Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wykorzystanie żółtek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wykorzystanie żółtek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 lutego 2018

Deser kasztanowo-kawowy i powrót do codzienności

Dzisiaj skończyłam kolejny etap szkolny - piąty. Teraz już tylko powrót do domu, i jutrzejsza pobudka o wpół do pierwszej w nocy... Brutalny powrót do rzeczywistości. 
Mam jednak wrażenie, że codzienność nie da mi się we znaki za bardzo - w końcu to tylko tydzień... Bo później znów wracam do szkoły; tak, żeby się na Zelandii za mną stęsknić nie zdążyli. 

Tym razem było bardzo kameralnie - nauczyciel i my trzy. Muszę przyznać, że bawiłam się świetnie; bez sztywnego planu, całe dnie robiłam croissanty, kransekage, musy i polewy lustrzane... Udoskonalałam techniki, znajdowałam nowe, warte uwagi przepisy, bawiłam się karmelem i czekoladą - jednym słowem, aż żal, że to już koniec. Bo przy kolejnej okazji będzie nas znów piętnaścioro - co oczywiście ma swoje plusy, ale... Sami wiecie, jak jest. 

Moją największą dumą jest pokonanie lęku przed możliwością wylosowania na egzaminie końcowym marcepanowego rożka. Brzmi niewinnie, ale uwierzcie - to prawdziwe wyzwanie! Wszystko musi do siebie idealnie pasować, paseczki lukru muszą być cieniutkie i w idealnie równych odległościach, a całość nie powinna odchodzić od pionu. W końcu mi się udało! Oczywiście, nie jest idealnie, ale... Blisko. Wystarczająco blisko, żebym nie wpadała w bezdech na samą o nim myśl.
Ta szkoła jednak czegoś mnie uczy...

Dzisiaj mam dla Was natomiast przepis na naprawdę wyjątkowy deser. Bardzo prosty; raptem kilka składników, w dodatku niespecjalnie wyszukanych (no, może poza kasztanami, które poza sezonem ciężko kupić. Okazuje się jednak, że można znaleźć je mrożone - już obrane i podgotowane, gotowe do użycia - genialny pomysł!). Mamy więc krem kasztanowy z dodatkiem ricotty, warstwę intensywnie kawowej galaretki, delikatny mus kawowy i migdałowo-kasztanowy nugat. C. się w tym deserze zakochał, szczególnie przypadł mu do gustu chrupiący wierzch, który bezczelnie podjadał z miseczki, zanim zdążyłam udekorować nim desery. Dzięki dodatkowi sody do karmelu staje się on niemal puszysty - choć może to nienajlepsze określenie. Soda napowietrza karmel, dzięki czemu jest dużo przyjemniejszy w jedzeniu - taki prosty, a jakże efektowny trik!

Całość jest świetnie wyważona i lekko zaskakująca, pięknie wygląda i smakuje po prostu bosko!
I tak, ja wiem, że już po Walentynkach, ale w myśl zasady, że kochać trzeba na co dzień, a nie tylko od święta, przygotujcie taki deser w weekend i zjedzcie w doborowym towarzystwie. Nie pożałujecie - gwarantuję!

Deser kasztanowo-kawowy


Składniki:
(na 4-6 porcji)

mus kasztanowy:
  • 100 g słodzonego kremu z kasztanów
  • 50 g sera ricotta
  • 180 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny

galaretka kawowa:
  • 150 ml kawy
  • 2 listki żelatyny

mus kawowy:
  • 2 żółtka
  • 2 łyżki cukru
  • 45 ml mocnej kawy
  • 2 listki żelatyny
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:

Przygotować mus kasztanowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Białka ubić na sztywną pianę.
150 ml kremówki ubić na pół sztywno.
Pozostałą kremówkę podgrzać, dodać do niej odciśniętą żelatynę. 
Krem kasztanowy zmiksować z ricottą. Dodać żelatynę, zmiksować. Dodać ubitą kremówkę w dwóch partiach, delikatnie mieszając łyżką.
Przełożyć krem do szklanek, schłodzić.

Przygotować galaretkę:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. Odcisnąć, dodać do gorącej kawy, ostudzić. Gdy galaretka zacznie tężeć, przelać na mus kasztanowy. Schłodzić.

Przygotować mus kawowy:
Żelatynę namoczy c w zimnej wodzie.
Żółtka z cukrem utrzeć na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać kawę, cały czas miksując. Przelać masę do garnuszka, podgrzewać, cały czas mieszając, aż nieco zgęstnieje (nie gotować!). Do ciepłej masy jajecznej dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Przestudzić. 
Kremówkę ubić na pół sztywno. Delikatnie wmieszać do letniej masy jajecznej. Przelać na zastygniętą galaretkę, schłodzić.

Kasztany i migdały grubo posiekać, wysypać na papier do pieczenia.
Cukier skarmelizować. gdy nabierze głębokiej, złoto-brązowej barwy, dodać sodę, wymieszać. Natychmiast przelać karmel na migdały i kasztany, wymieszać. Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Przed podaniem posypać deser posiekanymi kasztanami i migdałami w karmelu.

Smacznego!


Ja tymczasem zbieram się do domu; jeśli się pospieszę, jest szansa, że dostanę spóźnionego walentynkowego całusa!

czwartek, 8 lutego 2018

Pączki z pistacjami

Dzieje się dzisiaj, oj dzieje... 
Po pierwsze, jedna z grup cukierniczych miała dzisiaj egzaminy końcowe, a między nimi znajdowała się moja współlokatorka. Mimo widocznego zdenerwowania zakrawającego momentami na panikę, poszło jej dobrze - zdała. Dokładnych wyników jeszcze nie znam, ogłoszą je dopiero późnym wieczorem. Najważniejsze jednak, że wszyscy zaliczyli i wydawali się zadowoleni. Oczywiście, nie mogłam odmówić sobie przyjemności obejrzenia wyników ich całodziennej pracy - i mówię Wam, były imponujące (a przynajmniej większość z nich). Trzypiętrowe torty wypełnione najróżniejszymi musami, nadziewane czekoladki, ciasto duńskie i francuskie w kilku wydaniach, desery, słynne duńskie kransekage, ciasta ucierane i klasyki (według duńskich standardów jest ich osiemnaście, na egzamin końcowy losuje się jeden z nich, a są to - między innymi - francuska tarta cytrynowa, creme brulee, panna cotta, tort szwardzwaldzki, Othello, Georgina i parę innych niezłych kwiatków). Objadłam się za wszystkie czasy, ale naprawdę niemożliwością jest oprzeć się takim wspaniałościom.

Tymczasem w Polsce mamy dzisiaj Tłusty Czwartek. Objedliście się pączkami po same uszy...? Ja nie zjadłam ani jednego... Nie mam dostępu do kuchni, w której mogłabym szaleć z garnkiem pełnym gorącego tłuszczu, ale przygotowałam się na zapas. W miniony weekend nasmażyłam jednych z najlepszych pączków, jakie jadłam. Wyszły lepiej, niż się spodziewałam: puszyste, delikatne ciasto o cytrynowej nucie, a do tego rozpływający się w ustach krem z pistacji i ricotty. Połączenie zwalające z nóg, mówię Wam!
I tak, wiem, że dzisiaj już za późno, żeby się za smażenie pączków zabierać, ale zapiszcie sobie ten przepis - przyda się za rok. A może postawicie świat na głowie, i zrobicie pączki w najbliższy weekend...? Ja, szczerze mówiąc, bardzo poważnie rozważam taką ewentualność...

A po inne tłustoczwartkowe smakołyki koniecznie zajrzyjcie do Mopsika i Ani.

Pączki cytrynowo-pistacjowe


Składniki:
(na 16 sztuk)
  • 550 g mąki pszennej
  • 30 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 70 g cukru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g masła
  • 2 łyżki likieru cytrynowego
  • skórka otarta z 1 cytryny
krem:
  • 250 g serka ricotta
  • 140 g kremu pistacjowego
lukier:
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1-2 łyżki gorącej wody
dodatkowo:
  • 20 g pistacji bez łupinek
  • 1,5 l oleju do smażenia
Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać połowę mleka. Odstawić na 10-15 minut w ciepłe miejsce.
W tym czasie masło rozpuścić, przestudzić.

Do zaczynu dodać pozostałe mleko i cukier, jajka oraz żółtka. Zagnieść. Dodać masło, sól, likier i skórkę cytrynową, wyrobić gładkie, dość luźne ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na około 1 godzinę.

