Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tarty i ciasta kruche. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tarty i ciasta kruche. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 stycznia 2018

Wiem, że nic nie wiem, czyli siódme urodziny bloga

Im więcej się uczę, tym mnie wiem - a przynajmniej takie mam wrażenie. Ogrom wiedzy, której nigdy nie opanuję, mnie przeraża.
Ale może zacznę od początku...

Swoją przygodę z pieczeniem, a później z blogowaniem, zaczęłam z przypadku. W nowym miejscu, sama jak palec, nie bardzo wiedziałam, co ze sobą robić. Bo ile można czytać czy oglądać seriale...? Najpierw nieśmiało oglądałam inne blogi, piekłam jakieś plaskate cuda i byłam z nich nieziemsko dumna (mówię to ja - osoba, które w wieku lat dwudziestu potrafiła zrobić sobie herbatę i kanapkę. Szczytem inwencji było przyrządzenie zupy z proszku). Później, z jednym okiem zamkniętym z wrażenia, założyłam bloga i skakałam z radości przy każdym komentarzu. Ach, cóż to były za czasy...
Później (dużo później, jeśli mam być szczera), gdy zobaczyłam postępy, a pieczenie sprawiało mi coraz większą frajdę, zaczęłam szkołę cukierniczą. I wiecie co...? Te dwa lata otworzyły mi oczy i pokazały, jak niewiele wiem. Zauważyłam też, że są rzeczy, których człowiek, choćby nie wiem, jak się starał, w domu się nie nauczy. Dopiero praca w cukierni pokazała mi, co to naprawdę znaczy być cukiernikiem, a nie tylko się w cukiernika bawić. To ciężka praca - fizycznie, bo dwudziestopięciokilogramowe worki z cukrem same się nosić nie chcą, ale też umysłowo, bo, powiedzmy to sobie szczerze, klienci są różni, i nie zawsze jest to łatwa współpraca. Człowiek nieźle się musi nagłowić, żeby co niektórych zadowolić. Ale gdy później przychodzą z uśmiechem i podziękowaniami - bezcenne. Dla takich chwil warto się starać.

Już za cztery miesiące będę zdawać końcowe egzaminy. Strasznie się denerwuję, ale jednocześnie nie mogę się doczekać - bo znów zacznie się coś nowego. Jeszcze nie wiem co i jak, ale już się cieszę, bo z pewnością nudno nie będzie.
Tymczasem blog dryfuje sobie gdzieś obok mnie; nie mam dla niego tyle czasu, co kiedyś. Posty bywają zdecydowanie krótsze i piszę je rzadziej, ale staram się, jak mogę. Tym bardziej, że dziś Pożeraczka kończy siedem lat - warto więc chyba nad nią pracować, skoro mi ciągle chce się pisać, a Wam czytać.

Dziękuję, że nadal tu ze mną jesteście; bez Was już dawno bym się poddała. A jednak, mimo krótszych i dłuższych przerw, ciągle wracam. Bez motywacji, którą dla mnie jesteście, z pewnością by mi się nie udało.

Na te huczne urodziny mam... Tartę. Nie tort; niestety, ale nie miałam czasu na bardziej skomplikowane wypieki. Tarta jednak jest urocza i pyszna, więc w tym roku musi wystarczyć. Jeśli dotrwamy do urodzin dziesiątych, obiecuję tort prawdziwie wystrzałowy; no, ale do tego zostało jeszcze parę chwil.

Kruchy spód bez jajek jest niesamowicie kruchy i nie nasiąka wilgocią, co jest jego dużym plusem. Kisiel malinowo-hibiskusowy jest kwaskowy i wyrazisty, świetnie równoważy go delikatny i słodki krem z białej czekolady. Całość smakuje wybornie, połączenie smaków jest wyjątkowo harmonijne. Dekoracja to urocze mini makaroniki i świeże maliny - prosta, a jednocześnie efektowna.
Na C. zrobiła wrażenie; mam nadzieję, że i Wam się spodoba.

Tarta malinowo-hibiskusowa z kremem z białej czekolady


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

kruche ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 150 g zimnego masła
  • 2-3 łyżki zimnej wody
kisiel malinowo-hibiskusowy:
  • 185 g malin
  • 1 łyżka suszonych kwiatów hibiskusa
  • 35 g cukru
  • 75 ml wody
  • 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
krem z białej czekolady:
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 120 g białej czekolady
  • 2 listki żelatyny
dodatkowo:
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Partiami dodawać wodę - ciasto powinno się ładnie połączyć, ale nie może się kleić.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 3-4 mm, wyłożyć nim formę, formując brzeg o wysokości około 3 cm.
Nakłuć ciasto widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać suchą fasolą lub kamykami do pieczenia.

Piec w 190 st. C. przez 12 minut.
Po tym czasie zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 12-15 minut w 190 st. C.
Ostudzić.

Maliny, hibiskus, cukier i 40 ml wody przełożyć do rondelka, zagotować. Gdy maliny się rozpadną, a cukier rozpuści, przetrzeć przez sitko. Przelać z powrotem do rondelka, dodać mąkę rozpuszczoną w pozostałej wodzie, zagotować.
Gorący kisiel przelać na spód tarty, ostudzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, czekoladę drobno posiekać. 100 ml kremówki zagotować, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Dodać czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Przestudzić.
Pozostałą kremówkę ubić, dodać do czekolady w 3 turach, delikatnie mieszając łyżką.
Wylać krem na kisiel, schłodzić w lodówce.

Przed podaniem udekorować malinami, makaronikami, bezikami i suszonymi kwiatami hibiskusa.

Smacznego!


A co byście powiedzieli na taką tartę z okazji Walentynek...? W końcu czternasty lutego już za chwilkę!

piątek, 3 listopada 2017

Opowieść o Czerwonym Rycerzu. I tarta obłędnie czekoladowa

Młoda Piekareczka, jak niemal co dzień, na długo przed świtem ruszyła w daleką podróż do pracy. Jej rączy, mechaniczny rumak, nieodłączny i wierny towarzysz, tym razem jednak zaniemógł. Stanął uparcie w miejscu najmniej odpowiednim, zapierając się wszystkimi czterema kołami. Bezsilna, zaciskając zęby, próbowała wszystkiego - ułagodzić bestię, przekonać, zmusić podstępem, aż wreszcie - o zgrozo! - przemocą. Nic nie podziałało - rumak jak stanął, tak stał.
W międzyczasie z pomocą przyszedł inny podróżny, będący - wnioskując z wielkości wozu - w równie co ona dalekiej, podróży.
Ów nieznany jej mężczyzna, mimo szczerych chęci, nie zdołał przekonać rumaka do dalszej jazdy, jednak siłą własnych mięśni pomógł sprowadzić go na pobocze, aby nie tarasował drogi innym, ewidentnie o tak wczesnej porze rozdrażnionym, podróżnym. Pożegnał się z uśmiechem i życzył powodzenia.
Piekareczka, zmuszona przez okrutne okoliczności, zdecydowała się na kroki drastyczne - obudzenie Małżonka. Ten, zdecydowanie niezadowolony z takiego obrotu sprawy, wskazał  jednak jedyną w takiej sytuacji możliwość - wezwanie na pomoc Czerwonego Rycerza. Ten zjawił się już po półgodzinie, w czerwonej zbroi z odblaskowymi paskami. Popatrzył, pomyślał, postukał gdzie trzeba, nakarmił rumaka odrobiną prądu, po czym ten, radośnie parskając, ruszył, jakby nic się nie stało. Piekareczka, uradowana do granic możliwości, pożegnała swego Czerwonego Rycerza z uśmiechem wiedząc, że prędzej czy później spotkają się znowu...

Wystąpili:
rumak - prawie nowy samochód;
Czerwony Rycerz - pracownik pomocy drogowej;
Małżonek - C.;
Piekareczka - ja we własnej osobie.

