Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ricotta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ricotta. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 lutego 2018

Deser kasztanowo-kawowy i powrót do codzienności

Dzisiaj skończyłam kolejny etap szkolny - piąty. Teraz już tylko powrót do domu, i jutrzejsza pobudka o wpół do pierwszej w nocy... Brutalny powrót do rzeczywistości. 
Mam jednak wrażenie, że codzienność nie da mi się we znaki za bardzo - w końcu to tylko tydzień... Bo później znów wracam do szkoły; tak, żeby się na Zelandii za mną stęsknić nie zdążyli. 

Tym razem było bardzo kameralnie - nauczyciel i my trzy. Muszę przyznać, że bawiłam się świetnie; bez sztywnego planu, całe dnie robiłam croissanty, kransekage, musy i polewy lustrzane... Udoskonalałam techniki, znajdowałam nowe, warte uwagi przepisy, bawiłam się karmelem i czekoladą - jednym słowem, aż żal, że to już koniec. Bo przy kolejnej okazji będzie nas znów piętnaścioro - co oczywiście ma swoje plusy, ale... Sami wiecie, jak jest. 

Moją największą dumą jest pokonanie lęku przed możliwością wylosowania na egzaminie końcowym marcepanowego rożka. Brzmi niewinnie, ale uwierzcie - to prawdziwe wyzwanie! Wszystko musi do siebie idealnie pasować, paseczki lukru muszą być cieniutkie i w idealnie równych odległościach, a całość nie powinna odchodzić od pionu. W końcu mi się udało! Oczywiście, nie jest idealnie, ale... Blisko. Wystarczająco blisko, żebym nie wpadała w bezdech na samą o nim myśl.
Ta szkoła jednak czegoś mnie uczy...

Dzisiaj mam dla Was natomiast przepis na naprawdę wyjątkowy deser. Bardzo prosty; raptem kilka składników, w dodatku niespecjalnie wyszukanych (no, może poza kasztanami, które poza sezonem ciężko kupić. Okazuje się jednak, że można znaleźć je mrożone - już obrane i podgotowane, gotowe do użycia - genialny pomysł!). Mamy więc krem kasztanowy z dodatkiem ricotty, warstwę intensywnie kawowej galaretki, delikatny mus kawowy i migdałowo-kasztanowy nugat. C. się w tym deserze zakochał, szczególnie przypadł mu do gustu chrupiący wierzch, który bezczelnie podjadał z miseczki, zanim zdążyłam udekorować nim desery. Dzięki dodatkowi sody do karmelu staje się on niemal puszysty - choć może to nienajlepsze określenie. Soda napowietrza karmel, dzięki czemu jest dużo przyjemniejszy w jedzeniu - taki prosty, a jakże efektowny trik!

Całość jest świetnie wyważona i lekko zaskakująca, pięknie wygląda i smakuje po prostu bosko!
I tak, ja wiem, że już po Walentynkach, ale w myśl zasady, że kochać trzeba na co dzień, a nie tylko od święta, przygotujcie taki deser w weekend i zjedzcie w doborowym towarzystwie. Nie pożałujecie - gwarantuję!

Deser kasztanowo-kawowy


Składniki:
(na 4-6 porcji)

mus kasztanowy:
  • 100 g słodzonego kremu z kasztanów
  • 50 g sera ricotta
  • 180 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny

galaretka kawowa:
  • 150 ml kawy
  • 2 listki żelatyny

mus kawowy:
  • 2 żółtka
  • 2 łyżki cukru
  • 45 ml mocnej kawy
  • 2 listki żelatyny
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:

Przygotować mus kasztanowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Białka ubić na sztywną pianę.
150 ml kremówki ubić na pół sztywno.
Pozostałą kremówkę podgrzać, dodać do niej odciśniętą żelatynę. 
Krem kasztanowy zmiksować z ricottą. Dodać żelatynę, zmiksować. Dodać ubitą kremówkę w dwóch partiach, delikatnie mieszając łyżką.
Przełożyć krem do szklanek, schłodzić.

Przygotować galaretkę:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. Odcisnąć, dodać do gorącej kawy, ostudzić. Gdy galaretka zacznie tężeć, przelać na mus kasztanowy. Schłodzić.

Przygotować mus kawowy:
Żelatynę namoczy c w zimnej wodzie.
Żółtka z cukrem utrzeć na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać kawę, cały czas miksując. Przelać masę do garnuszka, podgrzewać, cały czas mieszając, aż nieco zgęstnieje (nie gotować!). Do ciepłej masy jajecznej dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Przestudzić. 
Kremówkę ubić na pół sztywno. Delikatnie wmieszać do letniej masy jajecznej. Przelać na zastygniętą galaretkę, schłodzić.

Kasztany i migdały grubo posiekać, wysypać na papier do pieczenia.
Cukier skarmelizować. gdy nabierze głębokiej, złoto-brązowej barwy, dodać sodę, wymieszać. Natychmiast przelać karmel na migdały i kasztany, wymieszać. Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Przed podaniem posypać deser posiekanymi kasztanami i migdałami w karmelu.

Smacznego!


Ja tymczasem zbieram się do domu; jeśli się pospieszę, jest szansa, że dostanę spóźnionego walentynkowego całusa!

czwartek, 8 lutego 2018

Pączki z pistacjami

Dzieje się dzisiaj, oj dzieje... 
Po pierwsze, jedna z grup cukierniczych miała dzisiaj egzaminy końcowe, a między nimi znajdowała się moja współlokatorka. Mimo widocznego zdenerwowania zakrawającego momentami na panikę, poszło jej dobrze - zdała. Dokładnych wyników jeszcze nie znam, ogłoszą je dopiero późnym wieczorem. Najważniejsze jednak, że wszyscy zaliczyli i wydawali się zadowoleni. Oczywiście, nie mogłam odmówić sobie przyjemności obejrzenia wyników ich całodziennej pracy - i mówię Wam, były imponujące (a przynajmniej większość z nich). Trzypiętrowe torty wypełnione najróżniejszymi musami, nadziewane czekoladki, ciasto duńskie i francuskie w kilku wydaniach, desery, słynne duńskie kransekage, ciasta ucierane i klasyki (według duńskich standardów jest ich osiemnaście, na egzamin końcowy losuje się jeden z nich, a są to - między innymi - francuska tarta cytrynowa, creme brulee, panna cotta, tort szwardzwaldzki, Othello, Georgina i parę innych niezłych kwiatków). Objadłam się za wszystkie czasy, ale naprawdę niemożliwością jest oprzeć się takim wspaniałościom.

