Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mleko skondensowane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mleko skondensowane. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 czerwca 2017

O wściekłej fretce i truskawkowym lesie deszczowym, czyli o powrocie do domu. I letnie ciasto bez pieczenia

Wszystko, co dobre, szybko się kończy...
Nawet pełne dwa tygodnie wakacji mijają zdecydowanie zbyt szybko. Szczególnie, gdy lista zadań i zajęć jest długa, a każdy dzień wypełniony jest po brzegi umówionymi spotkaniami. Gdy odwiedza się rodzinne strony po półtora roku, wiele rzeczy po prostu trzeba zrobić. Zwiedzić stare kąty, odwiedzić krewnych i znajomych, wybrać się na zakupy, zachwycać się tym, co chyba już zawsze zostanie takie samo i z zapartym tchem obserwować niezliczone zmiany.

Gdy już wszystko było spakowane, a nam zostało tylko wsiąść do samochodu i znów ruszyć na zachód, zakręciła mi się w oku łezka. Bo znów nie wiem, kiedy wrócę...

Mimo wszystko jednak dobrze jest wrócić do domu. Co prawda z szopki na rowery wyskoczyła na nas wściekła fretka, która podczas naszej nieobecności rzeczoną szopkę zaanektowała i urządziła w niej sobie przytulne gniazdko. Bardzo jej się powrót starych lokatorów nie spodobał; stała na ulicy, prychając i wyrażając swoją furię na wszystkie znane fretkom sposoby. 
Na miejsce dojechaliśmy w okolicach pierwszej w nocy, rozpakowaliśmy więc szybciutko rzeczy wymagające natychmiastowego rozpakowania (twaróg), żeby po szybkim prysznicu wskoczyć pod własną kołdrę we własnym łóżku... Od tygodni tak dobrze nie spałam!

Rano, gdy tylko Pączusia skoczyła C. na twarz informując, że to już najwyższa pora na załatwienie porannej toalety, ruszyliśmy do ogrodu, wciągając swetry przez rozespane głowy. A tam, moi drodzy - prawdziwe cuda! Niepozorne jeszcze dwa tygodnie temu krzaczki truskawek przypominają las deszczowy; mięta imbirowa rozrosła się tak, że truskawkową ledwo znaleźliśmy; rabarbar, tymianek i szałwia (zwykła i ananasowa) wyglądają, jakby spadł na nie cały duński deszcz, a na krzewie czerwonej porzeczki znalazłam pierwszą zieloną kuleczkę. Wszystko aż kipi setką odcieni zieleni, zaskakuje intensywnością barw i kusi, żeby zrywać i jeść... 
Bo są jeszcze przecież rzodkiewki, buraczki liściowe, dymka, szczypior, koper, czarna porzeczka, czerwony agrest, poziomki, oregano... 
Chwilo, trwaj!

Przed wyjazdem przygotowałam szybkie, letnie ciasto z galaretek. Tych ostatnich bowiem u mnie pod dostatkiem, a w lodówce stało opakowanie śmietany, którą kupiłam z myślą o czymś, czego w końcu nie przygotowałam. A że trzeba było wyczyścić lodówkę, pozbierałam różne resztki, i powstało takie oto ciacho. Bez pieczenia, więc idealne na upalne dni. Lekkie, umiarkowanie słodkie, orzeźwiające dzięki galaretce i kwaskowym owocom. Szczerze mówiąc, wyszło lepiej, niż się spodziewałam. Polecam Wam więc ogromnie!

Śmietanowiec z owocami i galaretką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 100 g ciastek digestive
  • 125 g nutelli

masa śmietanowa:
  • 75 g galaretki cytrynowej (proszek)
  • 150 ml wrzątku
  • 165 ml mleka skondensowanego słodzonego
  • 500 g creme fraiche (18%)

wierzch:
  • 25 g czarnej porzeczki
  • 20 g malin
  • 35 g jeżyn
  • 130 g truskawek
  • 400 ml wrzątku
  • 75 g galaretki malinowej (proszek)

Ciastka pokruszyć, wymieszać z nutellą. 
Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć masę ciasteczkową, dobrze ugnieść.
Schłodzić.

Galaretkę cytrynową rozpuścić we wrzątku, ostudzić.
Creme fraiche zmiksować w mlekiem. 
Gdy galaretka zacznie tężeć, wlać ją do śmietany, cały czas miksując.
Przelać masę na spód, wstawić do lodówki do całkowitego stężenia.

Malinową galaretkę rozpuścić we wrzątku, ostudzić.

Na schłodzonej masie śmietanowej ułożyć owoce, zalać tężejącą galaretką. Wstawić do lodówki na minimum 3 godziny.

Smacznego!

Jakby ktoś się zastanawiał, to suknię kupiłam. Jaką...? 
Opowiem następnym razem...

środa, 3 maja 2017

Lody z pieczonymi w porto truskawkami

Nie chcę zapeszać, ale wygląda na to, że wiosna rozgościła się u nas na dobre. Za mną pierwszy spacer bez zimowego płaszcza, rękawiczek i czapki, popołudniowa herbatka na tarasie, a także szczerze zdziwiona mina na widok szesnastu kresek na termometrze. W związku z tym niecierpliwie czekam na weekend, na wygrzewanie się na słoneczku i długie spacery. Dwa wolne dni to luksus, który trzeba wykorzystać, jak tylko się da.

W związku z tym, że temperatura rośnie, mam dla Was kolejny przepis na lody. Intensywnie truskawkowe, można by rzec - banalne, gdyby nie pewien drobiazg. Otóż, rzeczone truskawki, które smakują już całkiem nieźle, ale do czerwcowych nadal im daleko, upieczone są z dodatkiem porto, a następnie zmiksowane na gładki mus. W połączeniu ze śmietanką tworzą coś tak pysznego, że nie można oprzeć się kolejnej kulce. Takiej małej, malutkiej, maciupeńkiej...

Lody z pieczonymi w porto truskawkami


Składniki:
(na 1 l lodów)
  • 750 g truskawek
  • 50 g cukru
  • 1/4 łyżeczki mielonej laski wanilii
  • 100 ml porto
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 ml mleka skondensowanego niesłodzonego
Truskawki umyć, pozbawić szypułek i pokroić w ćwiartki. Ułożyć w formie, posypać  cukrem i wanilią, polać porto.

Piec w 140 st. C. przez 45 minut.
Ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce.

Truskawki zmiksować blenderem na gładki mus. Odłożyć 1,5 łyżki, resztę dokładnie wymieszać z kremówką i mlekiem. Przełożyć do maszyny do lodów, postępując zgodnie z instrukcją jej działania.

Gdy maszyna skończy pracę, przełożyć lody do pudełka, na wierzch wyłożyć pozostały mus, zrobić widelcem esy-floresy.
Zamrozić.

Wyjąć z zamrażarki 10-15 minut przed podaniem.

Smacznego!


Ja tymczasem, choć słońce nadal świeci jak szalone, wybieram się do łóżka. W końcu to jeszcze nie weekend, i zaraz trzeba wstać...

środa, 5 kwietnia 2017

Różowe lody z czerwonych pomarańczy. I wiosna

W sobotę, razem z gośćmi, wypiliśmy naszą pierwszą w tym roku kawę na tarasie. I nie był to żadny primaaprilisowy żart, gdzie zmusiliśmy rodziców i siostrę C. do siedzenia w śniegowych zaspach i trzymania kubków w przemarzniętych dłoniach, podczas gdy biały puch prószył na nich powoli, ale nieustępliwie. Za oknami prawdziwa wiosna - ciągle jeszcze chłodna wieczorami, ale w ciągu dnia, gdy przygrzeje słoneczko, nie można się powstrzymać, żeby nie wyjść na dwór (lub też na pole, jeśli przypadkiem jesteście z Krakowa). 
Zachęcona takim stanem rzeczy, wczoraj zaserwowałam nam na zewnątrz śniadanie. Siedzieliśmy w promieniach porannego słonka, wystawiając twarze na jego ciągle jeszcze dość umiarkowane ciepło. Psy wygrzewały się całe zadowolone, leniwie przeciągając się i ziewając. Niesamowicie cieszy mnie okres, w który teraz wchodzimy - zieleń, ciepło i słońce to słowa, których zdecydowanie ostatnio nadużywam. I - o zgrozo! - wcale się tego nie wstydzę.

