Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marchewka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marchewka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 listopada 2017

O tym, dlaczego nie mogę czytać wzruszających książek i zupa krem z brukselki

Uwielbiam czytać książki; to chyba jedyne zajęcie, w którym potrafię całkowicie się zatracić. Jeszcze gdy mieszkałam z Rodzicami, Mama dostawała szału, gdy po kilkukrotnym wołaniu musiała pofatygować się do mojego pokoju, wyjąć mi książkę z rąk, odczekać chwilę, żebym wróciła do rzeczywistości, i po raz dziesiąty powtórzyć, żebym wyniosła śmieci/ wyprowadziła psa/ nakryła do stołu, etc. Wiem, że niektórzy nie potrafią się skupić na czytaniu, inni lubią mieć zajęte ręce. Ja odpływam w inny świat wraz z bohaterami; razem z nimi się zakochuję, pokonuję przeciwności losu, zwyciężam na starcie przegrane walki i... Wzruszam się do łez. 
Często się zdarza, że ukradkiem ocieram oczy, gdy jakiś bohater umiera (czy choćby jest tego bliski) lub też dokonuje heroicznych czynów, ratujących świat przed zagładą (a przynajmniej jego część, czasem ograniczającą się do jego własnego podwórka). C. się wtedy trochę ze mnie podśmiechuje, za to psy traktują sprawę bardzo poważnie i próbują ratować sytuację tak, jak najlepiej potrafią, czyli rzucając się na mnie i liżąc mi twarz bez opamiętania. Jest to jednocześnie urocze, wzruszające i straszliwie irytujące, szczególnie w momencie, gdy nie jestem pewna, czy ten bohater w końcu umarł, czy jednak po raz kolejny wyślizgnął się z zimnego uścisku śmierci. 

Tak więc wzruszające książki staram się czytać w ukryciu, co nie jest łatwe... Ale czego nie robi się dla przyjemności czytania...?

Dzisiaj mam dla Was przepis na boską zupę z brukselki. Jakoś wcześniej nie pomyślałam, że można z brukselki przygotować krem; a przecież to nic nadzwyczajnego. Miksuje się ją dokładnie tak samo, jak wszystkie inne warzywa. Przepis znalazłam na blogu Kuchenne zapiski Edyty, zmieniłam w nim w sumie niewiele - ot, wrzuciłam to, co miałam pod ręką, pomijając nieosiągalne składniki, jak choćby seler (teoretycznie mogłam iść do sklepu i zakupić smakowitą kulę, ale... Mi się nie chciało). 
Muszę przyznać, że zupka wyszła zaskakująco pyszna, kremowa i treściwa. Wprost genialnie smakuje w towarzystwie suszonych pomidorów; jestem pewna, że to połączenie wykorzystam jeszcze nie raz. 
Krem idealny na te chłodne, listopadowe popołudnia - szybki, sycący i rozgrzewający. Czego chcieć więcej...?

A po inne dania obiadowe z dodatkiem brukselki zajrzyjcie koniecznie do Mopsika, Malwiny, Marty i Pati.

Zupa krem z brukselki


Składniki:
(na 3 porcje)
  • 400 g brukselki
  • 150 g ziemniaków
  • 1 marchewka
  • 1 pasternak
  • 1 czerwona cebula
  • 1 łyżka masła
  • 1 liść laurowy
  • 800 ml bulionu
  • sól
  • pieprz
  • sok z 1/2 cytryny
dodatkowo:
  • czarny sezam
  • suszone pomidory w oliwie
Brukselkę umyć, oczyścić, odciąc twarde końcówki i przekroić na połówki.
Ziemniaki, marchewkę i pasternak obrać, pokroić w kostkę.
Cebulę obrać, pokroić w kosteczkę.

Na maśle zeszklić cebulę. Dodać ziemniaki, marchewkę i pasternak, podsmażać, aż warzywa chłoną tłuszcz. Dodać brukselkę, zalać wszystko bulionem, dodać liść laurowy i gotować pod przykryciem przez 30-40 minut, aż warzywa będą miękkie.
Wyjąć liść laurowy, zupę zmiksować blenderem na gładki krem, doprawić do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny.

Podawać posypaną czarnym sezamem, z dodatkiem suszonych pomidorów.

Smacznego!


Ja tymczasem wracam do aktualnej lektury - obiecałam sobie, że skończę w tym tygodniu. A tu już przecież czwartek się kończy!

piątek, 24 marca 2017

W marcu jak w garncu. I wiosenny sernik z marchewką

Taaak...
Rano wstaję, jem śniadanie, wypijam kubek gorącej herbaty. Następnie opatulam się szalem, zawijam w czerwony, zimowy płaszcz i wkładam rękawiczki. Przez kilka minut zawzięcie skrobię szyby auta, pomstując na mróz pod koniec marca. W drodze do pracy włączam ogrzewanie na pełen regulator, a w dłoni ściskam termo kubek, bez którego ta podróż byłaby chyba nie do wytrzymania.
Po ośmiu godzinach pracy wychodzę na dwór tylko w bluzie, którą ściągam, gdy tylko wrzucę niepotrzebne już płaszcz, szal i rękawiczki na tylne siedzenie. Włączam klimatyzację, bo auto zdążyło się już porządnie nagrzać, na nos wkładam okulary przeciwsłoneczne i w jaskrawych promieniach jadę do domu; mimo zmęczenia, nie mogę przestać się uśmiechać. 
Na miejscu szeroko otwieram drzwi na taras, wpuszczając do środka świeże, wiosenne powietrze. C. rano bawił się w pana domu - ustawił grill, wystawił z szopki meble ogrodowe, zadbał o drzewka, które też już stęsknione są ciepła.

I takie niemal piętnastostopniowe wahania temperatur towarzyszą nam od trzech dni. Trochę ciężko mi za tym nadążyć, nie do końca umiem się w tym połapać. Wiosna to już, czy może jeszcze zima...? Tak naprawdę to chyba coś pomiędzy; coś, co ciężko sprecyzować. Bo czy ktoś potrafi opisać przedwiośnie...?

Z nadzieją, że rzeczone przedwiośnie zwiastuje nadchodzącą wielkimi krokami wiosnę, czekam na słoneczne popołudnia, porankami zagryzając zęby. W międzyczasie piekę sernik - może nie typowo wiosenny, ale za to optymistycznie pomarańczowy. I z marchewką!

Przepis na blogu Ala piecze i gotuje po raz pierwszy zobaczyłam, ekhm... Ponad trzy lata temu. Wtedy ciągle jeszcze ciasto marchewkowe wydawało mi się trochę niemożliwe, więc sernik z marchewkową wkładką przyciągnął moją uwagę. Urocza dekoracja z marcepanowych marchewek skojarzyła mi się z Wielkanocą, i właśnie z tej okazji postanowiłam go upiec. Udało się, cóż... Nieco później, niż planowałam.
Z przepisu Ali wzięłam marchewkę (od siebie dodałam sok z pomarańczy, który pasuje tutaj wyśmienicie) i pomysł na dekorację. Do spodu dodałam orzechy - dzięki temu jest cudownie chrupiący. Masę serową zrobiłam po swojemu - z dodatkiem mascarpone, na serku kremowym. Wyszła idealnie gładka, kremowa i rozpływająca się na języku, o dość intensywnym waniliowym smaku. Lukier przygotowałam na mascarpone, też z dodatkiem soku z pomarańczy.
Całość wyszła zaskakująco pyszna. Może trochę dziwne połączenie sera z marchewką sprawdza się wybornie, wszystkie składniki łączą się w idealną całość.

Jeśli nie boicie się eksperymentów, spróbujcie zaserwować taki bliskim na Wielkanoc. Gwarantuję, że nikt nie pozostanie wobec niego obojętny!

Waniliowy sernik z marchewkową wkładką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 90 g ciastek digestive
  • 30 g orzechów włoskich
  • 40 g masła

marchewkowa wkładka:
  • 200 g marchewki
  • 50 g cukru
  • sok z 1 pomarańczy
  • 100 ml wody

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 200 g serka mascarpone
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki ekstraltu z wanilii
  • 125 g cukru
  • 4 jajka

lukier:
  • 40 g serka mascarpone
  • 40 g cukru pudru
  • 2 łyżki soku z pomarańczy

dodatkowo:
  • 70 g marcepanu plastycznego

pomarańczowy i zielony barwnik spożywczy w paście
Marchewki obrać, zetrzeć na tarceo dużych oczkach. 
Z cukru, wody i soku pomarańczowego zagotować syrop. Gdy cukier całkowicie się rozpuści, dodać marchewkę. Gotować bez przykrycia, aż płyn odparuje. 
Przestudzić.