Tymczasem w Polsce mamy dzisiaj Tłusty Czwartek. Objedliście się pączkami po same uszy...? Ja nie zjadłam ani jednego... Nie mam dostępu do kuchni, w której mogłabym szaleć z garnkiem pełnym gorącego tłuszczu, ale przygotowałam się na zapas. W miniony weekend nasmażyłam jednych z najlepszych pączków, jakie jadłam. Wyszły lepiej, niż się spodziewałam: puszyste, delikatne ciasto o cytrynowej nucie, a do tego rozpływający się w ustach krem z pistacji i ricotty. Połączenie zwalające z nóg, mówię Wam!
I tak, wiem, że dzisiaj już za późno, żeby się za smażenie pączków zabierać, ale zapiszcie sobie ten przepis - przyda się za rok. A może postawicie świat na głowie, i zrobicie pączki w najbliższy weekend...? Ja, szczerze mówiąc, bardzo poważnie rozważam taką ewentualność...

A po inne tłustoczwartkowe smakołyki koniecznie zajrzyjcie do Mopsika i Ani.

Pączki cytrynowo-pistacjowe


Składniki:
(na 16 sztuk)
  • 550 g mąki pszennej
  • 30 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 70 g cukru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g masła
  • 2 łyżki likieru cytrynowego
  • skórka otarta z 1 cytryny
krem:
  • 250 g serka ricotta
  • 140 g kremu pistacjowego
lukier:
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1-2 łyżki gorącej wody
dodatkowo:
  • 20 g pistacji bez łupinek
  • 1,5 l oleju do smażenia
Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać połowę mleka. Odstawić na 10-15 minut w ciepłe miejsce.
W tym czasie masło rozpuścić, przestudzić.

Do zaczynu dodać pozostałe mleko i cukier, jajka oraz żółtka. Zagnieść. Dodać masło, sól, likier i skórkę cytrynową, wyrobić gładkie, dość luźne ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na około 1 godzinę.

Po tym czasie odrywać kawałki ciasta o wadze około 70 g, formować z nich kulki, układać na oprószonym mąką blacie, zachowując odstępy. Zostawić do napuszenia na 25-40 minut.

W tym czasie rozgrzać olej do temperatury 175 st. C. Smażyć pączki na rozgrzanym oleju, przez około 90 sekund z każdej strony. Odkładać na papierowy ręcznik.

Serek utrzeć z kremem pistacjowym na puszysty krem. Nadziewać nim całkowicie ostudzone pączki.

Z wody, soku z cytryny i cukru pudru utrzeć lukier. Polać nim pączki, posypać posiekanymi pistacjami. Odstawić do zastygnięcia lukru.

Smacznego!


Tak sobie myślę, że chociaż nie zjadłam ani jednego pączka, to i tak szczęście będzie mi sprzyjać. W końcu tyle słodkiego, które w siebie dzisiaj wcisnęłam, nie może przejść bez echa!

środa, 8 listopada 2017

Instrukcja pieczenia sernika. I sernik dyniowo-cytrynowy

Dynia - niekwestionowana królowa jesieni. Jej pomarańczowe krągłości kuszą niesamowicie nie tylko kuchennych eksperymentatorów, ale też dzieciaki; czy jest bowiem coś lepszego, niż wykrawanie upiornych masek na Halloween?
No właśnie.

Muszę przyznać, że dynie olbrzymie kupuję tylko z przeznaczeniem na lampiony. Ich miąższ jest dość wodnisty, skóra twarda, a krojenie przyprawia mnie o ból głowy. Zdecydowanie wolę kupić dwie mniejsze Hokkaido, których wnętrze kusi intensywną barwą. No i nie trzeba ich nawet obierać - delikatna skórka jest bowiem jadalna. 

Dynie kroję na mniejsze kawałki, usuwam pestki wraz z nitkami ze środka. Kawałki oczyszczonego warzywa układam na blasze i piekę w średnio rozgrzanym piekarniku do miękkości. Następnie łyżką oddzielam miąższ od skórki, przekładam go do dużej miski i miksuję blenderem na gładki mus. Tak przygotowany dzielę na mniejsze porcje i zamrażam, część jednak odkładając do natychmiastowego wykorzystania. Tym razem padło na sernik; w lodówce miałam bowiem ricottę, której termin przydatności do spożycia nieuchronnie zbliżał się ku końcowi. 

Pieczenie serników to bułka z masłem; moim zdaniem to jedne z najłatwiejszych ciast, które bardzo trudno zepsuć (nie wierzcie tym, którzy twierdzą, że to wielka sztuka; starają się Was przestraszyć i odwieść od odkrycia tajemnicy). Wystarczy zmiksować ze sobą kilka składników (nie za długo, żeby zbytnio nie napowietrzyć masy), a potem upiec w stosunkowo niskiej temperaturze. Cała reszta to już wariacje na temat. 
Tym razem nie mogłam się zdecydować, jakim smakiem wzbogacić mój sernik. I ricotta, i dynia są bowiem dość delikatne, żeby nie powiedzieć - mdłe. Potrzebowały silnego akcentu, nadającego całości charakteru. W przypadku dyni najczęściej pada na przyprawy korzenne lub pomarańcze, albo jedno i drugie. Nieraz próbowałam tego połączenia - jest wyśmienite - ale tym razem chciałam czegoś innego. Tylko czego...?

