Pokazywanie postów oznaczonych etykietą banany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą banany. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 grudnia 2017

Piernik bananowy i róża z karmelu

Uff... Szczerze mówiąc, nie wiem już, w co ręce wkładać. I bynajmniej nie mam na myśli przygotowań do Świąt - za te ledwo się zabrałam w miniony weekend, i póki co, nie mam nawet czasu myśleć o tym, jak bardzo nie jestem w świątecznym nastroju.
Plan zajęć na ostatni tydzień szkoły wypełniony jest po brzegi. Zaczęliśmy od rzeźby z karmelu, czyli mozolnego zamieniania najzwyklejszego w świecie cukru w substancję nie tylko płynną, ale dającą się formować (lepiej lub gorzej, w zależności od stopnia wtajemniczenia). Moja wizja legła w gruzach (dosłownie); ratowałam się więc planem awaryjnym: drzewem i różą. I, muszę nieskromnie przyznać, z tej ostatniej jestem dumna; drugie podejście, a prezentuje się naprawdę nieźle. Co prawda palce nadal pieką mnie niemiłosiernie, ale czego się nie robi dla sztuki...


Kiedy uporałam się z płatkami, gałązkami i listkami, najwyższy czas było zabrać się za deser. Komponentów mam całkiem sporo (dziewięć), więc jest nad czym pracować. Wersja 5.0 sorbetu buraczanego w końcu okazała się strzałem w dziesiątkę... Jak będzie komponować się z resztą? Zobaczymy już za moment. Póki co, niemal wpadłam w zachwyt, gdy próbna kulka rozpuściła się pod sosem malinowym... Ale o tym opowiem innym razem; jak już uda mi się wszystko ogarnąć.
Żeby było jeszcze śmieszniej, jutro (dwudziestego drugiego grudnia, jakby ktoś zapomniał) mam egzaminy, na które nie tylko muszę umieć obliczać ceny, podatki i wydatki, ale wiedzieć, ile procent celulozy jest w czekoladzie, jakie są najważniejsze enzymy w maśle i w jaki sposób produkuje się nugat... Głowa pęka mi od liczb i ułamków, a to przecież jeszcze nie koniec...

Na szczęście choinka już ubrana, dom względnie wysprzątany, a Wigilię spędzamy u rodziców C., więc tak naprawdę nic nie muszę przygotowywać. Choć bardzo brakuje mi pieczenia ciasteczek, wypełniania kuchni aromatem pierniczków i nucenia pod nosem świątecznych piosenek. 
Postanowiłam sobie jednak, że w przyszłym roku będzie zupełnie inaczej. Czy się uda?
Oby...

Dzisiaj mam dla Was przepis na błyskawiczny piernik. A w zasadzie ciasto bananowe o aromacie piernika. Nie ma w nim wiele miodu; są za to aromatyczne przyprawy korzenne i lekko pijane rodzynki. 
Weekend też był zabiegany, ale po prostu musiałam wygospodarować chwilkę na, choćby i najkrótsze, posiedzenie w kuchni. Wybrałam przepis Doroty - akurat miałam trzy czerniejące banany... A powszechnie przecież wiadomo, że właśnie takie do ciast nadają się najlepiej. 
Ciasto udekorowałam polewą kakaową i cudownie świątecznym napisem; C. zabrał część do pracy - podobno zachwyciło wszystkich nie tylko smakiem, ale też dekoracją. Aż mi się miło zrobiło...

Piernik bananowy


Składniki:
(na formę o wymiarach 23x23 cm)
  • 280 g mąki pszennej
  • 20 g kakao
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 4 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 100 g jasnego cukru muscovado
  • 60 ml oleju
  • 80 g miodu
  • 3 jajka
  • sok z 1 mandarynki
  • 3 dojrzałe banany
  • 50 g rodzynek
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 1 łyżka ciemnego rumu
polewa kakaowa:
  • 60 g masła
  • 45 g cukru pudru
  • 20 g kakao
  • 1/2 listka żelatyny
dodatkowo:
  • złoty barwnik spożywczy w proszku
  • złoty barwnik spożywczy w tubce (pisak)
Rodzynki i żurawinę przełożyć do miseczki, wlać rum i zalać wrzątkiem tylko tyle, żeby przykrył bakalie.
Odstawić.

Mąkę, kakao i sodę przesiać, wymieszać z imbirem, przyprawą do piernika i cukrem.
Jajka roztrzepać,dodać olej, miód i sok z mandarynki, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.
Banany rozgnieść widelcem, rodzynki i żurawinę dobrze odcisnąć. Dodać do ciasta, wymieszać.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia, przelać do niej ciasto.

Piec w 180 st. C. przez około 40 minut, aż do suchego patyczka.
Wyjąć z piekarnika, przestudzić w formie przez 10 minut, a następnie wyjąć na kratkę.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Cukier puder i kakao przesiać. Przesypać do garnuszka, dodać masło, podgrzewać, aż cukier i masło się rozpuszczą. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Odstawić do przestudzenia.

Polewą w temperaturze pokojowej polać całkowicie ostudzone ciasto. Wierzch udekorować złotym pyłkiem i napisami.

Smacznego!

Zdjęcie, jakie jest, każdy widzi; ale było już późno, i ciemno, i w ogóle nic mi się już nie chciało...
A ciacho pyszne, proste i szybkie, więc szkoda się przepisem nie podzielić.

niedziela, 29 października 2017

Zmiana czasu i pyszne śniadanie, żeby łatwiej ją znieść

Pamiętaliście o zmianie czasu...?

Mądrze zostało wymyślone, że następuje ona w weekend; większość osób ma wtedy wolne, i nawet jeśli ktoś żyje w mydlanej bańce, do której nie dochodzą fale radiowe, i się zapomni, to co najwyżej postuka w zamknięte jeszcze drzwi piekarni (choć przewidujący właściciele tego typu przybytków zapobiegawczo tego dnia otwierają godzinę wcześniej). 
Ja w weekend pracowałam, więc już tydzień wcześniej się stresowałam, czy aby się tego dnia nie spóźnię. Po rozwlekle dokładnej rozmowie z szefem zostało ustalone, że przychodzimy do pracy wedle czasu letniego. A że czas w magiczny sposób przeskakuje z godziny trzeciej na drugą, wydłużając dobę o całe sześćdziesiąt minut, nie miałam problemu, tylko wstałam, jak zwykle: o wpół do pierwszej. Okazało się jednak, że ci, którzy mieli stawić się w pracy po godzinie czwartej, mieli cięższy orzech do zgryzienia... Jednak Henrik, nauczony wieloletnim doświadczeniem, nie gniewał się o spóźnienia; doskonale rozumie, że ten krytyczny moment dla wielu jest po prostu nie do obejścia.
Kolejna zmiana czasu, gdzie tym razem brutalnie odbiera się darowaną pół roku wcześniej godzinę, przejdzie bezboleśnie; to mój wolny weekend, więc po prostu prześpię tę niesprawiedliwość...

Niedziela w pełni, w dodatku cudownie słonecznej (choć również wietrznej; ale tego przez okna nie czuć), a ja już myślę o poniedziałku... Wszystko dlatego, że poniedziałkowe śniadania są bardzo ważne; muszą przecież wprowadzić w odpowiedni nastrój na cały tydzień!
Dziś mam dla Was propozycję na pyszny, jesienny pudding chia. Przygotowany na jogurcie jest przyjemnie gęsty, bez dodatkowych słodzideł - wystarczą porządnie dojrzałe banany, smakuje świetnie z dodatkiem kakao i cynamonu. Ja przygotowałam dwie warstwy, ale możecie doprawić całość oboma składnikami; jak mawia Tato: w żołądku i tak się wymiesza...
Ja robiłam go już dwa razy z rzędu; jest po prostu genialny w swej prostocie! Polecam Wam bardzo.

Bananowo-jogurtowy pudding chia z kakao i cynamonem


Składniki:
(na 3 porcje)
  • 3 banany
  • 400 g jogurtu naturalnego
  • 200 ml mleka
  • 5 łyżek nasion chia
  • 2 łyżki kakao
  • 1/2 łyżeczki cynamonu

dodatkowo:
  • 1 banan
  • 2-3 łyżeczki kiełkującej gryki

Banany rozgnieść widelcem na papkę. Dodać jogurt, mleko i chia, wymieszać (najlepiej trzepaczką). Gdy masa wyraźnie zgęstnieje, podzielić ją na pół. Do jednej części dodać kakao, do drugiej cynamon, wymieszać.
Odsatwić na noc do lodówki.

Do szklanek lub miseczek rozlać pudding z kakao, następnie ten z cynamonem.
Podawać z plastrami banana i gryką.

Smacznego!

