Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 marca 2018

Mała rzecz, a cieszy, czyli nie tylko o granoli słów kilka

Nie jestem szalenie uważną obserwatorką otaczającej mnie rzeczywistości; pewnie dlatego, że zdecydowanie bardziej interesują mnie nowości cukiernicze niż ludzkie zachowania. Niemniej, od czasu do czasu zdarza mi się zaobserwować sytuacje, które na długo zapadają mi w pamięć.

Gdy byłam w szkole poprzednim razem, odbywały się egzaminy końcowe. Jest to wielkie wydarzenie, kończące się przemowami i kolacją, w której uczestniczą bliscy i znajomi egzaminowanych, specjalnie z tej okazji zaproszeni. 
Jeszcze przed oficjalnym końcem egzaminu, wszyscy goście czekają w holu, z napięciem i zainteresowaniem obserwując ostatnie chwile, rozmawiając i wypełniając gwarem zazwyczaj ciche już o tej porze korytarze. Też poszłam sprawdzić, jak poszło mojej współlokatorce, i gdy tylko weszłam między ludzi, nad tłumem rozległo się głośne: Hej, śliczna! Jak na komendę wszystkie damskie głowy obróciły się w stronę wołającego, zdecydowanie męskiego głosu. Aż przystanęłam z wrażenia, z zaciekawieniem obserwując tę falę odwracających się kobiet. Mężczyźni tymczasem pozostali zupełnie niewzruszeni (tutaj mała dygresja: w języku duńskim śliczna/śliczny to smukke, niezależnie od płci, okrzyk więc był pod tym względem zupełnie neutralny). Podejrzewam jednak, że gdyby wołała kobieta, sprawy przybrałyby zupełnie inny obrót...

Ile to mówi o nas, kobietach? Znajdujemy się w zupełnie obcym miejscu, gdzie nie znamy nikogo poza najbliżej stojącymi osobami, ale jeśli jakiś mężczyzna wyrazi uznanie, od razu mamy nadzieję, że było skierowane w naszą stronę. Próżność...? A może tak po prostu jest, i nie należy się w tym dopatrywać niczego nadzwyczajnego? W końcu każda z nas chce być uważana za śliczną...

Na marginesie dodam (nie, żeby się chwalić czy coś), że wołanie było skierowane do mnie; a śliczną jeden z kucharzy nazywa mnie tylko dlatego, że nie może zapamiętać mojego imienia. Nie obrastam więc w piórka; ale i tak mi przyjemniej, niż jakby wołał: Ej, ty!

Tymczasem mam dla Was przepis na wyjątkowo smakowitą granolę.
Z przerażeniem uświadomiłam sobie, że już dawno żadnej nie pokazywałam; wspięłam się więc na wyżyny twórcze, i skomponowałam mieszankę z płatków owsianych, czekolady i fistaszków.

Wyszło bosko! Jest chrupiąca, trochę słodka, z lekko słonawą nutą (zamiast dodatku soli, można użyć orzeszków solonych, ale wtedy trudniej kontrolować proporcje słodkiego do słonego). Mi bardzo przypadła do gustu, a i C. zajadał się nią z wielkim zapałem.
Mała rzecz, a cieszy.

Granola z masłem orzechowym, fistaszkami i czekoladą


Składniki:
(na 2 l słój)
  • 350 g płatków owsianych
  • 80 g orzeszków ziemnych niesolonych
  • 2 łyżki złotego siemienia lnianego
  • 2 łyżki nasion chia
  • 100 g miodu
  • 85 g masła orzechowego
  • 50 ml oleju
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 100 g ciemniej czekolady (70%)

Płatki owsiane, orzeszki, siemię lniane i chia wymieszać w dużej misce.
Miód, masło orzechowe i sól podgrzać, aż wszystko się ładnie połączy. Zdjąć z palnika, dodać olej, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, dokładni wymieszać. Wysypać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 165 st. C. przez 25-30 minut, 2 razy w tym czasie mieszając.

Wyjąć blachę z piekarnika, lekko przestudzić. Do jeszcze ciepłej granoli dodać posiekaną czekoladę, wymieszać.
Ostudzić, przełożyć do szczelnego pojemnika.

Smacznego!

Tymczasem pierwszy tydzień szkoły już niemal za mną.
Ależ ten czas leci!

piątek, 19 stycznia 2018

Pogodowe zamieszanie i wiosenno-zimowy pudding chia

Że w macu jest jak w garncu, przekonałam się już dawno. Ale żeby już w styczniu pogoda serwowała nam danie wprost z kociołka, i to nie tylko na obiad, ale też na śniadanie, kolację i deser...? Muszę przyznać, że taki stan rzeczy nieco mnie rozstraja.
Gdy wstaję rano, chwilę przed ósmą, ciągle jest szaro, ponuro i nieprzyjemnie. Na śniadanie więc podgrzewam pasztet i smażę na chrupko kilka plastrów boczku - nic innego nie wchodzi w grę. No, może jeszcze jajka na miękko... Ale to byłaby rozpusta, na którą nie mamy czasu.
Po kilku godzinach świat się rozjaśnia; słońce ukazuje swe promienne oblicze, a ja, radosna niczym skowronek w pierwszy dzień wiosny, zapinam psy i zabieram je na dłuższy spacer. Co - rzecz jasna - okazuje się nie najlepszym z moich pomysłów; do domu wracamy bowiem w śnieżycy z prawdziwego zdarzenia. Wielkie, białe płatki sprawiły, że świat otuliła nienaturalna wręcz cisza; wszystko powoli spowija biały puch sprawiając, że świat wydaje się na wpół martwy, a jednocześnie ani trochę na wpół żywy. Gdy już zza szyby obserwuję ten dziwny, niemalże zimowy świat, dociera do mnie, że to przecież styczeń, i śnieg zupełnie nie powinien mnie dziwić.
A jednak dziwi...

Po powrocie do pracy i codziennej rutyny, wróciłam też do dobrego zwyczaju przygotowywania sobie na śniadanie puddingów chia. Są szybkie, łatwe, a kombinacje smakowe - nieskończone. Tym razem sięgnęłam po orzeźwiającą miętę i kojącą czekoladę - idealne połączenie na poranek, który nastąpi dopiero kilka godzin po przebudzeniu.
Jeśli lubicie after eight, te słynne czekoladki, to coś zdecydowanie dla Was. Ja za nimi średnio przepadam, a i tak ta wersja puddingu mnie urzekła. Jednocześnie pobudza do życia i sprawia, że świat wydaje się piękniejszy. Połączenie mięty i czekolady w idealnych proporcjach.
Przede mną pracujący weekend, więc taka porcja energii z rana przyda mi się z pewnością.

Czekoladowo-miętowy pudding chia


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 400 ml mleczka kokosowego
  • 400 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 2 łyżki kakao
  • 1 łyżeczka herbaty matcha
  • 1/2 łyżeczka chlorelli
  • 1 łyżeczka ekstraktu z mięty

dodatkowo:
  • listki mięty

Mleko wymieszać z mleczkiem kokosowym, rozdzielić na pół. Do jednej części dodać 1,5 łyżki nasion chia i kakao, dobrze wymieszać, najlepiej za pomocą trzepaczki. Do drugiej części dodać matchę, chlorellę i ekstrakt, również wymieszać.
Schłodzić przez noc w lodówce.

Obie masy wlewać równocześnie do miseczki, udekorować listkiem mięty.

Smacznego!

Ciekawa jestem, kto pomyśli o odśnieżeniu dróg o wpół do drugiej nad ranem...

niedziela, 29 października 2017

Zmiana czasu i pyszne śniadanie, żeby łatwiej ją znieść

Pamiętaliście o zmianie czasu...?

Mądrze zostało wymyślone, że następuje ona w weekend; większość osób ma wtedy wolne, i nawet jeśli ktoś żyje w mydlanej bańce, do której nie dochodzą fale radiowe, i się zapomni, to co najwyżej postuka w zamknięte jeszcze drzwi piekarni (choć przewidujący właściciele tego typu przybytków zapobiegawczo tego dnia otwierają godzinę wcześniej). 
Ja w weekend pracowałam, więc już tydzień wcześniej się stresowałam, czy aby się tego dnia nie spóźnię. Po rozwlekle dokładnej rozmowie z szefem zostało ustalone, że przychodzimy do pracy wedle czasu letniego. A że czas w magiczny sposób przeskakuje z godziny trzeciej na drugą, wydłużając dobę o całe sześćdziesiąt minut, nie miałam problemu, tylko wstałam, jak zwykle: o wpół do pierwszej. Okazało się jednak, że ci, którzy mieli stawić się w pracy po godzinie czwartej, mieli cięższy orzech do zgryzienia... Jednak Henrik, nauczony wieloletnim doświadczeniem, nie gniewał się o spóźnienia; doskonale rozumie, że ten krytyczny moment dla wielu jest po prostu nie do obejścia.
Kolejna zmiana czasu, gdzie tym razem brutalnie odbiera się darowaną pół roku wcześniej godzinę, przejdzie bezboleśnie; to mój wolny weekend, więc po prostu prześpię tę niesprawiedliwość...