Zajrzałam do lodówki, a tam czekały na mnie dwie cytryny. Ha! Skoro połączenie z pomarańczami sprawdza się tak dobrze, dlaczego nie spróbować innych cytrusów...?
Na spód, zamiast klasycznych ciastek zbożowych, dałam pieprzne pierniczki (żeby tradycji stało się za dość), a wierzch uzupełniłam lekkim jak chmurka musem cytrynowym. W połączeniu z kremowym, mazistym sernikiem smakował bosko! Całość wyszła zaskakująco lekka i orzeźwiająca, a smak cytryny świetnie spaja wszystkie warstwy.

Do wykonania tego sernika trzeba mieć jednak naprawdę wysoką formę, lub - tak jak ja - już po upieczeniu, podwyższyć standardową specjalną folią. Albo po prostu użyć tortownicy o średnicy dwudziestu sześciu centymetrów, i mieć problem z głowy.

Sernik dyniowo-cytrynowy z cytrynowym musem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
masa serowa:
  • 500 g sera ricotta
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 230 g musu z dyni
  • 4 jajka
  • 125 g cukru
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 20 g budyniu waniliowego (proszek)
mus cytrynowy:
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • sok z 1 cytryny
  • 115 g cukru pudru
  • 3 listki żelatyny
  • 2 białka
Masło rozpuścić, ciasteczka dokładnie pokruszyć, wymieszać. Ugnieść na dnie formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 12 minut, przestudzić.

Ricottę, kremówkę, mus dyniowy, jajka, cukier, sok i skórkę z cytryny, imbir i budyń zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. Przelać na przestudzony spód, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 130 st. C. i piec jeszcze 60-70 minut, aż wierzch sernika się zetnie.

Zostawić do ostygnięcia w piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kremówkę ubić z cukrem pudrem na pół sztywno.
Sok z cytryny przelać do garnuszka, dodać odciśniętą żelatynę i podgrzewać aż do jej rozpuszczenia, cały czas mieszając. Wlać sok do ubitej śmietany, dokładnie wymieszać.
Białka ubić, dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Mus wyłożyć na sernik, schłodzić w lodówce minimum 2 godziny przed podaniem.

Smacznego!


Przepis specjalnie dla Endżi, poszukującej nowych dyniowych rozwiązań.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Wakacyjnie. I lody malinowe z ricotty

Nareszcie! Moje wyczekiwane od dwóch lat wakacje są tuż za rogiem. Spakowani, gotowi do drogi, aż przebieramy nogami ze zniecierpliwienia. 
I wiecie co...? Mam Wam tyyyle do napisania. Bo działo się przecież dużo i intensywnie. Ale w tej chwili, chociaż mam urlop i wydaje się, że powinnam mieć czas na wszystko, paradoksalnie brakuje mi go na rzeczy, których już jakiś czas temu nie wpisałam w kalendarz. Plan dnia na najbliższe dwa tygodnie wypełniony jest po brzegi i zgodnie ze złotą zasadą, że wakacje są dla tych, z którymi je spędzam, nie ma tam miejsca na przesiadywanie przed komputerem. Na to będzie mnóstwo czasu po powrocie, gdy liście zżółkną i opadną, a mgły zasnują świat. Póki co ruszam ku przygodzie, a do bloga wrócę z nowymi wrażeniami i smakami, którymi będę się z Wami dzielić.

Tymczasem zostawiam Was z absolutnie bajecznymi lodami, na które przepis znalazłam u Komarki. Gdy jednak zerknęłam na stronę Half baked harvest i zobaczyłam oryginalny przepis wiedziałam, że te miodowe ciasteczka są strzałem w dziesiątkę. Zmiksowałam więc oba pomysły, dodałam i ciasteczka, i sos malinowy, i wyszły mi lody, którymi zajadali się wszyscy. Są kremowe, sernikowe, owocowe i orzeźwiające. Po prostu idealne - teraz już na pożegnanie lata...

Lody malinowe z ricotty z miodowymi ciasteczkami


Składniki:
(na 1,5 l lodów)
  • 400 g ricotty
  • 250 g płynnego miodu
  • 1/8 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • skórka otarta z 1/2 cytryny
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 g malin
  • 60 g ciastek miodowych

coulis:
  • 250 g malin
  • 2 łyżki cukru

Najpierw przygotować coulis:
Maliny i cukier umieścić w garnuszku, podgrzewać, aż owoce zaczną się rozpadać, a cukier całkowicie rozpuścić.
Ostudzić, przetrzeć przez sitko, schłodzić w lodówce.

Ricottę, miód, sól, ekstrakt z wanilii i skórkę z cytryny utrzeć na gładki krem. Kremówkę ubić na pół sztywno, delikatnie wmieszać do masy. Dodać maliny, 2 łyżki coulis i pokruszone ciastka, połączyć.

Lody przelać do pudełek, zamrozić.

Podawać z pozostałym coulis, zimnym lub podgrzanym.

Smacznego!


Lody przygotowałam bez maszynki, a mimo to są kremowe i bez kryształków lodu. 
Idealne...? 

piątek, 4 sierpnia 2017

Placuszki z ricotty. Z (prawie) jagodami

Wtorek (też wolny; aż sama nie wierzę we własne szczęście) rozpoczęłam od zrobienia czarnych kresek na powiekach i ubrania się w jedną z letnich sukienek; bez rajstop i swetra. Zachwycona zaistniałym stanem rzeczy, razem z C. wręcz frunęłam na kolejne z licznych przedślubnych spotkań. Tym razem ustalaliśmy kolor obrusów, sposób złożenia serwetek, strategię rozmieszczenia stołów, ilość i wielkość bukietów, miejsce, gdzie będzie nas można obsypać ryżem, godziny spotkania, zwiedzania i toastów, zainstalowanie muzyków, bezglutenowego gościa, i tak dalej, i tym podobnie... Godzina minęła, zanim się spostrzegliśmy, ale przynajmniej - takie mam wrażenie - mamy wszystko pod kontrolą. Przynajmniej w kwestii stołów. Teraz pozostaje tylko usadzenie gości; jeśli posadzimy na zmianę raz Polaka, a raz Duńczyka, to wesele będzie bardzo ciche i spokojne... Ale obawiam się, że skończy się na więcej niż jednym pijanym gościu.