Ciasteczka pokruszyć, dodać grubo posiekane orzechy i stopione, przestudzone masło. Wymieszać.
Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Wsypać masę ciasteczkową, ugnieść na dnie dłonią lub spodem łyżki.

Podpiec w 180 st. C. przez 15 minut.
Przestudzić.

Serek kremowy i mascarpone, śmietanę, ekstrakt, cukier i jajka zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników.
Połowę masy serwoej wylać na spód, następnie po okręgu ułożyć marchewkę (tak, żeby środek został pusty). Na wierzch wylać pozostała masę, wyrównać wierzch.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 50-60 minut.
Wystudzić w zamkniętym piekarniku.

Całkowicie ostudzony sernik schłodzić w lodówce minimum 3-4 godziny przed podaniem.

Mascarpone, cukier puder i sok z pomarańczy utrzeć na gładki lukier, posmarować nim wierzch ciasta.

1/4 marcepanu zabarwić na zielono, resztę na pomarańczowo. Uformować marchewki, udekorować nimi ciasto.

Smacznego!


A już dzisiaj piekę kolejny sernik. Jutro mamy gości, z czego jeden nie raz wyraził uznanie dla moich serników właśnie. A że chłopaka lubię, to sprawię mu przyjemność. Wiecie - karma i te sprawy...

poniedziałek, 6 marca 2017

Pudding ryżowo-marchewkowy, czyli powrót do codzienności

Wróciłam!
Po naprawdę ciężkich dwóch tygodniach, które spędziłam z nosem w notatkach, w międzyczasie zaś udoskonalałam przepisy na egzamin (którymi podzielę się z Wami wkrótce, bo kilka wyszło dokładnie tak, jak sobie zaplanowałam), w końcu wróciłam do domu. Egzamin praktyczny zadałam, rachunki zaliczyłam, wyniki teorii pod koniec tygodnia, więc już za kilka dni będę mogła odetchnąć (mam nadzieję). Póki co powoli wkręcam się w tryb pracy; na szczęście, póki co, nie ma dużego ruchu w interesie i mogę powoli wejść na wysokie obroty, bez szoku pomiędzy szkolnymi a zawodowymi wymaganiami. 

Tymczasem, po tych wszystkich musach, polewach lustrzanych, psikaniu ciast czekoladą i dopasowywaniu niepasujących do siebie smaków, zapragnęłam czegoś prostego; domowego.
Natchnęły mnie koleżanki blogerki i temat na dzisiejsze wspólne gotowanie: ryż z marchewką. Kojarzy się zdecydowanie wytrawnie, nieprawdaż...? Ja jednak poszłam zupełnie w inną stronę, i przygotowałam pudding ryżowy w pomarańczowo-marchewkowym kolorze. Wyszedł boski!

Marchewka nadaje całości dodatkowej słodyczy i, oczywiście, cudnej barwy, a żeby ten dość delikatny smak nieco przełamać, dodałam odronbinę świeżego imbiru. Można dać więcej lub mniej, w zależności od upodobań, ale nie polecam zupełnie z niego rezygnować - pudding może wydawać się wtedy nieco mdły...
Idealny na śniadanie lub podwieczorek, gdy mamy ochotę na coś sycącego, kremowego i lekko rozgrzewającego, gdy wiosna już za progiem, ale zima ciągle dmucha w kark.

A jeśli macie ochotę na inne połączenia ryżu z marchewką, koniecznie zajrzyjcie do Emilii, MirabelkiMopsika i Marty.

Pudding ryżowo-marchewkowy z imbirem


Składniki:
(na 3 porcje)
  • 750 ml mleka
  • 150 g marchewki
  • 3 cm kawałek imbiru
  • 125 g okrągłego ryżu
  • 40 g cukru
dodatkowo:
  • 1 marchewka
Marchewki i imbir obrać, zetrzeć na tarce. Przełożyć do garnka, zalać mlekiem i gotować 10 minut, aż marchewka zmięknie. Zmiksować blenderem na gładką masę. Dodać ryż, gotować 45-60 minut, od czasu do czasu mieszając. Pod koniec gotowania dodać cukier. 

Ostatnią marchewkę obrać, skrobaczką zetrzeć szerokie wstążki.
Przełożyć pudding do szklanek, podawać na ciepło lub zimno z dodatkiem wstążek z marchewki.

Smacznego!

A już niedługo opowiem Wam o wielkiej zmianie, która dokonała się w naszym życiu w zeszłą sobotę. Ekscytacja sięga zenitu, uwierzcie!

środa, 8 czerwca 2016

Etat w trzecim kręgu piekła i tarta z młodą marchewką

Latem cukiernie kuszą klientów lekkimi ciastami z owocami, domowymi lodami i mrożoną kawą. Wielu z Was - jestem pewna! - dało się skusić więcej niż raz. Wchodzicie do środka zwabieni słodką wystawą, i już od progu otula was delikatny powiew klimatyzacji. Stoicie więc przed ladą podziwiając cukiernicze dzieła i zastanawiacie się długo, które wybrać. W końcu decyzja zapada i wychodzicie ze zgrabnie zapakowanym deserem. 
W międzyczasie przewijają się Wam przez głowy myśli o tym, jak to cudownie pracować w cukierni i przebywać na co dzień wśród tych wszystkich słodkich pyszności.

Owszem, macie rację. To cudowna praca i świetna zabawa (przynajmniej od czasu do czasu). Kiedy jednak przychodzą iście afrykańskie temperatury, każdy cukiernik przeklina swoją młodzieńczą głupotę, kiedy to zdecydował się na taki zawód. Na zapleczu bowiem nie ma klimatyzacji; są za to wielkie piece, które wydzielają niewyobrażalne wręcz ilości ciepła. Nie ma szans na najlżejszy choćby powiew wiatru, a lodówka to najprzyjemniejsze miejsce, do którego można się udać. 
Śmietana topi się jak szalona, miękka czekolada rozpływa się pod najdelikatniejszym dotykiem, ozdabianie ciast marcepanem to istna droga przez mękę. A w momencie, w którym okazuje się, że na jutro trzeba przygotować kilkaset tuzinów waniliowych ciasteczek, i tak już spoceni i rozdrażnieni współpracownicy, zaczynają zgrzytać zębami...

A potem nagle ktoś zrobi coś zabawnego, ktoś inny wybuchnie głośnym śmiechem powodując, że nawet największy złośnik nie może się powstrzymać - i okazuje się, że nawet trzeci krąg piekła nie taki straszny, jak go Dante odmalował.

Tymczasem mam dla Was propozycję tarty, której przygotowanie wymaga włączenia piekarnika. Nie marudźcie jednak - ten smak jest wart chwili poświęcenia! Poza tym - zawsze możecie wyjść z kuchni na czas pieczenia. Pomyślcie sobie wtedy o tych wszystkich piekarzach i cukiernikach, którzy takiego luksusu nie mają. Od razu zrobi Wam się chłodniej.

Przepis znalazłam u Lo, i zakochałam się od razu. Te chrupiące, młode marchewki skarmelizowane w soku pomarańczowym, zdecydowanie podziałały na moją wyobraźnię. Gdy więc tylko nadarzyła się okazja, zabrałam się do działania.
Spód nie jest tak kruchy, jak tego oczekiwałam, za to pełen smaku. Ciągle zachowujące swoją chrupkość marchewki w połączeniu z tymiankiem, słonym serkiem i słodkim miodem, dają niesamowity efekt. Ta tarta to kwintesencja idealnego, wiosennego posiłku - lekka, delikatna, pełna smaku.
Musicie ją mieć!

Na danie z młodą marchewką zaprasza dzisiaj również Ania.

Tarta z młodą marchewką, kozim serkiem i miodem


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 24 cm)

spód:
  • 180 g mąki pszennej
  • 150 g serka kremowego
  • 100 g miękkiego masła
  • 1 łyżka listków tymianku

nadzienie:
  • 300 g młodej marchewki
  • 200 g koziego serka
  • 250 g sera ricotta
  • 2 łyżki miodu
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok z 1 pomarańczy
  • 15 czarnych oliwek
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki listków tymianku
  • oliwa
  • sól
  • pieprz

Serek zmiksować z masłem, dodać mąkę i tymianek, połaczyć.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30-60 minut.

Marchewki obrać, przekroić wzdłuż na pół. Podsmażyć na oliwie przez kilka minut, powinny nadal być chrupkie. Dodać miód i sok z pomarańczy; podgrzewać, aż 2/3 płynu odparuje.
Odstawić.

Ricottę wymieszać ze skórką pomarańczową, połową tymianku, przeciśniętym przez praskę czosnkiem oraz solą i pieprzem..

Schłodzone ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć ciastem formę, formując kant. Przykryć papierem do pieczenia, wysypać kuleczkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.

Następnie zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 10 minut w 180 st. C. 