Nie jestem pewna, czy kiełkująca gryka (forspirede boghvede) tak właśnie nazywa się po polsku. Nigdy czegoś takiego w Polsce nie jadłam; kupiłam tutaj, ot tak, żeby spróbować - i przepadłam. Jest super chrupiąca, ma lekko orzechowy posmak i genialnie pasuje do wszelkich puddingów i kremowych śniadań, nadając im ciekawej struktury. 

środa, 2 sierpnia 2017

Nocna owsianka. Bardzo owocowa

Jak ten czas pędzi! Wiecie, że do mojego Wielkiego Dnia (tak, tak, z wielkich liter; bo to naprawdę Wielki Dzień), zostały raptem dwadzieścia cztery dni...? Niby dużo, a tak naprawdę bardzo niewiele. Tyle jeszcze jest do zrobienia... Powoli zaczynam czuć jakiś dziwny ucisk w żołądku. Nie to, żeby nagle naszły mnie wątpliwości... Mam zdecydowanie za krótkie nogi i planuję zbyt wysokie obcasy, żeby bawić się w uciekającą pannę młodą. Ale to duże przedsięwzięcie, i boję się, że coś pójdzie nie tak. Że zapomnimy o czymś ważnym (o obrączkach na przykład. Albo cała znajomość duńskiego wywietrzeje mi z głowy, i nie będę potrafiła odpowiedzieć na jedno z najważniejszych pytań w moim życiu), że fryzura rozpadnie mi się w najważniejszym momencie albo potknę się o tren mojej wspaniałej sukni. Albo, co gorsza, potknie się kto inny. No wiecie, taki ze mnie Kubuś fatalista...

Czas pędzi nieubłaganie, ale życie obok mnie toczy się swoim normalnym rytmem. Co oznacza pobudki o wpół do czwartej nad ranem i piętnaście minut na zjedzenie śniadania. Przygotowuję więc puddingi chia i nocne owsianki, które dodają mi energii na kilka pierwszych godzin i pozwalają jakoś przetrwać półtorej godziny w samochodzie bez narażania na szwank siebie i innych.

Tym razem zmiksowałam to, co akurat ostało się w lodówce i na kuchennym blacie: ostatni, lekko już sczerniały banan, dwie nektarynki, o których wszyscy zapomnieli, trochę jogurtu, nieco mleka i oczywiście zagęszczacze w postaci nasionek chia i płatków owsianych. 
Wyszło pysznie! Niezbyt słodko, ale całość zawsze można polać sobie miodem. Mocno owocowe, sycące śniadanko. W sam raz na rozpoczęcie kolejnego aktywnego dnia.

Bananowo-nektarynkowa nocna owsianka z chia


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 1 banan
  • 2 nektarynki
  • 400 g jogurtu greckiego
  • 300 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 3 łyżki drobnych płatków owsianych

dodatkowo:
  • jeżyny
  • czerwone porzeczki

Banana obrać, z nektarynek usunąć pestki. Zmiksować owoce blenderem na gładki mus. Dodać jogurt, mleko, chia i płatki owsiane, dokładnie wymieszać, najlepiej trzepaczką, aż masa zacznie gęstnieć.
Odstawić na noc do lodówki.

Schłodzony pudding przełożyć do szklanek, podawać z jeżynami i porzeczkami.

Smacznego!

A na weekendowe śniadanie planuję coś ekstra. W końcu bowiem będziemy mieli trochę czasu na celebrowanie wspólnego posiłku; a musicie wiedzieć, że takie luksusy nie zdarzają się co dzień...

wtorek, 20 czerwca 2017

Jak się nie opalać i koktajl bananowy z mietą

Weekend był cudowny! Obłędnie słoneczny i ciepły; poczułam się, jakbyśmy zamiast wracać z urlopu do Danii, wybrali się do ciepłych krajów. Zasiedliśmy więc z C. w ogrodzie, bardzo z siebie zadowoleni, popijaliśmy herbatkę, pieliliśmy, rozmawialiśmy; i tak nam czas przyjemnie, leniwie płynął. 
Pod wieczór zrobiło się chłodniej; gdy weszłam do domu, a chwilę później do łazienki - zdębiałam. Patrzyłam w lustro i nie wierzyłam własnym oczom - przypominałam dobrze już obgotowanego raka. I kiedy zobaczyłam to, czego przez cały dzień nie czułam - poczułam
Zawsze tak jest, prawda...? Dopóki nie zdajemy sobie z czegoś sprawy, żyjemy z tym, nie poświęcając większej uwagi; gdy ktoś nas uświadomi (lub nastąpi to samoistnie za sprawą dziwnych - bądź nie - zbiegów okoliczności), nagle okazuje się, że mamy problem.
I ja właśnie ten problem poczułam na własnej skórze (bardziej dosłownie, niż bym sobie tego życzyła). Czoło, ramiona i łydki nagle zaczęły mnie bardzo nieprzyjemnie piec. I muszę przyznać, że mimo zatrważającej ilości Panthenolu, który na siebie nałożyłam, pieką nadal. Choć jest już zdecydowanie lepiej - tylko strategiczne miejsca, które nie widziały słońca od nie wiem jak długiego czasu, są zaognione. Z nosa skóra schodzi mi płatami, ale ramiona i reszta twarzy zrobiły się brązowawe. Nie powiem, że było warto, ale... W niezwykle pożądanym, brzoskwiniowo-brązowym odcieniu, naprawdę mi do twarzy.

Na pocieszenie przygotowałam sobie koktajl. Tak naprawdę przekonał mnie do tego banan, smutnie leżakujący na stole w kuchni i zmieniający barwę ze słonecznożółtej na ciemnobrązową. Przejrzałam więc niedawno nabytą w Polsce gazetę Kuchnia: koktajle. Wydanie specjalne, nr 3/2017 poświęconą w głównej mierze, jak sama nazwa wskazuje, koktajlom. Przepis na bananową piankę zaintrygował mnie dodatkiem mięty; musicie przyznać, że to niecodzienne połączenie. Okazuje się jednak, że naprawdę trafione - koktajl jest lekki, odpowiednio słodki i orzeźwiający. Świetnie gasi pragnienie w upalne, duńskie dni.
Polecam!

Bananowa pianka z miętą


Składniki:
(na 1 porcję)
  • 1 dojrzały banan
  • 100 ml zimnej maślanki
  • 1 łyżeczka nasion konopi
  • 1 łyżeczka mielonych migdałów
  • 2 listki mięty imbirowej
  • 1 łyżeczka miodu

Maślankę miksować w blenderze kielichowym przez 3 minuty, aż się dobrze spieni. Partiami dodawać obranego i pokrojonego na plasterki banana, następnie dodać konopie, migdały, miętę i miód i zmiksować na gładki koktajl.
Podawać natychmiast.

Smacznego!

Plus tego wszystkiego jest taki, że moje łydki zmieniły kolor mącznej bieli, którym straszą zazwyczaj przez okrągły rok.
Warto było...?
Eee...

środa, 22 marca 2017

Wiosna... I bananowa granola - odsłona pierwsza

Tak jak już Wam pisałam - wystarczy odrobina słonka, i od razu wszystkim zielono w głowach. Dzisiaj słońca pod dostatkiem, a termometr pokazuje całe jedenaście kresek! Takie wspaniałości można uczcić tylko w jeden sposób - szeroko otwartymi drzwiami do ogrodu. Poniekąd, zostałam do tego zmuszona. Ptysia po krótkim wyjściu na siusiu stanowczo odmówiła powrotu, a ja machnęłam ręką - bo co innego miałabym zrobić...? Pączusia, i tak pełna energii, zaczęła biegać, skakać i szaleć, aż jej z wrażenia lewe ucho stanęło. Patrzę więc sobie na te moje psy, i uśmiecham się od ucha do ucha.
Wiosna idzie.

W związku z tym, nie będę dziś tracić tych bezcennych, słonecznych chwil na przydługie wstępy, i od razu przejdę do meritum, czyli granoli.
Miałam kilka bananów, na które nikt już nie miał chęci, bo pociemniały. Znalazłam więc trzy przepisy na bananowe granole: oto pierwszy z nich. Banany i czekolada - to nie mogło się nie udać.
Przepis znalazłam u Pauliny, i trochę go zmieniłam, żeby nie był aż tak zdrowy. Moja granola wyszła lekko słodka, z wyraźnym posmakiem bananów i obłędnie pysznymi kawałki ciemnej czekolady. Z samego rana wywołuje uśmiech i dodaje energii na ładnych kilka godzin, więc zadanie zostało spełnione.
Spróbujcie, zanim banany odejdą w zapomnienie na długie, letnie miesiące...

