Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wino. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 października 2017

Studium w fiolecie. Krem z czerwonej kapusty

Nie gotuję dużo.
Po pierwsze, nie przepadam za tą czynnością. Owszem, uwielbiam krzątać się w kuchni i piec, ale dania wytrawne... To już nie moja bajka. Nigdy w życiu nie usmażyłam steku, nie zrobiłam gulaszu ani nawet sałatki warzywnej (choć parę razy się do tej ostatniej przymierzałam). 
Po drugie, C. gotować uwielbia, co właściwie zamyka listę. Kiedy tylko ma możliwość, z radością coś tam miesza, przyprawia i smakuje, żeby później wszem i wobec chwalić się swoimi dokonaniami (całkiem zresztą słusznie, bo kucharz z niego znakomity). Jedyny problem w jego przypadku stanowią surówki; jeśli mam na jakąś ochotę, muszę ją sobie sama przygotować. On się surowych warzyw nie tyka.

Od czasu do czasu trafia się jednak sytuacja, że jednak muszę coś ugotować. 
No dobrze - muszę jest tutaj określeniem nieco naciąganym. Bo jakbym nie ugotowała, to też nic by się nie stało. Ale jednak bywa, że mam ochotę postać chwilę nad garnkami, żeby później wydobyć z nich coś, co nie jest ciastem. Albo choćby deserem.
Ostatnio C. znalazł sobie dodatkową pracę na weekendy (bo ta, którą już ma, jakieś sześćdziesiąt godzin w tygodniu plus dojazdy, to jednak za mało), więc kiedy mam wolne, szykuję nam coś dobrego. 

Jakiś czas temu kupiłam w promocji dwie małe główki czerwonej kapusty i zastanawiałam się, co z nich zrobić. Bo takiej ilości surówki to nawet ja nie dam rady pochłonąć... Z pomocą przyszedł mi blog Zakochane w zupach (którego z miejsca zostałam wielką fanką, bo zupy to ja uwielbiam; kremy w szczególności, a tych na blogu dziewczyny mają naprawdę spory wybór) i zupa-krem z czerwonej kapusty właśnie. Przypomniała mi o tym, że już dawno chciałam coś takiego przygotować - kolor, musicie przyznać, ma niesamowity i wyjątkowo kuszący. Nie czekając długo, kupiłam gruszki, puszkę ciecierzycy znalazłam w spiżarce, i zabrałam się za gotowanie.
Najdłużej zabiera obranie i pokrojenie warzyw, reszta robi się praktycznie sama. Pieczoną ciecierzycę jako dodatek do zup robiłam nie raz; wychodzi boska, mocno chrupiąca i lekko pikantna. Jak zawsze - strzał w dziesiątkę. Do tego delikatna, mocno kremowa i zaskakująco sycąca fioletowa zupa, podana z plasterkami słodkiej gruszki. Smakuje trochę kapustą, trochę ziemniakami - sprawdzi się świetnie w chłodne, jesienne dni. Ja zwiększyłam proporcje, i mieliśmy obiad na trzy dni, co jest świetnym rozwiązaniem w ciągu zabieganego tygodnia.

A po inne specjały z kapustą w roli głównej koniecznie zajrzyjcie dziś do Pati, MirabelkiEmiliiMarty i Ani.

Krem z czerwonej kapusty z gruszką i pieczoną ciecierzycą


Składniki:
(na 6 porcji)
  • 900 g czerwonej kapusty
  • 1,5 czerwonej cebuli
  • 3 ząbki czosnku
  • 100 ml białego wina
  • 3 ziemniaki
  • 2 łyżki oliwy
  • 2 gruszki
  • 1,5 l bulionu
  • sok z 1/2 cytryny
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 6 łyżek creme fraiche
  • 1 gruszka
pieczona ciecierzyca:
  • 265 g ciecierzycy z puszki
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki
  • 1/2 łyżeczki wędzonej papryki
  • 2 łyżeczki oleju z chilli
  • 1 łyżka oliwy
  • 1 łyżeczka soli
Cebulę obrać, pokroić w kosteczkę. Czosnek przecisnąć przez praskę. Ziemniaki obrać, pokroić w kostkę. Gruszki obrać, wyciąć gniazda nasienne,pokroić w kostkę. Z kapusty wyciąć twarde częsci, resztę poszatkować.

W dużym garnku rozgrzać oliwę, dodać cebulę. Gdy się zeszkli, dodać czosnek, podlać winem i smażyć, aż alkohol odparuje. Dodać kapustę i gruszkę, smażyć jeszcze 5 minut. Dodać ziemniaki, zalać całość bulionem i gotować przez około 40 minut, aż warzywa zmiękną.
Zdjąć garnek z palnika, zmiksować blenderem na gładki krem. Doprawić do smaku sokiem z cytryny, solą i pieprzem.

Ciecierzycę odcedzić, przełożyć do miski. Posypać przyprawami, dodać olej i oliwę, dokładnie wymieszać.
Przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 200 st. C. przez 40 minut.

Ostatnią gruszkę pokroić w plastry, lekko zrumienić na patelni grillowej.

Zupę podawać z kleksem śmietany, pieczoną ciecierzycą i plastrami grillowanej gruszki.

Smacznego!


W tym roku późno, bo dopiero w październiku, otworzyłam sezon na zupy. Gorące, sycące, aromatyczne. Będzie ich tu teraz sporo, na zmianę z pierniczkami. Cóż, taki czas...

piątek, 20 października 2017

Weselne toasty po duńsku. I żółciutka tarta z kurkami

Niezwykle istotnym elementem duńskiego wesela są toasty. I to nie byle jakie, nie proste i oczywiste w stylu Za zdrowie państwa młodych!. Duńskie toasty to całe przemowy; historie poznania, wspólnego życia, wspominki i obserwacje. 

Muszę przyznać, że ten element wesela bardzo mnie stresował. Dlatego już kilka miesięcy wcześniej postanowiłam zabrać się do dzieła. Najpierw zapytałam C., co ja właściwie mam powiedzieć. A on, zawsze tak skory do pomocy i uczynny, odpowiedział z rozbrajającą szczerością: Co chcesz
Jasne. Nieco zdegustowana takim obrotem sprawy, usiadłam przy kuchennym stole z czystą kartką i długopisem, i zaczęłam myśleć.
Przez pół godziny zapisałam całą stronę. Było trochę skreśleń i poprawek, adnotacje i przypisy, ale muszę przyznać, że byłam z efektów całkiem zadowolona. Szczególnie, że pisałam po angielsku; uznałam go bowiem za najbardziej uniwersalny język. Polski nie wchodził w grę - C. i jego rodzina, czyli większość gości, nic by nie zrozumiała. Z tych samych powodów odpadł duński - tu moja Rodzinka nie wiedziałaby zupełnie, o co chodzi. Po niemiecku w temacie umiem powiedzieć tylko Ich liebe dich, mein Schmetterling, co nie do końca odkrywa głębię moich uczuć. No i brzmi tak, jakbym miała ochotę kogoś zjeść. 

Tak więc, wstęp przemowy miałam skończony. Później pracowałam, wypadło to to, to tamto, przygotowania do ślubu pochłonęły mnie niemal całkowicie, przyjechali Rodzicie i pozostali polscy goście i... Był piątkowy wieczór przed wielkim dniem. A ja nadal miałam tylko wstęp. Nawet chciałam się zaszyć w jakimś kącie i spróbować dopisać coś jeszcze, ale nie było mi dane. W końcu zrobiło się późno, za chwilę trzeba było wstawać i... Stwierdziłam, że jednak pójdę na żywioł.
Ale kartkę ze wstępem pieczołowicie zapakowałam do torebki i kazałam pilnować Młodej po groźbą utraty głowy, a przynajmniej narażenia się na wiązankę, która z ust panny młodej w dniu jej ślubu z pewnością wyjść nie powinna.

Na pierwszy ogień poszedł mój Tato. W krótkich, żołnierskich słowach wyraził uznanie i życzył nam wszystkiego najlepszego. C. z kolei wzruszył się niesamowicie i ze łzami w oczach dziękował gościom i rodzicom, a także opowiadał o tym, jakim to jest szczęściarzem (no ja myślę!). Mój Teść przełożył przez ramię ślubną chustę (która na każdym z wesel jego dzieci służyła mu do ocierania łez) i wspomniał o nieśmiałej Polce, która wślizgnęła się do rodziny nie powodując większego zamieszania, ale wypełniła ich kuchnię głośnym śmiechem, a życie jego syna miłością. Wszyscy, którzy zrozumieli, ukradkiem ocierali oczy.

