Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mięta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mięta. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 stycznia 2018

Pogodowe zamieszanie i wiosenno-zimowy pudding chia

Że w macu jest jak w garncu, przekonałam się już dawno. Ale żeby już w styczniu pogoda serwowała nam danie wprost z kociołka, i to nie tylko na obiad, ale też na śniadanie, kolację i deser...? Muszę przyznać, że taki stan rzeczy nieco mnie rozstraja.
Gdy wstaję rano, chwilę przed ósmą, ciągle jest szaro, ponuro i nieprzyjemnie. Na śniadanie więc podgrzewam pasztet i smażę na chrupko kilka plastrów boczku - nic innego nie wchodzi w grę. No, może jeszcze jajka na miękko... Ale to byłaby rozpusta, na którą nie mamy czasu.
Po kilku godzinach świat się rozjaśnia; słońce ukazuje swe promienne oblicze, a ja, radosna niczym skowronek w pierwszy dzień wiosny, zapinam psy i zabieram je na dłuższy spacer. Co - rzecz jasna - okazuje się nie najlepszym z moich pomysłów; do domu wracamy bowiem w śnieżycy z prawdziwego zdarzenia. Wielkie, białe płatki sprawiły, że świat otuliła nienaturalna wręcz cisza; wszystko powoli spowija biały puch sprawiając, że świat wydaje się na wpół martwy, a jednocześnie ani trochę na wpół żywy. Gdy już zza szyby obserwuję ten dziwny, niemalże zimowy świat, dociera do mnie, że to przecież styczeń, i śnieg zupełnie nie powinien mnie dziwić.
A jednak dziwi...

Po powrocie do pracy i codziennej rutyny, wróciłam też do dobrego zwyczaju przygotowywania sobie na śniadanie puddingów chia. Są szybkie, łatwe, a kombinacje smakowe - nieskończone. Tym razem sięgnęłam po orzeźwiającą miętę i kojącą czekoladę - idealne połączenie na poranek, który nastąpi dopiero kilka godzin po przebudzeniu.
Jeśli lubicie after eight, te słynne czekoladki, to coś zdecydowanie dla Was. Ja za nimi średnio przepadam, a i tak ta wersja puddingu mnie urzekła. Jednocześnie pobudza do życia i sprawia, że świat wydaje się piękniejszy. Połączenie mięty i czekolady w idealnych proporcjach.
Przede mną pracujący weekend, więc taka porcja energii z rana przyda mi się z pewnością.

Czekoladowo-miętowy pudding chia


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 400 ml mleczka kokosowego
  • 400 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 2 łyżki kakao
  • 1 łyżeczka herbaty matcha
  • 1/2 łyżeczka chlorelli
  • 1 łyżeczka ekstraktu z mięty

dodatkowo:
  • listki mięty

Mleko wymieszać z mleczkiem kokosowym, rozdzielić na pół. Do jednej części dodać 1,5 łyżki nasion chia i kakao, dobrze wymieszać, najlepiej za pomocą trzepaczki. Do drugiej części dodać matchę, chlorellę i ekstrakt, również wymieszać.
Schłodzić przez noc w lodówce.

Obie masy wlewać równocześnie do miseczki, udekorować listkiem mięty.

Smacznego!

Ciekawa jestem, kto pomyśli o odśnieżeniu dróg o wpół do drugiej nad ranem...

czwartek, 14 grudnia 2017

O pierwszym śniegu i bezie z czerwonymi owocami

Nareszcie! W końcu, tuż po Mikołajkach, w Danii spadł pierwszy śnieg. Wieczorem, siedząc przy kominku, z zachwytem obserwowałam wirujące na wietrze płatki. Z zapamiętaniem, powoli, acz skutecznie, przykrywały wszystko warstwą białego puchu. Stół i krzesła w ogrodzie, a także żywopłot, zostały przystrojone puszystymi czapkami. Szarozielona trawa zniknęła pod grubym dywanem. Niebo przybrało tę charakterystyczną, różowawą barwę. 
Zasypiałam pełna nadziei wierząc, że w tym roku w końcu będziemy mieć białe Święta.

Moja radość nieco przygasła o poranku, gdy stanęłam przed sporą górką śniegu, która jeszcze poprzedniego wieczoru była moim samochodem. Na szczęście pod puchem nie kryła się szelmowsko warstwa lodu; otrzepanie autka poszło mi więc całkiem sprawnie.
Po drodze do pracy obserwowałam gwiezdne wojny - śnieg padający pod kątem prosto na przednią szybę. Jako dziecko i młoda dziewczyna uwielbiałam to zjawisko! Fakt, że teraz to ja siedzę za kierownicą, odbiera mu nieco uroku...

A dzisiaj po śniegu pozostało już tylko wspomnienie. Z nieba niestrudzenie kapie śnieg z deszczem, zalewając chodniki i ulice szarą breją, w której toną krótkie, psie łapki. A mi pozostaje tylko wkładanie naprawdę grubych skarpet i kaloszy; inne obuwie nie ma tutaj bowiem racji bytu.
A jak tam u Was? Ciągle żyjecie nadzieją...?

Dzisiaj mam dla Was przepis, który może być świąteczny, ale możecie też zaserwować go gościom zupełnie niezobowiązująco. Jest to chrupiąca z zewnątrz i mięciutka, lekko ciągnąca w środku beza, pod chmurą bitej śmietany. Udekorowana czerwonymi owocami, jakie akurat uda Wam się znaleźć w sklepie czy zamrażarce. U mnie były to czerwone pomarańcze, porzeczki i maliny, choć bardzo żałuję, że nie sięgnęłam po wiśnie i świeżą żurawinę - ciasto z pewnością by na tym zyskało.
Do tego kandyzowane listki mięty, które pięknie się mienią w świetle choinkowych lampek - i do całkowitego błogostanu potrzeba już tylko mocnej, czarnej kawy...
Jacyś chętni na taki zestaw...?

Przepis znaleziony u Doroty.

Bezowy wieniec z czerwonymi owocami


Składniki:
(na 1 duży wieniec)

beza:
  • 5 białek
  • 250 g cukru
  • 50 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka octu winnego
  • 1 łyżeczka mąki kukurydzianej
krem:
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 g serka mascarpone
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
dodatkowo:
  • 1 czerwona pomarańcza
  • czerwona porzeczka
  • maliny
mięta w cukrze:
  • listki świeżej mięty
  • 1 białko
  • 3-4 łyżki drobnego cukru
Białka ubić, pod koniec partiami dodając najpierw cukier, a następnie cukier puder. Na końcu dodać ocet i mąkę kukurydzianą, połączyć.

Na blasze ułożyć papier do pieczenia, odrysować na nim okrąg o średnicy 20 cm. Bezę przełożyć do rękawa cukierniczego z odciętą końcówką, wyciskać duże bezy po okręgu, jedna obok drugiej.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 120 st. C. i suszyć przez 1,5-2 godziny.
Zostawić do całkowitego wystygnięcia w wyłączonym piekarniku.

Listki mięty maczać w lekko ubitybiałku, a następnie w cukrze. Odłożyć do zastygnięcia.

Przed podaniem ubić kremówkę z mascarpone i cukrem waniliowym. Wyłożyć na bezę. Udekorować pokrojonymi w plastry pomarańczami, porzeczkami, malinami i listkami mięty w cukrze.

Smacznego!

Wiem, że w tym roku słabo u mnie ze świątecznymi przepisami. Wszystko dlatego, że w ogóle nie ma mnie w domu, a co za tym idzie - nie mam kiedy piec.
Nawet nie macie pojęcia, jak mi z tym źle...

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Tiramisu z poziomkami na przedślubny stres

Prognozy nie są, niestety, zbyt optymistyczne. Na sobotę zapowiadają deszcze; ale ja im nie wierzę. Musi, po prostu musi być choć trochę słonka. Choćby na zrobienie tych kilku zdjęć...