Bananowa granola z czekoladą


Składniki:
(na słój o pojemności 2 l)
  • 350 g płatków owsianych
  • 100 g płatków ryżowych
  • 70 g pestek dyni
  • 30 g sezamu
  • 75 g orzechów włoskich
  • 60 ml oleju
  • 50 ml syropu klonowego
  • 2 banany
  • 75 g suszonej żurawiny
  • 80 g ciemnej czekolady (70%)

Płatki, pestki, sezam i grubo posiekane orzechy wymieszać.
W drugiej misce połączyć olej z syropem. Banany rozgnieść, dodać do oleju, wymieszać. Wlać do suchych składników, dokładnie wymieszać.
Przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, równo rozprowadzić.

Piec w 160 st. C. przez 30-60 minut, mieszając co 10 minut, żeby granola równo się przypiekła.

Ostudzić, dodać żurawinę i posiekaną czekoladę, wymieszać.
Przechowywać w szczelnym słoju.

Smacznego!

Słonko świeci, ptaszki śpiewają, a ja zaraz muszę iść spać... To jednak trochę dołujące, mimo całej wiosennej radości.

piątek, 17 marca 2017

Babka bananowa. Z budyniem. Czekoladowym

Uff... Nie mogę się skoncentrować dzisiaj. Pewnie dlatego, że nie pamiętam już, kiedy spałam więcej niż pięć godzin na dobę, a z domu wyszłam o wpół do trzeciej w nocy. Kiedy już skończyłam pracę i mogłam jechać do domu, zaraz po wyjściu z piekarni uderzył we mnie deszczem raczej zimny wiatr. W tej chwili, siedząc na kanapie, przypatruję się gałęziom drzew i żywopłotowi, bezlitośnie szarpanym gwałtownymi podmuchami. W dach deszcz bębni nieustępliwie sprawiając, że psy zajęły strategiczne pozycje jak najbliżej mnie. 
Cóż, niech żyje piątek! Przede mną wolny weekend, i jeśli pogoda nie dopisze, będę miała wymówkę, żeby spędzić go w kuchni. Tyle planów, a czasu tak mało!

Skoro weszliśmy już w temat babek, dzisiaj mam dla Was kolejną. Zobaczyłam ją u Angie, zaśliniłam klawiaturę i niemal natychmiast pobiegłam do kuchni. Niemal, bo jednak pozwoliłam moim bananom dojrzeć jeszcze te dwa dni. Gdy pokryły się gęstą siatką czarnych plamek, uznałam, że są doskonałe. Miękkie i obłędnie słodkie, idealnie nadają się do ciast.
Ten przepis oczarował mnie dodatkiem budyniu. Od kilku tygodni już chyba chodził za mną budyń; uznałam więc, że takich znaków i zrządzeń losu lekceważyć nie można, a babkę upiec należy niezwłocznie. 

I bardzo dobrze zrobiłam! Babeczka już podczas pieczenia pachnie tak pięknie, że będziecie dreptać przed piekarnikiem, siłą woli wspomagając proces rośnięcia; gwarantuję! Później wystarczy tylko cierpliwie poczekać, aż ciasto ostygnie, polać je polewą i znów zaczekać, aż zastygnie... I już można delektować się tymi pysznościami. 
U nas z cierpliwością kiepsko, pokroiłam więc babeczkę jeszcze ciepłą. Moi drodzy, to po prostu czysta rozkosz! Smakuje obłędnie, i ten ciepły budyń, mmm... Coś wspaniałego. Musicie ją upiec; napisałabym, że na Wielkanoc, ale szczerze mówiąc - szkoda czasu. Upieczcie już dziś!

A przy okazji - najlepszy życzenia imieninowe dla mojego Taty! Nic zielonego nie mam, ale Tata nie Patryk, więc się nie obrazi...

Babka bananowa z budyniem czekoladowym


Składniki:
(na formę do babki o pojemności 2,5 l)
  • 3 banany
  • 320 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 jajka
  • 150 g cukru trzcinowego
  • 100 ml oleju rzepakowego
  • 60 ml jogurtu naturalnego
dodatkowo:
  • 42 g budyniu czekoladowego (proszek)
  • 350 ml mleka
polewa:
  • 70 g ciemnej czekolady (57%)
  • 40 g masła
  • suszone banany
300 ml mleka zagotować. W pozostałym mleku rozmieszać budyń, wlać do gotującego się mleka. Gotować jeszcze chwilę, cały czas mieszając.
Ostudzić.

Banany zmiksować blenderem na gładką masę.
Mąkę przesiać z proszkiem i sodą. Jajka roztrzepać, wymieszać z cukrem, olejem i jogurtem. Na końcu dodać banany, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.

Do natłuszczonej formy wylać połowę ciasta, następnie wyłożyć budyń i zalać pozostałym ciastem.

Piec w 170 st. C. przez 1 godzinę.
Przestudzić w formie przez 15 minut, następnie wyłożyć na kratkę do góry spodem i zostawić do całkowitego ostudzenia.

Masło rozpuścić z czekoladą w garnuszku na małej mocy palnika. Polać ciasto, udekorować plasterkami suszonych bananów.

Smacznego!


Jedyne zmiany w stosunku do oryginały to rodzaj mąki (nie miałam na stanie jęczmiennej) i smak budyniu. Czekoladowy nasuwa się sam...

A że ciasto wygląda, jakby miało zakalec? Wyjaśnienie znajduje się powyżej - kroiłam babkę jeszcze ciepłą. Po wystygnięciu, wyglądała jak należy.

czwartek, 21 lipca 2016

Sorbet czereśniowy i historia z dreszczykiem w tle

Weszłam do spowitego blaskiem księżyca ogrodu przez staroświecką, kutą bramę. Zaskrzypiała, co naprawdę nikogo nie powinno dziwić. Powiem więcej: od tego typu bram wręcz wymaga się, aby skrzypiały. 
Szłam ścieżką między wysokimi krzewami, a cienie tańczyły mi pod stopami. Wiatr szumiał, ale nie złowieszczo; choć też zdecydowanie nie przyjaźnie.  W końcu doszłam do okazałego domostwa: wielkie, czarne, niczym z klasycznego filmu grozy. Okna patrzyły na mnie podejrzliwie, niechętnie. Gdy pchnęłam drzwi, zaskrzypiały jeszcze bardziej stanowczo niż brama. 
Wnętrze mnie nie zaskoczyło: ciężkie kotary w oknach, staroświeckie meble i szerokie, ciągnące się w nieskończoność schody. 
Najdziwniejsza była świadomość tego, że gdzieś tutaj kryją się (choć pewnie niezamierzenie) wszyscy moi współpracownicy. Nikogo z nich nie widziałam, ale miałam silne przekonanie, że po prostu muszą tutaj być. Bo gdzie niby indziej mieliby się podziewać...?

Wchodząc na górę spotkałam Henryka, mojego szefa. Popatrzył na mnie jak zwykle, czyli z szerokim uśmiechem i autorytatywnie oznajmił: W kuchni są duchy. Idź się nimi zajmij.

I wtedy...
Się obudziłam.
Nie zmyślam; chociaż minął już ponad tydzień, ten sen ciągle za mną chodzi.
Dziwny był...

Do Danii tymczasem wróciły upały. Temperatura dochodzi do dwudziestu ośmiu stopni w największych porywach, wszyscy więc cieszą się tym niezwykłym zjawiskiem. My też przesiadujemy w ogrodzie, z którego Ptysi nie idzie zapędzić do domu i... Kręcimy lody. 
Sezon na czereśnie, przynajmniej tutaj, ma się ku końcowi. Najbardziej lubię je na surowo (najchętniej prosto z drzewa), tym razem jednak puściłam wodze fantazji i przerobiłam je na pyszny, cudownie kremowy sorbet. To dzięki syropowi cukrowemu i dodatkowi banana ma tak wspaniałą konsystencję. Odrobina alkoholu sprawia, że nie zamarza na kamień. Można dodać wiśniówki - ja nie miałam, więc wybrałam delikatną i dość neutralną w smaku miodówkę. 
Wyszło bosko - idealny deser na upały!

Wiśniowe i czereśniowe pyszności znajdziecie też dzisiaj u AniMirabelki i Martynosi.

Sorbet czereśniowy


Składniki:
(na 800 ml lodów)
  • 500 g czereśni
  • 125 g cukru
  • 125 g wody
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 banan
  • 2 łyżki miodówki
Z cukru, wody i soku z cytryny zagotować syrop. W tym czasie wydrylować czereśnie. włożyć je do syropu, gotować 5-10 minut, aż zaczną być szkliste. Przestudzić, zmiksować blenderem. Całkowicie ostudzić.
Do masy dodać zmiksowanego banana i alkohol. Wymieszać.
Schłodzić w lodówce, najlepiej przez całą noc.

Schłodzoną masę przelać do maszynki do lodów, postępując według instrukcji.
Przełożyć lody do plastikowego pudełka i zamrozić lub podawać od razu.

Smacznego!