W końcu przyszła mojej kolej. Odpowiedzialny za trzymanie wszystkiego w ryzach i lekko już pijany, mój ulubiony kuzyn C. podszedł do mnie i wyszeptał do ucha, że po deserze mam być gotowa. Wzięłam głęboki oddech, i stwierdziłam, że będę. Pięć minut później okazało się, że lody potrzebują jeszcze chwili, więc przemowę mam wygłosić przed deserem. Jonas ścisnął mnie za ramię, życzył szczęścia... I zapowiedział pannę młodą. Wydobyłam z torebki kartkę (Młoda spisała się na medal), wstałam, odchrząknęłam znacząco i zaczęłam...
Trochę zerkałam na to, co tak pieczołowicie wcześniej napisałam; gdy skończyłam wstęp, kartkę wyrzuciłam i kontynuowałam, wywołując kolejne salwy śmiechu i totalne zaskoczenie moich gości. Okazało się, że trafiłam w dziesiątkę, opowiadając o naszym pierwszym, niezwykle romantycznym spotkaniu, gdy C. z górą brudnych talerzy próbował zachować równowagę, a ja pędziłam gdzieś ze ścierką i mopem pod pachą. 
Już po wszystkim zebrałam całe mnóstwo gratulacji, a brat C. stwierdził, że czegoś takiego to on się po mnie nie spodziewał. No cóż, ciche myszki też potrafią. Muszą tylko chcieć.

Mnie za to najbardziej zaskoczył fakt, że moja młodsza, tak mało podatna na wzruszenia Siostra, zalała się łzami.
Po wszystkim dałam C. soczystego całusa i usiadłam z policzkami zaczerwienionymi z emocji i uczuciem dobrze spełnionego obowiązku. I choć wyszło świetnie, to cieszę się, że akurat tego powtarzać nie muszę.

Tymczasem mam dla Was przepis na idealnie jesienną tartę z kurkami.
W końcu udało mi się kupić koszyczek w cenie wołającej o pomstę do Nieba, ale czego nie robi się dla tego smaku... I choć oczyszczanie tych żółto-pomarańczowych grzybków to droga przez mękę, to warto. 
Przepis znalazłam na blogu Kolorowy Talerz, i zmieniłam nieznacznie proporcje, żeby pasował do większej formy. Wyszło bosko - kruchutkie ciasto wypełnione śmietanowo-jajeczną masą i grzybkami, których delikatny smak nie został niczym zakłócony, a tylko podbity dzięki dodatkowi białego wina i tymianku. Mówię Wam - coś wspaniałego! Do tego lekka, zielona sałata z winegretem i kieliszek dobrego białego wina. Idealny zestaw na romantyczną kolację w pierwszą miesięcznicę ślubu.

Tarta z kurkami, tymiankiem i białym winem


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 26 cm)

spód:
  • 100 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 200 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 150 g zimnego masła
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • 2-3 łyżki zimnej wody

dodatkowo:
  • 1 białko

nadzienie:
  • 400 g kurek
  • 1 cebula
  • 2 łyżki masła
  • 3 jajka
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 50 g twardego, wędzonego sera
  • 3 gałazki tymianku
  • 100 ml białego wytrawnego wina
  • sól
  • pieprz

Mąki, sól, masło, jajko i żółtko umieścić w malakserze, zmiksować. Po łyżce dodawać wody, aż ciasto nabierze odpowiedniej konsystencji.
Ciasto rozwałkować między dwoma arkuszami papieru do pieczenia, przełożyć do fromy, odpowiednio przyciąć.
Schłodzić w lodówce przez minimum 30 minut.

Schłodzone ciasto gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i obciążyć.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec przez kolejne 15 minut w 180 st. C.
Gorące ciasto posmarować roztrzepanym białkiem.

Kurki oczyścić, opłukać, osuszyć. Większe przekroić na połówki lub ćwiartki.
Cebulę pokroić w drobną kosteczkę.

Na patelni rozgrzać masło, zeszklić cebulę. Dodać kurki. Smażyć, aż cały płyn odparuje. Wlać białe wino, smażyć nadal, aż alkohol odparuje. Posolić.
Jajka roztrzepać, dodać śmietanę, ser i listki tymianku, doprawić solą i pieprzem.

Na przestudzony spód wyłożyć kurki, zalać masą jajeczno-śmietanową.

Piec w 160 st. C. przez 25 minut, aż masa jajeczna się zetnie.
Podawać na ciepło.

Smacznego!


Przede mną wolny weekend - nie macie pojęcia, jak się cieszę! Ostatnio jestem ledwo żywa; praca naprawdę daje mi się we znaki. A za pasem Święta, czyli ruch w interesie będzie coraz większy. Uff...

środa, 3 maja 2017

Lody z pieczonymi w porto truskawkami

Nie chcę zapeszać, ale wygląda na to, że wiosna rozgościła się u nas na dobre. Za mną pierwszy spacer bez zimowego płaszcza, rękawiczek i czapki, popołudniowa herbatka na tarasie, a także szczerze zdziwiona mina na widok szesnastu kresek na termometrze. W związku z tym niecierpliwie czekam na weekend, na wygrzewanie się na słoneczku i długie spacery. Dwa wolne dni to luksus, który trzeba wykorzystać, jak tylko się da.

W związku z tym, że temperatura rośnie, mam dla Was kolejny przepis na lody. Intensywnie truskawkowe, można by rzec - banalne, gdyby nie pewien drobiazg. Otóż, rzeczone truskawki, które smakują już całkiem nieźle, ale do czerwcowych nadal im daleko, upieczone są z dodatkiem porto, a następnie zmiksowane na gładki mus. W połączeniu ze śmietanką tworzą coś tak pysznego, że nie można oprzeć się kolejnej kulce. Takiej małej, malutkiej, maciupeńkiej...

Lody z pieczonymi w porto truskawkami


Składniki:
(na 1 l lodów)
  • 750 g truskawek
  • 50 g cukru
  • 1/4 łyżeczki mielonej laski wanilii
  • 100 ml porto
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 ml mleka skondensowanego niesłodzonego
Truskawki umyć, pozbawić szypułek i pokroić w ćwiartki. Ułożyć w formie, posypać  cukrem i wanilią, polać porto.

Piec w 140 st. C. przez 45 minut.
Ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce.

Truskawki zmiksować blenderem na gładki mus. Odłożyć 1,5 łyżki, resztę dokładnie wymieszać z kremówką i mlekiem. Przełożyć do maszyny do lodów, postępując zgodnie z instrukcją jej działania.

Gdy maszyna skończy pracę, przełożyć lody do pudełka, na wierzch wyłożyć pozostały mus, zrobić widelcem esy-floresy.
Zamrozić.

Wyjąć z zamrażarki 10-15 minut przed podaniem.

Smacznego!


Ja tymczasem, choć słońce nadal świeci jak szalone, wybieram się do łóżka. W końcu to jeszcze nie weekend, i zaraz trzeba wstać...

środa, 4 maja 2016

Sukienki tylko dla par i pijany dżem truskawkowy

W niedzielę byliśmy na konfirmacji. To taka duńska wersja Pierwszej Komunii Świętej, gdzie największą różnicą jest fakt, że podchodzą do niej dzieci starsze, czternasto-, piętnastoletnie. Moim zdaniem to ma sens; przynajmniej wiedzą, o co chodzi, a nie myślą tylko o białych sukienkach i fantastycznych prezentach, na które bliższa rodzina zbiera miesiącami. 
Ale ja nie o tym chciałam.

Na konfirmację trzeba się było odpowiednio ubrać. Były więc zakupy i mierzenie sukienek wyciągniętych z szafy. Moja ulubiona, czarna, się nie nadaje, bo noszę ją na wszelkie mniejsze uroczystości (a czasem nawet bez okazji). Wiśniową miałam na osiemdziesiątych urodzinach Babci C., a tą z dekoltem w fale na weselu jego siostry. W końcu zdecydowałam się na niemal klasyczną małą czarną, która nie jest czarna, tylko popielata, i zdobią ją wyjątkowo gustowne koronki. Przy mierzeniu pomagał mi C.; nie mam pojęcia, dlaczego odpinanie zamka na moich plecach sprawia mu taką frajdę.

Gdy ja szykowałam się do wyjścia, C. wielkodusznie zaproponował, że wyjdzie z psem. Nie było go i nie było; a ja próbowałam się ubrać. Wykonywałam przeróżne kombinacje, gimnastykę godną Chodakowskiej - i nic nie osiągnęłam, poza bólem w wykręconym nadgarstku. C. na szczęście pojawił się, zanim zaczęłam płakać, i uratował mój strój i humor, po prostu zapinając zamek.

A co ma zrobić kobieta, która mieszka sama...? C. stwierdził, że powinna poprosić o pomoc sąsiada; całkiem niezły sposób na rozpoczęcie znajomości. Tylko co, jeśli żaden się do tego typu spraw nie nadaje...? Nie wiem, naprawdę nie wiem. 
Wiem za to, że to kolejna rzecz, z którą bym sobie bez C. nie poradziła.