W związku z tym, że pogoda zdecydowanie zachęca, znów ukręciłam lody. Postanowiłam wykorzystać czerwone pomarańcze - sezon na nie wkrótce się skończy, a ja się nimi jeszcze nie nasyciłam. Tym razem kupiłam jednak takie trochę oszukane - niektóre, i owszem, były cudownie krwiste; większość jednak nieprzyjemnie zaskakiwała klasycznym, pomarańczowym kolorem. Co robić...? Bardzo chciałam, żeby moje lody miały ten piękny, różowy kolor...
Wtedy przypomniałam sobie o sorbecie, który przygotowałam trzy lata temu. Do pomarańczy dodałam malin, i kolor wyszedł obłędnie intensywny! Wykorzystałam więc znany trik, i muszę przyznać, że sprawdził się znakomicie. Moje lody mają piękny, pastelowo-różowy kolor, a do tego zyskały dodatkową, ciekawą nutę smakową. Żeby uczynić je nieco bardziej charakternymi, dodałam odrobinę pieprzu. Nie jest mocno wyczuwalny, ale na sam koniec lekko szczypie w język i wywołuje przyjemne zaskoczenie.

Polecam Wam ogromnie na te coraz cieplejsze dni.

Lody pomarańczowo-malinowe z różowym pieprzem


Składniki:
(na 1,3 l lodów)
  • 350 ml soku z czerwonych pomarańczy (7-8 owoców)
  • 125 g cukru
  • 125 g malin
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 ml mleka skondensowanego niesłodzonego
  • 2 łyżki likieru Cointreau
  • 1 łyżeczka różowego pieprzu

100 ml soku z pomarańczy podgrzać z cukrem, aż się rozpuści. Ostudzić. 
Maliny przetrzeć przez sitko.
Do soku z cukrem dodać pozostały sok, przetarte maliny, kremówkę, mleko skondensowane, likier i zmielony lub roztarty w moździerzu pieprz. Wymieszać, schłodzić do temperatury lodówkowej.

Przelać masę do maszyny do lodów, postępując zgodnie z instrukcją. Gdy maszyna skończy pracę, przełożyć do pudełka, zamrozić.

Smacznego!

Teraz pozostaje tylko mieć nadzieję, że w weekend pogoda dopisze. Bo powoli zaczynamy snuć ogrodowe plany...

piątek, 18 listopada 2016

Historia mrożąca krew w żyłach i zupełnie niegroźny sernik

Lubicie horrory?
Ja nie bardzo. W ogóle nie lubię się bać. Jako dziecko oglądałam z Siostrą program, w którym grupka dzieciaków opowiadała sobie straszne historie. Ona, siedem lat młodsza ode mnie, wpatrywała się w ekran z wypiekami na twarzy; ja już w połowie chowałam głowę pod koc.
Dzisiaj pełne krwi i, nie bójmy się tego powiedzieć, raczej obrzydliwe filmy, raczej mnie śmieszą niż przerażają; tych prawdziwych horrorów, które sprawiają, że człowiek zaczyna bać się własnego cienia, z zasady nie oglądam. Jedynie te lekko bajkowe, w gotyckim, że tak to ujmę, klimacie, które są tylko trochę straszne, oglądam z prawdziwą przyjemnością.

W realnym życiu staram się rzeczy strasznych unikać, ale niestety - nie zawsze mi się udaje. A gdy niebezpieczeństwo czyha na mnie we własnym domu, potrafię wpaść w prawdziwą panikę. W sumie, sama się o to nie podejrzewałam...

Na początku mała dygresja: w garażu mam światło z czujnikiem ruchu, który bardzo sprytnie umocowany jest przy drzwiach wyjściowych. Kiedy więc wchodzę do garażu z domu, nie z zewnątrz, muszę przejść całą jego długość, zanim światło się zapali. I to tyle, gwoli wyjaśnienia.

Ubrana więc w zimową kurtkę, czapkę z pomponem i kozaki, wchodzę do garażu o wpół do piątej rano. Ciemno jak w grobie, tylko lekko jaśnieje prostokąt drzwi. A do moich uszu dochodzi cichy dźwięk, takie szur szur po podłodze. W ułamku sekundy w mojej głowie pojawiła się myśl: mysz. A zaraz po niej, jeszcze bardziej niepokojąca: szczur. Więc, przerażona do szpiku kości (przecież mógł mi już między nogami przemknąć do domu!), wrzasnęłam. Z całej siły, wyrażając cały przestrach, który mnie ogarnął. Był to krzyk z cyklu morderca mnie morduje, tudzież mamy w domu szczura. Sama siebie nie podejrzewałam, że mogłabym tak rozdzierająco krzyczeć.

Sekundę potem usłyszałam, jak C. biegnie mi na pomoc, po drodze omal nie zabijając się o krzesło, które po niedzielnych gościach ostało się na środku salonu. Wpadł do garażu półnagi, czerwony i zdyszany, przerażony chyba jeszcze bardziej niż ja. Ja tymczasem już wtedy, lekko nieprzytomnym wzrokiem, wpatrywałam się w sprawcę całego zamieszania: kawałek styropianu, który C. nieopatrznie zostawił na mojej porannej ścieżce. Kopnęłam go, wcale tego w zimowych butach nie zauważając, a on zaszurał zupełnie niewinnie, doprowadzając mnie niemalże do histerii...

Po wszystkim C. stwierdził, że ja to chyba nigdy szczura nie słyszałam. Zgodnie przytaknęłam; nie słyszałam i wcale słyszeć nie chcę. 
Styropian w zupełności wystarczy...

Na deser mam za to zupełnie niestraszny sernik. Na spodzie z czekoladowych pierniczków, z kremową, dość ciężką masą waniliową i delikatnym, lekko wręcz wytrawnym (bo bez dodatku cukru) musem czekoladowym z dodatkiem przyprawy do piernika. 
Przyznam się Wam, że ten sernik mi się niedawno przyśnił - właśnie takie połączenie smaków. Oczywiście, po przebudzeniu go dopracowałam, a później przygotowałam według sennych wskazówek. Wyszedł naprawdę pyszny i bardzo elegancki; dzięki pierniczkowym smakom świetnie się sprawdzi na świątecznym stole. 
Spróbujecie?

Sernik waniliowy z musem czekoladowo-pierniczkowym


Składniki:

spód:
masa serowa:
  • 200 g serka mascarpone
  • 400 g serka kremowego
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 200 g mleka skondensowanego słodzonego
  • 4 jajka
mus czekoladowo-piernikowy:
dodatkowo:
  • 1 kostka białej czekolady
  • laska cynamonu
  • 2 gwiazdki anyżu
Pierniczki drobno pokruszyć. Masło rozpuścić, przestudzić, wymieszać z pierniczkami. Masą wyłożyć spód i boki formy do 1/3 wysokości. Schłodzić w lodówce przez 20 minut.

Podpiec w 180 st. C. przez 12 minut, przestudzić.

Mascarpone, serek kremowy, ekstrakt, mleko i jajka dokładnie wymieszać, tylko do połączenia składników. Wylać na podpieczony spód, wyrównać wierzch.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec kolejne 30-40 minut.
Ostudzić w zamkniętym piekarniku.

75 ml kremówki zagotować z dodatkiem przyprawy do piernika. Zalać nią posiekaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Pozostałą kremówkę ubić, delikatnie połączyć z czekoladą.
Mus wyłożyć na całkowicie ostudzony sernik, wyrównać wierzch. Schłodzić w lodówce przez 4-5 godzin.

Przed podaniem udekorować startą białą czekoladą, laską cynamonu i gwiazdkami anyżu.

Smacznego!


Sernik bierze udział w konkursie na blogu Słodko i wytrawnie:

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

O tym, jak kupiliśmy dom. I różowy sernik pomarańczowy

Nosiliśmy się z tym zamiarem od kilkunastu miesięcy. Szukaliśmy, oglądaliśmy, zastanawialiśmy się i wydziwialiśmy. Pytaliśmy i słuchaliśmy, a potem i tak robiliśmy swoje. W końcu jednak nadszedł ten długo wyczekiwany dzień: znaleźliśmy dom idealny. Ma wszystko, czego potrzebujemy i o czym marzyliśmy. Spełnia wszystkie wymagania, i kryje w sobie niejedną niespodziankę. 
Lista życzeń była długa: minimum dwie łazienki, wanna, kominek, duża kuchnia, duży salon, jadalnia, w której zmieści się ogromny stół (C. ma naprawdę dużą rodzinę); jasny, przestronny, zbudowany na prostym i logicznym planie (co w Danii wcale nie jest oczywistością). 