Przepis oczywiście dodaję do akcji Mirabelki:

czwartek, 19 maja 2016

Nowy członek rodziny. I sernik kawowo-bananowy

Uwielbiam dzieci. Myślę, że całkiem nieźle sprawdziłabym się w roli przedszkolanki, gdyby nie fakt, że każde zadrapanie czy choćby najmniejszy siniak malucha znajdującego się pod moją opieką, przyprawia mnie o palpitację serca. A brutalna prawda jest taka, że pewnych wypadków nie da się uniknąć. Dzieci, bawiąc się, upadają, uderzają, przewracają siebie i to, co nieopatrznie stanie na ich drodze. Nie wiem, czy o własne dzieci człowiek boi się mniej, czy może jeszcze bardziej; o cudze drżę niczym ostatni liść na drzewie w listopadowy poranek.

Moja ulubienicą jest córeczka Karoliny. Prawdopodobnie dlatego, że zdarzało mi się jej pilnować już kiedy miała zaledwie kilka miesięcy; obserwowałam jej rozwój z zapartym tchem przez trzy lata. Teraz tęsknię za nimi obiema; mam nadzieję, że nasza przyjaźń przetrwa próbę odległości.

Tymczasem na rodzinnym podwórku C. w środę miało miejsce wielkie wydarzenie - narodziny córeczki siostry C. Jej rodzice zdecydowali, że nie chcą znać płci dziecka przed narodzinami; ja w głębi serca trzymałam kciuki właśnie za dziewczynkę. W najbliższej rodzinie jest już dwóch rozkosznych chłopców, ale sami przyznajcie - nie ma to jak lalki i puzzle z Elsą albo księżniczkami. Już się nie mogę doczekać, kiedy poznam małą Astrid; tak, tak, właśnie na cześć Astrid Lindgren, matki Pippi i wszystkich dzieci z Bullerbyn.
Przeraża mnie nieco tylko fakt, że pewnie nigdy nie nauczę się wymawiać jej imienia z nienagannym duńskim akcentem...

Nie tylko na świętowanie narodzin, mam dla Was pyszny sernik. Może nie tak zupełnie letni, ale C. kupił banany, na które jakoś nikt nie miał ochoty (niech żyją truskawki!). Leżały więc sobie te żółte półksiężyce, tracąc swoją słoneczną barwę. W końcu stwierdziłam, że ich chwila nadeszła, i przerobiłam je na sernik na zimno - żeby chociaż trochę w letnim klimacie było.
Przepis znalazłam w gazetce Pieczenie jest proste, nr 2/2012, i nieco tylko zmieniłam. Zamiast bananowego syropu, dałam zmiksowane na gładko banany. No i udekorowałam po swojemu.
Sernik wyszedł pyszny; lekki i delikatny, z idealnie wyważonymi i uzupełniającymi się smakami bananów i kawy. Mimo, że bez typowo letnich owoców, świetnie nada się na ciepłe dni.
Spróbujecie...?

Sernik kawowo-bananowy (na zimno)


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 100 g podłużnych biszkoptów
  • 50 g masła
  • 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej (proszek)

masa serowa:
  • 600 g serka kremowego
  • 300 g creme fraiche (18%)
  • 80 g cukru pudru
  • 100 ml mocnej, ostudzonej kawy
  • 4 banany
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 6 listków żelatyny

dodatkowo:
  • kakao
  • chipsy bananowe

Masło rozpuścić, przestudzić.
Biszkopty dokładnie pokruszyć, wymieszać z kawą i masłem. Masę ugnieść na dnie tortownicy, odstawić do lodówki.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Banany zmiksować blenderem na gładko, wymieszać z sokiem z cytryny.
Serek, creme fraiche, cukier puder i kawę zmiksować. Dodać banany, połączyć.
Żelatynę odcisnąć, rozpuścić. Dodać do niej 2-3 łyżki masy serowej, dokładnie wymieszać. Następnie wlać żelatynę do pozostałego kremu, dokładnie zmiksować, żeby nie było grudek.
Przelać masę na schłodzony spód, wstawić na noc do lodówki.

Przed podaniem udekorować kakao i chipsami bananowymi.

Smacznego!

Wczoraj, jakaś taka rozmemłana i niedospana, nie mogłam się zdobyć na nic poza bezrefleksyjnym przeglądaniem przepisów i długim spacerem z Ptysią, gdy wieczorny wiatr stał się cieplejszy i przyjemniejszy. Dzisiaj, mam nadzieję, po niemal pełnych ośmiu godzinach krzepiącego snu, pełna energii i ochoty na eksperymenty wszelakie, zrobię coś chociaż odrobinę pożytecznego. 

środa, 17 lutego 2016

Trochę zdrowszy chlebek bananowy

Uff... Co to był za tydzień! Miałam wrażenie, że z pracy to już wcale nie wychodzę. A fakt, że ciągle jeszcze czułam się chora, nie poprawiał sytuacji... Na szczęście jest już lepiej; jeszcze sobie trochę pokasłuję od czasu do czasu i nos mam zapchany, co jednak nie jest miarodajnym wyznacznikiem choroby. Od wczesnej jesieni bowiem, aż do późnej wiosny, mój narząd powonienia odmawia współpracy i utrudnia mi oddychanie, jak tylko może. Cóż, liczę na to, że w końcu dojdziemy do porozumienia...

Styczeń był ciemny, zimny i wyjątkowo nieprzyjemny; luty za to pokazał się z zupełnie innej strony. Nagle słonko postanowiło pokazać, co potrafi, i mieliśmy już w Danii kilka niemal wiosennych dni. Teraz znów przymroziło, ale nadal jest słonecznie i... Jasno. Dni wydłużyły się sama nie wiem kiedy; dopiero w okolicach osiemnastej rozważam włączenie światła. Bajka! Dzięki temu, nawet gdy jestem zmęczona, mam ochotę coś zrobić; działać, a nie tylko zwinąć się w kłębek pod kocem. 
Czy to naprawdę już...? Aż ciężko uwierzyć.

Na taką nie do końca jeszcze zdecydowaną pogodę idealny będzie chlebek bananowy. Ten akurat przepis znalazłam w Scandilicious baking Signe Johansen, i nie potrafiłam mu się oprzeć. Pełen orzechów, wyraźnie bananowy, z lekkim posmakiem syropu klonowego; orzechowy smak potęguje dodatek płatków owsianych i orkiszowej mąki razowej. Jest dość ciężki, ale nie zakalcowaty; idealny na drugie śniadanie z kubkiem zimnego mleka.
Nie tylko dla dzieci!

Chlebek bananowy z mąką orkiszową i płatkami owsianymi


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 11x30 cm)
  • 3 banany
  • 100 ml jogurtu naturalnego
  • 75 ml oleju
  • 75 ml syropu klonowego
  • 1 jajko
  • 225 g mąki pszennej
  • 50 g mąki orkiszowej razowej
  • 25 g płatków owsianych
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g orzechów włoskich

dodatkowo:
  • 2 łyżki płatków owsianych

Mąkę przesiać, wymieszać z płatkami, proszkiem, sodą, gałką i solą.
Orzechy posiekać.
Banany rozgnieść widelcem.
Jajko roztrzepać, dodać jogurt, olej i syrop, wymieszać. Na końcu dodać rozgniecione banany, połączyć.

Mokre składniki wlać do suchych, wymieszać tylko do połączenia. Na końcu dodać banany, wmieszać do ciasta.

Masę wylać do wyłożonej papierem do pieczenia keksówki. Wierzch posypać pozostałymi płatkami.

Piec w 180 st. C. przez 5-60 minut, aż do suchego patyczka.
Przestudzić w formie przez 15-20 minut, następnie wyjąć na kratkę i zostawić do całkowitego wystudzenia.

Smacznego!

A mi już w głowie wielkanocne jajeczka... 
Powiedzcie, proszę, że nie tylko ja tak mam...

poniedziałek, 28 września 2015

Bananowa tarta z bezą

Troszkę dzisiaj zaspałam. Miałam wstać razem z C., przed siódmą; miałam mieć trochę czasu dla siebie. Chciałam niespiesznie zjeść śniadanie, wypić kubek (albo dwa) gorącej herbaty. Poczytać książkę, bo koniec roku zbliża się nieubłaganie, o czym świadczą pierwsze świąteczne dekoracje na sklepowych wystawach. 
Tymczasem ciepła pościel okazała się być tak kuszącą i miękką, że nie mogłam wydobyć się z jej objęć. Wręcz przeciwnie - wiercąc się i moszcząc, zanurzałam się w niej coraz głębiej... Gdy w końcu wstałam, słońce było już całkiem wysoko. Zamiast więc porannych rytuałów i rozleniwienia, towarzyszył mi stary przyjaciel: pośpiech. Szybko się umyłam, uczesałam, ubrałam. W biegu wypiłam kilka łyków wczorajszej herbaty, chwyciłam czekoladowe ciastko zamiast śniadania. Pobiegłam łapać życie za ogon; znów się nie udało. A może...? 
Odpowiedzi, póki co, brak.