Tymczasem dzisiaj zaczynam urlop. Stresuję się niesamowicie; muszę przyznać, że jestem na tym etapie, że chciałabym mieć już to wszystko za sobą... Dlatego stosując zasadę pozytywnego myślenia, omijam myśli o weselu szerokim łukiem i skupiam się na tym, co czeka mnie później - wycieczka do Barcelony. I to nie byle jaka, bo przez Amsterdam i Paryż. Już trzy lata nie byliśmy na prawdziwych wakacjach, cieszę się więc jak małe dziecko. Uwielbiam podróże, nowe miejsca, nowe smaki...

Ale póki co czas wracać do sprzątania; Rodzice zjawią się już niedługo, a pokój dla Młodej ciągle bardziej przypomina składzik...

Szybko więc skupmy się na najważniejszym, czyli dzisiejszym przepisie. A mam dla Was coś naprawdę wyjątkowego: tiramisu z poziomkami. Te małe, czerwone kuleczki smakują i pachną lasem; nie da się ich do niczego innego porównać. Uwielbiam!
Ostatnio udało mi się nazbierać całe trzysta pięćdziesiąt gram; było już semifreddo z poziomkami i różaną nutą, teraz czas na kolejny deser.

Tiramisu to coś, czemu nie potrafię się oprzeć; przygotowywałam je już w wielu różnych wersjach i nigdy mnie nie zawiodło. Ta jednak udała się chyba najlepiej; poziomki i delikatna, pomarańczowa nuta w tle, a do tego niebiańsko lekki krem i mięciutkie biszkopty. Mogłabym jeść, i jeść, i jeść... I nigdy by mi się nie znudziło.

Tiramisu z poziomkami


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 2 jajka
  • 250 g serka mascarpone
  • 60 g cukru pudru
  • 1/4 łyżeczki mielonej wanilii
  • 80 g podłużnych biszkoptów
  • 25 ml Cointreau
  • 75 ml soku pomarańczowego
  • 150 g poziomek

dodatkowo:
  • listki świeżej mięty

Żółtka z cukrem pudrem zmiksować na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone i wanilię, zmiksować tylko do połączenia składników.
Białka ubić, partiami dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Sok pomarańczowy wymieszać z Cointreau. Maczać w nim biszkopty po kilka sekund z każdej strony. Połowę ułożyć na dnie szklanek, przykryć połową kremu i posypać połową owoców. Znów ułożyć nasączone biszkopty, resztę kremu i pozostałe poziomki.

Dobrze schłodzić, przed podaniem udekorować listkami mięty.

Smacznego!

Jeśli nigdzie już nie znajdziecie poziomek (u mnie zostały już tylko pojedyncze sztuki) można je zastąpić malinami. Też będzie pysznie!

wtorek, 15 sierpnia 2017

Cukiernicze tajemnice i gofry jogurtowo-miodowe z nutką mięty

Wszyscy mamy tajemnice. Takich, których nie wyjawilibyśmy i za milion dolarów. Ale te sekrety to prywatna sprawa każdego z nas, i nie o nich chcę dzisiaj pisać.
Kiedy zaczęłam interesować się pieczeniem ciast i ich dekoracją, z zapartym tchem oglądałam niesamowite zdjęcia i zastanawiałam się, jak to w ogóle jest możliwe. Dzisiaj wiem, że nie tylko da się większość z tych rzeczy przygotować w domu, ale również, że wcale nie jest to takie skomplikowane. Maleńkie, marcepanowe buciki? Ależ proszę, mogę przygotować parę w dwie minuty. Wystarczy wiedzieć, że tak naprawdę to tylko dwie odpowiednio ze sobą złączone kuleczki. Wymyślny rant czekoladowy, który będzie trzymał formę? Nie ma sprawy, dajcie mi tylko chwilę na porządne zatemperowanie czekolady i kawałek sztywnej folii. Będzie tak widowiskowy, jak tylko można sobie wyobrazić.

Ostatnio jednak odkryłam kolejną ciekawą rzecz, która banalna w swej prostocie z pewnością uratowałaby niejedno ciasto bez wyrazu. W czym rzecz? W soku z cytryny i... Cukrze waniliowym.
Niedawno robiłam w pracy mus z szampana; mimo coraz większej ilości alkoholu, ciągle smakował po prostu jak bita śmietana. Co robić...? Przecież nie dodam całej butelki, bo zamiast musu wyjdzie zupa (co w innych okolicznościach być może nie byłoby problemem, ale w przypadku tortu weselnego - byłam pewna - nie mogło się sprawdzić). Mnie i tort uratowała bardziej doświadczona koleżanka sugerując, żebym dodała odrobinę soku z cytryny i cukru waniliowego. I o ile wiem, że sok z cytryny znacząco wyostrza smak, o tyle na pomysł z cukrem waniliowym zareagowałam lekkim niedowierzaniem. Przecież całość będzie tylko jeszcze słodsza... Ona tymczasem uśmiechnęła się tajemniczo i stwierdziła, że cukier waniliowy to sól cukierników.

I wiecie co...? Ma dziewczyna rację! Już odrobina tych dwóch składników sprawiła, że mus stał się wyrazisty w smaku, a szampan doskonale wyczuwalny nawet po szklaneczce wypitej przy okazji (nie pytajcie; Duńczycy to taki dziwny naród, który wychodzi z założenia, że odrobina alkoholu w pracy jeszcze nikomu nie zaszkodziła).
Zapamiętajcie więc sobie: gdy musowi brakuje charakteru, można wydobyć jego głęboko ukryte walory odrobiną cukru waniliowego. Jeśli mi nie wierzycie - spróbujcie i tak. Bo co Wam szkodzi...?

Wolne wtorki to dla mnie okazja do śniadaniowych szaleństw. C. jest zazwyczaj w pracy, mogę więc sobie dogadzać nie zastanawiając się, czy jemu aby na pewno będzie smakować. Tym razem sięgnęłam po przepis z bloga Aleksandry, bo bardzo spodobał mi się pomysł na gofry o subtelnym zapachu miodu. 

Gofry są chrupiące z zewnątrz i mięciutkie w środku, cudownie puszyste i naprawdę pyszne. Podane z jogurtem i miodem nie są zbyt słodkie, ale idealnie wyważone, a miodowy aromat wyraźny, ale stonowany. Dodatek mięty sprawia, że całość jest świeża i cudownie letnia.
Spróbujcie, póki jeszcze mamy lato.

Gofry jogurtowo-miodowe


Składniki:
(na 10-15 gofrów)
  • 300 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 270 g jogurtu greckiego
  • 80 g miodu
  • 3 jajka
  • 150 g masła
  • 150 ml mleka
dodatkowo:
  • jogurt
  • miód
  • listki mięty
Mąkę przesiać z proszkiem i sodą.
Miód dokładnie wymieszać z jogurtem.
Masło rozpuścić, wymieszać z mlekiem i jajkiem. Dodać jogurt z miodem, połączyć. Wlać mokre składniki do suchych, dokładnie wymieszać.

Smażyć gofry w nagrzanej gofrownicy.

Podawać z jogurtem wymieszanym z miodem i listkami mięty.

Smacznego!


Szczerze mówiąc, nie jestem pewna, ile dokładnie mi ich wyszło; w czasie pieczenia podjadałam i tak mi zasmakowały, że straciłam rachubę... 
Ale nie martwcie się, dla dwóch osób wystarczy.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Mus truskawkowo-miętowy na skandynawską nutę

Wolny piątek - słyszeliście o czymś takim...? Ja, muszę przyznać, od dawna już nie pamiętam, że coś takiego w ogóle istnieje. Odkąd rozpoczęłam pracę w piekarni, piątki to jedne z najbardziej zapracowanych dni - trzeba przygotować wszystkie specjalne zamówienia na weekend, torty ślubne, urodzinowe i na chrzty, a także całą masę drobiazgów, żeby w sobotę jak najłatwiej wszystko ogarnąć. Tymczasem w miniony czwartek, godzinę przed pójściem do domu, szef złożył mi propozycję nie do odrzucenia - dzień wolny. Oczywiście, był haczyk - dzisiaj musiałam wstać o wpół do pierwszej, żeby być w pracy na trzecią. Ale czego nie robi się dla wolnego piątku...?