Wypadałoby nadmienić, że na moje potrzeby Falck (duńska pomoc drogowa) trzyma chyba specjalnego pracownika, bo za każdym razem przyjeżdża do mnie ten sam pan, który nawet już nie kręci głową z politowaniem dla mojej niewiedzy...
A jeden z kolegów z pracy, przejeżdżając tuż obok mojego rozkraczonego auta, nawet pomyślał, jakie to przykre...

Po tak ekscytującym początku dnia, na uspokojenie zdecydowanie przyda się kawałek mocno czekoladowej tarty.
Przepis znalazłam w magazynie Spis bedre, nr 9/2017 i wiedziałam, że go sobie nie odpuszczę. Lekko migdałowy, cudownie kruchy spód, czekoladowy ganache, który wręcz zniewala intensywnością, a do tego pieczone w cukrze muscovado, lekko karmelowe śliwki i figi. Określenie niebo na talerzu to zdecydowanie za mało, żeby oddać ten cudowny smak. Mimo, że nie da się jej zjeść zbyt dużo na raz, gdyż czekoladowe wypełnienie jest konkretne i syte, nie mogłam oprzeć się dokładce.
Idealne dla czekoholików, szczególnie na początku listopada, gdy za oknami tylko szaruga i deszcz.

Tarta czekoladowa z pieczonymi śliwkami i figami


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 26 cm)

ciasto kruche:
  • 100 g zimnego masła
  • 60 g cukru
  • ziarenka z 1/2 laski wanilii
  • 1/8 łyżeczki soli
  • 25 g mielonych migdałów
  • 25 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 160 g mąki pszennej
  • 1 jajko

ganache:
  • 250 g ciemnej czekolady (58%)
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżka miodu
  • 1/4 łyżeczki soli

pieczone śliwki i figi:
  • 3 świeże figi
  • 5 śliwek
  • 50 g ciemnego cukru muscovado

dodatkowo:
  • 15 g niesolonych pistacji, bez łupinek

Masło, cukier, wanilię, sól, migdały i mąki umieścić w malakserze. Zmiksować. Dodać jajko, połączyć.
Ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy, wyłożyć nim formę i schłodzić w lodówce przez minimum 1 godzinę.

Schłodzone ciasto gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać suchym grochem lub kamykami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zdjąć obciążenie i papier.

Dopiekać jeszcze 15 minut w 180 st. C.
Ostudzić.

Śmietanę, miód i sól umieścić w garnuszku, zagotować.
W tym czasie posiekać czekoladę. Zalać czekoladę wrzącą kremówką, wymieszać do jej całkowtego rozpuszczenia. Przelać ganache do formy, schłodzić w lodówce przez minimum 3 godziny.

Figi pokroić w ćwiartki, śliwki na połowy, usunąć pestki. Ułożyć owoce w formie, równomiernie posypać cukrem.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Przestudzić.

Owoce ułożyć na zastygniętym ganache, polać powstałym podczas pieczenia sosem. Posypać posiekanymi pistacjami, podawać.

Smacznego!


Jako, że przepis znalazłam w duńskiej gazecie, a wypełnianie ciast gęstym, czekoladowym kremem to zdecydowanie coś, co Duńczycy wręcz uwielbiają, dodaję go do akcji Ani: 

piątek, 27 października 2017

Jesienna tarta dyniowa. Nie tylko na Halloween

Już za kilka dni Halloween; jedno z moich ulubionych amerykańskich świąt. Cóż, tak naprawdę jedyne, z którym mam coś wspólnego. Przeciwnicy mogą sobie narzekać, ile chcą; ja i tak je uwielbiam! Co roku razem z C. zasiadamy przez telewizorem - Miasteczko Halloween Burtona to w ten dzień pozycja obowiązkowa. W tym roku rozważam rozszerzenie repertuaru - Gnijąca panna młoda, albo może stary, dobry Sok z żuka...? 
Do tego wycinanie lampionów z dyni - świetna zabawa, w dodatku pożyteczna, bo wnętrze można przecież dobrze wykorzystać. A dekoracja jest, jak się patrzy.

Oczywiście, trzeba sobie ten i tak już niesamowicie przyjemny czas umilić czymś słodkim. Jakoś w tym roku nie szaleję z dynią (a za chwilę trzeba się będzie przecież zabrać za pierniczki!), ale dwie sztuki przerobiłam na puree, które sukcesywnie wykorzystuję. Całkiem sporą ilość wrzuciłam ostatnio do cudownie jesiennej tarty; która, przy odrobinie wyobraźni, na Halloween też się nada.

Przepis znalazłam w najnowszym numerze Bage og sylte, nr 5/2017 i od razu wiedziałam, że będę musiała go wypróbować. Połączenie kruchego, lekko migdałowego ciasta z dyniowo-cynamonowym nadzieniem wróżyło lepiej niż dobrze. I nie zawiodłam się! Spód jest świetny, nie rozpada się i rewelacyjnie zachowuje kruchość, nadzienie jest kremowe, lekko karmelowe, cynamonowe i... Dyniowe. Czyli wszystko to, czego oczekiwałam. 

Skuście się, nawet jeśli idea Halloween jest Wam obca. Zawsze znajdzie się jakaś inna okazja, żeby upiec pyszną tartę dyniową. Ot, choćby październik sam w sobie...

Tarta dyniowa


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 30 cm)

ciasto kruche:
  • 150 g zimnego masła
  • 90 g cukru
  • 1 jajko
  • 170 g mąki pszennej
  • 80 g mielonych migdałów
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
wypełnienie:
  • 500 g puree z dyni
  • 3 jajka
  • 1 żółtko
  • 100 g ciemnego cukru muscovado
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 ml syropu klonowego
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
dodatkowo:
  • 1 białko
  • 1 łyżka cukru
Mąkę, migdały i cukier wymieszać. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść ciasto.
Uformować z ciasta kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez minimum 60 minut.

Schłodzone ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć ciastem formę, gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać suchą fasolę lub kamyki do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Następnie zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. kolejne 12-15 minut.

Gorące ciasto posmarować roztrzepanym białkiem, odstawić do lekkiego przestudzenia.

Jajka i żółtko ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać śmietanę, syrop klonowy i cynamon, połączyć. Na końcu dodać puree z dyni, wymieszać. Wylać masę na przestudzony spód.

Podpiec w 180 st. C. przez 15 minut.

Pozostałe ciasto cienko rozwałkować, wyciąć dynie i listki. Wyjąć ciasto z piekarnika, ułożyć na nim dekoracje, posmarować pozostałym białkiem i posypać cukrem.

Piec kolejne 15-20 minut w 170 st. C. uważając, żeby ciasto zbyt się nie przyrumieniło.

Ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Smacznego!

Ja tymczasem marzę o choćby kilku promykach słońca.
U Was też szarość zdominowała świat...?

wtorek, 19 września 2017

Ostatnie tchnienie lata: tarta z malinami i morelami

Dłuższą chwilę mnie tutaj nie było, prawda...? Ale tym razem mam naprawdę dobre usprawiedliwienie - w podróży poślubnej po prostu nie wypada spędzać czasu przed ekranem komputera, choćby nie wiem jak bardzo miało się ochotę podzielić z Wami wrażeniami. A uwierzcie - tych jestem pełna; pomysłów na posty nie zabraknie mi przynajmniej do końca roku. Mam tylko jeden problem - od czego zacząć...?
Hmm... Myślę, że żeby nie popadać w rutynę - spróbuję od końca.