Tak sobie pomyślałam, że pokażę Wam dzisiaj dżem. Przygotowałam go w upalny lipcowy dzień (co było nie lada poświęceniem) z najlepszych, polskich truskawek. Truskawkowy klasyk wzbogaciłam o dodatek różowego wina; oczywiście alkohol wyparuje, ale pozostawi naprawdę pyszny, nieoczywisty smaczek. Dżem ten szybko zyskał rangę ulubionego w rankingu mojej wybrednej Siostry, spróbujcie więc koniecznie!

Dżem truskawkowo-jabłkowy z różowym winem


Składniki:
(na 4,5 słoiczka)
  • 2 kg truskawek
  • 2 jabłka
  • sok z 1 cytryny
  • 700 g cukru
  • 400 ml słodkiego różowego wina

Truskawki odszypułkować, jabłka obrać i pokroić w drobną kostkę. Owoce włożyć do garnka, dodać cukier, sok z cytryny i wino.
Gotować na małym ogniu kilka godzin, aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji.
Gorący dżem przełożyć do słoiczków, zamknąć, ustawić do góry dnem aż ostygnie.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Ostatnio wpis o sukienkach tylko dla par czytałam również u Limonki. To dowód na to, że to nie mój wyimaginowany kłopot, ale prawdziwy problem przynajmniej dwóch kobiet. 

piątek, 14 sierpnia 2015

Lato w słoiku - dżem wiśniowy z czerwonym winem

Wiśnie to dla mnie szczególnie cenne owoce. Ale tak to jest - jak się czegoś nie ma, to się tego właśnie najbardziej chce. Wielokrotnie już narzekałam na wiśniowy deficyt w Danii, nie będę się więc powtarzać. Opowiem Wam za to, jak sobie z nim radzę.

Po pierwsze, ratuje mnie Mama i jej wiśnie w słoikach. Wydrylowane, zasypane cukrem i zapasteryzowane - ot, cała filozofia. Idealnie nadają się do wszelkiej maści ciast, i gdy przychodzi nieodparta ochota na kwaskowe kuleczki, zaspokoją ją od razu. 
Kolejny sposób to dżemy. Mamunia od jakiegoś czasu raczej ich nie robi, wzięłam więc sprawy w swoje ręce. Kupiłam wiśnie i odpowiednie dodatki, i zabrałam się do dzieła. Muszę przyznać, że proces takiego długiego gotowania bardzo mnie odpręża. Oczywiście po drylowaniu wyglądałam, jakbym kogoś zamordowała, i to bynajmniej nie z chirurgiczną precyzją, ale było warto. Pomysł na dżem z dodatkiem wina znalazłam w gazetce Moje gotowanie, lipiec-sierpień 2014, i muszę przyznać, że sprawdził się znakomicie. Do tego odrobina pieprzu syczuańskiego, i mamy niezwykle aromatyczny dżem, który idealnie nada się do naleśników, placuszków, na kanapki, a także jako nadzienie do rogalików, jeśli pogotujemy go nieco dłużej, żeby nabrał gęstości. 

Trzeci sposób, który mam zamiar praktykować w przyszłości, gdy już dorobię się tej wymarzonej, ogromnej zamrażarki, to, jak się już zapewne domyślacie, mrożenie owoców przywiezionych z Polski. Ale na to jeszcze muszę poczekać...

Dżem wiśniowy z czerwonym winem

Składniki:
(na 4 słoiczki)
  • 2 kg wiśni
  • 800 g cukru
  • 400 ml półwytrawnego czerwonego wina
  • 1 łyżeczka pieprzu syczuańskiego
  • skórka otarta z 1 cytryny

Wiśnie wydrylować, włożyć do garnka. Dolać wino, dodać cukier, zmielony pieprz i skórkę z cytryny. Gotować na małym ogniu kilka godzin, aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Marmolada powinna być bardzo gęsta, pod koniec należy często ją mieszać. W przypadku zdjęcia z palnika wcześniej, otrzymamy pyszny dżem.
Gorącą marmoladę przełożyć do słoiczków, zamknąć, ustawić do góry dnem aż ostygnie.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Połowa wakacji już za nami. Jak ten czas szybko leci, szczególnie, gdy człowiek dobrze się bawi! Póki co jednak, w myśl zasady, że szklanka jest do połowy pełna, cieszę się tygodniem, który ciągle przed nami.

środa, 10 czerwca 2015

Sernikobrownie z rabarbarem, i nagły przypływ sił

W poniedziałek dużo czasu spędziłam w kuchni. Nie dlatego, że robiłam wyjątkowo dużo różnych rzeczy. Skupiłam się na jednym - drożdżówce. Gdzieś w międzyczasie przygotowałam pyszny koktajl i szybką sałatkę na obiad, ale to właśnie ciasto drożdżowe pochłonęło całą moją uwagę. Zrelaksowało mnie niesamowicie, i sprawiło, że znów nabrałam chęci na blogowanie. Przez ostatni miesiąc pisałam bowiem raczej z przyzwyczajenia czy też niepisanego obowiązku. Moją głowę zaprzątają teraz zupełnie inne sprawy, choć większość z nich, w sposób pośredni lub nie, związana jest z jedzeniem. A tutaj nagle znalazłam te parę godzin na nacieszenie się przygotowaniami, na podziwianie tych wszystkich pięknych kolorów. Zielono-różowy rabarbar, soczystoczerwone truskawki, zarumienione, dojrzałe morele, intensywnie zielony szpinak, wiosenno-seledynowe szparagi... Coś pięknego. A w głowie same układały mi się zdania kolejnych postów, aż miałam ochotę pobiec do komputera i czym prędzej je zapisać, żeby móc sięgnąć do tych myśli, gdy natchnienia i chęci zabraknie.

Czasu, niestety, mi od tego nie przybędzie, ale myślę, że zorganizuję go sobie nieco lepiej, żeby mieć dla bloga więcej czasu. Bo przecież ja to po prostu lubię robić, prawda...?

Dzisiaj jednak nie o drożdżówce będzie mowa, a o cieście zupełnie innym, choć też z rabarbarem (no ba!). Połączyłam intensywnie czekoladowe brownie z delikatnym, waniliowym sernikiem i kwaskowym, dodającym całości charakteru, rabarbarem. Wyszło obłędnie! Ciacho zabrałam do koleżanki, i znikało w tempie błyskawicznym. C. wybłagał kawałek zanim wyszłam i stwierdził, że to jedne z najlepszych ciast, jakie ostatnio jadł. A ja się z nim w pełni zgadzam! Połączenie może i jest nieco zaskakujące, ale wszystkie warstwy idealnie się uzupełniają, a karmelizowany w czerwonym winie rabarbar to czysta poezja. Spróbujcie koniecznie, póki można jeszcze znaleźć te kwaśne łodygi na sklepowych półkach.

Sernikobrownie z rabarbarem

Składniki:
(na formę 25x22 cm)

brownie:
  • 100 g ciemnej czekolady (75%)
  • 100 g masła
  • 2 jajka
  • 80 g cukru
  • 30 g kakao
  • 170 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

masa serowa:
  • 300 g serka kremowego
  • 100 g mleka skondensowanego słodzonego
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mąki pszennej
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

dodatkowo:
  • 300 g rabarbaru
  • 80 g cukru
  • 50 ml czerwonego wina

Rabarbar pokroić na mniejsze kawałki. 
Cukier skarmelizować, dodać rabarbar, poddusić. Zalać winem, gotować 5-10 minut, aż rabarbar zacznie się rozpadać.
Ostudzić.

Masło rozpuścić, zdjąć z palnika, dodać posiekaną czekoladę. Wymieszać aż do jej rozpuszczenia, przestudzić.
Jajka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać czekoladę, cały czas miksując. Na końcu partiami dodać przesianą z kakao i proszkiem mąkę.

Ciasto wyłożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Serek, mleko skondensowane, jajko, mąkę i ekstrakt zmiksować tylko do połączenia składników. Wyłożyć na masę czekoladową, lekko przemieszać.
Na wierzchu ułożyć rabarbar.

Piec w 180 st. C. przez 25-30 minut.
Wystudzić w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.

Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

To było moje pierwsze serniko-brownie, ale będę do tego połączenia wracała, z innymi owocami, a może i zupełnie innymi dodatkami. Nie mogę przestać się nim zachwycać, choć czasu od konsumpcji minęło już sporo. To zdecydowanie o czymś świadczy, prawda...?