Zakochaliśmy się już w zdjęciach; pierwsze odwiedziny były niesamowicie emocjonujące. Gdy pan z banku powiedział magiczne tak, powstrzymywałam się całą siłą woli, żeby nie zacząć mu skakać po biurze. A gdy podpisywaliśmy dokumenty w zeszły wtorek, adrenalina podskoczyła mi, jakbym właśnie pierwszy raz skoczyła ze spadochronem. Nie wiem, ilu z Was ma to za sobą, ale kupno pierwszego domu to jest naprawdę coś. I choć kredyt na trzydzieści lat ciągle mnie przeraża, to radość i satysfakcja zdecydowanie przewyższają to lekkie uczucie niepewności. 
I czuję się teraz taka dorosła!

Z tej okazji przygotowałam wariację na temat ulubionego ciasta C., czyli sernika na zimno. Tym razem smakuje pomarańczami, ale kolor ma... Różowy! Jak to zrobiłam? Bardzo prosto - użyłam czerwonych pomarańczy. Nadały ciastu śliczną, pastelową barwę, która świetnie skomponowała się z rubinowymi ziarenkami granatu i głęboko czekoladową granolą. 
Spód chrupie, tak jak i małe niespodzianki w postaci granatu; masa serowa jest kremowa i delikatna, a plasterki pomarańczy na wierzchu cudownie soczyste. Całość nie tylko pięknie wygląda, ale też doskonale smakuje. Idealny deser na tak wyjątkową okazję.

Sernik z czerwonymi pomarańczami i granatem na spodzie z granoli


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 225 ml soku z czerwonych pomarańczy (4-5 owoców)
  • 5 listków żelatyny
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 125 g słodzonego mleka skondensowanego
  • ziarenka z 3/4 granatu

dodatkowo:

Masło rozpuścić, wymieszać z granolą. Wyłożyć na dno tortownicy, przyciskając.
Wstawić do lodówki.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml soku zagotować, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Dodać pozostały sok, wymieszać, ostudzić.
Serek zmiksować z mlekiem, powoli wlewać ostudzony sok, cały czas miksując. 
Kremówkę ubić, dodać do masy serowej, delikatnie mieszając łyżką. Na końcu dodać 3/4 ziarenek z granatu, połączyć.
Masę wylać na spód, schłodzić w lodówce przez kilka godzin, a najlepiej całą noc.

Przed podaniem udekorować pozostałymi ziarenkami granatu, plasterkami pomarańczy i granolą.

Smacznego!


Przeprowadzka już/dopiero pod koniec czerwca. A ja już ustawiam wirtualne meble w moim wymarzonym domu...

czwartek, 17 marca 2016

O tym, dlaczego mam fajnego Tatę. I sernik. Zielony

Byłam niedawno u psiapsiółki. Jak zwykle, przy kawie, próbowałyśmy naprawiać świat. W końcu zeszło na tematy związane z kulinariami, i Karolina dumnie wyciągnęła z szuflady gazetę z przepisami. A tam - same cuda! Kurczaczki, zajączki i tort z uszami. Ten ostatni zafascynował mnie do tego stopnia, że całym sercem zapragnęłam posiadać swój własny egzemplarz. Co robić...?
Pełna pomysłów wszelakich, szybciutko zrobiłam zdjęcia i wysłałam Tacie z podpisem: Kupisz mi...?

Następnego ranka dostałam odpowiedź: Kupiłem.

Czy muszę coś jeszcze tłumaczyć...? Taki Tata to skarb dla kulinarno-blogerowej maniaczki. 
Dziękuję.
I przy okazji składam najlepsze życzenia; dzisiaj bowiem Tatuś ma imieniny.
I brew pozorom, na chrzcie wcale mu Patryk nie dano...

Gdy zobaczyłam ten sernik na blogu Cake time niemal trzy lata temu, zaparło mi dech w piersiach. Jest piękny! I zielony! Czy można nie chcieć od razu biec do kuchni...?
Ja chciałam, ale niestety; mój zapał został szybko ostudzony. Tajemniczym składnikiem, nadającym barwę ciastu, jest zielona herbata matcha. Tutaj: nie do dostania. Ileż się naszukałam, ileż napytałam... I nic. Nie ma.
Zrezygnowana, na długie lata o serniku zapomniałam. Aż w końcu robiłam zakupy na Amazonie, i tam w oko mi wpadła niepozorna paczuszka. Cena przyprawiła mnie o lekką palpitację, ale co tam; raz się żyje. Kupiłam. I teraz nie mogę przestać się nią zachwycać!
Smakuje... No cóż, jak zielona herbata. Czyli dobrze. A do tego nadaje wypiekom obłędnie zielony kolor, który każdorazowo wprawia mnie w zachwyt. W końcu mogłam się więc za sernik zabrać...

Dekorację spapugowałam, bo podoba mi się ogromnie. Zmieniłam jednak nieco proporcje; mniej czekolady, mniej słodkiego mleka, mniej żelatyny. I spód z dwóch trzecich oryginalnej porcji.
Sernik nadal jest słodki, jednak smak czekolady doskonale przełamuje herbata i delikatna nuta cynamonu. Spód jest kruchutki, bardziej przypomina ciasteczkowy niż klasyczny kruchy. Masa serowa jest cudownie kremowa, delikatna, a jednocześnie ciężka. Coś wspaniałego!
Ja nie potrafię się oderwać...

Sernik z białą czekoladą i zieloną herbatą matcha (na zimno)


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 75 g mąki pszennej
  • 50 g mielonych migdałów
  • 1,2 łyżeczki cynamonu
  • 35 g cukru
  • 40 g zimnego masła
  • 1/4 łyżeczki soli
masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 250 g białej czekolady
  • 200 ml śmietany kremówki
  • 150 g słodzonego mleka skondensowanego
  • 2 listki żelatyny
  • 2 łyżki zielonej herbaty matcha (proszek)
dodatkowo:
  • maliny
  • płatki migdałowe
  • herbata matcha (proszek)
Mąkę przesiać, wymieszać z migdałami, cukrem, cynamonem i solą. Dodać zimne masło, posiekać, a następnie zagnieść. Wysypać na spód tortownicy, dokładnie ugnieść.
Schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Piec w 170 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Połowę kremówki zagotować, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Zalać kremówką posiekaną czekoladą, wymieszać do jej rozpuszczenia.
W pozostałej kremówce rozpuścić herbatę.
Serek zmiksować z mlekiem, dodać czekoladę i herbatę. Zmiksować tylko do połączenia składników.

Masę wylać na całkowicie ostudzony spód.
Schłodzić w lodówce minimum 4 godziny, a najlepiej przez całą noc.

Przed podaniem udekorować herbatą, malinami i płatkami migdałów.

Smacznego!


Przepis idealnie pasuje do zielonej akcji Pinkcake:

piątek, 15 stycznia 2016

Gorąca czekolada. Z chilli

Po kilku dniach prawdziwej zimy, z lekkim mrozem i skrzypiącym pod butami śniegiem, nastał czas pluchy i błota, które przynosimy do domu w ilościach wręcz niewyobrażalnych. Ptysia najchętniej biegłaby prosto na kanapę; gdy wycieram jej łapki, robi zbolałą minę; jej oczy mówią, że to przecież ja zmusiłam ją do spaceru, a teraz robię jej taką krzywdę. 
Mimo wszystko jestem w dobrym nastroju. W pracy wszystko wygląda znakomicie; już nawet potrafię zdążyć na siódmą rano ze wszystkimi festelavnboller, które mają rozjechać się po okolicy. C. pracuje popołudniami; wykorzystuję więc fakt, że w domu jestem tylko z Ptysią, i spać chodzimy o godzinie dwudziestej. Wiem, wiem, wszystkie nocne marki złapią się zaraz za głowy z niedowierzaniem i lekką paniką w oczach (moja Mamunia nie raz zademonstrowała mi dokładnie ten wyraz twarzy), ale jak trzeba wcześnie wstawać, to nie ma rady. Też lubię długie wieczory z książką, laptopkiem czy ulubionym serialem, ale na to trzeba będzie poczekać... Długo. Bo w najbliższej perspektywie nie mam dwóch dni wolnych w planie. Jeden bowiem starcza jedynie na nadrobienie zaległości w spaniu.