Do domu wróciliśmy już tydzień temu, ale okazuje się, że człowiek w ostatnich dniach urlopu nie ma czasu na leniuchowanie. Trzeba było wyprać wszystkie ubrania z podróży (a przez dwa tygodnie trochę się tego nazbierało), a także pościele, ręczniki i wszystko to, czego przed wyjazdem wyprać nie zdążyłam. Jak w zegarku więc co dwie godziny i piętnaście minut schodziłam na dół żeby wymienić zawartość pralki. I tak przez trzy dni...
Poza tym siostra C. wraz z małżonkiem postanowili wyprawić wspólne urodziny, a że przez ponad trzy tygodnie nic nie piekłam zawzięłam się, i przygotowałam tort. Taki porządny, z marcepanowymi dekoracjami i kremem maślanym. Pokażę Wam go przy innej okazji. 

A wczoraj wróciłam do pracy.
Oj, ciężko było wstać o wpół do czwartej nad ranem... Szczególnie, że teraz słońce wschodzi dopiero po szóstej, więc nie tylko wstaję, ale całą drogę odbywam w całkowitych ciemnościach. Razem z niemal nieustannym deszczem działa to na mnie, muszę przyznać, dość depresyjnie. Szczególnie po dniach spędzonych w słonecznej i ciepłej Barcelonie. Na szczęście koledzy nie zawiedli i w sposób jednoznaczny wyrazili ukontentowanie z mojego powrotu; były i całusy, i uściski i wyrazy nadziei, że moje małżeństwo będzie trwałe, a co za tym idzie, potrzeba tak długiego urlopu po raz kolejny nie zaistnieje.

Tymczasem powoli na nowo rozgaszczam się w mojej kuchni. Odnajduję lekko zaniedbane ścieżki i właściwie proporcje. Połączenia smaków, do których tak lubię wracać i te zupełnie nowe, które sprawdzą się albo i nie.
Zaskoczył mnie fakt, że w Danii jest już jesień. I to nie ta złota, stonowana, która pozwoli pomału się przestawić. Jest szaro, buro i deszczowo, a gdy rano na termometrze zobaczyłam siedem stopni powyżej zera, odruchowo szczelniej otuliłam się szalem. W sklepach królują śliwki, gruszki i dynie, a pierwszym, co z niemal pietyzmem włożyłam do koszyka, było opakowanie świeżych, soczyście fioletowych fig. I tak, to zdecydowanie są moje smaki, niecierpliwie przecież czekam na pierwsze kasztany, ale... Gdzie lato, gdzie truskawki, maliny, porzeczki...? Gdzie ciepłe wieczory w ogrodzie, ogniska i kiełbaski nad nimi pieczone? Nie zdążyłam się tego roku tym wszystkim nacieszyć; pogoda nie dopisała, owocom zabrakło słodyczy, a ja czuję tak wielki niedosyt, że ciężko mi się z obecnym stanem rzeczy pogodzić. Co robić...?
Upiec ciasto!

Mam dla Was jeszcze letnią tartę, z malinami, morelami i boskim kremem budyniowym, pod którym ukryłam cienką warstwę obłędnej masy orzechowej. A wszystko to zapiekłam na cudownie kruchym cieście. Prosta, pełna słońca tarta, która z pewnością uczyni niejedno deszczowe popołudnie odrobinę bardziej znośnym.

Tarta z kremem budyniowym i owocami


Składniki:
(na formę do tary o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 160 g mąki pszennej
  • 30 g cukru
  • 60 g zimnego masła
  • 1 jajko

masa orzechowa:
  • 50 g złotego syropu
  • 40 g grubo zmielonych orzechów włoskich
  • 20 g masła
  • 1 jajko
  • 1/2 łyżeczka ekstraktu z wanilii

krem budyniowy:
  • 110 g serka mascarpone
  • 60 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 jajko
  • 30 g budyniu waniliowego (proszek)
  • 25 g cukru

dodatkowo:
  • 100 g malin
  • 3 morele

Mąkę przesiać, wymiezać z cukrem. Dodać masło, posiekać, a nastpęnie rozterzeć palcami na kruszonkę. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.

Ciasto rozwałkować na prostokąt nieco większy od formy; wyłożyć ciastem formę, formując brzegi.
Schłodzić w lodówce prze 30-45 minut.

Ciasto gęsto nakłuć widelcem. Przykryć papierem od pieczenia, obciążyć kamykami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 12 minut.
Zdjąć z ciasta obciążenie i papier.

Podpiekać kolejne 10 minut w 180 st. C.

W tym czasie przygotować masę orzechową.
Orzechy, syrop, masło,jajko i ekstrakt umieścić w garnuszku. Zagotować, a następnie podgrzewać przez 5 minut, cały czas mieszając, aż masa zgęstnieje. Jeszcze ciepłą masę orzechową równomiernie rozprowadzić na kruchym spodzie.
Odstawić.

Mascarpone, kremówkę, jajko, budyń i cukier roztrzepać tylko do połączenia składników. Wylać na masę orzechową. Na wierzchu ułożyć połówki moreli i maliny.

Piec w 160 st. C. przez 20-25 minut, aż masa się zetnie.
Ostudzić, schłodzić przed podaniem.

Smacznego!

Przez następne tygodnie będę pisać o ślubie i tych wszystkich wspaniałych miejscach, które miałam okazję odwiedzić. 
I choć było wspaniale, to wiecie co...? W domu też jest dobrze...

piątek, 28 lipca 2017

Bardzo skandynawska tarta nie tylko na skandynawską kieszeń

Patrząc na moje przepisy dodane do akcji Ani można by pomyśleć, że Skandynawowie w ogóle, a Duńczycy w szczególności, jeszcze nie wpadli na pomysł, żeby do ciast i deserów dodać coś innego niż rabarbar. Oczywiście, jest to bzdura na resorach; powiem więcej: rabarbar wcale aż tak bardzo przez Duńczyków lubiany nie jest. Oni bowiem wolą zdecydowanie słodkie smaki; kwaskowatość rabarbaru jest zarezerwowana dla koneserów.
Takich jak ja. A że dorobiłam się w tym roku całych trzech rabarbarowych krzaczków (które, o dziwo, nawet teraz jeszcze mnie w rabarbarowym szaleństwie podtrzymują licznymi różowo-zielonymi łodygami), nie mogę się po prostu powstrzymać. Część z przepisów przygotowałam jeszcze w maju, gdy już myślałam o akcji wiedząc, że później może nie być czasu na przetestowanie tylu przepisów, ile bym sobie życzyła. Później zaś nadal korzystałam z rabarbarowego dobrodziejstwa, i tak się jakoś rabarbarowo kulało... Aż tu nagle okazało się, że tematem wspólnego gotowania jest skandynawski deser z owocami leśnymi! Zaskoczona i lekko zdezorientowana, czym prędzej wysłałam C. do sklepu, a sama rozpoczęłam poszukiwania odpowiedniego przepisu.

W oko wpadła mi tarta z Scandilicious baking Signe Johansen. Z tym, że w oryginale jest z czerwonymi porzeczkami. Wygląda piękne! Ale ten, kto kiedyś próbował kupić czerwone porzeczki w Danii ten wie, że to frykasy tylko dla elit. Bo, uwaga, tutaj kilogram porzeczki kosztuje... Sto polskich złotych! Rozumiecie...? Rozbój w biały dzień! Mnie na to nie stać; poczekam, aż drzewko w ogrodzie zacznie owocować, i wtedy się porzeczkami nasycę. Póki co stawiam na owoce leśne, w których skład wchodzą właśnie wyżej wymienione czerwone porzeczki, a także ich czarne kuzynki, jagody, maliny oraz jeżyny. Sami widzicie - mieszanka jest odpowiednio kwaskowa, dzięki czemu świetnie kontrastuje z intensywnie migdałową, słodką masą. 
Zamiast marcepanu użyłam masła migdałowego, w którego skład wchodzą tylko migdały i sól. Jeśli zdecydujecie się na marcepan lub dosładzaną masę, koniecznie zmniejszcie ilość cukru! 
Moja masa jest dość ciemna, ponieważ migdały zmielono całe, razem ze skórkami. Jeśli zależy Wam na lepszym kontraście kolorystycznym, zdecydujcie się na marcepan lub jasną masę migdałową.