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Lody z pieczonym rabarbarem

Doszły mnie słuchy o polskich upałach. Że ponad trzydzieści stopni i wytrzymać nie idzie. Że nie ma czym oddychać, słońce świeci jak szalone, i w ogóle Hiszpania wysiada w przedbiegach. 
My mieliśmy jeden (jeden!) ładny dzień. Bez szaleństw, prawie dwadzieścia pięć stopni. I to tylko do godziny siedemnastej trzydzieści, potem zaczęło się chmurzyć, żeby na wieczór znów zalać nas deszczem. 
Dziwicie się, że zaczynam mieć wiosenną depresję? Pogoda nie zachęca do niczego, do czego w zasadzie w czerwcu zachęcać powinna. Zbieranie róż przekładam z dnia na dzień, licząc na odrobinę słońca (aż w końcu kwiaty przekwitną, i znów obejdę się smakiem...). W dodatku sama już nie wiem, co z tym robić, i jak walczyć z ogólnym zniechęceniem. Heh...

Mimo wszystko, kręcę lody (w zasadzie teraz mam przerwę, bo mój mikro zamrażalnik pęka w szwach), bo jak wiadomo, nic lepiej nastroju latem nie poprawi (zimą królują ciasta czekoladowe, ale o tym chyba wszyscy wiedzą). Tym razem na warsztat wzięłam truskawki w połączeniu z moim ukochanym rabarbarem. Owoce zapiekłam z dodatkiem cukru i czerwonego wina, w związku z czym odpowiednio odparowały, a alkohol z cukrem utworzył pyszny, gęsty sos. Wymieszałam to obłędnie pachnące cudo z klasycznymi lodami waniliowymi, tworząc efekt marmurka. Wygląda to pięknie, a smakuje jeszcze lepiej. Jakbym mogła, zjadłabym od razu wszystkie - są po prostu obłędne! 
Jeśli doskwierają Wam upały - musicie tego spróbować. Jeżeli tak jak ja, mieszkacie w strefie wiecznych chłodów - też spróbujcie. Rzeczywistość przestanie być tak przytłaczająca - gwarantuję.

Lody z pieczonymi w winie truskawkami i rabarbarem

Składniki:
(na 1,2 l lodów)
  • 350 g truskawek
  • 350 g rabarbaru
  • 55 g cukru
  • 50 ml wina

dodatkowo:
  • 4 żółtka
  • 300 ml mleka
  • 1 laska wanilii
  • 100 g cukru
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)

Truskawki pokroić w ćwiartki, rabarbar w plasterki. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, posypać cukrem, zalać winem.

Piec w 170 st. C. przez 40-50 minut, aż owoce będą miękkie, a z wina i cukru utworzy się dość gęsty sos.
Ostudzić.

Laskę wanilii rozkroić, wyskrobać ziarenka. Całość umieścić w garnuszku, zalać mlekiem, zagotować, przestudzić. Wyjąć laskę wanilii, mleko zagotować raz jeszcze. Żółtka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać mleko, cały czas miksując. Przelać masę z powrotem do garnuszka, podgrzewać, aż nieco zgęstnieje (nie gotować). Ostudzić, schłodzić w lodówce.

Schłodzoną masę jajeczną wymieszać z kremówką. Przelać do maszyny do lodów. Gdy maszyna skończy pracę, przełożyć lody do plastikowego pojemnika, dodać upieczone owoce, delikatnie wymieszać, aby powstał efekt marmurka. Zamrozić.

Smacznego!

Tak się zastanawiam, czy można by w taki sposób przyrządzić inne lody. Na przykład z pieczonymi morelami... Co o tym myślicie?

sobota, 27 września 2014

Mój tort urodzinowy. I tortowa refleksja

Jak sobota, to i tort...
Jakoś tak torty kojarzą mi się (jak pewnie również większości z Was) z ważnymi uroczystościami. Urodziny, imieniny, przyjęcia, okrągłe rocznice, wesela, chrzciny i mnóstwo innych. Tort to ciasto wyjątkowe, luksusowe, niecodzienne. Z dzieciństwa pamiętam przytłaczające słodyczą torty, z ciężkim kremem maślanym, gdzie po zjedzeniu niewielkiego kawałka człowiek nie miał siły nawet na dopicie kawy (dzieci, w tym ja - łasuch nad łasuchami - zawsze zadowalały się małym kawałkiem, który nie mógł zaburzyć mnóstwa energii, której poziom gwałtownie wzrastał wraz z pojawieniem się na stole najlepszej zastawy).
Gdy byłam trochę starsza, Mama zaczęła zamawiać dla nas torty u Sowy - jest to bez dwóch zdań najlepsza bydgoska cukiernia. A może była...? Nie wiem, bo tortu od Sowy nie jadłam już chyba z sześć lat...
W każdym razie - te torty, choć nadal piekielnie słodkie, były pyszne. Szwarcwaldzki, czy mój ukochany królewski, pojawiały się na naszym stole najczęściej. Wszyscy za nimi szaleliśmy, i choć wypełniały szybko, nie potrafiłam sobie odmówić. A może nie chciałam...?

Dużo, dużo później zabrałam się za upieczenie pierwszego tortu. Było to nie lada wyzwanie, duszę miałam na ramieniu, a serce w gardle. W sumie niepotrzebnie - ciasto wyszło jak malowanie. I - jakież było moje zaskoczenie - nie było przesadnie słodkie, za to mocno cytrynowe, i zaskakująco lekkie. Delikatny biszkopt, przełożony kremem cytrynowym na bazie mascarpone - i gotowe. Bez żadnych cudów. Nie wyglądał jak z cukierni, za to smakował wszystkim gościom, a mnie duma rozpierała.
Od tego czasu zrobiłam sporo różnych tortów, brzydszych i ładniejszych, mniej czy bardziej tradycyjnych - ale wszystkie były pyszne. Słodkie, kremowe, rozpływające się w ustach... Zdecydowanie na wyjątkowe okazje - bo mnóstwo w nich kalorii, bo zajmują nieco więcej czasu.
I choć staram się walczyć z sobą samą, i czasem przygotowuję torty bez okazji, to jednak najczęściej są zarezerwowane na wyjątkowe uroczystości. Obiecuję sobie, że będę piekła je częściej, żeby próbować nowych kombinacji, żeby opanować sztukę dekoracji - i nic z tego nie wychodzi... Cóż, już widocznie taka tortów natura.

Ten upiekłam na urodziny, musiał przejechać ze mną sto pięćdziesiąt kilometrów. Dlatego nie ma obłożonych boków - bałam się, że w takiej formie nie przetrwa podróży. I choć zdecydowanie nie jest to najpiękniejszy przykład, to wyszedł tak pyszny, że muszę się z Wami podzielić przepisem.

Biszkopt jest na mące orkiszowej, z małym dodatkiem orzechów - nie chciałam, żeby ich smak był przytłaczający, chciałam osiągnąć efekt delikatnej nuty smakowej, co mi się zdecydowanie udało. Do tego gruszki gotowane w białym winie, które nadało im bardzo wykwintnego smaku. Krem na bazie domowego karmelu, na który przepis znalazłam u Zuzi. U mnie był raczej ciemny, bo chciałam osiągnąć tę subtelną, dymną nutę - taki karmel tuż na granicy... Wyszło idealnie! Całość słodka, ale nie przesłodzona, z cudownie soczystymi gruszkami i delikatnym, lekkim kremem...
Wyszło pysznie, tort zebrał sporo komplementów, i tak ja napisałam wyżej - choć nie był piękny, zdecydowanie nadrabiał smakiem.

Tort orzechowo-karmelowy z gruszkami

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

biszkopt:
  • 8 jajek
  • 300 g cukru
  • 55 g mąki ziemniaczanej
  • 100 g mąki orkiszowej
  • 100 g zmielonych orzechów laskowych

gruszki w syropie:
  • 13 gruszek
  • 200 g cukru
  • 600 ml białego wina
  • 90 g miodu

nasączenie:
  • 100 ml syropu z gotowania gruszek
  • sok z 1 cytryny

krem karmelowy:
  • 950 ml śmietany kremówki (38%)
  • 155 g cukru
  • 1 łyżka wody
  • 1 łyżka masła
  • 400 g serka kremowego
  • 3 listki żelatyny

na wierzch:
  • 150 ml śmietany kremówki
  • 15 g płatków z orzechów laskowych

Najpierw przygotować biszkopt:
Białka oddzielić od żółtek. Mąki przesiać, wymieszać z orzechami.
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Partiami wsypywać mąkę z orzechami, delikatnie mieszając.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Przelać masę, wyrównać wierzch.

Piec w 170 st. C. przez 60-70 minut, do suchego patyczka.
Wystudzić w zamkniętym piekarniku.

Gruszki obrać, przekroić na pół, wyciąć gniazda nasienne.
Wino zagotować z cukrem i miodem, aż wszystko się rozpuści i połączy. Zmniejszyć płomień, dodać gruszki. Dusić pod przykryciem na niewielkim ogniu przez 25-30 minut, aż gruszki będą miękkie, ale nie będą się rozpadać.
Wyjąć gruszki z syropu, ostudzić.