Niedziela w pełni, w dodatku cudownie słonecznej (choć również wietrznej; ale tego przez okna nie czuć), a ja już myślę o poniedziałku... Wszystko dlatego, że poniedziałkowe śniadania są bardzo ważne; muszą przecież wprowadzić w odpowiedni nastrój na cały tydzień!
Dziś mam dla Was propozycję na pyszny, jesienny pudding chia. Przygotowany na jogurcie jest przyjemnie gęsty, bez dodatkowych słodzideł - wystarczą porządnie dojrzałe banany, smakuje świetnie z dodatkiem kakao i cynamonu. Ja przygotowałam dwie warstwy, ale możecie doprawić całość oboma składnikami; jak mawia Tato: w żołądku i tak się wymiesza...
Ja robiłam go już dwa razy z rzędu; jest po prostu genialny w swej prostocie! Polecam Wam bardzo.

Bananowo-jogurtowy pudding chia z kakao i cynamonem


Składniki:
(na 3 porcje)
  • 3 banany
  • 400 g jogurtu naturalnego
  • 200 ml mleka
  • 5 łyżek nasion chia
  • 2 łyżki kakao
  • 1/2 łyżeczki cynamonu

dodatkowo:
  • 1 banan
  • 2-3 łyżeczki kiełkującej gryki

Banany rozgnieść widelcem na papkę. Dodać jogurt, mleko i chia, wymieszać (najlepiej trzepaczką). Gdy masa wyraźnie zgęstnieje, podzielić ją na pół. Do jednej części dodać kakao, do drugiej cynamon, wymieszać.
Odsatwić na noc do lodówki.

Do szklanek lub miseczek rozlać pudding z kakao, następnie ten z cynamonem.
Podawać z plastrami banana i gryką.

Smacznego!

Nie jestem pewna, czy kiełkująca gryka (forspirede boghvede) tak właśnie nazywa się po polsku. Nigdy czegoś takiego w Polsce nie jadłam; kupiłam tutaj, ot tak, żeby spróbować - i przepadłam. Jest super chrupiąca, ma lekko orzechowy posmak i genialnie pasuje do wszelkich puddingów i kremowych śniadań, nadając im ciekawej struktury. 

środa, 4 października 2017

Pudding chia z czarnym bzem i figami

Kiedy już wygodnie usadowiliśmy się w karecie i cali w uśmiechach przejechaliśmy przez kościelną bramę, upiłam łyk szampana i odetchnęłam z ulgą. Udało się! Nie potknęłam się w drodze do ołtarza, a C. stał przed nim niemal na baczność i powiedział tak (dwa razy!) bez dodatkowych perswazji. 
Kareta powoli jechała, stukot podków rozlegał się echem niemal po całym miasteczku, dzieci do nas machały, a kierowcy trąbili. Zaskakująco piękna pogoda w połączeniu z niejaką ulgą i szampanem wprawiły mnie w błogostan.
Zajęci żywiołowym omawianiem uroczystości, niemal nie zauważyliśmy, jak znaleźliśmy się tuż obok naszego domu. C. nie omieszkał poinformować o tym stangreta, który z tajemniczym uśmiechem stwierdził, że wie. A skąd...? Szybko rozwikłaliśmy zagadkę; jeden z sąsiadów, mający znajomości tu i ówdzie szepnął słówko, gdzie trzeba. W tym momencie uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, choć myślałam, że to już niemożliwe...

Tymczasem, wracając do rzeczywistości (bo jak tylko zaczynam myśleć o tym cudownym dniu, rozanielam się i tracę z nią kontakt), mam dzisiaj dla Was pomysł na proste i wyjątkowo pyszne śniadanie.
Jeśli macie już syrop z czarnego bzu, grzechem byłoby go nie wykorzystać. Szczególnie teraz, w sezonie figowym; te dwa składniki komponują się bowiem ze sobą idealnie.

Pudding chia na mleczku kokosowym, z dodatkiem syropu z owoców czarnego bzu. Na wierzch pokrojona w plasterki figa, i pełnia szczęścia z samego rana gwarantowana. Nawet o wpół do czwartej nad ranem!

Pudding chia z czarnym bzem i figami


Składniki:
(na 3-4 porcje)

dodatkowo:
  • 3-4 figi

Mleko, mleczko kokosowe, syrop i nasionka umieścić w misce. Dobrze połączyć, najlepiej trzepaczką. Gdy płyn zacznie gęstnieć, wstawić miskę do lodówki na całą noc.
Schłodzony pudding przelać do miseczek. Podawać ze świeżymi figami.

Smacznego!

Jakiś czas temu, w promocji, kupiłam ekologiczne mleczko kokosowe. I wiecie co...? To najlepsze, najbardziej kremowe mleczko, jakie zdarzyło mi się jeść! Jest tak cudownie delikatne i pyszne, a puddingi chia wychodzą na nim idealnie kremowe. Spróbujcie i koniecznie powiedzcie, czy też widzicie różnicę!

czwartek, 21 września 2017

Psie historie. I zdrowe śniadanie figowo-orzechowe

Psa pierwsza ma bzika na punkcie swoich łapek. Nikt nie może ich dotykać, nawet C. A musicie wiedzieć, że C. to dla niej bóstwo nad bóstwami, najlepszy, najcudowniejszy i jedyny pan. I choć jest moja, i moja była, zanim w ogóle go jeszcze poznałam, zdradziła mnie bez mrugnięcia okiem, wesoło merdając ogonkiem. Wzięła mnie z zaskoczenia; normalnie bowiem dłuższą chwilę zajmuje jej zaznajomienie się z nowymi ludźmi. Nie ma tak, że od razu buźki i daj łapkę, nie nie... Najpierw powarkiwanie, później obszczekiwanie, następnie niepewne obchodzenie wielkim łukiem, a na końcu ewentualnie zgoda na miźnięcie. Jedno. Może dwa, jeśli osobnik wyjątkowo przypadnie jej do gustu.
C. tylko zobaczyła, obwąchała, po czym bez jakiegokolwiek przymusu wskoczyła mu na kolana. Jest w niego wpatrzona jak w obrazek, a mnie niechybnie za pięć groszy by sprzedała.

Ale łapek nawet jemu nie pozwala dotykać.
Kiedy więc znów podjęliśmy się karkołomnego wyzwania, jakim jest strzyżenie Ptysi, zaczęliśmy od grzbietu. Poszło zadziwiająco łatwo. Później główka i pyszczek - kilka podejść, ale obeszło się bez dantejskich scen. Przycięcia ogona nawet nie zauważyła, zostały już tylko łapki... I tak, tu własnie zaczęły się schody. Do tylnych kilka podejść, na raty, myląc tropy - ale w końcu się udało. Przednie - jak puchate były, tak puchate są.
Wyobraźcie więc sobie Ptysię w aktualnym stanie: przycięta trochę krzywo, ale z gracją, króciutko, żeby nie trzeba było za chwilę całej procedury powtarzać, mała główka, małe ciałko, i dwie wielkie, włochate łapki...
Myślę, że żaden pudel by się nie powstydził.

Tematem kolejnego wspólnego gotowania było śniadanie z dodatkiem fig. Tym razem troszkę się spóźniłam ze względu na wakacje, ale odmówić sobie przecież nie mogłam. Figi, moje ukochane... To je pierwsze włożyłam do koszyka przy okazji pierwszej wizyty po powrocie. nie umiem oprzeć się ich kuszącej, fioletowej barwie... Działają na mnie jak narkotyk; po prostu muszę je mieć!
Zaczęłam od skarmelizowania ich w miodzie i podania z domowymi lodami; ale o tym innym razem. Gdy za oknem cztery stopnie, takie śniadania w grę nie wchodzą.