Po powrocie do domu, gdy C. natychmiast ruszył do swoich pracowniczych obowiązków, czyli wybył na resztę dnia, zmieniłam czym prędzej sukienkę na szorty i koszulkę, a baleriny na wygodne adidasy, po czym przypięłam psom sznurki i ruszyłyśmy cieszyć się słonkiem. Po drodze Pączusia rzuciła się na jeden z krzewów dalszego sąsiada, a ten niespodziewanie buchnął motylami. W jednej chwili poderwało się z niego chyba z pięćdziesiąt kolorowych owadów, ogarniając nas cicho szumiącą chmurą. Muszę przyznać, że stałam na środku ulicy z lekko rozchylonymi ustami, chłonąc ten niecodzienny widok i zastanawiając się, jakby to było unieść się w powietrze razem z nimi...

Gdy w końcu wróciłyśmy do domu, zachwycone i lekko zasapane (to drugie głównie Ptysia i ja; Pączusia nadal miała chęć gonić za piłką po ogrodzie) stwierdziłam, że najwyższy czas na śniadanie. Tylko co by tutaj zjeść...? Nie miałam chęci na kanapki; mam wrażenie, że ostatnio jem ich zdecydowanie nie dużo, i to na wszystkie posiłki w ciągu dnia. Zajrzałam do lodówki; wodziłam oczami po jej zawartości, a synapsy pracowały na najwyższych obrotach; co z czym, jak, i czy aby na pewno...? W końcu wyjęłam ricottę i borówki amerykańskie (w Danii czarne leśne jagody to towar luksusowy niedostępny zwykłym śmiertelnikom nawet za cenę porzeczek) i stwierdziłam, że będą placuszki.

Muszę przyznać, że to najdelikatniejsze pancakes, jakie przyszło mi jeść. Dzięki ricotcie i ubitym białkom są lekkie jak chmurki, co niestety sprawia, że przy obracaniu ich na patelni trzeba wykazać się niezwykłym wyczuciem i delikatnością. Jednak kiedy już się uda, nagrodzą nas nie tylko uroczym wyglądem, ale też bajecznym smakiem. Dzięki dodatkowi borówek są soczyste i zyskują nieco bardziej wyrazisty charakter; z dodatkiem świeżych owoców i syropu klonowego smakują wybornie!
Gdybym rankami miała więcej czasu, mogłabym je jeść codziennie aż do Bożego Narodzenia i jestem pewna, że by mi się nie znudziły.

Placuszki z ricotty z jagodami/borówkami


Składniki:
(na 9 placuszków)
  • 1 jajko
  • 100 g serka ricotta
  • 60 ml mleka
  • 2 łyżki oleju
  • 30 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 40 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 100 g jagód/borówek amerykańskich

dodatkowo:
  • syrop klonowy
  • jagody/borówki amerykańskie
  • olej do smażenia

Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia.
Żółtko, ricottę, mleko, olej, cukier i cukier waniliowy zmiksować na gładką masę. Dodać mąkę, zmiksować.
Białko ubić. Dodać do ciasta, delikatnie mieszając łyżką. Na końcu dodać jagody.

Smażyć małe placuszki na niewielkiej ilości oleju z obu stron na złoto-brązowy kolor.
Podawać ciepłe z syropem klonowym i świeżymi owocami.

Smacznego!


Gdy pisałam tego posta, Pączusia ni z tego ni z owego, nagle postanowiła mi pomóc. Z zacięciem zaczęła wciskać na zmianę alt i spację, nie osiągnąwszy jednak pożądanych rezultatów (jakiekolwiek by one nie były) stwierdziła, że zdecydowanie bardziej produktywne będzie ułożenie się na stosie koców i poduszek i poświęcenie swojego jakże cennego czasu na drzemkę. 
A ja, muszę przyznać, miałam ogromną ochotę pójść w jej ślady...

piątek, 19 maja 2017

Piątki z piłką. Dwa

Jak już wspominałam w zeszłym tygodniu, zostałam poproszona o przygotowanie tortów na konfirmację kuzyna C. Zgodziłam się z radością, choć w piłce nożnej nigdy nie dopatrzę się jakiejkolwiek logiki. Dwudziestu spoconych, dorosłych mężczyzn uganiających się za piłką, i dwóch próbujących ją złapać, którzy biegają i pocą się zdecydowanie mniej. I miliony, których ekscytacji na tym punkcie zrozumieć nie mogę...
Nie oceniam ani nie neguję, po prostu nie rozumiem. Torty jednak w kształcie piłek przygotowałam z prawdziwą przyjemnością.

Pierwszy był mocno czekoladowy; począwszy od ciasta, poprzez trzy rodzaje musu: z białej, mlecznej i ciemnej czekolady. Stwierdziłam jednak, że skoro są dwa, a nie wszyscy są tak zagorzałymi fanami czekolady, drugi przygotuję w wersji nieco lżejszej i bardziej wiosennej. Padło więc na aromatyczne truskawki, delikatną ricottę i odrobinę rumu dla przełamania smaku. Wyszło bosko! Cały tort był dokładnie taki, jak zaplanowałam: orzeźwiający, lekki i delikatny, ale w żadnym razie nie mdły. A dekoracja zadowoliła konfirmanta, nie było więc na co narzekać.
Z tortu zostały raptem dwa małe kawałki, uznaję więc go za pełen sukces.
Można przygotować go w tortownicy o średnicy około 28 cm, i udekorować według własnych upodobań. Takie połączenie smaków warto bowiem wykorzystać również przy innych okazjach. 