Przygotować krem karmelowy:
250 ml kremówki i 110 g cukru umieścić w szerokim rondlu, dobrze wymieszać. Gotować na średniej mocy palnika przez około 20 minut, aż masa będzie nabierze intensywnie żółtego koloru.
W drugim garnuszku umieścić resztę cukru, zalać wodą. Zagotować i podgrzewać na dość mocnym ogniu, aż karmel nabierze głębokiego złoto-brązowego koloru. Dolać do niego masę śmietanową, dobrze wymieszać. Dodać masło, wymieszać, gotować jeszcze 1-2 minuty, aż wszystko się dobrze połączy.
Przelać do miski, ostudzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, następnie rozpuścić na parze i ostudzić.
Serek lekko ubić, zmiksować z kremem karmelowym. Dodać ostudzoną żelatynę, połączyć. Wstawić na 15 minut do lodówki.
Pozostałą kremówkę ubić na sztywno, partiami dodawać do tężejącej masy karmelowej, delikatnie mieszając.
Wstawić do lodówki do czasu użycia.

Na nasączenie wymieszać syrop z sokiem z cytryny.

Biszkopt przekroić na trzy części w poziomie.
Na paterze ułożyć pierwszy blat ciasta, otoczyć obręczą tortownicy, nasączyć. Rozsmarować cienką warstwę kremu karmelowego, na tym ułożyć połówki gruszek. Przykryć kremem, następnie ułożyć drugi blat biszkoptu, nasączyć, wyłożyć nieco kremu, gruszki (jedną zachować do dekoracji), przykryć pozostałym kremem. Na wierzchu ułożyć ostatni blat ciasta, skropić pozostałym ponczem. Wstawić do lodówki do stężenia.

Ciasto wyjąć z lodówki, zdjąć obręcz tortownicy.
Ubić pozostałą kremówkę, rozsmarować na wierzchu i ewentualnie bokach. Udekorować ostatnią gruszką i płatkami orzechowymi.

Smacznego!

Przepis jest dość długi, całość dość czasochłonna, ale nie trudna. Efekt zdecydowanie wart jest każdej poświęconej mu minuty...

Ja robiłam go bez laktozy - i wszystko udało się bez problemu, nawet karmel, choć bardzo się tym denerwowałam. A jak już wszystko miałam zaplanowane, biszkopt upieczony, krem w lodówce, a gruszki ugotowane, okazało się, że siostra C. nie może jeść też gruszek... Uwierzcie (lub nie), ale miałam niemal łzy w oczach... Cóż, człowiek uczy się całe życie...

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Ciągnące karmelki z czerwonego wina. Mniam!

Spóźniłam się ze Świętami. Za późno zabrałam się za pieczenie ciasteczek, nie przygotowałam wymarzonego, piernikowo-pomarańczowego sernika. Żurawinę musiałam zamrozić, bo nie dałam rady zrobić ciasta, które od dawna chodzi mi po głowie. Nie wiem, jak to się stało. Inspiracji było mnóstwo, czekały wszędzie, aż zwrócę na nie uwagę. Ciągle o Świętach rozmawialiśmy, w końcu wyciągnęliśmy krasnale i ubraliśmy choinkę, a wieniec adwentowy ze świeczkami stał na stole przez cały grudzień. Może to tęsknota za domem, a może brak śniegu sprawiły, że nie do końca potrafiłam wczuć się w przedświąteczny klimat. A kiedy już wpadłam w wir pracy, było za późno na przygotowanie wszystkiego. 
Nauczona doświadczeniem, spisałam listę przedświątecznych smakołyków na przyszły rok. Przez długie miesiące nie będę do niej zaglądać, ale pod koniec listopada (mam nadzieję) zmotywuje mnie do podjęcia odpowiednich działań. Upiekę sernik i muffiny z choinkami, zrobię piernikowe makaroniki i nastawię ciasto na piernik staropolski, w domu będzie pachnieć cynamonem przez cały grudzień. I nie, nie zwariowałam - myśli o przyszłych Świętach już dzisiaj odkładam na półkę. Choć piernikiem jeszcze tej zimy u mnie zapachnie...

Teraz opowiem Wam o karmelkach, które przygotowałam na próbę. Przepis znalazłam na Coutellerie, i od razu wpadł mi w oko. Uwielbiam karmelki i ciągnące krówki, takie cukierki to więc jak dla mnie strzał w dziesiątkę. Chciałam je przygotować w oryginalnej wersji, tym bardziej, że mam w domu całkiem sporo cydru. Miałam też otwartą butelkę wina, na które nikt nie miał ochoty... Zmniejszyłam więc proporcje, i zrobiłam karmelki z czerwonego wina. Efekt? Dość zaskakujący. Mają cudowny, głęboko rubinowy kolor i winny smak, a do tego wspaniale się ciągną. Mi bardzo smakowały. Oczywiście przygotowałam też te oryginalne (o nich innym razem), i obie wersje miały swoich zwolenników. Ciężko mi powiedzieć, która lepsza. Spróbujcie sami.

Karmelki z czerwonego wina

Składniki:
(na 15 cukierków)
  • 275 ml czerwonego wina
  • 70 g cukru
  • 35 g śmietany kremówki (38%)
  • 45 g masła

Wino wlać do garnuszka z grubym dnem, zredukować do 65 ml - około 10-15 minut na średnim ogniu. Odrobinę wina wlać do śmietanki, żeby ją zahartować. Do wina wlać śmietankę, dodać cukier i masło. Gotować bez mieszania, aż płyn osiągnie temperaturę 125 st. C. Zdjąć z palnika, dobrze wymieszać, przelać do wyłożonej folią spożywczą formy 8x13 cm. Ostudzić, zostawić do zastygnięcia - można wstawić do lodówki.

Zastygniętą masę pociąć na niewielkie kawałki ostrym nożem z piłką. Każdy cukierek zawinąć w kawałek papieru do pieczenia.

Smacznego!

Karmelki były u mnie smakołykiem sylwestrowym, ze względu na strukturę przypadły do gustu dzieciom, a ciekawy, oryginalny smak przekonał do nich dorosłych. Z pewnością i w Waszych domach znajdą amatorów.

piątek, 20 grudnia 2013

Chleb przedświąteczny

Ciężko nie zaczynać każdego posta od pytania: i jak tam przygotowania do Świąt? To już naprawdę ostatnie dni, i mnóstwo rzeczy mamy na głowach. Listy zadań i zakupów są teraz ogromnie popularne - bez nich ciężko byłoby się w tym wszystkim nie zgubić... Mam jednak nadzieję, że wszystko robicie raczej z przyjemnością niż z obowiązku - bo inaczej magia Świąt pryska...

Tuż przed Świętami postanowiłam upiec nam bardzo świąteczny chleb. Nieco słodki, w sumie smakuje trochę jak chałka. Pełen suszonych owoców: u mnie śliwki, żurawina, jagody goi, rodzynki i daktyle. Żałuję bardzo, że nie miałam w domu moreli - ślicznie wyglądałyby takie jasne punkciki w upieczonym chlebie. Tak naprawdę możecie dodać, co tylko chcecie - suszone wiśnie czy jagody też będą pyszne. A może nawet orzechy, żeby całość przyjemnie chrupała. 
Chleb jest bardzo szybki w przygotowaniu - jak to chleby na drożdżach - wystarczy zagnieść, odstawić, znowu zagnieść, odstawić i upiec. I już można się cieszyć wyjątkowo pysznym i pachnącym bochenkiem na śniadanie czy kolację. Polecam Wam bardzo - to taki przedsmak Świąt, kiedy nie pozwalacie wyjadać pierniczków z puszek.

Przepis z Scandilicious baking Signe Johansen. Miałam na niego ochotę od bardzo dawna - w książce zdjęcie jest niesamowicie wręcz apetyczne. Zrezygnowałam jednak z lukru - tak słodki chleb nie nadawałby się na śniadanie. Spróbuję jednak przygotować go raz jeszcze, bardziej w formie strucli, z lukrem i zdecydowanie na słodko - wtedy będzie stanowił wyśmienity deser.

Chleb adwentowy z suszonymi owocami

Składniki:
(na 1 bochenek)
  • 250 ml mleka
  • 75 g masła
  • 500 g mąki pszennej
  • 70 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 jajko

dodatkowo:
  • 50 ml czerwonego wina
  • 30 g suszonych śliwek
  • 30 g suszonych daktyli
  • 30 g rodzynek
  • 30 g suszonej żurawiny
  • 30 g suszonych jagód goji
  • 1 jajko

Mleko z masłem mocno podgrzać, zdjąć z palnika tuż przed zagotowaniem. Ostudzić.
Śliwki i daktyle pokroić na mniejsze kawałki, wymieszać z pozostałymi owocami. Zalać winem, dodać ciepłej wody tak, żeby przykrywała owoce. Odstawić.