Inne propozycje na skandynawskie ciasta z owocami leśnymi znajdziecie u Siankoo, Mopsika i Ani.

Tarta z masą migdałową i owocami leśnymi


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 24 cm)

spód:
  • 200 g mąki pszennej
  • 50 g cukru
  • 100 g zimnego masła
  • 1 jajko
masa migdałowa:
  • 330 g masła migdałowego
  • 150 g cukru
  • 100 g miękkiego masła
  • 4 jajka
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 100 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 300 g mieszanki owoców leśnych
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać pokrojone w kostkę masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć nim formę, formując brzegi.
Schłodzić w lodówce przez 60 minut.

Po tym czasie ciasto gęsto nakłuć widelcem, położyć na nim arkusz papieru do pieczenia i wysypać groszkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Masło migdałowe utrzeć z cukrem. Dodać miękkie masło, zmiksować. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt, połączyć. Na końcu dodać mąkę, zmiksować tylko do połączenia składników.

Masę migdałową równomiernie rozłożyć na ostudzonych cieście. Na wierzch wysypać owoce leśne, delikatnie wciskając je w masę. 

Piec w 180 st. C. przez około 20 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis oczywiście dodaję do akcji Ani:

niedziela, 16 lipca 2017

Oszukane lato i tarta z rabarbarem

Jest połowa lipca. Kalendarz nie kłamie (choć bardzo bym chciała). Niby nie jest zimno, niby słońce się czasem pokaże, ale... To jednak nie to. 
Pamiętam, że w lipcu owoce zawsze były słodkie i smakowały słońcem. Można się było wygrzewać w słonku do późnego popołudnia, a wieczorami wkładać sweter tylko dlatego, że komary cięły niemiłosiernie. Letnie burze przychodziły i odchodziły, zostawiając po sobie rześkie powietrze i kolejne ciepłe dni. I owszem, słyszało się narzekania na upały, ale tak naprawdę, w głębi ducha, wszyscy się nimi cieszyliśmy. W końcu było lato! Jak niby miałoby wyglądać...?

W tym roku lata nie ma. Nie takiego, jakie pamiętam. Zima była błotnista i ciepława, teraz kolejna pora roku zawiodła swoim niezdecydowaniem. Zjadłam w tym roku zaledwie jedną naprawdę słodką truskawkę, co samo w sobie jest wystarczająco rozczarowujące. Na dodatek skończyły się tak szybko, że w zasadzie nie zdążyłam się nimi nasycić. Jakiekolwiek by nie były...

Na szczęście rabarbar w ogródku ciągle pokazuje, co potrafi. W zeszłym tygodniu ogołociłam oba krzaczki niemal zupełnie, w tym znowu zielone liście przypominają parasole. Zerwałam więc kilka, żeby przygotować tartę. Skoro nie mogę mieć prawdziwego lipca, będę udawać, że to nadal maj.

Przepis znalazłam w książce Nordisk bagebog Miisy Mink, i spodobał mi się od razu. Kruchutkie ciasto, kwaskowe nadzienie z głębokim, dymno-karmelowym posmakiem cukru muscovado, a do tego chrupiąca, owsiana kruszonka. Banalne wręcz składniki łączące się w idealną całość.

Tarta z rabarbarem i owsianą kruszonką


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)

spód:

  • 150 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 85 g cukru 
  • 100 g miękkiego masła
  • 1 żółtko
nadzienie:

  • 300 g rabarbaru
  • 2 łyżki ciemnego cukru muscovado
kruszonka:

  • 50 g płatków owsianych
  • 60 g cukru
  • 50 g miękkiego masła
Mąkę z proszkiem przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać masło, rozetrzeć palcami. Wbić żółtko, zagnieść gładkie ciasto.
Ciasto rozwałkować na koło nieco większe niż średnica formy. Wyłożyć ciastem formę, odstawić.

Rabarbar pokroić na kawałki, wymieszać z cukrem. Odstawić.

Cukier wymieszać z płatkami owsianymi. Dodać masło, zagnieść kruszonkę.

Na spód wyłożyć rabarbar, wierzch posypać kruszonką.

Piec w 200 st. C. przez 30 minut, aż kruszonka nabierze złoto-brązowego koloru.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

wtorek, 13 czerwca 2017

Najważniejsza suknia w życiu kobiety i najprostsze ciasto z truskawkami. Galette

Nigdy bym nie pomyślała, że zwariuję na punkcie kiecki. 

W ogóle do tego całego ślubnego zamieszania podchodzę z pewnym dystansem i zdrową dozą ironii. Niech dowodem na to będzie fakt, że po suknię wybrałam się trzy miesiące przed planowanym zamążpójściem, co w dzisiejszym świecie jest po prostu nie do pomyślenia. Okazało się bowiem (co przyjęłam nie tylko ze zdziwieniem, ale też pewną grozą), że panny młode suknie wybierają minimum rok wcześniej! Na tę nowinę uniosłam brew i przyjrzałam się uważniej pani Ani sądząc, że już na wstępie ze mnie pokpiwa, a tak się przecież nie godzi. 
Jednak nie. Pani Ania była absolutnie poważna, i ona również wpatrywała się we mnie zgrozą przejęta. Westchnęła ciężko, po czym wręczyła mi katalog i nakazała wybranie modeli, które mi się podobają. Zanotowałam więc szybciutko z sześć pozycji zaznaczając, że pierwszą widziałam na stronie i to właśnie ona przekonała mnie, żeby ten akurat salon odwiedzić jako pierwszy. 

Pani Ania zaprowadziła mnie do przebieralni, dała halkę z wielkim kołem, po czym przyoblekła mnie w największą suknię, jaką kiedykolwiek na sobie miałam. Moje jęki skwitowała krótkim stwierdzeniem, że dzisiejsze suknie są bardzo lekkie, a następnie zapędziła mnie przed ogromne lustro. A tam... Stanęłam jak wryta. To była nie tylko najpiękniejsza suknia, jaką widziałam, ale też idealnie do mnie pasowała. Do teraz jestem głęboko przekonana, że projektantowi musiałam się przyśnić, bo czy możliwe jest, żeby ktoś sam z siebie uszył moją wymarzoną suknię ślubną...? Koronkowy dekolt, króciutki rękawek, przedłużony stan i dół, który zawróciłby w głowie każdej kobiecie. A do tego wszystkiego tren! Mówię Wam, poczułam się jak księżniczka. A jak jeszcze moją frywolną tego dnia fryzurę pani Ani przyozdobiła welonem widziałam, jak Mamuni zakręciły się w oczach łezki. 
A potem spojrzałam na metkę, i mój zachwyt ustąpił czystemu przerażeniu...

Czując się w obowiązku, przymierzyłam pozostałe suknie z listy, podziękowałam pani Ani i ruszyłam na podbój kolejnych salonów. Łącznie przymierzyłam z piętnaście sukienek, z czego jedna była też w porządku, ale tańsza od tej wymarzonej o zaledwie trzysta złotych... A gdy wchodzimy w grube tysiące, taki drobiazg nie robi już przecież różnicy.

Wróciłam do domu z mieszanymi uczuciami. Co robić...? Wydać na wymarzoną suknię worek pieniędzy, czy szukać dalej wiedząc, że drugiej takiej nie ma...? Gryzłam się potwornie. Zazwyczaj dość twardo stąpam po ziemi, a fatałaszki nie robią na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Owszem, lubię kupić sobie nową sukienkę, ale tę założę przecież tylko raz! Ciężka sprawa, nie ma co...