Lekko przestudzony spód posmarować kremem z ricotty. Na wierzch wyłożyć marchewki, oliwki i kozi twarożek. Polać sokiem ze smażenia marchewek, posypać resztą tymianku.

Piec w 180 st. C. przez 20-30 minut.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


Mimo prawdziwie dekadenckich upałów, nadal wypijam dwa dzbanki gorącej herbaty dziennie.
Myślicie, że to normalne...?

niedziela, 13 grudnia 2015

Zamiast barszczu

Lubicie barszcz?
Nie pytam, czy jecie, bo to rozumie się samo przez się. Każdy przecież musi spróbować barszczu w Wigilię; przynajmniej w moich stronach. Wiem, że na południu jada się zupę grzybową lub rybną, albo jeszcze jakieś inne cuda... Ale na naszym stole, odkąd pamiętam, dwudziestego czwartego grudnia, zawsze stawał barszcz. Babcia robiła marynarski, lekko ostry; Mama troszkę oszukuje i nie nastawia zakwasu, ale barszczyk i tak smakuje wybornie. 

Szczerze mówiąc, ja przechodziłam różne etapy. Bywało, że sama wypijałam pół dzbanka; rok później brałam zaledwie dwa łyki. O co chodziło...? Nie mam pojęcia. Po prostu czasem miałam na niego ochotę, a czasem nie...
Teraz już się za barszczem stęskniłam. Od kilku lat spędzam Święta w Danii, a tu się barszczu nie jada... Już więc sobie wyobrażam jego smak i zapach, i aż mnie ciarki z podniecenia przechodzą. Mmm...

Jakoś nigdy nie pomyślałam o tym, żeby sobie samej barszcz ugotować. No nie wiem dlaczego... Ale z pewnością i do tego kiedyś dojrzeję. Póki co, gdy nachodzi mnie ochota na krwistoczerwoną zupę, sięgam po buraczkowe kremy. Eksperymentów było już kilka, ostatni zaliczam do jak najbardziej udanych. 
Przepis znalazłam na blogu Pod zielonym niebem, i od razu mi się spodobał. Dodatek jabłka jest wręcz tradycyjny; owoc ten doskonale łagodzi nieco ostry smak buraczków. Ale kasza jaglana...? Tego jeszcze nie próbowałam. Efekt był taki, jak się spodziewałam: zupa wyszła cudownie gęsta i sycąca, raczej łagodna, pyszna. No i ten kolor! Coś pięknego.

Dla tych, którzy postanowili w tym roku nie iść w kierunku tradycji, idealnie nada się na świąteczny stół. Dla tych, którzy sobie Wigilii bez barszczu nie wyobrażają, proponuję spróbować w każdy inny dzień roku. Nie rozczarujecie się!

Krem buraczkowo-jabłkowy z kaszą jaglaną


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 600 g buraczków
  • 2 marchewki
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 łyżka oliwy
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka suszonego majeranku
  • sól
  • pieprz
  • 50 g kaszy jaglanej
  • 550 ml wody
  • 350 ml soku jabłkowego

dodatkowo:
  • 1 jabłko

Buraczki obrać, pokroić w ćwiartki, marchewki obrać, przekroić wzdłuż na pół.
Na balsze położyć duży arkusz folii aluminiowej. Ułożyć buraczki, marchewki i lekko zmiażdżone ząbki czosnku, polać oliwą, posypać solą i majerankiem. Zawinąć szczelnie w folię.

Piec w 180 st. C. przez 1,5 godziny.

W tym czasie kaszę zalać 350 ml wody, zagotować. Gotować pod przykryciem, aż kasza wchłonie całą wodę. Zmiksować blenderem na gładką masę.
Upieczone buraczki, marchewkę i wyłuskany czosnek dodać do kaszy. Zalać sokiem i pozostałą wodą, zmiskować na gładki krem. Doprawić do smaku solą i pieprzem.

Jabłko pokroić na plastry grubości 3-4 mm. Podsmażyć z obu stron na patelni grillowej, aż lekko zmiękną, ale nie będą się rozpadać.

Przed podaniem zupę podgrzać. Podawać z grillowanymi plastrami jabłek.

Smacznego!


Coraz bardziej udziela mi się świąteczna atmosfera. Dom już udekorowany, nawet choinka dumnie pręży się przy stole. Pachnie cynamonem, piernikiem i mandarynkami. 
Jak ja lubię ten czas!

czwartek, 26 listopada 2015

Wyjątkowe ciasto marchewkowe. Ze śliwkami

Po śniegu nie zostało ani śladu. Słupek rtęci znów radośnie podskoczył powyżej zera, i to o całe osiem kresek. Jeśli spojrzeć w błękitne, bezchmurne niebo, można się pomylić i sięgnąć po letnią sukienkę. Wystarczy jednak tylko spuścić wzrok nieco niżej; na ogołocone z liści korony drzew, na chodniki ciągle zasłane grubą warstwą podmokłych liści, na ludzi w zimowych płaszczach (choć rozpiętych); od razu wracamy do listopadowej rzeczywistości.

Dzisiaj jeszcze na moment porzucę mój niemal świąteczny nastrój, żeby pokazać Wam ciasto, które przygotowałam już jakiś czas temu. Zapragnęłam ciasta marchewkowego; wiadomo, to najlepsze, co nas może spotkać w pochmurny, jesienny dzień. Zaostrzyłam je imbirem, nadałam czaru kruszonką, ale ciągle czegoś mi brakowało... Sięgnęłam więc po sezonowe, intensywnie fioletowe śliwki. I to był, moi drodzy, strzał w dziesiątkę! Ciasto jest cudownie wilgotne, ale nie mokre, ze słodkimi, rozpływającymi się w ustach, pieczonymi śliwkami i chrupiącą kruszonką. Imbir nadaje całości charakteru. W dodatku ciasto przygotuje się bajecznie prosto: wystarczy zagnieść kruszonkę, wymieszać składniki suche z mokrymi, poukładać na cieście owoce, posypać kruszonką i upiec. Każdy da sobie radę.

Gwarantuję, nikt nie poprzestanie na jednym kawałku!

Ciasto marchewkowo-imbirowe ze śliwkami i kruszonką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 90 g cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 jajka
  • 150 ml mleka
  • 75 ml oleju
  • 150 g marchewki
  • 3-cm kawałek świeżego imbiru
dodatkowo:
  • 350 g śliwek
kruszonka:
  • 55 g mąki pszennej
  • 30 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 35 g zimnego masła
Mąkę, cukier i imbir na kruszonkę wymieszać. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami, aż powstanie kruszonka.
Odstawić.

Marchewkę zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. Odcisnąć.
Śliwki przekroić na połowy, usunąć pestki.

Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem i proszkiem do pieczenia.
Jajka roztrzepać, dodać olej i mleko, wymieszać. Imbir zetrzeć, dodać do masy jajecznej, wymieszać. Dodać marchewkę, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.

Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu ułożyć śliwki, rozcięciem do góry. Posypać ciasto kruszonką.

Piec w 180 st. C. przez około 60 minut.
Wystudzić.

Smacznego!

Dziś króciutko, bo choć mam dzień wolny, to całe mnóstwo zadań na mnie czeka. Trzeba upiec kolejne ciasteczka i zacząć myśleć o przedświątecznych porządkach. A muszę szczerze przyznać, że akurat na te najmniejszej nawet ochoty w tym roku nie mam...

wtorek, 17 listopada 2015

Dynia, cebula, brukselka

Czy to nie dziwne połączenie...? Mi się tak wydawało, gdy pierwszy raz na nie spojrzałam. Pomyślałam, że te trzy rzeczy nijak do siebie pasować nie będą. A jeśli nawet, to i tak nic ekscytującego nie uda się z nimi przygotować. Dynię kocham miłością wielką, ale nawet ja muszę uczciwie przyznać, że sama w sobie jest dość mdła i potrzebuje towarzystwa wyrazistych dodatków. Cebula to najbardziej prozaiczne z warzyw; a brukselka... Cóż, ja za brukselką przepadam, ale znam wiele osób, które nawet na nią nie spojrzą. A gdy tylko poczują jej zapach, uciekną, gdzie pieprz rośnie (czyli naprawdę daleko, jeśli brać pod uwagę, że uciekać będą z Danii). 
Później stwierdziłam, że to wyzwanie. Nie tylko połączyć je w harmonijną całość, ale jeszcze wywołać przy tym efekt łał... Trudna sprawa. Ale nie niemożliwa! 
Zaczęłam się więc intensywnie zastanawiać, co by tu z tym fantem zrobić...