Po tym czasie odrywać kawałki ciasta o wadze około 70 g, formować z nich kulki, układać na oprószonym mąką blacie, zachowując odstępy. Zostawić do napuszenia na 25-40 minut.

W tym czasie rozgrzać olej do temperatury 175 st. C. Smażyć pączki na rozgrzanym oleju, przez około 90 sekund z każdej strony. Odkładać na papierowy ręcznik.

Serek utrzeć z kremem pistacjowym na puszysty krem. Nadziewać nim całkowicie ostudzone pączki.

Z wody, soku z cytryny i cukru pudru utrzeć lukier. Polać nim pączki, posypać posiekanymi pistacjami. Odstawić do zastygnięcia lukru.

Smacznego!


Tak sobie myślę, że chociaż nie zjadłam ani jednego pączka, to i tak szczęście będzie mi sprzyjać. W końcu tyle słodkiego, które w siebie dzisiaj wcisnęłam, nie może przejść bez echa!

wtorek, 6 lutego 2018

Tiramisu z malinami

Gdy po skończonych zajęciach wyszłam dzisiaj na dwór, ze zdziwieniem zaobserwowałam powoli opadający płatek śniegu. Jeden. Ale za to ogromny! (W kategorii płatków śniegu, rzecz jasna.) Później, gdy szłam zjeść i wyjrzałam przez okno, zauważyłam ich zdecydowanie więcej. W idealnej ciszy, która wręcz świdrowała w uszach, stałam i patrzyłam jak urzeczona. Śnieg prószył, coraz gęstszy, przykrywając świat białym dywanem. Uwielbiam to widowisko; może dlatego, że widuję je coraz rzadziej? Mam wrażenie, że kiedyś zimą śniegu było więcej. I częściej.
Chyba opanowała mnie lutowa nostalgia...

W ogóle z tym lutym coś jest w tym roku nie tak (aż boję się myśleć o tym, że to dopiero początek!). W niedzielę dopadła mnie lutowa depresja; po powrocie z pracy i dwóch z rzędu nieprzespanych nocach, usiadłam przy stole w kuchni i miałam ochotę po prostu się rozpłakać. Najgorsze jest jednak to, że nie wiem, dlaczego! Zmęczenie, niewyspanie, nadmiar pracy i innych obowiązków związanych ze szkołą i dwudniowym pobytem w domu, a może po prostu wiatr, deszcz i ogólna szaruga...? Chyba jednak wszystko razem... Na szczęście na pomoc przybyły Ptysia i Pączusia, rozdając całusy, przytulając się i stanowczo żądając rzucania piłeczką. I jak tu się nie śmiać, gdy jeden pies wpakowuje się na kolana, a drugi aż burczy z zazdrości...?

Jeszcze przed rozpoczęciem szkoły, będąc na zakupach, kupiłam całe pół kilo mascarpone (było w promocji, nie mogłam się więc oprzeć; ricottę też kupiłam, a dopiero później zaczęłam się zastanawiać, co ja z tym wszystkim pocznę...). Z połowy przygotowałam nadzienie do pączków, z reszty - tiramisu. Co chyba nie jest dla nikogo zaskoczeniem, bo to mój ulubiony deser. Tym razem postawiłam na wariację malinową; jest więc kawa, malinowy likier i trochę owoców. Muszę przyznać, że jest to zaskakująco udane połączenie; kto nigdy nie próbowałam malin z kawą, powinien jak najszybciej nadrobić braki! Delikatny, puszysty krem, mocno nasączone kawą biszkopty, orzeźwiające całość maliny i odrobina kakao zamiast wisienki. Jest pysznie!

Deser jest banalnie prosty, więc może skusicie się i przygotujecie taki na Walentynki...? Bo w końcu kto ma czas na przesiadywanie w kuchni w środku tygodnia...

Tiramisu z malinami


Składniki:
(na 4-6 porcji)
  • 3 żółtka
  • 2 białka
  • 60 g cukru pudru
  • 250 g serka mascarpone
  • 100 g podłużnych biszkoptów
  • 200 ml mocnej, ostudzonej kawy
  • 250 g malin
  • 2 łyżki likieru malinowego
  • 2 łyżki kakao

Maliny zalać likierem, wymieszać.

Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone, zmiksować tylko do połączenia składników.
Białka ubić, dodać do masy serowo-żółtkowej, delikatnie mieszając łyżką. Na końcu dodać likier z odcedzonych malin.

Biszkopty maczać krótko w kawie, połowę rozłożyć do szklanek. Na to wyłożyć połowę kremu, oprószyć kakao i wyłożyć większą część malin. Następnie na malinach ułożyć pozostałe biszkopty i krem, oprószyć kakao i udekorować malinami.
Schłodzić w lodówce przed podaniem.

Smacznego!


Tymczasem wczoraj moja szalona współlokatorka zaprzęgła mnie do prasowania dwóch gigantycznych obrusów. Śmiechu było co niemiara, chyba obie się trochę odprężyłyśmy. A dzisiaj będziemy dalej liczyć; wczoraj w pewnym momencie przestałam rozumieć duńskie cyferki, więc zrobiłyśmy sobie dłuższą, dwudziestoczterogodzinną przerwę. Najwyższy czas jednak zabrać się do pracy; mam bowiem mocne postanowienie, że w końcu się wyśpię. Bo kiedy, jak nie teraz...?

sobota, 3 lutego 2018

Pączki tiramisu i socjalizacja

Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Taka szkoła na przykład: daleko od domu, człowiek musi dzielić te kilka metrów kwadratowych z kimś zupełnie obcym, tęskni za mężem, psami i własnym łóżkiem. Z drugiej strony ma możliwość nie tylko nauki, ale też czas na eksperymenty i socjalizację. A w tym ostatnim akurat najlepsza to ja nie jestem. Powiedziałabym nawet, że wręcz przeciwnie - jestem przypadkiem beznadziejnie asocjalnym. Ludzie w gruncie rzeczy mnie denerwują i nie szukam ich towarzystwa, zadowalając się własnym. Tym razem jednak dostałam lekko zwariowaną współlokatorkę, która w przyszłym tygodniu zdaje końcowy egzamin, więc jest niezwykle nerwowa i roztrzepana. Ostatnio musiałam ratować ją plastrami, nożyczkami do paznokci i czystymi skarpetkami... Ale to już nie jest historia na blog kulinarny.
Z drugiej strony pogłębiam znajomości już nawiązane, wyznając starą, dobrą zasadę, że z ludźmi, którzy cię karmią, należy żyć dobrze. Więc żyję. Piwo nawet wypiję (ja w końcu mam końcowy egzamin dopiero pod koniec maja; do tego czasu zdąży mi to piwo z głowy wywietrzeć). 

A dzisiaj mam dla Was pierwszy przepis na pączki (i nieostatni w tym sezonie - obiecuję!). Znalazłam go na blogu Doroty i od razu wiedziałam, że będę musiała spróbować - w końcu tiramisu to mój ukochany deser, więc pączki choćby o nim przypominające nie mogły ujść mojej uwadze. 
Wyszły boskie! Ciasto jest idealne, choć odrobinę się lepi. Pączuszki wychodzą lekkie, puszyste i delikatne - no po prostu cud, miód i orzeszki. Kremowe nadzienie (na które trzeba uważać, bo lubi wypływać) smakuje obłędnie, a w połączeniu z lukrem kawowym to prawdziwa uczta. 
C. zabrał dwanaście sztuk do pracy; dali im radę we czterech. I jeszcze było im mało! Zostałam obwołana pączkową królową i obsypana taką ilością komplementów, że zarumieniłam się po same czubki uszu.
Tego po prostu musicie spróbować!

Pączki tiramisu


Składniki:
(na 16 sztuk)
  • 550 g mąki pszennej
  • 30 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 70 g cukru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g masła
  • 2 łyżki likieru Amaretto

krem:
  • 250 g serka mascarpone
  • 2 żółtka
  • 50 g cukru pudru
  • 2 łyżki likieru Amaretto

lukier:
  • 3-4 łyżki mocnej, gorącej kawy
  • 130 g cukru pudru

dodatkowo:
  • 1 łyżka kakao
  • 1,5 l oleju do smażenia

Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać połowę mleka. Odstawić na 10-15 minut w ciepłe miejsce.
W tym czasie masło rozpuścić, przestudzić.

