krajankę z suszonymi morelami i kokosową kruszonką. Jak się okazało w trakcie przygotowań, nie wszystkie składniki miałam w szafkach w odpowiednich ilościach... Moreli i kokosu było za mało, ale to nie problem. Połowę moreli bowiem zastąpiłam suszonymi śliwkami, i wyszło mi dwukolorowe nadzienie, które prezentowało się bardzo ładnie. Kokosu dałam do kruszonki tyle, ile miałam, i podsypałam mąką do otrzymania właściwej konsystencji. Efekt - bardzo zadowalający. Ciacho jest bardzo maślane, dość mocno słodkie. Ja następnym razem zmniejszyłabym ilość cukru, ale C. zaoponował i stwierdził, że jest akurat. Stwierdził też, że smak owoców nieco przytłoczył kokos, co mi osobiście odpowiadało, ale ja nie jestem jakąś ogromną fanką kokosu... Okazało się jednak, że C. go uwielbia, w związku z czym w niedzielę kupiliśmy półkilową paczkę wiórków, żebym mogła mu upiec kokosanki. Ale nie takie zwykłe, o nie... Z pewnym ciekawym składnikiem, którego póki co, nie zdradzę. Zobaczymy, co mi z tego wyjdzie. 

Póki co zapraszam na słodziutką, słoneczną krajankę, którą przygotujecie naprawdę szybko, a która z pewnością zaspokoi nagłą potrzebę na coś słodkiego.

Krajanka morelowo-śliwkowa z kokosem


Składniki:
(na formę 25x25 cm)

spód:
  • 100 g miękkiego masła
  • 80 g cukru
  • 1 jajko
  • 185 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

nadzienie:
  • 140 g suszonych moreli
  • 1 łyżka Cointreau
  • 140 g suszonych śliwek
  • 1 łyżka wódki karmelowej
  • 2 łyżki cukru
  • 250 ml gorącej wody

wierzch:
  • 100 g miękkiego masła
  • 80 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 2 jajka
  • 120 g wiórek kokosowych
  • 140 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę. Wbić jajko, dokładnie wymieszać. Partiami dodawać przesianą z proszkiem do pieczenia mąkę, miksując na najniższych obrotach.
Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć równomiernie ciasto, dociskając palcami.

Piec w 180 st. C. przez 25 minut.
Ostudzić.

Morele i śliwki posiekać (osobno). Do jednej miski włożyć morele, dodać Cointreau, 1 łyżkę cukru i 125 ml gorącej wody. W drugiej misce umieścić śliwki, wlać wódkę i wsypać 1 łyżkę cukru, zalać 125 ml wody. Odstawić na 30 minut.
Po tym czasie masy zmiksować blenderem.

Masło utrzeć z cukrem i ekstraktem na puszystą masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Partiami wsypywać wiórki wymieszane z przesianą mąką z proszkiem do pieczenia.

Na ostudzony spód wyłożyć masę śliwkową i morelową, paskami po skosie. Na wierzch wyłożyć masę kokosową.

Piec w 180 st. C. przez 25-30 minut, aż wierzch będzie złotobrązowy.
Ostudzić, pokroić w kwadraty.

Smacznego!

Pogoda coraz bardziej wiosenna. Słonko świeci coraz mocniej i dłużej, śnieg powoli topnieje, widziałam już pierwsze krokusy i przebiśniegi. Och, może w końcu uda mi się zastąpić zimowy płaszcz czymś lżejszym!