Po długich namysłach, odrzuconych projektach i chwilach zwątpienia, w końcu padło na zupę. Cóż, może i prozaiczna, ale w listopadzie, po powrocie do domu z zamglonego, deszczowego świata, miska z rozgrzewającą zupą to marzenie. Które tak łatwo spełnić!
Poza dynią dodałam marchewki (dla koloru i słodyczy), pietruszki (dla zaostrzenia smaku) i ziemniaków (żeby całość odpowiednio zagęścić). Z przypraw postawiłam na ostrą pastę curry i curry z mango, które jest bardzo aromatyczne i ma piękny, intensywnie żółty kolor, a które C. kupił jakiś czas temu, bez konkretnego pomysłu na jego wykorzystanie. Do tego odrobina słodkiej papryki, sól i pieprz; i naprawdę więcej nie potrzeba. Krem jest przyjemnie gęsty, intensywnie warzywny, po prostu pyszny. Można dodać kremówki czy mleczka kokosowego, dla złagodzenia smaku i jeszcze większej kremowości. Dodatki to brukselka, lekko podsmażona na patelni, dzięki czemu zyskuje na smaku; oraz chrupiąca, prażona cebulka. Całość wyszła zaskakująco pyszna i oryginalna, a przy tym naprawdę prosta w przygotowaniu. 
To co, skusicie się...?

Nad tym fantazyjnym trio zastanawiała się również Ania; sprawdźcie koniecznie, co wymyśliła!

Krem dyniowo-marchewkowy z brukselką i prażoną cebulką


Składniki:
(na 8 porcji)
  • 400 g marchewki
  • 400 g dyni (waga bez skóry i pestek)
  • 300 g pietruszki
  • 200 g ziemniaków
  • 1 czerwona cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 łyżka zielonej pasty curry
  • 1 łyżeczka przyprawy mango-curry
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki
  • 1 l bulionu
  • 1 łyżka masła
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 400 g brukselki
  • 2 łyżki masła
  • prażona cebulka
Marchewki, pietruszkę i ziemniaki obrać, razem z dynią pokroić w kostkę mniej więcej tej samej wielkości.
Cebulę obrać, pokroić w kosteczkę.

Na rozgrzane masło dodać pastę curry i przyprawę, chwilę podsmażyć. Dodać cebulę i przeciśnięty przez praskę czosnek, zeszklić. Dodać pozostałe warzywa; gdy wchłoną cały tłuszcz, wlać bulion i dodać słodką paprykę.

Gotować 20-30 minut, aż warzywa będą miękkie. Zmiksować zupę na gładki krem, doprawić do smaku solą i pieprzem.

Brukselkę umyć, odciąć końcówki, przekroić na połowy. Ugotować w lekko osolonej wodzie.
Na patelni rozgrzać masło, podsmażyć brukselkę.

Zupę podawać gorącą, z podsmażoną brukselką i prażoną cebulką.

Smacznego!

Ja tymczasem muszę poważnie zastanowić się nad ostatnią z dyń, która czeka na wykorzystanie. A to całkiem specjalny okaz; moja pierwsza dynia makaronowa! 
Znacie, lubicie...?

czwartek, 26 lutego 2015

Cudownie kremowa zupa z batatów i Duńczyk, któremu chilli niestraszne

W każdy czwarty czwartek lutego obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Chilli. Wiedzieliście o tym? Ja nie, aż do dzisiaj, kiedy prezenter miłym głosem zaczął o nim opowiadać w radiu. Mowa była o słynnym Klausie, który różnorodne papryczki zjada bez zająknięcia, a w dodatku zmusza (nie wierzę, żeby jakakolwiek inna metoda perswazji była możliwa) do tego znanych ludzi. Ostatnio między innymi jakimś magicznym sposobem sprawił, że cała orkiestra zagrała Tango Jalousie po spożyciu chilli... Tutaj możecie zobaczyć, jak im poszło.

Była też mowa o liczbach, odmianach i innych ciekawostkach, niestety zawijanie ciasteczek w ilościach hurtowych skutecznie rozpraszało moją uwagę. Niemniej, w pamięci sobie zanotowałam, że coś z chilli trzeba zjeść - w końcu oboje z C. jesteśmy wielkimi fanami tych niepozornych papryczek, które największego giganta potrafią - dosłownie - zwalić z nóg. Ponieważ nie za bardzo miałam czas i energię na pieczenie (gdybym zaplanowała to sobie wcześniej, jak nic upiekłabym ciastka czekoladowe z chilli, którymi zdobyłam serce C., a których jakimś dziwnym sposobem ciągle na blogu brakuje), a trzeba było zrobić obiad, stwierdziłam, że właśnie w tym daniu przemycę diabelską papryczkę. Miałam bataty, które kupiłam w bardzo przystępnej cenie, marchewki i masło orzechowe, które do zamierzonej zupy specjalnie sama ukręciłam (bo w sklepie niespodziewanie wyszło... Jeden jedyny raz chciałam je kupić, więc, oczywiście, akurat tego dnia musiało zabraknąć). Dodałam do tego rzeczone chilli, i wyszła zupa idealna - słodko-ostra, z lekką orzechową nutą i cudownie kremową konsystencją. Nada się na każdy chłodniejszy dzień, gdy potrzebne Wam będzie coś rozgrzewającego, prostego i szybkiego. Idealna do jedzenia pod kocem, najlepiej w miłym towarzystwie (ale i bez niego smakuje doskonale). Polecam!

Krem z batatów z masłem orzechowym i chilli

Składniki:
(na 2-3 porcje)
  • 450 g batatów
  • 250 g marchewki
  • 1 cebula
  • 1/2 papryczki chilli
  • 65 g masła orzechowego
  • 1 l bulionu
  • 2 łyżki masła
  • sól
  • pieprz

dodatkowo:
  • solone orzeszki ziemne
  • grzanki

Bataty i marchewki obrać, pokroić w kostkę.
Cebulę obrać, pokroić w kosteczkę.
Chilli posiekać.

Na maśle zeszklić cebulę. Dodać chilli, bataty i marchewki, podsmażyć, aż warzywa wchłoną cały tłuszcz. Zalać bulionem i gotować, aż warzywa zmiękną, 30-40 minut.

Zupę zmiksować blenderem na gładki krem, dodać masło orzechowe, sól i pieprz do smaku. Podawać gorącą z grzankami i orzeszkami.

Smacznego!

Jutro ostatni już dzień praktyk. Z jednej strony się cieszę, bo w końcu porządnie się wyśpię i odpocznę, może nawet trafi się jakiś masaż moich obolałych pleców; z drugiej wiem, że będzie mi tego brakowało. Można się bardzo dużo nauczyć, a przy okazji naprawdę dobrze bawić. Przyjemne z pożytecznym - no czego tutaj nie lubić...?

piątek, 16 stycznia 2015

Niecodzienny krem z marchewki. Z tahini i sumakiem

Pogoda nas zdecydowanie nie rozpieszcza. Wieje tak, że wychodząc na spacer z Ptysią albo idąc do auta rozglądam się nerwowo, czy mi zaraz coś na głowię nie spadnie. Wiatr szarpie szalem, smyczą i Tiną, a deszcz dodatkowo komplikuje sprawę i sprawia, że wychodzenie z domu choćby na chwilę staje się niezwykle nieprzyjemne. Szczególnie o szóstej trzydzieści rano. Ale jak mus, to mus. A może lepiej zupa...?

Cóż rozgrzeje lepiej niż właśnie zupa po powrocie do domu, gdy dłonie są skostniałe, policzków i nosa się już niemal nie czuje, skarpetki, mimo teoretycznie porządnych butów, są wilgotne, a ślady błota ciągną się za nami w korytarzu? Zupa gęsta, kremowa, gorąca tak, że aż parzy w język. Ze składników prostych i łatwo dostępnych, jedynie sumak może sprawić pewien problem (ale spokojnie można go pominąć). Tahini nadaje tutaj naprawdę wyjątkowej nuty. 
Muszę przyznać, że nigdy wcześniej tahini nie jadłam, zakupiłam więc słoiczek z pewną dozą niepewności. Chałwę jednak uwielbiam, stwierdziłam więc, że nie powinno być źle. Okazało się, że tahini smakuje jak wytrawna chałwa. Oczywiście ma zupełnie inną konsystencję, niemniej naprawdę przypadła mi do gustu. Jestem pewna, że jeszcze ją w swojej kuchni wykorzystam, nie tylko w wytrawnej wersji.

Wracając do zupy - zgodnie z zapewnieniami Limonki wyszła bardzo aromatyczna, gęsta i sycąca. Dla mnie ideał jesienno-zimowego kremu, gdy wiatr hula za oknem, a człowiek chce się rozgrzać. Taki comfort food, któremu bardzo ciężko się oprzeć. Spróbujcie koniecznie.