Dzisiaj mam dla Was bardzo ciekawe, nieoczywiste ciasto. Znalazłam je w książce Saved by cake Marian Keyes, gdzie od razu wpadło mi w oko. Głównie dlatego, że banany kojarzą mi się z tradycyjnymi chlebkami, ewentualnie muffinami. Czasem jeszcze wrzucam je do koktajlów, albo dodaję do owocowych sorbetów, żeby były bardziej kremowe. Jest jeszcze znane wszystkim banoffee pie, któremu, choć niemożebnie wręcz słodki, nikt się oprzeć nie umie...

A tutaj Marian proponuje tartę, w dodatku z bezą. Hmm... Szczerze mówiąc, bałam się, że wyjdzie śmiertelnie słodka i mdła, i trochę się wahałam, zanim zabrałam się do dzieła. Dusza eksperymentatora jednak doszła do głosu, i w końcu postanowiłam przerobić banany na taką właśnie tartę.
W przepisie zaszło kilka zmian. Po pierwsze: kruchy spód z dodatkiem jajka, żeby się tak nie kruszył. Do kremu dodałam rozgniecione banany zamiast esencji, o której sama Marian pisze, że możliwe, że że względu na skład chemiczny, jest nielegalna w niektórych krajach. Przez to zabrakło mi bananów na spód, ale całość i tak wyszła intensywnie bananowa. Nawet beza przeszła smakiem tych owoców!

Ciasto zaskakuje konsystencją: kruchy spód, rozpływający się w ustach, bardzo delikatny krem i znów na górze: chrupiąca beza. Całość jest słodka, ale nie przesłodzona - nie martwcie się o to. Do kremu można dodać nieco soku z cytryny - zbalansuje słodycz, a przy okazji zapobiegnie ciemnieniu ciasta, co jest jego jedyną wadą. Cóż, banany mają to do siebie, że w kontakcie z powietrzem tracą swoją słoneczną barwę... 
Mimo tej drobnej niedogodności - polecam Wam ogromnie! To taka przyjemna odskocznia od klasyki.

Tarta bananowa z bezą


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)

spód:
  • 170 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 80 g zimnego masła
  • 1 jajko

krem bananowy:
  • 500 ml mleka
  • 100 g cukru
  • 100 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 4 żółtka
  • 55 g zimnego masła
  • 1 banan

beza:
  • 4 białka
  • 170 g cukru

dodatkowo:
  • 2 banany

Mąkę przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozterzeć palcami. Na końcu wbić jajko, szybko zagnieść ciasto.
Ciasto rozwałkować na koło o średnicy nieco większej niż średnica formy. Wyłożyć ciastem foremkę. Schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

W tym czasie przygotować krem bananowy.
Mleko zagotować. Cukier, mąkę i sól wymieszać. Wlewać powoli gorące mleko, cały czas mieszając trzepaczką, żeby nie zrobiły się grudki. Przelać z powrotem do garnka, podgrzewać, cały czas mieszając, aż masa zacznie nieco gęstnieć.
W tym czasie ubić żółtka na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać do nich gorącą masę mleczną, cały czas miksując. Przelać całość z powrotem do garnka, podgrzewać, cały czas mieszając, aż masa osiągnie konsystencję gęstego budyniu. Zdjąć z palnika, dodać rozgniecionego widelcem banana, dokładnie wymieszać. Na końcu dodać masło pokrojone w kostkę, wymieszać, aż całkowicie się rozpuści.
Odstawić krem do wystudzenia.

Po tym czasie ciasto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać kulkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Po tym czasie zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Na ostudzonym spodzie ułożyć pokrojone w grube plasterki banany. Na wierzch wyłożyć krem, wyrównać powierzchnię. Wstawić na 2-3 godziny do lodówki.

Po tym czasie ubić białka na sztywną masę, pod koniec partiami dodając cukier. Wyłożyć bezę na krem.

Piec w 180 st. C. przez 20 minut, aż beza się zezłoci.
Ostudzić.

Smacznego!

Oglądaliście zaćmienie księżyca...? Ja, szczerze mówiąc, poddałam się o wpół do czwartej, bo nic się nie działo...

wtorek, 15 września 2015

Ciasto intensywnie bananowe

Lubicie banany?
W moim rodzinnym domu nazywaliśmy je małpi kit, i zdania na ich temat były podzielone. Tato, i owszem, mógł zjadać na kilogramy, Mama skubnęła od czasu do czasu, ale bez większych ekscytacji. Babcia nie jadała, a my z Młodą, wiadomo - dzieci. Zjedzą wszystko, co słodkie. 

Dzisiaj banany jem z przyjemnością, pod warunkiem, że nie są zbyt dojrzałe. Takie już miękkie, z czarnymi kropeczkami i bardzo słodkie zdecydowanie mnie nie pociągają, choć podobno takie właśnie smakują najlepiej. Cóż... O gustach się nie dyskutuje. 

Prawda jest taka, że jak już kupuję banany, to kupuję ich, z premedytacją, za dużo. Wiem, że nie zdążę ich zjeść w stanie nie do końca dojrzałym, i że później na blacie w kuchni będą leżały takie biedne, lekko czarne... I o to właśnie chodzi! Bo, choć dla mnie do jedzenia solo już się nie nadają, to do ciasta będą w sam raz. A ciasta bananowe, każdy to chyba już wie, są wyborne. 

Najpopularniejsze to chlebki, czyli, bardziej po polsku, keksy. Pieczone w keksówkach, wilgotne i słodkie, świetnie nadają się do zabrania ze sobą kawałka na wycieczkę lub na podwieczorek do kubka gorącego kakao. Uwielbiam takie piec, znikają niemal szybciej, niż zdążyły się pojawić. Tym razem miałam jednak apetyt na coś innego; idealną propozycję znalazłam na blogu Kuchenne fantazje. Ciasto z dodatkiem likieru kawowego wyszło wyśmienite; wszyscy wiedzą, że banany i kawa to wyjątkowo zgrany duet. Delikatnie pachnące cynamonem, wilgotne i mięciutkie - zasmakuje każdemu.
I na podwieczorek też się nada...

Ciasto jogurtowo-bananowe z bananami w likierze kawowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)
  • 500 g mąki pszennej
  • 300 ml jogurtu naturalnego
  • 75 g cukru
  • 50 g jasnego cukru muscovado
  • 3 jajka
  • 175 ml oleju
  • 2,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 2 banany
dodatkowo:
  • 3 banany
  • 150 ml likieru kawowego
3 banany obrać ze skórki, pokroić w grube plastry. Zalać likierem kawowym, odstawić na 30-60 minut.

Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem, sodą i cynamonem.
Jajka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlać olej, a następnie na zmianę dodawać jogurt z mąką, miksując na najniższych obrotach miksera. Na końcu dodać dwa rozgniecione widelcem banany i 50 ml likieru kawowego od moczenia plasterków bananów.

Ciasto przełożyć do formy wyłożónej papierem do pieczenia. Na wierzchu ułożyć plasterki bananów.

Piec w 180 st. C. przez 60-70 minut, do suchego patyczka.

Ostudzić.

Smacznego!

Według mnie ciasta bananowe są takie właśnie jesienne; kiedy innych owoców zaczyna brakować, można sięgnąć po te słonecznie żółte półksiężyce, które są niesamowicie uniwersalne.

środa, 2 września 2015

Zdrowy deser? To możliwe!

Dziś kolejny dzień wyzwania u Ani. O zdrowym deserze miało być. Muszę przyznać, że poczułam się zmotywowana. Kto tu zagląda, ten wie, że kalorii nie liczę, i to zdecydowanie smak gra pierwsze skrzypce w mojej kuchni. Prawda jest taka, że na obiad mogę zjeść brokuła popijając wodą, ale na deser muszę mieć coś dobrego i słodkiego. Dzień bez deseru dniem straconym, jak mawiają słynni cukiernicy (nie wiem, którzy konkretnie, nie pytajcie mnie zatem).

Od czasu do czasu sięgam jednak po coś zdrowszego - na deser miska owoców (w sezonie) albo domowy kisiel na jakimś porządnym soku lub przecierze. Pycha! Jakiś czas temu kupiłam również słynne już nasionka chia - w blogosferze jedzą je wszyscy. Mnie przerażała cena, ale w końcu znalazłam małą paczuszkę w przecenie i postanowiłam zaryzykować. Kupiłam, schowałam do szuflady, i na jakiś czas zupełnie o nich zapomniałam. Aż tu Ania ze zdrowym deserem wyskoczyła, a chwilę później na blogu u Angie zobaczyłam taką propozycję. Wygląda jak marzenie, jest mocno owocowa, w jej składzie chia, a nie ma cukru, kremówki i innych tego typu dobroci. Wygląda ładnie i zdrowo - trzeba więc było spróbować.

