Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Napoje zimne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Napoje zimne. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 stycznia 2018

Korzenny syrop mandarynkowy

Wiecie, co Wam powiem (a raczej - napiszę)...? Ja już nie wiem, jak się nazywam. I wcale nie chodzi mi o to, że kilka miesięcy temu wyszłam za mąż i ciągle mi się myli, bo zapobiegliwie zachowałam nazwisko panieńskie, męża tylko dodając na końcu. I teraz, jak się podpisuję, nijak nie mogę się zmieścić w wyznaczonym miejscu. Bo choć imiona mam krótkie, to nazwiska... Literek nikt nie żałował. I teraz mam. Ale za to jak z rozbiegu zaczynam pisać panieńskie, to nie ma wtopy. Coś za coś. Inaczej się w życiu nie da.

Ostatnimi czasy w moim życiu priorytetem stał się sen. Udaje mi się złapać go tak mało, że ciągle chodzę pół przytomna. Stwierdziłam więc w końcu, że cała reszta się nie liczy, a ja muszę się wyspać. Chociaż raz w tygodniu. 
Może w przyszłym się uda...? W zeszłym bowiem, choć bardzo się starałam, nic z tego nie wyszło. Bo poza pracą i dojazdami do rzeczonej, chciałabym jeszcze z Mężem pobyć, z psami na spacer wyjść, ciasto upiec i książkę poczytać. Tak; nie albo, ale i. Bo dlaczego ciągle muszę wybierać...? 
Po całym tygodniu i nocach krótszych niż pięć godzin stwierdziłam, że to jednak był głupi pomysł. Nieważne spacery; książki poczekają, a C. sam się sobą zająć umie. Ja muszę spać!

I nie śpię. Bo znów zdecydowałam, że ugotowanie obiadu dla C. i przygotowanie dla niego deseru jest ważniejsze (w końcu chłopak był wczoraj w pracy czternaście godzin, to coś mu się od życia należy, prawda...?). I teraz już tylko czekam na weekend. I będę spać i błogo leniuchować. A makaroniki? Myślicie, że poprzekładają się same...?

W mojej ulubionej misce miałam kilogram mandarynek. Ale po Świętach jakoś straciłam na nie apetyt; już nie mają w sobie tej magii. Stwierdziłam więc, że zrobię konfiturę, taką jak Natasza. Po obraniu dwóch mandarynek z białych błonek stwierdziłam jednak, że nie mam cierpliwości ani całego dnia na zabawę, wycisnęłam więc z pozostałych sok i przygotowałam syrop. I wiecie co? To był doskonały pomysł! Czarna herbata z takim syropem smakuje obłędnie. Do tej pory wypijałam dziennie całe litry; okazało się jednak, że mogę wypić jeszcze więcej! Syrop jest wyraźnie mandarynkowy, z lekką nutą korzennych przypraw. Mówię Wam - coś cudownego! I jak pięknie pasuje do śniegu za oknami...

Korzenny syrop z mandarynek z Cointreau


Składniki:
(na 3 słoiczki)
  • 1 kg mandarynek
  • 500 g cukru
  • sok z 1 cytryny
  • 1 gwiazdka anyżu
  • 4cm kawałek kory cynamonu
  • 4 kapsułki kardamonu
  • 2cm kawałek imbiru (świeży lub suszony)
  • 175 ml Cointreau

Z mandarynek wycisnąć sok, zachowując jak najwięcej miąższu. Przelać do garnka, dodać cukier i sok z cytryny, zagotować. Zmniejszyć ogień, dodać anyż, cynamon, lekko zgniecione kapsułki kardamonu i imbir. Gotować przez 30 minut. Po tym czasie dodać likier, wymieszać, gotować bez przykrycia aż do osiągnięcia pożądanej konsystencji.
Gorący syrop przecedzić, przelać do wyparzonych słoiczków, ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

I wybaczcie, że znowu tak zrzędzę, ale... To z niewyspania. Jak już się wyśpię, wymaluję tak optymistycznego i radosnego posta, że... Sama jeszcze nie wiem co. Ale będzie super!

poniedziałek, 2 października 2017

Cóż za kolor, cóż za smak! Czyli syrop z owoców czarnego bzu

Tak jak pierwszy dzień jesieni zaskoczył nas słońcem, które niestety już następnego dnia schowało się za grubą warstwą ołowianoszarych chmur, tak pierwszy października wcale nie był gorszy. W drodze do domu z zachwytem wsunęłam na nos ciemne okulary, a już po powrocie, zamiast skulić się na kanapie pod kocem i marudzić, dlaczego woda na herbatę gotuje się tak zatrważająco długo, włożyłam czerwone kalosze i razem z C. i psami ruszyliśmy w las. A musicie wiedzieć, że w naszym lesie od powrotu z wakacji nie byłam. Albo padało, albo było takie błocko, że bałam się, że mi się psy potopią (a przynajmniej wrócą tak umorusane, że będą się nadawały tylko do kąpieli), albo... Cóż, chciałam napisać, że albo byłam tak zmęczona po pracy, że już sił na nic nie miałam, ale nie byłaby to do końca prawda. Bo gdy tylko słonko nieśmiało wyjrzało zza chmur, wstąpiło we mnie tyle energii, że mogłabym góry przenosić. Spacer więc to żadne wyzwanie; nawet po pobudce o wpół do pierwszej w nocy.

Najpierw nieśmiało, później coraz pewniej, kroczyliśmy znajomymi ścieżkami. I tak jak przez całe lato narzekaliśmy na nieurodzaj (bo ani jeżyny, ani czereśnie, ani owoce czarnego bzu w naszych tajemnych miejscach w tym roku nie obrodziły), tak teraz z zachwytem wpatrywaliśmy się w leśne poszycie pełne grzybów. Mnóstwo gatunków, o których nie mamy bladego pojęcia, czy są trujące, czy nie. Aż w końcu... Na zwalonym, spróchniałym pniu znaleźliśmy grzybnię kurek! Te znają chyba wszyscy; bez wahania więc nazbieraliśmy całkiem pokaźną ilość. Są to zdecydowanie moje ulubione grzyby; będzie tarta, albo zupa, albo sos... A może wszystkiego po trochu...? Jeszcze się nie zdecydowaliśmy...

Tymczasem z trudem nazbieranych owoców czarnego bzu, przygotowałam syrop. Robi się go szybko i prosto, a jedynym składnikiem, którego zdobycie może nastręczyć trudności, jest... Czarny bez. Z tego, co wiem, nie da się go bowiem kupić w markecie czy na straganie. Trzeba pójść do lasu albo na łąkę, z dala od dróg i ludzkich siedzib, i cierpliwie nazbierać tylko dojrzałych, ciemnych kuleczek. Następnie pieczołowicie pozbyć się gałązek (najlepiej robić to widelcem, tak jak w przypadku porzeczek), a owoce przełożyć do garnka. Pamiętajcie - czarny bez na surowo jest trujący! Nie używamy go więc do dekoracji ciast czy deserów, tylko przerabiamy na syrop albo dżem. U mnie tylko ten pierwszy, w dodatku w ilościach raczej mizernych; więcej bzu nie udało nam się znaleźć.

Syrop jest boski! Pachnie pięknie, a kolor ma taki, że aż dech z wrażenia zapiera. Idealnie nadaje się do herbaty, lemoniady, albo do sernika z figami... Ale o nim innym razem.

Syrop z owoców czarnego bzu


Składniki:
(na 500 ml syropu)
  • 500 g owoców czarnego bzu (waga bez gałązek)
  • 250 g cukru
  • 125 ml wody
  • sok z 1/2 cytryny

Owoce przełożyć do garnka, dodać cukier, wodę i sok z cytryny, zagotować. Gotować bez przykrycia przez około 20 minut, a następnie przetrzeć przez sitko. Syrop zagotować raz jeszcze, przelać do wyparzonych butelek, mocno zakręcić. Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!


Tymczasem jutro czeka mnie wyprawa do Kopenhagi. W zeszłym roku bawiłam się świetnie, a w tym, mam wrażenie, będzie jeszcze lepiej.
Ale o szczegółach następnym razem...