Do zaczynu dodać pozostałe mleko i cukier, jajka oraz żółtka. Zagnieść. Dodać masło, sól i likier, wyrobić gładkie, dość luźne ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na około 1 godzinę.

Po tym czasie odrywać kawałki ciasta o wadze około 70 g, formować z nich kulki, układać na oprószonym mąką blacie, zachowując odstępy. Zostawić do napuszenia na 25-40 minut.

W tym czasie rozgrzać olej do temperatury 175 st. C. Smażyć pączki na rozgrzanym oleju, przez około 90 sekund z każdej strony. Odkładać na papierowy ręcznik.

Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać likier, cały czas miksując. Na końcu dodać mascarpone, zmiksować na puszysty krem. 
Krem przełożyć do woreczka cukierniczego z końcówką do nadziewania pączków. Nadziewać całkowicie ostudzone pączki. 

Z kawy i cukru pudru ukręcić lukier. Polać pączki. Po zastygnięciu lukru oprószyć kakao.

Smacznego!


Z dna rozpaczy (czarnej) wyciągnął mnie ebook. Niech żyje technika!

czwartek, 28 września 2017

Ach, co to był za ślub! I figi w miodowym karmelu z miodowym semifreddo

W dniu ślubu wstałam o `szóstej rano. Mimo krótkiego snu - zaskakująco wypoczęta. Chyba emocje wzięły górę; czułam się bowiem dość dziwnie. Wiedziałam, że ten wielki, miesiącami wyczekiwany dzień właśnie nadszedł. A mimo, że - jakby nie patrzeć - byłam centralnym punktem całego dnia, miałam wrażenie, że wszystko dzieje się jakby obok mnie. Nie byłam nerwowa czy zestresowana; tak naprawdę ten dziwny spokój niemal mnie przerażał. 
Umyłam zęby, ubrałam się w getry i wygodną koszulkę, narzuciłam sweter i poszłam sobie zrobić herbaty. Bo czy można by ten dzień rozpocząć w jakiś inny sposób...? Trochę pogawędziłam z Tatą, żeby o siódmej rano oddać się w ręce siostry C. Układanie fryzury, z zegarkiem w ręku, zajęło dwie godziny. Nigdy w życiu nie spędziłam tyle czasu na fryzjerskim fotelu! Niemniej, efekt był zniewalający. Serio; byłam absolutnie zachwycona. I chociaż wiedziałam, czego się spodziewać, bo czesała mnie na próbę i dokładnie wiedziała, czego chcę, byłam w szoku, że z moich włosów można zrobić coś tak pięknego. A gdy do wszystkiego doszedł makijaż - niemal nie poznawałam się w lustrze.
Później wszystko nabrało tempa. Wkładanie sukni to, moi drodzy, droga przez mękę. Pamiętacie tę słynną scenę z Przeminęło z wiatrem, gdy Scarlett trzyma się łóżka, a służąca zaciąga jej gorset? Dokładnie tak wyglądałam tego ranka, tyle, że zamiast ciemnoskórej, porządnie zbudowanej damy zabrała się za mnie moja, przypominająca z figury gałązkę, Siostra. Była jednak tak samo brutalna i bezwzględna; skończyło się to przysłowiową talią osy i niemal zupełnym brakiem możliwości oddychania. Ale, jak mawia Babcia: żeby być piękną, trzeba cierpieć. Włożyłam więc buty na obcasie i uważając, żeby o nic nie zahaczyć, ruszyłam w najważniejszą z dróg.

Oczywiście, dojazd do kościoła, w normalnych warunkach zajmujący niecałe pięć minut, przedłużył się do ponad dwudziestu. Zanim zostałam zapakowana, a później wypakowana z auta, zanim dobyliśmy bukietu odkrywając, że bukiecik dla C., zamiast w butonierce, ciągle jest razem z moim w papierze, zanim tren został odpięty i odpowiednio ułożony, a ja ujęłam podane mi ramię Taty, C. zdążył się już poważnie zaniepokoić moją przedłużającą się nieobecnością. Nie mam bowiem w zwyczaju się spóźniać... Ale przecież pannie młodej wolno, prawda...?

Cała w uśmiechach, wsparta na ramieniu Taty kroczyłam przez kościół. Patrzyłam na moich uśmiechniętych, eleganckich gości, na już ocierającego łezkę niemal Teścia, ale przede wszystkim na C., który dumnie wyprostowany czekał pod ołtarzem, mnąc w palcach rąbek marynarki. W tajemnicy Wam powiem, że był chyba bardziej zdenerwowany ode mnie, co na co dzień się nie zdarza. A minę miał jak, nie przymierzając, najszczęśliwszy mężczyzna na świecie. 

Ceremonia przebiegła pomyślnie, niemal bez wpadek. W kluczowym momencie bowiem, po sakramentalnym tak, gdy nadszedł moment wymiany obrączek, C. w stanie pełnego podekscytowania moją po prostu wcisnął mi do ręki, zamknął mi dłoń i... Czekał. Gdy zorientował się, że dał mi obrączkę przeznaczoną dla mnie, szybko odebrał ją i już powoli i z należytą uwagą włożył mi ją na palec. 
A ja, jak to ja; nie mogłam powstrzymać śmiechu. I choć jego przyczyny nikt prawie nie zauważył, to już sam wybuch nie przeszedł bez echa i musiałam się później gęsto tłumaczyć.

Z kościoła wyszliśmy powoli, zerkając to na gości, to na siebie i z zachwytem obserwując czekającą na nas... Karetę. Po królu (nie pamiętam już jakim). Ryż sypał się gęsto, nie brakowało też dowcipnisi celujących w dekolt. Gdy już udało mi się wdrapać na miejsce i zasiąść w miarę godnie, gdy wręczono mi kieliszek szampana, konie ruszyły a goście klaskali, nadal miałam wrażenie, że śnię. 
I nie mogłam przestać się uśmiechać.

Figi. Zgrabne, o intensywnie fioletowej skórce i różowo-czerwonym wnętrzu, pełne drobnych, pękających pod zębami pesteczek. Uwielbiam! Za ich kształt, kolor i smak. I za to, że sezon na nie jest tak krótki, że nigdy nie zdążę się nimi nasycić ani znudzić.
Pierwsze w tym roku figi podałam z miodowym semifreddo, skąpane w miodowym karmelu. Wyszło coś tak pysznego, że gdyby nie odrobina zdrowego rozsądku, która gdzieś się tam jeszcze w zakamarkach mojego umysłu ostała, zjadłabym wszystko. Sama
Podobne semifreddo możecie znaleźć u Nigelli; moje ma nieco inne proporcje. Zamiast orzechów z oryginalnego przepisu podałam je ze świeżymi figami. Bo czyż istnieje coś doskonalszego, niż gorące, karmelizowane figi z lodami...?

Miodowe semifreddo z figami w miodowym karmelu


Składniki:
(na 1,2 l lodów)
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 białka
  • 4 żółtka
  • 100 g miodu
  • 1 łyżka miodówki

figi w karmelu:
(na 2 porcje)
  • 2 figi
  • 40 g cukru
  • 1 łyżka miodu
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)

Najpierw przygotować lody:
Żółtka z miodem ubić na parze na puszystą, jasną masę. Zdjąć miskę z garnka z wodą, ubijać, aż masa całkowicie ostygnie. Dodać miodówkę, połączyć.
Osobno ubić kremówkę i białka. Dodać śmietanę do masy żółtkowej, delikatnie wymieszać łyżką. Na końcu dodać białka, połączyć.
Przełożyć lody do pojemnika, zamrozić.

Figi pokroić na ćwiartki, odłożyć.
Na patelni skarmelizować cukier. Dodać miód, wymieszać. Wlać kremówkę (może pryskać), wymieszać. Podgrzewać, aż wszystko się ładnie połączy. Dodać figi, podgrzewać, aż nieco zmiękną, ale nie będą się rozpadać.

Nałożyć lody do miseczek, na wierzch wyłożyć figi. Polać pozostałym syropem.

Smacznego!