Robi się to cudo bardzo prosto i szybko, nie licząc oczywiście całonocnego oczekiwania. Ale wtedy się śpi, a nie czeka na deser, więc tak jakby się nie liczy. Potem wystarczy już wyżyć się na bananie, i deser gotowy. Albo śniadanie, podwieczorek, a nawet kolacja. Jak się komu podoba, bo pudding ten niezwykle jest uniwersalny. Ja go zjadłam jako przekąskę w ciągu dnia, na drugie śniadanie można by rzec. I muszę przyznać, że bardzo mi zasmakowało. Chia zrobiły się miękkie, z lekko kwaśnymi malinami i słodkim musem bananowym smakowały wyśmienicie. W dodatku miałam świadomość, że nie wrzucam w siebie pustych kalorii, co nawet mnie niejako ucieszyło. Najważniejsze jednak, że wyszło pysznie!
Spróbujecie...?

Malinowo-bananowy pudding chia

Składniki:
(na 1 solidną porcję)

  • 3 łyżki nasion chia
  • 2 łyżeczki miodu
  • 1 łyżka wiórków kokosowych
  • 250 ml mleka
  • 125 g malin
dodatkowo:

  • 1 banan
  • 2 łyżki mleka
Maliny rozgnieść widelcem (2-3 odłożyć do dekoracji), wymieszać z miodem, mlekiem, wiórkami i nasionami. Przykryć folią spożywczą, odstawić na noc do lodówki.
Przed podaniem obrać banana, odkroić 2-3 plastry do dekoracji, resztę rozgnieść widelcem, wymieszać z mlekiem.
Pudding przełożyć do szklanki lub słoika, na wierzch wyłożyć mus z banana. Wierzch udekorować odłożonymi owocami. 

Smacznego!

A jeśli ktoś ma czas, chęć i możliwości, to będę wielce zobowiązana za trzymanie kciuków jutro w okolicach ósmej rano. Ach, żeby tylko się udało!

poniedziałek, 16 marca 2015

Zasmutkowanie. I bananowo-czekoladowe rożki z ciasta filo

- Dzieci to nasza nadzieja na przyszłość. 
NIE MA NADZIEI NA PRZYSZŁOŚĆ, oświadczył Śmierć.
- Więc co nas tam czeka?
JA.

Cytat pochodzi z Czarodzicielstwa Terry'ego Pratchetta.

Też jesteście zasmutkowani? Bo ja tak.

Ostatnio przygotowałam wyjątkowo źle wyglądający deser, smakował za to bajecznie. Bo czy połączenie bananów i czekolady w cudownie chrupiącym cieście może być niedobre...?

Zaczęło się od tego, że miałam trzy banany, które wymagały natychmiastowej interwencji. Nie było sensu robić całego ciasta, stwierdziłam więc, że znajdę jakiś prosty, szybki deser. W Czekoladzie Erica Lanlarda trafiłam na samosy czekoladowe z ciasta filo. To ostatnie jakiś czas temu kupiłam, i ciągle zastanawiałąm się, co z nim zrobić. Szybko więc zdecydowałam, że ten deser to bardzo dobry pomysł.

Okazało się, że nie umiem lepić samosów. A przynajmniej nie z bardzo delikatnego ciasta filo pokrojonego w kwadraty. W związku z tym szybko porzuciłam tę dziwną technikę, i zaczęłam lepić trójkąty - a właściwie trójkątopodobne ciasteczka. Usmażyłam je na patelni, choć już przed tym wiedziałam, że wyglądać za dobrze nie będą. Jednak gdy ich spróbowałam... Od razu przestałam się na wyglądzie skupiać. Smakują bowiem rewelacyjnie - jednak koniecznie na ciepło! Inaczej ciasto robi się miękkie i całość jest bardzo przeciętna.
Jeśli więc chcecie przygotować ich więcej, polecam zlepić ciasteczka i odstawić, a smażyć tuż przed podaniem. Gwarantuję, że ciężko będzie jakieś donieść na stół - u nas znikały prosto z patelni.

Chrupiące rożki bananowo-czekoladowe z ciasta filo

Składniki:
(na 8 sztuk)
  • 2 duże płaty ciasta filo
  • 20 g masła
  • 3 banany
  • 1 łyżka cukru trzcinowego
  • 25 g ciemnej czekolady (70%)
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu

Banany obrać, pokroić w plasterki. Na patelni rozpuścić masło, dodać cukier i owoce. Smażyć 4-5 minut, odwracając w połowie, aż całość ładnie się skarmelizuje. Wymieszać z cynamonem, odstawić.

Ciasto filo pokroić na mniejsze kwadraty. Na środku każdego ułożyć porcję bananowego nadzienia, posypać drobno startą czekoladą. Brzegi ciasta delikatnie posmarować wodą, złożyć na pół w kształt trójkąta i dokładnie zlepić brzegi.

Smażyć na patelni z odrobiną masła na złoto-brązowy kolor, około 2 minut z każdej strony.
Podawać natychmiast.

Smacznego!

I znów poniedziałek... Czy tylko mi tak szybko czas ucieka, czy Wam również...?

czwartek, 5 marca 2015

O marcowej pogodzie i czekoladowym chlebku bananowym słów kilka

Ja wiem, że w marcu jak w garncu, ale bez przesady! Rano wychodzę z domu - cud, miód i orzeszki. Niebo w zachwycających odcieniach błękitu, różu i złota, kilka puchatych obłoczków przesłania wschodzące słońce. Uśmiech sam mi wykwitł na twarzy, i nie schodził, póki nie dojechałam do szkoły. Bo tu powitał mnie deszcz, który ciął w szyby równomiernie przez cztery godziny. Gdy skończyłam zajęcia, zrobiło się jeszcze ciekawiej, bo miejsce wody zajęły lodowe kulki, wśród których przemykałam niczym czerwona pantera. W drodze powrotnej zrobiłam sobie mały przystanek na zakupy, i po piętnastu minutach, gdy wyszłam ze sklepu, całą okolicę, łącznie z moim autkiem, zdążyła pokryć cienka warstwa białego puchu. Wielkie płatki powoli wirowały, lądując na zaskoczonych twarzach. 
Do wieczora jednak wszystko się stopiło, a później zamarzło, co zaowocowało moją poranną przegraną walką z drzwiami do samochodu. W efekcie musiałam się gramolić przez siedzenie pasażera, co wcale nie poprawiło i tak nadszarpniętego perspektywą nudnych zajęć samopoczucia. (Tak, nawet w mojej bajecznej szkole zdarzają się nudne zajęcia - jeśli ktoś nie próbował wypełniać arkuszy kalkulacyjnych nużącymi danymi przez trzy godziny, nie zrozumie, jakie to potrafi być frustrujące.)

Pogoda szaleje na całego, i ciężko przewidzieć nie tylko, co spotka nas następnego dnia, ale nawet co zdarzy się za godzinę. Najlepszy na to sposób - zawinąć się w koc na kanapie, w zasięgu dłoni mieć książkę, herbatkę, psa do głaskania i ciasto. Jakie? Dzisiaj proponuję Wam kolejny chlebek bananowy, tym razem znaleziony u Mateusza. Fantastyczne połączenie gęstego ciasta bananowego z odrobiną kakao, chrupiącymi orzeszkami ziemnymi, ciągnącymi krówkami i aromatyczną czekoladą. Czy ktoś mógłby się temu oprzeć...? Wątpię, szczególnie, że wykonanie nie nastręcza najmniejszych problemów, wystarczy wszystko zamieszać łyżką. Potem już tylko pozostaje niecierpliwie dreptać przy piekarniku, bo zapach się z niego wydobywający nie pozwoli oddalić się zbytnio. Później zostaje już tylko degustacja - i gwarantuję, że na jednym kawałku się nie skończy. Bo to połączenie smaków jest wprost obłędne! Koniecznie musicie spróbować.

Czekoladowy chlebek bananowy z orzeszkami i krówkami

Składniki:
(na keksówkę 30x10 cm)
  • 300 g mąki pszennej
  • 25 g kakao
  • 120 g cukru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia 
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 115 g masła
  • 2 jajka
  • 100 ml mleka
  • 2 banany
  • 80 g krówek
  • 50 g solonych orzeszków ziemnych
  • 50 g ciemnej czekolady (70%)

dodatkowo:
  • 30 g solonych orzeszków ziemnych

Masło rozpuścić, przestudzić.
Krówki, czekoladę i orzeszki posiekać.

Mąkę przesiać z kakao, wymieszać z cukrem, proszkiem i sodą.
Jajka roztrzepać. Dodać przestudzone masło i mleko, wymieszać. Banany rozgnieść widelcem, dodać do mokrych składników, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia. Dodać posiekane krówki, orzechy i czekoladę, połączyć.