Póki co, więcej piątków z piłką nie będzie. Ale kto wie, jak się życie ułoży; może jeszcze kiedyś do tematu wrócimy.

Tort piłka truskawkowy


Składniki:
(na miskę o pojemności 3 l)
  • 65 g surowego marcepanu
  • 65 g cukru pudru
  • 85 g miękkiego masła
  • 5 jajek
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 86 g białej czekolady

mus rumowy z truskawkami:
  • 500 g sera ricotta
  • 225 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 3 łyżki rumu
  • 6 listków żelatyny
  • 50 ml mleka
  • 400 g truskawek

krem maślany:
  • 125 g miękkiego masła
  • 500 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 3 łyżki mleka

dekoracja:
  • marcepan plastyczny
  • czarny i zielony barwnik spożywczy w paście

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, przestudzić.
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier.
Marcepan, cukier puder, masło, żółtka, cukier waniliowy i przesianą mąkę utrzeć na jednolitą masę. Dodać czekoladę, zmiksować. Partiami dodawać bezę, delikatnie mieszając łyżką.

Masę równomiernie rozłożyć na blasze z piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15-18 minut.
Ostudzić.

Miskę wyłożyć folią spożywczą.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Ricottę zmiksować z cukrem waniliowym.
Mleko zagotować, zdjąć garnuszek z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Dodać do serka, zmiksować. Dodać rum, połączyć.
Kremówkę ubić na pół sztywno, delikatnie wmieszać łyżką do kremu.
Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki i pokroić na ćwiartki. Dodać do kremu, połączyć.

1/3 kremu wyłożyć do miski, przykryć ciastem. Następnie znów wyłożyć krem, później ciasto, resztę kremu i przykryć ostatnim blatem ciasta.
Schłodzić przez noc w lodówce.

Masło utrzeć na puszystą, jasną masę. Partiami dodawać cukier puder, cały czas miksując. Dodać ekstrakt i sól, połączyć. Powoli wlewać mleko, cały czas miksując.

Kremem maślanym obłożyć tort. Jeśli miska nie była idealnie okrągła, skorygować kształt tortu. Obłożyć białym marcepanem. Część pozostałego marcepanu zafarbować na czarno. wyciąć z niego pięciokąty, ułożyć na torcie tak, aby uformować wzór piłki. Pozostały marcepan zafarbować na zielono, udekorować boki tortu, tworząc trawę.

Smacznego!

C. dzielnie pomagał przy dekoracji; robiąc trawę, rozerwał dwa sitka. 
Drogi biznes z takim pomocnikiem...

środa, 8 czerwca 2016

Etat w trzecim kręgu piekła i tarta z młodą marchewką

Latem cukiernie kuszą klientów lekkimi ciastami z owocami, domowymi lodami i mrożoną kawą. Wielu z Was - jestem pewna! - dało się skusić więcej niż raz. Wchodzicie do środka zwabieni słodką wystawą, i już od progu otula was delikatny powiew klimatyzacji. Stoicie więc przed ladą podziwiając cukiernicze dzieła i zastanawiacie się długo, które wybrać. W końcu decyzja zapada i wychodzicie ze zgrabnie zapakowanym deserem. 
W międzyczasie przewijają się Wam przez głowy myśli o tym, jak to cudownie pracować w cukierni i przebywać na co dzień wśród tych wszystkich słodkich pyszności.

Owszem, macie rację. To cudowna praca i świetna zabawa (przynajmniej od czasu do czasu). Kiedy jednak przychodzą iście afrykańskie temperatury, każdy cukiernik przeklina swoją młodzieńczą głupotę, kiedy to zdecydował się na taki zawód. Na zapleczu bowiem nie ma klimatyzacji; są za to wielkie piece, które wydzielają niewyobrażalne wręcz ilości ciepła. Nie ma szans na najlżejszy choćby powiew wiatru, a lodówka to najprzyjemniejsze miejsce, do którego można się udać. 
Śmietana topi się jak szalona, miękka czekolada rozpływa się pod najdelikatniejszym dotykiem, ozdabianie ciast marcepanem to istna droga przez mękę. A w momencie, w którym okazuje się, że na jutro trzeba przygotować kilkaset tuzinów waniliowych ciasteczek, i tak już spoceni i rozdrażnieni współpracownicy, zaczynają zgrzytać zębami...

A potem nagle ktoś zrobi coś zabawnego, ktoś inny wybuchnie głośnym śmiechem powodując, że nawet największy złośnik nie może się powstrzymać - i okazuje się, że nawet trzeci krąg piekła nie taki straszny, jak go Dante odmalował.

Tymczasem mam dla Was propozycję tarty, której przygotowanie wymaga włączenia piekarnika. Nie marudźcie jednak - ten smak jest wart chwili poświęcenia! Poza tym - zawsze możecie wyjść z kuchni na czas pieczenia. Pomyślcie sobie wtedy o tych wszystkich piekarzach i cukiernikach, którzy takiego luksusu nie mają. Od razu zrobi Wam się chłodniej.

Przepis znalazłam u Lo, i zakochałam się od razu. Te chrupiące, młode marchewki skarmelizowane w soku pomarańczowym, zdecydowanie podziałały na moją wyobraźnię. Gdy więc tylko nadarzyła się okazja, zabrałam się do działania.
Spód nie jest tak kruchy, jak tego oczekiwałam, za to pełen smaku. Ciągle zachowujące swoją chrupkość marchewki w połączeniu z tymiankiem, słonym serkiem i słodkim miodem, dają niesamowity efekt. Ta tarta to kwintesencja idealnego, wiosennego posiłku - lekka, delikatna, pełna smaku.
Musicie ją mieć!