Lodów wychodzi oczywiście więcej niż na dwie porcje; figi jednak trzeba przygotowywać za każdym razem od początku; świeżo skarmelizowane są bowiem najlepsze.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Przed-poślubnie. I tort kawowo-malinowy z różaną nutą

Pogoda, póki co, zachwycająca.
Suknia pasuje, choć jej wkładanie to droga przez mękę.
Próba w kościele wypadła pomyślnie i chyba wiem, kiedy mam powiedzieć tak (dwa razy).
Lista gości wydaje się być kompletna, choć nie wykluczam w tej kwestii niespodzianek.
Kwiaty zostały dostarczone, a mój bukiet będzie na mnie czekał jutro o dziesiątej rano.
Tak idealnie pomalowanych paznokci nie miałam od lat - i nie jest to metafora.
Babcia będzie na miejscu za niecały kwadrans, a C. wybył w niewiadomym kierunku i nie wiemy, kiedy właściwie wróci. A przecież tylko on wie, jak się obsługuje monstrualnego grilla w ogrodzie.

Wszystko będzie dobrze, prawda...?

Tyle zdążyłam napisać przez ostatni tydzień. Choć bardzo się starałam, zostałam pochłonięta przez wir przygotowań - okazuje się, że przed ślubem, choć ma się wrażenie, że wszystko jest już dopięte na ostatni guzik, ciągle jest coś do zrobienia! Ale wiecie co? Udało się! Impreza była jak się patrzy, choć momentami goście popatrywali na siebie z pewną dozą nieufności i niezrozumienia. W sobotę naprawdę żałowałam, że nie przyjął się esperanto; taki uniwersalny język rozwiązałby połowę moich problemów.

Dziś mam dla Was przepis na ciasto, które zabrałam ze sobą do pracy przed urlopem. Wywołało skrajne emocje - albo się je kocha, albo nienawidzi. Wszystko zależy od Waszego stosunku do kawy; jeżeli nie pijacie, ciasto nie pobudzi u Was apetytu, ale jeśli lubicie - przepadniecie. Miękki, wilgotny biszkopt migdałowy z Moich wypieków delikatnie nasączony amaretto, do tego mus malinowy na żółtkach i kawowy, również z dodatkiem jajek. Dzięki temu mają głębszy smak i nieco cięższą konsystencję niż te przygotowane tylko na śmietanie. Polewa lustrzana wywołała uwielbienie u kilku kolegów - podobno smakuje jak trufla. Jest mocno czekoladowa i pyszna, jej słodycz idealnie komponuje się z wyrazistym wnętrzem.
Spróbujcie koniecznie, jestem pewna, że Wam posmakuje.

Tort kawowo-malinowy z różaną nutą


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

biszkopt migdałowy:
  • 2 jajka
  • 1 łyżka letniej wody 
  • 110 g cukru
  • 85 g mąki pszennej
  • 70 g mielonych migdałów
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z migdałów

mus malinowo-różany:
  • 225 g malin
  • 2 żółtka
  • 110 g cukru
  • 20 ml wody
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 1 łyżka przecieru z płatków róży
  • 3 listki żelatyny
  • 225 ml śmietany kremówki (38%)
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

mus kawowy:
  • 95 ml mocnej kawy
  • 120 g cukru
  • 3 żółtka
  • 2 listki żelatyny
  • 90 g miękkiego masła
  • 180 ml śmietany kremówki (38%)

polewa lustrzana:
  • 110 g cukru
  • 75 g glukozy w płynie
  • 115 g śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżka kawy rozpuszczlanej (proszek)
  • 55 g ciemnej czekolady (60%)
  • 55 g mlecznej czekolady
  • 2 listki żelatyny

nasączenie:
  • 2 łyżki amaretto

dodatkowo:
  • liofilizowane maliny
  • czarny i złoty proszek
  • czekoladowe ozdoby

Jajka, wodę i cukier umieścić w dużej misce. Ubijać na wysokich obrotach, aż masa będzie jasna i bardzo gęsta. Wlać ekstrakt, zmiksować.
Mąkę i proszek przesiać, wymieszać z migdałami. Wsypać do ubitej masy jajecznej, delikatnie wymieszać łyżką, tylko do połączenia składników.

Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać ciasto do formy, wyrównać wierzch.

Piec w 170 st. C. przez 15 minut.
Wyjąć z piekarnika, ostudzić.

Mus malinowo-różany:
Maliny podgrzać. Gdy zaczną się rozpadać, zdjąć garnuszek z palnika, zmiksować owoce blenderem na gładką masę, a następnie przetrzeć przez sitko. Wymieszać z przecierem różanym, odstawić.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Z cukru i wody zagotować syrop. W tym czasie ubić żółtka. 
Gdy cukier całkowicie się rozpuści, powoli wlać syrop do żółtek, cały czas miksując. Przelać całość do garnka, podgrzewać, aż masa nieco zgęstnieje. Przelać przez sitko, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Miksować przez około pięć minut, aż masa ostygnie. Dodać mus malinowy, połączyć.
Kremówkę ubić, dodać do masy jajecznej, delikatnie mieszając.
Spód polać amaretto, wylać mus, zamrozić.

Mus kawowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kawę zagotować z połową cukru. 
Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać gorącą kawę, cały czas miksując. Przelać masę do garnuszka, gotować, aż zgęstnieje do konsystencji budyniu. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Przełożyć do miski, miksować przez około 10 minut, aż masa całkowicie wystygnie. Po kawałeczku dodawać miękkie masło, cały czas miksując. 
Kremówkę ubić na sztywno, dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Mus malinowy wyjąć z formy, ułożyć na środku większej formy wyłożonej papierem do pieczenia. Zalać musem kawowym tak, żeby z boków formy nie było dziur z powietrzem.
Zamrozić.

Polewa lustrzana:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie
Cukier, glukozę, kremówkę i kawę zagotować. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. gorącym płynem zalać posiekaną czekoladę, wymieszać, ostudzić do temperatury 35-40 st. C.

Zmrożone ciasto wyjąć z formy, ustawić na kratce, pod nią podłożyć folię spożywczą lub papier do pieczenia. Oblać ciasto polewą, odczekać kilka minut, ostrożnie przełożyć na paterę.

Udekorować liofilizowanymi malinami, złotym i czarnym proszkiem oraz ozdobami czekoladowymi.

Smacznego!


Dekoracja jest prosta, ale zrobiło się późno i nie chciało mi się kombinować. Przygotowałam więc zawijaska z ciemnej kuwertury, posypałam całość kolorowymi proszkami i liofilizowanym malinami. Dopiero później przyszło mi do głowy, że mogłam też użyć suszonych płatków róż... 
Cóż - następnym razem.

I jeszcze jeden drobiazg -jeśli planujecie wycieczki z tym ciastem, dodajcie do musów odrobinę więcej żelatyny, nie trzymają się bowiem za dobrze w cieple. 

czwartek, 10 sierpnia 2017

Najlepsze lody orzechowe

Pamiętacie jeszcze o przesileniu letnim? Te cudownie długie dni, rozpoczynające się tak wcześnie... Niestety, ale już zaczynam widzieć skutki nieubłaganie płynącego czasu. Znów, gdy wstaję do pracy, jest zupełnie ciemno. Pierwszy spacer z Pączusią odbywa się przy świetle latarń i księżyca; gdy niebo jest zachmurzone i ogrodowe ciemności są nieprzeniknione, muszę naprosić się dłuższą chwilę, żeby psa raczyła mi towarzyszyć.

Lato zmierza ku końcowi. Ciągle jeszcze spacerkiem, powoli; ale nie da się tego nie zauważyć. Poranki są chłodne (choć właściwsze byłoby określenie: jeszcze chłodniejsze), wieczory coraz krótsze, a śliwa sąsiada obsypana jest już owocami w głębokim odcieniu fioletu (choć jeszcze trochę im brakuje do pożądanej słodyczy). Nasza mizerna jabłonka, po reanimacji, jakiej dokonał na niej C., obsypana jest gęsto coraz większymi jabłuszkami. 
A ja zastanawiam się, jak to może być, że lato się kończy, choć tak naprawdę wcale go w tym roku nie było...?

Na złagodzenie tych ponurych rozmyślań mam dzisiaj dla Was lody. I to nie byle jakie, bo orzechowe. I to podwójnie!
Już podczas wakacji w Polsce nabrałam chęci na lody orzechowe, chociaż nigdy nie znajdowały się w czołówce tych ulubionych. Ale wiadomo - chętki przychodzą czasem na rzeczy bardzo zaskakujące. Najczęściej równie szybko odchodzą; nie tym razem jednak.
Po powrocie ciągle o tych lodach myślałam. A gdy kupiłam mielone orzechy włoskie wiedziałam, że nie mam wyboru.