U Pomidorowej Ani znalazłam jednak przepis na pudding chia. Z dodatkiem kakao. I fig. Czy można się oprzeć takiemu połączeniu...? Szczególnie zaintrygował mnie syrop daktylowo-orzechowy; nie jestem wielką fanką klasycznego masła orzechowego z fistaszków, ale od czasu do czasu miewam na nie chrapkę. Tak ja teraz.
Okazuje się, że rzeczony syrop bardziej przypomina dość gęsty krem. Smakuje... No cóż, daktylami i masłem orzechowym (w końcu tak naprawdę to tylko te dwa składniki). Najpierw zdecydowanie czuć smak orzeszków, później dochodzi słodycz daktyli. Po pierwszej łyżeczce stwierdziłam, że to chyba jednak nie mój smak. Po drugiej, że chyba jednak coś w nim jest. Po trzeciej, że właściwie to nawet mi smakuje. Po czwartej, że połączenie daktyli i masła orzechowego to naprawdę dobry pomysł. Po piątej... Że muszę przestać jeść, bo do puddingu nie starczy!
Myślę, że fani masła orzechowego będą zachwyceni. Ja myślę tymczasem o nieco delikatniejszym połączeniu daktyli z masłem migdałowym... Ale póki co - tylko myślę.
Pudding zrobiłam po swojemu, na maślance, przez co nie jest specjalnie słodki. Ale nie martwcie się - syrop nadrabia. Całość smakuje wyśmienicie ze świeżymi figami, ale inne sezonowe owoce też się sprawdzą (gruszki, mmm...).

Jeśli jednak macie apetyt na figi właśnie, koniecznie sprawdźcie śniadaniowe propozycje Mirabelki i Ani.

Kakaowo-maślankowy pudding chia z syropem daktylowo-orzechowym i figami


Składniki:
(na 2 porcje)
  • 300 ml maślanki
  • 100 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 3 łyżki kakao
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 2-3 łyżki syropu z agawy
dodatkowo:
  • 2 figi
syrop:
(na ok 500 g)
  • 200 g suszonych daktyli (bez pestek)
  • 200 ml wrzątku
  • 75 g masła orzechowego
Przygotować syrop:
Daktyle zalać wrzątkiem, przykryć, odstawić na 30 minut. Po tym czasie dodać masło orzechowe, zmiksować blenderem na gładki krem. W razie potrzeby dolać nieco wody.
Schłodzić.

Maślankę, mleko i chia dobrze wymieszać (najlepiej trzepaczką), odstawić na 15 minut. Po tym czasie dodać kakao, sól i syrop, dobrze połączyć. Odstawić na noc do lodówki.

Rano pudding przełożyć do szklanek, polać syropem. Podawać z ćwiartakami fig.

Smacznego!


Syropu wychodzi więcej, niż potrzeba. Ale nie martwcie się; następnym razem powiem Wam, co zrobić z resztą (o ile po prostu nie wyjecie jej łyżeczką...).

piątek, 18 sierpnia 2017

Kokos - truskawki - róża. I o tym, jak rozmawiać z szefem

We wtorek miałam wolne, choć tym razem - niestety - tylko teoretycznie. Na jedenastą bowiem musiałam zjawić się w piekarni na spotkaniu. No dobra, niech już będzie. Skoro - podobno - to ważne...
Później miałam jeszcze spotkania w banku i kwiaciarni, a w międzyczasie umówiłam się z C. na kawę. Rzadko ostatnio mamy czas na takie drobne przyjemności jak wizyta w kawiarni i chwila na kontemplację otaczającej nas rzeczywistości. Zabiegani, zestresowani, oboje nie możemy się już doczekać urlopu.
Wracając jednak do sedna; z tej jakże podniosłej okazji (możliwość spotkania z innymi ludźmi bez perspektywy uwalania się mąką i czekoladą), postanowiłam włożyć sukienkę. Lato w tym roku kiepskie, a tu nagle wyszło słonko, a termometr pokazywał całe dwadzieścia dwa stopnie. Otworzyłam więc szafę, przejrzałam jej zawartość i ściągnęłam z wieszaka jedną z czarnych sukienek na każdą okazję - do balerin będzie się nadawała na niezobowiązujące spotkanie, do wysokich obcasów na elegancką kolację. Zadowolona z siebie, wkroczyłam do piekarni cała w uśmiechach, wywołując spore zamieszanie (chyba po raz pierwszy pojawiłam się w czym innym niż znoszona koszulka i pierwsze lepsze spodnie. O trzeciej rano nie bardzo mnie bowiem interesuje, co na siebie wkładam; ważne, żeby było mi ciepło). 
Dzień minął szybko i sympatycznie, i nawet burza, która mnie na sam koniec złapała, nie zepsuła mi humoru.

Następnego dnia zaś mój szef zadał mi pytanie, jakie tylko on jest w stanie zadać: A co zrobisz, jak C. powie w kościele nie...?
Hmm... Jestem pewna, że powie tak. W końcu to on mnie poprosił i cieszy się na to wszystko bardziej niż ja (z natury nieśmiała, nie lubię zbyt dużego zamieszania wokół siebie). Ale nauczona doświadczeniem, z szerokim uśmiechem odpowiedziałam: Założę tę czarną sukienkę, i znajdę kogoś, kto powie tak. 

Dzisiaj mam dla Was nieco spóźniony, ale tak smakowity przepis, że nie mogłam się oprzeć, żeby Wam go nie pokazać.
Zrobiłam go w sezonie truskawkowym; w tym roku jednak truskawki nie był specjalnie słodkie ani pachnące, więc myślę, że z mrożonymi będzie smakował równie dobrze. Delikatna różana nuta nadaje puddingowi wyjątkowego charakteru; muszę też przyznać, że połączenie truskawki, róży i kokosa jest strzałem w dziesiątkę. Sama byłam zaskoczona, jak dobrze się to wszystko skomponowało.
Najlepsze śniadanie, jakie w te wakacje sobie przygotowałam.
Skusicie się...?

Kokosowy pudding chia z musem truskawkowo-różanym


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 400 ml mleczka kokosowego
  • 400 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 2 łyżki miodu
mus:
dodatkowo:
  • kilka truskawek
Mleko kokosowe i krowie wymieszać z miodem i chia, najlepiej trzepaczką, aż zacznie gęstnieć. Schłodzić przez noc w lodówce.
Truskawki umyć, osuszyć, usunąć szypułki. Zmiksować blenderem na gładki mus razem z przecierem różanym.

Pudding przełożyć do szklanek, wierzch polać musem. Udekorować świeżymi truskawkami.

Smacznego!

Tymczasem niecierpliwie odliczam dni do wakacji: trzy...

środa, 2 sierpnia 2017

Nocna owsianka. Bardzo owocowa

Jak ten czas pędzi! Wiecie, że do mojego Wielkiego Dnia (tak, tak, z wielkich liter; bo to naprawdę Wielki Dzień), zostały raptem dwadzieścia cztery dni...? Niby dużo, a tak naprawdę bardzo niewiele. Tyle jeszcze jest do zrobienia... Powoli zaczynam czuć jakiś dziwny ucisk w żołądku. Nie to, żeby nagle naszły mnie wątpliwości... Mam zdecydowanie za krótkie nogi i planuję zbyt wysokie obcasy, żeby bawić się w uciekającą pannę młodą. Ale to duże przedsięwzięcie, i boję się, że coś pójdzie nie tak. Że zapomnimy o czymś ważnym (o obrączkach na przykład. Albo cała znajomość duńskiego wywietrzeje mi z głowy, i nie będę potrafiła odpowiedzieć na jedno z najważniejszych pytań w moim życiu), że fryzura rozpadnie mi się w najważniejszym momencie albo potknę się o tren mojej wspaniałej sukni. Albo, co gorsza, potknie się kto inny. No wiecie, taki ze mnie Kubuś fatalista...

Czas pędzi nieubłaganie, ale życie obok mnie toczy się swoim normalnym rytmem. Co oznacza pobudki o wpół do czwartej nad ranem i piętnaście minut na zjedzenie śniadania. Przygotowuję więc puddingi chia i nocne owsianki, które dodają mi energii na kilka pierwszych godzin i pozwalają jakoś przetrwać półtorej godziny w samochodzie bez narażania na szwank siebie i innych.

Tym razem zmiksowałam to, co akurat ostało się w lodówce i na kuchennym blacie: ostatni, lekko już sczerniały banan, dwie nektarynki, o których wszyscy zapomnieli, trochę jogurtu, nieco mleka i oczywiście zagęszczacze w postaci nasionek chia i płatków owsianych. 
Wyszło pysznie! Niezbyt słodko, ale całość zawsze można polać sobie miodem. Mocno owocowe, sycące śniadanko. W sam raz na rozpoczęcie kolejnego aktywnego dnia.