Oczywiście, pogoda niezbyt dopisała, a C. o takich luksusach może tylko pomarzyć. W końcu więc dokładnie odkurzyłam cały dom, żeby później z czystym sumieniem zagłębić się w lekturze i... Przygotować kilka smakołyków, oczywiście. Ostatnio odwiedziłam moje tajemnicze poziomkowe miejsce, i wróciłam do domu z całymi trzysta pięćdziesięcioma gramami tego dobrodziejstwa. Wykorzystałam je do... 
Ale o tym innym razem.
Dzisiaj ostatni dzień akcji Ani, a więc i mój ostatni skandynawski przepis.

Recepturę znalazłam w Bage og sylte, nr 3/2017, i od razu zwróciłam na nią uwagę. Po pierwsze, mus ma piękny, pastelowo-różowy kolor. Po drugie zawiera dodatek mięty, która na dobre rozpanoszyła się w ogródku i ciągle szukam nowych pomysłów na jej wykorzystanie. A połączenie jej z ostatnimi już chyba w tym roku truskawkami wydawało się znakomitym pomysłem.
Mus wyszedł lekki, intensywnie truskawkowy i lekko miętowy (mięta imbirowa jest dużo subtelniejsza od zwykłej; jeśli więc użyjecie innej odmiany, radzę dodawać ją po trochu, żeby nie zdominowała truskawkowego smaku), zaskakująco sycący. Naprawdę pyszny.
Spróbujcie, póki jeszcze można na targach kupić truskawki.

Mus truskawkowo-miętowy


Składniki:
(na 4 porcje)

  • 3 listki żelatyny
  • 250 g truskawek
  • 50 g cukru
  • 3 łodyżki mięty imbirowej
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
dodatkowo:

  • 2 truskawki
  • kilka listków i kwiatów mięty imbirowej
żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Truskawki umyć, osuszyć, usunąć szypułki. Pokroić na ćwiartki, włożyć do garnka razem z cukrem. Zagotować; gotować przez 5-10 minut, aż owoce zaczną się rozpadać. Zmiksować blenderem na gładki krem. Dodać listki mięty, zmiksować. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać łyżką do jej całkowitego rozpuszczenia.
Ostudzić.

Kremówkę ubić na pół sztywno. Dodać do ostudzonej masy truskawkowej, delikatnie mieszając łyżką. Przełożyć mus do szklanek, schłodzić w lodówce minimum 3 godziny.

Przed podaniem udekorować truskawkami oraz listkami i kwiatami mięty.

Smacznego!


Jest to moja ostatnia propozycja do akcji Ani:

poniedziałek, 17 lipca 2017

Sztuka wyrastania i chlebek z zieloną wkładką

Ostatnio nabrałam znów ochoty na pieczenie drożdżowych ciast. Może dlatego, że niby jest lato, ale jednak chłodno i drożdżowe wydaje się takie... Pocieszające. Kiedy zapach słodkich bułeczek roznosi się po domu, deszcz i wiatr tracą na znaczeniu. I nie ważne, że tylko na chwilę...

Problem jednak jest taki, że kaloryfery oczywiście nie grzeją, w kominku w środku lipca palić nie będę (swoją drogą, w kominku nie palę w ogóle, bo nie umiem; to zadanie C. A on by mnie tak wyśmiał, gdybym wyszła z tak niedorzeczną propozycją, że wolę sobie temat odpuścić), a jakby nie patrzeć, osiemnaście stopni to nie jest optymalna temperatura wyrastania. Co robić...?
Wiedziona piekarniczym instynktem, przystąpiłam do szczegółowej inspekcji jednego z piekarników. Tego z funkcją parowania. I wiecie, co odkryłam...? Że ma specjalny program do wyrastania! Przetestowałam go najpierw na słodkich bułeczkach z porzeczkami, następnie na chlebie, na który przepis znajdziecie poniżej - i jestem zachwycona! Nie dość, że można ustawić idealną dla danego rodzaju ciasta temperaturę, to jeszcze piekarnik sam z siebie utrzymuje odpowiednią wilgotność tak, że powierzchnia ciasta nie ma nawet szansy pomarzyć o wysuszeniu. W dodatku przyspiesza cały proces, i w najwyżej czterdzieści pięć minut mam idealnie wyrośnięte, cudownie puszyste ciasto. No żyć, nie umierać! Jestem zachwycona i jednocześnie zdegustowana samą sobą, że wcześniej tego nie odkryłam. Teraz, skoro coraz lepiej rozumiem mój piekarnik (a nie jest to łatwe, zważywszy na fakt, że rozmawia ze mną po duńsku), możecie spodziewać się kolejnych drożdżowych wypieków. Z tego co wiem, nie zanosi się bowiem na zmianę aury, i lody póki co schodzą na dalszy plan...

Ten chlebek upiekłam z myślą o wspólnym gotowaniu, gdzie miałyśmy przygotować danie z trzech produktów: bobu, czosnku i pomidorów. I muszę przyznać, że trochę naoszukiwałam...
W Danii świeży bób jest nieosiągalny, sięgnęłam więc po mrożony. Bardzo chciałam coś przygotować, myślałam długo, aż w końcu wpadłam na pomysł upieczenia chleba. Tylko te pomidory... Nie bardzo pasowały do mojej wizji. W końcu wykombinowałam, że użyję suszonych; i choć wiem, że sezon na świeże, dorodne jest teraz w pełni, mam nadzieję, że wybaczycie mi to lekkie nadużycie. Na usprawiedliwienie dodam, że chlebek podałam jako dodatek do roladek z kurczaka z mozzarellą i pieczonych pomidorków koktajlowych. Może być...?

Pasta z bobu jest wyborna; śmiało można jej używać jako smarowidło do kanapek, albo nawet wymieszać z ugotowanym makaronem. Sok z cytryny i olej najlepiej dodawać po trochu, do osiągnięcia odpowiedniej konsystencji i smaku. W końcu nie wszyscy lubimy to samo...
Chlebek jest mięciutki, delikatny i puszysty; świetnie nadaje się jako dodatek do zup, ale również do kanapek. Naprawdę warto sobie taki upiec.

Po inne przepisy na inne dania z bobem, czosnkiem i pomidorami koniecznie zajrzyjcie do Ani, Malwinny, Shinju i Martynosi.

Chleb z pastą z bobu i suszonymi pomidorami


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 27x15 cm)
  • 350 g mąki pszennej
  • 200 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 23 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 350 ml letniej wody
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 2 łyżki oliwy
pasta z bobu:
  • 350 g ugotowanego, wyłuskanego bobu
  • 2 ząbki czosnku
  • 10 gałązek mięty imbirowej
  • sok z 1 cytryny
  • 100 ml oleju pistacjowego
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 75 g suszonych pomidorów w oleju
  • 2 łyżki oleju od pomidorów
Mąki wymieszać, po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać cukier, wlać 150 ml wody, odstawić na 15 minut.
Po tym czasie dodać do ciasta pozostałą wodę, zagnieść. Pod koniec wyrabiania dodać sól i oliwę.
Ciasto odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować pastę z bobu.
Bób, przeciśnięty przez praskę czosnek, oberwane listki mięty, sok z cytryny i olej zmiksować blenderem. Doprawić do smaku solą i pieprzem.
Odstawić.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, a następnie rozwałkować na prostokąt o wymiarach 35x40 cm, delikatnie podsypując mąką. Posmarować równomiernie pastą z bobu, posypać pokrojonymi na mniejsze kawałki pomidorami odsączonymi z zalewy. Zawinąć ciasno w rulon wzdłuż dłuższego boku, złożyć na pół i włożyć do wyłożonej papierem do pieczenia formy.
Odstawić do wyrośnięcia na 20-25 minut.

Posmarować ciasto olejem z pomidorów.

