Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róża. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 lutego 2018

Kawa malinowo-różana z białą czekoladą

Mój Mąż pracuje.
Wiem, jak każda normalna, rozsądna żona, powinnam być z tego faktu zadowolona. W końcu co za pożytek z męża niepracującego...? Problem polega jednak na tym, że mój pracuje za dużo. W dodatku w zupełnie nieodpowiednich porach, czyli kiedy ja mam wolne i nie muszę akurat spać (co zdarza się stosunkowo rzadko). W zasadzie, to występuje tutaj klasyczny przypadek obrazujący stare powiedzenie przyganiał kocioł garnkowi, bo skoro sama spędzam w pracy po dziesięć, dwanaście godzi na dobę i trzy na dojazdach i powrotach z tejże, to jakim prawem denerwuję się na C. za postawę identyczną (poza dojazdami. On do pracy ma pięć minut. Piechotą)? Mówiąc szczerze, to nie wiem. Ale jestem kobietą zamężną i mam odgórnie ustanowione prawo denerwowania się na męża z niewyjaśnionych/nieistniejących/nie leżących w jego gestii przyczyn. Tak już po prostu jest. 

Denerwuję się więc trochę, a jednocześnie staram się ten czas bez niego wykorzystać jak najlepiej. Sprzątam i piorę, żebyśmy, gdy już uda nam się wyrwać razem kilka chwil, mogli spędzić je na czymś przyjemniejszym. Piekę ciasta i przygotowuję desery, żeby chłopakowi (i sobie też - nie oszukujmy się) osłodzić to ciężkie życie. A w między czasie robię sobie kawę...
Żeby nie było wątpliwości - C. też kawę lubi. Bardzo. Może nawet bardziej ode mnie...? Ale mam wrażenie, że ostatnio popadłam w, niegroźne póki co, uzależnienie. Dzień bez kawy jest dniem straconym, tudzież przeżytym na pół gwizdka, bo chodzę jak śnięta ryba, nie rejestrując połowy wydarzeń mających miejsce tuż obok mnie. Sięgam wtedy po kubek kawy z mlekiem (no dobrze - mleka z kawą), i od razu wchodzę na wyższe obroty. W pracy taki klasyk mi wystarcza; w domu, gdy mam nieco więcej czasu i chęci, zaczynam kombinować.

Tak powstała kawa malinowo-różana z białą czekoladą - prawdziwa uczta, tylko dla koneserów. Ta kawa smakuje obłędnie! Nie jest zbyt mocna, trochę słodka, lekko kwaskowata, cudownie owocowa, z delikatną kwiatową nutą. Żadna kobieta się jej nie oprze! Jeśli więc chcielibyście zaskoczyć swoją lepszą połówkę kawką o piątej po południu, szczególnie w środę za dwa tygodnie, ta nada się idealnie. Obiecuję!

Kawa malinowo-różana z białą czekoladą


Składniki:
(na 1 porcję)
  • 150 ml mleka
  • 20 g białej czekolady
  • 100 ml mocnej kawy
  • 30 g malin
  • 1 łyżeczka przecieru z płatków róży
  • 30 ml śmietany kremówki
  • suszone płatki róży

Maliny rozgnieść widelcem, dodać przecier z róży, wymieszać.
Czekoladę posiekać.
Mleko podgrzać, dodać posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia.

Na dni szklanki wyłożyć maliny z różą, zalać gorącą kawą i mlekiem. Na wierzch wyłożyć ubitą kremówkę, posypać płatkami róży.

Smacznego!


Tymczasem ja wczoraj skończyłam książkę. A z domu nie zabrałam następnej naiwnie sądząc, że ta mi wystarczy (no w końcu gruba jest jak się patrzy!). No i wystarczyła... Ale tylko do środy. A co z czwartkiem...? Gdybym była w Polsce, po prostu poszłabym do księgarni i coś sobie kupiła, choćby i z przeceny. Ale tutaj? Mam czytać w wolnym czasie po duńsku...?
Idąc za przykładem mojej imienniczki z Zielonego Wzgórza, jestem na dnie rozpaczy.
Czarnej.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Przed-poślubnie. I tort kawowo-malinowy z różaną nutą

Pogoda, póki co, zachwycająca.
Suknia pasuje, choć jej wkładanie to droga przez mękę.
Próba w kościele wypadła pomyślnie i chyba wiem, kiedy mam powiedzieć tak (dwa razy).
Lista gości wydaje się być kompletna, choć nie wykluczam w tej kwestii niespodzianek.
Kwiaty zostały dostarczone, a mój bukiet będzie na mnie czekał jutro o dziesiątej rano.
Tak idealnie pomalowanych paznokci nie miałam od lat - i nie jest to metafora.
Babcia będzie na miejscu za niecały kwadrans, a C. wybył w niewiadomym kierunku i nie wiemy, kiedy właściwie wróci. A przecież tylko on wie, jak się obsługuje monstrualnego grilla w ogrodzie.

Wszystko będzie dobrze, prawda...?

Tyle zdążyłam napisać przez ostatni tydzień. Choć bardzo się starałam, zostałam pochłonięta przez wir przygotowań - okazuje się, że przed ślubem, choć ma się wrażenie, że wszystko jest już dopięte na ostatni guzik, ciągle jest coś do zrobienia! Ale wiecie co? Udało się! Impreza była jak się patrzy, choć momentami goście popatrywali na siebie z pewną dozą nieufności i niezrozumienia. W sobotę naprawdę żałowałam, że nie przyjął się esperanto; taki uniwersalny język rozwiązałby połowę moich problemów.

Dziś mam dla Was przepis na ciasto, które zabrałam ze sobą do pracy przed urlopem. Wywołało skrajne emocje - albo się je kocha, albo nienawidzi. Wszystko zależy od Waszego stosunku do kawy; jeżeli nie pijacie, ciasto nie pobudzi u Was apetytu, ale jeśli lubicie - przepadniecie. Miękki, wilgotny biszkopt migdałowy z Moich wypieków delikatnie nasączony amaretto, do tego mus malinowy na żółtkach i kawowy, również z dodatkiem jajek. Dzięki temu mają głębszy smak i nieco cięższą konsystencję niż te przygotowane tylko na śmietanie. Polewa lustrzana wywołała uwielbienie u kilku kolegów - podobno smakuje jak trufla. Jest mocno czekoladowa i pyszna, jej słodycz idealnie komponuje się z wyrazistym wnętrzem.
Spróbujcie koniecznie, jestem pewna, że Wam posmakuje.

Tort kawowo-malinowy z różaną nutą


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

biszkopt migdałowy:
  • 2 jajka
  • 1 łyżka letniej wody 
  • 110 g cukru
  • 85 g mąki pszennej
  • 70 g mielonych migdałów
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z migdałów

mus malinowo-różany:
  • 225 g malin
  • 2 żółtka
  • 110 g cukru
  • 20 ml wody
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 1 łyżka przecieru z płatków róży
  • 3 listki żelatyny
  • 225 ml śmietany kremówki (38%)
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

mus kawowy:
  • 95 ml mocnej kawy
  • 120 g cukru
  • 3 żółtka
  • 2 listki żelatyny
  • 90 g miękkiego masła
  • 180 ml śmietany kremówki (38%)

polewa lustrzana:
  • 110 g cukru
  • 75 g glukozy w płynie
  • 115 g śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżka kawy rozpuszczlanej (proszek)
  • 55 g ciemnej czekolady (60%)
  • 55 g mlecznej czekolady
  • 2 listki żelatyny

nasączenie:
  • 2 łyżki amaretto

dodatkowo:
  • liofilizowane maliny
  • czarny i złoty proszek
  • czekoladowe ozdoby

Jajka, wodę i cukier umieścić w dużej misce. Ubijać na wysokich obrotach, aż masa będzie jasna i bardzo gęsta. Wlać ekstrakt, zmiksować.
Mąkę i proszek przesiać, wymieszać z migdałami. Wsypać do ubitej masy jajecznej, delikatnie wymieszać łyżką, tylko do połączenia składników.

Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać ciasto do formy, wyrównać wierzch.

Piec w 170 st. C. przez 15 minut.
Wyjąć z piekarnika, ostudzić.

Mus malinowo-różany:
Maliny podgrzać. Gdy zaczną się rozpadać, zdjąć garnuszek z palnika, zmiksować owoce blenderem na gładką masę, a następnie przetrzeć przez sitko. Wymieszać z przecierem różanym, odstawić.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Z cukru i wody zagotować syrop. W tym czasie ubić żółtka. 
Gdy cukier całkowicie się rozpuści, powoli wlać syrop do żółtek, cały czas miksując. Przelać całość do garnka, podgrzewać, aż masa nieco zgęstnieje. Przelać przez sitko, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Miksować przez około pięć minut, aż masa ostygnie. Dodać mus malinowy, połączyć.
Kremówkę ubić, dodać do masy jajecznej, delikatnie mieszając.
Spód polać amaretto, wylać mus, zamrozić.