Bananowo-nektarynkowa nocna owsianka z chia


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 1 banan
  • 2 nektarynki
  • 400 g jogurtu greckiego
  • 300 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 3 łyżki drobnych płatków owsianych

dodatkowo:
  • jeżyny
  • czerwone porzeczki

Banana obrać, z nektarynek usunąć pestki. Zmiksować owoce blenderem na gładki mus. Dodać jogurt, mleko, chia i płatki owsiane, dokładnie wymieszać, najlepiej trzepaczką, aż masa zacznie gęstnieć.
Odstawić na noc do lodówki.

Schłodzony pudding przełożyć do szklanek, podawać z jeżynami i porzeczkami.

Smacznego!

A na weekendowe śniadanie planuję coś ekstra. W końcu bowiem będziemy mieli trochę czasu na celebrowanie wspólnego posiłku; a musicie wiedzieć, że takie luksusy nie zdarzają się co dzień...

poniedziałek, 22 maja 2017

Majowe wakacje, rewelacje i kakaowy pudding chia. Z malinami

Calusieńką sobotę spędziłam na sprzątaniu. W tak zwanym międzyczasie zaobserwowałam jeden krwawiący palec (przyczyna rzeczonego krwawienia nadal pozostaje dla mnie zagadką), pod drugi zaś wbiłam sobie drzazgę (chyba. Nie widziałam nic, ale bolało tak, jakby coś siedziało tuż pod paznokciem). Muszę nadmienić, że było to sprzątanie powyżej codziennych standardów, obejmowało bowiem umycie obu lodówek, zmianę pościeli i dokładne wyszorowanie odpływów (tu akurat miał się okazję wykazać C.).
Kiedy w końcu skończyłam i usiadłam na sofie wyraźnie z siebie zadowolona, stwierdziłam, że przede mną pakowanie. Uff... Na szczęście mam listę; bez listy zawsze czegoś ważnego zapomnę. Bo nie wiem, czy wiecie, ale jadę na wakacje. Przez półtora roku nie miałam tyle wolnego, a teraz proszę - całe dwa tygodnie! Jedziemy więc do Polski odwiedzić Rodziców i zrobić bardzo poważne zakupy obejmujące białą sukienkę, garnitur i obrączki. Ach, no tak; o tym być może również zapomniałam napisać - wychodzę za mąż

Po takich rewelacjach mam dla Was propozycję bardzo prostego i szybkiego w przygotowaniu deseru lub śniadania. Puddingi chia goszczą u mnie bardzo często; są idealne na zabiegane poranki, gdy nie mam czasu na przygotowywanie skomplikowanych śniadań, a zjadłabym coś innego niż płatki na mleku czy granolę. Mieszam więc pod wieczór chia z mlekiem, jogurtem i paroma dodatkami, żeby rano móc rozkoszować się wyjątkowo pysznym smakiem.

Tym razem kakao, odrobina miodu i świeżutkie, aromatyczne maliny. Więcej do szczęścia nie trzeba.

Pudding jogurtowo-kakaowy z chia i malinami


Składniki:
(na 2-3 porcje)
  • 300 g jogurtu naturalnego
  • 200 mleka
  • 3 łyżki kakao
  • 3 łyżki nasion chia
  • 3 łyżki miodu

dodatkowo:
  • 200 g malin

Jogurt, mleko, kakao, chia i miód dokładnie wymieszać, najlepiej za pomocą trzepaczki. Mieszać tak długo, aż masa wyraźnie zgęstnieje. Schłodzić w lodówce przez noc.

Przełożyć pudding do miseczek lub szklanek. Kilka malin odłożyć, resztę zmiksować blenderem na gładką masę. Mus malinowy wyłożyć na pudding, udekorować pozostałymi owocami.

Smacznego!


Z racji wakacji na blogu zapanuje cisza przez najbliższe dwa tygodnie. Być może uda mi się coś w międzyczasie wrzucić, ale nic nie obiecuję.
Mam nadzieję, że na mnie cierpliwie poczekacie.

środa, 17 maja 2017

Jeżynowo-jogurtowy pudding chia. I o tym, że pszczoły bywają niebezpieczne

Już na wstępie chciałabym Was lojalnie uprzedzić: to jest wpis tylko dla Czytelników o mocnych nerwach.
Żeby później nie było, że nie ostrzegałam...

W poniedziałek, mając lat trzydzieści, miesięcy osiem i dni siedem, zostałam po raz pierwszy w życiu użądlona przez pszczołę. Boli cholerstwo niesamowicie! Podstępna, przyczepiła się do mnie już w ogródku, czego w swej naiwności nie zauważyłam. Stoję więc sobie w kuchni, nucę pod nosem Jingle bells (nie pytajcie; ta melodia prześladuje mnie przez okrągły rok), aż tu nagle coś mnie załaskotało w ramię. Pewna, że to jakiś włos czy inny pyłek, niecierpliwie machnęłam dłonią. Na blacie, ni z tego, ni z owego, wylądowała pszczoła. Natychmiast zawołałam C., żeby czym prędzej się z nią rozprawił, zanim kogoś użądli. I wtedy poczułam ból w ramieniu...
Z paniką spojrzałam w oczy C. i wykrztusiłam: Chyba mnie użądliła... Zerknął fachowo, jednym sprawnym ruchem wyciągnął żądło i orzekł, że należy przyłożyć kostkę cukru. Uniosłam brew, bo wydawało mi się to co najmniej dziwnym pomysłem. C. już jednak wkładał buty i pędził do sklepu, bo w domu mamy przynajmniej siedem rodzajów cukru, ale żadnego w kostkach.
Gdy wrócił, zastał mnie w bujanym fotelu, ściskającą ramię i cóż... Kiwającą się w tył i w przód. Teraz już wiem, że takie użądlenie to nie przelewki, a komary to przy tym pikuś.

W czasie, gdy ja snułam te ponure rozmyślania, C. odpakował cukrowy sześcian, po czym, dokładnie go wpierw obśliniwszy, przyłożył do śladu po użądleniu. Moja zniesmaczona mina szybko zmieniła się w błogą, gdy ze szczerym zdziwieniem stwierdziłam, że to naprawdę działa! 
Dzisiaj już nic mnie nie boli, a w miejscu użądlenia czuję tylko dziwne zgrubienie. Niech żyją Duńczycy i naturalne sposoby na wszystko!

Ach, zapomniałabym! Wiecie, co powiedział C., wynosząc z kuchni martwą pszczołę...? 
Biedna pszczoła... Bo wiesz, to nie była osa, tylko jedna z tych dobrych...
Tu pozwoliłam sobie na niemy protest. Ale że cukier działał, zostawiłam go dla siebie.

Tymczasem mam dla Was kolejną propozycję na śniadanie pierwsze, drugie, deser lub podwieczorek. Nie ma to jak uniwersalność!

Pisałam Wam niedawno, że przytargałam do domu całe mnóstwo owoców. Zużyłam je bardzo szybko; głównie po prostu podjadając po jednej czy dwie jagódki prosto z lodówki. Z części jeżyn przygotowałam jednak znakomity pudding z dodatkiem chia, suszonych jagód acai i jogurtu. Muszę przyznać, że pomysł z jogurtem jest wręcz genialny! Jeśli zamiast łyżką, wymieszacie wszystko porządnie trzepaczką, całość lekko się spieni, dzięki czemu gotowy pudding będzie miał wyjątkowo lekką i delikatną konsystencję. Musze przyznać, że mnie ten efekt bardzo przyjemnie zaskoczył. 
Mocno owocowy, z lekko chrupiącymi nasionkami, pudding doda energii na kolejnych kilka godzin; nawet, jeśli są bardzo intensywne.

Jeżynowo-jogurtowy pudding chia


Składniki:
(na 2-3 porcje)
  • 300 g jogurtu naturalnego
  • 200 ml mleka
  • 3 łyżki chia
  • 100 g jeżyn
  • 1 łyżka suszonych jagód acai
  • 3 łyżki miodu

dodatkowo:
  • jeżyny
  • maliny

Jeżyny zmiksować blenderem, przetrzeć przez sitko. Wymieszać jogurt, mleko, chia, jeżynowe puree, acai i miód. Mieszać trzepaczką przez kilka minut, aż masa wyraźnie zgęstnieje. Odstawić na noc do lodówki.

Pudding przełożyć do szklanek, podawać ze świeżymi owocami.

Smacznego!


