Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nutella. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nutella. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 czerwca 2017

O wściekłej fretce i truskawkowym lesie deszczowym, czyli o powrocie do domu. I letnie ciasto bez pieczenia

Wszystko, co dobre, szybko się kończy...
Nawet pełne dwa tygodnie wakacji mijają zdecydowanie zbyt szybko. Szczególnie, gdy lista zadań i zajęć jest długa, a każdy dzień wypełniony jest po brzegi umówionymi spotkaniami. Gdy odwiedza się rodzinne strony po półtora roku, wiele rzeczy po prostu trzeba zrobić. Zwiedzić stare kąty, odwiedzić krewnych i znajomych, wybrać się na zakupy, zachwycać się tym, co chyba już zawsze zostanie takie samo i z zapartym tchem obserwować niezliczone zmiany.

Gdy już wszystko było spakowane, a nam zostało tylko wsiąść do samochodu i znów ruszyć na zachód, zakręciła mi się w oku łezka. Bo znów nie wiem, kiedy wrócę...

Mimo wszystko jednak dobrze jest wrócić do domu. Co prawda z szopki na rowery wyskoczyła na nas wściekła fretka, która podczas naszej nieobecności rzeczoną szopkę zaanektowała i urządziła w niej sobie przytulne gniazdko. Bardzo jej się powrót starych lokatorów nie spodobał; stała na ulicy, prychając i wyrażając swoją furię na wszystkie znane fretkom sposoby. 
Na miejsce dojechaliśmy w okolicach pierwszej w nocy, rozpakowaliśmy więc szybciutko rzeczy wymagające natychmiastowego rozpakowania (twaróg), żeby po szybkim prysznicu wskoczyć pod własną kołdrę we własnym łóżku... Od tygodni tak dobrze nie spałam!

Rano, gdy tylko Pączusia skoczyła C. na twarz informując, że to już najwyższa pora na załatwienie porannej toalety, ruszyliśmy do ogrodu, wciągając swetry przez rozespane głowy. A tam, moi drodzy - prawdziwe cuda! Niepozorne jeszcze dwa tygodnie temu krzaczki truskawek przypominają las deszczowy; mięta imbirowa rozrosła się tak, że truskawkową ledwo znaleźliśmy; rabarbar, tymianek i szałwia (zwykła i ananasowa) wyglądają, jakby spadł na nie cały duński deszcz, a na krzewie czerwonej porzeczki znalazłam pierwszą zieloną kuleczkę. Wszystko aż kipi setką odcieni zieleni, zaskakuje intensywnością barw i kusi, żeby zrywać i jeść... 
Bo są jeszcze przecież rzodkiewki, buraczki liściowe, dymka, szczypior, koper, czarna porzeczka, czerwony agrest, poziomki, oregano... 
Chwilo, trwaj!

Przed wyjazdem przygotowałam szybkie, letnie ciasto z galaretek. Tych ostatnich bowiem u mnie pod dostatkiem, a w lodówce stało opakowanie śmietany, którą kupiłam z myślą o czymś, czego w końcu nie przygotowałam. A że trzeba było wyczyścić lodówkę, pozbierałam różne resztki, i powstało takie oto ciacho. Bez pieczenia, więc idealne na upalne dni. Lekkie, umiarkowanie słodkie, orzeźwiające dzięki galaretce i kwaskowym owocom. Szczerze mówiąc, wyszło lepiej, niż się spodziewałam. Polecam Wam więc ogromnie!

Śmietanowiec z owocami i galaretką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 100 g ciastek digestive
  • 125 g nutelli

masa śmietanowa:
  • 75 g galaretki cytrynowej (proszek)
  • 150 ml wrzątku
  • 165 ml mleka skondensowanego słodzonego
  • 500 g creme fraiche (18%)

wierzch:
  • 25 g czarnej porzeczki
  • 20 g malin
  • 35 g jeżyn
  • 130 g truskawek
  • 400 ml wrzątku
  • 75 g galaretki malinowej (proszek)

Ciastka pokruszyć, wymieszać z nutellą. 
Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć masę ciasteczkową, dobrze ugnieść.
Schłodzić.