Mus kawowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kawę zagotować z połową cukru. 
Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać gorącą kawę, cały czas miksując. Przelać masę do garnuszka, gotować, aż zgęstnieje do konsystencji budyniu. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Przełożyć do miski, miksować przez około 10 minut, aż masa całkowicie wystygnie. Po kawałeczku dodawać miękkie masło, cały czas miksując. 
Kremówkę ubić na sztywno, dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Mus malinowy wyjąć z formy, ułożyć na środku większej formy wyłożonej papierem do pieczenia. Zalać musem kawowym tak, żeby z boków formy nie było dziur z powietrzem.
Zamrozić.

Polewa lustrzana:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie
Cukier, glukozę, kremówkę i kawę zagotować. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. gorącym płynem zalać posiekaną czekoladę, wymieszać, ostudzić do temperatury 35-40 st. C.

Zmrożone ciasto wyjąć z formy, ustawić na kratce, pod nią podłożyć folię spożywczą lub papier do pieczenia. Oblać ciasto polewą, odczekać kilka minut, ostrożnie przełożyć na paterę.

Udekorować liofilizowanymi malinami, złotym i czarnym proszkiem oraz ozdobami czekoladowymi.

Smacznego!


Dekoracja jest prosta, ale zrobiło się późno i nie chciało mi się kombinować. Przygotowałam więc zawijaska z ciemnej kuwertury, posypałam całość kolorowymi proszkami i liofilizowanym malinami. Dopiero później przyszło mi do głowy, że mogłam też użyć suszonych płatków róż... 
Cóż - następnym razem.

I jeszcze jeden drobiazg -jeśli planujecie wycieczki z tym ciastem, dodajcie do musów odrobinę więcej żelatyny, nie trzymają się bowiem za dobrze w cieple. 

piątek, 18 sierpnia 2017

Kokos - truskawki - róża. I o tym, jak rozmawiać z szefem

We wtorek miałam wolne, choć tym razem - niestety - tylko teoretycznie. Na jedenastą bowiem musiałam zjawić się w piekarni na spotkaniu. No dobra, niech już będzie. Skoro - podobno - to ważne...
Później miałam jeszcze spotkania w banku i kwiaciarni, a w międzyczasie umówiłam się z C. na kawę. Rzadko ostatnio mamy czas na takie drobne przyjemności jak wizyta w kawiarni i chwila na kontemplację otaczającej nas rzeczywistości. Zabiegani, zestresowani, oboje nie możemy się już doczekać urlopu.
Wracając jednak do sedna; z tej jakże podniosłej okazji (możliwość spotkania z innymi ludźmi bez perspektywy uwalania się mąką i czekoladą), postanowiłam włożyć sukienkę. Lato w tym roku kiepskie, a tu nagle wyszło słonko, a termometr pokazywał całe dwadzieścia dwa stopnie. Otworzyłam więc szafę, przejrzałam jej zawartość i ściągnęłam z wieszaka jedną z czarnych sukienek na każdą okazję - do balerin będzie się nadawała na niezobowiązujące spotkanie, do wysokich obcasów na elegancką kolację. Zadowolona z siebie, wkroczyłam do piekarni cała w uśmiechach, wywołując spore zamieszanie (chyba po raz pierwszy pojawiłam się w czym innym niż znoszona koszulka i pierwsze lepsze spodnie. O trzeciej rano nie bardzo mnie bowiem interesuje, co na siebie wkładam; ważne, żeby było mi ciepło). 
Dzień minął szybko i sympatycznie, i nawet burza, która mnie na sam koniec złapała, nie zepsuła mi humoru.

Następnego dnia zaś mój szef zadał mi pytanie, jakie tylko on jest w stanie zadać: A co zrobisz, jak C. powie w kościele nie...?
Hmm... Jestem pewna, że powie tak. W końcu to on mnie poprosił i cieszy się na to wszystko bardziej niż ja (z natury nieśmiała, nie lubię zbyt dużego zamieszania wokół siebie). Ale nauczona doświadczeniem, z szerokim uśmiechem odpowiedziałam: Założę tę czarną sukienkę, i znajdę kogoś, kto powie tak. 

Dzisiaj mam dla Was nieco spóźniony, ale tak smakowity przepis, że nie mogłam się oprzeć, żeby Wam go nie pokazać.
Zrobiłam go w sezonie truskawkowym; w tym roku jednak truskawki nie był specjalnie słodkie ani pachnące, więc myślę, że z mrożonymi będzie smakował równie dobrze. Delikatna różana nuta nadaje puddingowi wyjątkowego charakteru; muszę też przyznać, że połączenie truskawki, róży i kokosa jest strzałem w dziesiątkę. Sama byłam zaskoczona, jak dobrze się to wszystko skomponowało.
Najlepsze śniadanie, jakie w te wakacje sobie przygotowałam.
Skusicie się...?

Kokosowy pudding chia z musem truskawkowo-różanym


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 400 ml mleczka kokosowego
  • 400 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 2 łyżki miodu
mus:
dodatkowo:
  • kilka truskawek
Mleko kokosowe i krowie wymieszać z miodem i chia, najlepiej trzepaczką, aż zacznie gęstnieć. Schłodzić przez noc w lodówce.
Truskawki umyć, osuszyć, usunąć szypułki. Zmiksować blenderem na gładki mus razem z przecierem różanym.

Pudding przełożyć do szklanek, wierzch polać musem. Udekorować świeżymi truskawkami.

Smacznego!

Tymczasem niecierpliwie odliczam dni do wakacji: trzy...

niedziela, 13 sierpnia 2017

Internet na zgubę i poziomkowo-różane semifreddo

Ten, kto wymyślił Internet, zrobił to na moją zgubę. Doskonale zdaję sobie sprawę, że to pożeracz czasu - zdjęcia czy filmiki można oglądać godzinami, tak samo rozmawiać z ludźmi, których nigdy się na oczy nie widziało, a wydaje się, że są nam bliżsi od tych, których mamy na co dzień w zasięgu ręki. Kierując się naczelną zasadą, że Internet to tylko dodatek do życia, a nie jego zamiennik, staram się nie spędzać przed komputerem za dużo czasu. Zamiast pisać ze znajomymi na twarzoksiążce, wolę umówić się z nimi na pogaduchy przy herbacie. Wyjść na spacer do lasu, gdzie psy będą hasać jak szalone i dostarczą mi więcej powodów do śmiechu niż wszystkie najzabawniejsze koty razem wzięte. Powłóczyć się po mieście, przymierzyć kieckę i powąchać perfumy, zamiast kilka razy kliknąć bezduszny przycisk i czekać na paczkę, której zawartość najprawdopodobniej mnie rozczaruje. 

A teraz przepadłam. Na własną zgubę nieopatrznie kliknęłam Pinterest, i teraz nie mogę się oderwać. Wiecie, ile tam zdjęć z ciastami? I to takimi, że szczęka opada na kolana, oczy otwierają się szerzej, niż w ogóle myślałam, że jest to możliwe, a z piersi dobywają się jęki podziwu i zazdrości? Ja sobie nawet nie potrafię wyobrazić. Klikam więc i klikam, oglądam, przypinam i... Czas ucieka mi przez palce. Godziny mijają, a ja z zachwytem wpatruję się w kolorowe obrazki. 
Na szczęście ciągle jeszcze potrafię wrócić do rzeczywistości. I idę do kuchni piec ciasto, którym nakarmię prawdziwych, żywych ludzi. 
Chyba straciłam na chwilę głowę...

Dzisiaj mam dla Was przepis na jedne z najlepszych lodów, jakie zdarzyło mi się jeść. Smakują wyjątkowo i zaskakująco, choć tak naprawdę nie ma w nich żadnych niezwykłych składników. Ot, trochę śmietany, jajek i cukru, poziomek i płatków róży. Nic wymyślnego ani egzotycznego. Składniki, które można znaleźć na każdej sklepowej półce i w przydrożnym lesie. A efekt powala. Ja nie mogłam się oderwać - zakochałam się na zabój. Połączenie delikatnego, leśnego smaku poziomek z romantycznym aromatem róży zniewala.
Dla takich lodów warto porzucić nawet Pinterest.

Semifreddo poziomkowo-różane


Składniki:
(na silikonową formę do babki z kominem o pojemności 2 l)

Poziomki z różą zmiksować blenderem na gładki mus.
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając 50 g cukru pudru.
Kremówkę ubić na pół sztywno.
Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone, zmiksować tak, żeby nie było grudek. Dodać mus owocowy, zmiksować. Partiami dodawać kremówkę, delikatnie mieszając łyżką. Na końcu dodać bezę, delikatnie połączyć.