A Wy? Macie sprawdzone sposoby na użądlenia...?

poniedziałek, 15 maja 2017

Dżem truskawkowy. Bez cukru, za to z chia

Niedzielny wieczór. Właściwie to późne popołudnie; wieczory dla mnie praktycznie nie istnieją. W każdym razie o godzinie dwudziestej nadal jest ciepło i jasno, a ja mogę siedzieć w ogrodzie w lekkiej bluzce i letniej spódnicy, popijać herbatkę (poważnie zaczynam się zastanawiać nad przygotowaniem zapasu mrożonej) i cieszyć się chwilą spokoju. 

W Danii Dzień Matki przypada zawsze w drugą niedzielę maja, zeszły tydzień był więc ciągnącym się w nieskończoność pasmem harówki; niemniej efekty były satysfakcjonujące. Pamiętacie moje różowe ciasto? Zostało docenione na tyle, że szef wybrał je na główną atrakcję w Dniu Matki. Przygotowaliśmy ich... Cóż, dużo. Musze jednak przyznać, że mimo zmęczenia, czuję się lekko z siebie dumna. Szczególnie, że reklama trafiła na pierwszą stronę Østbirk Avis, co zdecydowanie wpłynęło na sprzedaż i morale. 

A dzisiaj mam dla Was przepis, który przyda się może nie dziś i nie jutro, ale że sezon na truskawki zapasem stwierdziłam, że to już najwyższy czas na truskawkowe przepisy.

Pomysł na ten dżem znalazłam u nieocenionej Angie, i od razu mi się spodobał. Wprost przepadam za puddingami chia, dżem wydawał się więc doskonałym krokiem naprzód w naszej znajomości. Przygotowałam go zgodnie z oryginałem; to raptem trzy składniki, które znakomicie się uzupełniają. Nie ma tu cukru, warto więc poczekań na naprawdę dojrzałe i słodkie truskawki. Dzięki nasionkom szałwii hiszpańskiej zyskuje ciekawą strukturę i całkiem gęstą, udającą frużelinę, konsystencję. Delikatny miodowy smak świetnie uzupełnia truskawki, naprawdę ciężko się od niego oderwać. 
I muszę przyznać, że mam ogromną ochotę na kolejne owocowe eksperymenty z chia...

Truskawkowy dżem z chia


Składniki:
(na 3 słoiki)
  • 1 kg truskawek
  • 3 łyżki miodu
  • 4 łyżki nasion chia

Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki. Owoce przekroić na połówki lub ćwiartki, umieścić w garnku o grubym dnie i gotować 15-20 minut, aż większość truskawek się rozpadnie. Dodać miód, wymieszać do połączenia składników. Następnie dodać chia i gotować kolejne 15 minut, od czasu do czasu mieszając.

Gorący dżem przełożyć do wyparzonych słoiczków, mocno zakręcić i odstawić do góry dnem do całkowitego ostudzenia.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Tymczasem coraz niecierpliwiej odliczam dni do urlopu. 
Pięć.

środa, 26 kwietnia 2017

Dlaczego Pączusia trąciła starym pączkiem i bardzo zielony zimny deser

Muszę się Wam do czegoś przyznać - zrobiłam pączki. Ostatnie w tym roku! Tak obiecałam i sobie, i C. Ale tak namawiał, tak kusił, tak się przymilał, że w końcu ustąpiłam. W końcu za chwilę będzie miał kolejne, poważne urodziny, to niech chociaż trochę radości z życia ma.

Po skończonym smażeniu zostałam z wielkim garem pełnym oleju, który wylądował, póki co, na stole (C. z pewnością żywił nadzieję, że dam się skusić po raz drugi; niedoczekanie jego!). 
Wczoraj pojechaliśmy do sklepu; nie było nas w domu najwyżej pół godziny! Po powrocie nic nie wskazywało na katastrofę, do momentu, gdy Pączusia zaczęła zwracać. Olej. W ilościach, powiedzmy sobie szczerze, dla szczeniaka zdecydowanie niezdrowych. Właściwie, to niezdrowych dla każdego.
Uważne śledztwo ujawniło przebieg sytuacji; Pączusia wskoczyła na stół, po czym wychłeptała niemal litr oleju! Rozpryskane krople i tłuste odciski łapek jednoznacznie wskazywały winowajcę. Rzeczony, po oddaniu większości spożytego oleju, ułożył mi się w ramionach i za nic nie chciał dać się odłożyć na kanapę. A gdy przyszła pora spania, przytuliła mi się do brzucha i nie pozwalała zmienić pozycji przez pół nocy. A oddech z pysia miała, no cóż... Staropączkowy.
Dziś już łobuzuje jak zwykle, więc jestem spokojniejsza. I mam nadzieję, że ją to czegoś nauczy. Bo ja zdecydowanie dostałam lekcję i wyciągnęłam wnioski...

A żebyście czym prędzej zapomnieli o pączkach pod koniec kwietnia, gdy choćbym nie wiem, jak się starała, nie podciągnę ich pod karnawałowe szaleństwa, mam dla Was samo zdrowie w słoiku. Albo w szklance, jak wolicie.
Pudding w intensywnie zielonym kolorze z dodatkiem kolorowych owoców kusi niesamowicie. Smakuje bardzo delikatnie i... Zielono. Tak, to chyba dobre słowo. Jedząc go na pierwsze czy drugie śniadanie, od razu poczujecie przypływ energii. Połączenie szpinaku, awokado i zielonego jęczmienia z ciągle lekko krupiącymi nasionkami chia z pewnością Was zaskoczy.

Pudding chia ze szpinakiem, awokado i jęczmieniem


Składniki:
(na 2 porcje)
  • 35 g szpinaku
  • 1 dojrzałe awokado
  • 1 łyżeczka zielonego jęczmienia
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 2 łyżki syropu z agawy
  • 3 łyżki nasion chia
  • 350 ml mleka
dodatkowo:
  • czerwone porzeczki
  • jagody/borówki amerykańskie
Szpinak, awokado, jęczmień i sok z cytryny zmiksować blenderem na gładki mus. Dodać syrop z agawy i mleko, ponownie zmiksować. Wsypać chia, dobrze wymieszać łyżką - pudding powinien wyraźnie zgęstnieć.
Odstawić na noc do lodówki.

Przed podaniem udekorować porzeczkami i jagodami.

Smacznego!


I nie, nie podmienili mnie kosmici; po prostu idzie wiosna...
Oby.

Zieloniutki pudding dodaję do akcji Lodovo, zdrovo, domovo, w której do wygrania są książki Lodovo:

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Smoothie z acai i chia, czyli jak być trendy

Do tego, że słodyczy jem więcej, niż powinnam, przyznaję się bez bicia i żenady. Jest, jak jest. Słodkie lubię, i jeśli próbuję je sobie ograniczać, to tym większą mam na nie ochotę. Akceptuję więc to, czego zmienić nie mogę, i rekompensuję sobie tę słabość innymi zdrowymi posiłkami. Na śniadania jadam domową granolę, puddingi z chia i owoce. Obiady bez sałatek niemal nie istnieją, choć czasem muszę mocno do nich przekonywać C. Odkąd mam nową zabawkę, czyli piekarnik parowy, coraz rzadziej smażę mięso (choć już wcześniej pieczone zdecydowanie było moim faworytem). Owszem, zdarza mi się podgryzać chipsy przy oglądaniu filmów, ale często zastępuję je orzechami albo suszonymi owocami. No i kupnych słodyczy nie jem prawie wcale - choć to już raczej kwestia smaku niż świadomego poświęcenia.
Oglądam więc namiętnie, oprócz słodkich blogów, również te o zdrowym żywieniu. Takie odchudzone desery zupełnie mnie nie kręcą - choć autorki (autorzy zresztą też; choć mam wrażenie, że w przerażającej większości są to kobiety) zapewniają, że dietetyczny sernik smakuje o niebo lepiej, niż ten na tłustym twarogu, to mnie przekonać nie potrafią. Kilka razy próbowałam i poniosłam totalną klęskę. Pozostaję więc przy cukrze i śmietance, bo jednak smak jest dla mnie najważniejszy.

Wracając jednak do meritum, czyli blogów fit. Ponieważ lubię eksperymentować i chętnie testuję nowości, dość ciężko mnie zaskoczyć. Ale tak sobie myślę, że przeciętny poszukiwacz odmiany od codzienności, widząc w przepisie aquafabę bez słowa wyjaśnienia, ucieknie gdzie pieprz rośnie, a bardziej przyjazne woda z puszki po ciecierzycy nie pomniejsza mniemania o sobie rzeczonego blogera.