środa, 26 lipca 2017

Cukrowy szczyt i spóźniony syrop z bzu i malin

Parę tygodni temu w duńskiej telewizji premierę miał program, który przyprawił o szybsze bicie serca nie tylko cukierniczych amatorów, ale też profesjonalistów. Mowa o Sukkertoppen, czyli Cukrowym szczycie. Dwie pary cukierników co tydzień dostają dwa zadania; wygrani przechodzą dalej. Pierwsze z nich to dwa razy po trzydzieści jednoosobowych ciastek; wygląd i składniki są dowolne, zawsze jednak jest jakiś składnik główny, na przykład rabarbar czy truskawki. Drugie zadanie to ciasto dla trzydziestu osób, gdzie narzucony jest temat i jeden z elementów ciasta (w jednym z programów były to las i ciasto francuskie). Na przygotowanie wszystkiego uczestnicy mają określony czas, jednak do studia przychodzą już przygotowani; listę zadań dostają bowiem z wyprzedzeniem.

Spodziewałam się czegoś absolutnie fantastycznego. I choć niektóre z przysmaków zrobiły na mnie wrażenie, to inne wywołały lekkie zdumienie. Tak proste i oczywiste na taki konkurs...? Mogliby się, moim zdaniem, nieco bardziej postarać.
Zresztą, to nie tylko moje zdanie. Jurorzy, którymi są Nikolaos Strangas (Grek, który pracował w wielu restauracjach z gwiazdkami Michelin, przygotowywał desery dla słynnego D'Angleterre, a obecnie ma swoją cukiernię w Kopenhadze) oraz Ronnie Holmen (nowy szef cukierniczy w Odense Marcipan), również wyrażają swoje rozczarowanie prostotą wykonanych ciast.
Z drugiej strony program oglądam razem z C., który nie może się nadziwić, jak oni to wszystko robią... Domyślam się więc, że na widzach, którzy z branżą cukierniczą nie mają wiele wspólnego, show zdecydowanie robi wrażenie.

Póki co z niecierpliwością czekam na wielki finał - uczestnicy będą przygotowywać torty ślubne.
Poza tym zabawnie jest patrzeć na Ronniego, z którym nie tak dawno rozmawiałam o moim torcie ślubnym...

Dzisiaj mam dla Was przepis, na którego przygotowanie będziecie musieli poczekać do przyszłego roku. Wszystko dlatego, że czarny bez dawno już przekwitł, a ja jakoś nie miałam czasu przygotować wpisu. Syrop jednak wyszedł tak pyszny, że jestem pewna, iż jego idea nie wywietrzeje Wam z głów nawet do przyszłego lata.

Przepis podpatrzyłam w Hjemmets bedste mad, nr 6/2016; zmieniłam tylko truskawki na maliny, a gotowy syrop, zamiast mrozić, zagotowałam i zamknęłam w butelkach.
Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania! Kolor ma fenomenalny, pachnie obłędnie, a smakuje tak, że mogłabym tylko to pić przez całe lato (co zresztą razem z C. uskuteczniamy; zostały mi raptem dwa słoiczki). Koniecznie sobie ten przepis zapiszcie; przyda się w kolejnym bzowym sezonie.

Syrop malinowo-bzowy


Składniki:
(na 2 l syropu)
  • 450 g malin
  • 15 kwiatostanów czarnego bzu
  • 1 cytryna
  • 1 l wody
  • 1 kg cukru

Maliny umyć, osuszyć i rozgnieść widelcem. Przełożyć do miski.
Na owocach ułożyć kwiaty bzu pozbawione grubszych łodyżek. Cytrynę wyszorować, pokroić w cieknie plastry, ułożyć na wierzchu.
Z cukru i wody zagotować syrop. Gorącym zalać owoce z kwiatami. Odstawić na 3 doby w chłodne miejsce (może być lodówka), codziennie mieszając.

Syrop przecedzić przez sitko wyłożone czystą, kuchenną ściereczką. Przelać do garnka, zagotować. Gorący przelewać do wyparzonych słoiczków lub butelek, mocno zakręcać. Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Przepis dodaję do akcji Ani:

poniedziałek, 10 lipca 2017

Lata brak i syrop poniewczasie

Czas pędzi nieubłaganie. Ani się obejrzałam, a to już niemal połowa lipca! Może jestem taka zagubiona, bo za dużo pracuję, a może dlatego, że słońce pokazuje się z rzadka i raczy nas ciepłem raczej oszczędnie. Letnie sukienki wiszą smętnie w szafie, powoli zaczynam nawet rozważać opcję noszenia do nich grubych rajstop. W końcu lato za chwilkę się skończy...
Tymczasem bzy również przekwitły. Muszę przyznać, że mocno zaskoczył mnie widok krzewów bez mnóstwa drobnych, białych kwiatków. To naprawdę już...? A co z pomysłami na kolejne syropy i ciasta...? Cóż, będą musiały poczekać do przyszłego roku... Może wtedy nie będę już w stanie permanentnej śpiącej królewny.

Zanim jednak kwiatuszki opadły, zdążyłam nazbierać odpowiednią ilość na syrop bzowo-truskawkowy.
Odkąd po raz pierwszy przygotowałam klasyczny syrop z kwiatów czarnego bzu, robię go co roku. Jest obłędnie pyszny i aromatyczny, świetnie nadaje się się do ciast. W tym roku chciałam go jakoś urozmaicić - idealny pomysł znalazłam w Hjemmets bedste mad, nr 6/2016. Dodatek truskawek okazał się strzałem w dziesiątkę! Syrop nie tylko bosko pachnie, ale ma też fantastyczny kolor. 
Smak czerwca zamknięty w butelce.

Syrop truskawkowo-bzowy


Składniki:
(na 2 l syropu)
  • 500 g truskawek
  • 20 kwiatostanów czarnego bzu
  • 1 cytryna
  • 1 l wody
  • 1 kg jasnego cukru trzcinowego
Truskawki umyć, pozbawić szypułek i rozgnieść widelcem. Przełożyć do miski.
Na owocach ułożyć kwiaty bzu pozbawione grubszych łodyżek. Cytrynę wyszorować, pokroić w cieknie plastry, ułożyć na wierzchu.
Z cukru i wody zagotować syrop. Gorącym zalać owoce z kwiatami. Odstawić na 3 doby w chłodne miejsce (może być lodówka), codziennie mieszając. 

Syrop przecedzić przez sitko wyłożone czystą, kuchenną ściereczką. Przechowywać w lodówce do 1 miesiąca lub zamrozić.

Smacznego!

Tymczasem już w piątek wybieramy się na Midt om natten do Varde. Teatr pod gołym niebem; uwielbiam!

A przepis dodaję oczywiście do akcji Ani:

piątek, 7 lipca 2017

Mrożona herbata. Z rabarbarem i bzem

Nie wszystko poszło tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Krzak malin usechł, zanim jeszcze zdążył się na dobre zadomowić - chyba wybraliśmy dla niego złe miejsce. Krzew czerwonej porzeczki nie przetrwał kilku letnich nawałnic i kilka gałęzi się złamało, pozostawiając dwa smętne kikuty. Cukinie nawet nie zakiełkowały, a szczypiorek został pochłonięty przez rukiew. Było też jednak kilka pozytywnych zaskoczeń: mięta truskawkowa, po przesadzeniu do innej donicy, odzyskała wigor i wygląda na to, że nie da o sobie zapomnieć. Trzeci rodzaj rabarbaru, który myślałam, że nie przetrwa, wypuścił nowe, malutkie gałązki. W tym roku już z niego pożytku nie będzie, ale w przyszłym, kto wie...? Być może doczekacie się przepisów na ciasta z rabarbarem truskawkowym. Jagody goji w końcu wykiełkowały, wprawiając mnie w stan bliski euforii, a leszczyna wypuściła kilka zielonych listków, więc teraz dmuchamy na nią i chuchamy z wielkim zapałem. Mięta imbirowa i zwykła, a także szałwia ananasowa wybujały ponad wszelkie oczekiwania (jeśli macie jakieś pomysły na ich wykorzystanie, koniecznie podzielcie się w komentarzach), a w żywopłocie znaleźliśmy czerwoną porzeczkę wynagradzającą straty. 

Tak więc choć nie wszystko poszło tak, jak planowaliśmy, jesteśmy naszym małym ogródkiem zachwyceni i bardzo przejęci. Ekscytacja sięga zenitu, gdyż jabłonka, po odcięciu na wpół martwego konara, w tym roku zasypana jest wręcz malutkimi, póki co, owocami. Mam nadzieję, że delikatne gałązki wytrzymają ciężar...

W międzyczasie czarny bez przestał kwitnąć. Deszcze zmyły z gałązek ostatnie kwiatki; na szczęście zanim to się stało, przygotowałam solidną porcję syropów. Malinowy, truskawkowy i klasyczny; rozchodzą się szybciej, niż się spodziewałam!