Masę przelać do formy, wyrównać wierzch.
Zamrozić minimum przez 3-4 godziny.

Wyjąć z zamrażarki 10-15 minut przed podaniem.

Smacznego!


Z mojego wyczekiwanego, wolnego weekendu zrobił się weekend pracujący, i to na wysokich obrotach. Padam z nóg.
Idę pooglądać zdjęcia. Ciast. Z polewą lustrzaną. 
Ach!

wtorek, 27 czerwca 2017

Romantyzm do jedzenia, czyli przecier różany

Kiepsko u mnie ostatnio z regularnością w prowadzeniu bloga. Choć może nie jest to do końca prawda, bo przecież wpisy pojawiają się regularnie, najwyżej dwa razy w tygodniu... Wszystko przez to, że na głowie mam nie tylko pracę (przypominam, że sezon ślubny w pełni, niemal co weekend przygotowujemy więc przynajmniej jeden tort weselny), ale też własne, zbliżające się wielkimi krokami, wesele. Dzisiaj na przykład po południu idziemy na próbną kolację; szczerze mówiąc, już nie mogę się doczekać. Po pierwsze, szef kuchni wygląda na człowieka, który nie tylko zna się na swojej pracy, ale też szczerze ją lubi. Po drugie, już od lutego próbujemy z C. wybrać się gdzieś na kolację, a naszym największym osiągnięciem w tej materii przez ostatnie pół roku ciągle jest pizza na wynos. I kurczak z KFC (to taka nasza słabość, na którą pozwalamy sobie przy okazji każdej wizyty w Polsce). Perspektywa trzydaniowego posiłku jest więc niezwykle kusząca.
I tak, obiecuję; opowiem Wam wszystko.

Tymczasem dzisiejszy wolny dzień spędzam na rozsiewaniu po domu cudownych, kwiatowych aromatów. I to nie dlatego, że nagle postanowiłam zostać florystką i pracuję nad ślubnym bukietem; w końcu zebrałam się w sobie i nazbierałam róż.
Muszę przyznać, że ten fenomenalny zapach kusił mnie za każdym razem, gdy tylko przechodziłam obok krzewów. A że znajdują się niemal za płotem, przechodzę tamtędy niezwykle często. Przymykam wtedy oczy i rozkoszuję się aromatem wypełniającym, mam wrażenie, nie tylko nozdrza, ale mnie całą. Najczęściej z tego półsnu wyrywa mnie Pączusia, gwałtownym szarpnięciem informując, że takie stanie w jednym miejscu i wąchanie róż nie pokrywa się z jej wyobrażeniem o spacerze. Idziemy więc dalej - ona z energią, ja z pewną nostalgią...
Dziś jednak, gwałtownie wybudzona ze snu o godzinie siódmej rano (co w wolne dni raczej mi się nie zdarza, bo próbuję nadrobić zaległości z całego tygodnia), już po umyciu zębów i ogarnięciu roztrzepanej fryzury stwierdziłam, że to jest właśnie ten dzień. Nazbierałam więc tyle płatków, ile zmieściło mi się w torbie, i wróciłam do domu bardzo z siebie dumna. C. zajrzał do worka, pokręcił głową i zabrał się za wymordowywanie pająków, za co jestem mu wielce zobowiązana. Później, gdy on pojechał do pracy, włączyłam audiobooka i zasłuchana w historie o czarownikach, fairy i nocnych łowcach, zabrałam się za mozolne oczyszczanie płatków z białych końcówek. Jest to zajęcie dość żmudne i nużące, ale warto to zrobić, inaczej przecier wyjdzie gorzkawy, co może zakłócić delikatny smak róż.

Przeszukałam internet w sprawie różanego przecieru i wnioski są takie: jedna porcja płatków róży na dwie porcje cukru, a do tego nieco soku z cytryny, który nie tylko sprawia, że przecież zachowa ładny kolor i będzie się lepiej przechowywał, ale też reguluje słodkość. Wszystkie inne dodatki to już wariacje; to był mój pierwszy raz z różanym przecierem, postawiłam więc na klasykę. Trzy składniki, chwila czasu na ucieranie - przecier powinien być gładki, bez wyczuwalnych kryształków cukru ani kawałków płatków - i gotowe. 

Zapach, który unosi się podczas ucieranie jest nieziemski; słoiczki wypełnione czystym romantyzmem. Nie można się w nim nie zakochać.

Przecier różany


Składniki:
(na 2 małe słoiczki)
  • 150 g płatków róży
  • 300 g cukru
  • 2 łyżki soku z cytryny

Płatki przepłukać zimną wodą, osuszyć, odciąć białe końcówki. Włożyć do makutry razem z cukrem, ucierać, aż cukier całkowicie się rozpuści, a masa będzie gładka. Dodać sok z cytryny, ucierać jeszcze chwilę.

Przełożyć do wyparzonych słoiczków, zamknąć.
Przechowywać w lodówce.

Smacznego!


Poza różami, w kuchni króluje u mnie czarny bez. Klasyczny syrop ciągle przede mną, ale ten z malinami już stoi w lodówce. I znika szybciej, niżbym sobie życzyła; w końcu miał być na zimę do herbaty...

wtorek, 14 lutego 2017

Czekoladowo-różany sernik na Walentynki

I tak, po cudownie leniwym weekendzie (nie licząc dwunastu godzin w pracy w sobotę, uff), znów wylądowałam w internacie. Wczoraj, korzystając z wyjątkowo pysznej pogody: lekki mróz, mnóstwo słońca i niebo w odcieniach najczystszego błękitu, wybrałam się na spacer. Ot tak, bez celu. Odprężywszy się zupełnie, zachłysnąwszy wręcz refleksami tańczącymi na wodzie, oddychając głęboko czystym, zimnym powietrzem, nagle wpadłam na temat mojej pracy. A potem po kolei przyszły mi do głowy wszystkie przepisy na chleby, musy i ciasta, które mam zamiar wykorzystać. Teraz tylko pozostaje mi to wszystko spisać i sprawdzić, czy jest szansa na dostanie tych wszystkich wymyślnych składników, które znikąd pojawiły się w mojej głowie...

Tymczasem mamy Walentynki. Jak ten czas szybko leci! 
Oczywiście, C. jest ponad dwieście kilometrów ode mnie; dzieli nas morze, wyspa, dwa długie mosty i całe kilometry autostrad. Takie to już nasze szczęście...

Żeby choć trochę osłodzić mu ten samotny dzień, przed wyjazdem upiekłam sernik. Tak obłędnie czekoladowy, że, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak niby miałabym upchnąć w nim więcej czekolady. Jest więc miękki, rozpływający się w ustach spód brownie na mące gryczanej (dzięki temu cały wypiek jest bezglutenowy i ma delikatny posmak orzechów), a na nim gęsta, ciężka masa serowa. To takie konkretne ciasto, którego nie da się zjeść na raz za dużo, ale po chwili człowiek i tak ma ochotę na więcej. O tym, że czekolada to najlepszy z afrodyzjaków, z pewnością nie muszę Wam przypominać. A żeby było jeszcze bardziej słodko i romantycznie, dodałam akcent różany w postaci cienkiej warstwy konfitury. Troszkę się bałam, że zniknie wśród tej czekoladowości, ale nie; bez problemu można go wyczuć, choć to czekolada dominuje w tym deserze. Całość udekorowałam różowymi, bezowymi serduszkami z wodą różaną i różanymi płatkami. Jestem tą dekoracją szczerze zachwycona; mam ochotę wykorzystać ją ponownie. Jest banalnie prosta w przygotowaniu, a prezentuje się naprawdę wspaniale.

Oczywiście, sernik bardzo malowniczo pękł, ale... Nie ma to najmniejszego znaczenia. Smakuje obłędnie!

Sernik czekoladowo-różany na spodzie brownie


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 19 cm)

spód brownie:
  • 65 g mąki gryczanej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 55 g cukru
  • 1 jajko
  • 50 g masła
  • 60 g czekolady (60%)
  • 25 ml śmietany kremówki (38%)

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 125 g ciemnej czekolady (60%)
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 jajka
  • 1 żółtko
  • 100 g cukru

dodatkowo:
  • 100 g konfitury z płatków róż

bezy:
  • 1 białko
  • 40 g cukru
  • 15 g cukru pudru
  • 1/4 łyżeczki wody różanej
  • odrobina czerwonego lub różowego barwnika spożywczego w paście
  • suszone płatki róż

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać.
Masło, czekoladę i kremówkę rozpuścić, przestudzić.
Jajko ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać czekoladę, wymieszać. Partiami dodawać mąkę, delikatnie połączyć łyżką.

Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, brzegi posmarować masłem. Wylać ciasto do tortownicy, wyrównać wierzch.

Podpiec w 160 st. C. przez 15 minut.

W tym czasie przygotować masę serową.
Czekoladę i kremówkę umieścić w garnuszku, podgrzewać na małej mocy palnika, cały czas mieszając, aż czekoladą się rozpuści. Przestudzić.
Serek, czekoladę, jajko, żółtko i cukier zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. 

Podpieczony spód wyjąć z piekarnika, posmarować konfiturą różaną. Na nią wylać masę serową, wyrównać wierzch.

Piec w 140 st. C. przez 55-60 minut, aż wierzch będzie ścięty.
Ostudzić w piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez 3-4 godziny, a najlepiej przez całą noc.

Białko ubić, pod koniec partiami dodając cukier, a następnie przesiany cukier puder. Dodać wodę różaną i barwnik, połączyć.
Bezę przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia wyciskać bezy w kształcie serc, posypać pokruszonymi suszonymi płatkami róż. 

Suszyć w 100 st. C. przez 45-60 minut. 
Ostudzić.

Przed podaniem sernik udekorować bezami.

Smacznego!

A ja, cóż... Na walentynkową kolację udaję się dzisiaj z koleżankami z internatu. Ależ będzie romantycznie!

czwartek, 22 września 2016

Jesienny sernik z figami

Pierwszy dzień jesieni. W tym roku kalendarzowa wyjątkowo zgrała się z tą rzeczywistą, którą niepewnie obserwuję przez szyby zasnute cienkimi nitkami pajęczyn. Kaledarz nie kłamie; od dzisiaj nie możemy obrażać się na mgły, deszcze, chłodne poranki i wieczory. Pogodziłam się z tym w tym roku wyjątkowo bezboleśnie; wrzesień rozpieszczał nas słońcem i letnią pogodą; cudownie było ciągle móc nosić sandały i letnie sukienki. Jednocześnie zdążyłam się już stęsknić za ciepłymi swetrami i puchatymi skarpetkami w paski i gwiazdki; zakładam je z prawdziwą przyjemnością, wtulam się w ich kojące ciepło i miękkość. 

Atrybutów jesieni jest wiele - liście zmieniające barwy, a później ścielące się pod nogami kolorowym, szeleszczącym dywanem; coraz krótsze dni i długie wieczory zachęcajce do umoszczenia się w wygodnym fotelu pod ulubionym kocem, a także gruntowne zmiany na straganach. Ostatnie późne odmiany malin, jeżyny i morele ustępują miejsca dyniom, gruszkom, jabłkom, śliwkom i, oczywiście, figom. Te ostatnie, ciągle jeszcze dość drogie, stają się coraz bardziej popularne w naszym kraju. Dla mnie nie była to miłość od pierwszego wejrzenia; początkowo figi wydały mi się mdłe, irytujące z tą niezliczoną ilością drobniutkich pesteczek uporczywie wchodzących między zęby, choć jednocześnie zachwycające niecodziennym kształtem i pięknym, intensywnym kolorem. Chyba właśnie dlatego nie poddałam się, ale dałam im jeszcze jedną szansę. Skarmelizowane na patelni z lodami waniliowymi podbiły moje serce. Dzisiaj nie wyobrażam sobie jesieni bez fig; czekam na nie niemal tak samo tęsknie jak na dynie. W tym roku puściłam wodze fantazji, i nie bacząc na zawartość portfela, namiętnie kupowałam te fioletowe kule. Był jeden dżem, potem drugi; jeden sernik, i następny. A także ucierane ciasto i obłędnie pyszna tarta. Od czego mam więc zacząć...?

Od sernika, oczywiście. 

Ten jest rezultatem mojej radosnej twórczości; chciałam w nim połączyć smaki bliskowschodnie tak, żeby znalazły uznanie także w europejskich podniebieniach. Jest więc kardamon i konfitura z róży, które z figami komponują się wybornie.
Sernik wyszedł niesamowicie kremowy i delikatny, po prostu rozpływa się na języku. Pięknie pachnie i delikatnie smakuje kardamonem. Do tego kwiatowa nuta, i oczywiście figi w karmelu. Jest uroczy i obłędnie pyszny. 
Spróbujecie...?

Sernik kardamonowy z różą i figami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 120 g ciastek digestive
  • 45 g masła

masa serowa:
  • 500 g serka kremowego
  • 250 g serka mascarpone
  • 100 g cukru
  • 1 łyżeczka kardamonu
  • 4 jajka
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 100 g konfitury różanej

wierzch:
  • 400 g świeżych fig
  • 50 g cukru
  • 2 łyżki wody
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)

Ciastka dokładnie pokruszyć. Masło rozpuścić, przestudzić, wymieszać z ciastkami.
Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć ciastka, dokładnie ugnieść. Schłodzić w lodówce 15 minut.

Podpiec w 180 st. C. przez 12 minut.
Przestudzić.

Serek kremowy i mascarpone, cukier, kardamon, jajka i śmietanę zmiksować tylko do połączenia składników.
Na podpieczonym spodzie rozsmarować konfiturę, na wierzch wyło¿yć masę serową.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut. 
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec około 1 godziny, aż wierzch sernika będzie ścięty.
Ostudzić w piekarniku.

Figi pokroić w plastry grubości 4 mm. 
Na patelni skarmelizować cukier. Na karmelu ułożyć figi, zalać wodą. Podgrzewać z każdej strony przez około 1/2 minuty - owoce mają być miękkie, ale nie mogą się rozpadać. Ułożyć figi na serniku.
Do gorącego sosu dodać kremówkę, wymieszać, podgrzewać jeszcze chwilę. Sos przelać do garnuszka, polewać nim kawałki ciasta na talerzykach.

Smacznego!

Ostatnio w ogóle stawiam na serniki (nie tylko z figami). Uwielbiam je jeść, a jeszcze bardziej piec - możliwości wariacji smakowych przyprawiają o zawrót glowy! A wychodzą... Zawsze. Nie wierzcie tym, którzy przekonują Was, że serniki piecze się trudno. Owszem, wymagają naszej uwagi i wyczucia odpowiedniego momentu na wyjęcie z piekarnika; i choć pieką się długo, to pracy właściwej przy nich niewiele. 
Upieczcie sobie sernik, koniecznie!

czwartek, 26 maja 2016

Tort różano-truskawkowy dla Mamy

Spacerując dzisiaj z Ptysią, uzbierałam wyjątkowy uroczy bukiet. Kilka bzowych odcieni: od bieli, poprzez coraz intensywniejsze fiolety, aż do tego głębokiego, który zawsze wprawia mnie w zachwyt; a do tego białe i różowe kwiatki z drzew, których nazw nie znam. Po powrocie do domu wstawiłam kwiaty do plastikowego, fioletowego kubka; wszystkie wazony bowiem leżą już bezpiecznie zapakowane w kartonach. Przyłożył do tego nie tylko jedną, ale obie ręce C. we własnej osobie; nie ma więc najmniejszej szansy, żeby udało mi się cokolwiek znaleźć. 
Niemniej, patrząc na ten polny, prosty bukiecik pomyślałam, że taki właśnie kubek całkiem do niego pasuje.

Myślę, że mojej Mamie też by się taki bukiecik spodobał. Nie wiem dlaczego, ale zaczęłam rozmyślać o wiankach, które dla mnie plotła, gdy jeszcze nie potrafiłam zrobić ich sama. Wydaje mi się, że wszystkie były z chabrów, ale oczywiście, mogę się mylić. Może to tylko zawodna pamięć płata mi figle... 
W każdym razie doskonale pamiętam te chabrowe wianki, które z dziecięcą radością i dumą nosiłam. Nie musiałam się ich nawet zbytnio domagać; wystarczyło, że nazbierałam trochę kwiatków, a zręczne palce Mamy robiły z nich cuda. 

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Mamy, Mamo.

Oczywiście, taki dzień nie mógłby się obyć bez tortu. Albo chociaż jakiegoś porządnego ciasta z kremem. Ja pomysł znalazłam w Indulgent cakes wydawnictwa The Australian women's weekly - książce, która za każdym razem, gdy po nią sięgam, wywołuje u mnie niepowstrzymany ślinotok. Absolutnie cudowne zdjęcia i niesamowicie kuszące receptury - oto, czego oczekuję od książki kucharskiej. Ta spełnia wszystkie moje wymagania; z nawiązką
Nie bez trudu w końcu wybrałam odpowiedni wypiek. Idealne ciasto na sezon truskawkowy, pełne jest bowiem tych pysznych owoców. Do tego wyraźna, ale nie dominująca nuta różana, przewijająca się niczym refren w cieście i frużelinie. 
To taki kobiecy, delikatny tort. Romantyczny trochę nawet.
Myślę, że wprawiłby w błogostan niejedną mamę.