Lody przygotowałam klasycznie - na dużej ilości żółtek, użyłam też maszyny do lodów. Do masy dodałam likieru orzechowego nie tylko dla wzmocnienia smaku, ale też z uwagi na konsystencję; dzięki temu dodatkowi nawet po kilku dniach w zamrażarce nie zamarzają na kość i łatwo nakłada się je łyżką po kilku minutach od wyjęcia z chłodziarki. 
Absolutnie genialnym dodatkiem są orzechy w karmelu - długo zachowują chrupkość i sprawiają, że lody stają się zupełnie wyjątkowe. Nie wyszło mi ich dużo, ale to nie dlatego zniknęły w ekspresowym tempie. Jedne z lepszych, jakie jadłam; i mówię to ja, która za orzechowymi lodami wcale nie szaleje...
Spróbujcie koniecznie; póki ciągle mamy lato.

Lody orzechowe z karmelizowanymi orzechami


Składniki:
(na 900 ml lodów)
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 ml mleka
  • 100 g mielonych orzechów włoskich
  • 5 żółtek
  • 150 g cukru
  • 2 łyżki likieru orzechowego

karmelizowane orzechy:
  • 75 g cukru
  • 75 g orzechów włoskich

Kremówkę, mleko i orzechy zagotować. W tym czasie ubić żółtka z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać gorące mleko do żółtek, cały czas miksując. Przelać masę z powrotem do garnka, podgrzewać, cały czas mieszając, aż nieco zgęstnieje (nie gotować). 
Przecedzić, ostudzić, dodać likier i schłodzić w lodówce.

Orzechy grubo posiekać.
Na patelni skarmelizować cukier. Gdy nabierze złoto-brązowej barwy, wrzucić orzechy i dokładnie wymieszać tak, żeby karmel pokrył je z każdej strony. Wyłożyć orzechy cienką warstwą na papier do pieczenia, zostawić do ostygnięcia. 
Orzechy w karmelu połamać na małe kawałki (najlepiej wałkiem do ciasta).

Masę na lody przelać do maszynki. Pod koniec dodać pokruszone orzechy. Przełożyć lody do pudełka, zamrozić.

Smacznego!


Ja tymczasem idę się wykąpać i spać; przerażamnie fakt, że muszę wstać już za sześć i pół godziny...

niedziela, 16 lipca 2017

Oszukane lato i tarta z rabarbarem

Jest połowa lipca. Kalendarz nie kłamie (choć bardzo bym chciała). Niby nie jest zimno, niby słońce się czasem pokaże, ale... To jednak nie to. 
Pamiętam, że w lipcu owoce zawsze były słodkie i smakowały słońcem. Można się było wygrzewać w słonku do późnego popołudnia, a wieczorami wkładać sweter tylko dlatego, że komary cięły niemiłosiernie. Letnie burze przychodziły i odchodziły, zostawiając po sobie rześkie powietrze i kolejne ciepłe dni. I owszem, słyszało się narzekania na upały, ale tak naprawdę, w głębi ducha, wszyscy się nimi cieszyliśmy. W końcu było lato! Jak niby miałoby wyglądać...?

W tym roku lata nie ma. Nie takiego, jakie pamiętam. Zima była błotnista i ciepława, teraz kolejna pora roku zawiodła swoim niezdecydowaniem. Zjadłam w tym roku zaledwie jedną naprawdę słodką truskawkę, co samo w sobie jest wystarczająco rozczarowujące. Na dodatek skończyły się tak szybko, że w zasadzie nie zdążyłam się nimi nasycić. Jakiekolwiek by nie były...

Na szczęście rabarbar w ogródku ciągle pokazuje, co potrafi. W zeszłym tygodniu ogołociłam oba krzaczki niemal zupełnie, w tym znowu zielone liście przypominają parasole. Zerwałam więc kilka, żeby przygotować tartę. Skoro nie mogę mieć prawdziwego lipca, będę udawać, że to nadal maj.

Przepis znalazłam w książce Nordisk bagebog Miisy Mink, i spodobał mi się od razu. Kruchutkie ciasto, kwaskowe nadzienie z głębokim, dymno-karmelowym posmakiem cukru muscovado, a do tego chrupiąca, owsiana kruszonka. Banalne wręcz składniki łączące się w idealną całość.

Tarta z rabarbarem i owsianą kruszonką


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)

spód:

  • 150 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 85 g cukru 
  • 100 g miękkiego masła
  • 1 żółtko
nadzienie:

  • 300 g rabarbaru
  • 2 łyżki ciemnego cukru muscovado
kruszonka:

  • 50 g płatków owsianych
  • 60 g cukru
  • 50 g miękkiego masła
Mąkę z proszkiem przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać masło, rozetrzeć palcami. Wbić żółtko, zagnieść gładkie ciasto.
Ciasto rozwałkować na koło nieco większe niż średnica formy. Wyłożyć ciastem formę, odstawić.

Rabarbar pokroić na kawałki, wymieszać z cukrem. Odstawić.

Cukier wymieszać z płatkami owsianymi. Dodać masło, zagnieść kruszonkę.

Na spód wyłożyć rabarbar, wierzch posypać kruszonką.

Piec w 200 st. C. przez 30 minut, aż kruszonka nabierze złoto-brązowego koloru.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

czwartek, 15 czerwca 2017

O imionach. I drożdżówkach z morelowym twarożkiem

Imiona... Dziwna jest z nimi sprawa. Kiedy kogoś poznajemy, pierwszą rzeczą, którą na temat tej osoby słyszymy, jest jej imię. Czasem utrwala nam się od razu; bywa, że ulatuje w rejony, z których ciężko jest je później ściągnąć. 
Moja ostatnia współlokatorka z internatu miała na imię Monica. Gdy mi się przedstawiała, imienia nie dosłyszałam; lub też coś rozproszyło moją uwagę, i go nie zakodowałam. Za to ubzdurałam sobie, że nazywa się Julie, i kiedy w końcu ktoś mnie litościwie po tygodniu z błędu wyprowadził, zrazu nie mogłam się przestawić. Bo jak to tak...? Przecież Julie pasowało do niej znacznie bardziej!

I o ile ta sytuacja jest krępująca, ostatnio doświadczyłam podobnej, ale w dużo większym natężeniu. W poniedziałek wyręczałam w pracy zaproszenia na ślub; wszystko poszło gładko, koledzy się cieszyli i dziękowali, ja się uśmiechałam i rumieniłam. W środę natomiast uświadomiono mi, że Mads, który pracuje z nami od niemal roku, tak naprawdę ma na imię Bas! (Nie pytajcie; niech wystarczy jedno słowo: Holender. Ale nie latający.)
Najpierw zrobiło się strasznie głupio i wstyd, no bo jak to tak...? Później przypomniałam sobie sytuację, która nastąpiła krótko po jego przybyciu; jedna z koleżanek (już z nami nie pracuje) nie mogła się nadziwić, że Mads jest z Holandii, a ma typowo duńskie imię! I tak utkwiło mi to w głowie, że chociaż Bas słyszałam kilkanaście, a może kilkadziesiąt razy dziennie przez ponad pół roku, w magiczny sposób między moich uchem a mózgiem zamieniało się w Mads. 
A najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nie potrafię się przestawić. Bas już chyba zawsze pozostanie dla mnie Madsem... Ale to dobry chłopak i się na mnie o to nie gniewa. 

Ja natomiast nie mogę wyjść z szoku, jak zadziwiający potrafi być ludzki mózg...

Pogoda w Danii po powrocie z wakacji zdecydowanie nie dopisywała - pochmurno, deszczowo; trzynaście kresek powyżej zera to już był prawdziwy cud. I choć prognozy nadal nie są zbyt obiecujące, to dzisiaj nagle zrobiło się w miarę ciepło i słonecznie. Zachęcona takim obrotem sprawy, nabrałam ochoty na piknik. Nie mam pojęcia, czy się uda, bo aura w weekend z pewnością będzie kaprysić, nie mniej mam dla Was przepis idealnie na piknik się nadający. Pyszne, mięciutkie drożdżówki z owocowym twarożkiem.
Przez dodatek moreli nadzienie jest dość rzadkie i ciasto trochę ciężko się kroi i zawija, ale za to wynagradza te niedogodności smakiem. Delikatna nutka pomarańczy świetnie się bowiem z morelowym smakiem komponuje. Należy też pamiętać, że drożdżowe na maślance jest bardziej wilgotne i dłużej zachowuje świeżość; choć oczywiście, najlepsze i tak jest zaraz po upieczeniu.
Słodkie, owocowe, drożdżowe bułeczki z pewnością wzbudzą wiele achów.