Na danie z młodą marchewką zaprasza dzisiaj również Ania.

Tarta z młodą marchewką, kozim serkiem i miodem


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 24 cm)

spód:
  • 180 g mąki pszennej
  • 150 g serka kremowego
  • 100 g miękkiego masła
  • 1 łyżka listków tymianku

nadzienie:
  • 300 g młodej marchewki
  • 200 g koziego serka
  • 250 g sera ricotta
  • 2 łyżki miodu
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok z 1 pomarańczy
  • 15 czarnych oliwek
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki listków tymianku
  • oliwa
  • sól
  • pieprz

Serek zmiksować z masłem, dodać mąkę i tymianek, połaczyć.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30-60 minut.

Marchewki obrać, przekroić wzdłuż na pół. Podsmażyć na oliwie przez kilka minut, powinny nadal być chrupkie. Dodać miód i sok z pomarańczy; podgrzewać, aż 2/3 płynu odparuje.
Odstawić.

Ricottę wymieszać ze skórką pomarańczową, połową tymianku, przeciśniętym przez praskę czosnkiem oraz solą i pieprzem..

Schłodzone ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć ciastem formę, formując kant. Przykryć papierem do pieczenia, wysypać kuleczkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.

Następnie zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 10 minut w 180 st. C. 

Lekko przestudzony spód posmarować kremem z ricotty. Na wierzch wyłożyć marchewki, oliwki i kozi twarożek. Polać sokiem ze smażenia marchewek, posypać resztą tymianku.

Piec w 180 st. C. przez 20-30 minut.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


Mimo prawdziwie dekadenckich upałów, nadal wypijam dwa dzbanki gorącej herbaty dziennie.
Myślicie, że to normalne...?

wtorek, 31 maja 2016

Romantyzmu niedosyt i bazyliowy sernik. Z truskawkami

W pracy słucham radia. Czy raczej może słyszę je - gdzieś w tle. (Znów ten problem; jak po polsku wyrazić różnicę między hear a listen?) Nie z własnej woli; po prostu zawsze ktoś wciśnie ten guzik; i czas jakoś przyjemniej płynie. Od czasu do czasu znów ktoś podejdzie i podkręci głos tak, że niemal nie słychać własnych myśli. Ten będzie nucił pod nosem, tamten śpiewał na całe gardło; na szczęście tylko refren, bo reszty nie zna.
Od czasu do czasu jednak skupiam się na muzyce (na ile to oczywiście możliwe). I tak w ucho wpadł mi stary (w końcu starszy ode mnie!) utwór The Police Every breath You take. Przytupywałam sobie do rytmu, aż nagle uderzyła mnie pewna myśl. Gdy utwór ten miał swoją premierę (a było to w roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym trzecim), i później, w latach dziewięćdziesiątych, uchodził za piosenkę niezwykle romantyczną. Zakochany po uszy facet obserwuje każdy krok i oddech ukochanej. Która z nas by takiego nie chciała...?

Dzisiaj zostałby uznany za najzwyklejszego w świecie stalkera, a śledzona dziewczyna bez problemu dostałaby sądowy zakaz zbliżania się. 

Ot, dwudziesty pierwszy wiek. Całkowicie obdarty z romantyzmu.

Dzisiaj mam dla Was niby zwykłe ciasto, ale jednak zupełnie wyjątkowe.
Ot, sernik z truskawkami.
Choć już właściwie to powinno wystarczyć, aby wiele osób dostało niepowstrzymanego ślinotoku.
Kiedy jednak dodam, że masa serowa ma niepowtarzalny, bazyliowo-limonkowy smak... Część z Was wpadnie w zachwyt; reszta popuka się w czoła. Bazylia? W serniku? Kto to słyszał...?
A ja mówię Wam, że połączenie bazylii z truskawkami jest wyśmienite - czy to na słodko, czy na wytrawnie. Że serniki są pyszne, nie muszę chyba nikogo przekonywać... Ten miks był wygrany od samego początku.
Sernik jest bardzo delikatny, lekki i kremowy, o subtelnym bazyliowym smaku, przełamanym wyrazistą limonką. Do tego soczyste truskawki - i już.
Mi nic więcej do szczęścia nie potrzeba, a Wam...?

Inną wersję sernika z truskawkami znajdziecie dzisiaj również u Mirabelki.

Sernik bazyliowy z truskawkami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 100 g ciastek digestive
  • 30 g masła
masa serowa:
  • 500 g ricotty
  • 100 g cukru
  • skórka otarta z 1 limonki
  • sok z 1 limonki
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 pęczek bazylii
  • 2 jajka
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • zielony barwnik spożywczy w żelu
dodatkowo:
  • 200 g truskawek
Listki bazylii porwać, wrzucić do garnuszka, zalać kremówką. Zagotować, odstawić do ostygnięcia pod przykryciem. Odcedzić.

Masło rozpuścić, przestudzić.
Ciastka drobno rozgnieść, wymieszać z masłem. Mieszankę ugnieść na dnie tortownicy wyłożonym papierem do pieczenia.

Podpiec w 180 st. C. przez 12 minut.
Ostudzić.
Ricottę, cukier, skórkę i sok z limonki, kremówkę, jajka i mąkę zmiksować na gładką masę. Ewentualnie dodać barwnik, połączyć.

Masę serową wylać na podpieczony spód. Na wierzchu ułożyć przekrojone na pół, pozbawione szypułek truskawki.

Formę wstawić do piekarnika razem z naczyniem wypełnionym wodą.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 120 st. C. i piec kolejne 50 minut.
Ostudzić  piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Smacznego!