Piec w 180 st. C. przez 40 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Ja tymczasem jutro wybieram się do fryzjera na ułożenie próbnej fryzury i zrobienie makijażu ślubnego. Jestem nawet lekko podekscytowana, muszę przyznać.

czwartek, 6 lipca 2017

Owocowy deser wprost ze Skandynawii

Mamy lipiec. Ale aura najwidoczniej jest w tym roku na bakier z kalendarzem; ewentualnie ma na głowie mnóstwo innych spraw i zapomniała wyrwać kilka kartek, lub też wyrwała całą garść w przypływie złości na... Sama nie wiem, na co zła może być aura. Niemniej, pogoda bardziej przypomina bardzo wczesną, deszczową wiosnę lub też raczej późną, wyjątkowo deszczową jesień. Jest też zimny wiatr chłoszczący rabarbar i miętę w ogródku, a słońce, które z rzadka wyjrzy zza granatowo-szarych chmur nie daje tyle ciepła, ile powinno. 
Jak to podsumowała koleżanka z pracy: Na całe szczęście nie mamy urlopów i możemy pracować
Bright side of life, że tak bezwstydnie zacytuję Monthy Pythona. 

Tymczasem stragany uginają się od wyjątkowo w tym roku drogich letnich owoców. Nie straszne mi jednak ceny; po dziwnej, szaro-błotnistej zimie nie mogę oprzeć się soczystym kolor. Znoszę więc do domu czereśnie, nektarynki i truskawki, z ogrodu przynoszę rabarbar i tworzę, na przekór aurze, letnie ciasta i desery. Jest pysznie!

Tym razem mam dla Was przepis z Bage og sylte, nr 1/2016. Nie mogłam oprzeć się tym pysznie zapowiadającym się warstwom. Jest więc idealnie gładki i soczyście czerwony mus truskawkowo-malinowy, jest kwaskowy, wyrazisty kompot rabarbarowy, a do tego wszystkiego kremowy serek z mascarpone i skyra. Ten ostatni to typowo skandynawski produkt, coś pomiędzy jogurtem a serkiem homogenizowanym. W zastępstwie możecie użyć jednego albo drugiego, albo mieszanki tych dwóch.
Całość smakuje wybornie, warstwy świetnie do siebie pasują i idealnie się uzupełniają. Następnym razem dodałabym tylko jeszcze coś chrupiącego - może warstwę ciasteczek amaretti...?

Deser ze skyrem, czerwonymi owocami i rabarbarem


Składniki:
(na 6-8 porcji)

mus rabarbarowy:

  • 425 g oczyszczonego rabarbaru
  • 1 jabłko
  • 75 g cukru
  • 50 ml wody
mus z czerwonych owoców:

  • 125 g truskawek
  • 100 g malin
  • 75 g cukru
  • 75 ml wody
krem:

  • 500 g skyra (gęstego jogurtu lub serka homogenizowanego)
  • 250 g serka mascarpone
  • 20 g cukru pudru
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
dodatkowo:

  • 100 g malin
  • 125 g truskawek
  • listki mięty
Rabarbar pokroić na kawałki, jabłko obrać, wyciąć gniazdo nasienne i pokroić w kostkę. Umieścić owoce w garnku, zasypać cukrem i zalać wodą. Gotować na średnim ogniu pod przykryciem, aż owoce się rozpadną.
Ostudzić.

Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki i pokroić na ćwiartki. Umieścić w garnuszki z malinami, cukrem i wodą. Gotować kilka minut, aż owoce zrobią się zupełnie miękkie. Zmiksować na gładki mus, przetrzeć przez sitko.
Ostudzić.

Skyr zmiksować z mascarpone, cukrem pudrem i ekstraktem na gładki krem.

W szklankach równomiernie rozłożyć rabarbar, następnie krem waniliowy, a wierzch polać czerwonym puree. Udekorować kawałkami truskawek, malinami i listkami mięty. Podawać dobrze schłodzone.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

sobota, 1 lipca 2017

Chłodnik na niepogodę. Ogórkowy

Wczoraj wróciłam do domu zdecydowanie później, niż zamierzałam. I to nie dlatego, że dzień był pełen przyjemności (choć właściwie jak inaczej nazwać przygotowywanie tortu przypominającego Raphaela z Wojowniczych Żółwi Ninja?), ale dlatego, że ilość nadgodzin powoli sprawia, że zapominam, co innego można robić poza pracą. W związku z tym pisanie postów i w ogóle włączanie komputera odeszło w niepamięć. Zamiast tego zjedliśmy szybki obiad, po czym ułożyliśmy się na kanapie i stwierdziliśmy, że idealnym zakończeniem kolejnego długiego piątku będzie obejrzenie Trzech muszkieterów. Tych najlepszych, z dziewięćdziesiątego trzeciego. Skończyło się, muszę przyznać z pewną dumą, na drugiej reklamie, która uśpiła nas na dobre. Chwilę po szóstej (rano, jeśli kogoś ogarnęłyby wątpliwości) przebudziłam się ścierpnięta, wytarmosiłam więc C. i przenieśli się do łóżka, żeby dospać te kilka brakujących godzin.
A teraz weekend. Nareszcie...

Tymczasem duńska aura postawiła na zaskoczenie, i zamiast lata serwuje nam jesień. Późną. Chłodną, deszczową i wietrzną. Czekam na choćby odrobinkę słońca, żeby nazbierać kwiatów czarnego bzu na syrop (wiadomo przecież, że cały smak kryje się w pyłku, który spłukany deszczem znika zdecydowanie zbyt szybko). Wbrew prognozom jednak, zachęcona ideą wspólnego gotowania, przygotowałam chłodnik. Ogórkowy.

Nie przepadam za chłodnikami, zdecydowanie wolę ciepłe zupy. Tym razem jednak, muszę przyznać, trafiłam w dziesiątkę wypróbowując przepis z Hjemmets bedste mad, nr 7/8/2017. Zupa smakuje jak rzadka mizeria, a dodatek miętowego pesto nadaje jej charakteru. Z chrupiącymi grzankami smakuje wybornie; w ciepły, prawdziwie letni dzień znakomicie nada się na pełnoprawny obiad.
Swoją drogą miętowe pesto jet wyjątkowo smakowite; zróbcie go więcej, świetnie nadaje się do kanapek. Albo może makaronu...?

A po inny przepis na chłodnik koniecznie zajrzyjcie do Ani.

Chłodnik ogórkowy z miętowym pesto


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 2 długie ogórki
  • 1 garść listków mięty imbirowej
  • 600 ml bulionu
  • 400 g jogurtu greckiego
  • sól
  • pieprz

pesto miętowe:
  • 1 pęczek mięty imbirowej
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1 cytryny
  • 40 g orzeszków piniowych
  • 40 g parmezanu
  • 1 ząbek czosnku
  • 50 ml oliwy
  • sól
  • pieprz

dodatkowo:
  • 4-8 kromek pszennego chleba

Ogórki obrać, pokroić na mniejsze kawałki. Umieścić w blenderze z miętą, bulionem i jogurtem, zmiksować na gładki krem. Doprawić do smaku solą i pieprzem, mocno schłodzić.

Listki mięty, sok i skórkę z cytryny, orzeszki, starty parmezan i czosnek umieścić w blenderze. Zmiksować na jak najgładszą pastę. Dodać oliwę, połączyć. Doprawić do smaku solą i pieprzem.

Z chleba przygotować tosty.
Zimny chłodnik podawać z grzankami z pesto.

Smacznego!


Mięty możecie użyć dowolnej; u mnie w ogórku rozpleniła się imbirowa, więc to właśnie ją dorzucam do wszystkiego.

wtorek, 20 czerwca 2017

Jak się nie opalać i koktajl bananowy z mietą

Weekend był cudowny! Obłędnie słoneczny i ciepły; poczułam się, jakbyśmy zamiast wracać z urlopu do Danii, wybrali się do ciepłych krajów. Zasiedliśmy więc z C. w ogrodzie, bardzo z siebie zadowoleni, popijaliśmy herbatkę, pieliliśmy, rozmawialiśmy; i tak nam czas przyjemnie, leniwie płynął. 
Pod wieczór zrobiło się chłodniej; gdy weszłam do domu, a chwilę później do łazienki - zdębiałam. Patrzyłam w lustro i nie wierzyłam własnym oczom - przypominałam dobrze już obgotowanego raka. I kiedy zobaczyłam to, czego przez cały dzień nie czułam - poczułam
Zawsze tak jest, prawda...? Dopóki nie zdajemy sobie z czegoś sprawy, żyjemy z tym, nie poświęcając większej uwagi; gdy ktoś nas uświadomi (lub nastąpi to samoistnie za sprawą dziwnych - bądź nie - zbiegów okoliczności), nagle okazuje się, że mamy problem.
I ja właśnie ten problem poczułam na własnej skórze (bardziej dosłownie, niż bym sobie tego życzyła). Czoło, ramiona i łydki nagle zaczęły mnie bardzo nieprzyjemnie piec. I muszę przyznać, że mimo zatrważającej ilości Panthenolu, który na siebie nałożyłam, pieką nadal. Choć jest już zdecydowanie lepiej - tylko strategiczne miejsca, które nie widziały słońca od nie wiem jak długiego czasu, są zaognione. Z nosa skóra schodzi mi płatami, ale ramiona i reszta twarzy zrobiły się brązowawe. Nie powiem, że było warto, ale... W niezwykle pożądanym, brzoskwiniowo-brązowym odcieniu, naprawdę mi do twarzy.