Przepis bazowy znalazłam u Doroty, po czym nieco go zmodyfikowałam według własnego widzi mi się.

Drożdżówki z morelowym twarożkiem


Składniki:
(na 12sztuk)
  • 765 g mąki pszennej
  • 55 g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g świeżych drożdży
  • 230 g letniej maślanki
  • 90 g masła
  • 3 jajka

nadzienie:
  • 60 g serka kremowego
  • 30 g miękkiego masła
  • 1 żółtko
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 75 g cukru
  • 150 g moreli
  • 1,5 łyżki mąki pszennej

dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki mleka

lukier:
  • 150 g cukru pudru
  • 4-5 łyżek soku z pomarańczy

Drożdże rozetrzeć z cukrem, dodać 2 łyżki maślanki i 2 łyżki mąki. Wymieszać, odstawić na 15-20 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.
Mąkę przesiać do dużej miski. Dodać rozczyn, pozostałą maślankę, jajka i sól. Zagnieść ciasto. Wlać przestudzone masło, wyrobić gładkie ciasto. Przykryć miskę ściereczką, odstawić na 1-1,5 godziny w ciepłe miejsce.

W tym czasie przygotować nadzienie. 
Morele przekroić na połowy, wyjąć pestki i zmiksować owoce na gładki mus. Dodać serek, masło, żółtko, skórkę z pomarańczy, cukier i mąkę. Wymieszać.

Wyrośnięte ciasto raz jeszcze szybko zagnieść. Rozwałkować na prostokąt o wymiarach 60x30 cm. Posmarować nadzieniem, a następnie złożyć w poziomie trzy razy. Przekroić na 12 kawałków. Bułeczki układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, skręcając każdą na środku.
Odstawić do napuszenia na 20-30 minut.

Po tym czasie posmarować bułeczki żółtkiem roztrzepanym z mlekiem.

Piec w 180 st. c. przez 25-30 minut.
Przestudzić.

Cukier puder przesiać, wymieszać z sokiem z pomarańczy. Polukrować jeszcze ciepłe drożdżówki.

Smacznego!

A przede mną wolny weekend. Nie macie pojęcia, z jaką niecierpliwością na niego czekam...

czwartek, 20 kwietnia 2017

Rokitnik w cieście. I o ekscytacji ogrodnictwem

Już prawie dwa tygodnie temu zabraliśmy się za działania w naszym skromnym ogródku. Poszliśmy na całość, kupując spore ilości nasionek i sadzonek, a także kilka skrzynek, doniczki i ziemię. Poskładanie wszystkiego, sianie i sadzenie zajęło nam dwa dni. A teraz - czekamy... Codziennie robimy przynajmniej dwa obchody, żeby sprawdzić, czy coś zaczyna się dziać. Pierwszy zielony koniuszek wyłaniający się z ziemi w jednej z donic doprowadził nas niemal do ekstazy! A niespodziewany, wtorkowy śnieg i prawdopodobny nocny przymrozek przyprawił o drżenie serca - czy aby bazylia to wytrzyma...? Nadal nie mam pojęcia, czy coś z tego będzie, ale muszę przyznać, że nie miałam pojęcia, że ogrodnictwo może być tak emocjonujące. Mówię Wam - praca w służbach specjalnych to przy tym pikuś.

O egzaminie, do którego podchodziłam w lutym, niemal już zapomniałam. Dlatego ze zdziwieniem stwierdziłam, że na opublikowanie ciągle czeka ostatni z przepisów, który na tę okazję przygotowałam. Myślałam sobie, że świetnie się sprawdzi jako propozycja nietypowego mazurka, ale sami wiecie, jak to u mnie w tym roku z Wielkanocą było... Przepis podaję więc teraz - może ktoś skusi się na tartaletki...? (Zachwyca mnie fakt, że zmieniając jedno słowo można zupełnie zmienić charakter dania.)

Zadaniem było suche ciastko - czy jednoporcjowy deser, który poza lodówką może stać kilka dni, nic ze swoich walorów smakowych i estetycznych nie tracąc. Nie chcąc prezentować czegoś oklepanego, jak malinowa krajanka czy ciasteczka Kaja (kiedyś dokładniej Wam o nich opowiem), szukałam przepisu pasującego do mojego tematu: jesieni. I wtedy pomyślałam o rokitniku - kwaskowym, intensywnie pomarańczowym i owocującym właśnie na jesień. Klasyczna tarta cytrynowa z bezą, po delikatnym tuningu, stała się tartaletkami z rokitnikiem. I wiecie co? To był strzał w dziesiątkę!
Słodko-kwaśna, prosta, a jednocześnie naprawdę efektowna. No i może być mazurkiem, jeśli komuś spodoba się taka fantazja.

A Wy, jakbyście nazwali te smakołyki...?

Tartaletki z curdem z rokitnika i bezą włoską


Składniki:
(na 12 tartaletek o średnicy 6 cm)
  • 110 g masła
  • 50 g cukru pudru
  • 130 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki soli

curd z rokitnika:
  • 200 g rokitnika
  • 20 ml wody
  • 100 g cukru
  • 1 jajko
  • 2 żółtka
  • 35 g mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka oleju

beza włoska:
  • 1 białko
  • 165 g cukru
  • 60 ml wody

Masło rozpuścić, podgrzewać, aż nabierze brązowego koloru i zacznie orzechowo pachnieć. Dodać cukier puder i sól, wymieszać, podgrzewać aż cukier się rozpuści. 
Zdjąć garnuszek z palnika, dodać mąkę, wymieszać najpierw łyżką, a następnie zagnieść ciasto dłońmi.
Ciastem wylepić foremki.

Piec w 175 st. C. przez 10-15 minut.
Ostudzić.

Rokitnik z wodą zagotować, przetrzeć przez sitko. Masę bez pestek z powrotem przełożyć do garnka, dodać cukier, jajko, żółtka i mąkę, dokładnie wymieszać. Zagotować, dolać olej i gotować jeszcze 2-3 minuty.
Przetrzeć przez sitko, wyłożyć nadzienie na ostudzone spody, ostudzić.

Cukier i wodę zagotować. Gdy syrop osiągnie temperaturę 115 st. C., zacząć ubijać białko. Gdy syrop osiągnie temperaturę 117 st. C., powoli wlewać go do białka, cały czas ubijając. Ubijać nadal, aż beza całkowicie wystygnie.
Bezę przełożyć do woreczka cukierniczego z tylką w kształcie gwiazdki, wyciskać na tartaletki. Opalić za pomocą panika do creme brulee.

Smacznego!

Ja tymczasem coraz niecierpliwiej czekam na prawdziwą, ciepłą wiosnę. Nie mam już serca do zimowego płaszcza i czapki...

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

O tym, dlaczego nie warto sprawiać sobie szczeniaka. I pistacjowo-niebiański creme brulee

Szczeniaki do domu nie nadają się zupełnie. Po pierwsze, podstawowe potrzeby załatwiają gdzie popadnie - najprawdopodobniej będzie to jedyny kawałek wykładziny, który macie w domu. Rzeczona wykładzina prawdopodobnie szczeniakowi do gustu nie przypadnie zupełnie, będzie więc ją podgryzał i obgryzał, a drobniutkie kawałeczki rozwlecze po całym domu. Oznacza to, ni mniej, ni więcej, ale codzienne odkurzanie. Wyzbieranie bowiem tych wszystkich kłaczków nie leży w granicach możliwości przeciętnego człowieka. Jeśli, a właściwie: kiedy (bo jest to tylko kwestia czasu) zostanie sam w domu, poprzenosi wszystkie buty w okolice schodów, psie łóżka zostaną rozbebeszone, a to, co leżało na ławie... Tak, zgadliście - znajdziecie na schodach. Piachu i drobnych gałązek nie nadążycie zamiatać. Urocze poduszki zostaną pozaciągane tak, że wstyd będzie gościom pokazać. Nie obędzie się też bez porcji ruchu. Szczeniak ma w nosie, że wstaliście o wpół do czwartej rano i byliście w pracy ponad dziesięć godzin. Kawałek patyka trzeba będzie rzucać przynajmniej przez dwadzieścia minut, choć zdecydowanie preferowane będzie pół godziny. W dodatku taki szczeniak, jak niebacznie go pomoczycie, będzie śmierdział psem. 
Koszmar.
Nie sprawiajcie sobie szczeniaka.