Po kilku bezsennych nocach i długich dyskusjach nie tylko z sobą samą, podjęłam męską decyzję. Zadzwoniłam do pani Ani, umówiłam się na spotkanie i... Kupiłam suknię! A raczej zamówiłam, bo teraz muszą sprowadzić mój rozmiar, a później tu zwężyć, tam poszerzyć... I choć poczułam wyraźną różnicę w ciężkości mojego portfela, to poczułam się też lżej na duszy. W końcu ślub bierze się raz w życiu (kto w dniu ślubu zakłada inaczej, chyba jednak powinien zrezygnować z małżeństwa), więc jak szaleć, to szaleć. Najwyżej przez następny miesiąc będziemy jeść tylko chleb...

Póki co jednak śmierć głodowa nam nie grozi, zapraszam więc na wyjątkowo pyszną tartę z truskawkami.
Pomysłem na wspólne gotowanie było tym razem ciasto kruche w towarzystwie najpopularniejszych czerwcowych owoców. Nie miałam jednak zbyt dużo czasu, a i zawartość lodówki jest, powiedzmy, ciągle dość skromna (po wakacjach brakuje nam motywacji na porządne zakupy i uzupełnienie zapasów). Stwierdziłam więc, że galette będzie idealna. Bajecznie prosta, szybka i zaskakująco pyszna. Ciasto pozostaje kruche, owoce są słodkie i miękkie, a całość oprószona cukrem pudrem wygląda nader zachęcająco.
Brak większej ilości truskawek uzupełniłam rabarbarem - prosto z ogródka!

Truskawkowe smakołyki na kruchym cieście znajdziecie też u Ani i Mirabelki.

Galette z truskawkami i rabarbarem


Składniki:
(na niewielką tartę)

kruche ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 150 g zimnego masła
  • 2-3 łyżki zimnej wody
nadzienie:
  • 225 g truskawek
  • 140 g oczyszczonego rabarbaru
  • 3 łyżki cukru
  • 1 łyżka mąki pszennej
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Partiami dodawać wodę - ciasto powinno się ładnie połączyć, ale nie może się kleić.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Schłodzone ciasto rozwałkować na koło o średnicy około 28 cm. 

Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki. Pokroić na ćwiartki. Rabarbar pokroić na plastry grubości 1 cm.
Owoce wymieszać z cukrem, mąką i kardamonem. Wyłożyć na środek ciasta, zostawiając 5 cm od brzegu. Brzegi ciasta zawinąć na owoce, delikatnie przyciskając.

Piec w 180 st. C. przez 35 minut.
Ostudzić.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


Teraz moim jedynym zmartwieniem w kwestii sukni jest utrzymanie stałej wagi aż do sierpnia. Wcinam więc drugi już kawałek ciasta - w końcu nie mogę schudnąć, prawda...?

czwartek, 20 kwietnia 2017

Rokitnik w cieście. I o ekscytacji ogrodnictwem

Już prawie dwa tygodnie temu zabraliśmy się za działania w naszym skromnym ogródku. Poszliśmy na całość, kupując spore ilości nasionek i sadzonek, a także kilka skrzynek, doniczki i ziemię. Poskładanie wszystkiego, sianie i sadzenie zajęło nam dwa dni. A teraz - czekamy... Codziennie robimy przynajmniej dwa obchody, żeby sprawdzić, czy coś zaczyna się dziać. Pierwszy zielony koniuszek wyłaniający się z ziemi w jednej z donic doprowadził nas niemal do ekstazy! A niespodziewany, wtorkowy śnieg i prawdopodobny nocny przymrozek przyprawił o drżenie serca - czy aby bazylia to wytrzyma...? Nadal nie mam pojęcia, czy coś z tego będzie, ale muszę przyznać, że nie miałam pojęcia, że ogrodnictwo może być tak emocjonujące. Mówię Wam - praca w służbach specjalnych to przy tym pikuś.

O egzaminie, do którego podchodziłam w lutym, niemal już zapomniałam. Dlatego ze zdziwieniem stwierdziłam, że na opublikowanie ciągle czeka ostatni z przepisów, który na tę okazję przygotowałam. Myślałam sobie, że świetnie się sprawdzi jako propozycja nietypowego mazurka, ale sami wiecie, jak to u mnie w tym roku z Wielkanocą było... Przepis podaję więc teraz - może ktoś skusi się na tartaletki...? (Zachwyca mnie fakt, że zmieniając jedno słowo można zupełnie zmienić charakter dania.)

Zadaniem było suche ciastko - czy jednoporcjowy deser, który poza lodówką może stać kilka dni, nic ze swoich walorów smakowych i estetycznych nie tracąc. Nie chcąc prezentować czegoś oklepanego, jak malinowa krajanka czy ciasteczka Kaja (kiedyś dokładniej Wam o nich opowiem), szukałam przepisu pasującego do mojego tematu: jesieni. I wtedy pomyślałam o rokitniku - kwaskowym, intensywnie pomarańczowym i owocującym właśnie na jesień. Klasyczna tarta cytrynowa z bezą, po delikatnym tuningu, stała się tartaletkami z rokitnikiem. I wiecie co? To był strzał w dziesiątkę!
Słodko-kwaśna, prosta, a jednocześnie naprawdę efektowna. No i może być mazurkiem, jeśli komuś spodoba się taka fantazja.

A Wy, jakbyście nazwali te smakołyki...?

Tartaletki z curdem z rokitnika i bezą włoską


Składniki:
(na 12 tartaletek o średnicy 6 cm)
  • 110 g masła
  • 50 g cukru pudru
  • 130 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki soli

curd z rokitnika:
  • 200 g rokitnika
  • 20 ml wody
  • 100 g cukru
  • 1 jajko
  • 2 żółtka
  • 35 g mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka oleju

beza włoska:
  • 1 białko
  • 165 g cukru
  • 60 ml wody

Masło rozpuścić, podgrzewać, aż nabierze brązowego koloru i zacznie orzechowo pachnieć. Dodać cukier puder i sól, wymieszać, podgrzewać aż cukier się rozpuści. 
Zdjąć garnuszek z palnika, dodać mąkę, wymieszać najpierw łyżką, a następnie zagnieść ciasto dłońmi.
Ciastem wylepić foremki.

Piec w 175 st. C. przez 10-15 minut.
Ostudzić.

Rokitnik z wodą zagotować, przetrzeć przez sitko. Masę bez pestek z powrotem przełożyć do garnka, dodać cukier, jajko, żółtka i mąkę, dokładnie wymieszać. Zagotować, dolać olej i gotować jeszcze 2-3 minuty.
Przetrzeć przez sitko, wyłożyć nadzienie na ostudzone spody, ostudzić.

Cukier i wodę zagotować. Gdy syrop osiągnie temperaturę 115 st. C., zacząć ubijać białko. Gdy syrop osiągnie temperaturę 117 st. C., powoli wlewać go do białka, cały czas ubijając. Ubijać nadal, aż beza całkowicie wystygnie.
Bezę przełożyć do woreczka cukierniczego z tylką w kształcie gwiazdki, wyciskać na tartaletki. Opalić za pomocą panika do creme brulee.

Smacznego!

Ja tymczasem coraz niecierpliwiej czekam na prawdziwą, ciepłą wiosnę. Nie mam już serca do zimowego płaszcza i czapki...

czwartek, 9 lutego 2017

Śnieg, spacery i smsy o niestosownej porze. Oraz tarta z czerwonymi pomarańczami

Nagle budzi mnie dźwięk telefonu. Wyrwana z głębokiego snu, zdezorientowana, z przerażeniem myślę, że to już wpół do siódmej. Zerkam na zegarek; nie, dopiero dwie minuty przed północą. Oddycham z ulgą. Co to jednak w takim razie było...? Zmrużonymi oczami wpatruję się w zbyt jasny ekran. Sms. Od szefa. I jak tam? Brakuje ci czegoś...?

Z głębokim westchnieniem odkładam telefon na nocny stolik, odwracam się na drugi bok i zapadam w te dziwne krainy, na których opisanie brakuje mi słów.