Tego ostatniego użyłam do przygotowania mrożonej herbaty. Trzy tygodnie temu trafił nam się słoneczny weekend, nie zwlekając więc, czym prędzej ukręciłam lody i przygotowałam chłodzący napój. W końcu nie wiadomo, kiedy znów trafi się okazja...

Tak naprawdę przygotowanie mrożonej herbaty jest banalnie proste, wymaga jedynie odrobiny cierpliwości, aż całość mocno się schłodzi. Do delikatnej, czarnej herbaty dodałam sporo rabarbaru, dzięki któremu stała się kwaskowata i orzeźwiająca, a całość osłodziłam syropem z kwiatów czarnego bzu. Proporcje są tutaj umowne, możecie regulować je według własnego uznania, dopasowując do indywidualnego smaku.

Inny pomysł na mrożoną herbatę znajdziecie dzisiaj również u Ani.

Mrożona czarna herbata z rabarbarem i bzem


Składniki:
(na około 1,5 l napoju)
dodatkowo:
  • lód w kostkach
Rabarbar pokroić w cienkie plastry, przełożyć do dzbanka. Włożyć do niego torebkę herbaty, zalać wrzątkiem. Po 5-10 minutach usunąć torebkę z herbatą, ostudzić. Dodać syrop, wymieszać, schłodzić w lodówce.
Podawać z kostkami lodu.

Smacznego!

A rabarbaru z herbaty nie wyrzucajcie; świetnie nadaje się do porannej owsianki.

wtorek, 20 czerwca 2017

Jak się nie opalać i koktajl bananowy z mietą

Weekend był cudowny! Obłędnie słoneczny i ciepły; poczułam się, jakbyśmy zamiast wracać z urlopu do Danii, wybrali się do ciepłych krajów. Zasiedliśmy więc z C. w ogrodzie, bardzo z siebie zadowoleni, popijaliśmy herbatkę, pieliliśmy, rozmawialiśmy; i tak nam czas przyjemnie, leniwie płynął. 
Pod wieczór zrobiło się chłodniej; gdy weszłam do domu, a chwilę później do łazienki - zdębiałam. Patrzyłam w lustro i nie wierzyłam własnym oczom - przypominałam dobrze już obgotowanego raka. I kiedy zobaczyłam to, czego przez cały dzień nie czułam - poczułam
Zawsze tak jest, prawda...? Dopóki nie zdajemy sobie z czegoś sprawy, żyjemy z tym, nie poświęcając większej uwagi; gdy ktoś nas uświadomi (lub nastąpi to samoistnie za sprawą dziwnych - bądź nie - zbiegów okoliczności), nagle okazuje się, że mamy problem.
I ja właśnie ten problem poczułam na własnej skórze (bardziej dosłownie, niż bym sobie tego życzyła). Czoło, ramiona i łydki nagle zaczęły mnie bardzo nieprzyjemnie piec. I muszę przyznać, że mimo zatrważającej ilości Panthenolu, który na siebie nałożyłam, pieką nadal. Choć jest już zdecydowanie lepiej - tylko strategiczne miejsca, które nie widziały słońca od nie wiem jak długiego czasu, są zaognione. Z nosa skóra schodzi mi płatami, ale ramiona i reszta twarzy zrobiły się brązowawe. Nie powiem, że było warto, ale... W niezwykle pożądanym, brzoskwiniowo-brązowym odcieniu, naprawdę mi do twarzy.

Na pocieszenie przygotowałam sobie koktajl. Tak naprawdę przekonał mnie do tego banan, smutnie leżakujący na stole w kuchni i zmieniający barwę ze słonecznożółtej na ciemnobrązową. Przejrzałam więc niedawno nabytą w Polsce gazetę Kuchnia: koktajle. Wydanie specjalne, nr 3/2017 poświęconą w głównej mierze, jak sama nazwa wskazuje, koktajlom. Przepis na bananową piankę zaintrygował mnie dodatkiem mięty; musicie przyznać, że to niecodzienne połączenie. Okazuje się jednak, że naprawdę trafione - koktajl jest lekki, odpowiednio słodki i orzeźwiający. Świetnie gasi pragnienie w upalne, duńskie dni.
Polecam!

Bananowa pianka z miętą


Składniki:
(na 1 porcję)
  • 1 dojrzały banan
  • 100 ml zimnej maślanki
  • 1 łyżeczka nasion konopi
  • 1 łyżeczka mielonych migdałów
  • 2 listki mięty imbirowej
  • 1 łyżeczka miodu

Maślankę miksować w blenderze kielichowym przez 3 minuty, aż się dobrze spieni. Partiami dodawać obranego i pokrojonego na plasterki banana, następnie dodać konopie, migdały, miętę i miód i zmiksować na gładki koktajl.
Podawać natychmiast.

Smacznego!

Plus tego wszystkiego jest taki, że moje łydki zmieniły kolor mącznej bieli, którym straszą zazwyczaj przez okrągły rok.
Warto było...?
Eee...

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Smoothie z acai i chia, czyli jak być trendy

Do tego, że słodyczy jem więcej, niż powinnam, przyznaję się bez bicia i żenady. Jest, jak jest. Słodkie lubię, i jeśli próbuję je sobie ograniczać, to tym większą mam na nie ochotę. Akceptuję więc to, czego zmienić nie mogę, i rekompensuję sobie tę słabość innymi zdrowymi posiłkami. Na śniadania jadam domową granolę, puddingi z chia i owoce. Obiady bez sałatek niemal nie istnieją, choć czasem muszę mocno do nich przekonywać C. Odkąd mam nową zabawkę, czyli piekarnik parowy, coraz rzadziej smażę mięso (choć już wcześniej pieczone zdecydowanie było moim faworytem). Owszem, zdarza mi się podgryzać chipsy przy oglądaniu filmów, ale często zastępuję je orzechami albo suszonymi owocami. No i kupnych słodyczy nie jem prawie wcale - choć to już raczej kwestia smaku niż świadomego poświęcenia.
Oglądam więc namiętnie, oprócz słodkich blogów, również te o zdrowym żywieniu. Takie odchudzone desery zupełnie mnie nie kręcą - choć autorki (autorzy zresztą też; choć mam wrażenie, że w przerażającej większości są to kobiety) zapewniają, że dietetyczny sernik smakuje o niebo lepiej, niż ten na tłustym twarogu, to mnie przekonać nie potrafią. Kilka razy próbowałam i poniosłam totalną klęskę. Pozostaję więc przy cukrze i śmietance, bo jednak smak jest dla mnie najważniejszy.

Wracając jednak do meritum, czyli blogów fit. Ponieważ lubię eksperymentować i chętnie testuję nowości, dość ciężko mnie zaskoczyć. Ale tak sobie myślę, że przeciętny poszukiwacz odmiany od codzienności, widząc w przepisie aquafabę bez słowa wyjaśnienia, ucieknie gdzie pieprz rośnie, a bardziej przyjazne woda z puszki po ciecierzycy nie pomniejsza mniemania o sobie rzeczonego blogera.

Chcecie być fancy i trendy? Bądźcie sobie na zdrowie. Ale pamiętajcie też o tych, którzy to wszystko mają... No, wiadomo gdzie.

Żeby się w ten piękny trend wpisać, mam dzisiaj dla Was przepis na bardzo prosty i szybki w przygotowaniu koktajl, który doda Wam energii na cały smutny i ciężki poniedziałek. Wystarczy mieć w lodówce mleko, a w szafce... No właśnie. Nasionka chia, czyli szałwii hiszpańskiej - małe, szarawe kuleczki, które po zetknięciu z płynem żelują go. Można z nich przygotować pyszne, gęste puddingi, ale też lżejsze koktajle. Można je wtedy wlać do kubka i popijać po drodze do pracy czując, jak witaminy i mikroelementy rozchodzą się po organizmie.
Są też potrzebne suszone, mielone jagody acai. O ich cudownych właściwościach możecie poczytać na wielu stronach - ja kupiłam je z ciekawości. Nadały mojemu koktajlowi fioletowawego koloru, choć ich smak jest bardzo delikatny. Lekko owocowy, pozostaje gdzieś w tle. Niemniej, bogate w antyoksydanty i wspomagające odchudzanie jagody są niezwykle wartościowym dodatkiem.

Jest więc zdrowo, smacznie i niecodziennie. Czy można lepiej rozpocząć poniedziałek...?