Galaretkę cytrynową rozpuścić we wrzątku, ostudzić.
Creme fraiche zmiksować w mlekiem. 
Gdy galaretka zacznie tężeć, wlać ją do śmietany, cały czas miksując.
Przelać masę na spód, wstawić do lodówki do całkowitego stężenia.

Malinową galaretkę rozpuścić we wrzątku, ostudzić.

Na schłodzonej masie śmietanowej ułożyć owoce, zalać tężejącą galaretką. Wstawić do lodówki na minimum 3 godziny.

Smacznego!

Jakby ktoś się zastanawiał, to suknię kupiłam. Jaką...? 
Opowiem następnym razem...

sobota, 18 kwietnia 2015

Sernik z nutellą i masłem orzechowym

Padam. Za dużo rzeczy chcę robić na raz, w dodatku wszystkie chcę robić przynajmniej dobrze. Cierpi na tym moje nieogarnięte mieszkanie (już niedługo - w przyszłym tygodniu wielkie porządki z okazji urodzin C.), cierpię ja. Nie pamiętam, kiedy się ostatnio wyspałam, i chyba jeszcze przez czas jakiś sobie nie przypomnę... Z drugiej strony - część z rzeczy, które zrobić muszę, robić lubię. Bawię się przy tym całkiem nieźle, i tylko gdy o szóstej trzydzieści budzik znów dzwoni, mam ochotę schować głowę pod poduszkę i udawać, że mnie nie ma...

Plan na dziś - skończyć tort, upiec bułki czosnkowe (czy może być coś lepiej pasującego do grilla?) i może taki jeden cudaczny chlebek, który znalazłam w czeluściach internetu... I babeczki. Albo ciasteczka. A najlepiej to jedno i drugie - dzieci będzie pięć sztuk, a i te większe, i mniejsze, wolą małe słodkości niż tort, jak piękny i dobry by nie był (jeszcze nie wiem, czy będzie piękny i dobry, ale nadzieja umiera ostatnia).

Tymczasem mam dla Was przepis na ciacho, które przygotowałam już jakiś czas temu. C. naopowiadał w nowej pracy, jakimi to dobrociami go karmię, i w końcu zebrał się na odwagę, żeby poprosić o jakiś smakołyk do pracy. W sumie, wyraził się bardzo konkretnie: bezglutenowy. I sernik. Na zimno najlepiej. Ok, niech będzie i tak...
Myślałam długo, czym by tych jego współpracowników uraczyć. Najpierw wpadła mi do głowy nutella, później orzechy. Ale jak tu zrobić warstwę orzechową, żeby była kremowa i pyszna? Trzeba by je zmielić... A wtedy wyjdzie co? Masło orzechowe przecież! Połączyłam więc to wszystko w jedno, i wyszedł mi całkiem zgrabny serniczek. Jak smakowała całość - nie wiem, ale poszczególne warstwy wyszły mniamniuśne. Szczególnie ta z nutellą, mmm...
Następnego dnia blaszka wróciła do domu pusta, wnioskuję więc, że i konsumenci byli zadowoleni.

Jeśli więc szukacie czegoś dla miłośników nutelli i masła orzechowego; czegoś, przy czym się nie napracujecie i czegoś, co nie może się nie udać - ta dam! Zróbcie ten sernik.

Sernik z nutellą i masłem orzechowym (na zimno)

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 150 g mielonych orzechów laskowych
  • 50 g mąki gryczanej
  • 80 g zimnego masła

masa z nutellą:
  • 300 g serka kremowego
  • 115 g nutelli
  • 45 g cukru pudru
  • 1 łyżka żelatyny
  • 1 łyżka zimnej wody
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)

masa z masłem orzechowym:
  • 300 g serka kremowego
  • 115 g masła orzechowego gładkiego
  • 125 g cukru pudru
  • 1 łyżka żelatyny
  • 1 łyżka zimnej wody
  • 200 ml śmietany kremówki

dodatkowo:
  • 10 g krokantu

Orzechy wymieszać z mąką, zagnieść z masłem na jednolitą masę. Wyłożyć nią dno formy wyłożonej papierem do pieczenia. Schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Spód podpiec w 200 st. C. przez 12-15 minut.
Ostudzić.