Rano myślę o tym, że tak, wiem doskonale, że o tej porze jest już w pracy i być może mu się nudzi, ale żeby tak zaraz do ludzi pisać...? Oj, będziemy musieli poważnie porozmawiać...

Między zajęciami, croquembouche, tortem Sachera i klasycznym czarnoleskim, a obiadami, które nieznacznie różnią się wyglądem, za to smakiem zupełnie nie, wychodzę na spacery. Szuram butami w śniegu po kostki, z lubością wdycham świeże, mroźne powietrze. Obserwuję na wpół zamarznięty strumień i psy hasające po polu. Każdego kolejnego dnia zaczynam w miejscu, w którym poprzednio przerwałam. Ciekawe, jak daleko zajdę? I co powstrzyma moją dalszą wędrówkę...?

Dzisiaj mam dla Was przepis bardzo prosty, a jednocześnie niezwykły. Zadziwiające, jak tak banalne składniki, jak masło, jajka i cukier, dzięki odrobinie wyobraźni, mogą zmienić się w coś tak pysznego.
Kruche ciasto na bazie palonego masła jest niesamowite. Lekko orzechowe, niesamowicie chrupiące i po prostu doskonałe. Z tego przepisu skorzystam jeszcze nie raz. 
Nadzienie to zwykły, banalny curd, najczęściej podawany w wersji cytrynowej. Tu kwaśne cytrusy zastąpiły ich krwistoczerwone, słodkie kuzynki. Dzięki temu tarta zyskuje piękny, różowy kolor i wprost uwodzicielski smak. Nie mogłam oprzeć się dokładce...

Ze względu na swoją uroczą barwę, świetnie nada się na zbliżające Walentynki. Ale jeśli macie już plany, nic straconego - mazurek też z niej będzie doskonały.

Przepis z bloga White on rice couple.

Tarta z kremem z czerwonych pomarańczy na spodzie z palonym masłem


Składniki:
(na formę do tary o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 110 g masła
  • 50 g cukru
  • 185 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki soli

curd z czerwonych pomarańczy:
  • 20 g mąki kukurydzianej
  • 150 g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 6 jajek
  • 2 żółtka
  • skórka otarta z 3 czerwonych pomarańczy
  • 300 ml soku z czerwonych pomarańczy
  • 110 g zimnego masła

dodatkowo:
  • cukier puder

Najpierw przygotować spód:
Masło pokroić w kostkę, włożyć do garnka. Rozpuścić, a następnie podgrzewać, aż zrobi się jasno brązowe i zacznie pachnieć orzechowo. Dodać cukier, wymieszać, aż niemal całkowicie się rozpuści. Dodać sól i mąkę, dokładnie połączyć. 
Ciastem wylepić formę, formując brzegi. Schłodzić w lodówce przez 30 minut.

W tym czasie przygotować krem:
Mąkę, cukier, sól, jajka, żółtka, sok i skórkę z pomarańczy umieścić w garnku. Podgrzewać, często mieszając, aż się zagotuje i nabierze konsystencji budyniu. Po kawałeczku dodawać zimne masło, cały czas mieszając.
Przetrzeć przez sitko.

Schłodzone ciasto gęsto nakłuć widelcem. Położyć na cieście papier do pieczenia, wysypać fasolkami. 

Piec w 175 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 15 minut w 175 st. C.

Na gorący spód wyłożyć krem, wyrównać wierzch.

Piec w 175 st. C. przez około 15 minut.
Ostudzić.

Schłodzić tartę w lodówce, najlepiej przez całą noc.
Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

Przede mną ostatnie popołudnie w internacie. Jutro o tej porze myślami już będę w domu...

niedziela, 16 października 2016

Tarta kasztanowa. Ze śliwkami i jesienią w tle

Szaro, buro, nieprzyjemnie... 
Jesień rozgościła się na dobre. Ta wietrzna, która szalonymi podmuchami przedziera się przez najcieplejsze swetry, kurtki i szale. Gwałtownymi porywami targa ostatnie, kolorowe liście, które z cichym szumem opadają na chodniki, tworząc miękkie, szeleszczące dywany. Brodzimy w nich razem z Ptysią, wzbijając butami i łapkami barwne fontanny. 
Słońce kryje się za grubą warstwą wełnistych, sino-szarych chmur. Mam wrażenie, jakby przez cały dzień panował wczesny wieczór. Nic, tylko wtulić się w poduszkę i spać... Ewentualnie poczytać, ale bywa, że jest zbyt melancholijnie, aby skupić się na treści. Wtedy można wpatrywać się w wesoło trzaskający ogień na kominku, który ogrzewa nie tylko pokój, ale też serce. Pomarańczowo-złote iskry wywołują na twarzy rumieniec i uśmiech, od razu robi się przytulniej i przyjemniej. I wtedy ten zaokienny, bury świat już mi tak nie doskwiera...

Najlepszym lekarstwem na taka pogodę jest udanie się do kuchni (chociaż wiem, jak bardzo się nie chce w pierwszej chwili), wyciągnięcie wagi, kilku misek, łyżek i formy, i upieczenie ciasta. Może to być zwykła babka (koniecznie z cynamonem!), bardziej wymyślana tarta albo aromatyczny sernik. Albo w ogóle co tylko się Wam zamarzy! Najważniejsze, żeby piekło się odpowiednio długo, rozsiewając wokół magiczny zapach. To dzięki niemu dom staje się domem...

Pewnej niedzieli, przed wyjazdem do szkoły, upiekłam ciasto. Aromatyczne i pyszne, pełne śliwek i fig. C. popatrzył, powąchał, spróbował. I spytał, czy jest bez glutenu. Spojrzałam na niego lekko spłoszona; nie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Bo on by to ciasto zabrał do pracy jutro, ale jak jest z glutenem, to Jane będzie przykro... Westchnęłam więc ostentacyjnie (nie mógł, no naprawdę nie mógł powiedzieć mi o tym wcześniej...?), i zabrałam się za pieczenie kolejnego ciasta.

Najbezpieczniejszym bezglutenowym wyborem są dla mnie serniki (na żaden nie miałam już czasu) i tarty. Nic nie rośnie, nic nie może opaść, nie ma ryzyka i atmosfery kruchej nerwowości. Przygotowałam więc tartę na spodzie z mąki gryczanej i kasztanowej, które świetnie ze sobą współgrają, dając lekko orzechowe ciasto. Do tego kajmakowa masa serowa, z odrobiną mąki kasztanowej dla konsystencji, ale przede wszystkim smaku. Połączenie kasztanów z kajmakiem już wcześniej wypróbowałam - jest znakomite. Tu te smaki doskonale się przenikają. 
Śliwki akurat miałam pod ręką, ale można je zamienić na przykład na świeże żurawiny (już niedługo!), może maliny albo gruszki, albo zupełnie pominąć. Soczyste owoce dodają ciastu wilgotności i wyrazistości; bez nich tarta będzie idealnie gładka i kremowa. Kuszące, nieprawdaż...?

A Wy...? Na jaką wersję się skusicie...?

Karmelowo-kasztanowa tarta ze śliwkami


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)

spód:
  • 80 g mąki kasztanowej
  • 80 g mąki gryczanej
  • 40 g cukru
  • 80 g zimnego masła
  • 1 jajko

krem:
  • 100 g serka mascarpone
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 g masy kajmakowej
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mąki kasztanowej

dodatkowo:
  • 300 g śliwek

Mąki przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać pokrojone w kostkę masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto. 
Ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy; wyłożyć ciastem formę, formując brzeg. Schłodzić w lodówce przez minimum 1 godzinę.

Ciasto gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać kamyczkami do pieczenia.

Podpiec spód w 180 st. C. przez 12 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec jeszcze 12 minut w 180 st. C.