Koktajl z acai i chia


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 800 ml mleka
  • 6 łyżek chia
  • 1,5 łyżki suszonych i zmielonych jagód acai
  • 1 łyżka syropu klonowego

Wszystkie składniki umieścić w misce, dobrze wymieszać, aż koktajl nieco zgęstnieje.
Schłodzić przez noc w lodówce.

Smacznego!


Koktajl jest zdrowy, a do tego świetnie smakuje mocno schłodzony. Dodaję więc go do konkursu Lodovo, zdrovo, domovo, w którym do wygrania jest książka Lodovo:

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Syrop żurawinowy z wanilią

Grudzień, choć piękny, ciepły i słoneczny, grudnia w zasadzie wcale nie przypominający, światło dawkuje nam bardzo skąpo. Cały dzień spędziłam na wyczekiwaniu odpowiedniego momentu na zdjęcia: żeby ostre światło schowało się już za framugami, dając tylko rozproszone promienie. Mimo wszystko kolory na zdjęciu są dziwne; wręcz niepokojące. Nie potrafię nad nimi zapanować. Cóż, nawet już nie próbuję; taki już urok grudnia...

Pisałam Wam już wcześniej, że zaopatrzyłam się w słuszne ilości świeżej żurawiny. Jest to jeden z moich ulubionych owoców: kwaśny, cierpkawy, nie do pomylenia z niczym innym. W dodatku intensywna czerwień tych niepozornych kuleczek nieodmiennie mnie zachwyca. Po obłędnym brownie, które podbiło serca współpracowników C. na tyle, że prośby o przepis posypały się jak z rękawa, przygotowałam syrop. Rzecz prosta i szybka, a sprawia, że zwykła herbata stanie się niesamowitym doznaniem. Kwaskowaty, intensywny, niezbyt słodki, po prostu idealny.

C., który herbatę pija zdecydowanie rzadziej niż ja, nawet teraz, w grudniu, syrop pije po prostu z wodą z lodem. Mówi, że tak smakuje najlepiej.

Syrop żurawinowy z wanilią


Składniki:
(na około 1 l syropu)
  • 500 g żurawiny
  • 1 l wody
  • 250 g cukru trzcinowego
  • 1 laska wanilii
Żurawinę przełożyć do garnka, zalać wodą. Gotować przez 15-20 minut, aż owoce popękają. Przetrzeć przez sitko.
Płyn przelać do garnka, dodać cukier, ziarnka wyskrobane z wanilii i strąk. Gotować na średniej mocy palnika przez 30 minut, aż syrop odpowiednio zgęstnieje. 
Wyjąć laskę wanilii.
Gorący syrop przelać do butelek, mocno zamknąć. Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Do mojego syropu dodałam wanilii, żeby jego smak nieco wzbogacić, ale nie zdominować. Zamiast można dodać laskę cynamonu albo kilka kapsułek kardamonu. Ale w ogóle przygotować jego korzenną wersję.
Wybór pozostawiam Wam.

Ach! Zupełnie bym zapomniała!
Nie wyrzucajcie resztek żurawiny. Już niebawem pokażę Wam, jak przeistoczyć je w coś naprawdę pysznego...

czwartek, 2 czerwca 2016

Piliście kiedyś żółte kiwi...?

Zeszłą sobotę spędziłam na znoszeniu całego mnóstwa kartonów z drugiego piętra, i wnoszeniu na rzeczone piętro małego, puchatego uciekiniera. Gdy tylko Ptysia zobaczyła możliwość prześlizgnięcia się, szybciutko, nisko na łapkach, w zasadzie niemal się czołgając, ruszyła w dół schodów. Nie pomogły prośby, groźby i okrzyki. Poszukiwania C. zostały rozpoczęte, i taki drobiazg jak zdenerwowana ja, nie mógł przecież ich uniemożliwić. Na szczęście w drzwiach wyjściowych wpadła wprost w ramiona C. 
Mały rozbójnik.

Gdy już bezpiecznie zapakowaliśmy wszystkie kartony do wynajętej specjalnie w tym celu przyczepy, a Ptysia wylądowała z powrotem w mieszkaniu, wyruszyliśmy w podróż do naszego nowego domu. Tam już poszło łatwiej, bo do pokonania były raptem cztery stopnie. Niemniej, głośno i wyraźnie zaznaczyłam, że przeprowadzam się ostatni raz w życiu. Ilość rzeczy, które zgromadziliśmy przez te pięć lat, jest niewyobrażalna. W zasadzie nie mam pojęcia, gdzie my to wszystko mieściliśmy... Kartony, które wywieźliśmy, już w poniedziałek zastąpiły nowe. Wypełnione do granic możliwości, czekają na swoją kolej. 
A to jeszcze nie koniec...

Pozytywna strona jest taka, że przynajmniej zaczęliśmy. Teraz to już będzie z górki, prawda...?
Ach! No i dostaliśmy pierwszy klucz. Fioletowy. C. stwierdził, że ten będzie dla mnie. 
Hmm... Zobaczymy, czy zmieni zdanie, jeśli okaże się, że kolejny jest różowy...

Urodzinowy prezent C., czyli wyciskarka, okazał się trafiony w dziesiątkę. Ja sama miałam na nią chrapkę od dawna, jednak troszkę się bałam, czy C. będzie podzielał mój entuzjazm. Okazało się, że jak najbardziej; nie wraca ze sklepu bez siatki wyładowanej owocami do wyciśnięcia. Cieszy mnie to ogromnie, bo takie soki są nie tylko zdrowe, ale przede wszystkim obłędnie pyszne!
Tym razem postawiliśmy na uwielbianego przez C. ananasa i zaskakująco żółte kiwi. W smaku nie ma różnicy, ale dzięki niemu sok ma zabójczo żółty kolor.
Odrobina imbiru do smaku, trochę jabłek - i gotowe. W upały sprawdzi się nawet zamiast deseru - obiecuję!

Sok z ananasa i kiwi z imbirem


Składniki:
(na 1,2 l soku)
  • 1 ananas
  • 800 g kiwi
  • 1-cm kawałek imbiru
  • 1 kg jabłek

Ananasa i kiwi obrać, jabłka pokroić na ćwiartki. Z owoców i imbiru wycisnąć sok przecierowy.
Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Pogoda - odpukać! - znów przekonała mnie do wyjęcia z szafy letniej sukienki.
Bajecznie!

poniedziałek, 16 maja 2016

Truskawka i kiwi. Koktajl

Dwa tygodnie absolutnie idealnego lata. Umarłam i trafiłam do raju; nie może być inaczej. Cieszymy się każdą chwilą i wykorzystujemy wszystkie wolne godziny; chodzimy do lasu, jeździmy nad wodę, a nawet nieśmiało zerkamy na meble ogrodowe; a nuż się przydadzą...?

W najpiękniejszą niedzielę, jaką pamiętam, pojechaliśmy nad rzekę. Jest tam taka urocza ścieżka, trochę w lesie, ale niemal cały czas biegnąca nad wodą. Można na niej spotkać nielicznych rowerzystów, biegaczy i innych spacerowiczów; Tak daleko, jak my, zapuszcza się bowiem niewielu. 
Idziemy więc sobie pomalutku (bo zmęczona jestem straszliwie po ciężkim weekendzie w pracy), rozmawiamy o wszystkim i o niczym, a Ptysia radośnie biega wokół nas. 
I tutaj muszę uczynić małą dygresję dla dobra historii.

Moja psa nie znosi wody. Kąpiel to dla niej największa kara za grzechy; nigdy, przenigdy dobrowolnie nie weszła do jakiegokolwiek zbiornika wodnego. Omija kałuże, a na plaży biega przy brzegu i szczeka niecierpliwie. Nie chce nawet spacerować w deszczu; taką ma kocią duszę.
Gdy więc ruszyła pędem do wody, nie zastopowałam smyczy (mamy taką rozwijaną, pięciometrową), bo byłam pewna, że stanie na brzegu. A tu nic z tego! Ptysia wpadła do rzeki z całym impetem, i zatrzymała się tylko dlatego, że smycz się skończyła. A my z C. staliśmy, patrząc na nią, z rozdziawionymi ustami. Psa się chwilę pochlapała, coś tam obwąchała, i cała zadowolona (i mokra; bardzo, bardzo mokra) wróciła na brzeg.

Po chwili ruszyliśmy dalej, oboje w niebotycznym zdumieniu, a Ptysia z dumnie sterczącym ogonem. W końcu C. się odezwał: Uszczypnij mnie. 
Po co? - spytałam racjonalnie, nie widząc powodu do sprawiania mu bólu.
Pogoda jest piękna, kupiliśmy dom, a Tina sama weszła do wody. To przecież musi być sen!