Masa z nutellą:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml kremówki podgrzać, rozpuścić w niej żelatynę. Ostudzić.
Serek zmiksować z nutellą i cukrem, powoli wlać żelatynę, cały czas miksując. Resztę śmietany ubić, partiami dodawać do masy serowej, delikatnie mieszając łyżką.

Masę wyłożyć na całkowicie ostudzony spód, schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Masa z masłem orzechowym:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml kremówki podgrzać, rozpuścić w niej żelatynę. Ostudzić.
Serek zmiksować z masłem orzechowym i cukrem, powoli wlać żelatynę, cały czas miksując. Resztę śmietany ubić, partiami dodawać do masy serowej, delikatnie mieszając łyżką.

Masę wyłożyć na schłodzoną masę z nutellą.
Sernik wstawić do lodówki na 3-4 godziny.
Przed podaniem posypać krokantem.

Smacznego!

Sernik był lekki, delikatny i puszysty; nie zbity. Ja takie lubię najbardziej.

środa, 14 stycznia 2015

Muffinki z czekoladą i szkolne początki

Zimno... I spać mi się chce. Odzwyczaiłam się wstawać o szalonej porze, jaką jest szósta rano. Niemniej, po trzech dniach szkoły muszę uczciwie przyznać, że dla niej jestem w stanie się poświęcić i zrywać z łóżka przed świtem. Bo, moi drodzy, jestem po prostu zachwycona! Wszystko jest nowe, a jednocześnie w pewien sposób znajome; używanie tych wielkich maszyn sprawia mi ogromną frajdę. Ale może przejdźmy do konkretów.

Dzisiaj miałam pierwsze zajęcia praktyczne. Razem z koleżanką upiekłyśmy bułeczki z prawie trzech kilo mąki, używając ogromniastego, przemysłowego miksera, którego samo mieszadło jest niemal cięższe niż cały mój Walle. Już dzisiaj dowiedziałam się, że woda nie może być po prostu letnia, ale należy dokładnie obliczyć jej temperaturę, żeby ciasto odpowiednio urosło. Piec, z którego wychodzą bułeczki mięciutkie i delikatne, super puchate, a jednocześnie z cudownie chrupiącą skórką, zrobił na mnie ogromne wrażenie. Pieczywo jak z piekarni; tyle, że tym razem zrobiłam je sama (no dobrze, w duecie). Ekscytacja sięga zenitu, nie mogę przestać się uśmiechać i aż ciężko mi uwierzyć, że nie śnię - chodzę do szkoły piec chleb! Żyć, nie umierać, jak mawia Tato.
W ogóle mój plan lekcji wygląda niezwykle kusząco: czekolada, zdrowe ciasta, dekoracje kremem cukierniczym (to już jutro!), a do tego kilka godzin teorii z pierwszej pomocy, higieny pracy, co nieco o zdrowiu i produktach (dzisiaj na przykład dowiedziałam się, jak myć ręce i w ogóle jak się kąpać). I mimo, że nadal się trochę tym moim nieudolnym duńskim stresuję, to jestem w siódmym niebie. I tylko profilaktycznie w lustro nie zerkam, jak mam na głowie czepeczek...

Dzisiaj mam dla Was coś szybkiego, prostego, a jednocześnie pysznego i niezawodnego. Muffinki, oczywiście. U mnie w stylizacji świątecznej, ale ich neutralny, czekoladowy smak sprawdzi się przez całą zimę. C. zapragnął muffinek z kawałkami czekolady, ja chciałam, żeby ładniej wyglądały, więc dorobiłam im kremu z nutelli i serka kremowego. Wyszło bosko! Czekoladowo i pysznie. Idealne na każdą okazję, a i bez okazji spiszą się na medal.
Przepis na muffinkową bazę z 1 mix, 100 muffins Susanny Tee.