Zupa marchewkowa z tahini i sumakiem

Składniki:
(na 6 porcji)
  • 1 kg marchewki
  • 3 ziemniaki
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki masła
  • 1 litr bulionu
  • 1/2 łyżeczki sumaku
  • 3 łyżki tahini
  • 125 ml śmietany kremówki (38%)
  • sól

dodatkowo:
  • grzanki

Ziemniaki i marchewki obrać, pokroić w kostkę.
Cebulę obrać, pokroić w kostkę. Czosnek obrać, przecisnąć przez praskę.

Na maśle zeszklić cebulę, dodać czosnek, marchewkę i ziemniaki. Podsmażyć, aż warzywa wchłoną tłuszcz. Zalać bulionem i gotować 20-30 minut, aż zmiękną.

Zupę zmiksować blenderem na gładką masę, wymieszać z pastą tahini i sumakiem, zmiksować raz jeszcze. Dodać kremówkę, wymieszać, doprawić solą do smaku.

Podawać z grzankami.

Smacznego!

Ja wiem, że na blogu zup marchewkowych jest pod dostatkiem, nic jednak nie poradzę na to, że to jedna z moich ulubionych. Marchewka jest bardzo wdzięcznym warzywem, jej lekko słodki smak komponuje się wspaniale z mnóstwem różnych składników. Ostrzejsza, łagodniejsza, słodsza, bardziej wytrawna, klasyczna czy nowoczesna - wszystko jest możliwe, każda wariacja będzie doskonała.

czwartek, 13 listopada 2014

Wyjątkowy curd marchewkowy

Dzisiaj, tak jak obiecałam, przepis na moją najnowszą miłość.
Kto mnie trochę zna lub czyta bloga nieco uważniej ten wie, że za wszelkiej maści curdami przepadam. Nie będę po raz kolejny pisać o ich cudownie aksamitnej, budyniowej konsystencji, intensywnie owocowym smaku i pięknych barwach. Dobrze wiecie, że nadają się do wielu rzeczy - do naleśników, ciast i ciasteczek, bo można nimi przekładać blaty ciast, ale też zapiekać je na przykład na kruchych spodach.

Tym razem rozszalałam się na całego, bo przygotowałam curd zupełnie wyjątkowy. Na blogu nie tak dawno prezentowałam Wam przepis na curd z dyni, który mnie zachwycił. Na jego bazie przygotowałam curd z marchewki, bo akurat kilka nieszczęsnych okazów czekało, aż się nad nimi zlituję. Wyszło coś obłędnie pysznego, i musiałam powstrzymywać się całą siłą woli, żeby nie wyjść wszystkiego od razu. Curd bowiem wyszedł mocno cytrynowy, słodko-kwaśny, dzięki czemu idealnie zgrał się ze słodkimi makaronikami. Imbirowa nuta rozgrzewa, marchewka nadaje mu pięknego, intensywnego koloru i delikatnej, marchewkowej słodyczy. Można go robić cały rok, bo składniki są łatwo dostępne i niedrogie. 
Czy jest jeszcze ktoś, kogo nie skusiłam...?

Curd marchewkowo-cytrynowy z imbirem

Składniki:
(na 350 g curdu)
  • 200 g marchewek
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok wyciśnięty z 1 cytryny
  • 80 g cukru
  • 3 żółtka
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1,5 cm kawałek świeżego imbiru
  • 1 łyżeczka imbiru w proszku

Marchewki pokroić w kostkę, ugotować do miękkości. Ostudzić, zmiksować na gładką masę.
W garnku rozpuscić masło, dodać cukier, skórkę i sok z cytryny oraz suszony i świeży, starty na tarce o drobnych oczkach, imbir. Gdy cukier się rozpuści, wbijać po jednym żółtku, intensywnie mieszając. Dodać puree z marchewki, a na końcu mąkę. Gotować, aż masa osiągnie konsystencję budyniu. 
Zdjąć z palnika, przestudzić i przetrzeć przez sitko. Odstawić do całkowitego ostudzenia.

Smacznego!

Pogoda mnie dobija. Jest tak szaro i ciemno cały dzień, że mogłabym tylko spać i spać...

wtorek, 11 listopada 2014

Ciasto marchewkowe dla gości

Strasznie jestem ostatnio zajęta. Ciągle gdzieś biegam, jeszcze więcej dzwonię... Aż samej mi ciężko to wszystko ogarnąć. C. jest nieocenioną pomocą, kiedy mam ochotę rzucić telefonem i więcej go nie podnosić, i to chyba tylko dzięki niemu jeszcze nie zwariowałam i nie porzuciłam wszystkich planów. Wszystko dlatego, że mój duński niesamowicie kuleje przy rozmowach telefonicznych. Na żywo jest zupełnie inaczej. Wiele można wywnioskować z mowy ciała; czego nie zrozumiem, to sobie dowymyślę. Przez telefon ludzi mówią zazwyczaj szybciej, i to, że nie mogę rozmówcy patrzeć w twarz (lub, powiedzmy sobie szczerze, po prostu na usta) sprawia, że czasem ciężko mi zrozumieć, o co chodzi. I tym sposobem na pytanie o pierwszy etap edukacji dostałam numer telefonu do sklepu, w którym ewentualnie mogłabym zapytać o praktyki... Koszmar.
Mam nadzieję, że szkoła sama w sobie będzie mniej skomplikowana niż to, co próbuję osiągnąć w tej chwili...

Na wczoraj miałam ambitny plan spędzenia czasu przed komputerem, nadrobienia pewnych zaległości, a później spokojnego, długiego czytania... Oczywiście, nic z tego nie wyszło, bo przedpołudnie spędziłam ze słuchawką przy uchu, a popołudnie z dziećmi koleżanki (mała Natalka w końcu sama do mnie przychodzi z wyciągniętymi rączkami, jupi!). Do domu wróciłam o dziewiątej, trzeba było wyprowadzić psa, pozmywać, wykąpać się... O zaplanowanym odkurzaniu nie mogło być mowy. Tym sposobem przed jedenastą w końcu padłam na kanapę, z książką w dłoni; niestety, dość szybko odpłynęłam... Na szczęście obiad przygotowałam dzień wcześniej, i kiedy C. wrócił w nocy do domu, czekała na niego gorąca zupa.

Dziś od rana znów telefony, spotkanie, umawianie kolejnych... Mam jednak nadzieję, że już niedługo wszystko będzie jasne i dopięte na ostatni guzik, i do stycznia pozostanie mi tylko doskonalenie duńskiego akcentu...

Dzisiaj mam dla Was ciasto idealne na takie chwile. Zainspirowały mnie muffiny, które przygotowałam jakiś czas temu. Postanowiłam na ich bazie upiec całe, duże ciasto - i muszę powiedzieć, że był to bardzo dobry pomysł. Nieco oczywiście zmieniłam: zamiast tartej dyni - marchewka. Nie było w domu żadnych świeżych owoców, dałam więc suszone morele. Otarta skórka z cytryny nadaje ciastu lekkości i świeżości, maślanka cudownej wilgoci, a chrupiąca, cynamonowa kruszonka wieńczy dzieło. Ciasto jest proste, szybkie - nie trzeba tu nawet miksera, wszystko mieszamy łyżką, jak przy muffinach. Wychodzi lekkie, wilgotne, odpowiednio słodkie. Idealne dla niespodziewanych gości - wystarczy wszystko wymieszać, przelać do formy i włożyć do piekarnika. W tym czasie można ogarnąć mieszkanie i/lub siebie, i od progu witać znajomych cudownym zapachem domowego ciasta...
Łatwo uchodzić za idealną panią domu, czyż nie...?

Ciasto marchewkowe na maślance z cynamonową kruszonką

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)
  • 250 g mąki pszennej
  • 85 g cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 jajka
  • 250 ml maślanki
  • 75 ml oleju
  • 200 g marchewki
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 125 g suszonych moreli

kruszonka:
  • 50 g mąki pszennej
  • 30 g cukru
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 35 g zimnego masła

Najpierw zrobić kruszonkę.
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem i cynamonem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć w palcach. Odstawić.

Marchewkę zetrzeć na tarce o drobnych oczkach, morele pokroić w kosteczkę.
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem i proszkiem.
Jajka rotrzepać, wymieszać z maślanką i olejem. Dodać startą marchewkę i skórkę z cytryny, wymieszać.
Mokre składniki wlać do suchych, wymieszać tylko do połączenia składników. Dodać morele, wymieszać.

Masę przelać do formy wysmarowanej masłem.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić w formie.

Smacznego!

Ciasto bierze udział w konkursie na blogu Moje wypieki w kategorii dla gości, gdzie do wygrania są książki autorki bloga.