Drożdże wymieszać z 1 łyżeczką cukru.
Mąkę przesiać do dużej miski, wymieszać z pozostałym cukrem, solą i kardamonem. Zrobić wgłębienie, wlać drożdże i mleko z masłem, wbić jajko. Zagnieść ciasto - może się nieco lepić. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie dobrze odcisnąć owoce. Dodać do ciasta, jeszcze raz zagnieść. Gdy owoce będą już dokładnie rozprowadzone w cieście, uformować bochenek, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. 
Odsatwić do wyrośnięcia na 40-60 minut.

Po tym czasie posmarować ciasto roztrzepanym jajkiem.

Piec w 180 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Kiedy wstałam dzisiaj rano, świeciło bajeczne słonko i aż sobie pomyślałam, że takie Święta bez śniegu to nie największa tragedia... Teraz się zachmurzyło i zaczął padać deszcz - taka pogoda zdecydowanie daleka jest od tej wymarzonej, z hałdami śniegu i mrozem szczypiącym w policzki... Nie tracę jednak nadziei - któż wie, co przyniesie Mikołaj?

czwartek, 5 grudnia 2013

Bodil. I ciasto z czerwonym winem

Słyszeliście o Bodil? Właśnie szaleje za oknami, a ja najchętniej schowałabym się zaraz obok Ptysi pod kołdrą. Wygląda tylko jednym okiem, czy aby na pewno jesteśmy w pobliżu, i w razie czego uratujemy ją przed katastrofą. 

W Danii szaleje sztorm. Przyszedł z zachodu, więc u nas dopiero się rozkręca. Mimo wszystko strach wyjść z domu: drzewa za oknami ledwo opierają się porywistym podmuchom, a gdzie tu miałby sobie dać radę mały człowieczek...? Albo mikroskopijna wręcz (w skali kraju) Ptysia...? 
Siedzimy więc sobie w domu, i czekamy, aż wichura minie. Ponoć Bodil - bo tak nazwano sztorm - ma szaleć do rana. Coś mi się wydaje, że nie wyśpię się tej nocy...

Na szczęście w domu jest ciasto. Idealne na taką pogodę - gęste, mocno kakaowe, z cynamonem i czerwonym winem. Alkohol nie jest mocno wyczuwalny, ale dzięki niemu to brownie jest zupełnie wyjątkowe. Cynamon to taka delikatna, świąteczna nuta. I choć nie ma tu ani grama czekolady, ciasto zaspokoi pragnienia największych czekoholików. 

Znalazłam je na stronie Smitten kitchen. Choć ciasto po 30 minutach pieczenia wydawało mi się ciągle surowe w środku, wyciągnęłam je z piekarnika - bałam się je przesuszyć. Coś mi mówiło, że akurat tego lepiej nie dopiec... Dzięki temu wyszło mi modelowe wręcz brownie - słodkie, ciężkie, lepkie w środku. Wyborne z lodami waniliowymi. Spróbujcie koniecznie, zanim pierniczki kompletnie zawrócą Wam w głowach!

Kakaowe brownie z czerwonym winem

Składniki:
(na formę o średnicy 20 cm)
  • 85 g miękkiego masła
  • 50 g cukru
  • 100 g ciemnego brązowego cukru
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • 180 ml czerwonego wina
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 135 g mąki pszennej
  • 40 g kakao
  • 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki cynamonu

Masło utrzeć z cukrami na puszystą masę. Wbić jajko, potem żółtko, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Cały czas ucierając, wlewać wąskim strumieniem wino wymieszane z ekstraktem. Masa będzie wyglądała na zważoną - nie należy się tym przejmować.
Mąkę i kakao przesiać, wymieszać dokładnie z sodą, proszkiem, solą i cynamonem. Partiami dodawać do masy maślanej, miksując na najniższych obrotach miksera.

Formę wysmarować masłem.
Masę przelać do formy, wyrównać wierzch

Piec w 180 st. C. przez 25-30 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

Tak naprawdę troszkę boję się jutrzejszego poranka. Po ostatnim sztormie, który nie był nawet w połowie tak silny jak Bodil, chodniki upstrzone były zerwanymi z dachów dachówkami i połamanymi gałęziami. Mam nadzieję, że tym razem nie będzie dużo gorzej...

piątek, 29 listopada 2013

Ekskluzywna focaccia: z kasztanami i czerwonym winem

Uwielbiam kasztany. 
Ogólnie zauważyłam u siebie tendencję do darzenia uczuciem wszelkich wyjątkowo sezonowych produktów. Rabarbar, świeża żurawina, dynia czy właśnie kasztany są na mojej osobistej top liście pyszności. Nie do kupienia poza sezonem, a jeśli nawet gdzieś się znajdą, niewarte są choćby śladu uwagi. Dlatego przez ten krótki czas, kiedy są dostępne, staram się z nich korzystać, jak tylko mogę. Tym razem C. zaopatrzył mnie w dwa duże woreczki kasztanów, i pełna zapału i energii postanowiłam - nie skończą wszystkie po prostu upieczone w naszych brzuchach, tudzież w najpyszniejszej kasztanowej zupie. Tym razem wrzucę je do ciast, ciasteczek i... Chleba. Tak jakby.

Focaccia to rodzaj włoskiego, płaskiego chlebka. Może być bardzo cieniutki i chrupiący, lub grubszy i mięciutki - i właśnie tę wersję preferuję. Uwielbiam wszelakie wariacje na temat: rozmaryn i oliwki, czerwona cebula czy też pomidorki koktajlowe - nie potrafię się jej oprzeć. Świetnie nadaje się na piknik, ale też jako zakąska do zupy. Albo ot tak, pogryzana zamiast podwieczorku...
Na blogu Zakamarki mojej kuchni znalazłam jakiś czas temu focaccię zupełnie wyjątkową, bo nie dość, że z dodatkiem czerwonego wina, to jeszcze z kasztanami! Oj, wiedziałam, że muszę taką zrobić. 
Wyszła bajeczna. Pełna chrupiących kasztanów i orzechów, z dodatkiem wina, które nie jest wyczuwalne w smaku, ale nadaje jej specyficzny kolor i sprawia, że staje się towarem nieco ekskluzywnym. Bo kto to słyszał, żeby na śniadanie jeść pieczywo z dodatkiem wina...?

Jeśli nie macie kasztanów, włoskie orzechy wystarczą. Jednak jeśli macie możliwość zakupienia kasztanów jadalnych, bardzo je polecam - ich słodkawy smak wspaniale komponuje się z pozostałymi składnikami i sprawia, że ta focaccia nabiera naprawdę wyjątkowego charakteru.

Focaccia z kasztanami, orzechami i czerwonym winem


Składniki:
(na 1 sztukę)
  • 350 g mąki pszennej
  • 2 łyżki oliwy z orzechów włoskich
  • 180 ml letniej wody
  • 50 ml czerwonego wina
  • 10 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka soli
  • 30 g orzechów włoskich
dodatkowo:
Drożdże wymieszać z 2 łyżkami wody, resztę wody wymieszać z olejem i winem.
Mąkę przesiać do dużej miski, wymieszać z solą. Wlać drożdże i wodę z winem, zagnieść gładkie ciasto (może się lekko lepić). Wsypać niezbyt drobno posiekane orzechy, połączyć. Odsatwić do wyrośnięcia na 1 godzinę.

Po tym czasie uformować z ciasta okrągłą grubości 0,5-1 cm. Na wierzchu ułożyć pozostałe orzechy i z grubsza posiekane kasztany. 
Odstawić do wyrośnięcia na 30-40 minut.

Wyrośniętą focaccię skropić połową oliwy.

Piec w 180 st. C. przez 25-30 minut. 
Wyjąć z piekarnika, skropić pozostałą oliwą, ostudzić na kratce.

Smacznego!