No, oczywiście, są też plusy. Każdy medal ma dwie strony. Nie będę więc oszukiwać.
Kiedy wrócicie do domu, będzie się tak cieszył, skakał i rozdawał całusy, że wybaczycie te wszystkie mokre plamy na wykładzinie. Psie łóżko sam zaciągnie na miejsce pod Waszym groźnym spojrzeniem, a gdy wreszcie po odkurzaniu usiądziecie na kanapie, przyjdzie wtulić Wam nos pod pachę. W ciągu kilku zaledwie godzin doprowadzi Was do histerycznego śmiechu przynajmniej kilkanaście razy, a na spacerze, choć wszystko jest takie ciekawe i nowe, będzie wracał do Was z prędkością błyskawicy na najlżejsze gwizdnięcie. Nie pozwoli Wam się nudzić, już po paru dniach będzie wyczuwał Wasze nastroje. Będzie się w Was wpatrywał wielkimi, czarnymi oczkami z miłością, która ledwo się w tym małym ciałku mieści.

Że co proszę? Że niby po co sprawiłam sobie trzeciego, skoro to takie straszne...? 
Ano. Może jednak wcale nie...

Zeszły tydzień mocno dał mi się we znaki. Pięćdziesiąt osiem godzin w pracy, w weekend od trzeciej nad ranem. Nie pamiętam już, kiedy spałam więcej niż pięć godzin... A właściwie nawet te pięć wydaje mi się niedoścignionym niemal luksusem. 
Codziennie obiecywałam sobie, że w końcu zabiorę się za pisanie posta; codziennie na obietnicach się kończyło. Dziś jednak, zmotywowana jutrzejszym wolnym dniem, w końcu usiadłam przed laptopem. Ptysia i Pączusia, wykończone szaleńczymi biegami po ogrodzie, śpią po moich obu stronach. Któraś pochrapuje, któraś wzdycha... Dobrze nam tak razem, leniwie...

Przepis mam dla Was dzisiaj bardzo prosty, a tak pyszny, że C. stwierdził, że to jeden z najlepszych, jakie przygotowałam. Cudownie zieloniutki, idealnie wiosenny, może stanowić ciekawy akcent na wielkanocnym stole. Mowa oczywiście o creme brulee w wersji pistacjowej. 

Krem pistacjowy kupiłam jeszcze w zeszłym roku z myślą o tym, że przygotuję z nim coś zielonego na Wielkanoc. Padło na klasykę w nowej odsłonie. Wyszło idealnie.
Creme brulee jest delikatny, kremowy i odpowiednio słodki, z wyraźnym pistacjowym smakiem. Do tego cukrowa skorupka na wierzchu i obiecuję, że od kokilki nikt Was nie oderwie.

Spróbujcie koniecznie!

Pistacjowy creme brulee


Składniki:
(na 4-6 porcji)
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 200 ml mleka
  • 5 żółtek
  • 40 g cukru
  • 95 g kremu pistacjowego

dodatkowo:
  • 4-6 łyżeczek cukru trzcinowego
  • niesolone pistacje bez łupinek

Kremówkę z mlekiem zagotować. W tym czasie ubić żółtka z cukrem na puszystą, jasną masę. Na koniec dodać krem pistacjowy, połączyć. 
Miksując na najniższych obrotach miksera, powoli wlewać mleko ze śmietaną. Przelać masę do garnka, podgrzewać do temperatury 82 st. C.

Masę przelać do kokilek. Ustawić je w większej formie, wypełnić ją do połowy wysokości kokilek gorącą wodą.

Piec w 140 st. C. przez 50-60 minut.
Wyjąć z wody, ostudzić.

Schłodzić w lodówce minimum 2 godziny przed podaniem.

Przed podaniem posypać desery cukrem, skarmelizować za pomocą palnika. Posypać posiekanymi pistacjami.
Podawać natychmiast.

Smacznego!


W tym tygodniu postaram się poprawić. W końcu Wielkanoc za pasem, a przepisy na baby, mazurki i serniki czekają na wypróbowanie i publikację...

wtorek, 28 marca 2017

Ciasto na wiosnę. Różowe

W weekend mieliśmy gości. Jak zawsze w tego typu sytuacjach, po dwóch pięknych, słonecznych dniach, przyszła szarawa sobota i deszczowo-mglista niedziela. W planie był długi spacer, z którego, wbrew pogodowym przeciwnościom, nie zrezygnowaliśmy. W pewnym momencie co prawda utknęliśmy, i mimo szczerych chęci, próby off-roadu na nic się zdały. Ptysia, czarna jak święta ziemia, zaraz po powrocie wylądowała pod prysznicem. Pączusi się upiekło - krótkie futro ma jednak swoje zalety.

Zmęczeni i zdyszani, zasiedliśmy przy okrągłym stole kuchennym, popijając ciemne piwo i obserwując ciężko pracującego nad posiłkiem C. Żeby nie było - swój wkład w rzeczony posiłek miałam, w postaci domowych bułek do burgerów. C., poza kwintesencją, czyli mięsem, przygotował też sos grzybowy z porto, który zdetronizował wszystko inne. Był tak pyszny, że - jestem pewna - nie tylko mi śni się po nocach.
Później przenieśliśmy się na kanapę, i przy dźwiękach muzyki rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. W międzyczasie raczyliśmy się zielonkawym sernikiem i gulaszem przygotowanym nad ogniskiem (smak nie do podrobienia), a spać poszliśmy późno... A raczej wcześnie. Zależy, z której strony spojrzeć.

Tymczasem z pracy dostałam zadanie domowe. Tak, tak, okazuje się, że uczeń ma się uczyć. Ha! To dopiero nowość...
Niemniej, miałam przygotować ciasto inspirowane wiosną. I przygotowałam.
Najpierw kombinowałam z czymś zielonym, ale gdy koleżanka wspomniała o herbatce z hibiskusa, którą niedawno piła i która bardzo jej smakowała, natchnęło mnie tak, że nie mogłam przejść obok rzeczonego natchnięcia obojętnie.

Spód to blondie, na nim sernik z białą czekoladą - a to wszystko dla zrównoważenia kwaskowatego, malinowo-hibiskusowego musu w bajecznym kolorze. Wierzch oblałam polewą lustrzaną - na drugim zdjęciu widać, jak się w niej wszystko pięknie odbija. Udekorowałam ciasto bezikami posypanymi liofilizowanymi malinami oraz świeżymi owocami. I choć oblewanie nie wyszło mi tak dobrze, jakbym sobie tego życzyła, to i tak z ciasta zadowolona jestem. Uroczo różowe, tchnie optymizmem. Bardzo wiosenne - moim zdaniem.

Pamiętajcie, że przy oblewaniu ciast polewą lustrzaną macie tylko jedną szansę. Na zmrożonym cieście polewa zastyga błyskawicznie, a próby poprawek sprawią, że będzie tylko gorzej. Dlatego z podanego przepisu polewy Wam zostanie - dzięki temu jednak pole manewru jest szersze, łatwiej całą sprawę załatwić.

Do ciasta jak najbardziej można użyć malin mrożonych. A właśnie ciasto z mrożonymi owocami było tematem naszego wspólnego gotowania. Koniecznie więc zajrzyjcie do Ani i sprawdźcie, co ona upichciła.

Sernik z białą czekoladą, musem malinowo-hibiskusowym i malinową polewą lustrzaną


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

blondie:
(na formę o średnicy 16 cm)
  • 1 żółtko
  • 10 g cukru
  • 30 g masła
  • 30 g białej czekolady
  • 30 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
masa serowa:
  • 200 g serka kremowego
  • 150 g białej czekolady
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
mus malinowo-hibiskusowy:
  • 250 g malin
  • 2 łyżki suszonych kwiatów hibiskusa
  • 100 ml wody
  • 55 g cukru
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
polewa lustrzana:
  • 110 g cukru
  • 75 g glukozy w płynie
  • 75 ml śmietany kremówki (38%)
  • 80 g malin
  • 110 g białej czekolady
  • 4 listki żelatyny
  • różowy barwnik spożywczy
dodatkowo:
  • maliny świeże
  • maliny liofilizowane
  • beziki
Żółtko utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. W tym czasie podgrzać masło z czekoladą, aż czekolada się rozpuści. 
Mąkę przesiać z proszkiem.
Do ubitego żółtka dodać czekoladę, połączyć. Wsypać mąkę, wymieszać.