Moje wypieki i desery na każdą okazję

wtorek, 4 listopada 2014

Urodzinowe robótki i rozgrzewający krem z pieczonej marchewki

Listopad. Oj, pokazuje, co potrafi. Dmucha w twarze lodowatym, przeszywającym wiatrem, zacina zimnym deszczem, nie pozwala na spacery; zamiast tego człowiek przemyka z domu do autobusu, z autobusu do szkoły, ze szkoły do sklepu... Bez chwili wytchnienia od okropnej pogody. Choć jeszcze się nie poddałam, i zimowy płaszcz wisi zamknięty w szafie, noszę bardzo ciepły sweter (albo dwa) i moją ukochaną, fioletową czapkę (która podobno nijak do czerwonego płaszcza nie pasuje. Ale mnie to niespecjalnie martwi; ważne, że w uszy ciepło).
A jeśli już przy czapkach jesteśmy... Zrobiłam jedną na drutach. Ależ jestem z siebie dumna!
Żeby ktoś broń Boże nie pomyślał, że wykazuję jakiekolwiek talenty w tym kierunku, spieszę z wyjaśnieniami.

Jak już pisałam, w sobotę wybraliśmy się na urodziny mamy C. Po piątkowych gościach nie mogliśmy się zwlec z łóżka, przyjechaliśmy więc koncertowo spóźnieni - pozostali goście akurat wychodzili po fantastycznych brunchu... Niemniej, dla najbliższej rodziny zaplanowany był obiad, i w sumie spóźnienie nie bardzo mnie zmartwiło, bo zainteresowanie tylu ciągle raczej obcych ludzi zawsze mnie peszy... Wybraliśmy się więc gromadnie na spacer karmić kaczki, po czym wróciliśmy do domu, usiedliśmy po kątach z kubkami pełnymi gorącej kawy, i cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Nie mogę sobie przypomnieć, jak to się stało, że rozmowa zeszła na robienie na drutach. Niemniej, od ogólnego stwierdzenia szybko przeszliśmy do szczegółów, czyli czapeczki, którą siostra C. obiecała mu już dwa lata temu chyba. I choć mnie robienie na drutach nie kręci jakoś specjalnie, sama nie wiem jak, ale wylądowałam z czterema (!) drutami i czerwoną włóczką na krześle, i pod czujnym okiem Connie zrobiłam czapeczkę. Dla C. A właściwie dla naszego mercedesa. Na znaczek na przedzie. Czapeczkę mikołajkową. Z wielkim, białym pomponem. No piękna jest! Być może zmienię zdanie co do robienia na drutach... Nie widzę siebie siedzącej samej w domu i zajętej robieniem szala, ale w miłym towarzystwie... Dlaczego by nie? Szczególnie, że dostałam zaproszenie do klubu. Któż wie, co z tego będzie...?

Od czapek wróćmy z powrotem do pogody. Jako, że zrobiło się naprawdę paskudnie, dzisiaj zaproponuję Wam pyszną, rozgrzewającą zupę. Bardzo prostą. Wszystkie warzywa pieczemy, przez co zyskują wyjątkowego, słodkiego posmaku. Ja użyłam marchewek, ale można dodać pietruszkę, ziemniaki, seler... Co kto lubi. Tylko wyobraźnia Was ogranicza. Odrobina czosnku i cebuli, nieco chilli zaostrzającego smak. Całość robi się szybko, a smakuje genialnie. Ma cudowny, optymistyczno-pomarańczowy kolor. Świetnie rozgrzewa. Mówię Wam - to idealna listopadowa zupa.

Zupa krem z pieczonej marchewki z czosnkiem

Składniki:
(na 8 porcji)
  • 2 kg marchwi
  • 2 cebule
  • 6 ząbków czosnku
  • 2 łyżki oliwy
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku
  • 1 łyżeczka suszonej bazylii
  • 1 łyżeczka suszonego estragonu
  • 1 łyżeczka suszonego czosnku niedźwiedziego
  • 1/2 łyżeczki chilli w płatkach
  • 2 l bulionu
  • sól
  • pieprz

Marchewki obrać, przekroić wzdłuż na pół, ułożyć na blasze. Cebulę przekroić na pół, ząbki czosnku lekko zgnieść, ułożyć razem z marchewką. Skropić oliwą, posypać tymiankiem, bazylią, estragonem, czosnkiem niedźwiedzim i chilli. 

Piec w 180 st. C. przez 60 minut.
Wyjąć z piekarnika, lekko przestudzić.

Czosnek i cebulę obrać, włożyć do garnka z marchewkami. Zalać połową bulionu, zmiksować całość na gładki krem. Wlać resztę bulionu, wymieszać, doprawić solą i pieprzem do smaku.
Przed podaniem podgrzać.

Smacznego!

A dzisiaj czeka mnie bardzo długi i męczący dzień. Jakże żałuję, że zupa została już zjedzona...

piątek, 9 maja 2014

O bułkach, które stały się chlebem

Tak to już czasem jest, że nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli. A przynajmniej nie po mojej. Niby plan jest, i to całkiem dopracowany, do pewnego momentu wszystko idzie jak z płatka, aż tu nagle niespodzianka. Czasem to dobrze, czasem bywa gorzej. Z każdej takiej niespodzianki staram się coś wynieść, nauczyć się czegoś, zapamiętać. Z tej wnioski są następujące - z ciasta na bułki wychodzi bardzo smaczny chleb.

Zaczęło się od mojej ukochanej ostatnio Brød: 100 lækre opskrifter, w której tym razem znalazłam przepis na bułki marchewkowe. Już dwa rodzaje są na blogu, jednak oba tak pyszne, że nie wahałam się przed wypróbowaniem kolejnego przepisu. Ten w dodatku zawiera mąkę pełnoziarnistą, co oznacza, że jest nieco zdrowszy od białego pieczywa, które przygotowuję na co dzień (czy też co weekend, zależy). Kupiłam wszystko, co potrzebne, i o godzinie raczej późnej niż wczesnej zabrałam się do działania. Wszystko szło świetnie, dopóki nie zajrzałam do wyrośniętego ciasta - owszem, podwoiło objętość i w ogóle wyglądało jak należy, ale było rzadkie i lepkie. Nijak nie dało się nic z niego uformować, a już na pewno nie małe, zgrabne bułeczki...
Jak już wspomniałam, czas naglił, więc zamiast się złościć i rozczulać, przelałam ciasto do keksówki. Wyrosło sobie jeszcze odrobinę, żeby wylądować w gorącym piekarniku.

Następnego ranka z pewną dozą niepewności odkrawałam pierwszy kawałek. Okazało się, że wszelkie obawy były nieuzasadnione - chlebek wyszedł pierwszorzędny. Sycący, o ślicznym kolorze. Pyszny z plastrem sera i kawałkiem papryki. Zniknął sama nie wiem, kiedy; cudem tylko udało mi się uratować kawałek na kanapki do szkoły. Spróbujcie sami.

Chleb marchewkowy z mąką pełnoziarnistą

Składniki:
(na keksówkę 23x11 cm)
  • 250 g mąki pszennej
  • 250 g mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 24 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 300 ml letniej wody
  • 2 łyżki oliwy
  • 200 g marchwi

dodatkowo:
  • 2 łyżki wody

Mąki przesiać, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, zasypać cukrem i zalać połową wody. Odstawić na 15 minut.
Po tym czasie dodać resztę płynu, zagnieść ciasto. 
Marchewkę zetrzeć na drobnych oczkach, dodać do ciasta razem z oliwą. Dobrze wyrobić - ciasto będzie dość rzadkie. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Keksówkę wysmarować masłem i wysypać mąką. Przelać wyrośnięte ciasto, odstawić na 30 minut.

Wierzch chleba skropić wodą.

Piec w 220 st. C. przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 200 st. C. i piec jeszcze przez 30-35 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

A już w niedzielę impreza urodzinowa C. Sprzątanie już niemal za nami - zostały ostatnie muśnięcia i szlify. W zeszły weekend odsunęliśmy lodówkę i kuchenkę, C. umył okna, ja wyszorowałam łazienkę. W tygodniu zmieniliśmy wkład w okapie, wytarliśmy wszystkie kieliszki i szklanki; odkurzanie, mycie podłóg i inne takie zabawy też już za nami. Jutro pójdzie raz dwa.
Za to kuchennie stoimy przed ciekawym wyzwaniem - obiad dla dwunastu osób, z czego jedna jest uczulona na laktozę, gluten, cebulę i czosnek. W formie bardzo, bardzo wrażliwej. Lody bez laktozy...? Czego się nie robi dla siostry ukochanego.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Babka marchewkowa i życzenia

Wielkanocne menu już zaplanowane? Ja ciągle się waham... Jest tyle możliwości, tyle najróżniejszych pyszności - które wybrać...? Ciężka sprawa...