Chcecie być fancy i trendy? Bądźcie sobie na zdrowie. Ale pamiętajcie też o tych, którzy to wszystko mają... No, wiadomo gdzie.

Żeby się w ten piękny trend wpisać, mam dzisiaj dla Was przepis na bardzo prosty i szybki w przygotowaniu koktajl, który doda Wam energii na cały smutny i ciężki poniedziałek. Wystarczy mieć w lodówce mleko, a w szafce... No właśnie. Nasionka chia, czyli szałwii hiszpańskiej - małe, szarawe kuleczki, które po zetknięciu z płynem żelują go. Można z nich przygotować pyszne, gęste puddingi, ale też lżejsze koktajle. Można je wtedy wlać do kubka i popijać po drodze do pracy czując, jak witaminy i mikroelementy rozchodzą się po organizmie.
Są też potrzebne suszone, mielone jagody acai. O ich cudownych właściwościach możecie poczytać na wielu stronach - ja kupiłam je z ciekawości. Nadały mojemu koktajlowi fioletowawego koloru, choć ich smak jest bardzo delikatny. Lekko owocowy, pozostaje gdzieś w tle. Niemniej, bogate w antyoksydanty i wspomagające odchudzanie jagody są niezwykle wartościowym dodatkiem.

Jest więc zdrowo, smacznie i niecodziennie. Czy można lepiej rozpocząć poniedziałek...?

Koktajl z acai i chia


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 800 ml mleka
  • 6 łyżek chia
  • 1,5 łyżki suszonych i zmielonych jagód acai
  • 1 łyżka syropu klonowego

Wszystkie składniki umieścić w misce, dobrze wymieszać, aż koktajl nieco zgęstnieje.
Schłodzić przez noc w lodówce.

Smacznego!


Koktajl jest zdrowy, a do tego świetnie smakuje mocno schłodzony. Dodaję więc go do konkursu Lodovo, zdrovo, domovo, w którym do wygrania jest książka Lodovo:

sobota, 25 lutego 2017

Super foods - super granola

Nerwica powoli przeradza się w panikę. Do egzaminów raptem kilka dni, a ja mam wrażenie, że umiem mniej, niż kiedy zabierałam się do nauki. Do testów praktycznych przećwiczyłam już prawie wszystko (została mi wieżyczka z ciasta marcepanowego, ale z pełnym rozmysłem zostawiłam ją sobie na poniedziałek - w końcu przez te dwa dni, przeznaczone właśnie na ćwiczenia, też muszę mieć coś do roboty). Mimo wszystko ciągle mam to dziwne odczucie w dołku, że coś pójdzie nie tak. Makaroniki wyjdą mi plaskate. Wieżyczka będzie przypominała tą w Pizie. Musy wypłyną z foremek. Albo, co gorsza, zrobią się w nich grudki. Beza się nie ubije...
Oj, mogłabym tak długo. Ale - moja wina; trzeba było wybrać coś prostszego i pewniejszego. Tylko co ja poradzę na to, że z takimi rzeczami mi nie po drodze...?

Tymczasem, skoro weekend się już zaczął, i tak naprawdę za chwilkę się skończy (wybaczcie powiew pesymizmu, ale sami rozumiecie - taka aura), mam dla Was propozycję śniadania na nadchodzące, zabiegane dni. Co powiecie na granolę pełną zdrowia...? Są w niej płatki owsiane i jaglane, nasiona chia i konopii (nie bójcie się, odurzenie Wam nie grozi), a także słynne jagody goji, których spróbowałam po raz pierwszy. Szczerze mówiąc, suszona żurawina czy wiśnia smakuje mi dużo bardziej, ale wiadomo - o gustach się nie dyskutuje
Do tego dorzuciłam orzechy włoskie i słodkie, słoneczne mango. Granolę przygotowałam z dodatkiem oliwy - dzięki temu jest niewiarygodnie chrupiąca! 
Spróbujecie...?

Granola z oliwą, mango i jagodami goji


Składniki:
(na 1 l słoik granoli)
  • 350 g płatków owsianych
  • 100 g płatków jaglanych
  • 2 łyżki nasion chia
  • 2 łyżki nasion konopii
  • 2 łyżki złotego siemienia lnianego
  • 75 g orzechów włoskich
  • 60 g sezamu
  • 125 ml oliwy
  • 125 ml syropu klonowego
  • 80 g suszonego mango
  • 50 g suszonych jagód goji
Płatki owsiane i jaglane, nasiona chia i konopii, sezam, siemię i grubo posiekane orzechy dokładnie wymieszać.
Oliwę wymieszać z syropem klonowym. Dodać do suchych składników, dokładnie połączyć. Mieszankę wysypać równomiernie na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 170 st. C. 30-40 minut, dwa razy mieszając.
Ostudzić.

Do ostudzonych płatków dodać jagody goji i grubo pokrojone mango. Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku.

Smacznego!

Przez pracę i egzaminy nie mam czasu na nic. Mam więc nadzieję, że wybaczycie, jeśli w przyszłym tygodniu na blogu będzie cicho...

sobota, 10 grudnia 2016

Cynamonowa granola z jarzębiną

Oduczyłam się spać do południa. Kiedyś potrafiłam, i to bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Dziś budzę się najpóźniej o ósmej rześka i wypoczęta, z ochotą witając kolejny dzień. Taki luksus nie spotyka mnie bowiem codziennie. Miło, tak dla odmiany, wstać, gdy słońce już rozświetliło mroki nocy.

Opatulona szlafrokiem (wiecie, że to to samo co porannik?), w puchatych skarpetkach z reniferami, idę do kuchni i przez wielkie okna obserwuję skrzący się w promieniach porannego słońca świat. Warstwa szronu otuliła nagie gałęzie, dachy, chodniki i trawniki sprawiając, że wszystko wygląda jak wyciągnięte z baśni o Królowej Śniegu. Wszechobecną, spokojną ciszę przerywa tylko miarowe tykanie zegara.
Parzę więc herbatę i siadam przy stole, przy rozłożonych na nim gazetach i kartkach z przepisami. Wigilia już za dwa tygodnie! Trzeba więc wybrać ostatnie przepisy, upiec ostatnie pierniczki, ukręcić całe góry kolorowego lukru. Jestem podekscytowana jak małe dziecko, choć ta ekscytacja tyczy się już czegoś zupełnie innego niż za dawnych czasów. Nadal z radością czekam na moment rozdania prezentów, ale bardziej interesują mnie reakcje moich bliskich na to, co im sprawiłam, niż to, co sama dostanę. Nie mogę doczekać się kolacji, ale to dlatego, że w tym roku to my ją przygotowujemy i trochę się boję, że nie dorównamy niedoścignionym oryginałom. Chcę tańczyć wokół choinki, którą z C. pieczołowicie już niedługo przystroimy. Chcę siedzieć na kanapie, pić gløgg i cieszyć się świąteczną atmosferą. 
Jak ja kocham Boże Narodzenie!

Tymczasem jednak mam dla Was przepis na typowo jesienną granolę, który zapodział mi się między tymi wszystkimi pierniczkami i ciasteczkami. Zrobiłam ją już jakiś czas temu, i muszę przyznać, że zrobiła na mnie wrażenie swoim oryginalnym smakiem. Choć na wstępie pragnę Was ostrzec - to granola dla koneserów. Nie każdemu przypadnie do gustu.
Jarzębinę po raz pierwszy ususzyłam w zeszłym roku, i długo się zastanawiałam, co z nią zrobić. Jej lekko gorzkawy smak zniechęca bowiem do jedzenia jej solo. Świetnie jednak komponuje się z cynamonem, który nieco łagodzi jej krnąbrny charakterek. Do tego słodkie rodzynki, chrupiące orzechy, i kwintesencja jesiennej granoli gotowa. Mi smakuje bardzo, C. kręci na nią nosem.
A Wy...? Lubicie takie połączenia...?

Cynamonowa granola z jarzębiną


Składniki:
(na słój  pojemności 1 l)
  • 125 g płatków sojowych
  • 65 g płatków ryżowych
  • 175 g drobnych płatków owsianych
  • 50 g grubych płatków owsianych
  • 1,5 łyżeczki cynamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 100 g orzechów laskowych
  • 30 g ziaren słonecznika
  • 20 g nasion chia
  • 30 g złotego siemienia lnianego
  • 150 ml soku jabłkowego
  • 85 ml syropu z agawy
  • 50 ml oleju
  • 60 g suszonej jarzębiny
  • 60 g rodzynek
Wszystkie rodzaje płatków,cynamon, sól, orzechy, słonecznik, chia i siemię lniane wymieszać.
W drugiej misce połączyć sok jabłkowy, syrop z agawy oraz olej. Wlać płynne składniki do suchych, dobrze wymieszać.
Płatki równomiernie rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 170 st. C. przez 30-35 minut, 2-3 razy mieszając w trakcie pieczenia.