Torcik różany z truskawkami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)
  • 200 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 6 jajek
  • 150 g cukru
  • 2 łyżeczki wody różanej
  • 80 g masła
frużelina:
  • 375 g truskawek
  • 75 g cukru
  • 1,5 łyżki wody różanej
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżka zimnej wody
  • 1 listek żelatyny
krem:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru
  • kilka świeżych truskawek
  • suszone pączki róży
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać. 
Masło rozpuścić i przestudzić.
4 jajka utrzeć ze 100 g cukru. Wlać 2/3 wody różanej, zmiksować. Pariami dodawać 2/3 mąki, miksując na najniższych obrotach miksera. Na końcu wlać powoli 2/3 masła, połączyć.

Dna 2 foremek wyłożyć papierem do pieczenia, boki posmarować masłem. Równomiernie rozłożyć masę do foremek.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut, do suchego patyczka.

Ciasta przestudzić przez 10 minut w foramch, następnie wyłożyć do góry spodem na lekko posmarowany masłem papier do pieczenia.

Jedną z form umyć, osuszyć, ponownie przygotować do pieczenia.

Z pozostałych składników przygotować ostatnią porcję ciasta, przelać do formy, upiec.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Truskawki pozbawić szypułek, pokroić na ćwiartki. Włożyć do rondelka z cukrem i wodą różaną, gotować przez 5 minut, aż truskawki puszczą sok, a cukier się rozpuści. Gdy sok zacznie przybierać konsystencję syropu, dodać mąkę rozrobioną w 1 łyżce zimnej wody. Wymieszać, chwilę pogotować, zdjąć z palnika. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać, ostudzić.

Kremówkę ubić z cukrem wniliowym.

Na paterze ułożyć pierwszy blat ciasta. Na nim połowę frużeliny i połowę bitej śmietany. Następnie znów blat ciasta, frużelina i śmietana. Przykryć ostatnim biszkoptem.
Wierzch ciasta oprószyć cukrem pudrem, udekorować truskawkami i pączkami róż.

Smacznego!

A Wy, pleciecie swoim córkom wianki...?

czwartek, 28 stycznia 2016

Niezwykłe pączki z tahini i różą

O mamuniu, jak ten czas pędzi! Dopiero co siedzieliśmy wszyscy razem przy bożonarodzeniowym stole i świętowaliśmy Sylwestra i Nowy Rok, a tu już za tydzień Tłusty Czwartek! A ja znowu w polu z przepisami na smażone pyszności. Tak to jest, jak człowiek tylko pracą żyje... A że tu tradycje inne, trochę zapominam, co i jak wygląda w naszym kalendarzu. 
Na szczęście w porę się zreflektowałam, i już spieszę do Was z przepisem na pączki.

Gdy zaczęłam się zastanawiać, jak by je w tym roku urozmaicić, do głowy przyszedł mi słoiczek tahini, który czekał w lodówce, aż zdecyduję się, co z nim zrobić. Pączki z tahini, hmm... Wydało mi się to niezwykle innowacyjne. Okazało się jednak, że znów nie odkryłam Ameryki, bo u Viri takie pączusie na blogu są już od dawna. Cóż... Mina troszkę mi zrzedła, ale i tak postanowiłam przepis przetestować.
W stosunku do oryginału zmniejszyłam ilość masła; sto gram to zbyt dużo, biorąc pod uwagę, że tahini sama w sobie jest dość tłusta. Następnym razem, szczerze mówiąc, dałabym jeszcze mniej...
Likier morelowy pominęłam, gdyż dżem z tych właśnie owoców zamieniłam na pączkową marmoladę różaną, którą kupiła mi Mamunia. Do tego nutka kardamonu, i mamy iście bliskowschodnie połączenie smaków.

Oczywiście, w kęsach z nadzieniem, to ono dominuje. Jednak tam, gdzie marmolada nie dotarła (a wciskałam jej do pączków hojnie), na pierwszy plan wysuwa się chałwowy smak tahini. Pycha! Nieco to zaskakujące, ale nam bardzo przypadło do gustu.

Co powiecie na takie niezwykłe pączusie...?

Pączki z tahini i różą


Składniki:
(na 25 pączków)
  • 500 g mąki pszennej
  • 20 g świeżych drożdży
  • 200 ml letniego mleka
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 75 g cukru pudru
  • 200 g tahini
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii
  • 50 g creme fraiche (18%)
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki kardamonu
  • 50 g masła

dodatkowo:
  • 450 g gęstej marmolady różanej
  • 2 łyżki cukru pudru

Drożdże rozmieszać z mlekiem i 1 łyżką cukru pudru. Dodać 2 łyżki mąki, wymieszać. Odstawić na 15 minut.

W tym czasie ubić jajka, zółtka i pozostały cukier na puszystą, jasną masę. Dodać cały zaczyn, tahini, ekstrakt i śmietanę. Jeszcze chwilę ubijać, po czym zmienić końcówkę miksera na hak. 
Masło rozpuścić i przestudzić.
Mąkę przesiać, wymieszać z kardamonem i solą. Partiami dodawać do masy jajecznej. Zagniatać przez kilka minut, następnie wlać masło. Wyrobić gładkie, dość rzadkie ciasto (około 10 minut). 
Odstawić ciasto do wyrośnięcia na 1,5 godziny.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować, podsypując mąką, na grubość 1-1,5 cm. Szklanką o średnicy 6-8 cm wycinać koła. Ułożyć na blacie oprószonym mąką; zostawić do wyrośnięcia na 30-60 minut.

Napuszone pączki smażyć w tłuszczu rozgrzanym do 175 st. C.
Odłożyć na papierowy ręcznik do odcięknięcia. Jeszcze ciepłe nadziewać marmoladą. 

Ostudzone oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


Oczywiście, obrączka mi nie wyszła... Ale to moja wina; za cienko rozwałkowałam ciasto, i troszkę plaskate mi się te pączusie udały. W środku jednak są puszyste i lekkie, więc polecam je Wam z czystym sumieniem.

środa, 17 czerwca 2015

Katayef - arabskie placuszki

Pogoda, znów, typowo duńska, czyli przez cały dzień leje. Wypatrzyłyśmy z Ptysią raptem pięć minut nieco mniej ulewnego deszczu, ale i tak po szybkim załatwieniu potrzeb od razu chciała wracać do domu. A ja, muszę przyznać, skwapliwie na to przystałam, bo na spacery przy takich warunkach pogodowych to chyba nikt ochoty nie ma.
Gdy już rozebrałam się ze wszystkich kurtek i swetrów, a Ptysi wytarłam łapki, udałam się do kuchni. Bo co może lepiej poprawić humor, niż pół godzinki spędzonej w otoczeniu ulubionych sprzętów i cudownych aromatów...? Ano nic. Przynajmniej ja tak uważam. Razem z dziewczynami umówiłyśmy się na wspólne smażenie arabskich placuszków, i to właśnie za ich przygotowanie się zabrałam.

Nie są trudniejsze od zwykłych naleśników, za to wyglądają naprawdę ciekawie. Smażymy je tylko z jednej strony, w związku z czym wierzch jest pełen uroczych bąbelków. Dodatkowo sklejamy je delikatnie w kształt rożka, następnie wypełniamy nadzieniem, i można się zajadać. A są pyszne - leciutkie i delikatne. Truskawki i serek z wodą różaną świetnie do nich pasują, przy czym ta ostatnia zdecydowanie podkreśla ich arabskie pochodzenie. Do tego chrupiące płatki migdałów i odrobina miodu, i pyszne śniadanie gotowe. Później dzień, mimo deszczu, po prostu musi być udany.

Jeśli placuszki nie będą Wam się chciały sklejać, nic nie szkodzi, ale głównym powodem może być zbyt duża moc palnika. Przez to spód robi się zbyt chrupki, placuszki będą pękać i się prostować. Mi się tak zdarzyło z pierwszą partią; kolejna wyszła idealnie.

Razem ze mną katayef przygotowała Ania
Moje pochodzą z przepisu Malwinny; podobno można przygotować je również na drożdżach - z pewnością niedługo usmażę również taką wersję.

Katayef z serem i truskawkami

Składniki:
(na 10 placuszków)
  • 85 g mąki pszennej
  • 155 ml mleka
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia

nadzienie:
  • 85 g serka kremowego
  • 40 g jogurtu naturalnego
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 1 łyżeczka wody różanej
  • 125 g truskawek
  • 50 g miodu
  • 10 g płatków migdałowych

Mąkę i cukier puder przesiać, wymieszać z proszkiem. Dodać mleko, dokładnie wymieszać trzepaczką, żeby nie było grudek. Odstawić na minimum 15 minut.