Na pocieszenie przygotowałam sobie koktajl. Tak naprawdę przekonał mnie do tego banan, smutnie leżakujący na stole w kuchni i zmieniający barwę ze słonecznożółtej na ciemnobrązową. Przejrzałam więc niedawno nabytą w Polsce gazetę Kuchnia: koktajle. Wydanie specjalne, nr 3/2017 poświęconą w głównej mierze, jak sama nazwa wskazuje, koktajlom. Przepis na bananową piankę zaintrygował mnie dodatkiem mięty; musicie przyznać, że to niecodzienne połączenie. Okazuje się jednak, że naprawdę trafione - koktajl jest lekki, odpowiednio słodki i orzeźwiający. Świetnie gasi pragnienie w upalne, duńskie dni.
Polecam!

Bananowa pianka z miętą


Składniki:
(na 1 porcję)
  • 1 dojrzały banan
  • 100 ml zimnej maślanki
  • 1 łyżeczka nasion konopi
  • 1 łyżeczka mielonych migdałów
  • 2 listki mięty imbirowej
  • 1 łyżeczka miodu

Maślankę miksować w blenderze kielichowym przez 3 minuty, aż się dobrze spieni. Partiami dodawać obranego i pokrojonego na plasterki banana, następnie dodać konopie, migdały, miętę i miód i zmiksować na gładki koktajl.
Podawać natychmiast.

Smacznego!

Plus tego wszystkiego jest taki, że moje łydki zmieniły kolor mącznej bieli, którym straszą zazwyczaj przez okrągły rok.
Warto było...?
Eee...

poniedziałek, 8 maja 2017

Letnie gofry

Mam ostatnio długi ogon do pisania postów. Sporo pracuję, a w wolnym czasie... No cóż, piekę ciasta. Mam więc w zanadrzu trzy ciekawe torty, ale o nich opowiem Wam bliżej weekendu. Dzisiaj mam dla Was coś na idealne, wtorkowe śniadanie. O ile macie wtorki wolne, jak ja.

Za dwa tygodnie jedziemy na wakacje. Taki mały urlop na duże zakupy. Niemniej, obiecałam sobie, że nie będę kupować owoców, bo mam ich pełną zamrażarkę i muszę najpierw je zużyć. Oczywiście wiecie, jak to się skończyło: w piątek wróciłam do domu z kilogramem truskawek, kolejnym rabarbaru i sześcioma pudełeczkami z malinami i jeżynami. Mmm... Pyszności!

Zaczęłam od wyjadania ich tak, po prostu, ale stwierdziłam, że żal byłoby nie zrobić z nich czegoś bardziej specjalnego. Na weekendowe śniadanie przygotowałam więc gofry z przepisu Beaty na serku kremowym (odrobinę tylko zmieniłam proporcje), a do nich obłędnie pyszną owocową sałatkę. W zasadzie jest to chyba bardziej surówka, bo nic się nie gotuje, ale... Owocowa surówka jakoś głupio brzmi.
Truskawki, maliny, jeżyny, czerwone porzeczki i jagody zamacerowałam w mieszaninie miodu, soku z cytryny i ekstraktu z wanilii, a smak podkręciłam odrobiną mięty z ogródka. Do tego lody truskawkowe i, uwierzcie, wyszło tak dobrze, że nie mogłam powstrzymać się przed kolejnym i kolejnym... 
Spróbujcie koniecznie!

Gofry serowe z sałatką owocową


Składniki:
(na 13 gofrów)
  • 340 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 125 g serka kremowego
  • 2 jajka
  • 50 g cukru
  • 375 ml mleka
  • 30 ml oleju
sałatka:
  • 125 g jeżyn
  • 125 j malin
  • 200 g truskawek
  • 50 g czerwonych porzeczek
  • 100 g borówek amerykańskich
  • kilka listków mięty
  • 30 g miodu
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
dodatkowo:
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą. 
Białka ubić na sztywno, pod koniec ubijania partiami dodając cukier. 
Żółtka utrzeć z serkiem, następnie na zmianę dodawać mąkę i mleko. Wlać olej, połączyć. Dodać pianę z białek, delikatnie wymieszać.

Smażyć gofry w gofrownicy, aż będą chrupiące.

Owoce umyć i osuszyć. Truskawki pozbawić szypułek, pokroić w ćwiartki. Jeżyny, jeśli są duże, przekroić na pół. Wszystkie owoce przełożyć do miski, dodać posiekane listki mięty.
Miód, sok z cytryny i ekstrakt dokładnie wymieszać. Polać owoce, delikatnie połączyć, odstawić.

Ciepłe gofry podawać z lodami i sałatką owocową, polane powstałym sosem.

Smacznego!

Moje psy udały się na popołudniową drzemkę. Poważnie rozważam pójście ich śladem...

piątek, 18 marca 2016

Wiosennie zielona zupa z groszku

Była sobie wiosna... Że tak bezczelnie pozwolę sobie sparafrazować tytuł bajki, którą pamiętają pewnie tylko nieco starsi Czytelnicy. Dzisiaj już tylko mgła i nieprzyjemny wiatr nam zostały. Dobrze, że wczorajsze popołudnie wykorzystałyśmy z Ptysią na długaśny, niesamowicie przyjemny spacer. Słoneczko świeciło, ptaszki ćwierkały, trawa jakby zieleńsza się nagle zrobiła. Natchniona wiosennym stanem świata, przygotowałam szybką, zieloną zupę z groszku.

Przepis znalazłam na blogu Secret way to the kitchen już jakiś czas temu. Ujął mnie jej seledynowy, żywy kolor. Iście wiosenny, przywołujący na twarz szeroki uśmiech. Dodatek mięty zastopował nieco moje zapędy; troszkę się bałam, jak to będzie smakować. Działałam więc ostrożnie, żeby później na talerzu hojnie całość listkami mięty posypać. Pasuje tutaj wspaniale; orzeźwia i jakby wyostrza całość. Dlatego śmiało możecie dać jej więcej niż tylko trzy gałązki.

Krem z groszku z miętą i limonką


Składniki:
(na 4 porcje)

  • 750 g mrożonego groszku
  • 250 g ziemniaków
  • 2 cebulki dymki
  • 1 łyżka masła
  • 1 l bulionu
  • 3 gałązki świeżej mięty
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • sok z 1/2 limonki
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 4 łyżki jogurtu naturalnego
W garnku roztopić masło, dodać ziemniaki. Gdy wchłoną tłuszcz, zalać bulionem, dodać dymkę i gotować, aż ziemniaki zmiękną. Pod koniec gotowania dodać groszek i listki mięty, gotować jeszcze 10-15 minut.
Po tym czasie zupę zdjąć z palnika, zmiksować blenderem na gładki krem. Dodać kremówkę, doprawić do smaku sokiem z limonki, solą i pieprzem.
Podawać na ciepło z kleksem jogurtu.

Smacznego!