Jeśli ostatnimi czasy kanapa to również Wasz ulubiony mebel i jednocześnie macie ochotę na coś słodkiego, wylegując się na poduszkach, ale wstanie, przejście do kuchni kilku czy kilkunastu metrów (ponoć zdarza się wybrańcom losu) i zrobienie czegoś więcej niż herbaty wydaje się wysiłkiem godnym Syzyfa, mam dla Was prosty przepis na gorącą czekoladę. Składników nie ma wiele, przygotowuje się nie dłużej, niż będzie się gotować woda w czajniku, a smak... Moi drodzy, poezja! Gęsta, kremowa, słodka czekolada z chilli lekko szczypiącym w język. Coś wspaniałego. Gwarantuję, że po szklaneczce nikt z Was nie będzie już marzył o deserze; miejsce pożądania zajmie bowiem spełnienie. 
Absolutne.

Przepis znalazłam u Angie i nie mogłam się powstrzymać, żeby go nie wypróbować. Od siebie dolałam nieco więcej mleka - w oryginale czekolada bardziej przypomina krem do wyjadania łyżeczką niż napój. Nie mówię, że nie była pyszna... Ale jak już udało się umościć w najwygodniejszym miejscu na kanapie, a tu nagle okazuje się, że łyżeczki brak, problem ten urasta do rozmiarów życiowego dramatu. Lepiej go sobie oszczędzić, i dolać mleka.

Czekolada z chilli na mleku skondensowanym


Składniki:
(na 3 porcje)
  • 250 g mleka skondensowanego słodzonego
  • 150 ml mleka
  • 100 g ciemnej czekolady (70%)
  • 1 łyżka kakao
  • szczypta soli
  • szczypta chilli w proszku
dodatkowo:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1/4 łyżeczki chilli w proszku
Czekoladę posiekać. Razem z mlekiem i mlekiem skondensowanym, kakao, solą i chilli umieścić w garnuszku o grubym dnie. Podgrzewać na bardzo małęj mocy palnika, aż czekolada się rozpuści. Nie gotować!

Czekoladę przelać do szklanek. Podawać natychmiast z ubitą na sztywno kremówką, oprószone odrobiną chilli.

Smacznego!

Tak jak się spodziewałam, wtorek upłynął mi niesamowicie przyjemnie. Telefon poszedł w ruch i mam dla Was kilka niesamowitych zdjęć. O ile tak samo jak mnie interesują Was czekoladowe rzeźby...

wtorek, 5 stycznia 2016

Sernik pierniczkowy nie tylko na Święta

Z okazji Wigilii spędzanej w Polsce, mimo natłoku obowiązków, wszystkich tych przedświątecznych spraw ważnych i ważniejszych, pracy, która wypełnia większość dnia (a dzisiaj także część czasu wolnego), postanowiłam zabrać ze sobą słodkości, które dobrze zaprezentują się na stole w moim rodzinnym domu. Na pierwszy ogień poszedł piernik staropolski, o którego przygotowaniu marzyłam już od dawna. Udał się lepiej niż myślałam! Przygotowując go bowiem po raz pierwszy, nie sposób odmówić sobie obaw o to, czy ciasto po ponad miesięcznym leżakowaniu będzie się jeszcze do czegoś nadawało. Czegokolwiek. Na szczęście ciasto wyszło. A ten smak... Moi drodzy, tego nie da się opisać! Piernik jest idealnie mięciutki, obłędnie aromatyczny, a powidła śliwkowe pasują tutaj wyśmienicie. Jestem pewna, że kolejne Święta, nawet w Danii, bez tego cuda się nie obejdą. 

Bardzo chciałam też upiec makowiec, ale już niestety nie zdążyłam. C. nigdy nie jadł prawdziwego, polskiego makowca; może więc zaszaleję w styczniu...? Jeśli czas pozwoli.
Do towarzystwa piernikowi upiekłam za to kilka rodzajów małych pierniczków, które cieszyły się dużym powodzeniem. Zawsze jakoś tak jest, że takie drobne słodkości kuszą bardziej. Albo może wydają się bardziej niewinne...? 
Nie mnie o tym decydować. Najważniejsze, że wszystkim smakowały.

Choć, szczerze mówiąc, nie miałam ochoty piec niczego więcej, postanowiłam jednak przygotować sernik. Dlaczego? Po pierwsze - uwielbiam! Po drugie - robi się je szybko, prosto, no i zawsze wychodzą. Zrobiłam więc małe czyszczenie lodówki: reszta mleka skondensowanego; całość wyszła za mało słodka, dodałam więc miodu (bardzo świątecznie); reszta kremówki, ostatnie trzy jajka. Z zamrażarki wyciągnęłam żurawinę, a na spód i do kruszonki dałam pierniczków. Masę serową wzbogaciłam tonką, ale jeśli jej nie macie, wanilia sprawdzi się znakomicie.
Całość wyszła boska! Nawet moja wiecznie odchudzająca się Siostra i jej wybredny chłopak pochwalili. Słodka, kremowa, delikatna masa serowa w kontraście z kwaśną żurawiną i chrupiącą, pierniczkową kruszonką nie pozwoliła zbyt szybko oderwać się od talerzyków... W pewnym momencie nawet zaczęłam żałować, że nie przygotowałam tego ciasta w większej formie! Bo co to te osiemnaście centymetrów dla całej bandy łakomczuchów...?

Sernik z tonką, żurawiną i pierniczkową kruszonką

cranberry cheesecake with gingerbreads

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:

masa serowa:
  • 600 g serka kremowego
  • 85 g mleka skondensowanego słodzonego
  • 125 ml śmietany kremówki (38%)
  • 3 jajka
  • 100 g miodu
  • 1 ziarno tonki

kruszonka:

dodatkowo:
  • 150 g żurawiny (świeżej lub mrożonej)

Pierniczki zmiksować w malakserze na pył. Masło rozpuścić, przestudzić. Wymieszać z pierniczkami.
Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia. Ugnieść na spodzie masę pierniczkową, schłodzić w lodówce przez 20-30 minut.

Podpiec w 180 st. C. przez 12 minut.
Ostudzić.

Pierniczki na kruszonkę zmiksować w malakserze na pył. Dodać mąkę, cukier i przyprawę do piernika, połączyć. Dodać zimne masło, zagnieść kruszonkę.

Serek, mleko, kremówkę, jajko, miód i drobno startą lub zmieloną tonkę zmiksować na gładką masę. Wylać na podpieczony spód, na wierzchu ułożyć żurawiny, posypać kruszonką.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut.
Ostudzić w piekarniku.

Przed podaniem schłodzić w lodówce przez noc.

Smacznego!

Wiem, że już po Świętach, ale taki sernik idealnie sprawdzi się w styczniu, gdy puszki ciągle pełne są niezjedzonych pierniczków. Nadadzą się tu każde kruche, bez nadzienia i polewy. Ja użyłam czekoladowych, ale jeśli macie inne, nie bójcie się eksperymentować. Z pewnością będzie pysznie!

wtorek, 27 października 2015

American pie w wersji dyniowej

Ostatnio zakręcona jestem jak przysłowiowy już chyba słoik ogórków na zimę, tudzież rondo w szczycie (zależnie od regionu). Okazuje się bowiem, że żeby coś dostać, trzeba się nabiegać. A żeby wszystko dopiąć na ostatni guzik, potrzebny jest cały stos dokumentów, podpisanych przez wiele różnych osób, urzędujących na kilku różnych końcach miasta (bo miasto nie kij, końców ma zdecydowanie więcej). W końcu jednak się udało, i z dumą mogę powiedzieć, że już w czwartek, o godzinie siódmej rano, rozpoczynam miesięczne praktyki w cukierni. Jeśli okres próbny zakończy się sukcesem, być może uda się osiągnąć coś więcej (odpukać!). Póki co jednak jestem zachwycona tą możliwością i biorę, co dają. Mam nadzieję, że dam sobie radę. Bardzo się denerwuję, choć już miałam krótkie praktyki w piekarni. Ta bowiem jest dużo większa i na nieco wyższym poziomie. Czuję motylki w brzuchu; jestem jednocześnie bardzo podekscytowana i lekko przerażona... Taka mieszanka uczuć, nad którą ciężko jest zapanować. Dlatego bardzo Was proszę - trzymajcie kciuki!
Oby się udało.