Będę teraz pracować nad moimi zdolnościami manualnymi. Kupiłam kolorowe paski papieru, i będę robić świąteczne gwiazdki, czego nauczyła mnie rok temu siostra C. Hmm... Bardzo ciekawa jestem, co z tego będzie...

wtorek, 29 stycznia 2013

Wspólne pieczenie: cebulka w pieczywie

Dzisiaj chciałabym zaprezentować Wam efekty kolejnego wspólnego pieczenia. Tym razem z ChantelMopsikiemPanną MalwinnąMirabelką oraz Siaśką na warsztat wzięłyśmy pieczywo cebulowe. Kiedy dziewczyny zaproponowały taki temat, byłam wniebowzięta, gdyż cebulowe bułeczki po prostu uwielbiam - smak smażonej, a później zapieczonej w cieście cebuli niewiarygodnie łagodnieje, a pieczywo nabiera charakteru. Od razu wiedziałam, co chciałabym zrobić. Przeszukałam wszystkie książki o pieczeniu chleba, które mam, ale nigdzie nie znalazłam tego, czego szukałam. Zdecydowałam się więc skorzystać ze sprawdzonego już przepisu na mleczne bułeczki z książki Pieczenie chleba w domu Gertrud Weidenger i Marie-Theres Wiener. Za pierwszym razem nie powaliły mnie na kolana - ot, smaczne, zwykłe bułeczki. Mleko nie wpłynęło w zasadniczy sposób na smak czy strukturę - neutralne w smaku, idealne na śniadanie. I właśnie ta neutralność sprawiła, że doszłam do wniosku, że z dodatkiem cebulki będą wyśmienite. Żeby jednak nie było nudno, cebulę nie tylko podsmażyłam, ale też skarmelizowałam - dzięki temu nabrała niesamowitej słodyczy sprawiając, że C. jadł te bułeczki z... Nutellą! Ja się nie odważyłam na takie połączenie, ale do odważnych świat należy. Jeśli jednak nie w smak Wam takie wyzwania, bułki genialnie komponują się z plastrem żółtego sera lub szynki i ogórka. Pyszności!

Jak pewnie zauważyliście, na moich bułeczkach niemal nie widać nacięcia. Niestety, za słabo wbiłam nóż. Mimo wszystko dzięki temu nie popękały po bokach, tylko zachowały ładny, okrągły (jak na moje możliwości) kształt.

Już nie mogę się doczekać żeby zobaczyć, co przygotowały pozostałe dziewczyny - jedynym wymogiem była cebulka w pieczywie, spodziewam się więc najróżniejszych różności. Zajrzyjcie do nich koniecznie!

Mleczne bułki z karmelizowaną cebulką


Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 500 g mąki pszennej
  • 7 g suchych drożdży
  • 2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka cukru
  • 300 ml letniego mleka

karmelizowana cebulka:
  • 3 cebule
  • 50 g masła
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru
  • 2 łyżki czerwonego wina
  • 1 łyżeczka suszonego rozmarynu

dodatkowo:
  • 5 łyżek mleka

Cebule pokroić w kosteczkę. Masło rozgrzać, wrzucić cebulę, posolić. Smażyć 3-4 minuty. Wsypać cukier, wlać wino, skarmelizować. Zdjąć z ognia, wsypać rozmaryn, wymieszać. Odstawić do całkowitego wystudzenia.

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z drożdżami, solą i cukrem. Wlać mleko, zagnieść gładkie, nielepiące się ciasto. Do ciasta dodać cebulę, jeszcze raz zagnieść.
Odstawić do wyrośnięcia na 1-1,5 godziny.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 12 równych części, z każdej uformować okrągłą bułeczkę. Naciąć na krzyż. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. odstawić do napuszenia na 30 minut.

Wyrośnięte bułeczki piec w 200 st. C. przez 25-30 minut.
Wystudzić na kratce.

Smacznego!


A już jutro zapraszam Was na bardzo specjalny wpis. Bardzo jestem podekscytowana, i nie mogę się doczekać, aż podzielę się z Wami moją ogromną radością.

środa, 16 listopada 2011

O zupie z kaki i roladzie z pieczarkami

Wczoraj miałam wolne. Ostatni dzień mojego długiego weekendu postanowiłam dobrze wykorzystać, i sprawić przyjemność moim Panom jakimś dobry obiadkiem. Długo się zastanawiałam, przeglądałam zawartość lodówki i stron internetowych w poszukiwaniu inspiracji. Tak oto trafiłam do Violi, i kiedy zobaczyłam jej zupę z persymon wiedziałam, że muszą ją zrobić. Traf chciał, że kiedy byliśmy ostatnio na bazarze, kupiłam dokładnie sześć owoców kaki... Takim zrządzeniom losu nie wolno się sprzeciwiać! Zupę przygotowałam od razu - wyszła gęsta, kremowa, nieco słodkawa i pachnąca kolendrą (do zupy dodałam sproszkowanej, którą uwielbiam, i która moim zdaniem świetnie tu pasuje). Ogólnie przepisem i jego efektami jestem zachwycona i uważam, że wieść o takich pysznościach szerzyć należy. Dlatego mimo, że nie zupa jest głównym tematem wpisu (nie umiem ładnie sfotografować zupy. Nie umiem - i już), postanowiłam poświęcić jej akapit. Spróbujcie - warto! Jeśli lubicie krem marchewkowy czy dyniowy - ten też Wam zasmakuje.

Teraz przejdę do meritum, czyli wczorajszego dania głównego. Po długim i ciężkim dniu pracy Panowie samą zupką by się nie najedli... Myślałam więc dalej. Miałam pół kilo pieczarek, które kupuję rzadko, ale tym razem jakimś dziwnym trafem znalazły się w koszyku. Może tarta...? Nie, nie miałam chęci na kruche... I wtedy mnie olśniło. Drożdżowe! Zawsze pyszne. A kiedy ma się cały dzień wolny, aż grzech nie skorzystać. Wykorzystałam przepis z rolady ze szpinakiem - ciasto znów wyszło pyszne - z zewnątrz przypieczone i chrupiące, w środku miękkie. A pieczarki podduszone w czerwonym winie w roli nadzienia sprawdziły się świetnie! Polecam tak samo jak zupę - niebo w gębie! W dodatku bardziej uniwersalne, bo Panowie byli zachwyceni. I najedzeni też.

Rolada drożdżowa z pieczarkami


Składniki:
(na 1 dużą roladę)

ciasto:
  • 500 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 280 ml letniej wody
  • 30 ml oliwy
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli

farsz:
  • 500 g pieczarek
  • 1 duża cebula
  • 40 g masła
  • 125 ml czerwonego wytrawnego wina
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka pieprzu
  • 1 łyżka suszonego tymianku
  • 1 łyżka octu balsamicznego

dodatkowo:
  • 1 jajko

Mąkę przesiać do dużej miski. Zrobić wgłębienie, w które wkruszyć drożdże. Zasypać cukrem, zalać połową wody i odstawić na 15 minut w ciepłe miejsce.
Do miski z mąką dodać resztę wody i sól, zagnieść. Wlać oliwę, zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto.
Uformować kulę, włożyć do miski, przykryć czystą ściereczką. Odstawić na 1 godzinę do podwojenia objętości.

Pieczarki obrać, pokroić w plasterki. Cebulę obrać, pokroić w kostkę. 
Na patelni rozpuścić masło, wrzucić cebulę, zeszklić. Dodać pieczarki, podsmażyć 5 minut. Wlać wino, dusić pod przykryciem 15 minut, od czasu do czasu mieszając.
Zdjąć pokrywkę, wsypać sól, pieprz i tymianek, smażyć, aż większość płynu odparuje (nadzienie powinno być gęste, nieowdnite). Wlać ocet, wymieszać.
Zdjąć z ognia i ostudzić.

Wyrośnięte ciasto krótko wyrobić, rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x35 cm. Nałożyć farsz, zostawiając 2 cm wolne z każdego brzegu. Zwinąć wzdłuż dłuższego brzegu ciasno w roladę, końcówki skleić i podwinąć pod spód.
Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia złaczeniem do dołu.

Odstawić na 20 minut.

Jajko roztrzepać. Posmarować wierzch ciasta.

Piec w 190 st. C. 25-30 minut, aż nabierze złotobrązowego koloru.
Podawać ciepłe.

Smacznego!

Wieczorem oczywiście cieszyliśmy się nowym nabytkiem - taki telewizor to naprawdę duża frajda! Mimo, że tak naprawdę to tylko zbędny gadżet, fajnie jest go mieć. Filmy w domowym zaciszu zdecydowanie zmieniają klimat...

wtorek, 15 listopada 2011

Śliwki po raz pierwszy

Miałam śliwki. Całkiem sporo, choć bez przesady. Część po prostu zjadłam, bo je lubię bardzo. To takie specyficzne owoce - albo się je kocha, albo nienawidzi. Surowe smak mają zupełnie inny od tych przetworzonych - jak byłam młodsza bardzo ciężko było mi uwierzyć, że powidła naprawdę są zrobione ze śliwek. Cóż... Dzisiaj to po prostu wiem (dzieciństwo ma w sobie pewną magię...). W każdym razie uwielbiam takie prosto z drzewa - na Dziadkowej działce było kilka śliw - mogłam je zjadać kilogramami, a Babcia pilnowała, żebym - broń Boże! - nie popiła ich zimną wodą. Dziś działki już nie ma, a śliwki muszę kupować. Tak czy inaczej - smaczne bardzo były.