Masę przełożyć do keksówki wysmarowanej masłem bądź wyłożonej papierem do pieczenia.
Wierzch posypać pozostałymi orzeszkami.

Piec w 180 st. C. przez 45 minut, do suchego patyczka.
Wystudzić w formie.

Smacznego!

Niecierpliwie czekam na wiosnę. Dłuższe dni dodają mi skrzydeł, a że pogoda jeszcze niezbyt sprzyja dłuższym spacerom, planuję wielkanocne menu. Jest tyle różnych ciast, tyle przepisów, a tak mało czasu... Interesują Was może jakieś konkretne przepisy? Albo macie jakieś sprawdzone pyszności? Bo już zawrotów głowy dostaję, a nic konkretnego wymyślić nie mogę...

czwartek, 20 listopada 2014

Bananowe muffinki z morelami

Takie muffiny upiekłam już sama nie pamiętam kiedy ani z jakiej okazji. Przypuszczam, że to C. mnie podpuścił, bo bardzo lubi bananowe wypieki. Często nakupi bananów (promocja była!), a potem nie ma ich kto jeść, bo szybko robią się czarne. A ja takich nie lubię. Do jedzenia ot tak, same w sobie, banany muszą być żółciutkie, a najlepiej na granicy dojrzałości. Wtedy mają ciekawszą konsystencję i smak (według mnie). Gdy robią się zbyt słodkie i miękkie, przestają mnie kusić. I leżą sobie potem w misce biedne, zapomniane... I wtedy do akcji wkracza C.: A może byś tak ciasto upiekła...? No przecież szkoda wyrzucić...
Ano szkoda, więc piekę. I nie żałuję, bo ciasta z bananami są wyjątkowo pyszne. Słodkie, sycące, idealne na podwieczorek albo drugie śniadanie. C. często zabiera takie ze sobą do pracy, i potem słyszę: Na jutro zrób mi więcej, bo wszystkim smakowało.
No więc robię. Bo przecież nie ma większej radości, niż gdy wszystkim smakuje, prawda...?

Przepis z 1 mix, 100 muffins Susanny Tee. Muffiny z bananami z dodatkiem suszonych moreli smakują naprawdę dobrze. I szybko się je robi. I w ogóle mają same zalety, więc jeśli gdzieś zalegają Wam banany, koniecznie takie upieczcie.

Muffiny bananowe z suszonymi morelami

Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 340 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/8 łyżeczki soli
  • 80 g cukru
  • 125 ml mleka
  • 2 jajka
  • 90 ml oleju
  • 2 banany
  • 100 g suszonych moreli

Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem, solą i cukrem.
Jajka roztrzepać, wymieszać z mlekiem i olejem. Banany obrać, dokładnie rozgnieść widelcem. Dodać do płynnych składników.

Płynne składniki wlać do suchych, wymieszać tylko do połączenia. Dodać posiekane morele, połączyć.

Masę przełożyć do formy na muffiny wyłożonej papilotkami.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Właśnie odkryłam, że bardzo podobne muffiny, tylko ze świeżymi morelami, już są na blogu. Nie szkodzi - czasem warto wracać do dobrych przepisów, prawda...?

wtorek, 7 października 2014

O życiu na emigracji. I zdrowy mus czekoladowy

Muszę powiedzieć to głośno - bywa, że wstydzę się za rodaków. I jest mi z tym źle.

Żeby nie było - nie wstydzę się bycia Polką. Mieszkam w Danii już prawie pięć lat, i bardzo mi się tu podoba. Lubię podejście Duńczyków - są spokojni, zawsze mają czas, nie spieszą się. Są bardzo tolerancyjni - nie oglądają się na ulicy nawet za najdziwniej ubranymi ludźmi, nie zaglądają w odsłonięte okna, nie obchodzi ich, jakiej jesteś orientacji i jaką religię wyznajesz. Są też bardzo mili i otwarci na obcokrajowców - przez te pięć lat spotkałam naprawdę niewielu, którzy byli nieprzyjemni tylko dlatego, że przyjechałam z innego kraju. Rodzina C. jest dla mnie bardzo miła, wykazują się nieustającą cierpliwością do mojego szkaradnego duńskiego. W urzędach, chociaż dukam niemiłosiernie, panie z okienka starają się mnie zrozumieć. Doceniają, że próbuję. I to mi wystarcza, żeby próbować znowu. Choć wiem, że moja gramatyka kuleje, a wymowa szwankuje, doceniam ich starania. Każdy komplement motywuje mnie do dalszej pracy, do doskonalenia.

Jednak polityka Danii, jako kraju, zaczyna się zmieniać. Nie chcą nowych obcokrajowców. I wiecie co? Ja im się wcale nie dziwię. Też bym nie chciała.
Wiele osób wykorzystuje bardzo dobre zaplecze socjalne. Przyjeżdżają, pracują pół roku, ściągają tu całe rodziny i żyją na zasiłku. Kradną. Sprawiają, że Duńczycy czują się nieswojo w swoim własnym kraju. A tak być nie powinno.

Wczoraj poszłam na zakupy do mojego małego marketu. Chwilę po mnie wpadło czterech Polaków, wysokich i szerokich, w siedemdziesięciu pięciu procentach łysych. Krzyczeli do siebie przez pół sklepu, kupili nieprawdopodobne ilości wódki, a język, jakim się posługiwali, nawet mnie przyprawił o lekką palpitację. Dziękowałam Bogu, że nikt ich nie rozumie. Dzieci przed nimi uciekały, a dziewczyna w kasie spojrzała na mnie z porozumiewawczą miną mówiącą: Kto ich, u licha, wpuścił do naszego kraju...?
No tak... Tylko, że ten kraj nie jest mój. Nie tak jak jej. A też bym chciała popatrzeć na nich tak krytycznie, bezlitośnie. A nie mogę. Bo to też Polacy...

W takich razach wstydzę się za nich ogromnie. No bo jak to tak...? Przez to te wszystkie stereotypy, które sprawiają, że ja mam w życiu ciężej. Tak! Bo choć nigdy w życiu nic nie ukradłam, jestem ułożona, nie oszukuję i ciężko pracuję, patrzą na mnie podejrzliwie, bo jestem Polką. A Polacy to to i tamto. Ja nie, ale kogo to obchodzi...?

Chyba brzmię niekonsekwentnie. Jako osoba prywatna, nie mam problemów z Duńczykami. Natomiast jeśli chodzi o pracę... O, długo by pisać. Ze względu na polskie nazwisko mam często przechlapane, bo ludzie pewne rzeczy zakładają z góry. A ja potem muszę się z tym mierzyć, tłumaczyć, wyjaśniać i przepraszać. Chociaż nic złego nie zrobiłam.

Polacy na emigracji - ogarnijcie się! Zachowujcie się przyzwoicie, a nie jak banda skończonych idiotów i prostaków. To może pomóc, nie tylko mi.

Uff... Ale się wyżaliłam.
Żeby Wam te moje bardzo osobiste wywody osłodzić, mam pyszny krem czekoladowy. Mus właściwie. Delikatny, słodki, intensywny. Zdrowy, bo bez cukru, za to z miodem, kakao i awokado. Jest delikatny i lekki, i naprawdę pyszny. I wcale nie czuć, że zdrowy. 
Spróbujcie koniecznie.

Mus czekoladowo-bananowy z awokado

Składniki:
(na 2 niewielkie porcje)
  • 1 awokado
  • 1 banan
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 2 łyżeczki miodu
  • 3 łyżki kakao
dodatkowo:
  • 1 łyżeczka kakao

Wszystkie składniki dokładnie zmiksować blenderem na gładką masę. Przełożyć do szklanek, schłodzić w lodówce 30-60.
Przed podaniem oprószyć kakao.

Smacznego!

Chyba jestem trochę nadwrażliwa, dzisiaj bowiem miałam egzamin, i teraz się lekko stresuję. I będę przez kolejne trzy tygodnie, bo tyle się czeka na wyniki. Edukacja jest tylko dla ludzi o mocnych nerwach, zdecydowanie...

środa, 24 września 2014

Chlebek bananowy na jesienne smutki

Od wczoraj, oficjalnie już, mamy jesień. I w sumie muszę powiedzieć, że ta kalendarzowa w tym roku idealnie zgrała się z rzeczywistą. Do poniedziałku, choć czasem popadywało, było coraz chłodniej, a w parku złoto-czerwono, to jednak promienie słońca delikatnie przygrzewały i przyjemnie się spacerowało, podziwiając wirujące na wietrze, powoli opadające liście. 
Wczoraj za to nie pozwoliła nam spać potężna burza (a ja myślałam, że burze to raczej wiosną i latem niż jesienią), za oknem ściana wody, i tylko wypatrywałyśmy w niej dziur, żeby wyjść z Ptysią na szybki spacer. A i tak nie udało nam się uniknąć zmoknięcia, czym żadna z nas nie była zachwycona.
Tak więc jesień postanowiła rozgościć się na dobre, zepchnąć na dalszy plan wszystkie letnie wspomnienia i pokazać, że teraz jej kolej. Ja jednak, mimo niesprzyjającej aury, nie mam zamiaru poddać się jesiennej melancholii (może tylko odrobinę, wieczorami, kiedy nikt nie będzie patrzył). W kuchni rozgościły się jabłka i gruszki, dynia znów stała się królową. Pomarańczowa, pękata, sprawia, że uśmiecham się za każdym razem, gdy na nią spojrzę. Tyle w niej potencjału - na słodko, na ostro, do obiadu i deseru - wszędzie sprawdza się idealnie. Na blogu już otworzyłam sezon na smakołyki z jej udziałem, i gwarantuję, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Bo przepisów na dynię będzie mnóstwo!