Muffiny z czekoladą i kremem z nutelli

Składniki:
(na 14 muffinek)
  • 340 g mąki orkiszowej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/8 łyżeczki soli
  • 100 g cukru
  • 110 g ciemnej czekolady (70%)
  • 2 jajka
  • 250 ml mleka
  • 90 ml oleju
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

krem:
  • 300 g serka kremowego
  • 300 g nutelli

Czekoladę posiekać.
Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem, solą i cukrem.
Jajka roztrzepać, wlać olej, mleko i ekstrakt, wymieszać.
Do suchych składników wlać mokre, wymieszać tylko do połączenia składników. Dodać czekoladę, szybko wymieszać.

Masę przełożyć do formy na muffiny wyłożonej papilotkami.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Serek zmiskować z nutellą na gładką masę, tylko do połączenia składników. Przełożyć do woreczka cukierniczego z końcówką w kształcie gwiazdki, wykładać na muffiny.

Smacznego!

Ja wiem, że ledwo osiemnasta minęła, ale ja już mam ochotę iść spać... Najpierw jednak pójdę pod prysznic - jestem pełna nadziei, że mnie rozbudzi. No i będzie okazja przetestować nowo nabytą wiedzę...

wtorek, 18 listopada 2014

Mglisty listopad i babeczki Rocher

Przysięgam Wam, że nie pamiętam, jak wygląda słońce. W Danii nastał sezon mgieł - Londyn niech się schowa! Od rana do wieczora, cały dzień powleczony jest mlecznobiałą zasłoną. Z budynku naprzeciwko nie widać nawet konturów, tylko okna rozjaśnione elektrycznym światłem. Dni płyną powoli, podobne, wszystkie zasnute mgłą. Jestem pewna, że wampiry z całej Europy przybyły na ten niewielki półwysep, strach więc wychodzić wieczorami. I co na to wszystko poradzić...?
Ja piekę babeczki. Czekoladowe.

Te konkretnie upiekłam jako drugi przysmak na zakończenie mojej przygody ze szkołą językową. Bardzo mi się spodobały u Doroty - nie są trudne, a prezentują się niezwykle elegancko, wręcz wykwintnie. Zapakowałam je razem z ciastem pomarańczowym do pudełka, i poszłam na przystanek. Gdy wsiadłam do autobusu, pan na pierwszym siedzeniu bardzo się moim pakunkiem zainteresował. Poczęstowałam go babeczką, i chyba się nią naprawdę zachwycił, bo wysiadając z autobusu na kolejnym przystanku głośno się chwalił: Zobaczcie, co dzisiaj rozdają w autobusie!
Z racji, że chciałam chociaż kilka egzemplarzy zachować dla szkolnych kolegów, siedziałam cicho i udawałam, że nie wiem, o co chodzi... A pan kierowca tylko się śmiał pod nosem.

W szkole babeczki zrobiły furorę, zostały skonsumowane nawet przez tych na dietach i ogólnie przywiązanych do zdrowego stylu odżywiania. U wszystkich zdobyły uznanie. Polecam Wam je ogromnie - na wyjątkowe okazje, ale także na deser do popołudniowej kawy - w końcu w takie mgliste dni warto się trochę porozpieszczać...

Babeczki to połączenie smaków znane ze słynnych pralinek - orzechów i czekolady. Do tego pyszny, delikatny, rozpływający się w ustach krem z nutellą... Dzieło wieńczą praliny, ale zamiast nich możemy użyć posiekanych i uprażonych na suchej patelni orzechów laskowych - też będzie pysznie i elegancko.

Babeczki Rocher

Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 85 g mąki pszennej
  • 45 g mielonych orzechów laskowych
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 120 g masła
  • 55 g ciemnej czekolady (70%)
  • 45 g kakao
  • 2 jajka
  • 120 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 115 g kwaśnej śmietany

krem:
  • 260 g serka kremowego
  • 260 g nutelli

dodatkowo:
  • 12 pralinek Ferrero Rocher

Mąkę przesiać, wymieszać z orzechami, sodą i proszkiem.
Masło ropzuścić, zdjąć z palnika, do ciepłego dodać posiekaną czekoladę. Odstawić na kilka minut, po czym dokładnie wymieszać. Dodać przesiane kakao, wymieszać, aby nie było grudek.
Jajka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę, dodać ekstrakt, połączyć. Wlać masę czekoladową, wymieszać. Dodawać partiami mąkę na zmianę z kwaśną śmietaną.