W tym czasie serek, jogurt, cukier puder i wodę różaną wymieszać na gładką masę. Truskawki umyć, odciąć szypułki, pokroić na połówki lub ćwiartki.
Płatki migdałowe lekko podrpażyć na suchej patelni.

Ciasto wykładać małymi porcjami na rozgrzaną patelnię, smażyć na małej mocy palnika tylko z jednej strony, aż wierzch będzie ścięty. Usmażone placuszki zdejmować z patelni, ściskać palcami z jednej strony, formując rożki.
Ciepłe placuszki wypełniać kremem i truskawkami, posypać migdałami i polać miodem.

Smacznego!

Paskudna pogoda ma zasadniczo jeden plus - nie chce się człowiekowi z domu wychodzić, więc mój projekt znacząco posunął się na przód. Mam nadzieję jutro go skończyć, a potem pozostanie już tylko stresowanie się poniedziałkiem...

Przepis bierze udział w V Festiwalu Kuchni Arabskiej organizowanym przez Pannę Malwinnę.

V Festiwal Kuchni Arabskiej

czwartek, 9 kwietnia 2015

Babka z różą

Gdy tylko zobaczyłam ten przepis na blogu Słodkie fantazje wiedziałam, że muszę też taką upiec. Szaleję za babkami - ostatnio ciasta z kremami zupełnie mi nie podchodzą. Nawet ukochane serniki zeszły na dalszy plan. To chyba ta Wielkanoc tak na mnie działa. Mam jeszcze kilka babkowych pomysłów - w końcu kto powiedział, że te śliczne wypieki możemy serwować tylko na wielkanocnym stole...? Są urocze, no i pyszne. Ja zdecydowanie nie mam ich jeszcze dość...

Dzisiejsza babka ma śliczny, pastelowo-różowy kolor, a smakuje i pachnie różą. Miałam jeszcze trochę konfitury, postanowiłam właśnie tak ją wykorzystać. Okazało się to bardzo dobrym pomysłem, babeczka bowiem wyszła wyśmienita. Pięknie pachnie, smak róży nie jest przytłaczający, tylko subtelny i taki w sam raz. Ciasto jest piaskowe, sypkie, ale się nie kruszy. W stosunku do oryginalnego przepisu zmniejszyłam ilość cukru (wyszła idealnie słodka) i konfitury (akurat tyle było w słoiczku), nie ubijałam też osobno białek (w niczym to nie zaszkodziła - babeczka wyszła pulchniutka i lekka). Jeśli chcecie uzyskać intensywniejszy kolor, wystarczy dodać więcej barwnika. Coś jeszcze...? Ach, tak! Nie czekajcie do kolejnych Świąt, upieczcie ją sobie na weekend - z pewnością zdobędzie Wasze podniebienia.

Babka różana

Składniki:
(na formę do babki z kominkiem o pojemności 2 l)
  • 200 g miękkiego masła
  • 65 g cukru
  • 4 jajka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 150 g białej czekolady
  • 65 g konfitury z płatków róży
  • 35 g creme fraiche
  • 150 g mąki pszennej
  • 100 g mąki ziemniaczanej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

lukier:
  • 150 g cukru pudru
  • 1 łyżka creme fraiche
  • 2 łyżki wody

dodatkowo:
  • różowe cukrowe perełki

Czekoladę posiekać, rozpuścić w kąpieli wodnej, przestudzić.

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt, zmiksować. Dodać czekoladę, konfiturę i śmietanę, połączyć.
Mąki przesiać, wymieszać z proszkiem. Partiami dodawać do ciasta, miskując tylko do połączenia składników.

Masę przelać do formy wysmarowanej tłuszczem i wysypanej mąką. Wyrównać.

Piec w 180 st. C. przez 40-50 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Cukier puder utrzeć z wodą i śmietaną na gładki lukier. Polać ostudzoną babkę, posypać cukrowymi perełkami. Odstawić do zastygnięcia lukru.

Smacznego!

To już ostatnia propozycja do wielkanocnych akcji.

Babki Wielkanocne 2015

wtorek, 24 czerwca 2014

Lody truskawkowo-różane. Z bezami. Czy może być coś lepszego...?

Kocham lody. Naprawdę. Lody smerfowe, intensywnie niebieskie, to mój ukochany smak z dzieciństwa. Zabawnym jest, że zupełnie go już nie pamiętam... Gdyby ktoś postawił przede mną miseczkę takich lodów, nie miałabym pojęcia, czy to jest właśnie ten smak. Ale wspomnienia są: Mama i Dziadek kupowali mi je w lodziarni mieszczącej się na parterze budynku, w którym ciągle mieszka moja Babcia. Zawsze wybierałam ten sam smak. Podejrzewam, że to, jak właściwie smakowały, nie było aż tak istotne. Miały bowiem cudownie błękitny kolor, któremu nie potrafiłam się oprzeć...

Dzisiaj zdecydowanie stawiam na smak. Dlatego tak kręci mnie kręcenie lodów w domu - mogę kombinować do woli, łączyć składniki tak, że powstają mieszanki, których próżno szukać w sklepach. Choć, muszę przyznać, aktualnie na rynku jest mnóstwo rodzajów, które kilka lat temu był nie do pomyślenia. Pomijam lody wytrawne (czosnkowe to dla mnie cały czas czysta magia), ale te wszystkie cookie dough, tiramisu, sorbet z mango czy z cytryny z pieprzem... Jeszcze niedawno była wanilia, czekolada, truskawka i śmietanka. Pistacjowe były luksusem. Jak ten czas pędzi do przodu...

Do przygotowania tych lodów zainspirowały mnie lody z reklamy (znowu. Nie będę wdawać się w szczegóły, o nich było w ostatnim wpisie o lodach): truskawkowe z bezami. Mmm... Truskawkowe uwielbiam (tylko domowe), z dodatkiem chrupiących, słodziutkich bez, byłam pewna, smakowałyby wyjątkowo. Ale żeby dodać coś od siebie, przygotowałam je z dodatkiem konfitury z płatków róży. Wyszło coś absolutnie wyjątkowego. Truskawki, okazuje się, z różą lubią się bardzo. Oba smaki są idealnie zrównoważone, ale polecam dodawać konfiturę partiami i próbować, czy już wystarczy, czy smak róży powinien być wyraźniejszy. Pamiętajcie jednak, że po zamrożeniu stanie się on intensywniejszy.
Jako kontrast do bardzo kremowych lodów - chrupiące kawałeczki bezy. Dodajemy je na końcu, gdy masa jest już częściowo zamrożona, dzięki czemu nie rozmiękną.
Te lody polecam Wam bardzo - smakują niebiańsko. Bez przesady.

Lody truskawkowo-różane z bezami

Składniki:
(na 1,8 l lodów)
  • 500 g truskawek
  • 150 g konfitury z płatków róży
  • 2 łyżki syropu z płatków róży
  • sok z 1 cytryny
  • 250 g skondensowanego mleka słodzonego
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 75 g bez

Truskawki umyć, osuszyć, odszypułkować. Włożyć do większej miski, zmiksować na jednolitą masę. Dodać konfiturę, syrop i sok z cytryny, zmiksować. Dodać mleko skondensowane i kremówkę, dokładnie wymieszać.
Masę przelać do maszyny do lodów.
Gdy maszyna skończy pracę, wymieszać lody z pokruszonymi bezami. Przełożyć do pudełek do lodów, zamrozić.

Smacznego!

Podoba mi się to zdjęcie. Zazwyczaj fotki, które pstrykam nie są najlepszej jakości; to pewnie też nie jest, ale i tak mi się podoba.
Jakoś dziwnie zadowolona z siebie dzisiaj jestem...

czwartek, 7 listopada 2013

Debiuty: woda różana

Pisałam niedawno o tym, jak nie wyszła mi beza. Strasznie mi było smutno z tego powodu. Ja wiem, że nie zawsze wszystko musi iść po naszej myśli. Że zdarzają się wpadki i wypadki. Że różne rzeczy chodzą po ludziach, i złośliwe chochliki potrafią zdmuchnąć z bezy całą jej cudowną puchatość. Mimo całej tej, zgromadzonej przez lata, wiedzy, jest mi smutno... Cóż. Trzeba się było pozbierać, i przygotować coś innego. Chciałam creme brulee, ale nie wszystkie białka jeszcze udało mi się zużyć... Nie miałam serca dokładać kolejnych. Musiałam jednak zużyć kremówkę, która miała wieńczyć bezę...
Sięgnęłam po najprostsze, samo nasuwające się rozwiązanie - panna cotta. Z figami, których miałam pod dostatkiem. I z czym jeszcze...? 
Zastanawiałam się nad odpowiednim dodatkiem, który urozmaiciłby deser, nadał mu wyjątkowej nuty. I gdy moje oczy spoczęły na nieotwartej jeszcze, przywiezionej z Polski wodzie różanej wiedziałam, że to będzie to. Dolałam odrobinę do śmietanki, razem z kilkoma kroplami barwnika, żeby utrzymać różano-różowy klimat. I kilka kropli do smażonych fig - dla zintensyfikowania aromatu. Hmm...