poniedziałek, 11 marca 2013

W stylu bydgoskim

Uff... W końcu troszkę odpoczęłam. Leniwy weekend to było dokładnie to, o czym marzyłam i czego potrzebowałam. Po tylu dniach pracy przydała się chwila wolnego na złapanie oddechu. Niestety - pogoda bardzo mnie rozczarowała. Od piątku wiał co najmniej szalony wiatr, który sprawiał, że nawet Ptysia uciekała do domu po kilkunastu minutach. A żeby było jeszcze weselej, wczoraj spadł śnieg. I to nie, że sobie poprószył mimochodem i stopniał przy pierwszych promieniach porannego słońca; zamiast tego znów przymroziło i dziś z porannego spaceru Tina wracała niesiona na rękach przez C., bo jej pytki zaczęły zamarzać... W związku z tym stwierdziłam, że jest to wymarzona wręcz pogoda na zweryfikowanie przydatności przepisu, z którego ostatnio nie wyszły mi pączki. Dam mu jeszcze jedną szansę - możliwe, że to ja zrobiłam coś nie tak... O wynikach dam Wam znać w najbliższych dniach, a dzisiaj będzie też słodko, choć zdecydowanie nie pączkowo. 

Otóż miałam mały zapas białek (o tym, po czym mi zostały, też niedługo opowiem), i stwierdziłam, że trzeba coś z nich w końcu przygotować. A że akurat zaczynał się weekend... No przecież, że musi być ciacho! 
Myślałam, muszę przyznać, raczej długo. Nie chciałam zwykłej bezy, za często ją przygotowuję i nieco już mi się przejadła... Nie mam jednak doświadczenia z pieczeniem innych ciast na samych białkach, a z moim niezbyt pozytywnym nastawieniem bałam się, że coś może nie wyjść. I wtedy mnie oświeciło!
Nie wiem - może za sprawą urodzin mojej Mamy, które przypadały ósmego (wszystkiego najlepszego Kochana!), a może tęsknoty za domem... Dość, że nagle w mojej głowie pojawił się obraz wyjątkowego tortu bezowego - dacquoise (czyt.: dakłas - na co sama bym w życiu nie wpadła...). Jest to ukochany tort mojej Mamy, który często kupowała w bydgoskiej cukierni Adama Sowy. I choć nie przepada ona za mdlącymi słodkościami, to ciacho wybitnie przypadło jej do gustu. Reszta domowników, ze mną na czele, podziela jej pogląd - torcik jest wyjątkowy. Słodka beza z chrupiącymi orzeszkami, a do tego świetnie ją uzupełniający krem kawowy. Ze względu na ten krem właśnie zdecydowałam się skorzystać z przepisu Liski - na innych blogach krem był karmelowy - kuszący, ale to jednak nie to... I choć kremy maślane nie są moimi ulubionymi, postanowiłam zaryzykować. I muszę przyznać, że się opłaciło, torcik bowiem wyszedł boski. Piekielnie słodki, to prawda, ale smak jest nieziemski. Najlepiej podawać go ze świeżymi owocami (u nas soczyste gruszki), które nieco złagodzą cały ten cukier. Mimo to uważam, że przepis jest bardzo udany i godny polecenia - beza z dodatkiem daktyli, suszonych śliwek i orzechów włoskich smakuje wprost obłędnie! Tego trzeba po prostu spróbować.

Dacquoise - torcik bezowy z kremem kawowym


Składniki:
(na ciasto o średnicy 20-22 cm)

beza:
  • 4 białka
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 180 g cukru
  • 1 łyżka kakao
  • 1 łyżeczka octu jabłkowego
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
  • 40 g suszonych daktyli
  • 40 g suszonych śliwek kalifornijskich
  • 40 g orzechów włoskich

krem:
  • 120 g miękkiego masła
  • 80 g cukru pudru
  • 2 łyżki Amaretto
  • 3 łyżki mocnej, zimnej kawy

dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 50 g daktyli
  • 25 g orzechów włoskich

Białka ubić z solą na sztywną pianę. Pod koniec ubijania partiami wsypywać cukier. Dodać kakao, mąkę i ocet, zmiksować. Wsypać drobno posiekane daktyle, śliwki i orzechy, dokładnie, ale delikatnie wymieszać łyżką.

Na papierze do pieczenia narysować dwa okręgi o średnicy 20 cm. Równomiernie wyłożyć masę bezową. 

Podpiec w 180 st. C. przez 5 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 40-60 minut. 
Uważać, żeby beza się zbytnio nie przyrumieniła. 

Upieczone bezy dobrze wystudzić w uchylonym piekarniku.