Ciasto przełożyć do formy na muffiny wyłożonej papilotkami.

Piec w 170 st. C. przez 20-25 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Na krem zmiksować serek z nutellą.
Przełożyć krem do woreczka z dużą, okrągłą tylką i wyciskać na babeczki. Wierzch udekorować pralinkami.

Smacznego!

A ja tymczasem powoli zaczynam myśleć o pierniczkach...

poniedziałek, 21 października 2013

Sztuka kuchenna: makaroniki

Mamy jesień. Od paru tygodni jest ciemno i zimno, lodowaty wiatr sprawia, że mrużę oczy i i chowam głowę w ramiona. Ptysia, choć skacze z radości, kiedy biorę do ręki smycz, szybko zmienia zdanie - gdy tylko pierwsze krople spadają jej na grzbiet, odwraca się ogonem i drepcze z powrotem do domu. Gdybym nie musiała, w ogóle nie wychodziłabym na dwór. Ba! Nie patrzyłabym nawet za okno - sam widok szarpanych wiatrem koron drzew sprawia, że przechodzą mnie dreszcze. 
Idę więc do kuchni, i zabieram się za coś nieco bardziej pracochłonnego. Coś, co pozwoli mi skupić się na sobie, zapomnieć o deszczu i wietrze. Makaroniki...

W końcu stałam się szczęśliwą posiadaczką termometru cukierniczego, co oznacza, że stanął przede mną otworem zupełnie nowy świat. Świat bezy włoskiej... (Między innymi.)
Sięgnęłam więc po Secrets of macarons Jose Marechala, którą kupiłam już ładnych kilka miesięcy temu. Cała traktuje o makaronikach na bezie włoskiej. Choć sama beza wymaga nieco więcej wysiłku niż tradycyjna, makaroniki na jej bazie przygotować dużo łatwiej - jest stabilniejsza, bardziej odporna na błędy i nieuwagę. Makaroniki wychodzą idealne - chrupiące z zewnątrz, lekko ciągnące w środku, obłędnie słodkie, ale pyszne. Wybrałam takie na bazie orzechów laskowych - mają śliczny, kremowy kolor, pachną wspaniale, i są takie bardziej jesienne... Do tego prosty krem z nutelli i mascarpone - delikatny i słodki, pasuje idealnie. Maślany, proponowany przez autora, wydał mi się zbyt ciężki...

Przygotowanie makaroników to sztuka - trzeba uzbroić się w cierpliwość, trzeba być delikatnym i łagodnym. Bez nerwów, a na pewno wszystko się uda.

Smakowały mi o niebo lepiej niż poprzednie - może za sprawą orzechów laskowych, a może po prostu się do nich przekonałam...? Nie wiem. Wiem za to, że następne będą cytrynowe...

Makaroniki z orzechów laskowych z kremem z nutelli (na bezie włoskiej)

Składniki:
(na 32 gotowe makaroniki)
  • 100 g mielonych migdałów
  • 100 g mielonych orzechów laskowych
  • 200 g cukru pudru
  • 75 ml wody
  • 200 g cukru
  • 160 g białek

krem:
  • 250 g serka mascarpone
  • 125 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 g nutelli

Migdały, orzechy i cukrem puder przesiać przez sitko. Większe kawałki orzechów, które zostaną na sitku, odłożyć do dekoracji.

80 g białek ubić na sztywną pianę. W czasie ubijania z cukru i wody zagotować syrop. Gdy osiągnie temperaturę 115 st. C., zdjąć z ognia i wąskim strumieniem, powoli wlać do białek, cały czas ubijając. Miksować jeszcze przez 10 minut, aż beza całkowicie wystygnie.