Dzisiaj jednak nie o dyni, ale o pospolitych bananach, w których nie ma już nic wyjątkowego, bo są łatwo dostępne cały rok. Niektórzy uwielbiają te żółte, słodkie, troszkę mdłe owoce, inni małpiego kitu nie tykają nawet przez skórkę. Ja banany lubię, od czasu do czasu; świetnie sprawdzają się jako drugie śniadanie do szkoły. Najbardziej jednak lubię je w wypiekach - można ograniczyć ilość cukru, bo same w sobie są słodkie; nadają ciastom tej specyficznej, bananowej konsystencji. I takie właśnie jest moje dzisiejsze ciasto bananowe, lub, jak kto woli, chlebek. Wzorowałam się na słynnym cieście Sophie Dahl, jednak dodałam kawę, cukier dałam ciemny, a do tego cynamon i gałkę muszkatołową. Wyszło bosko! Chlebek wygląda trochę, jakby miał zakalec, ale już taka jego uroda. Ma śmieszną, lekko gumowatą, puddingową konsystencję, która bardzo nam przypadła do gustu. Pachnie i smakuje kawą i bananami, i choć nie wygląda zbyt reprezentacyjnie, to nie można mu się oprzeć. To takie ciasto tylko dla rodziny albo bliskich przyjaciół, które je się, popijając gorącą herbatą z dużego kubka, z puchatymi, różowymi skarpetami na stopach. Tak zdecydowanie smakuje najlepiej.

Kawowy chlebek bananowy

Składniki:
(na keksówkę 11x25 cm)
  • 75 g miękkiego masła
  • 4 banany
  • 100 g ciemnego brązowego cukru
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 200 g mąki pszennej
  • 1 łyżka kawy rozpuszczalnej (proszek)
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej

Banany obrać, zmiksować blenderem na gładką masę. Dodać cukier, masło i ekstrakt - zmiksować. Dodać ubite jajko, wymieszać łyżką. 
Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia, kawą, cynamonem i gałką. Partiami dodawać do ciasta, mieszając łyżką.

Ciasto przelać do formy wysmarowanej masłem i wysypanej mąką.

Piec w 180 st. C. przez 40-45 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić, wyjąć z formy.

Smacznego!

Ciemno, szaro i ponuro... I tylko żałuję, że mój chlebek już dawno się skończył...

wtorek, 2 września 2014

Pudding z solonym karmelem - niebo w buzi

Wstyd się przyznać, ale zupełnie wyleciało mi z głowy znaczenie pierwszego dnia września. Trochę się ostatnio u mnie dzieje, planuję kilka różnych rzeczy, lub powierzając planowanie innym, zajmuję się tylko przyjemną stroną zagadnienia, czyli przygotowywaniem słodyczy. W ferworze pieczenia tych wszystkich przeszłych, przyszłych i obecnych ciast, zapomniałam, że wczoraj był pierwszy dzień szkoły. Na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że szkołę jako taką, czyli liceum, ukończyłam szczęśliwie dziewięć lat temu, i wszystkie moje późniejsze uczelnie rozpoczynały zajęcia w innym terminie: w październiku, gdy studiowałam w Polsce, a już w sierpniu, odkąd rozpoczęłam edukację w Danii (tak, tak biedne duńskie dzieci mają tylko pięć tygodni letnich wakacji!). Od dawna więc wrzesień nie oznacza dla mnie powrotu do szkoły. Są to urodziny Babci i moje, rocznica ślubu Rodziców, a w tym roku również wesele siostry C. Wydarzenia zdecydowanie radośniejsze od powrotu w szkolne mury (choć ja, muszę przyznać, po dwóch miesiącach wakacji zazwyczaj już za tym tęskniłam. Po pierwszej kartkówce za to wyrzucałam sobie, jak mogłam być tak głupia).
A u Was jak tam ze stosunkiem do tego, bądź co bądź, wyjątkowego i jedynego w swoim rodzaju dnia? Czekacie, tęsknicie, czy wręcz przeciwnie - macie nadzieję, że nigdy nie nadejdzie? Czy tak jak ja, zapomnieliście, jak specjalna to data? A może macie już na tyle duże pociechy, że to one przypominają Wam o nadchodzącym pierwszym września...?

Dla mnie wrzesień to, generalnie, początek jesieni. Choć do tej kalendarzowej jeszcze niemal trzy tygodnie, to jedna ta za oknami przekonuje, że to już czas. Liście tracą soczysty, zielony kolor na rzecz intensywnego złota lub ciemnej czerwieni, z czasem przechodzących w ponure brązy. Wiatry i straszące deszczem chmury przekonują, że lato już za nami. I choć zdarzają się naprawdę ciepłe, słoneczne dni, to to ciepło jest jakieś inne - łagodniejsze, stonowane, lekko zamglone... Jesienne, jednym słowem.

Na osłodzenie tych szaro-burych dni mam dla Was coś szczególnego.
Deser ten przygotowałam już naprawdę dawno, a przepis podrzuciła mi Maggie. Zaproponowała wtedy wspólne przygotowanie puddingu; po przeczytaniu przepisu na Justa taste nie wahałam się ani chwili. Tak naprawdę nie wiem, czy Maggie kiedykolwiek go spróbowała - zamknęła bloga, zanim zdążyłyśmy wspólnie opublikować przepis. I tak zdjęcie czekało zapomniane w folderze, aż do dzisiaj. Bo uznałam, że to idealny deser na teraz - słodki, sycący, wyjątkowy za sprawą solonego karmelu, którego połączenie ze słodkim bananem i kremową, rozpływającą się w buzi masą, gwarantuje cudowne doznania. Temu deserowi nie można się oprzeć, i choć ma sporo kalorii, to smakuje tak dobrze, że można zapomnieć o wyrzutach sumienia.

Do solonego karmelu jeszcze wrócę - ten smak jest naprawdę absolutnie wyjątkowy. Trzeba tylko uważać, żeby posolić go w sam raz - wystarczająco, żeby było czuć delikatny smak soli, która wspaniale podbija słodycz; a jednocześnie nie za dużo, bo taki słony będzie wykrzywiał buzie zamiast wywoływać wyraz rozkoszy. Najlepiej więc dodawajcie sól po odrobinie i smakujcie, czy to już.

Waniliowy pudding z bananami i solonym karmelem

Składniki:
(na 4 porcje)

karmel:
  • 80 g cukru
  • 2 łyżki wody
  • 30 g masła
  • 40 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1/2 łyżeczki soli

pudding:
  • 315 ml mleka
  • 75 g budyniu waniliowego (proszek)
  • 75 g serka kremowego
  • 140 ml słodzonego mleka skondensowanego
  • 70 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 1 banan

Karmel:
Cukier z wodą umieścić w garnku o grubym dnie. Podgrzewać na niewielkim ogniu (nie mieszać), aż nabierze głębokiej, złoto-brązowej barwy. Zdjąć garnek z ognia, dodać pokrojone w kostkę masło i wymieszać. Powoli wlewać śmietanę, cały czas mieszając (może pryskać). Na końcu dodać sól, wymieszać.
Przełożyć sos do szklanego naczynia, ostudzić.
Do chwili podania przechowywać w lodówce.

Mleko wymieszać z budyniem, zagotować, cały czas mieszając. Zdjąć z ognia i ostudzić.
Serek dokładnie wymieszać z mlekiem skondensowanym, żeby nie było grudek.
Kremówkę ubić na sztywno. Dodać do serka, połączyć. Partiami dodawać masę do ostudzonego budyniu, dokładnie wymieszać.
Masę przełożyć do szklanek, przechowywać w lodówce do chwili podania.

Przed podaniem na pudding wyłożyć pokrojonego w plastry banana i całość polać sosem karmelowym.

Smacznego!

A ja tymczasem, jak na porządnego ucznia przystało, idę się chłonąć wiedzę na temat jeży oraz zagrożeń spowodowanych coraz większym spożyciem alkoholu wśród duńskiej młodzieży. (Nie, nie zrobiłam błędu. Jeży.)