Przepis przygotowywałam z myślą o akcji Pinkcake:

wtorek, 25 sierpnia 2015

Zaręczyny, urodziny i makaroniki, czyli wszystko na raz

Wszystko, co dobre, szybko się kończy... Większość z nas przekonuje się o tym prędzej lub później (oby jak najpóźniej!). Tak też było z tegorocznymi letnimi wakacjami - dwa tygodnie zleciały błyskawicznie. I choć do skutku nie doszło wiele planów, to jestem bardzo zadowolona, a nieoczekiwane zakończenie sprawiło, że dziesięciogodzinna podróż do domu nie uwierała jak zwykle. Co się stało? Otóż po pysznym obiedzie bez deseru (w restauracjach zawsze na deser brakuje mi miejsca, niestety), C. padł na kolana, wzbudzając tym moje bezgraniczne zaskoczenie (serio!). Od piątku z lekkim niedowierzaniem noszę na palcu pierścionek, ciągle go obracam i dotykam, i zastanawiam się niekiedy, czy on naprawdę tak na poważnie... 
Razem z moim Ojcem rodzonym poszedł kupować pierścionek, i, uwaga, żaden się nie wygadał. Spiskowcy od siedmiu boleści! Ale niech już będzie... W końcu złapałam dech, zadzwoniłam do Mamy i radośnie oświadczyłam: Wychodzę za mąż! Na co ona, czego w zasadzie mogłam się spodziewać, spokojnie odpowiedziała: Dzisiaj? 
A godzina była dwudziesta druga trzydzieści... 

A poza tym dzisiaj mój Tato ma urodziny. Dlatego chcę mu życzyć dużo zdrówka, radości z dzieci, szczególnie pierworodnej, i w ogóle wszystkiego, co najlepsze. I z tej okazji właśnie chcę Wam pokazać moje ostatnie makaroniki, które wyszły jak malowanie. W końcu opanowałam mój piekarnik, i wszystko się udało, jak należy. Chrupiące z zewnątrz, mięciutkie i lekko ciągnące w środku, z rozpływającym się w buzi i lekko kwaskowym kremem z wyraźnymi nutami limonki i mięty. Pomysł na krem zaczerpnęłam z książki Macarons, cupcakes, popcakes og andre søde kager Mii Öhrn, choć same makaroniki przygotowałam tradycyjnie, na bezie włoskiej. Moim zdaniem są dużo łatwiejsze, ale to oczywiście sprawa indywidualna.

Po francusku czy włosku, polecam Wam je ogromnie. Są pyszne i niesamowicie efektowne - czy ktoś mógłby się im oprzeć...?

Makaroniki limonkowo-miętowe


Składniki:
(na 20 złożonych makaroników)
  • 125 g mielonych migdałów
  • 125 g cukru pudru
  • 30 ml wody
  • 125 g cukru
  • 100 g białek
  • kilka kropli zielonego barwnika spożywczego w paście
nadzienie:
  • 125 g białej czekolady
  • 10 listków świeżej mięty czekoladowej
  • skórka otarta z 1 limonki
  • sok z 1 limonki
  • 2 łyżki miodu
  • 4 łyżki śmietany kremówki (38%)
Migdały z cukrem pudrem zmielić w młynku do kawy, a następnie przesiać przez drobne sitko. 50 g białek ubić na sztywną pianę. W czasie ubijania z cukru i wody zagotować syrop. Gdy osiągnie temperaturę 115 st. C., zdjąć z ognia i wąskim strumieniem, powoli wlać do białek, cały czas ubijając. Miksować jeszcze przez 10 minut, aż beza całkowicie wystygnie.

Do migdałów z cukrem dodać pozostałe 50 g białek, wymieszać na gładką pastę. Dodać 1/3 bezy, wymieszać. Dodać resztę, delikatnie, ale dokładnie połączyć. Dodać barwnik, wymieszać. Masa nie powinna być zbyt lejąca, ale też nie całkiem sztywna. Masę przełożyć do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką 8 mm, wyciskać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia koła tej samej wielkości. 
Odstawić na 1 godzinę, aby utworzyła się skorupka. 

Piec w 130 st. C. przez 15-20 minut.
Wystudzić, delikatnie zdjąć z blachy.

Czekoladę i miętę drobno posiekać. Umieścić w garnuszku razem z pozostałymi składnikami kremu; podgrzewać, cały czas mieszając, aż czekolada się rozpuści (nie gotować!). Ostudzić, przełożyć do woreczka cukierniczego.

Ostudzone makaroniki przekładać kremem, wstawić do lodówki. Najsmaczniejsze kolejnego dnia.

Smacznego!


O wrażeniach z wakacji będę jeszcze pisać, bo choć wiadome wydarzenie nieco przyćmiło wszystko inne, to zdarzyło się kilka miłych rzeczy i parę ciekawych dni.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Kawa miętowa - skusisz się?

Kolejny dzień wyzwania u Ewy. Tym razem będziemy się dzielić propozycjami na nasze ulubione kawy. Brzmi łatwo, prawda? Dla tych, którzy są smakoszami i kawoholikami, może i tak. Ja kawę pijam rzadko, najczęściej taką zwykłą z ekspresu, koniecznie z puszystą, mleczną pianką! Latem za to z przyjemnością delektuję się kawą mrożoną, mile widziany dodatek lodów i bitej śmietany. Taką kawą, której prawdziwy kawosz nie uzna, i tylko spojrzy na mnie, z dezaprobatą unosząc brew. Takim deserem właściwie, bo kalorii tam zdecydowanie więcej niż kawy. 
Dobra nasza, plan jest. Ale co robić, gdy szumnie zapowiadane upały znów Danię ominęły? Jest parno i duszno, bez burzy się nie obejdzie - czuję to w kościach. Albo może raczej opływa mnie ten charakterystyczny aromat gęstego, lepkiego powietrza, który niesie ze sobą pioruny. Niemniej - temperatura nie przekracza magicznych dwudziestu pięciu stopni, jest pochmurno i bynajmniej nie mam ochoty na mój pieczołowicie zaplanowany kawo-deser.
Co robić...?

Czytać. Tak, tak, czytanie dobre na wszystko. Tym razem zaprowadziło mnie na bloga Krasnoludki przy sterach, gdzie jego autorka podzieliła się przepisem na kawę z miętą. 
Na mojej twarzy w tym momencie wykwitł wielki znak zapytania. Ale jak to...? Kawa i mięta? Czy to może współgrać...? Postanowiłam się czym prędzej przekonać. Oczywiście, przygotowałam ją po swojemu, czyli bez fusów (brr!), za to z ulubioną pianką z mleczka. Koniecznie z dodatkiem gorzkiej czekolady, jak słusznie radzi autorka. 
Efekt? Przyjemnie zaskakujący. Nie jestem pewna, czy będzie to moja ulubiona kawa, ale smak jest naprawdę bardzo ciekawy. Bardzo rześki, jeśli wiecie, o co mi chodzi. Wrócę do niego z pewnością, być może również w wersji na zimno, jeśli upały w końcu odnajdą malutką Danię...

Kawa miętowa

Składniki:
(na 2 kawy)

  • 2 łyżeczki zmielonej kawy
  • 1 gałązka mięty
  • 400 ml wrzątku
  • 100 ml mleka
  • 1 kostka czekolady
Kawę wsypać do zaparzacza, dodać miętę. Zalać wrzątkiem, odstawić na 5 minut. 
W tym czasie mleko podgrzać do 60 st. C., spienić, rozlać do szklanek. Zaparzoną kawę wlewać do mleka po ściankach. Na wierzch zetrzeć czekoladę.
Podawać natychmiast.

Smacznego!