W tym czasie przygotować nadzienie.
Mascarpone, kremówkę, kajmak, jajko i mąkę zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. 
Wyłożyć nadzienie na przestudzony spód, na wierzchu ułożyć śliwki rozcięciem do góry.

Piec w 160 st. C. przez 40-50 minut, aż wierzch tarty będzie ścięty.
Ostudzić w piekarniku.

Smacznego!

Za dwa tygodnie Halloween. Dzisiaj będziemy wycinać pierwsze dynie, żeby odświeżyć sobie niemal zapomniane przez cały rok umiejętności. 
A Wy - świętujecie Halloween...?

czwartek, 29 września 2016

Tymianek i figi. Tarta

Wszyscy bezustannie pytają mnie o to, jak mi jest w tej szkole. Dobrze - odpowiadam; bo jak ma być? Można wylegiwać się w łóżku do niemal siódmej, co oznacza, że nie muszę się kłaść spać o dwudziestej (najpóźniej!) i mam czas poczytać przed snem. Karmią - nie najlepiej, ale z tym nic się zrobić nie da. Z głodu nie umrę, a może niechcący trochę schudnę...? Nie byłoby źle. Zajęcia są przyjemne; wszystko toczy się w leniwym tempie, jest czas na wszystko i dla wszystkich. Z chlebami uwinęliśmy się w trzy dni; od dzisiaj więc zaczynamy przygodę z rzeźbami z czekolady i karmelu. Szczególnie na myśl o tym drugim niecierpliwie przebieram łapkami; do tej pory bowiem z karmelu robiłam co najwyżej nitki... Oj, będzie się działo!

Jednocześnie (a odkrycie to wprawiło mnie w stan niekłamanego zdumienia) nie mogę się doczekać, żeby wrócić do pracy. Do domu, już na stałe, a nie tylko na weekend, oczywiście też. Przede wszystkim właściwie. Okazuje się jednak, że w środowisku pracowniczym jest mi po prostu lepiej. Z natury jestem nieśmiała; dużo czasu zajmuje mi przyzwyczajenie się do nowych ludzi. W piekarni wiem, na czym stoję, znam wszystkich i wiem, czego się mogę spodziewać. Tutaj nowi koledzy są ciągle wielką niewiadomą; tęsknię za tym, co znam, za utartymi schematami; za codziennością. 

I za C. Niby dorosła ze mnie kobieta, a tu proszę - zachowuję się jak zakochana nastolatka, codziennie rano wysyłam smsa z serduszkiem i wieczorem gadam przez telefon całymi godzinami. No kto by się spodziewał...? Ja na pewno nie. 
Takie spojrzenie z dystansu (dosłownie) sprawia, że człowiek zaczyna inaczej patrzyć na sprawy; zaczyna bardziej doceniać to, co ma. Hmm... Może nie bardziej, ale bardziej świadomie. Tak, to dobre określenie. Zobaczyłam, ile mam, i jak okropnie byłoby to stracić.

Ale nie popadajmy w melancholię. Jesień jesienią, ale trzymać się przecież jakoś trzeba.
Dziś mam dla Was fantastyczne ciasto, które na blogu Cioccolato Gatto urzekło mnie już cztery lata temu. Absolutnie bajeczna tarta wręcz uginająca się pod świeżymi figami - sami powiedzcie, czy można się temu oprzeć...? Ciągle jednak brakowało mi jednego, kluczowego składnika: dżemu figowego. Krem z mascarpone jest obłędnie pyszny i kremowy, ale jednocześnie dość konkretny; ciężki. Z łatwością mógłby przyćmić delikatny smak fig. Żeby temu zapobiec, potrzebny jest najlepszej jakości figowy dżem, który cały wypiek ożywi. Ja zrobiłam własny, z dodatkiem winogron, ale możecie użyć dowolnego rodzaju. Odradzałbym jednak te kupne - brakuje im pazura; tego czegoś, co wyniesie tę tartę na zupełnie nowy poziom.
Całość nie jest trudna w przygotowaniu; subtelna tymiankowa nuta pasuje tutaj zaskakująco dobrze. Jeśli chcecie uzyskać wyraźniejszy kontrast, postawcie na rozmaryn - być może wyjdzie nawet lepiej...? 
Tak czy inaczej - polecam Wam to ciasto ogromnie. Korzystajcie z sezonu na figi - jest taki krótki! Za chwilę znowu będzie trzeba czekać rok...

Tarta z kremem tymiankowym i figami


Składniki:
(na formę do tarty o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 175 g mąki pszennej
  • 50 g cukru pudru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 125 g zimnego masła
  • 1 żółtko
krem tymiankowy:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 6 gałązek tymianku
  • 250 g serka mascarpone
  • 1 łyżka płynnego miodu
dodatkowo:
Mąkę przesiać z cukrem pudrem, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Dodać żółtko, szybko zagnieść gładkie ciasto.

Ciasto rozwałkować na prostokąt nieco większy od formy; wyłożyć ciastem formę, formując brzegi. Schłodzić w zamrażarce 15-20 minut.

Ciasto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać grochem lub kamykami do pieczenia.

Piec w 200 st. C. przez 12 minut.

Zdjąć z ciasta obciążenie i papier.

Piec w 200 st. 6-8 minut, aż ciasto nabierze złotego koloru.
Ostudzić.

Kremówkę przelać do rondelka, dodać tymianek i zagotować. Zdjąć z palnika, przykryć i odstawić na 30-60 minut. Odcedzić, schłodzić w lodówce przez noc.

Kremówkę ubić z mascarpone i miodem na sztywny krem.

Kruchy spód posmarować dżemem, na wierzch wyłożyć krem. Schłodzić w lodówce przez 15 minut.
Na kremie ułożyć pokrojone w ósemki figi, udekorować świeżymi gałązkami tymianku.

Smacznego!

Tymczasem moje autko jest już prawie jak nowe; w dodatku mój budżet nie został nadszarpnięty aż tak dotkliwie, jak się spodziewałam. Kto choć raz próbował naprawiać samochód w Danii ten wie, że w pewnym momencie w głowie pojawia się nieproszona myśl: A może lepiej oddać na złom i kupić nowy...? 
Oczywistą odpowiedzią jest nie, ale czasem zdarza się inaczej.
To już jednak zupełnie inna historia...

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Rabarbar, poziomki i beza. I krótki traktach o letnich sukienkach

Wczoraj zaczęłam pakować ubrania, żeby C. w szale, który dopada go średnio co dwa dni, nie wywiózł mi wszystkich majtek do nowego domu. Niemal dwa tygodnie bez bielizny nie wchodzą w grę - dla mnie to oczywiste, ale dla niego...? Kto wie... Puder wyjechał już w zeszłym tygodniu, więc wszystkiego się można spodziewać.

Opróżniłam jedną szafę, wypełniając ubraniami trzy wielkie worki. Prym wiodły swetry i letnie sukienki. I o ile tę pierwszą preferencję łatwo wytłumaczyć i zrozumieć (Dania to zimny i wilgotny kraj; przez większą część roku z nieba coś kapie - często ciężko to coś zidentyfikować - i bez ciepłych sweterków bardzo ciężko byłoby się obejść takiemu zmarzluchowi jak ja), to druga... No cóż, może wymagać wdania się w szczegóły.
Miałam w życiu okres, że w mojej szafie nie było ani jednej letniej sukienki. Miałam jedną - czarną, prostą i elegancką, którą uwielbiałam określać mianem pogrzebowej, a której nie dało się nosić poza naprawdę ważnymi okazjami. Pewnego upalnego lata zapragnęłam sukienki - koniecznie w kwiaty; zwiewnej, lekkiej; idealnej. Dwa lata zajęło mi jej znalezienie; nie podobało mi się prawie nic, a to, co na pierwszy rzut oka przyciągało moją uwagę, okazywało się leżeć na wieszaku znacznie lepiej niż na mnie. Zadowoliłam się więc białą spódnicą, a marzenia o sukience odłożyłam na koleje lata.