Jeszcze przed wyjazdem, tydzień temu niemal, upiekłam babkę marchewkową. Zupełnie wyjątkową, ekskluzywną wręcz. Pełną migdałowych smaków, które wspaniale komponują się z marchewkową wilgocią.
Przepis znalazłam w Ciastach i deserach, nr 1/2011, i od razu wiedziałam, że będę go musiała wypróbować. Babeczka bowiem wyglądała zachwycająco, miała cudowny kolor i kusiła mnie ogromnie. Nie zawiodłam się.
W składzie jest marcepan, mielone migdały i amaretto. Do tego szczypta szafranu, który sprawia, że kolor ma to ciasto po prostu fenomenalny. Pachnie migdałami i szafranem właśnie, zdecydowanie odświętnie. Jest wilgotna, jak zresztą każde ciasto marchewkowe, ale nie zakalcowata. Troszkę paskowa, ale się nie kruszy. Puszysta mięciutka i pyszna. Każdy kęs to czysta rozkosz... Tak, moi drodzy - póki co to mój babkowy faworyt. Coś wspaniałego.
Jeśli jeszcze nie macie sprecyzowanych planów co do świątecznej babki - pomyślcie o tej. Warta jest zachodu.

W oryginale wierzch udekorowano marcepanowymi marchewkami - mi się, szczerze mówiąc, nie chciało ich lepić, więc ułatwiłam sobie życie lukrem cytrynowym i płatkami migdałów. Lukier stanowi przyjemny kontrapunkt, a migdały cudownie chrupią. Ale marchewki to też świetny pomysł - jeśli tylko macie czas.

Babka marchewkowo-migdałowa

Składniki:
(na formę do babki z kominem o pojemności 1,5 l)
  • 250 g marchwi
  • 250 g miękkiego masła
  • 100 g marcepanu
  • 100 g cukru
  • 1/4 łyżeczki nitek szafranu
  • 1 łyżka wrzątku
  • 4 jajka
  • 75 g mąki ziemniaczanej
  • 175 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 50 g mielonych migdałów
  • 1 łyżki amaretto

dodatkowo:
  • 100 g cukru pudru
  • 3 łyżki soku z cytryny
  • 15 g płatków migdałowych

Marchew obrać i zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. 
Szafran pokruszyć, zalać wrzątkiem i ostudzić.

Masło utrzeć z pokruszonym marcepanem, cukrem i szafranem. Gdy masa będzie jasna i puszysta, po jednym wbijać jajka, dokładnie ucierając po każdym dodaniu. 
Mąki przesiać z proszkiem, wymieszać z migdałami. Partiami wsypywać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera. Dodać marchewkę i amaretto, szybko wymieszać.

Masę przełożyć do formy wysmarowanej masłem i wysypanej mąką.

Piec w 180 st. C. przez 60-70 minut, do suchego patyczka.
Przestudzić w formie.

Babkę wyjąć z formy, ułożyć na talerzu spodem do góry.
Migdały uprażyć na suchej patelni, ostudzić.
Z cukru pudru i soku z cytryny utrzeć lukier. Polać nim babkę, udekorować płatkami migdałowymi.

Smacznego!

Nie jestem pewna, czy uda mi się jeszcze dodać jakieś przepisy przed Świętami. Chciałabym więc życzyć Wam cudownie spędzonej Wielkiej Nocy, w towarzystwie najbliższych, przy prawdziwie wiosennej pogodzie. Z pisankami, kurczaczkami i zajączkami. Z radością i śmiechem. Wesołych Świąt!

Babki Wielkanocne 2015

poniedziałek, 17 lutego 2014

Poniedziałkowe narzekania i babeczki z marchewką

Poniedziałek. Najbardziej znienawidzony dzień tygodnia - nikt bowiem nie lubi poniedziałków, choćby dla zasady.
Ja zasadniczo przeciw poniedziałkom nie mam nic. Przez ostatnie trzy lata lubiłam je bardzo, bo często były dniem wolnym po pracującym weekendzie. Dzisiejszy bardzo, bardzo chciałam lubić - ostatni dzień wolności. Od jutra wracam do szkoły (trzymajcie proszę palce, żebym nie zrobiła z siebie kompletnej idiotki); szanse na, nie powiem płynne (choć w głębi serca mam na to ogromne nadzieje), ale chociażby zrozumiałe, posługiwanie się językiem duńskim, rosną. W związku z tym na dziś miałam przeróżne plany - przede wszystkim spać jak najdłużej, bo od jutra pobudka o godzinie szóstej. Piętnaście. Jakoś tak.
Oczywiście, jak zwykle w takich sytuacjach bywa, musiało złapać mnie przeziębienie. Już w piątek czułam się trochę nie bardzo, od soboty smarkam, prycham, kicham, wypijam litry herbaty rumiankowej z miodem i cytryną, zjadłam wszystkie tabletki, które znalazłam w domu, i modlę się, żebym jutro obudziła się rześka i całkowicie zdrowa. Myślicie, że warto się łudzić...?

W każdym razie efekt jest taki, że obudziłam się o siódmej pięć, i mimo usilnych starań nie potrafiłam zasnąć. Może dlatego, że za oknem śliczne, wiosenne słonko, po okrutnie deszczowym weekendzie w końcu pogoda zachęca do wyjścia z domu (nie mnie, oj nie...), i w ogóle wszystko tak jakoś przyjemnie wygląda... Wstawałam więc, zrobiłam sobie herbatki, wyjęłam drożdże z lodówki i zaczęłam pisać. Bo niby co innego miałabym robić...?

Na osłodę poniedziałku mam babeczki - dla Was, bo tutaj już nic nie zostało.
C. poprosił o ciasto do pracy. Najlepiej marchewkowe - nie mam pojęcia, skąd mu to przyszło do głowy. Najpierw myślałam o formie kwadratowej, gdzie ciacho można by pokroić na zgrabne kwadraty, jednak w gazetce Pieczenie jest proste, nr 1/2007 w oko wpadły mi marchewkowe babeczki. Ślicznie wyglądały z maleńkimi, marcepanowymi marchewkami. Wczytałam się w przepis - orzechy laskowe do marchewki pasują bardzo. Nie wahając się, właśnie te upiekłam. Trochę czasu zabrało mi lepienie marcheweczek, ale efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Babeczki wyglądają cudnie, w pracy ponoć zrobiły furorę, i odezwały się niezadowolone głosy, że nie ma szans na dokładkę. Mam już zamówienie na kolejne ciasto, ale najpierw muszę się poczuć mniej przeziębiona...

Babeczki marchewkowo-orzechowe z lukrem

Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 100 g marchwi
  • 75 g mielonych orzechów laskowych
  • 125 g miękkiego masła
  • 125 g cukru trzcinowego
  • 2 jajka
  • 50 g mąki ziemniaczanej
  • 100 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

lukier:
  • 2 łyżki soku z mandarynek
  • 60 g cukru pudru

dodatkowo:
  • 80 g marcepanu
  • 60 g cukru pudru
  • zielony barwnik spożywczy w paście
  • żółty barwnik spożywczy w paście
  • czerwony barwnik spożywczy w paście

Marchewki obrać, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. 
Mąki przesiać, wymieszać z proszkiem i orzechami. 
Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę, po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Następnie partiami dodawać mąkę, miksując na najniższych obrotach miksera. Dodać marchewkę, zmiksować.
Masę przełożyć do formy na muffiny wyłożonej papilotkami. 

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut, aż do suchego patyczka.
Wystudzić na kratce.

Marcepan zagnieść z cukrem pudrem. Odłożyć nieduży kawałek, resztę zafarbować żółtym i czerwonym barwnikiem spożywczym na marchewkowy pomarańczowy.
Pozostały kawałeczek zabarwić na zielono.
Z pomarańczowej masy uformować niewielkie marchewki, zrobić nożem drobne nacięcia. Z zielonego marcepanu uformować natkę, przykleić do marchewek.

Cukier puder przesiać, wymieszać z sokiem na gładki lukier. Lukrować babeczki, do każdej przyklejając jedną marchewkę. Odstawić do zastygnięcia lukru.

Smacznego!