A tymczasem, do pracy czas się zbierać. I nawet nie będę narzekać na to, że dojechanie na miejsce i powrót zajmą mi trzy godziny, a praca właściwa raptem dwie... Bo w sumie, to całkiem przyjemna praca, i gdyby nie odległości, mogłabym ją przygarnąć na stałe.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Truskawkowa fantazja

Ostatnio wybieraliśmy się na małe urodziny. Ot, takie kameralne, ale ciacho jakieś wypadałoby ze sobą zabrać (tym bardziej, że wśród znajomych mam opinię osoby, która bez słodkiego nie przychodzi). Długo myślałam, aż w końcu u Walentyna znalazłam naprawdę imponujący tort. Malinowy. Tymczasem jednak sezon na truskawki w pełni, postanowiłam więc podmienić owoce. Biszkopt zrobiłam po swojemu, tak samo mus, dodałam jeszcze warstwę musu z białej czekolady. Zrezygnowałam z czekoladowych dekoracji (nie lubię temperować czekolady w domu, brakuje mi odpowiedniego sprzętu), zamiast tego postawiłam na owoce, listki mięty i melisy oraz beziki, które pasują chyba wszędzie. Wyszło mi prawdziwe cudo - muszę nieskromnie przyznać, że bardzo jestem z tego ciacha zadowolona. Popracować muszę jeszcze nad oblewaniem brzegów, ale poza tym - bajka. I wcale nie jest taki trudny, jak mógłby się wydawać. Owszem, jest tu sporo warstw, ale jednocześnie nie ma nic bardzo wymyślnego. No, może poza polewą, która pięknie błyszczy i w ogóle wygląda niemal jak lustro. Koniecznie muszę jeszcze ten patent wykorzystać, również z innymi owocami. U siebie dodałam nieco barwnika, żeby kolor był bardziej intensywny - ten wybór pozostawiam Wam.

Tort wygląda zachwycająco, a co ze smakiem? Jest słodki i delikatny, leciutki niczym chmurka. Wszystkie warstwy świetnie się uzupełniają, a chałwowa chrupka zdecydowanie dodaje charakteru. Jeśli szukacie tortu na letnie urodziny - oto on, ideał. Polecam Wam ogromnie!

Dzisiaj u AniLejdi, Mirabelki, Mopsika i Panny Malwinny również możecie obejrzeć słodkości z truskawkami, zajrzyjcie do nich koniecznie!

Truskawkowa fantazja


Składniki:
(na tortwonicę o średnicy 20 cm)

biszkopt:
  • 2 jajka
  • 75 g cukru
  • 45 g mąki pszennej
  • 20 g mąki ziemniaczanej
chrupka chałwowa:
  • 60 g mąki pszennej
  • 60 g zimnego masła
  • 30 g jasnego cukru muscovado
  • 60 g chałwy
poncz:
  • 2 łyżki wody
  • 2 łyżki soku z cytryny
mus z białą czekoladą:
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)
  • 125 g białej czekolady
  • 2 listki żelatyny
mus truskawkowy:
  • 250 g truskawek
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 3 listki żelatyny
  • 40 g cukru
błyszcząca polewa truskawkowa:
  • 110 g cukru
  • 75 g glukozy
  • 75 g śmietany kremówki (38%)
  • 75 g truskawek 
  • 110 g białej czekolady
  • 12 g żelatyny w proszku
  • 35 ml zimnej wody
  • odrobina czerwonego barwnika spożywczego z żelu
dodatkowo:
  • truskawki
  • beziki
  • listki melisy cytrynowej
  • listki mięty czekoladowej
Biszkopt:
Białka ubić na sztywno, następnie partiami dodawać cukier, nie przerywając ubijania. Po jednym wbić żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu partiami dodawać przesiane mąki, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Przelać ciasto do formy, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 20-25 minut, do suchego patyczka.
Wystudzić w uchylonym piekarniku.

Chrupka chałwowa:
Mąkę wymieszać z cukrem, dodać masło, posiekać. Na końcu dodać chałwę, szybko zagnieść (masa nie musi być idealnie gładka).
Z ciasta uformować kulę, schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto rozwałkować na okrąg o średnicy 20 cm, ułożyć na papierze do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15-20 minut.
Wystudzić.

Z wystudzonej chrupki wyciąć koło o średnicy 20 cm (ciasto podczas pieczenia rozlewa się na boki).

Mus z białej czekolady:
100 ml kremówki zagotować. W tym czasie posiekać czekoladę i namoczyć żelatynę w zimnej wodzie.
Kremówkę zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać, aż do jej rozpuszczenia. Zalać kremówką czekoladą, wymieszać aż do połączenia. Ostudzić.

Pozostałą kremówkę ubić na sztywno, delikatnie wymieszać z całkowicie ostudzoną masą czekoladową.

Na paterze ułożyć biszkopt, nasączyć sokiem z cytryny wymieszanym z wodą. Zapiąć na nim obręcz tortownicy, wyłożyć mus, wyrównać wierzch. Odstawić do lodówki do stężenia.

Przygotować mus truskawkowy:
Truskawki zmiksować, przetrzeć przez sitko. Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Połowę musu truskawkowego podgrzać z cukrem, aż się rozpuści. Zdjąć z palnika, dodać żelatynę, dokładnie wymieszać. Dodać pozostały mus, połączyć. Ostudzić.
Kremówkę ubić na sztywno, delikatnie wymieszać z całkowicie wystudzoną masą truskawkową.

Na mus z białej czekolady położyć chrupkę, lekko docisnąć. Na wierzch wyłożyć mus truskawkowy, dokładnie wyrównać powierzchnię.
Schłodzić przez 2-3 godziny w lodówce.

Żelatynę zalać zimną wodą, czekoladę drobno posiekać.
Cukier, glukozę, kremówkę i zmiksowane na gładki mus truskawki podgrzać, aż cukier się rozpuści i powstanie gładka, jednolita masa. Dodać barwnik, wymieszać (kolor zblednie po dodaniu czekolady, więc powinien być nieco intensywniejszy od oczekiwanego). Zdjąć z palnika, dodać żelatynę, dokładnie wymieszać, aż do jej rozpuszczenia. Zalać mieszaniną czekoladę, wymieszać. Ostudzić do temperatury 28 st. C.

Brzegi formy oddzielić od ciasta ostrym noże, zdjąć obręcz tortownicy.
Tort polać ostudzoną polewą (28 st. C.), udekorować truskawkami, bezikami i ziołami. Schłodzić w lodówce, aby polewa zastygła.

Smacznego!

I jeszcze nieskromnie się pochwalę, że mój dzisiejszy egzamin zaliczyłam na dziesiątkę (duńska skala jest trochę dziwna: -3, 00, 02, 4, 7, 10 i 12). Z dwunastki cieszyłabym się jeszcze bardziej, ale dziesiątka, muszę przyznać, w zupełności mnie zadowala. Odetchnęłam z wielką ulgą i ogromnie się cieszę, że już jestem po.
Co teraz? Kilka dni leniuchowania i odstresowania, a później intensywne szukanie praktyk. Trzymajcie kciuki, proszę.

poniedziałek, 12 maja 2014

Rabarbarowy deser na otwarcie sezonu. I wakacje

Uff... Weekend minął pracowicie, ale też bardzo owocnie i przyjemnie. Więcej o przyjęciu urodzinowym napiszę przy okazji tortu - był, wrażenie zrobił odpowiednie, zjedzony został w przeważającej ilości już przez gości; dla nas zostały tylko jakieś maleńkie kawałeczki na deser do popołudniowej kawy.

Dzisiaj jednak nie o torcie będzie, ale o otwarciu rabarbarowego sezonu pysznym deserem i o... Wakacjach.
Tak, ledwo wróciłam z jednych, a już planuję następne. Choć w sumie planuję nie oddaje istoty sprawy. Wymyśliłam, zaplanowałam, zorganizowałam. Wszystko już załatwione, zapięte wręcz na ostatni guzik. Jestem zachwycona i nie mogę się doczekać!
Z racji sytuacji, w jakiej się znajduję, muszę planować wakacje z wyprzedzeniem, żeby mi się żadne inne zajęcia, które ktoś dla mnie zaplanuje, nie wcięły. Przerażona więc perspektywą urlopu w październiku, po stosownych ustaleniach z C. i Tatą, zaklepałam termin. W lipcu. Trzy tygodnie. Cóż za rozpusta...
Co więcej, zarezerwowałam lokum. I to nie byle jakie, bo wynajęłam mieszkanie zaledwie dziewięćset metrów od Rodziców (na skróty bliżej, ale mapa nie chce pokazać mi ścieżek między blokami). Taka jestem tym faktem rozradowana, że chodzę uśmiechnięta jak głupi do sera od tygodnia już. Teraz zostały tylko szczegóły, ale z pewnością wybierzemy się do Malborka, Biskupina, Myślęcinka, Ostromecka... Trzy tygodnie to przecież szmat czasu!
Jeszcze jedna rzecz cieszy mnie ogromnie - będę w Polsce w lipcu. Co oznacza, że najem się truskawek, czereśni, porzeczek, agrestu, rabarbaru, malin i wszelkich innych dobroci za wszystkie te lata, kiedy nie mogłam ich sobie kupić. Mmm... Aż się rozmarzyłam...