Tymczasem jednak wróćmy do teraźniejszości, a ta pomalowana jest jesiennym złotem, kasztanowym brązem i głębokimi odcieniami czerwieni. Na ich tle dumnie pręży swe kuliste jestestwo ogniście pomarańczowa dynia. Moje zapasy mocno się skurczyły - koniecznie muszę je uzupełnić, póki sezon trwa! Dynie bowiem znakomicie się przechowują, i można po nie sięgać nawet w środku zimy. Mniam!

Tematem dzisiejszego pieczenia był klasyczny pumpkin pie. Jest to typowo amerykańskie ciasto, taka niby tarta, ale pieczona w nieco głębszym naczyniu, przez co cudownie kremowego nadzienia jest zdecydowanie więcej. Do tej pory ten wypiek jakoś mi umykał, z radością więc zabrałam się za szukanie przepisu idealnego. W końcu zdecydowałam się sięgnąć po ten ze strony Food network na wersję czekoladową (jakoś nie potrafię trzymać się klasyki...). Po przeczytaniu komentarzy, użyłam większej formy, niż zalecano w oryginale. I choć inni użytkownicy wspominali, że ciasto wyszło za mało słodkie, ja jeszcze zredukowałam ilość cukru. Moim zdaniem wyszło idealnie - słodko, ale nie mdląco. Spód jest idealnie kruchy, ciasto cudownie się listkuje i jest naprawdę pyszne. Nadzienie jest gęste, kremowe i sycące, smakuje czekoladą, korzennymi przyprawami i odrobinę dynią. Wierzch udekorowałam ubitą kremówką; większa ilość czekolady wydawała mi się zupełnie zbędna. 
Moim zdaniem - coś pysznego. C. też był zachwycony. Ale lojalnie uprzedzam - to naprawdę duża porcja. Nawet największy łasuch nie zje więcej niż mały kawałek na raz, ciasto bowiem syci niesamowicie. Dlatego należy jeść powoli, rozkoszować się każdym kęsem... Mówię Wam, niebo w buzi.

Zajrzyjcie też do Marty, która również dzisiaj dyniowy paj piekła.

Czekoladowo-dyniowy paj


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

ciasto kruche:
  • 230 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 115 g zimnego masła
  • 2-3 łyżki zimnej wody
nadzienie:
  • 125 g ciemnej czekolady (85%)
  • 125 g mlecznej czekolady
  • 60 g masła
  • 400 g puree z dyni
  • 335 g mleka skondensowanego słodzonego
  • 3 jajka
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 3/4 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 3/4 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 1/8 łyżeczki mielonych goździków
dodatkowo:
  • 125 ml śmietany kremówki (38%)
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem i solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Powoli dolewać wodę; tylko tyle, żeby ciasto dało się zagnieść.
Uformować z ciasta kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Po tym czasie 2/3 ciasta rozwałkować na okrąg o średnicy 26 cm, wyłożyć nim spód formy. Pozostałe ciasto rozwałkować na pasek szerokości 4 cm, uformować z niego rant.
Ciasto nakłuć wielokrotnie widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać fasolą lub kamykami do pieczenia.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Po tym czasie usunąć obciążenie i papier.

Piec w 200 st. C. jeszcze 10 minut.
Przestudzić.

Czekoladę posiekać, razem z masłem umieścić w garnuszku. Rozpuścić, przestudzić.

Puree z dyni, mleko skondensowane, jajka, mąkę, ekstrakt i przyprawy wymieszać na gładką masę. Dodać rozpuszczoną czekoladę, połączyć.
Masę wylać na podpieczony spód.

Piec w 160 st. C. przez 35-45 minut, aż masa z wierzchu będzie ścięta, ale przy poruszeniu blachą jeszcze lekko galaretowata w środku.
Wystudzić.

Kremówkę ubić na sztywno, udekorować ciasto.
Przechowywać w lodówce, ale podawać w temperaturze pokojowej.

Smacznego!

A już jutro koniecznie zajrzyjcie do Ani, bo goszczę u niej z moją paplaniną i pysznymi słodkościami.

Przepis na dyniowy paj dodaję do akcji Bei.

środa, 10 czerwca 2015

Sernikobrownie z rabarbarem, i nagły przypływ sił

W poniedziałek dużo czasu spędziłam w kuchni. Nie dlatego, że robiłam wyjątkowo dużo różnych rzeczy. Skupiłam się na jednym - drożdżówce. Gdzieś w międzyczasie przygotowałam pyszny koktajl i szybką sałatkę na obiad, ale to właśnie ciasto drożdżowe pochłonęło całą moją uwagę. Zrelaksowało mnie niesamowicie, i sprawiło, że znów nabrałam chęci na blogowanie. Przez ostatni miesiąc pisałam bowiem raczej z przyzwyczajenia czy też niepisanego obowiązku. Moją głowę zaprzątają teraz zupełnie inne sprawy, choć większość z nich, w sposób pośredni lub nie, związana jest z jedzeniem. A tutaj nagle znalazłam te parę godzin na nacieszenie się przygotowaniami, na podziwianie tych wszystkich pięknych kolorów. Zielono-różowy rabarbar, soczystoczerwone truskawki, zarumienione, dojrzałe morele, intensywnie zielony szpinak, wiosenno-seledynowe szparagi... Coś pięknego. A w głowie same układały mi się zdania kolejnych postów, aż miałam ochotę pobiec do komputera i czym prędzej je zapisać, żeby móc sięgnąć do tych myśli, gdy natchnienia i chęci zabraknie.

Czasu, niestety, mi od tego nie przybędzie, ale myślę, że zorganizuję go sobie nieco lepiej, żeby mieć dla bloga więcej czasu. Bo przecież ja to po prostu lubię robić, prawda...?

Dzisiaj jednak nie o drożdżówce będzie mowa, a o cieście zupełnie innym, choć też z rabarbarem (no ba!). Połączyłam intensywnie czekoladowe brownie z delikatnym, waniliowym sernikiem i kwaskowym, dodającym całości charakteru, rabarbarem. Wyszło obłędnie! Ciacho zabrałam do koleżanki, i znikało w tempie błyskawicznym. C. wybłagał kawałek zanim wyszłam i stwierdził, że to jedne z najlepszych ciast, jakie ostatnio jadł. A ja się z nim w pełni zgadzam! Połączenie może i jest nieco zaskakujące, ale wszystkie warstwy idealnie się uzupełniają, a karmelizowany w czerwonym winie rabarbar to czysta poezja. Spróbujcie koniecznie, póki można jeszcze znaleźć te kwaśne łodygi na sklepowych półkach.

Sernikobrownie z rabarbarem

Składniki:
(na formę 25x22 cm)

brownie:
  • 100 g ciemnej czekolady (75%)
  • 100 g masła
  • 2 jajka
  • 80 g cukru
  • 30 g kakao
  • 170 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

masa serowa:
  • 300 g serka kremowego
  • 100 g mleka skondensowanego słodzonego
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mąki pszennej
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

dodatkowo:
  • 300 g rabarbaru
  • 80 g cukru
  • 50 ml czerwonego wina

Rabarbar pokroić na mniejsze kawałki. 
Cukier skarmelizować, dodać rabarbar, poddusić. Zalać winem, gotować 5-10 minut, aż rabarbar zacznie się rozpadać.
Ostudzić.

Masło rozpuścić, zdjąć z palnika, dodać posiekaną czekoladę. Wymieszać aż do jej rozpuszczenia, przestudzić.
Jajka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać czekoladę, cały czas miksując. Na końcu partiami dodać przesianą z kakao i proszkiem mąkę.

Ciasto wyłożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Serek, mleko skondensowane, jajko, mąkę i ekstrakt zmiksować tylko do połączenia składników. Wyłożyć na masę czekoladową, lekko przemieszać.
Na wierzchu ułożyć rabarbar.