Dzisiaj mam dla Was raczej pomysł niż przepis. Idealny na upały, gdy nie chce się jeść, za to bardzo, bardzo chce się pić. 
Uwielbiam owocowe koktajle. W letnie dni wspaniale zastępują posiłki; tak samo zresztą, jak owocowe zupy. Połączenia kiwi z truskawkami spróbowałam niedawno, gdy z C. weszliśmy do Joe and the juice. Szczerze mówiąc, zaskoczył mnie taki miks. Jakoś nigdy nie pomyślałam, że truskawki z kiwi będą smakować dobrze... A smakują wyśmienicie! Słodycz truskawek przełamana kwaskowatym kiwi - idealny koktajl na ciepły dzień. No i ten obłędny kolor, któremu wprost nie można się oprzeć!
Skusicie się...?

Koktajl truskawkowy z kiwi


Składniki:
(na 2 l napoju)
  • 900 g truskawek
  • 1 kg kiwi
  • 1,5 kg jabłek

Kiwi obrać, z truskawek odciąć szypułki. Zmiksować blenderem na gładko.
Z jabłek wycisnąć sok (przecierowy), wymieszać z musem owocowym. Schłodzić przed podaniem.

Smacznego!

Porcja jest słuszna. Teoretycznie
Praktycznie znika w ciągu dwóch dni, więc naprawdę, nawet nie zawracajcie sobie głów mniejszą ilością.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Dzisiaj nauczę Was kłamać

Każdy wytrawny kłamca wie, że aby przekonać innych do swojej wizji świata, nie powinien przesadzać. Opowiadając historie wyssane z palca i zgoła nieprawdopodobne, nie nabierze nikogo. Prawdopodobieństwo jednak bywa niewystarczające; najlepiej, żeby kłamstwo opierało się na prawdzie. Przeinaczonej, ubarwionej, zmanipulowanej. Ale prawdzie.

Wytrawnym kłamcą z pewnością bym się nie nazwała, ale przez kilka lat pisywałam opowiadania i historyjki. Największe wzięcie miały te oparte na codzienności, na czymś, co się wydarzyło, albo tylko pomyślałam, że wydarzyć by się mogło. To malutkie ziarenko, które potrafi zmienić wszystko.

Dlatego właśnie, obmyślając mój pierwszokwietniowy wpis, szukałam czegoś prawdopodobnego; przynajmniej w oczach osób, które nie znają mnie aż tak dobrze. Jako dziecko haftowałam; zaczęłam nawet komplet serwetek dla Mamy słynnym haftem richelieu, ale poddałam się po kilku raptem sztukach. Niby zajmuje to ręce, ale myśli fruwają gdzie chcą; ściegi robią się krzywe, a ja mam ochotę zająć czymś umysł. Od wielu lat nie sięgnęłam po igłę w celu innym niż przyszycie guzika czy zacerowanie jakiejś dziurki (choć w większości przypadków zdaję się jednak na Mamę). Wiem jednak, o co z tym haftem chodzi, i pomyślałam, że na to najłatwiej będzie mi Was nabrać. I nie pomyliłam się! Kolejka do oglądania moich nieistniejących ściegów urosła całkiem przyzwoicie, z czego się ogromnie cieszę.
Teraz jednak przyszła pora na wyznanie prawdy: Pożeraczka była, jest i będzie blogiem kulinarnym. Najsłodszym, jak tylko się da. 

Mam nadzieję, że nie macie mi za złe tego figla. W końcu po to mamy Prima Aprilis!

Na pokrzepienie mam dla Was cudowny, zielony koktajl. Raptem cztery składniki, samo zdrowie, pyszny smak i najpiękniejszy z odcieni bladej zieleni. Czy można chcieć czegoś więcej...?

Koktajl z chia i młodym jęczmieniem


Składniki:
(na 2 porcje)
  • 400 ml mleka
  • 1 łyżka miodu
  • 2 łyżki nasion chia
  • 1,5 łyżeczki młodego jęczmienia

Miód rozpuścić w mleku. Dodać chia i jęczmień, wymieszać. Odstawić do lodówki na 1-2 godziny, można na całą noc.

Pić schłodzone.

Smacznego!

Ja tymczasem idę odkurzać; po weekendowym nieróbstwie najwyższy czas wziąć się do pracy!

wtorek, 13 października 2015

Pieczona herbatka jabłkowa

Tak, tak, już sobie wyobrażam, co o mnie pomyśleliście, czytając tytuł. Przecież nawet dziecko wie, że wodę na herbatę gotuje się w czajniku, a potem zaparza się herbatę w kubku, filiżance czy choćby dzbanuszku. Z piekarnikiem nie ma ona absolutnie nic wspólnego, a kto myśli inaczej, szybciutko powinien się wybrać do lekarza. Ten pierwszego kontaktu może okazać się niewystarczający...

Spokojnie. Wszystko ze mną w porządku (choć z drugiej strony hołduję stwierdzeniu, że normalność je nudna, nie możecie być więc na sto procent pewni...); a przynajmniej nie zwariowałam jeszcze zupełnie. Jak wiecie, wiele inspiracji znajduję na innych blogach; z przyjemnością spędzam czasem długie godziny na ich przeglądaniu. Tak też trafiłam na przepis na herbatkę jabłkową z piekarnika na blogu Magazyn kuchenny. W pierwszej chwili popatrzyłam z niedowierzaniem i lekkim dystansem; tym bardziej, że cudo ze zdjęcia nijak herbatki, w klasycznym rozumieniu tego słowa, nie przypominało. Cóż więc to za dziwo...?

Okazało się, że autorzy bloga niedawno byli na wakacjach na Słowacji, i tam własnie odkryli takie pieczone herbatki. Generalnie chodzi o to, że zapieka się owoce z cukrem i przyprawami, aż puszczą sok, ale się nie rozgotują. Później taki sok rozcieńczamy wodą, ciepłą lub zimną, zależnie od temperatury i nastroju; albo dolewamy do herbaty. Sięgnęłam po przepis z jabłkami w roli głównej, bo przecież teraz na nie właśnie jest najlepszy czas. Wybrałam twarde, dość kwaśne jabłka, żeby mieć pewność, że nie wyciągnę z piekarnika marmolady. I udało się! 
Zapach podczas pieczenia wręcz obezwładnia i człowiek od razu ma chęć zagnieść ciasto na szarlotkę. Cynamon, goździki i kardamon doskonale komponują się z delikatną, waniliową nutą. Oczywiście, to ciągle jabłka grają tutaj pierwsze skrzypce. Sok wychodzi słodki i aromatyczny, już jego odrobina dodana do zwykłej, czarnej herbaty, zmienia ją w jesienny napój bogów. 
Dodatek rumu jest opcjonalny, można go pominąć, jeśli chcemy podawać napój dzieciom, albo zastąpić swoim ulubionym alkoholem, na przykład brandy. 

Musicie przyznać, że to wyjątkowy niecodzienny sposób na zapiekane jabłka, które były tematem naszego kolejnego, wspólnego pieczenia. Koniecznie sprawdźcie, co ze swoich piekarników wyjęły Emilia i Mirabelka.

Herbatka jabłkowa z piekarnika


Składniki:
(na 4 słoiczki)
  • 1 kg jabłek
  • 400 g cukru
  • sok z 1 cytryny
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 2 laski cynamonu
  • 8 goździków
  • 4 ziarna kardamonu
  • 100 ml białego rumu
Jabłka pokroić na ćwiartki, wyciąć gniazda nasienne. Pokroić w kostkę o boki 1 cm, ułożyć w naczyniu żaroodpornym. Przysypać cukrem, polać sokiem z cytryny i ekstraktem. Między jabłka włożyć laski cynamonu, goździki i wyłuskane ziarenka kardamonu. 

Piec w 180 st. C., w połowie przemieszać.
Gdyby soku było za mało, dolać nieco wrzątku. Dolać rum, wymieszać.
Przełożyć do słoiczków, można zapasteryzować.

Podanie:
2-3 łyżki soku zalać szklanką gorącej wody, zimnej wody (może być gazowana) lub dodać do czarnej herbaty.

Smacznego!