Do orzechów z cukrem dodać pozostałe 80 g białek, wymieszać na gładką pastę. Dodać 1/3 bezy, wymieszać. Dodać resztę, delikatnie, ale dokładnie połączyć. Masa nie powinna być zbyt lejąca, ale też nie całkiem sztywna.Masę przełożyć do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką 8 mm, wyciskać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia koła tej samej wielkości. Posypać kawałkami orzechów, które zostały na sitku. Odstawić na 1 godzinę, aby utworzyła się skorupka. 

Piec w 150 st. C. przez 15-20 minut.
Wystudzić, delikatnie zdjąć z blachy.

Mascarpone ubić z kremówką na sztywną masę, pod koniec dodając nutellę. Przełożyć masę do rękawa cukierniczego, wycisnąć na połowę makaroników, przykryć pozostałymi, delikatnie dociskając. 
Podawać od razu.

Smacznego!

Makaroniki najlepiej przekładać kremem tuż przed podaniem. Inaczej skorupki zmiękną, i stracą swój urok. Ja przechowuję skorupki w puszce, a krem w lodówce, i kiedy mam na nie ochotę, przekładam kilka sztuk. Pyszności...

czwartek, 21 marca 2013

Przełamywanie barier - makaroniki

W tym roku zapisałam sobie na kartce kilka kulinarnych wyzwań. Rzeczy, których nigdy nie robiłam, które wydają mi się ogromnie skomplikowane, a jednocześnie nieziemsko pyszne. Wypieki sygnowane przez mistrzów cukiernictwa. Słynne na cały świat. Jako pierwsze - makaroniki...

Gdy pierwszy raz usłyszałam tę nazwę pomyślałam, że to jakiś drobny makaron... Z truskawkami może...? Okazało się, że byłam daleka od prawdy. Makaroniki bowiem to bezowe, migdałowe ciasteczka. Kapryśne, i niezwykle delikatne. Ich przygotowanie wymaga ogromnej precyzji, należy skrupulatnie trzymać się przepisu, bardzo uważać, aby piana nie opadła. Po tych wszystkich esejach na ich temat, które dane mi było przeczytać stwierdziłam, że nigdy się nie odważę. Do mistrzostwa bowiem mi daleko... 
W końcu, po kilku latach nieustannego pieczenia doszłam do wniosku, że dłużej już nie wytrzymam - być może nie wyjdą, ale spróbować muszę! Zabierałam się do nich jak pies do jeża... Patrzyłam nieufnie na przepisy i miliony porad, jak je przygotować, żeby się udały. Z duszą na ramieniu i przerażeniem w oczach mieszałam migdały z białkami. Drżącymi dłońmi przekładałam masę do woreczka, a następnie wyciskałam na matę. Kiedy dotykałam palcem, najdelikatniej jak potrafiłam, wierzchu po godzinie stania, wstrzymywałam oddech. W czasie pieczenia siedziałam z nosem opartym o szybę piekarnika. Kiedy je wyjęłam i okazało się, że mają słynną, niemalże nieosiągalną dla laików stópkę, niemal skakałam z radości. Udało się!

Oczywiście, że nie są idealne. Powierzchnia wyszła lekko chropowata, mają lekkie czubeczki - za słabo wymieszałam migdały z białkami. Byłam jednak tak przerażona, że przebiję masę, że wolałam nie ryzykować. Następnym razem będzie lepiej.

Efekt...? Hmpf... Jakby to powiedzieć...? Są smaczne. Nawet bardzo. Delikatne i nieziemsko słodkie, nie da ich się zjeść dużo (ja wymiękam po dwóch sztukach, a wiecie, że słodkości mi niestraszne). C. bardzo smakują. Mi nieco mniej. Ale nie jest to wina makaroników...
Otóż, ich przygotowanie owiane jest niemal legendą. Owszem - nie jest to najprostszy wypiek, jeśli chcecie upiec pierwsze w życiu ciasteczka, z pewnością nie polecę Wam makaroników. Ale... Bez przesady. Wszystko jest dla ludzi. Przygotowanie idealnych wymaga praktyki, kilku prób, wypracowania najlepszego dla siebie sposobu. Nie jest to jednak aż tak trudne. Da się zrobić. Tylko trzeba w siebie uwierzyć.
Właśnie dlatego u mnie nie wywołały ekstazy. Bo po tym wszystkim, co o nich przeczytałam i usłyszałam, spodziewałam się trzęsienia ziemi. A to są po prostu smaczne ciasteczka... Żeby wyrobić własny pogląd, musicie ich jednak spróbować.