Masło utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlać Amaretto i kawę, cały czas miksując.

Na talerzu lub paterze ułożyć jeden krążek bezy do góry nogami, posmarować kremem, przykryć drugim krążkiem, delikatnie docisnąć.
Wierzch oprószyć przesianym cukrem pudrem, udekorować daktylami i orzechami.
Przechowywać w lodówce.

Smacznego!


I znów nie jestem pewna, do jakiej kategorii zaliczyć to ciasto...? A co tam, niech będzie, że tort. Na wielką imprezę do roli głównej się nie nada, ale na imieniny dla kilku bliskich osób będzie w sam raz. Szczególnie w towarzystwie mocnej, czarnej kawy, mmm... Pyszności!

środa, 5 grudnia 2012

Jeszcze inne biscotti

Tak, tak, wiem, nudna już jestem z tymi biscotkami. Obiecuję, że w tym tygodniu to już ostatnie.
Nie mogę się opanować - uwielbiam te chrupiące ciasteczka, a zamiłowanie C. do maczania ich w popołudniowej kawie tylko dodatkowo mnie nakręca. Zamiast piec inne drobiazgi - wszystkie smaki, które roją mi się w głowie zamieniam właśnie na biscotti. Z drugiej strony - skoro coś mi smakuje, to dlaczego sobie nie dogodzić? Za jakiś czas mi się znudzi, i znowu zacznę piec serniki...

Tym razem zapraszam Was na ciasteczka kawowe - bo, jak pewnie wiecie, uwielbiam wszystkie słodycze z dodatkiem kawy - lody, serniki, ciasteczka właśnie... Nie mogąc się więc zdecydować, które upiec najpierw  - zrobiłam i te, i z dodatkiem przyprawy do piernika. I teraz, po zjedzeniu kilku sztuk każdego rodzaju, nadal nie mogę się zdecydować, które smakują mi bardziej. W tych smak kawy jest mocno wyczuwalny, ciasteczka są nawet lekko gorzkawe. Słodyczy nadają suszone śliwki i rodzynki. Dzięki odrobinie kakao mają wspaniały, kawowy kolor. Ciężko nie sięgać do puszki po kolejne, oj ciężko...

Kawowe biscotti z migdałami, rodzynkami i suszonymi śliwkami


Składniki:
(na 8-10 sztuk)
  • 30 g miękkiego masła
  • 70 g cukru
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 110 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżki kawy rozpuszczalnej
  • 1 łyżka kakao
  • 60 g obranych, całych migdałów
  • 50 g rodzynek
  • 50 g suszonych śliwek

Masło utrzeć z cukrem. Wbić jajko, dokładnie zmiksować. Wlać ekstrakt, połączyć.
Mąkę przesiać z kakao i proszkiem do pieczenia, wymieszać z kawą. Partiami wsypywać do masy maślano-jajecznej, miksując na najniższych obrotach miksera.
Śliwki pokroić w kosteczkę, razem z rodzynkami i migdałami dodać do masy, dokładnie wymieszać łyżką.

Z ciasta uformować wałeczek, lekko spłaszczyć, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.
Schłodzone ciasto odwinąć z folii, przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 20-30 minut. 

Wyjąć z piekarnika, przestudzić 10 minut. Pokroić ukośnie w 1centymetrowe kromki, ułożyć płasko na blasze.

Piec 20 minut w 180 st. C.
W połowie przewrócić na drugą stronę.
Ostudzić na kratce.

Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego!

Dziś C. ma wolne - planujemy później wybrać się na spacer do lasu - wszystko jest ośnieżone i lekko zamarznięte, więc wygląda zupełnie inaczej, niż kiedy byliśmy tam ostatnim razem. Ptysia z pewnością się ucieszy!