Jabłka można również dodawać do herbaty, można je wyjeść łyżeczką albo podać gorące do ulubionych lodów. Są słodkie i aromatyczne, bardzo ciężko im się oprzeć.

piątek, 17 lipca 2015

Dla marzycieli. Syrop z kwiatów czarnego bzu

Na wczoraj ambitnie zaplanowałam sprzątanie mieszkania. Obiad uszykowałam dzień wcześniej na dwa dni, na deser - błyskawiczne ciasto, które nie wymagało nawet użycia miksera. Na drodze stanęła mi... Pogoda. Bo kiedy parno, duszono i naprawdę ciepło, ostatnia rzecz, na jaką się ma ochotę, to bieganie ze ścierką i odkurzaczem. Niezrażona jednak, poczekałam aż po południu się ochłodzi, i zabrałam się do działania. Efekt był taki, że dopiero co wypraną zasłonkę od prysznica wieszałam o godzinie dwudziestej drugiej... Po czym padłam na krzesło przed laptopem, znów pełna optymizmu i wiary w siebie, z zamiarem napisania posta na dziś (bo, uwaga, C. w końcu ma wolne, co oznacza ni mniej, ni więcej, że laptopa omijać będę szerokim łukiem). Niestety - zziajana, spocona nawet lekko, nijak nie mogłam się skupić. I choć podczas sprzątania układałam w myślach piękne zdania, odnajdywałam ciekawe historie i idealne wstępy, gdy przyszło co do czego, w głowie miałam jedynie pustkę...
Też tak macie? Że przypadkiem, podczas jazdy samochodem czy autobusem, na spacerze z psem lub choćby właśnie podczas sprzątania, wasza jaźń wręcz kipi pomysłami i doskonałymi zwrotami, oddającymi sedno sprawy, a gdy w końcu siadacie do pisania - cisza...?
Oczywiście, nie zawsze i nie wciąż, ale zdarzają mi się takie momenty. I wtedy część duszy odpowiedzialna za estetykę cierpi ogromnie, bo zamiast pięknych słów, muszę pisać o ich braku i sprzątaniu...

Przejdźmy więc już lepiej do sedna, którym dzisiaj jest syrop z kwiatów czarnego bzu. Wiąże się z nim zaskakująca mnie samą historia. Po pierwsze, ku mojej wielkiej radości, odnalazłam w parku kilka krzewów (drzew...?) czarnego bzu właśnie. Radość moja nie miała granic do momentu, gdy zdałam sobie sprawę, że to już czwarty rok, gdy chadzam do tego parku niemal codziennie, a obok rzeczonych krzewów (drzew...?) przechodziłam niezliczoną ilość razy, również w porze kwitnienia. I jakoś do tej pory nie uderzyło mnie, że to właśnie on, mój wymarzony i wytęskniony, bez...
Po krótkiej chwili zastanowienia nad własną głupotą, czy, będąc nieco dla siebie milszą - ignorancją, zabrałam się za zbieranie kwiatostanów. Nie raz, i nie dwa - był już dżem, zrobiłam też drożdżówki z bzowym lukrem, mam jeszcze kilka innych pomysłów - oby bez nie przekwitł, zanim zdążę je wszystkie wcielić w życie! W każdym razie największa ich ilość wylądowała w misce z cukrem i wodą, zamieniając się w niezwykle aromatyczny, obłędnie intensywny i bajkowo wręcz pachnący - syrop. Zakochałam się w nim od razu, i za przepis Bei będę składać dozgonne dzięki.

Nie wiem, jak się u Was ma sprawa z bzem - jeśli tak jak u mnie, czyli ciągle kwitnie, nie zastanawiajcie się ani chwili - ten syrop to spełnienie najskrytszych kulinarnych marzeń...

Syrop z kwiatów czarnego bzu

Składniki:
(na 1,3 l syropu)
  • 20-40 baldachów kwiatów czarnego bzu
  • sok z 1 cytryny
  • 1 l wody
  • 1 kg cukru
Kwiaty zebrać w słoneczny poranek. Ułożyć na białym papierze i zostawić na 1 godzinę, żeby pozbyć się robczków. Następnie odciąć łodyżki lub oddzielać kwiaty od łodyżek widelcem (jak porzeczki). Przesypać je do dużego słoja razem z pyłkiem, który opadł.
Wodę, cukier i sok z cytryny zagotować. Gdy cukier się rozpuści, gorącym płynem zalać kwiatki tak, żeby były całkowicie przykryte.
Odstawić na 2-4 dni pod przykryciem, raz dziennie mieszając.

Po tym czasie syrop przecedzić, a następnie przefiltorwać, na przykład przez filtr do kawy.
Zagotować, przelać do słoiczków lub butelek, dokładnie zakręcić. Ewentualnie zapasteryzować.
Otwarty przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Co zaskoczyło mnie mocno, C. był wniebowzięty moim pomysłem przygotowania syropu. Okazało się bowiem, że po wymieszaniu z wodą gazowaną smakuje dokładnie jak lemoniada, którą raczył się lata temu u szkolnego kolegi, a którą przygotowywała tegoż kolegi babcia. W jednej z moich duńskich gazet, już po fakcie (czyli gdy butelki stały równiutko, dokładnie zakręcone), znalazłam bardzo podobny przepis, z nieco tylko zmienionymi proporcjami. Tym samym dorzucam kolejny wpis do akcji Mopsika Skandynawskie lato 2015. Bo skoro przywołuje wspomnienia z dzieciństwa u Duńczyka, to bardziej duński już nie może być...

Skandynawskie lato 2015

czwartek, 18 czerwca 2015

Orzeźwiający grejpfrut z truskawką

Jestem herbatoholiczką, i się tego nie wstydzę. Co więcej - udało mi się zarazić C., i oboje nie wyobrażamy sobie dnia bez przynajmniej dwóch dzbanków herbaty. Mamy swoje ulubione typy, ale pozwalamy sobie również na odstępstwa, a nawet drobne ekstrawagancje. W mojej (właściwie to C. dostał ją na urodziny, ale ciii) ślicznej herbacianej puszce zawsze znajduje się przynajmniej po jednym typie herbaty czarnej, białej, zielonej i owocowej. Z reguły więcej. Ostatnim pysznym odkryciem jest czarna herbata z mango i zielona z cytrynowym makaronikiem (seria Liptona, w której były też jagodowe muffiny czy truskawkowe babeczki). Szaleję za herbatami białymi - są takie delikatne i eleganckie. Owocowe kupuję na potęgę; kiedy tylko zobaczę coś nowego, nie potrafię sobie odmówić, choć puszka przecież pęka w szwach. Zdarza się, że nam czegoś w domu zabraknie, czasem nawet mąki czy jajek, ale herbaty - nigdy.

Gdy poznałam C., był typowym kawoszem. Ekspres zajmował honorowe miejsce w kuchni (nadal zresztą zajmuje), a na mnie patrzył z politowaniem twierdząc, że herbatę piją tylko ludzie chorzy. Zajęło mi to kilka miesięcy, ale w końcu przekonałam go do herbaty. W końcu, z równym mojemu ożywieniem, wybierał nowy dzbanek (stanęło na pękatym, w intensywnie limonkowym, tudzież zielono-jabłuszkowym, kolorze). Kawę zaparzamy najczęściej, jak mamy gości; czasem do ciasta, ale naprawdę bardzo, bardzo rzadko. Latem robię kawę mrożoną, ze słodkimi syropami - pycha. Jak już się zrobi ciepło (wierzę w to z całego serca) mam zamiar zacząć eksperymentować z mrożonymi herbatami; już nawet mam kilka pomysłów. Póki co jednak, pogoda zachęca zdecydowanie do picia jej na gorąco...

Na przekór, po herbacianym wstępie, mam dla Was koktajl idealnie gaszący pragnienie. Gdy tylko zobaczyłam to połączenie na blogu Moja galeria smaku wiedziałam, że niedługo po nie sięgnę. Nastał ciepły dzień, miałam w domu i truskawki, i grejpfruta, szybciutko więc wszystko razem zmiksowałam. Imbiru mi zabrakło, ale jakbym miała, dodałabym z pewnością. W innym zestawieniu Gosia proponuje dodatek mięty - połączenie z pewnością warte wypróbowania.
Póki co - słodkie truskawki z gorzkawym grejpfrutem. Duet doskonały - według mnie; oba te owoce uwielbiam, a ich połączenie jest naprawdę niezwykłe. Idealnie orzeźwiające, no i wygląda po prostu pięknie. Spróbujcie koniecznie, jeśli za oknami świeci słonko.

Koktajl truskawkowo-grejpfrutowy

Składniki:
(na 1 porcję)
  • 150 g truskawek
  • sok z 1 różowego grejpfruta
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

Truskawki umyć, odszypułkować. Zmiksowć blenderem na gładką masę, wymieszać z sokiem i ekstraktem. Podawać schłodzone.