Dodać jarzębinę i rodzynki, zostawić do ostudzenia. 
Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku.

Smacznego!

Jeśli jarzębiny nie lubicie albo nie macie, zastąpcie ją żurawiną. Jest na tyle wyrazista w smaku, że świetnie się tutaj sprawdzi.
Mieszanka płatków jest zupełnie przypadkowa - wyłuskałam z kuchennych szafek wszystkie resztki, które kryły się po kątach. Równie dobrze możecie użyć tylko owsianych, lub po prostu Waszych ulubionych.

sobota, 23 kwietnia 2016

Pożegnania. I zielona, wiosenna granola. Z jagodami

W czwartek pojechałam na kawę do Karoliny. Naszą ostatnią, babską, duńską kawę. 
W poniedziałek bowiem cały klan wyrusza w podróż powrotną do Polski. Do rodziny; do domu. To prawie jak pierwszy wyjazd za granicę: wielka niewiadoma. Mnóstwo pytań, niepewności o jutro. Ale chcą, a ja życzę im jak najlepiej.

Po ponad dziesięciu godzinach pracy już od progu oświadczyłam, że ja tylko na chwilkę. Siedziałyśmy trzy godziny, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Później kolejne sześćdziesiąt minut stałyśmy w przedpokoju. Karola ściskała moją foremkę (którą zresztą od nie j dostałam), nie kwapiąc się jej oddać; a ja jakoś nie miała ochoty wyciągnąć po nią ręki.
W końcu nastąpiło przekazanie kluczowego dla sprawy obiektu, po czym przestąpiłam próg i dyskutowałyśmy zawzięcie jakieś pół godziny. 
Trzymałyśmy się dzielnie. Tylko dlatego, że w niedzielę muszę wpaść po farby i pędzle, które mąż Karoliny przywiezie dla mnie z Polski. Uściski i łzy zostawiłyśmy więc sobie na weekend, choć muszę przyznać, że obu nam już kąciki ust lekko drżały.

Jak słusznie zauważył C., Karolina przecież nie umiera. Ale nic nie poradzę na to, że naprawdę nie lubię pożegnań. 
I już tęsknię za naszymi kawkami...

Na osłodę - optymistyczna, zieloniutka granola. C. stwierdził, że to najlepsza, jaką przygotowałam, ale do końca mu nie ufam (za często to powtarza). Jednak ciężko się nie zgodzić: odpowiednio słodka, cudownie chrupiąca, pełna smaku jagód i zielonej herbaty. Do tego kawałeczki kasztanów, które nadają jej zupełnie wyjątkowego charakteru. Kolor też nie jest bez znaczenia; cudowny ocień zieleni wywołuje uśmiechy na twarzach konsumentów.

Inspirację zaczerpnęłam z dwóch blogów: She who eats oraz 40 aprons. Trochę pozmieniałam, dopasowałam do swojego smaku i zawartości szafek. Choć muszę przyznać, że czekolada matcha owładnęła moje myśli. Tylko gdzie ją zdobyć...?
A może zrobię sama...?

Granola z matcha, kasztanami i suszonymi jagodami


Składniki:
(na 2 l)
  • 200 g drobnych płatków owsianych
  • 100 g grubych płatków owsianych
  • 100 g płatków jaglanych
  • 40 g sezamu
  • 2 łyżki chia
  • 75 g orzechów włoskich
  • 150 g kandyzowanych kasztanów
  • 50 ml syropu klonowego
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • 1 łyżka zielonej herbaty matcha
  • 200 g suszonych jagód
Orzechy i kasztany grubo posiekać, wymieszać z płatkami.
Olej rozpuścić, dodać syrop klonowy, ekstrakt i herbatę, połączyć. Wlać mokre składniki do suchych, dokłądnie wymieszać.
Mieszankę wysypać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, rozprowadzić równomiernie.

Piec w 160 st. C. przez 25-30 minut, 2-3 razy mieszając w trakcie pieczenia.

Blachę wyjąć z piekarnika, dodać jagody, wymieszać, ostudzić.
Przechowywać w szczelnie zamkniętym słoju.

Smacznego!


Słońce znów oszukuje. Świeci jak szalone, ale ciepła nie daje.
Nie podoba mi się to... Zupełnie.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Dzisiaj nauczę Was kłamać

Każdy wytrawny kłamca wie, że aby przekonać innych do swojej wizji świata, nie powinien przesadzać. Opowiadając historie wyssane z palca i zgoła nieprawdopodobne, nie nabierze nikogo. Prawdopodobieństwo jednak bywa niewystarczające; najlepiej, żeby kłamstwo opierało się na prawdzie. Przeinaczonej, ubarwionej, zmanipulowanej. Ale prawdzie.

Wytrawnym kłamcą z pewnością bym się nie nazwała, ale przez kilka lat pisywałam opowiadania i historyjki. Największe wzięcie miały te oparte na codzienności, na czymś, co się wydarzyło, albo tylko pomyślałam, że wydarzyć by się mogło. To malutkie ziarenko, które potrafi zmienić wszystko.

Dlatego właśnie, obmyślając mój pierwszokwietniowy wpis, szukałam czegoś prawdopodobnego; przynajmniej w oczach osób, które nie znają mnie aż tak dobrze. Jako dziecko haftowałam; zaczęłam nawet komplet serwetek dla Mamy słynnym haftem richelieu, ale poddałam się po kilku raptem sztukach. Niby zajmuje to ręce, ale myśli fruwają gdzie chcą; ściegi robią się krzywe, a ja mam ochotę zająć czymś umysł. Od wielu lat nie sięgnęłam po igłę w celu innym niż przyszycie guzika czy zacerowanie jakiejś dziurki (choć w większości przypadków zdaję się jednak na Mamę). Wiem jednak, o co z tym haftem chodzi, i pomyślałam, że na to najłatwiej będzie mi Was nabrać. I nie pomyliłam się! Kolejka do oglądania moich nieistniejących ściegów urosła całkiem przyzwoicie, z czego się ogromnie cieszę.
Teraz jednak przyszła pora na wyznanie prawdy: Pożeraczka była, jest i będzie blogiem kulinarnym. Najsłodszym, jak tylko się da. 

Mam nadzieję, że nie macie mi za złe tego figla. W końcu po to mamy Prima Aprilis!

Na pokrzepienie mam dla Was cudowny, zielony koktajl. Raptem cztery składniki, samo zdrowie, pyszny smak i najpiękniejszy z odcieni bladej zieleni. Czy można chcieć czegoś więcej...?

Koktajl z chia i młodym jęczmieniem


Składniki:
(na 2 porcje)
  • 400 ml mleka
  • 1 łyżka miodu
  • 2 łyżki nasion chia
  • 1,5 łyżeczki młodego jęczmienia

Miód rozpuścić w mleku. Dodać chia i jęczmień, wymieszać. Odstawić do lodówki na 1-2 godziny, można na całą noc.

Pić schłodzone.

Smacznego!

Ja tymczasem idę odkurzać; po weekendowym nieróbstwie najwyższy czas wziąć się do pracy!

wtorek, 29 marca 2016

Zdrowe ciastka. Dla każdego

Uff... Nareszcie po Świętach. 
Nie, nie, proszę sobie nie myśleć, że jestem emocjonalnym ekshibicjonistą, który ma zamiar wygłosić tyradę na temat ciekawskich ciotek, czepiających się wujków, nieznośnej rodziny bliższej i dalszej. Nic z tych rzeczy. Do tego kontrowersyjnego stwierdzenia skłonił mnie fakt, że pracowałam sobotę, niedzielę oraz poniedziałek, zaczynając dzień o godzinie drugiej lub pierwszej z uwagi na tą ogólnie nielubianą zmianę czasu (na następną niektórzy nawet czekają; dodatkowa godzina snu to czasami prawdziwy luksus). Dlatego wczoraj po południu odetchnęłam głęboko z wyraźną ulgą i zaczęłam się zastanawiać, czy wypada mi upiec jeszcze jedną babkę. Mam bowiem pomysł i bardzo nie chcę z nim czekać do kolejnej Wielkanocy...