W końcu się udało; biała w błękitne prawie-chabry, wiązana na szyi chabrową tasiemką. Cudna! Nosiłam ją z uporem maniaka dzień w dzień, kiedy tylko pogoda na to pozwała. Ciągle ją zresztą mam, i nadal mi się podoba (taka jestem niemodna). 
Kiedy po jakimś czasie znalazłam inną sukienkę, która spełniała wszystkie moje wygania - kupiłam. W końcu ile można chodzić w jednej i tej samej!
Potem jeszcze jedną, kolejną... Ciągle w strachu, że później już mogę nic nie znaleźć. 

I tak zawartość mojej szafy pęczniała; sukienki ledwo się mieszczą na swojej półce. Nadal kupuję je zapamiętale; mam kilka ulubionych, kilka na wyjątkowe okazje; kilka, które się nie sprawdziły i tylko łypię na nie spod oka, zdejmując z wieszaka jednak coś innego. Na ostatnich zakupach hurtem kupiłam trzy sztuki; jedną, prostą i lekką, noszę ostatnio ciągle. Wiosna bowiem postanowiła pokazać, co potrafi, i jeden upalny dzień goni kolejny. 
Bosko!
Poważnie rozważamy możliwość wybrania się na plażę. A uwierzcie - obcokrajowcom w Danii ta decyzja nie przychodzi łatwo...

Ostatnio na spacerze z Ptysią zobaczyłam na krzaczkach zielone poziomki. Dedukuję więc, że w Polsce już albo za momencik, będzie je można dostać. Dlatego już dziś, póki rabarbar nie został jeszcze całkowicie zdominowany przez truskawki, proponuję Wam bajeczne połączenie tych dwojga.

Zainspirowałam się przepisem z  gazety Moje gotowanie, wydanie specjalne, 5/2014. Jest to jednak raczej dość luźna inspiracja; w oryginale nie było ani poziomek, ani bezy. Na początku tylko te maleńkie truskaweczki miały być niecodziennym dodatkiem, ale gdy wyjęłam tartę z piekarnika, zdecydowanie czegoś jej brakowało. Myślałam, myślałam; aż wymyśliłam.

Wyobraźcie to sobie: chrupiący, kruchy spód, kwaśny rabarbar i smakujące lasem poziomki, a to wszystko pod imponującą czapą bezy włoskiej. Delikatnie opaliłam ją palnikiem do creme brulee - moim zdaniem wygląda wręcz zjawiskowo.
Tarta smakuje wyśmienicie, ale jest też naprawdę sycąca. To taka familijna porcja; idealna na deser po rodzinnym, czerwcowym grillowaniu.

Tarta z rabarbarem, poziomkami i bezą włoską


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 31 cm)

ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 125 g zimnego masła
  • 1 jajko

nadzienie:
  • 500 g rabarbaru
  • 350 g poziomek
  • 50 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 35 g mąki ziemniaczanej

beza włoska:
  • 3 białka
  • 330 g cukru
  • 120 ml wody

odrobina czerwonego barwnika spożywczego w paście
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem i solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Uformować z ciasta kulę, owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Po tym czasie ciasto rozwałkować na okrąg o średnicy nieco większej niż średnica formy; wyłożyć ciastem formę, formując brzeg.
Przykryć ciasto papierem do pieczenia, wysypać kulki do pieczenia.

Piec w 200 st. C. przez 12 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 10 minut w 200 st. C.
Lekko przestudzić.

W tym czasie rabarbar pokroić na kawałki o długości 2 cm, wymieszać z poziomkami, mąką, cukrem i ekstraktem. Wyłożyć owoce na podpieczony spód.

Piec w 180 st. C. przez 25-30 minut.
Ostudzić.

Cukier z wodą zagotować. W tym czasie zacząć ubijać białka. Gdy syrop osiągnie temperaturę 115 st. C., powoli wlewać do białek, cały czas miksując. Następnie ubijać jeszcze przez 5-10 minut, aż beza całkowicie wystygnie, pod koniec dodając barwnik.

Gotową bezę wyłożyć na ostudzoną tartę, formując lekką kopułę. Wierzch przypalić palnikiem do creme brulee.

Smacznego!


Oczywiście, zamiast poziomek można użyć truskawek. Albo malin. Albo może jeszcze czegoś innego...
Dajcie się ponieść fantazji!

piątek, 22 kwietnia 2016

Słynne ciasto z budyniową pianką

Pogoda gra ze mną w jakąś dziwną grę. Dlaczego dziwną? Bo przegrywam. 
Ale ona oszukuje.

Patrzę uważnie przez okno; słońce świeci, i to tak z rozmachem. Owszem, widać, że gałązki drzewa w ogrodzie się kołyszą, ale nie słychać natarczywego szelestu. Co robić...? Wybieram lżejszy płaszcz i chustkę zamiast szalika; czapki nie biorę (bo trochę mi już głupio). 
Efekt? Jeden - zero dla pogody. Zimny, przeszywający do szpiku kości wiatr sprawia, że cała tężeję. Już po kilku sekundach czuję niechybnie nadciągający ból głowy. Promienie słonecznie niewiele dają ciepła; a te drobinki, ochłapy bym rzekła, skutecznie niweluje wiatr-hulaka. 
Znów przegrałam ten dziwny zakład...

Wiem, że to jeszcze nie sezon na maliny, ale nie mogłam się powstrzymać. Jestem spragniona owoców jak kaktus wody; po długiej, ciemnej zimie chce mi się kolorów i świeżości na talerzu. Przepis Doroty oczarował mnie już dawno, w końcu więc zdecydowałam się go wypróbować.

W zasadzie chyba nawet nie muszę pisać nic więcej. Wszyscy bowiem znają to ciasto; nie tylko blogerzy. Jeszcze w starej pracy jedna z koleżanek z zachwytem opowiadała mi o słynnej, budyniowej piance. 
Zgadzam się ze wszystkimi peanami pochwalnymi na cześć tego ciacha. Kruche, lekkie i delikatne; słodkie, a jednocześnie lekko kwaśne od malin. Pianka jest obłędnie pyszna, i po prostu nie da się poprzestać na jednym kawałku. Jeśli jeszcze nie próbowaliście (w co ciężko byłoby mi uwierzyć, szczerze mówiąc), najwyższy czas na nadrobienie braków. 

A może z jakimiś innymi owocami...? Ja do tego przepisu wrócę jeszcze nie raz.

Kruche ciasto z budyniową pianką i malinami


Składniki:
(na formę 20x20 cm)

kruche ciasto:
  • 255 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 25 g cukru pudru
  • 150 g zimnego masła
  • 3 żółtka

budyniowa pianka:
  • 3 białka
  • 130 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 50 g budyniu waniliowego (proszek)
  • 75 ml oleju

dodatkowo:
  • 300 g malin

Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem i cukrem pudrem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić żółtka, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Ciasto podzielić na dwie części - 60% i 40%. Z każdej uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i zamrozić na minimum 1 godzinę.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia. 
Wyjąć z zamrażarki większą część ciasta (60%) i zetrzeć do formy. Rozłożyć równomiernie, lekko uklepać.

Piec w 190 st. C. przez 20 minut.
Ostudzić.

Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier z cukrem waniliowym. Powoli wsypywać budyniowy proszek, cały czas miksując. Na końcu wąskim strumieniem wlać olej, nie przerywając miksowania.
Na podpieczony spód wyłożyć piankę. Na piance ułożyć maliny, otworami do góry. Na wierzch zetrzeć pozostałe ciasto.

Piec w 190 st. C. przez 30-40 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

Przede mną znów pracowity weekend. W Danii święto, więc ruch w piekarni niesamowity. 
A za dwa tygodnie duński Dzień Matki. I znów mój pracujący weekend. Wyczuwam jakiś podstęp...