Smacznego!

W ogóle zewsząd kuszą mnie lody, letnie ciasta na zimno i orzeźwiające napoje, a ja mam ochotę na gorącą herbatę, rozgrzewające zupy i sycące curry. Za oknami raczej jesień niż wiosna, o lecie nawet nie wspominając... A wakacje tuż za progiem!
Co robić...?

wtorek, 9 lipca 2013

Truskawki w płynie

Siedzę sobie przy stole, a słońce świeci mi prosto w oczy i tak naprawdę nie bardzo widzę, co robię. Cóż za wspaniałe uczucie! Mam niedosyt ładnej pogody i spragniona jestem promieni słonecznych niemal jak niedźwiedź po długim śnie zimowym. Każde zmrużenie oczu wywołane słońcem wywołuje uśmiech, i choć jest, jak jest, nie mogę przestać się uśmiechać. Bo przecież latem, przy takiej pogodzie, nie ma innego wyjścia, jak być szczęśliwym optymistą.

Dzisiaj coś szybkiego, idealnego na ciepły dzień, kiedy można w ogrodzie lub na balkonie przysiąść na chwilę i nie myśleć, wystawiając twarz do słońca. Przepis - nie przepis, doskonały na wykorzystanie ostatnich truskawek, które już nie zachwycają jędrnością i słodyczą. Dodatek melisy cytrynowej ożywia całość, nadaje delikatnego zapachu i ulotnego smaku który sprawia, że z niepokojem patrzymy na coraz lepiej widoczne dno szklanki.

Koktajl truskawkowy z melisą cytrynową

Składniki:
(na 1 porcję)
  • 170 g truskawek
  • 120 ml mleka
  • 1 gałązka melisy cytrynowej

Wszystkie składniki dokładnie ze sobą zmiksować, ewentualnie dosłodzić do smaku. 
Podawać schłodzone.

Smacznego!

Jeśli nie macie melisy cytrynowej, można dać zwykłą, albo na przykład miętę. Można też zielony dodatek całkowicie pominąć i cieszyć się smakiem truskawek w płynie.
Jeśli całość nie jest wystarczająco słodka, wystarczy dosypać łyżeczkę lub dwie cukru pudru. A jeśli koktajl jest zbyt gęsty - dolać nieco mleka. Najważniejsze, żeby Wam smakował.

wtorek, 21 maja 2013

Malinowy smak lata

Kupiłam pudełeczko malin. Ostatnie, które stało na półce w sklepie. Wyglądało na wyjątkowo znudzone samotnością, więc zgarnęłam je do koszyka. A później zaczęłam się zastanawiać, jak by je tu wykorzystać... Kilka malinek nie nadawało się już do spożycia, więc zostało mi niecałe sto gram. Za mało na ciasto, w sam raz na jakiś deser, ale słodkiego w domu pod dostatkiem... A czekać maleństwa już zdecydowanie nie mogły.
Wyjęłam więc z zamrażarki lody, waniliowo-brzoskwiniowe, bo akurat takie ostatnio nabyłam, z lodówki - mleko, i zmiksowałam sobie błyskawiczny, pyszny koktajl. Lekko słodki, lekko kwaskowaty od malin, które jeszcze przecież przed sezonem. Bez zbędnych dodatków i udziwnień. Pycha! W dodatku miał uroczo różowy kolor, któremu przecież nie sposób się oprzeć.

Wyszła mi szklanka jak na zdjęciu, czyli jedna spora porcja. Nie miałam najmniejszych problemów z jej pochłonięciem, ale jeśli chcecie podzielić się tym smakiem lata, wystarczy rozlać koktajl do dwóch mniejszych szklanek.

Koktajl malinowo-brzoskwiniowy

Składniki:
(na 1 dużą porcję)
  • 95 g malin
  • 90 g lodów waniliowo-brzoskwiniowych
  • 200 ml zimnego mleka
Wszystkie składniki zmiksować blenderem na gładki, gęsty płyn. Podawać schłodzone zaraz po przygotowaniu.

Smacznego!

Pogoda ciągle płata figle - raz słońce, raz deszcz. Była burza i godzina tak gorąca, że spacerowałam w szortach i koszulce i ani trochę nie marzłam. Sama nie wiem, co o tym myśleć...

sobota, 4 sierpnia 2012

Zimne picie i pożegnanie na krótko

Wczoraj jednak się nie zdrzemnęłam. Snułam się po domu w te i we wte sama nie wiedząc, czego chcę od życia. Niby chciało mi się spać, ale jakoś tak niewygodnie mi było w pozycji horyzontalnej, czy to na kanapie, czy w łóżku. I co tu taki biedny osobnik ma ze sobą zrobić...? No przecież tak się funkcjonować nie da! 
Pomyślałam, że może kawa by pomogła. Ekspres C. jest maszyną rozbudowaną i dość skomplikowaną, obsługa zajmuje (mi) wieki, więc stwierdziłam, że rozpuszczalna w zupełności wystarczy. Okazało się, że została jakaś smętna resztka na dnie słoiczka... I wtedy mnie oświeciło - jakiś czas temu widziałam gdzieś przepis na kawę mrożoną. Robiłam już takową nie raz, ale nigdy w taki sposób. Poszperałam, i znalazłam - na blogu Magiel kuchenny autorka przedstawia sposób na mrożoną kawę po grecku. Ile naprawdę z Grecją ma wspólnego, tego nie wiem - ale zapewniam, że jest warta wypróbowania. Na ciepłe dni (a wczorajsze popołudnie było wyjątkowo przyjemne i słoneczne) w sam raz. Dość mocna, więc przywróciła mnie do życia. Smakuje świetnie - o ile lubicie mocną kawę. Pianka sama w sobie to kwintesencja kawowatości, jednak wymieszana z mlekiem jest wyśmienita. Jeśli lubicie słabszą kawę, można porcję pianki rozłożyć na dwie osoby, lub wlać więcej mleka (tylko wtedy potrzeba większej szklanki). 

Tym jakże letnim przepisem chciałabym się pożegnać na tydzień - jedziemy z C. i jego Rodzinką (osiem dorosłych osób, dwójka dzieci, trzy psy plus my) na Langeland - wysepkę w okolicach tej kopenhaskiej. Rodzice C. wynajęli dom, i będziemy odpoczywać od codzienności, a ja (podobno) będę się uczyć duńskiego. Albo oni będą uczyć mnie. Nie mam pojęcia, troszkę się lękam. A tak serio jestem bardzo podekscytowana - nigdy tam nie byłam, więc czeka mnie eksplorowanie okolicy, cieszenie się przyrodą i przemiłym towarzystwem, dużo śmiechu i zabawy. W planie jest basen (trzymajcie kciuki za ładną pogodę) i kilka innych atrakcji, z czego część Rodzice C. trzymają przed nami w tajemnicy. 
Życzę Wam (i sobie) miłego tygodnia, i do napisania za te kilka dni!

Kawa frappe - mrożona kawa po grecku


Składniki:
(na 1 porcję)
  • 1 łyżka kawy rozpuszczalnej
  • 1 łyżka cukru
  • 2 łyżki zimnej wody

dodatkowo:
  • 250 ml zimnego mleka

Kawę i cukier wsypać do wysokiego naczynia, wlać wodę i miksować na najwyższych obrotach 

miksera aż do uzyskania puszystje piany.
Mleko wlać do wysokiej szklanki, na wierzch wyłożyć piankę.

Podawać od razu po przygotowaniu.

Smacznego!


Wczoraj C. wrócił z pracy, pooglądaliśmy serial, po czym spaliśmy niemal dwanaście godzin! Ostatnie dwa tygodnie niemal spałam po cztery - pięć, wstawałam naprawdę wcześnie i doszłam do wniosku, że mi się należy. Za karę cały dzień głowa mi pęka mimo połknięcia kilku magicznych, czerwonych tabletek. Odkurzanie było katorgą, na szczęście jedyne, co jeszcze muszę zrobić, to umyć naczynia i jutro już tylko wsiądę w samochód i pojadę... Tam, gdzie mnie zabiorą.

piątek, 15 czerwca 2012

Mała rzecz, a cieszy

Jak to jest, że najprostsza rzecz pod słońcem może dać tyle radości? Wczoraj siedziałam sobie rano w domu i myślałam, co by tu przekąsić w ramach śniadania (a muszę zaznaczyć, że rano mam pewne problemy z konsumpcją pokarmów stałych). Mój wzrok padł na coraz smętniejszego banana leżącego w miseczce obok jabłka i trzech pomarańczy. Co by tu zrobić z takim biednym, brązowawym banankiem? No przecież nie po prostu zjeść... Wtedy przypomniałam sobie o truskawkach, które leżakują w najciemniejszych zakamarkach zamrażarki (no przecież teraz sezon na świeże, kto by o mrożonych myślał?), i w głowie szybko to razem zmiksowałam. Do tego trochę mleka, i jedno z ostatnich ciasteczek, które się jakimś cudem uchowały. I już! Pyszne przedśniadanie gotowe. I choć jest to połączenie, które wszyscy znają, i pewnie którego każdy już próbował, stwierdziłam, że wrzucę na bloga z jednej prostej przyczyny - żeby przypomnieć Wam, jak pyszne może być tak proste jedzenie. Bez wymyślnych składników, zaledwie kilka rzeczy razem - i jest. Nic mi więcej nie potrzeba.