Koloru, niestety, bazylia nie oddała, więc wspomogłam się barwnikiem spożywczym. Oczywiście, można go pominąć - wtedy smak sernika będzie jeszcze większym zaskoczeniem.

piątek, 15 kwietnia 2016

Lekcja języka duńskiego dla początkujących. I wiosenna tarta

Razem z przyszłym domem, w naszym życiu pojawił się mężczyzna. Raczej wyższy niż niższy, choć nie przesadnie; zupełnie łysy, o aparycji zbliżonej do Frankensteina (ach, te wysokie kości policzkowe!). Dzwoni, pisze i wysyła maile; do C. Wtedy ten daje mi znać, jak najszybciej się da (zazwyczaj to bowiem sprawy niecierpiące zwłoki), oświadczając: 
- Dzwonił Elfrel
- Co...?
- Dzwonił Elfrel.
W tym momencie zazwyczaj łapię, że ktoś dzwonił, więc błyskotliwie odpowiadam:
- Kto dzwonił...?
C., na skraju wytrzymałości, podnosi głos o dwa tony:
- Elfrel!
- Aaa... - W tym momencie wszystko staje się jasne. - Alfred!

Jak ze starego, poczciwego Alfreda można zrobić Elfrela...? Nie wiem. Zapytajcie pierwszego napotkanego Duńczyka; on z pewnością rozjaśni tę zagadkową sprawę.

Pogoda u nas ciągle raczej jesienna (i to w czysto listopadowym wydaniu), nadal więc nie zamieniłam zimowego płaszcza na wiosenny. Zżera mnie zazdrość, gdy widzę Tatę w koszulce z krótkim rękawkiem i dzikie słońce za jego plecami, podczas gdy ja siedzę w swetrze (już nie tym najcieplejszym, ale jednak!), a za oknem jednolita szarość uniemożliwia stwierdzenie aktualnej pory dnia. Wiem, że to brzydko, ale cóż... Nad pewnymi rzeczami nie da się zapanować.

Na pocieszenie mam wiosenną tartę. Na pełnoziarnistym, cudownie chrupiącym spodzie, z kremową ricottą, zielonym szpinakiem, czerwonymi pomidorkami i płatkami orzechów laskowych, które miło zaskakują i sprawiają, że tarta nabiera oryginalnej nuty. Świetna na obiad i kolację; sprawdzi się też na lunch do pracy. Kolory zdecydowanie dodają energii, a smak przywodzi na myśl zieloniutką, słoneczną wiosnę...
Skusicie się...?

Tarta ze szpinakiem i ricottą


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 150 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 100 g mąki pszennej
  • 125 g zimnego masła
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 jajko
nadzienie:
  • 250 g szpinaku
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżka masła
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 g serka ricotta
  • 2 jajka
  • sól
  • pieprz
  • 1/2 łyżeczki suszonej bazylii
  • 1/2 łyżeczki suszonego tymianku
  • 100 g pomidorków koktajlowych
  • 1 łyżka pesto
dodatkowo:
  • 10 g płatków orzechów laskowych
Mąki przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto. Uformować z niego kulę, zawinąć w folię spożywczą, schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć nim formę, formując przy tym brzeg. Nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać kulkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. przez kolejne 10 minut.
Przestudzić.

Na maśle podsmażyć szpinak z czosnkiem, odparować wodę, ostudzić.

Kremówkę zmiksować z serkiem, jajkami, solą, pieprzem i ziołami.
Na podpieczony spód wyłożyć szpinak, zalać masą jajeczną. Na wierzchu ułożyć przekrojone na pół pomidorki, łyżeczką między nimi rozłożyć pesto. Całość posypać płatkami orzechów.

Piec w 180 st. C. przez 30-40 minut.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

Ja tymczasem muszę zebrać się w sobie i pójść do sklepu. Zważywszy na nieustannie siekący deszcz, wyjątkowo ciężko znaleźć mi w tej chwili chociażby cień motywacji... 
Poza obiadem, rzecz jasna.

wtorek, 25 marca 2014

Wiosna? Czas na lody!

Właśnie. Kiedy tylko robi się odrobinę cieplej, nabieram ochoty na lody. Odkąd mam sorbetierę, tylko takie domowe. Sklepowe smakują sztucznie i za mało intensywnie. Poza tym w tych domowych wiem dokładnie, co jest, i mogę sobie przygotować smaki, jakich ze świecą w sklepach się nie znajdzie...

Tym razem postawiłam na lody pomarańczowo-mandarynkowe, z dodatkiem korzennych przypraw. Mimo takiego jeszcze zimowego połączenia, lody są bardzo letnie - dzięki dodatkowi soku z cytrusów wyszły wyjątkowo orzeźwiające. Nie są z tych kremowych, w konsystencji bardziej przypominają sorbet, choć ricotta nadaje im ciekawego posmaku. Muszę powiedzieć, że choć generalnie wolę lody na kremie angielskim, te wyjątkowo przypadły mi do gustu. Smakują świetnie - koniecznie musicie spróbować.

Przepis z Vidunderlige is variationer, w której znalazłam całe mnóstwo lodowych inspiracji na nadchodzące lato.

Lody pomarańczowe z ricottą

Składniki:
(na 1,5 l lodów)
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok z 4 pomarańczy
  • sok z 3 mandarynek
  • 2 łyżki Cointreau
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 g sera ricotta
  • 50 g cukru
  • 1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/4 łyżeczki mielonych goździków

Sok z pomarańczy i mandarynek wymieszać ze skórką i Cointreau.
Kremówkę zmiksować z ricottą, cukrem, cynamonem i goździkami na puszystą, niemal sztywną masę. Wymieszać z sokiem.

Masę przelać do maszyny do lodów, a następnie przełożyć do pojemnika na lody. Zamrozić przez noc.

Smacznego!