Przygotowując się do pieczenia makaroników, kupiłam trzy książki im poświęcone. A w końcu i tak skorzystałam z przepisu Pomidorowej Ani. Uwielbiam jej bloga, wszystkie przepisy zawsze mi wychodzą, no i jej makaroniki są takie piękne... Zaufałam jej, i nie żałuję. Bezy przygotowałam bez większych problemów, i gdybym tylko nie była tak przerażona podjętym przedsięwzięciem, z pewnością wyszłyby ładniejsze. Trzeba zastosować się do kilku podstawowych rad - i udadzą się z pewnością. Skoro mi wyszły...
Krem przygotowałam najprostszy z możliwych - dzięki słonawemu serkowi nie jest tak piekielnie słodki, i ciasteczka dają się jeść. Obowiązkowo do gorzkiej kawy!

Makaroniki z kremem z Nutelli


Składniki:
(na 10 gotowych ciasteczek)
  • 60 g białek
  • 70 g zmielonych migdałów
  • 70 g cukru pudru
  • 80 g drobnego cukru
  • 1 łyżeczka skrobi ziemniaczanej

nadzienie:
  • 140 g serka kremowego
  • 80 g Nutelli

Białka prze pieczeniem odstawić na 12-48 godzin w temperaturze pokojowej lub około tygodnia w lodówce. Należy odstawić nieco więcej białek i zważyć je po suszeniu - stojąc, zmniejszą znacząco swoją wagę.

Białka ubić, pod koniec partiami dodając cukier. Dodać skrobię, połączyć. Cukier puder wymieszać z migdałami, przesiać na masę białkową. Delikatnie wymieszać szpatułką - masa powinna być nieco lejąca, ale jednocześnie musi zachowywać kształt. 
Masę przełożyć do rękawa cukierniczego z dużą, okrągłą końcówką - ok. 1 cm - i wyłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia lub matą silikonową. Wcześniej warto narysować równe kółeczka.

Odstawić na 30-60 minut. Po tym czasie powinna utworzyć się skorupka i dotykając powierzchni makaroników palec nie powinien się przyklejać.

Piec w 150 st. C. przez 10-12 minut.
Po tym czasie wyłączyć piekarnik, uchylić drzwiczki i zostawić makaroniki do przestygnięcia na 2-4 minuty. Następnie wyjąć i całkowicie ostudzić.

Serek zmiksować z Nutellą na puszystą, gładką masę. Przekładać nią ciasteczka, sklejając po dwa.

Smacznego!

Nie wiem, czy udało mi się Was zachęcić do spróbowania sił w przygotowaniu makaroników. Ja jeszcze z pewnością sięgnę po ten przepis - skoro nie jest to aż tak trudne, to przecież mogę zrobić ładniejsze, prawda...?

Dziś pierwszy dzień wiosny. Hmm... U mnie śniegu cała masa, zimno okrutnie, a zielone mam tylko paznokcie u stóp. Brrr...

czwartek, 7 lutego 2013

A jednak smażyłam...

Jestem osobnikiem nieuleczalnie chorym. Należałoby mnie zamknąć w jakimś przytulnym pokoiku, z dala od kuchni. Co prawda zaowocowałoby to z pewnością pogorszeniem stanu umysłowego, ale być może wadze przestałoby być tak ciężko...