Ja koktajlu nie dosładzałam, banan nadaje wystarczającej słodyczy. Ale jeśli lubicie, można wsypać łyżeczkę cukru. Albo dodać odrobinę soku z cytryny. Albo inne owoce, jogurt zamiast mleka - cokolwiek. Połączeń jest z tysiąc, a każde tak samo pyszne!

Ciasteczko dodałam dlatego, że leżało. Okazało się to dobrym posunięciem - wzbogaciło strukturę koktajlu, nadając mu dodatkowo delikatnie imbirowego posmaku, co świetnie współgra z całością. Można je pominąć, albo dodać inne kruche ciasteczko (czekoladowe pewnie byłoby równie pyszne) i na przykład wsypać odrobinę mielonego imbiru... Kombinujcie.

Koktajl truskawkowo-bananowy



Składniki:
(na 1 porcję)
  • 1 dojrzały banan
  • 7 truskawek
  • 150 ml mleka

dodatkowo:

Banana, truskawki i mleko zmiksować z blenderze na gładką masę. Przelać do szklanki, na wierzch pokruszyć ciasteczko.

Podawać schłodzone (ciasteczko pokruszyć tuż przed podaniem).

Smacznego!

Pogoda nadal niewyjściowa, ale kto by się tym przejmował? Od wczoraj jestem w wyjątkowo pozytywnym nastroju, choć nie mam pojęcia, co może być tego przyczyną. A skoro już jestem taka radosna, to z pewnością będę też cierpliwa - na tyle, żeby zrobić po południu ciasto drożdżowe, które za mną chodzi i tupta coraz głośniej. I naprawdę, coraz trudniej to tuptanie ignorować.

środa, 13 lipca 2011

Bo pić też czasem trzeba...

Po ostatnim cieście, którego udanym w żadnym razie nazwać nie można, jakoś odechciało mi się piec. Może mieć na to również wpływ pogoda - piękna, słoneczna, przy której włączanie piekarnika to wręcz czysty masochizm. Ale słodkiego się chce... Postanowiłam więc przygotować coś lekkiego, pobudzającego, a jednocześnie stanowiącego pełnoprawny deser. Szukałam inspiracji w En aromatisk nydelse: Kaffe, ale jakoś żadna z podanych propozycji mnie nie zadowoliła. Wymieszałam więc kilka przepisów, tu dodałam, tam odjęłam, coś od siebie też dorzuciłam - i jest. Kawa mrożona, której moc kryje się za delikatnym mlekiem i śmietanką, a odrobina alkoholu nadaje całości charakteru. Kawa jest słodka, bardziej zamiast, niż do ciasta. Bardzo nam zasmakowała: Szanowny Brat kawy nie pija, ale tą pochwalił i nie pogardził dolewką; D. jest fanem kawy, a takiej słodkiej i z efektami specjalnymi to już w ogóle; ja również nie odmówię. Kiedy robiłam prawo jazdy dwa lata temu, i miałam przerwy między teorią a jazdami, siadałam w kawiarni z książką w dłoni i mrożoną kawą na stoliku. Piękne to były  czasy...

Abstrahując od kuchni, gotowania i niegotowania, chciałabym wspomnieć, że jutro strona postcrossing.com obchodzi swoje szóste już urodziny. Sama jestem członkiem od nieco ponad roku, wysłałam w tym czasie 73 kartki, dostałam 65 z różnych stron świata. Nieoficjalnie, za pośrednictwem strony, umawiając się prywatnie, wysłałam i dostałam drugie tyle. Uważam, że to świetna zabawa, i warto o tym wspomnieć. Takie podróże za pomocą pocztówek bywają naprawdę odkrywcze i ciekawe. Świetna zabawa gwarantowana!

Wracając do kawy - wierzch może nie wygląda najlepiej, ale dopiero co kupiłam sobie śmietankę w sprey'u, i jeszcze nie specjalnie wychodzi mi jej używanie. Ale nauczę się! Póki co sprawia mi wielką frajdę - kojarzy się jakoś tak... Profesjonalnie. A przykryta odrobiną ajerkoniaku wygląda i tak całkiem nieźle. Najważniejsze, że smakuje świetnie. Polecam!

Kawa mrożona z lodami



Składniki:
(na 1 porcję)
  • 150 ml mocnego naparu z kawy
  • 1-2 łyżeczki cukru
  • 70 ml zimnego mleka
  • 1 gałka lodów waniliowych
  • 2-3 łyżki bitej śmietany
  • 1-2 łyżki ajerkoniaku

Kawę posłodzić (wedle uznania) i ostudzić. 
Zimną wymieszać z mlekiem. Do szklanki włożyć lody, zalać kawą.
Na wierzch wyłożyć bitą śmietanę, polać ajerkoniakiem.

Smacznego!

Pogoda dopisuje, ale pracy mamy tyle (i Panowie, i ja), że brakuje nam czasu na wycieczki czy chociażby dalsze spacery. Mam nadzieję jednak, że koniec lipca i początek sierpnia dadzą nam chwilę wytchnienia, i jeszcze przed wrześniowym urlopem uda nam się gdzieś pojechać i coś zobaczyć. Tymczasem... Lecę do pracy.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Czuję miętę

Dziś jestem w podróży. W tej chwili - gdzieś na niemieckiej autostradzie. Za kilka godzin będę w Domu. Wiem, że Święta miną błyskawicznie, ale bardzo się cieszę, że te parę dni spędzę z Rodziną. Chociaż dobrze mi tam, gdzie jestem, tęsknię za nimi i czekam na każde spotkanie. To było niespodziewane - jestem wdzięczna Dużemu, że się udało. Najlepszy Wielkanocny prezent.

Cały czas nie wiem, co dla nich upiekę. Myślę o serniku - bo wiem, że wszystkim będzie smakował, poza tym nie może się przecież nie udać. Kusi mnie też drożdżowa baba - to takie tradycyjne, prawda? Na szczęście mam jeszcze trochę drogi przed sobą, żeby się zastanowić.

Dzisiaj chciałam zaprosić Was na herbatkę miętową. Ale nie byle jaką, bo z dodatkiem lawendy. Że niby mało to Świąteczne? Ale jakie pyszne! Na ciepło i zimno - zaparzyłam sobie przedwczoraj cały dzbanek i piłam, piłam, piłam. Mniam! Lekko kwasowe za sprawą limonek, pysznie orzeźwiająco miętowe. W sam raz na wiosenny dzień.
Tak naprawdę nie wiem, co mnie podkusiło, żeby dosypać lawendy - być może gdzieś widziałam już takie połączenie (chociaż nie mogę sobie przypomnieć). Po prostu patrzyłam na kartonik z przyprawami, i pomyślałam, że to może pasować. Pasuje!
Polecam.

Herbata miętowa z lawendą i limonką



Składniki:
(na 2 litry)
  • listki mięty z 10 gałązek
  • 1 łyżka kwiatów lawendy
  • 1 limonka
  • 2 łyżki cukru
  • 2 litry gorącej wody

Listki mięty zgnieść w dłoniach (dzięki temu uwolni cały aromat), umieścić w dzbanku. Wsypać lawendę. Zalać gorącą wodą, przykryć.
Limonkę sparzyć, pokroić w ósemki i wrzucić do dzbanka. Wsypać cukier i wymieszać.

Podawać gorącą lub zimną w ciepłe dni.

Smacznego!

Długo wpatrywałam się w dzbanek pod słońce. Trochę jak akwarium, trochę jak nieznany, podwodny świat. Nie niepokojące, bo zamknięte w dwulitrowym naczyniu. Fascynujące, bo jednak tajemnicze.
Też chcielibyście kiedyś nurkować?