Wracając do deseru - właśnie nim postanowiłam otworzyć sezon rabarbarowy w tym roku. Czekałam na niego bardzo niecierpliwie, i gdy tylko zobaczyłam różowe łodygi na półce w sklepie, nabyłam bez wahania. Do tego truskawki, jogurt grecki, i jest deser pierwsza klasa. Dietetyczny wręcz! Z subtelną nutą pomarańczy, kwaśnym rabarbarem, słodkimi truskawkami i delikatnym jogurtem. Do tego chrupiące płatki migdałów. Szybko, prosto, bezproblemowo. A efekt zachwyca.

Deser rabarbarowo-truskawkowy z jogurtem

Składniki:
(na 4 spore porcje)
  • 350 g rabarbaru
  • sok z 1 pomarańczy
  • 50 g jasnego brązowego cukru
  • 350 g truskawek
  • 200 g jogurtu greckiego (10%)
  • 30 g migdałów w płatkach
  • 4 łyżki miodu pomarańczowego

dodatkowo:
  • listki mięty do dekoracji

Rabarbar pokroić w 1cm kawałki. W rondelku skarmelizować cukier z sokiem pomarańczowym. Gdy nabierze złotej barwy, dodać rabarbar. Dusić pod przykryciem 10-15 minut, aż zacznie się rozpadać. Dodać pokrojone na mniejsze kawałki truskawki, wymieszać. Gotować jeszcze 2-3 minuty, zdjąć z ognia i ostudzić. Przełożyć do szklanek.
Schłodzić w lodówce.

Na masę owocową wyłożyć jogurt, posypać uprażonymi na suchej patelni płatkami migdałów i polać miodem. Udekorować listkami mięty. Podawać od razu.

Smacznego!

A Wy? Jedliście już rabarbar w tym roku...?

poniedziałek, 29 lipca 2013

Najprostsza Pavlova

Któregoś pięknego, słonecznego dnia, wróciłam do domu kompletnie wykończona. Jak już padłam na kanapę, to z pozycji siedzącej, niemal bezwładnie, w kilka minut, osunęłam się do leżącej, i tak już zostałam. Oczy zamknęły mi się same, i przetarłam je niepewnie prawie dwie godziny później, kiedy C. mnie obudził mówiąc, że ma dla mnie obiad. W sumie, to taki obiad - nie obiad, bo zimną zupę na maślance zazwyczaj konsumujemy w ramach deseru. Tym razem jednak było tak gorąco, że w grę nie wchodziło w zasadzie nic innego.

I tak sobie siedzimy i jemy, a kiedy skończyliśmy, C. zerknął na mnie spod oka. Bo wiesz - mówi spokojnie - białka zostały, to je ubiłem, i dodałem trochę cukru. Ale nie wiem, co teraz dalej robić, żeby wyszła z tego beza, bo takie jakieś są dziwne... Inne niż twoje... Patrzę na niego, nie do końca rozumiejąc. Czyli kiedy ja sobie spokojnie wcinałam moją zupkę, białka, ubite, stały w kuchni i podchodziły wodą...? Pędem ruszyłam w ich kierunku - no tak, wszystko pływa. Zebrałam więc pianę z wierzchu, wmiksowałam więcej cukru. Reszta jakimś cudem ubiła się ładnie na sztywno, też cukru dorzuciłam, wszystko razem wymieszałam, i wyłożyłam na blachę. Kciuki zacisnęłam, i czekałam, co będzie.

Efekt? Beza idealna. Troszkę się skubana przyrumieniła, ale wyszła idealnie chrupiąca z wierzchu, i cudownie piankowa w środku. Obłożona bitą śmietaną z dodatkiem cukru waniliowego i górą malin, dosłownie rozpływała się w ustach. Coś cudownego! Mówię Wam - idealny letni deser...
I tak, wiem, niedawno była Pavlova na blogu. Ta jednak jest dowodem na to, że nie jest to sprawa arcytrudna. Kilka białek, trochę cukru i cierpliwości - i po prostu musi się udać. Polecam, szczególnie na upały - lekka jak chmurka, delikatna beza sprawdza się idealnie.

Pavlova z malinami

Składniki:
(na bezę o średnicy 25 cm)

beza:
  • 7 białek
  • 400 g cukru

dodatkowo:
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 250 g malin
  • listki mięty

Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec ubijania partiami dodając cukier. Na blasze położyć arkusz papieru do pieczenia, narysować koło o średnicy 23-25 cm. Masę bezową wyłożyć na papier, formując kopiec.

Podpiec w 160 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 130 st. C. i piec jeszcze przez 90-105 minut. 
Wystudzić.

Kremówkę ubić z cukrem waniliowym. Wyłożyć na całkowicie ostudzoną bezę, udekorować malinami i listkami mięty.
Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Tak, wiem, monotematyczna jestem, ale... Jeszcze tylko trzy tygodnie i wakacje!

piątek, 14 czerwca 2013

Ziołami pachnące pyszności

Ten chlebek upiekłam już dość dawno - i tak naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego jeszcze nie pojawił się na blogu. Od pewnego czasu mam w kuchni na parapecie kilka doniczek - mięta, rozmaryn, rzeżucha, szczypiorek, bazylia, melisa cytrynowa (z którą jeszcze nie wiem, co zrobić) i tymianek pysznią się różnymi odcieniami zieleni. Pachną tak cudownie i nęcą okrutnie, więc ciągle tylko myślę o tym, gdzie by je dodać. I kiedy przyszedł czas na pieczenie weekendowych bułeczek, pomyślałam, że ziołowe sprawdzą się idealnie. Kiedy ciasto wyrastało pomyślałam, że nadam mu nieco inną formę - i tak powstał uroczy, zawijany chlebek. Miałam w domu akurat jeszcze czosnek niedźwiedzi i natkę pietruszki, wszystko posiekałam i wrzuciłam do ciasta (Wy możecie dodać ulubione zioła albo te, które akurat macie pod ręką). Wyszło obłędnie - pachniał niesamowicie, i prezentował się naprawdę ślicznie. Jeśli jeszcze nie macie pomysłu na jutrzejsze śniadanie, może dacie się skusić...?

Zwijany chlebek ziołowy

Składniki:
(na 1 chlebek)
  • 500 g mąki pszennej
  • 21 g świeżych drożdży
  • 150 ml letniego mleka
  • 150 ml letniej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 30 g masła

nadzienie:
  • 5 świeżych liści czosnku niedźwiedziego
  • 2 łyżki natki pietruszki
  • listki z 2 gałązek rozmarynu
  • listki z 1 gałązki mięty
  • 25 g masła

dodatkowo:
  • 1 jajko
  • płatki soli morskiej
  • kolorowy pieprz

Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, zasypać cukrem i zalać połową mleka wymieszanego z wodą. Odstawić na 15 minut.
Po tym czasie do zaczynu dodać resztę płynów i sól, zagnieść ciasto.
Wlać rozpuszczone i przestudzone masło, wyrobić gładkie, nielepiące się ciasto. Uformować kulę, włożyć do natłuszczonej miski i odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Zioła posiekać, wymieszać. Masło rozpuścić.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, rozwałkować na prostokąt grubości 1 cm. Posmarować masłem, posypać ziołami. Zwinąć ciasno w rulon, następnie przeciąć go wzdłuż ostrym nożem i zapleść środkiem na zewnątrz.
Przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, odstawić na 20-30 minut.
Po tym czasie posmarować roztrzepanym jajkiem, posypać solą i pieprzem.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Dziś C. pracuje aż do czwartej rano, choć mam nadzieję, że uda mu się wrócić do domu wcześniej. A ponieważ uwielbiam nocne pieczenie, mam zamiar przygotować na weekend coś pysznego. Hmm... Macie może jakieś pomysły...?