Nie samymi śliwkami jednak człowiek żyje - część trzeba było przetworzyć. Drożdżówka czy tarta ze śliwkami to klasyka, sernik jest pyszny, ale miałam chęć na coś innego. Szukałam, wertowałam, aż w końcu wypatrzyłam przepis w gazecie Pieczenie jest proste nr 4/2009 (tak, naprawdę lubię tą serię). Nie namyślając się długo - przystąpiłam do działania. Efekt - rewelacja! Spód to ciasto ucierane (znów się udało!), wierzch to to samo ciasto przykryte słodką, kruchą bezą. Środek to oczywiście lekko podgotowane śliwki przykryte kisielem i grubą warstwą pysznego, winnego kremu. Gastronomiczna poezja! 
Ciasto nie jest trudne w wykonaniu, ale zajmuje trochę czasu - wszystko, co gorące, musi najpierw wystygnąć, a całość musi przeleżeć w lodówce przynajmniej kilka godzin, żeby ładnie się scaliła. Smak jest zaskakujący - śliwki w tortach chyba jednak nie są zbyt popularne. U mnie było to zwykłe ciasto do kawy, ale prezentuje się naprawdę świetnie, i z powodzeniem może wystąpić w roli jesiennego tortu na większej imprezie.

Kosztować go miał okazję Kuzyn moich Panów, i usłyszałam ten specyficzny komplement - jak ze sklepu! Hmm... W mniemaniu wielu osób jest to jeden z najbardziej komplementowych komplementów, jakim można obdarzyć ciasto. Mnie nie przestanie zadziwiać nigdy.

Grunt, że smakowało.

Tort śliwkowy z bezą


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

ciasto:
  • 125 g miękkiego masła
  • 150 g cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 5 żółtek
  • 150 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 30 ml mleka

beza:
  • 3 białka
  • sok z 1/2 cytryny
  • 130 g cukru
  • 25 g płatków migdałowych

masa śliwkowa:
  • 500 g śliwek
  • 300 ml soku winogronowego
  • opakowanie kisielu o czerwonym kolorze (40 g)
  • 55 ml zimnej wody

krem:
  • 300 ml czerwonego półwytrawnego wina
  • 200 ml soku winogronowego
  • 75 g cukru
  • 1 cytryna
  • 1 opakowanie budyniu śmietankowego (40 g)
  • 2 łyżeczki żelatyny
  • 2 łyżki zimnej wody
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)

Masło utrzeć z cukrem, cukrem waniliowym i solą na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać żółtka, dokłądnie miskując po każdym dodaniu. Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia. Partiami dodawać do ciasta, na zmianę z mlekiem.

Spody 2 tortownic wyłożyć papierem do pieczenia. 
Ciasto podzielić na pół, wyłożyć do foremek, równomiernie rozprowadzić łyżką.

Piec w 200 st. C. przez 25 minut.

W tym czasie ubić na sztywno białka, pod koniec partiami wsypując cukier. Wlać sok z cytryny, połączyć.
Wyjąć jedną z tortownic, rozprowadzić na wierzchu masę bezową, posypać płatkami migdałowymi.

Piec w 175 st. C. przez 25 minut.
Wyjąć obie tortownice, rozpiąć obręcze i wystudzić ciasto.

Śliwki umyć, przekorić na połowy i usunąć pestki. 
Sok zagotować, poddusić w nim owoce przez 3-4 minuty.
Odcedzić, wystudzić.

Kisiel wymieszać z wodą, powoli wlewać do gotującego się soku, cały czas mieszając. Pogotować jeszcze chwilę, ostudzić.

Spód ciasta (bez bezy) ułożyć na dnie formy, zamknąć obręcz. Wyłożyć śliwki, na wierzch wylać kisiel rozprowadzając tak, żeby dokładnie zakrywał wszystkie owoce.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Budyń rozprowadzić w 100 ml soku winogronowego.
Wino, resztę soku, cukier, skórkę otartą z cytryny i sok z niej wyciśnięty zagotować. Odlać kilka łyżek, w których rozpuścić żelatynę.
Do gotującego się płynu wąskim strumieniem wlać budyń, cały czas mieszając. Zdjąć z ognia, dodać żelatynę, dokładnie wymieszać i odstawić do całkowitego ostudzenia.

Kremówkę ubić na sztywno, połączyć z kremem. Masę wyłożyć na kisiel, przykryć wierzchem ciasta (z bezą).

Wstawić do lodówki na 2-3 godziny.

Smacznego!

Poza tym chciałabym się podzielić pewną nowiną. Otóż uczyniliśmy krok w kierunku normalności, i sprawiliśmy sobie telewizor. Kiedy Panowie zasapani wkulali się do korytarza z ogromnym pudłem, byłam w lekkim szoku. Cóż - Phillipek robi wrażenie swoimi 52 calami... Teraz filmy będzie można oglądać prawie jak w kinie. Do tego Wii, i coś mi się wydaje, że Chłopcy przestaną zamykać się w swoich pokojach...

poniedziałek, 10 października 2011

Piekarnikowa inauguracja

Nareszcie! Znalazłam czas, i zaczęłam odkrywać mój nowy piekarnik. Wiatr hulając za oknami i strugi deszczu spływające po szybach zachęcają do ogrzewania kuchni ciepłem i aromatami wydobywającymi się z pieca. Poza tym miałam świetny pretekst - pierwsza oficjalna wizyta Czarnej na drinka. Chciałam, żeby było niebanalnie, ale prosto. I koniecznie z pieczarkami, które kupuję bardzo rzadko, a tym razem dostałam od Najlepszych Sąsiadów, którzy jechali do Polski i opróżniali lodówkę. Poszperałam, i zmiksowałam - przepis na kruchy spód od Michela Roux z jego Ciast pikantnych i słodkich; nadzienie, które wcale nadzieniem nie było, wzięłam z Kuchni Nigelli. I muszę powiedzieć, że spotkanie na szczycie w mojej kuchni zaowocowało naprawdę świetnym daniem - prostym, a jednocześnie efektownym, bardzo smacznym, z łatwo dostępnych składników. Sądzę, że taka tarta znajdzie wielu zwolenników - z pewnością warto ją wypróbować.

Był też deser, bardzo smaczny, ale o nim już następnym razem.

Tarta z pieczarkami i porami



Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 250 g mąki pszennej
  • 125 g zimnego masła
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 jajko

nadzienie:
  • 500 g pieczarek
  • 1 por
  • 50 g masła
  • 2 łyżeczki oleju
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku
  • 150 ml białego wytrawnego wina
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka czarnego pieprzu
  • 2 jajka
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)

Mąkę pzesiać do miski, wymieszać z cukrem i solą. Dodać masło, posiekać. Wbić jajko, zagnieść szybko gładkie ciasto. Uformować kulę, szczelnie owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Pieczarki umyć, obrać i pokroić w plastry. Por pokroić w cienkie plasterki.
Na głebokiej patelni rozpuścić masło z olejem, wsypać por i usmażyć do miękkości, około 10 minut. Dodać resztę masła, wsypać pieczarki i tymianek, dusić pod przykryciem 10-15 minut, od czasu do czasu mieszając.
Doprawić solą i pieprzem, wlać połowę wina i dusić pod przykryciem 5 minut. Zdjąć pokrywkę, walć resztę wina, smażyć, aż większość płynu odparuje. Wlać oliwę truflową, ewentualnie doprawić do smaku, przestudzić.

Ciasto rozwałkować i wyłożyć nim formę do tarty. Wstawić na 20 minut do lodówki, schłodzone gęsto ponakłuwać widelcem.

Podpiec w 190 st. C. przez 12-15 minut.
Ostudzić.

Jajka roztrzepać, wymieszać ze śmietaną. 
Na ostudzony spód wyłożyć pieczarki, zalać masą śmietanową.

Piec 30 minut w 190 st. C.
Podawać ciepłą.

Smacznego!

Ech, ludzie... Czy muszą być tacy skomplikowani...? Dlaczego Przyjaciele wyczyniają cuda, których nigdy byśmy się po nich nie spodziewali? Dlaczego nagle tak bardzo się zmieniają...?
A może nie zmieniają, tylko wyłazi z nich prawdziwy charakter? Nie wiem, nie wiem już nic. Nie wiem, co myśleć o pewnych sprawach. Nie czuję się dorosła - miewam humory, oglądam bajki, skaczę po kałużach. Ale kiedy patrzę na zachowania moich rówieśników, robi mi się słabo i zadaję sobie milion pytań. Bo jak tak można...? Jak...?! 
Wiem tak mało, a jednocześnie o wiele, wiele za dużo, żeby spać spokojnie. 
Czy kiedyś jest już za późno, żeby wydorośleć...?