Piec w 180 st. C. przez 25-30 minut.
Wystudzić w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.

Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

To było moje pierwsze serniko-brownie, ale będę do tego połączenia wracała, z innymi owocami, a może i zupełnie innymi dodatkami. Nie mogę przestać się nim zachwycać, choć czasu od konsumpcji minęło już sporo. To zdecydowanie o czymś świadczy, prawda...?

niedziela, 10 maja 2015

Cafe latte w serniku

Jak tam pogoda? Nas maj nie rozpieszcza, niestety. W piątek narzekałam, że za zimno, więc wczoraj ochłodziło się jeszcze bardziej, w dodatku cały dzień nie przestawało padać. Brrr! Dzisiaj niby nieco lepiej, ale cały przyszły tydzień zapowiada się raczej wilgotno. A mi się marzy słonko i pikniki! Cóż, będę musiała jeszcze poczekać...

Ten sernik upiekłam z myślą o koleżance jeszcze przed wyjazdem do Kopenhagi. Umówiłyśmy się na przedwyjazdową kawę, musiałam więc koniecznie coś ze sobą zabrać. Tylko co...? Nie zastanawiałam się jednak długo - Karolina, podobnie jak ja, uwielbia serniki. Czego o jej małżonku powiedzieć nie można. Ale skoro on i tak wybierał się do pracy, nic nie stało na przeszkodzie, żebyśmy uraczyły się tym właśnie ciastem. Problem zaczął się w momencie, gdy zaczęłam główkować, co by tu do niego wrzucić... Miał być delikatny i kremowy, rozpływający się w ustach, idealnie pasujący do kawy. Kawy...? No pewnie! Dlaczego by nie dodać kawy...? 
Na ten pomysł wpadłam dość późno, za pieczenie zabrałam się więc o drugiej w nocy. Na szczęście nie trwało długo. Sernik posłodziłam mlekiem skondensowanym, stąd jego nazwa. Warstwy delikatnie ze sobą wymieszałam, przeplatały się więc nuty kawy i wanilii. Wyszło dokładnie tak, jak chciałam - delikatny, kremowy, rozpuszczał się na języku. Gdybym serwowała go w domu, udekorowałabym go jeszcze bitą śmietaną, ale troszkę się bałam, że może mi po drodze popłynąć. Nic nie szkodzi - i tak smakował bajecznie. Polecam Wam go ogromnie - we dwie zjadłyśmy połowę na jedno posiedzenie... A to zdecydowanie o czymś świadczy.

Sernik cafe latte

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 115 g ciastek digestive
  • 1 łyżka kakao
  • 40 g masła

masa serowa:
  • 600 g serka kremowego
  • 200 g mleka skondensowanego słodzonego
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 4 jajka
  • 1,5 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 100 ml mocnej, ostudzonej kawy
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

dodatkowo:
  • czekoladowe ziarenka kawy

Ciastka drobno pokruszyć, wymieszać z kakao i rozpuszczonym masłem. 
Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, a następnie ciasteczkową masą. Dobrze docisnąć. Schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Podpiec w 180 st. C. przez 12 minut.
Przestudzić.

Serek, mleko, śmietanę, jajka i mąkę zmiksować na gładką masę. Podzielić na pół - do jednej części dodać kawę, do drugiej ekstrakt, wymieszać.
Na spód wyłożyć masę kawową. 

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.

Wyjąć tortownicę z piekarnika, wylać na wierzch masę waniliową, delikatnie przemieszać widelcem.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 45 minut.
Ostudzić w zamkniętym piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Przed podaniem udekorować czekoladowymi ziarenkami.

Smacznego!

A jutro znów do szkoły. Miło będzie wrócić po tygodniu nieobecności. 
W ogóle z lekkim przerażeniem zauważyłam, że został mi już tylko miesiąc. A przecież dopiero co zaczynałam! Jak ten czas pędzi, aż ciężko się w tym wszystkim połapać...

wtorek, 2 września 2014

Pudding z solonym karmelem - niebo w buzi

Wstyd się przyznać, ale zupełnie wyleciało mi z głowy znaczenie pierwszego dnia września. Trochę się ostatnio u mnie dzieje, planuję kilka różnych rzeczy, lub powierzając planowanie innym, zajmuję się tylko przyjemną stroną zagadnienia, czyli przygotowywaniem słodyczy. W ferworze pieczenia tych wszystkich przeszłych, przyszłych i obecnych ciast, zapomniałam, że wczoraj był pierwszy dzień szkoły. Na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że szkołę jako taką, czyli liceum, ukończyłam szczęśliwie dziewięć lat temu, i wszystkie moje późniejsze uczelnie rozpoczynały zajęcia w innym terminie: w październiku, gdy studiowałam w Polsce, a już w sierpniu, odkąd rozpoczęłam edukację w Danii (tak, tak biedne duńskie dzieci mają tylko pięć tygodni letnich wakacji!). Od dawna więc wrzesień nie oznacza dla mnie powrotu do szkoły. Są to urodziny Babci i moje, rocznica ślubu Rodziców, a w tym roku również wesele siostry C. Wydarzenia zdecydowanie radośniejsze od powrotu w szkolne mury (choć ja, muszę przyznać, po dwóch miesiącach wakacji zazwyczaj już za tym tęskniłam. Po pierwszej kartkówce za to wyrzucałam sobie, jak mogłam być tak głupia).
A u Was jak tam ze stosunkiem do tego, bądź co bądź, wyjątkowego i jedynego w swoim rodzaju dnia? Czekacie, tęsknicie, czy wręcz przeciwnie - macie nadzieję, że nigdy nie nadejdzie? Czy tak jak ja, zapomnieliście, jak specjalna to data? A może macie już na tyle duże pociechy, że to one przypominają Wam o nadchodzącym pierwszym września...?

Dla mnie wrzesień to, generalnie, początek jesieni. Choć do tej kalendarzowej jeszcze niemal trzy tygodnie, to jedna ta za oknami przekonuje, że to już czas. Liście tracą soczysty, zielony kolor na rzecz intensywnego złota lub ciemnej czerwieni, z czasem przechodzących w ponure brązy. Wiatry i straszące deszczem chmury przekonują, że lato już za nami. I choć zdarzają się naprawdę ciepłe, słoneczne dni, to to ciepło jest jakieś inne - łagodniejsze, stonowane, lekko zamglone... Jesienne, jednym słowem.

Na osłodzenie tych szaro-burych dni mam dla Was coś szczególnego.
Deser ten przygotowałam już naprawdę dawno, a przepis podrzuciła mi Maggie. Zaproponowała wtedy wspólne przygotowanie puddingu; po przeczytaniu przepisu na Justa taste nie wahałam się ani chwili. Tak naprawdę nie wiem, czy Maggie kiedykolwiek go spróbowała - zamknęła bloga, zanim zdążyłyśmy wspólnie opublikować przepis. I tak zdjęcie czekało zapomniane w folderze, aż do dzisiaj. Bo uznałam, że to idealny deser na teraz - słodki, sycący, wyjątkowy za sprawą solonego karmelu, którego połączenie ze słodkim bananem i kremową, rozpływającą się w buzi masą, gwarantuje cudowne doznania. Temu deserowi nie można się oprzeć, i choć ma sporo kalorii, to smakuje tak dobrze, że można zapomnieć o wyrzutach sumienia.

Do solonego karmelu jeszcze wrócę - ten smak jest naprawdę absolutnie wyjątkowy. Trzeba tylko uważać, żeby posolić go w sam raz - wystarczająco, żeby było czuć delikatny smak soli, która wspaniale podbija słodycz; a jednocześnie nie za dużo, bo taki słony będzie wykrzywiał buzie zamiast wywoływać wyraz rozkoszy. Najlepiej więc dodawajcie sól po odrobinie i smakujcie, czy to już.

Waniliowy pudding z bananami i solonym karmelem

Składniki:
(na 4 porcje)

karmel:
  • 80 g cukru
  • 2 łyżki wody
  • 30 g masła
  • 40 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1/2 łyżeczki soli

pudding:
  • 315 ml mleka
  • 75 g budyniu waniliowego (proszek)
  • 75 g serka kremowego
  • 140 ml słodzonego mleka skondensowanego
  • 70 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 1 banan

Karmel:
Cukier z wodą umieścić w garnku o grubym dnie. Podgrzewać na niewielkim ogniu (nie mieszać), aż nabierze głębokiej, złoto-brązowej barwy. Zdjąć garnek z ognia, dodać pokrojone w kostkę masło i wymieszać. Powoli wlewać śmietanę, cały czas mieszając (może pryskać). Na końcu dodać sól, wymieszać.
Przełożyć sos do szklanego naczynia, ostudzić.
Do chwili podania przechowywać w lodówce.