Ciasto wyłożyć do formy o średnicy 16 cm wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Przygotować masę serową:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
100 ml kremówki zagotować. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. 
Gorącą kremówką zalać posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Dodać serek, połączyć.
Pozostałą kremówkę ubić, dodać do masy czekoladowo-serowej, delikatnie wymieszać.

Na spodzie tortownicy o średnicy 18 cm ułożyć spód, następnie wylać masę serową.
Zamrozić.

Maliny na mus umieścić w garnuszku z wodą i kwiatami hibiskusa. Zagotować, odstawić pod przykryciem, aż całkowicie ostygną.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Maliny przetrzeć przez sitko, przełożyć z powrotem do garnuszka. Dodać cukier, podgrzać. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Przestudzić.

Kremówkę ubić, delikatnie połączyć z malinami. Wylać na masę serową, zamrozić.

Przygotować polewę:
Maliny przetrzeć przez sitko.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Cukier, glukozę, kremówkę i maliny podgrzać, aż wszystko się dobrze połączyć. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Zalać masą posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia uważając, żeby nie napowietrzyć masy.
Ewentualnie dodać nieco barwnika.
Ostudzić do temperatury 35 st. C.

Wyjąć zmrożone ciasto z zamrażarki, oddzielić obręcz ostrym nożem. Ułożyć ciasto na kratce. Polać polewą uważając, żeby dokładnie oblać boki. Zostawić na kilka minut do zastygnięcia, przełożyć na paterę. Udekorować malinami świeżymi i liofilizowanymi oraz bezami.

Smacznego!


A czy ciasto przypadnie do gustu nauczycielom, dowiem się już jutro.

poniedziałek, 20 marca 2017

O niechcianych psach, dobrych ludziach i zielonych lodach na pierwszy dzień wiosny. Pistacjowych

Uważny Czytelnik z pewnością zdążył zauważyć, że od jakiegoś czasu zamiast psa, piszę psy (i nie chodzi tu o formę gramatyczną dostosowaną do budowy zdania). Otóż nieco ponad dwa tygodnie temu staliśmy się dumnymi posiadaczami kolejnego czworonoga. Jak to się stało? Cóż, historia nie jest ani długa, ani romantyczna; raczej prozaiczna do bólu i tak powszechna, że aż się płakać chce.

Kiedy tylko zaczęliśmy rozmawiać o kolejnym psie, oświadczyłam C., że ma to być zwierzak, którego nikt nie chce. Z uwagi na Ptysiowy charakter wiedzieliśmy, że musimy adoptować szczeniaka - nie ma szans, żeby zaakceptowała innego dorosłego osobnika. A, jak ogólnie wiadomo, szczeniaki są chciane. Czasem nawet za bardzo.

Jedna z koleżanek, wiedząc, z jakim zamiarem się nosimy, bezzwłocznie poinformowała mnie więc o pewnej dość przykrej sytuacji zaistniałej w północno-wschodniej części naszego pięknego kraju. Otóż jej znajoma, wracając z pracy, zauważyła w przydrożnym rowie psa. Pies był zaniedbany, zagłodzony, pobity i skopany. Co robić...? Przecież nie zostawić... Zabrała więc psiaka do domu, wykąpała, nakarmiła, po czym zabrała do weterynarza, żeby skontrolować stan ogólny. A tam - niespodzianka. Lekarz z szerokim uśmiechem zaczął jej gratulować, gdyż sunia spodziewała się szczeniaków... Tym sposobem, Monika zamiast jednego, sprowadziła do domu sześć zwierzaków.
Chłopcy mieli wzięcie, w końcu została już tylko jedna, ostatnia z miotu, najmniejsza i najbardziej nieśmiała - Łatka. W sobotę, po szczepieniach i wystawieniu paszportu, ruszyliśmy na szaloną wyprawę do Szczecina w celu odebrania psiaka.
Gdy wzięłam ją na ręce, od razu się przytuliła. Skulona i wciśnięta w moje ramiona, trzęsła się aż do granicy. Później, powoli, się uspokoiła, a pod koniec podróży nawet  zaczęła obwąchiwać najbliższe okolice ciekawskim noskiem. 

Teraz siedzę na kanapie, przy jednym boku śpi Ptysia, wtulona w drugi - Mila (Łatka dla C. okazała się nie do przeskoczenia). Pączusia, póki co, sika w domu kiedy tylko spuszczę z niej wzrok, przestawia mi buty, gdy tylko zapomnę zamknąć drzwi do korytarza i zjada ostatni kawałek wykładziny, który się ostał (i tak mi się nie podobał; może ta systematyczna konsumpcja szybciej zmotywuje C. do położenia podłogi). Ale przez te dwa tygodnie zdobyła nasze serca swoją szczenięcą radością i energią, całusami i przytulasami, i najrozkoszniejszym podawaniem łapki, jakie widzieliście. 
I nawet Ptysia, która do innych psów z zasady nastawiona jest negatywnie, Milę polubiła i nawet się z nią bawi. Przyszłość widzę zdecydowanie w świetlanych barwach.

Dziś pierwszy dzień wiosny. Jutro też - taki trochę dzień świstaka. Niemniej, nie ma na co narzekać, tylko trzeba się cieszyć; przed nami już tylko słońce, wszechogarniająca zieleń i błogie ciepełko. Od jutra znaczy się, bo dzisiaj cały dzień leje i wieje niemal jak w Kansas. A ja, wbrew prognozom, serwuję Wam dzisiaj lody. W końcu nie ma bardziej wiosenno-letniego deseru, prawda...?

Lody pistacjowe chodziły za mną od dawna. Dlaczego nie przygotowałam ich wcześniej...? Nie pytajcie; nie wiem... Na Boże Narodzenie solidnie zaopatrzyłam szufladę bakaliowo-orzechową, między innymi w pistacje, które nadal czekały na swoją chwilę. Zdecydowałam, że chwila ta właśnie nadeszła.
Przejrzałam różne przepisy w sieci, wzięłam trochę stąd, a trochę stamtąd, i stworzyłam obłędnie pyszne, smakujące pistacjami lody. Kupne bowiem często mają sztuczny smak, który z pistacjami wiele wspólnego nie ma. Brrr! Domowe, choć nie mają tego oszałamiająco zielonego koloru, smakują obłędnie! Nie są idealnie kremowe (kto chce, może masę przetrzeć przez sitko, ale według mnie to czyste marnotrawstwo), ale tak pyszne, że nie ma to najmniejszego znaczenia. 

Lody można zrobić też z pistacji solonych. Należy je wtedy sparzyć, obrać ze skórek i uprażyć na suchej patelni, nie za długo, żeby nie straciły koloru. Do pasty pistacjowej można dodać nieco kremówki, jeśli, tak jak ja, nie dysponujecie obłędnie dobrym sprzętem. Dzięki temu będzie nieco gładsza, choć idealnie kremowej konsystencji uzyskać się nie da.

Lody pistacjowe


Składniki:
(na 750 ml lodów)
  • 100 g niesolonych pistacji bez łupinek
  • 30 g miodu
  • 250 ml mleka
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 3 żółtka
  • 80 g cukru

Pistacje zmiksować w malakserze z miodem na pastę. 
Mleko zagotować. W tym czasie utrzeć żółtka z cukrem na puszystą, jasną masę. Wrzące mleko wlewać powoli do żółtek, cały czas miksując. Przelać mieszankę z powrotem do garnuszka, podgrzewać, aż osiągnie temperaturę 82 st. C. Zdjąć z palnika, dodać pistacje, wymieszać. Ostudzić.
Dodać kremówkę, połączyć.
Schłodzić do temperatury lodówkowej, a następnie przelać do maszyny do lodów, postępując zgodnie z instrukcją.
Zamrozić.

Smacznego!


Mama Pączusi została u Moniki, gdzie zazna ciepła i spokoju. 
I miłości, która należy się każdemu z tych najwierniejszych czworonogów.