Dzisiaj natomiast mam coś zaskakującego; nawet dla mnie. Ale jestem pewna, że po świątecznych smakołykach (tu jajeczko, tam sałatka, babki, mazurki i serniczki wpadają na talerze nie wiadomo kiedy; wszyscy to znamy. Wszyscy się wstydzimy, ale rozumiemy) przyda się przepis na coś, co będzie można jeść bez wyrzutów sumienia. Najmniejszych! 
Bez jajek, bez nabiału, bez tłuszczu, bez mąki, bez cukru... Bez wszystkiego - powie niejeden sceptyk. Cóż, prawie... Troszkę ziarenek i orzechów, woda i najgrzeszniejszy w tym towarzystwie element - miód (łyżka raptem!). Z tej mieszanki wychodzą zaskakująco pyszne i wciągające, chrupiące ciasteczka. W oryginalnym przepisie, który znalazłam na stronie Vegabutik, są to wytrawne krakersy. Ja przerobiłam je na słodkawe, ale w zasadzie dość neutralne w smaku ciasteczka. Idealne do herbaty, na śniadanie (pierwsze albo drugie), na deser. Dla alergików, dla tych na diecie i dla tych, którzy chcą spróbować czegoś nowego. Jednym słowem - dla każdego!

Skusicie się...?

Orzechowe ciastka z chia


Składniki:
(na 20 sztuk)
  • 100 g chia
  • 75 g ziaren słonecznika
  • 75 g ziaren sezamu
  • 50 g mielonych orzechów laskowych
  • 250 ml ciepłej wody
  • 1 łyżka miodu

Wszystkie ziarna i orzechy wymieszać. Miód rozpuścić w wodzie, zalać nim mieszankę. Odstawić na 10-15 minut, aż chia wchłoną wodę i masa zgęstnieje.
Wyłożyć masę na blachę z piekarnika wyłożoną papierem do pieczenia. Równomiernie rozprowadzić dłońmi, mocno dociskając.

Piec w 160 st. C. przez 20 minut.

Wyjąć blachę z piekarnika, pokroić ciasto ostrym nożem na kwadraty.

Piec kolejnych 40 minut w 160 st. C.
Ostudzić, a następnie połamać na kawałki wzdłuż linii.

Smacznego!


Ja już zastanawiam się nad kolejnymi wariacjami tego przepisu, ma bowiem - moim zdaniem - naprawdę duży potencjał.

sobota, 5 marca 2016

Kokosowy pudding chia. Dla zabieganych

Zabiegana jestem okrutnie. Szczególnie rano brakuje mi czasu na cokolwiek. I jakoś nie mogę się zmusić, żeby wstawać jeszcze wcześniej i robić sobie śniadanie. Zazwyczaj zjadam jabłko lub, ostatnio, kiwi, czasem banana, i pędzę do pracy. A tam, po jakiejś godzince, dopada mnie głód. No dobra, mały głodek raptem... Niemniej, jak możecie sobie z pewnością wyobrazić, otoczona jestem przez ciasta, ciastka i ciasteczka, co tylko potęguje ssanie w żołądku. W końcu, skuszona smakołykami, sięgam po drożdżóweczkę, albo - czyste szaleństwo! - po kawałek ciasta z bitą śmietaną... 
W końcu jednak powiedziałam sobie: dość! Tak dalej być nie może. Nie chcę skończyć praktyk dwa razy grubsza i ani trochę wyższa, niż zaczęłam. Pierwszy krok - śniadanie w domu, które nasyci mnie na tyle, że będę mogła smarować biszkopty kremem, i nie podjadać. Kanapki są na drugie śniadanie, owsianka...? Za długo. Granola jest dobrym rozwiązaniem (koniecznie domowa!), ale od czasu do czasu potrzeba zmiany. Z czeluści szafki wygrzebałam więc zapomniane nasionka szałwii hiszpańskiej (która, wbrew pozorom, pochodzi z Meksyku i Gwatemali), i przygotowałam sobie pudding. Jest to genialna opcja z tego względu, że całą pracę (której jest, prawdę powiedziawszy, niewiele), należy wykonać wieczorem. Rano tylko dodać elementy chrupiące i owoce, i można wcinać.

Taki niepozorny pudding syci na długo i smakuje naprawdę dobrze. Małe, ciemne ziarenka, nawet po nocy moczenia się w mleku, nadal delikatnie chrupią. Ta wersja jest obłędnie kokosowa (jeśli pudding rano będzie zbyt gęsty, można dolać odrobinę mleka i wymieszać) i niezbyt słodka. Mi zasmakowała bardzo.
I na podwieczorek się nada, a nawet na zdrowy deser.
Czego chcieć więcej...?

Kokosowy pudding chia z jeżynami


Składniki:
(na 2 porcje)
  • 400 ml mleka kokosowego
  • 3 łyżki nasion chia
  • 2 łyżeczki miodu
dodatkowo:
  • chipsy kokosowe
  • jeżyny
Mleko kokosowe, miód i chia dokładnie wymieszać. Przykryć folią spożywczą, wstawić na noc do lodówki.

Następnego dnia przełożyć do szklanek, udekorować chipsami kokosowymi i jeżynami.

Smacznego!


Chia jeszcze się z pewnością u mnie pojawi, bo coraz bardziej lubię te maleńkie kuleczki.
Może nawet w duecie z czerwonymi pomarańczami...?

środa, 2 września 2015

Zdrowy deser? To możliwe!

Dziś kolejny dzień wyzwania u Ani. O zdrowym deserze miało być. Muszę przyznać, że poczułam się zmotywowana. Kto tu zagląda, ten wie, że kalorii nie liczę, i to zdecydowanie smak gra pierwsze skrzypce w mojej kuchni. Prawda jest taka, że na obiad mogę zjeść brokuła popijając wodą, ale na deser muszę mieć coś dobrego i słodkiego. Dzień bez deseru dniem straconym, jak mawiają słynni cukiernicy (nie wiem, którzy konkretnie, nie pytajcie mnie zatem).

Od czasu do czasu sięgam jednak po coś zdrowszego - na deser miska owoców (w sezonie) albo domowy kisiel na jakimś porządnym soku lub przecierze. Pycha! Jakiś czas temu kupiłam również słynne już nasionka chia - w blogosferze jedzą je wszyscy. Mnie przerażała cena, ale w końcu znalazłam małą paczuszkę w przecenie i postanowiłam zaryzykować. Kupiłam, schowałam do szuflady, i na jakiś czas zupełnie o nich zapomniałam. Aż tu Ania ze zdrowym deserem wyskoczyła, a chwilę później na blogu u Angie zobaczyłam taką propozycję. Wygląda jak marzenie, jest mocno owocowa, w jej składzie chia, a nie ma cukru, kremówki i innych tego typu dobroci. Wygląda ładnie i zdrowo - trzeba więc było spróbować.

Robi się to cudo bardzo prosto i szybko, nie licząc oczywiście całonocnego oczekiwania. Ale wtedy się śpi, a nie czeka na deser, więc tak jakby się nie liczy. Potem wystarczy już wyżyć się na bananie, i deser gotowy. Albo śniadanie, podwieczorek, a nawet kolacja. Jak się komu podoba, bo pudding ten niezwykle jest uniwersalny. Ja go zjadłam jako przekąskę w ciągu dnia, na drugie śniadanie można by rzec. I muszę przyznać, że bardzo mi zasmakowało. Chia zrobiły się miękkie, z lekko kwaśnymi malinami i słodkim musem bananowym smakowały wyśmienicie. W dodatku miałam świadomość, że nie wrzucam w siebie pustych kalorii, co nawet mnie niejako ucieszyło. Najważniejsze jednak, że wyszło pysznie!
Spróbujecie...?

Malinowo-bananowy pudding chia

Składniki:
(na 1 solidną porcję)

  • 3 łyżki nasion chia
  • 2 łyżeczki miodu
  • 1 łyżka wiórków kokosowych
  • 250 ml mleka
  • 125 g malin
dodatkowo:

  • 1 banan
  • 2 łyżki mleka
Maliny rozgnieść widelcem (2-3 odłożyć do dekoracji), wymieszać z miodem, mlekiem, wiórkami i nasionami. Przykryć folią spożywczą, odstawić na noc do lodówki.
Przed podaniem obrać banana, odkroić 2-3 plastry do dekoracji, resztę rozgnieść widelcem, wymieszać z mlekiem.
Pudding przełożyć do szklanki lub słoika, na wierzch wyłożyć mus z banana. Wierzch udekorować odłożonymi owocami. 

Smacznego!

A jeśli ktoś ma czas, chęć i możliwości, to będę wielce zobowiązana za trzymanie kciuków jutro w okolicach ósmej rano. Ach, żeby tylko się udało!