Mleko wymieszać z budyniem, zagotować, cały czas mieszając. Zdjąć z ognia i ostudzić.
Serek dokładnie wymieszać z mlekiem skondensowanym, żeby nie było grudek.
Kremówkę ubić na sztywno. Dodać do serka, połączyć. Partiami dodawać masę do ostudzonego budyniu, dokładnie wymieszać.
Masę przełożyć do szklanek, przechowywać w lodówce do chwili podania.

Przed podaniem na pudding wyłożyć pokrojonego w plastry banana i całość polać sosem karmelowym.

Smacznego!

A ja tymczasem, jak na porządnego ucznia przystało, idę się chłonąć wiedzę na temat jeży oraz zagrożeń spowodowanych coraz większym spożyciem alkoholu wśród duńskiej młodzieży. (Nie, nie zrobiłam błędu. Jeży.)

niedziela, 6 lipca 2014

Sernik z rabarbarem - jeszcze jest czas

Mmm, kocham serniki. Uwielbiam rabarbar (tak, tak, wiem. Sezon już się dawno skończył, teraz czas na zupełnie inne dary natury. Ale: przepis jest sprzed dwóch tygodni, i jakoś zapomniałam dodać go wcześniej, a poza tym cały czas widuję rabarbar na straganach. Więc jak ktoś ma chęć, ma też możliwości). Piekłam już sernik z rabarbarem, teraz przyszła pora na sernik na zimno.

Nigdzie nie mogłam znaleźć przepisu, który by mnie w pełni usatysfakcjonował. Rabarbar jest popularny, ale serniki z jego udziałem to ciągle nie najbardziej rozchwytywane ciasta. Postanowiłam więc pokombinować sama. 
C. powiedział, że chce na biszkopcie. Ja chciałam, żeby miał dwie warstwy - rabarbarową i sernikową. Najdłużej myślałam, jakby tu urozmaicić właśnie tę drugą, aż do głowy wpadła mi cytryna. Pycha!
Mimo, że i rabarbar i cytryna słodkością nie grzeszą, sernik wyszedł bardzo wyważony w smaku. Zużyłam do niego resztę mleka skondensowanego po lodach, dałam też trochę miodu, którego smak bardzo dobrze komponuje się z całością. Masa rabarbarowa jest troszkę kwaskowa, sernikowa też nie jest przesłodzona, ale wszystko równoważy mięciutki, pachnący, słodki biszkopt. Na wierzch świeże truskawki - czysta rozkosz w buzi. 
Ponieważ na biszkopt wyłożyłam nie całkiem stężałą masę, sok spłynął do biszkoptu, nasączając go i nadając mi kolor. Mi się ten efekt podoba, ale jeśli chcecie mieć żółciutki biszkopt, poczekajcie z wylaniem masy, aż zacznie lekko tężeć.

Sernik cytrynowy z rabarbarem na biszkopcie (na zimno)

Składniki:
(na formę 20x20 cm)

biszkopt:
  • 2 jajka
  • 70 g cukru
  • 45 g mąki pszennej
  • 15 g mąki ziemniaczanej
  • skórka otarta z 1 cytryny

masa rabarbarowa:
  • 400 g rabarbaru
  • 2 łyżki cukru
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 galaretka truskawkowa (proszek)

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 120 g mleka skondensowane słodzonego
  • 30 g płynnego miodu
  • sok z 1 cytryny
  • 6 listków żelatyny
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 9 truskawek

Mąki przesiać, wymieszać.
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec ubijania dodając partiami cukier. Po jednym dodawać żółtka, miksując po każdym dodaniu. Na końcu partiami dodawać mąkę, miksując na najniższych obrotach.
Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Przelać do formy masę, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 25 minut.
Przestudzić w uchylonym piekarniku, następnie wyjąć z piekarnika i ostudzić całkowicie.

Rabarbar zasypać cukrem, odstawić na 30 minut. Po tym czasie dodać skórkę i sok z cytryny, zagotować. Dusić na średnim ogniu, aż rabarbar zmięknie i zacznie się rozpadać. Zdjąć z palnika, wmieszać galaretkę. Odstawić do ostygnięcia.

Gdy masa ostygnie, wyłożyć ją na biszkopt, równomiernie rozprowadzając. Wstawić do lodówki na 30-60 minut, aż zastygnie.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Sok z cytryny podgrzać, dodać odciśniętą żelatynę, mieszać, aż się rozpuści. Ostudzić.
Serek utrzeć z mlekiem skondensowanym i miodem na gładką masę. Dodać całkowicie ostudzoną żelatynę, zmiksować.
Kremówkę ubić na sztywno, łyżką delikatnie wmieszać do masy serowej.

Masę wyłożyć na warstwę rabarbaru, wygładzić wierzch, a następnie zrobić spodem łyżki fale. Odstawić na 4-5 godzin do lodówki do stężenia.

Przed podaniem posypać cukrem pudrem i udekorować truskawkami.

Smacznego!

Hmm... Sama nie wiem, czy to już ostatnie rabarbarowe pyszności w tym roku. Aktualnie na tapecie inne owoce, ale któż wie, może jeszcze wrócę do tych pysznych łodyg i zaserwuję je Rodzince...? Nie zdążyłam się bowiem rabarbarem nacieszyć(jak co roku zresztą) i ciągle mam ochotę na więcej...

wtorek, 24 czerwca 2014

Lody truskawkowo-różane. Z bezami. Czy może być coś lepszego...?

Kocham lody. Naprawdę. Lody smerfowe, intensywnie niebieskie, to mój ukochany smak z dzieciństwa. Zabawnym jest, że zupełnie go już nie pamiętam... Gdyby ktoś postawił przede mną miseczkę takich lodów, nie miałabym pojęcia, czy to jest właśnie ten smak. Ale wspomnienia są: Mama i Dziadek kupowali mi je w lodziarni mieszczącej się na parterze budynku, w którym ciągle mieszka moja Babcia. Zawsze wybierałam ten sam smak. Podejrzewam, że to, jak właściwie smakowały, nie było aż tak istotne. Miały bowiem cudownie błękitny kolor, któremu nie potrafiłam się oprzeć...

Dzisiaj zdecydowanie stawiam na smak. Dlatego tak kręci mnie kręcenie lodów w domu - mogę kombinować do woli, łączyć składniki tak, że powstają mieszanki, których próżno szukać w sklepach. Choć, muszę przyznać, aktualnie na rynku jest mnóstwo rodzajów, które kilka lat temu był nie do pomyślenia. Pomijam lody wytrawne (czosnkowe to dla mnie cały czas czysta magia), ale te wszystkie cookie dough, tiramisu, sorbet z mango czy z cytryny z pieprzem... Jeszcze niedawno była wanilia, czekolada, truskawka i śmietanka. Pistacjowe były luksusem. Jak ten czas pędzi do przodu...

Do przygotowania tych lodów zainspirowały mnie lody z reklamy (znowu. Nie będę wdawać się w szczegóły, o nich było w ostatnim wpisie o lodach): truskawkowe z bezami. Mmm... Truskawkowe uwielbiam (tylko domowe), z dodatkiem chrupiących, słodziutkich bez, byłam pewna, smakowałyby wyjątkowo. Ale żeby dodać coś od siebie, przygotowałam je z dodatkiem konfitury z płatków róży. Wyszło coś absolutnie wyjątkowego. Truskawki, okazuje się, z różą lubią się bardzo. Oba smaki są idealnie zrównoważone, ale polecam dodawać konfiturę partiami i próbować, czy już wystarczy, czy smak róży powinien być wyraźniejszy. Pamiętajcie jednak, że po zamrożeniu stanie się on intensywniejszy.
Jako kontrast do bardzo kremowych lodów - chrupiące kawałeczki bezy. Dodajemy je na końcu, gdy masa jest już częściowo zamrożona, dzięki czemu nie rozmiękną.
Te lody polecam Wam bardzo - smakują niebiańsko. Bez przesady.