To nie jest tak, że deser mi nie smakował. Bo smakował. Naprawdę. Ale ta woda różana... Jakaś dziwna jest. Taka jakby... Bo ja wiem... Mydlana? Troszkę sztuczna? Nigdy wcześniej nie miałam z nią do czynienia, może wlałam za dużo...? Nie mam pojęcia. Ale wiem, że następnym razem będę ostrożniejsza. Mimo wszystko deser polecam - dla mniej/bardziej odważnych bez dodatku wody różanej - bo panna cotta i figi to naprawdę smakowite połączenie.

Różana panna cotta z figami

Składniki:
(na 4 porcje)
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 ml mleka
  • 50 g cukru
  • 1 łyżeczka wody różanej
  • kilka kropli czerwonego barwnika spożywczego
  • 4 listki żelatyny

dodatkowo:
  • 4 figi
  • 10 g masła
  • 30 g cukru
  • 1/2 łyżeczki wody różanej
  • 50 ml wody

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. Kremówkę zagotować z mlekiem i cukrem. Zdjąć z ognia, dodać wodę różaną, barwnik i odciśniętą żelatynę, dokładnie wymieszać. Ostudzić.
Masę przelać do czterech szklanek, schłodzić w lodówce przez kilka godzin.

Figi pokroić w ósemki. Na patelni skarmelizować cukier z masłem i wodą różaną. Dodać figi, podsmażyć, zalać wodą i gotować, aż większość płynu odparuje i powstanie gęsty sos.
Przed podaniem wyłożyć figi na wierzch deserów, polać sosem.

Smacznego!

A Wy - lubicie wodę różaną? Używacie? 
Podpowiedzcie coś, proszę...

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Wakacje! I prowiant na drogę

Spakowani, niemal gotowi do drogi. Ostatnie zerknięcia, odhaczanie pozycji na liście do zabrania. Zamykanie okien, karkołomne skoki Ptysi, która koniecznie chce o sobie przypomnieć, znoszenie bagaży do auta. Jedziemy na wakacje!
Wszystko, co niedobre, zostawiamy za sobą, zabieramy za to dobry humor i pozytywne nastawienie. Trzy tygodnie błogiego lenistwa, zwiedzanie, wylegiwanie się, dużo dobrego jedzenia. Takie są plany, i mamy zamiar wcielić je w życie. 

Jupi!

Na drogę oczywiście potrzebny jest prowiant. Bez domowych bułeczek ani rusz... 
Przyczyna pieczenia jest jeszcze jedna - C. nabył taką ilość drożdży, że zrobiłam wielkie oczy i siedziałam trzy dni z nosem w książkach, szukając szybkich, ale oryginalnych przepisów. W Brød: fra bagels til knækbrød Görana Söderina i Georga Strachala (jak ja lubię tę książkę!) znalazłam intrygujący przepis - bułeczki z mąką kukurydzianą... Dla mnie już samo to było nowością, ale w składnikach pojawiło się coś jeszcze: mąka z owoców dzikiej róży... Że co niby...? W życiu o takim cudzie nie słyszałam, nie mam nawet pojęcia, gdzie mogłabym to kupić. Jednak kiedyś nabyłam proszek z owoców dzikiej róży (może to to samo, a ja nie wiem...?), i stwierdziłam, że nada się idealnie.
Bułki wyszły obłędne - ogromne i wyjątkowo sycące. Dość ciężkie, pachną wspaniale. Mają ten nieuchwytny aromat, który sprawia, że są zupełnie wyjątkowe. Jeśli jednak nie macie dostępu do różanych cudów, po prostu je pomińcie - i tak wyjdą wspaniałe.

Bułki z mąką kukurydzianą

Składniki:
(na 4 duże bułki)

zaczyn:
  • 15 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 300 ml letniej wody
  • 100 g mąki kukurydzianej
  • 200 g mąki pszennej

ciasto właściwe:
  • 2 łyżeczki proszku z owoców dzikiej róży
  • 2 łyżeczki soli
  • 50 ml oleju
  • 50 ml płynnego miodu
  • 200 g mąki pszennej

dodatkowo:
  • 10 g mąki kukurydzianej

Drożdże rozetrzeć z cukrem, wymieszać z wodą. Mąki przesiać, wymieszać, dodać drożdże. Całość dokładnie wymieszać łyżką, odstawić na 1 godzinę w cipłe miejsce.

Po tym czasie dodać pozostałe składniki na ciasto, wszystko wymieszać i zagnieść. Gotowe ciasto powinno być elastyczne i nielepiące.
Uformować z ciasta kulę, włożyć do natłuszczinej miski i odstawić na 30 minut.

Potym czasie ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 4 róne części. Z każdej uformować okrągłą bułkę, obtoczyć w dodatkowej mące kukurydzianej i ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Piec w 200 st. C. przez 10-15 minut, aż się lekko zrumienią.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

A teraz już znikam na całe cudowne trzy tygodnie.
Może uda mi się w tym czasie wrzucić jakieś przepisy (mam kilka w zapasie), a może pojawię się dopiero po powrocie - nie mam pojęcia. Tak czy inaczej - do napisania!

poniedziałek, 4 lipca 2011

Truskawki raz jeszcze

Pisałam już o tym, że truskawki najbardziej lubię świeże? Mogą być w cieście, czemu nie, ale soczyste, jędrne, na zimno. Upieczone już mi tak nie smakują... Dlatego, kiedy w piątek drogą kupna nabyłam jeszcze jeden koszyczek, zamarzyła mi się tarta. Bardzo, bardzo czekoladowa. I do tego truskawki. Istna rozpusta! Niewiele myśląc, przygotowałam spód, na który przepis znalazłam w Przyjaciółce polecającej: Ciasta i desery z owocami, nr 7/2010. Włożyłam do lodówki, i zaczęłam rozglądać się za wypełnieniem... W gazetce proponowali serowe, na mascarpone, pewnie pyszne, ale bez czekolady. A ja tak bardzo chciałam ją mieć! Z pomocą przyszła mi Maggie, i podrzuciła link do przepisu na BBC Good Food. Ach! Tak właśnie, o to mi chodziło! Niewiele myśląc, skorzystałam z proponowanego wypełnienia, zmieniając maliny na truskawki. Do masy nie dawałam też cukru pudru - wydała mi się wystarczająco słodka. Jeśli jednak użyjecie czekolady z wyższą zawartością kakao, jedna czy dwie łyżki pewnie nie zawadzą. Najlepiej posmakować i ewentualnie dosłodzić według uznania.

Efekt? Czekoladowe niebo i spełnienie absolutne. Kruchy spód i rozpływający się w ustach mus, którego zwieńczeniem są soczyste truskawki... Musicie tego spróbować!
Warto jednak chwilę przed podaniem ciasto wyjąć z lodówki - zmięknie, i będzie smaczniejsze.

Tarta czekoladowa z truskawkami



Składniki:
(na formę do tarty o średnocy 28 cm)

spód:
  • 200 g mąki pszennej
  • 100 g cukru
  • 150 g zimnego masła
  • 3 łyżki kakao
  • 1 żółtko

mus:
  • 100 g ciemnej czekolady (70%)
  • 100 g mlecznej czekolady z różą (35%)
  • 1 łyżeczka ekstraktu z róży
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)

dekoracja:
  • 400 g truskawek

Mąkę przesiać do miski z kakao. Wsypać cukier i dokładnie wymieszać. Dodać masło i połaczyć do konsystencji kruszonki. Wbić żółtko, szybko zagnieść gładkie ciasto. 
Uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Po tym czasie dokładnie wylepić ciastem formę, gęsto ponakłuwać widelcem.

Piec 20-25 minut w 200 st. C.
Wystudzić.

Czekolady rozpuścić w kąpieli wodnej. Wlać ekstrakty, wymieszać, ostudzić.
Kremówkę ubić na sztywno, wmiksować czekoladę.

Mus wyłożyć na spód.
Truskawki umyć, pozbawić szypułek. 
Wybrać 14 najładniejszych, jedną ułożyć na środku, 13 dookoła. Pozostałe pokroić w kosteczkę, wysypać na tartę. 
Schłodzić w lodówce co najmniej 2 godziny przed podaniem. 

Smacznego!