Kiedy wróciłam dziś do domu, byłam ledwo żywa. Serio - oczy mi się same zamykały, czułam się, jakby ktoś wypompował ze mnie wszystkie siły witalne. Myślałam tylko o wolnej sobocie, kiedy to w końcu będę mogła sobie rano pospać... Po wyjściu C. do pracy włączyłam laptopka, żeby sprawdzić pocztę (tatuś odgrażał się emaliami), i tak jakoś zawędrowałam na blog Daktyle w czekoladzie. I, proszę Państwa, przepadłam, kiedy ujrzałam te słodkie maleństwa. Zakochałam się od razu, bez pamięci. Nagle pomysł z kupowaniem pączka wydał mi się całkowicie niedorzeczny - no bo jak to tak...? To przecież pierwszy Tłusty Czwartek C., biedak nie może kojarzyć go ze sklepowym gniotkiem, który z pączkiem niewiele ma wspólnego. Zachęcona stwierdzeniem, że pączusie robi się szybko i bezproblemowo, pobiegłam do sklepu po olej. I faktycznie - dwie godziny po zabraniu się za zagniatanie ciasta miałam całą pokaźną górkę domowej robot pączków.
Zmieniłam w przepisie parę drobiazgów - nadzienie z Nutelli wydawało mi się dobrym pomysłem, i zdecydowanie miałam rację. Pączusie są słodziutkie i pyszne! A posypka z mleka w proszku faktycznie zachwycająca - nadaje zwykłemu cukrowi specyficznego smaczku, który z pewnością wszystkim przypadnie do gustu. 

Jedynym problemem jest fakt, że takie małe brzydalki mi wyszły... Wiecie - kompletnie unikatowe - co jeden to inny. Nie przeszkadzało nam to jednak delektować się ich wspaniałym smakiem wczoraj wieczorem, i z trudem uchowałam kilka na dzisiaj - w końcu po to je upiekłam!

Mini pączki z Nutellą i posypką z mlekiem w proszku


Składniki:
(na 20-25 sztuk)
  • 300 g mąki pszennej
  • 20 g świeżych drożdży
  • 40 g cukru
  • 65 ml letniego mleka
  • 60 ml letniej wody
  • 1 jajko
  • 50 g masła
  • 1/4 łyżeczki soli

nadzienie:
  • 100 g Nutelli
  • 35 ml śmietany kremówki (38%)

posypka:
  • 100 g cukru pudru
  • 35 g mleka w proszku

dodatkowo:
  • 1 l oleju

Mąkę przesiać do dużej miski. Zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać łyżeczkę cukru, zalać połową mleka, odstawić na 10-15 minut.
Do zaczynu dodać resztę cukru i mleka, wodę wbić jajko, wsypać sól i zagnieść ciasto. 
Masło rozpuścić i przestudzić. Dodać do ciasta, wyrobić gładkie ciasto. Odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, następnie rozwałkować na grubość 1,5 cm. Jeśli będzie się mocno kleiło, podsypać mąką. Z ciasta wycinać niewielkie kółka, na przykład kieliszkiem, układać na obsypanym mąką blacie. Zostawić do napuszenia na 30 minut.

Kremówkę i Nutellę podgrzać w garnku, aż Nutella nieco się rozpuści. Dokładnie wymieszać, odstawić do wystudzenia.

W szerokim garnku rozgrzać litr oleju. 
Smażyć pączki 4-5 minut, obracając kilka razy w trakcie smażenia, żeby się równomiernie zrumieniły. Ciepłe nadziewać kremem, a następnie obtaczać w posypce z przesianego cukru pudru z mlekiem w proszku.

Smacznego!
Jak widać, nawet kiedy dostałam rozgrzeszenie w kwestii kupowania słodkości, nie mogłam się oprzeć przygotowaniu ich samodzielnie. To jakaś skaza, uzależnienie - ale bardzo mi z nim dobrze.
I muszę się przyznać, że smażenie w głębokim tłuszczu nie było aż tak traumatyczne, jak myślałam - poszło szybko, gładko, bez łzawiących oczu i dymu w całym mieszkaniu. Szczerze mówiąc, tak mi się spodobało, że z rozpędu może w weekend usmażę coś jeszcze...? Coś ładniejszego, z pewnością.