W końcu użyłam moich niedawno nabytych barwników. Co prawda kupiłam je z myślą o czymś zupełnie innym, ale marcepanowe marchewki też są w porządku.
Używam barwników w paście, te w płynie mnie do siebie nie przekonały - kolor wychodzi bardzo blady, trzeba dodać naprawdę sporo barwnika, a wtedy ma wpływ na konsystencję masy. Trzeba potem dodać cukru pudru, kolor znów się rozjaśnia... Takie błędne koło.
Barwniki w paście są wydajniejsze, dają naprawdę intensywne kolory. Do marchewek użyłam mniej więcej dwa razy więcej barwnika żółtego niż czerwonego. Mam zielony, więc nim zabarwiłam natkę, ale zamiast niego można użyć niebieskiego z żółtym. Jeśli nie używacie barwników na co dzień, warto kupić tylko podstawowe kolory, i mieszając je ze sobą, uzyskiwać pozostałe. Ja mam planach mnóstwo zabawy - jak już przestanę prychać i kichać...

piątek, 10 stycznia 2014

Jak zaskoczyłam samą siebie. I bułeczki z marchewką

Nie gram w gry na komputerze. No, dobrze... Od czasu do czasu ułożę pasjansa albo skasuję górkę klocków w mahjongu. I to wszystko.
Gry jakoś nigdy nie potrafiły mnie na dłużej zatrzymać. Po kilku godzinach (jeśli szczęście dopisało) traciłam zainteresowanie. Albo się denerwowałam, że mi nie wychodzi, odkładałam sprawę na później, i już nigdy do niej nie wracałam. Jako dziecko z przyjemnością grałam jedynie w wyścigi samochodowe, ale tylko z moim Sąsiadem. Inaczej nawet nie patrzyłam w stronę komputera. 
Mój C. przeciwnie - jest zapalonym graczem. Najnowsze GTA (wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi) wciągnęło go na trzy miesiące tak, że wstawał od komputera żeby coś zjeść i się przespać. Namiętnie zabija zombiaki i inne potwory, ściga złoczyńców, morduje mniej i bardziej niewinne istoty, rozwiązuje zagadki i podróżuje po wymyślonych przez kogoś krainach. Nie mam mu tego za złe - ja wtedy siadam sobie wygodnie na kanapie i czytam, albo idę do kuchni i piekę. Póki słyszy, co do niego mówię, nie jest źle.
Oczywiście podejmował próby przekonania mnie do zabawy. Kupił wyścigi samochodowe - płyta porasta kurzem w kącie, bo żadne z nas nie miało dość siły przebicia. Dostałam wszystkie Little Big Planet - owszem, są rozkoszne i całkiem interesujące, ale znowu - po dwóch czy trzech podejściach więcej mi się nie chciało. Jeśli gra nie ma opcji multiplayer, odpada w przedbiegach.
Ostatnio zaproponował mi Borderlands 2. Popatrzyłam na niego z ironicznym uśmiechem - chłopie, znowu...? Jeszcze nie straciłeś nadziei? Ale że wychodzę z założenia, że każdemu trzeba dać szansę, zgodziłam się. Pół godziny, a potem zobaczy, jak się męczę, i będzie po sprawie.
Dzisiaj kiedy stwierdził, że zrobimy sobie przerwę, popatrzyłam na niego błagalnie: Jeszcze jedną misję, muszę wypróbować nową broń... 
Śmiał się. Głośno. Złośliwiec jeden.

Nie pytajcie mnie, co w tym jest. Wciągnęło mnie niesamowicie. Z zapałem bronię Sanktuarium, ścigam i morduję z zimną krwią niegodziwych, pomagam potrzebującym, zbieram punkty czegoś tam i fioletowe, świecące sztabki. Zwariowała baba na starość...

Żeby nie było, że nie robię nic innego, dzisiaj chcę Wam zaproponować bułeczki. Trochę niezwykłe, bo z marchewką i kminkiem.
Przepis znalazłam u Miisy Mink w Nordisk Bagebog. Mmm, apetyczna to pozycja... Jeśli interesują Was skandynawskie wypieki, polecam. 
Bułeczki zwróciły moją uwagę właśnie dodatkiem marchewki. Mają też w składzie płatki owsiane, a część mąki białej można zastąpić pełnoziarnistą - wtedy w ogóle będą zdrowe. Kminek to mój dodatek, bo jakoś tak mi do marchewki podpasował... Efekt - mniam! Wilgotne, mięciutkie, idealne z plasterkiem szynki. W dodatku banalnie proste w przygotowaniu - polecam na sobotnie śniadanie.

Bułeczki z marchewką i kminkiem


Składniki:
(na 10 sztuk)
  • 300 ml letniej wody
  • 15 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka soli
  • 450 g mąki pszennej
  • 50 g płatków owsianych
  • 1 łyżka oleju
  • 100 g marchewki (bez skórki)
  • 1 łyżka nasion kminku

dodatkowo:
  • 1 łyżka mąki

Do miski pokruszyć drożdże. Wlać nieco wody, rozpuścić w niej drożdże. Wlać pozostałą wodę, połączyć. Wsypać 300 g przesianej mąki i sól, wyrabiać przez kilka minut. Dodać płatki owsiane i olej, połączyć. Dodać startą na drobnych oczkach marchewkę, kminek i resztę mąki, zagnieść ciasto - będzie się lepić.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie ciasto podzielić na 10 części, z każdej uformować okrągłą bułeczkę. Ułożyć je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, lekko spłaszczyć i oprószyć mąką. Odstawić na 30 minut.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

A teraz już nie mogę więcej pisać, bo prawie wskoczyłam na kolejny level...

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Krem z marchewki z chrupiącą wkładką. Nie tylko na huragan

Uwielbiam zupy kremy, i jesienią, i zimą zjadamy ich ogromne ilości, czego, niestety, na blogu nie widać. Dlaczego? Bo zazwyczaj znikają szybciej, niż zdążę zrobić im zdjęcie. Nie gotuję ogromnych porcji, raczej takie na jeden, góra dwa dni. Czasem są tak dobre, że z dwóch dni robi się jeden... 
Tym razem jednak obiad był dwudaniowy, co nieczęsto nam się zdarza. Została jednak odrobina lasagne - za mało na porządny posiłek dla dwóch osób, za dobra, żeby wyrzucić. Stwierdziłam więc, że zupa na pierwsze danie będzie w sam raz. Tym sposobem została mi odpowiednia ilość, żeby następnego poranka, jak tylko pokazało się słonko, urządzić jej sesję zdjęciową. Wyszła bowiem wyjątkowo smaczna.

Miałam marchewki, i zastanawiałam się, jak się do nich zabrać. Wersje z pomarańczą czy mleczkiem kokosowym są pyszne, wielokrotnie je testowałam, teraz jednak miałam ochotę na coś innego. Trochę pikantnego. Wyjątkowego. I wtedy na blogu Everyday flavours znalazłam ideał - krem z marchewki z prażoną ciecierzycą.
Cieciorkę uwielbiam, dałabym się za nią pokroić. Na prażoną miała ochotę od dawna, ale jakoś ciągle było nam nie po drodze... A szkoda, bo jest przepyszna! Świetnie nadaje się do pogryzania zamiast chipsów - następnym razem zrobię ją właśnie po to, bo bardzo ciężko było mi się powstrzymać, żeby nie wyjeść wszystkiego, zanim jeszcze zupa się ugotowała... Do kremu z marchewki pasuje wspaniale, a C. cieszył się wyjątkowo, bo w zupach lubi mieć coś do pogryzienia. Ta wyszła taka, jak lubimy najbardziej - dość gęsta, pikantna, z chrupiącymi kuleczkami ciecierzycy. Imbir i kolendra nadają jej charakterystycznego smaku, chilli ostrości. Idealnie rozgrzewa i syci. My jedliśmy ją, gdy za oknami szalała Bodil - polecam jednak nie tylko na huragany.

Zupa marchewkowa z prażoną ciecierzycą

Składniki:
(na 4 porcje)
  • 2 łyżki oliwy
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/2 łyżeczki mielonej kolendry
  • 1/2 łyżeczki chilli w płatkach
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 cebula
  • 3 ząbki czosnku
  • 500 g marchewki
  • 200 g ziemniaków
  • 1 l bulionu

prażona ciecierzyca:
  • 400 g ciecierzycy z puszki lub słoika
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki ostrej papryki w proszku
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/2 łyżeczki mielonej kolendry
  • 2 łyżki oleju z orzechów włoskich

W garnku rozgrzać oliwę, wrzucić imbir, kolendrę, chilli i sól. Kiedy przyprawy zaczną intensywnie pachnieć, dodać pokrojoną w kostkę cebulę, a po 1 minucie posiekany czosnek.
Marchewkę i ziemniaki pokroić w kostkę, wrzucić do garnka. Chwilę smażyć, po czym zalać bulione. Gotować 20-30 minut, aż warzywa zmiękną. Zmiksować na gładko.

Gdy zupa się gotuje, uprażyć ciecierzycę:
Sól, paprykę, imbir, kolendrę i olej wymieszać. Dodać osączoną i osuszoną ciecierzycę, dokładnie wymieszać. Rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 20-30 minut.

Zupę podawać gorącą, z prażoną ciecierzycą.

Smacznego!

Na przekór szalonemu zimnu za oknami, na parapecie kwitną mi storczyki. Oba. Białe i biało-różowe kwiatki są tak delikatne i stanowią niesamowity kontrast do pogody.
A chciałabym kupić sobie gwiazdę betlejemską. Koniecznie czerwoną. Ciekawe, czy dogada się ze storczykami...?