A teraz pozwolę sobie nieco z tematu jedzeniowego zboczyć. Jesteśmy po weselu i długiej podróży. Całość, według przewidywań, była męcząca, ale całkiem udana. Nie żałuję, że pojechaliśmy, i mam nadzieję, że jeszcze jakieś wesele nam się trafi...
Poznałam wielu sympatycznych ludzi, tańczyłam, śmiałam się, i... Złapałam welon. Ładny był bardzo.
Ptysia, odrobinę nieszczęśliwa, też przeżyła rozłąkę.

Teraz już powoli wszystko wraca do normy, i mam nadzieję, że w końcu uda mi się wyspać...

Poza tym dowiedziałam się dzisiaj, że wygrałam lawendowy bukiet. Bardzo, bardzo dziękuję! 

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Smak lata

Wczorajszy dzień udał nam się wyjątkowo. Spokojny poranek, wspólne, leniwe śniadanie, kawka z mleczkiem, spacer z psem. Przyjechał na umówionego grilla Smok, Najlepszy Sąsiad sturlał się do ogrodu, więc siedzieliśmy sobie, rozmawialiśmy, śmialiśmy. Pogoda może nie była idealna, bo troszkę jednak wiało, co nie przeszkadzało nam dobrze się bawić w swoim towarzystwie. Później pojawili się jeszcze Dużego Łysy Kuzyn z Tomaszem, więc impreza rozwijała się coraz bardziej. Wreszcie zdecydowaliśmy, że czas najwyższy wracać do domu, bo jednak temperatura nie sprzyja późnowieczornemu przebywaniu w ogrodzie. Na rozgrzanie oczywiście gorąca kawa, a nie byłabym sobą, gdybym do rzeczonej nie miała przygotowanego czegoś słodkiego. Na szczęście ciasto było spore, i starczyło dla wszystkich (chociaż przewidziane było dla mniejszej ilości osób). NS stwierdził, że jest chyba nawet lepsze od ostatniego sernika na zimno, który bardzo mu smakował. Panowie bez mrugnięcia okiem wsunęli po dokładce. Całość zniknęła w dwadzieścia minut, a muszę powiedzieć, że grill do skromnych nie należał, w dodatku wszyscy twierdzili, że są bardzo najedzeni. W związku z tym jestem z siebie dumna niebywale - bo nic tak nie cieszy, kiedy nasza praca daje tak rewelacyjne efekty.

W sobotę drogą kupna nabyłam trochę truskawek, które naprawdę truskawkami pachniały i smakowały. Większość zjedliśmy bez dodatków, ciesząc się tymi pysznościami. Z resztą koniecznie chciałam przygotować ciasto (pierwsze w tym roku z truskawkami). Miało być klasycznie - Pavlova (z myślą o bezolubnym Smoku). Kiedy jednak rozmawiałam z Mamą przez telefon, i wspomniała, że właśnie piecze biszkopt i ma zamiar przełożyć go truskawkami, wiedziałam, że to genialny pomysł. Tak więc, o wpół do pierwszej w nocy, zabrałam się za pieczenie. Wyszedł idealny - delikatny, puchaty, równy jak stół. Odkąd spróbowałam przepisu Doroty, nie korzystam już z innych. Udaje się zawsze, więc po co komplikować sobie życie? Tym razem zmniejszyłam proporcje, bo chciałam przeciąć go tylko na pół.
W niedzielę rano zaczęłam się zastanawiać - co dalej? Beza być musi. Szybko więc, jeszcze przed śniadaniem, ukręciłam taką małą, z dwóch białek. Wyszła akurat wysokościowo i rozmiarowo, tylko troszkę się rozpadła, przez co torcik stracił idealnie równy kształt. Ale to akurat szczegół. 
I najważniejsze - krem. Myślałam o creme patissiere, ale tak szczerze - po prostu mi się nie chciało. Sama kremówka wydała mi się nieco zbyt uboga... Ukręciłam więc troszkę serka, wymieszałam z ubitą śmietaną - i już. Na początku trochę się bałam, bo masa była niezwykle rzadka, ale po dwudziestu minutach w lodówce konsystencja była akurat do przekładania i obkładania ciasta. Zaletą kremu jest też jego wygląd - po schłodzeniu można pomylić go z lukrem na bazie białka - jest matowy i gładki. Efekt wizualny jest absolutnie bez zarzutu.
Całość zaromatyzowałam różą - jej subtelna nuta delikatnie przebija z kremu i bezy, stanowiąc miłą niespodziankę dla podniebienia. Całości dopełniły truskawki, których nie żałowałam. Torcik jest lekki, delikatny, wręcz rozpływający się w ustach. Słodki biszkopt i beza świetnie uzupełniają się z mniej słodkim kremem i soczystymi truskawkami. Mówię Wam - tak smakuje lato.

Letni torcik różany z truskawkami



Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 120 g cukru
  • 70 g mąki pszennej
  • 30 g mąki ziemniaczanej

beza:
  • 2 białka
  • 100 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 2 łyżeczki ekstraktu z róży

masa:
  • 500 ml śmietany kremówki (38%)
  • 200 g twarożku kremowego
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 2 łyżeczki ekstraktu z róży
  • 2 łyżeczki żelatyny
  • 2 łyżki zimnej wody
  • 50 ml gorącej wody

dodatkowo:
  • 350 g truskawek

nasączenie:
  • 3 łyżki wódki karmelowej
  • sok z 1/2 cytryny
  • 3 łyżki zimnej wody

dekoracja:
  • 11 truskawek
  • kilka listków mięty

Biszkopt:
Białka ubić na sztywną pianę. Pod koniec partiami dodawać cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Mąki przesiać do osobnej miski, wymieszać. Po łyżce dodawać do masy jajecznej.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Masę wyłożyć do tortownicy, delikatnie wyrównać wierzch.

Piec 25-35 minut w 160 st. C.

Upieczony biszkopt wyjąć z piekarnika, zrzucić z wysokości 60 cm (w formie) na podłogę, wstawić z powrotem do lekko uchylonego piekarnika, wystudzić.

Beza:
Białka ubić na sztywno. Pod koniec partiami dodawać cukier i cukier waniliowy. Wlać ekstrakt, zmiksować.
Przełożyć do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując 1 cm przerwy od obręczy. Wyrównać wierzch.

Piec w 130 st. C. przez 1 godzinę.
Wyjąć z piekarnika, wystudzić.

Krem:
Serek ubić na puszystą masę z cukrem pudrem i ekstraktem. Dodać żółtko, zmiksować.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, wlać gorącą, wymieszać dokładnie, przestudzić. Dodać to serka, dokładnie zmiksować, wstawić do lodówki, aż nabierze stałej konsystencji.

Kremówkę ubić na sztywno, delikatnie wymieszać z masą serową. Schłodzić, do uzyskania odpowiednio sztywnej konsystencji.

Nasączenie:
Wódkę wymieszać z wodą i sokiem z cytryny.

Truskawki do ciasta umyć, odszypułkować, pociąć na połówki lub ćwiartki.

Wystudzony biszkopt przekroić na pół. Ułożyć spód na talerzu, nasączyć. Wyłożyć 1/3 kremu i połowę truskawek. Na to położyć bezę, przycisnąć. Wyłożyć 1/2 pozostałego kremu, resztę truskawek. Drugi blat biszkoptu nasączyć z obu stron, położyć na wcześniejsze warstwy. Przydusić. Wyłożyć na wierzch i boki resztę kremu, udekorować truskawkami i listkami mięty.

Schłodzić w lodówce przez przynajmniej 4 godziny przed podaniem.

Smacznego!

Może się to wydawać nieco pracochłonne i czasochłonne, ale, jak to w wypadku tego typu ciast bywa, wystarczy dobrze rozłożyć pracę. Biszkopt i bezę można upiec poprzedniego dnia, później tylko ukręcić krem, poprzekładać i schłodzić. Koniecznie! W lodówce tort nabiera formy - staje się spójny, dobrze się kroi, warstwy się siebie trzymają, a smaki przenikają. 

Uff... Wyjątkowo dużo o tym cieście napisałam. Ale to dlatego, że jest zaskakująco dobre, jak na całkowitą improwizację. Jak to określił NS: rozwijam się. A D. stwierdził, że to ciasto jest bardziej tortowe od jego tortu urodzinowego (nasłuchał się o Cukiernikach na start, i teraz mam bardzo wysoko zawieszoną poprzeczkę...). Mężczyźni się spisali, jeśli chodzi o komplementy, wyjątkowo dobrze.

A teraz idę oddać się błogiemu lenistwu - ostatni dzień naszego długiego weekendu. Póki co, bez konkretnych planów, po prostu ze sobą. Lubię takie chwile.

Abstrahując od tematu - dzisiaj jest Święto Dobrych Rad. Ja mam jedną - spróbujcie tego ciasta. Jest rewelacyjne, nie pożałujecie na pewno.