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Zaśniegowanie. I biscotti o smaku piernika

Siódma czterdzieści. Budzik. Drzemka. I jeszcze pięć minut.
Otwieram oczy. Przecieram je ze zdziwieniem - w pokoju jest zupełnie ciemno. Owszem, zdążyłam się już przyzwyczaić, że wstając przed piątą niemal nie jestem w stanie zobaczyć drzwi do łazienki, jednak trzy godziny później spodziewałam się chociaż zalążka światła... Dopiero gdy uważniej przyjrzałam się szybie zauważyłam, że jest kompletnie zasypana śniegiem. Czym prędzej pobiegłam do drugiego pokoju żeby wyjrzeć przez nasze jedyne normalne okno. 
Biało. Wszędzie. 
Dachy sąsiednich domów zasypane, czerwone huśtawki w ogrodzie w ciągu godziny zostały przemalowane na biało. Z pewnym niepokojem wychodziłam z domu - chodniki ośnieżone, choinka na największym rondzie obsypana śniegiem wyglądała przecudnie. Lampki na ulicach już się świecą, wszystko nabiera świątecznego charakteru.

I ten zapach... Wiecie, jak pachnie śnieg? Mrozem i świeżością. Nic innego nie wprawia mnie w ten szczególny nastrój - wtedy chcę, żeby w domu zapachniało piernikiem i pomarańczą. Zapalam świeczki i cieszę się nastrojowymi cieniami na ścianach. A później zakopię się pod kołdrą i będę patrzeć w moje zasypane śniegiem okno. A jeszcze później C. wróci z pracy i ogrzeje mi zmarznięte stopy.

Aromat piernika unosi się u nas od piątku - wtedy zaczęłam piec ciasteczka. Zapełniłam już dwie puszki, ale wątpię, żeby w stanie nienaruszonym dotrwały do Świąt. To nic - mam mnóstwo pomysłów, co jeszcze mogę do nich schować.
Dzisiaj chciałabym pokazać kolejne biscotti - twarde, chrupiące ciasteczka. Zrobiłam je tak, jak pierwsze, które pojawił się na blogu, zmieniając tylko dodatki. Pojawiły się więc orzechy włoskie i suszone śliwki, do tego całe mnóstwo przyprawy do piernika i delikatny aromat pomarańczy w tle. Boskie! Dzięki dodatkowi kakao mają głęboki, zachwycający kolor. Mówię Wam - nie ma nic lepszego do kawy na pierwsze ośnieżone wieczory.

Piernikowe biscotti z orzechami włoskimi i suszonymi śliwkami


Składniki:
(na 8-10 sztuk)
  • 30 g miękkiego masła
  • 90 g ciemnego brązowego cukru
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 2 łyżki złotego syropu
  • 110 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3 łyżki przyprawy do piernika
  • 2 łyżki kakao
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 75 g orzechów włoskich
  • 60 g suszonych śliwek
Masło utrzeć z cukrem. Wbić jajko, dokładnie zmiksować. Wlać ekstrakt i złoty syrop, połączyć.
Mąkę przesiać z kakao i proszkiem do pieczenia, wymieszać z przyprawą do piernika i skórką z pomarańczy. Partiami wsypywać do masy maślano-jajecznej, miksując na najniższych obrotach miksera.
Śliwki pokroić w kosteczkę, orzechy grubo posiekać. Dodać do masy, dokładnie wymieszać łyżką.

Z ciasta uformować wałeczek, lekko spłaszczyć, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.
Schłodzone ciasto odwinąć z folii, przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 20-30 minut. 

Wyjąć z piekarnika, przestudzić 10 minut. Pokroić ukośnie w 1centymetrowe kromki, ułożyć płasko na blasze.

Piec 20 minut w 180 st. C.
W połowie przewrócić na drugą stronę.
Ostudzić na kratce.

Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego!


W Polsce są Mikołajki. W Danii ich nie obchodzą, co jednak nie znaczy, że nie ma przedsmaku świątecznych prezentów. Powiem więcej - Duńczycy ewoluowali na wyższy poziom, bo dzieci dostają drobne prezenty codziennie od pierwszego grudnia aż do Wigilii, a dorośli obdarowują się drobiazgami w każdą niedzielę adwentową.
Miła tradycja, prawda...?