Lody truskawkowo-różane z bezami

Składniki:
(na 1,8 l lodów)
  • 500 g truskawek
  • 150 g konfitury z płatków róży
  • 2 łyżki syropu z płatków róży
  • sok z 1 cytryny
  • 250 g skondensowanego mleka słodzonego
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 75 g bez

Truskawki umyć, osuszyć, odszypułkować. Włożyć do większej miski, zmiksować na jednolitą masę. Dodać konfiturę, syrop i sok z cytryny, zmiksować. Dodać mleko skondensowane i kremówkę, dokładnie wymieszać.
Masę przelać do maszyny do lodów.
Gdy maszyna skończy pracę, wymieszać lody z pokruszonymi bezami. Przełożyć do pudełek do lodów, zamrozić.

Smacznego!

Podoba mi się to zdjęcie. Zazwyczaj fotki, które pstrykam nie są najlepszej jakości; to pewnie też nie jest, ale i tak mi się podoba.
Jakoś dziwnie zadowolona z siebie dzisiaj jestem...

niedziela, 1 czerwca 2014

Na Dzień Dziecka - lody truskawkowo-rabarbarowe

Nie mam dzieci. Moi Rodzice są za daleko, żeby świętować ze mną Dzień Dziecka, choć pamiętają o nim zawsze. Postanowiłam więc, że troszkę nas porozpieszczam - w końcu każda okazja jest dobra.
A co może być lepszego na Dzień Dziecka niż lody...? No nic. Przynajmniej moim zdaniem.

Przygotowałam więc wyjątkowo łatwe i niesamowicie pyszne lody truskawkowo-rabarbarowe. Świeży smak truskawek miesza się z kwaśnym rabarbarem, a dzięki dodatkowi skondensowanego, słodkiego mleka nie trzeba zawracać sobie głowy robieniem kremu z żółtek i innymi skomplikowany sprawami. Wystarczy podgotować rabarbar, zmiksować z resztą składników, zamrozić - i gotowe. Lody mają idealną, gładko-kremową konsystencję i pyszny, owocowy smak. Polecam wszystkim - małym i dużym. 

Lody truskawkowo-rabarbarowe

Składniki:
(na 1,3 l lodów)
  • 350 g truskawek
  • 250 g rabarbaru
  • 1 łyżka cukru
  • 3 łyżki wody
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 350 g słodzonego skondensowanego mleka

Rabarbar pokroić na niewielkie kawałki. W garnku skarmelizować cukier z wodą, dodać kawałki rabarbaru. Dusić pod przykryciem, aż zupełnie zmięknie i się rozpadnie. Ostudzić.
Rabarbar zmiksować blenderem z truskawkami na gładką masę, można przetrzeć przez sitko.
Schłodzone w lodówce mleko wymieszać z owocami, dodać kremówkę, dokładnie połączyć.

Masę przelać do maszyny do lodów. Gdy skończy pracę, przełożyć lody do pudełka i zamrozić.
Wyjąć z zamrażarki 20 minut przed podaniem, aby lody zmiękły.

Smacznego!

Brunch udał się znakomicie - ale o nim, i o pysznościach, które na niego przygotowałam, w następnym wpisie.

poniedziałek, 31 marca 2014

Wiosenny sernik z mascarpone

Dziś ostatni dzień konkursu na Mikserze, w sieci więc całe mnóstwo serników. I ja postanowiłam wykorzystać tę ostatnią chwilę, i jeszcze coś przygotować. Choć z zasady jestem sceptyczna, to jednak nutka nadziei na wygraną zawsze gdzieś się tli... Zobaczymy. W każdym razie, dla mnie, nagrodą za udział w konkursie była możliwość zjedzenia kilku pysznych serników, a jak zapewne wiecie, to zdecydowanie moje ulubione ciasta. Nigdy nie mam ich dość...

Jakiś czas temu potrzebowałam mascarpone. Chodziłam, szukałam - nic. Może w poniedziałek. Hmm... Mascarpone na wagę złota.
W związku z tym C. kilka dni później, pamiętając moją desperację, kiedy w sklepie zauważył mascarpone, bez wahania nabył dwa opakowania, żeby mi je w domu uroczyście wręczyć. Ucieszyłam się, choć już nie pamiętałam nawet, do czego mi pierwotnie było potrzebne.
Choć zostało mu jeszcze trochę czasu, postanowiłam wykorzystać je natychmiast. Nigdy jeszcze nie piekłam sernika na samym tylko mascarpone, i stwierdziłam, że to wyśmienita okazja. Dodałam do masy słodzone mleko skondensowane, które w czasie pieczenia lekko się skarmelizowało - na wierzchu sernika powstała cudowna karmelowa skorupka, a całość nabrała niesamowitego zapachu i delikatnego posmaku karmelu. Do tego wanilia i owoce - u mnie maliny i borówki amerykańskie, bo akurat to miałam w lodówce. Wyszło pysznie - sernik jest delikatny i lekki, słodki, ale nie za bardzo. Owoce idealnie tutaj pasują, bez nich ciasto mogłoby być nieco mdłe... Myślę, że wspaniale sprawdziłyby się kwaskowate wiśnie.
Spód tym razem to niezawodne kruche ciasto od Michela Roux (z jego Ciast pikantnych i słodkich). Na wierzchu chmura bitej śmietany z dodatkiem galaretki, dzięki temu jest bardzo świeża w smaku. Na wierzch reszta owoców (można dać więcej, ja nie miałam) zanurzonych w galaretce - dzięki temu ładnie się błyszczą i dłużej zachowają ładny wygląd.

Sernik wyszedł naprawdę pyszny, delikatny, lekko budyniowy w smaku. Pyszności. Koniecznie musicie spróbować.

Sernik z mascarpone i owocami w kruchym cieście

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

kruche ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 125 g zimnego masła
  • 1 jajko

masa serowa:
  • 500 g serka mascarpone
  • 150 g mleka skondensowanego słodzonego
  • 3 jajka
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 1,5 łyżki budyniu waniliowego (proszek)
  • 150 g borówek amerykańskich
  • 85 g malin
  • 1 łyżka mąki pszennej

dodatkowo:
  • 40 g malin
  • 50 g borówek amerykańskich
  • 1/2 opakowania (37 g) galaretki morelowej
  • 200 ml wrzątku
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z cukrem i solą. Dodać pokrojone w kostkę masło, posiekać, a następnie szybko zagnieść. Wbić jajko, zagnieść gładkie ciasto.
Z ciasta uformować kulę, owinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Ciasto cienko rozwałkować, wykroić okrąg na spód.
Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Ułożyć okrąg z ciasta. Schłodzić w lodówce przez 15-20 minut.
Przed pieczeniem gęsto nakłuć widelcem.

Piec w 190 st. C. przez 15 minut.
Wystudzić.

Z pozostałego ciasta wykroić paski o szerokości 5 cm, wyłożyć nimi brzegi tortownicy, formując krawędź.

Mascarpone, mleko skondensowane, jajka, ekstrakt i budyń umieścić w misce. Zmiksować na gładką masę - tylko do połączenia składników.
Owoce obtoczyć w mące, dodać do masy serowej, delikatnie wymieszać łyżką.Masę przelać do formy.

Piec w 150 st. C. przez 1,5 godziny.
Wyłączyć piekarnik; zostawić sernik w zamkniętym piekarniku aż do wystudzenia.

Całkowicie wystudzone ciasto schłodzić w lodówce przez 3-4 godziny, a najlepiej przez całą noc.

Galaretkę rozpuścić we wrzątku, ostudzić, wstawić do lodówki. Kiedy zacznie lekko tężeć, zanurzać w niej owoce przeznaczone do dekoracji. Odkładać owoce na talerz, najlepiej tak, żeby się nie dotykały. Wstawić do lodówki.

Kremówkę ubić, pod koniec powoli wlewając tężejącą galaretkę. Masę wyłożyć na sernik, schłodzić w lodówce przez 15-20 minut.
Udekorować owocami w galaretce.

Smacznego!

Przepis jest dość długi, ale w przygotowaniu sernika nie ma większej filozofii. Wyjdzie każdemu - jestem pewna. A smak i wygląd zachwycą gości.

Serniki dla Miksera - edycja 1.14