Jeśli nie macie maszyny do lodów, akurat te bardzo łatwo można przygotować bez niej. Wystarczy w trakcie mrożenia kilka razy przemieszać masę widelcem - też będą znakomite.

piątek, 31 stycznia 2014

Happy birthday to You!

Mój blogu kochany!
Wczoraj, zaledwie trzydzieści pięć minut po północy, Pożeraczka skończyła trzy latka. Hmm... Ani dużo, ani mało, tak w sam raz. Chyba właśnie na tyle się czuje - jeszcze daleko jej do ideału, jeszcze nie znalazła swojej ostatecznej formy, dużo pracy przed nią, ale także mnóstwo radosnych chwil, cała masa odkryć i tych pierwszych razów. Ma już jednak odrobinę doświadczenia, wiec, co, jak i z czym, zna swoje miejsce, ale też ma swoje miejsce w blogosferze, z czego ogromnie się cieszę.
Nie będzie mnóstwa podsumowań i postanowień. Zamiast tego chciałabym podziękować czytelnikom Pożeraczki - za to, że są, szczególnie, kiedy mnie nie ma. To Wy trzymacie ją przy życiu, pomagacie się jej rozwijać, sprawiacie, że jest coraz lepsza, dojrzalsza.
Że ja lubię ją coraz bardziej.

Rok temu obiecałam tort - i jest. Moja wielka niespodzianka - zrobiony specjalnie z myślą o tych urodzinach. Zabójczo słodki, niesamowicie pyszny. Niezbyt trudny w przygotowaniu, choć dość czasochłonny. No i wygląda wspaniale - bardzo jestem zadowolona z dekoracji, wyszła dokładnie tak, jak sobie zamarzyłam.

Jest więc, tradycyjnie już, biszkopt rzucany, który udaje się zawsze. Mój tylko z trzech jajek, ale można zrobić z pięciu - łatwiej da się przekroić na trzy części. Jeśli jednak zrobicie taki malutki jak mój, można go przekroić tylko na pół, na spód dać masę jabłkową, na to krem, i przykryć drugą częścią.
Biszkopt nasączyłam alkoholem wymieszanym z sokiem z cytryny - żeby nieco wyostrzyć i przełamać słodki smak kremu. W środku bowiem znajduje się bajecznie pyszna masa kajmakowa na bazie ricotty - dużo lżejsza niż taka na mascarpone, choć nic nie stoi na przeszkodzie, żeby użyć właśnie tego serka. Delikatna, puszysta, słodka. Pycha!
Na to prażone jabłka, które wspaniale współgrają ze smakiem tortu, nieco go ożywiając. Na wierzch krem maślany na bazie bezy szwajcarskiej - lżejszy niż tradycyjny maślany, ale też dość czasochłonny. Robiłam go kiedyś bez Wally'ego, ciężka to była praca... Ale efekt wynagradza wszystko - idealny do zdobień, znakomicie trzyma formę swoją i ciasta.
Najbardziej jestem zadowolona z jabłek w karmelu. Miałam na takie ochotę od dawna, a małe jabłuszka prezentują się w tej formie zachwycająco! Nie można się do nich nie uśmiechnąć... Ich przygotowanie nie jest tak skomplikowane, jak mogłoby się wydawać, a efekt jest piorunujący. Przepis z Moich wypieków.

Tort polecam bardzo, na urodziny nie tylko blogowe - jest pyszny, a przez swoją słodycz bardzo podzielny - ja nie dałabym rady dokładce...

Tort kajmakowo-jabłkowy


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 120 g cukru
  • 70 g mąki pszennej
  • 30 g mąki ziemniaczanej
krem kajmakowy:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 g sera ricotta
  • 160 g masy kajmakowej z puszki
  • 3 listki żelatyny
masa jabłkowa:
  • 700 g jabłek
  • sok z 1/2 cytryny
  • 65 g cukru
  • 3 listki żelatyny
poncz:
  • sok z 1/2 cytryny
  • 50 ml wódki karmelowej
krem maślano-kajmakowy na bezie szwajcarskiej:
  • 260 g miękkiego masła
  • 3 białka
  • 205 g cukru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 160 g masy kajmakowej z puszki
jabłka w karmelu:
  • 6 małych jabłuszek
  • 250 g cukru
  • 50 ml wody
  • 20 g miodu
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • odrobina czerwonego barwnika spożywczego w paście
Mąki przesiać, wymieszać.
W dużej misce ubić białka na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym wbijać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu po łyżce wsypywać mąkę, miksując na najniższych obrotach miksera.

Masę przełożyć do formy z dnem wyłożonym papierem do pieczenia. Wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 30-35 minut, aż do suchego patyczka.
Wystudzić w zamkniętym piekarniku.

Ostudzony biszkopt przekroić w poziomie na 3 części.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.

Ricottę zmiksować z kajmakiem na gładką masę. 3 listki żelatyny rozpuścić, wymieszać z masą kajmakową. Wstawić do lodówki na 10-15 minut do lekkiego stężenia.
Kremówkę ubić na sztywno, delikatnie wymieszać z masą kajmakową.

Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w kostkę. 
W garnku skarmelizować cukier z sokiem z cytryny, dodać jabłka. Gotować pod przykryciem 15-20 minut, aż większość jabłek się rozpadnie, ale niektóre pozostaną w kawałkach. Dodać pozostałe 3 listki żelatyny, dobrze wymieszać, ostudzić.

Sok z cytryny wymieszać z wódką.

Na paterze ułożyć pierwszy blat biszkoptu, otoczyć obręczą tortownicy, nasączyć 1/3 ponczu. Wyłożyć krem karmelowy, przykryć drugim blatem, nasączyć 1/2 pozostałego ponczu. Na ciasto wyłożyć masę jabłkową, przykryć ostatni blatem, nasączyć pozostałym ponczem. Wstawić do lodówki do zastygnięcia - na około 30 minut.

W tym czasie przygotować krem maślany.
Białka z cukrem i solą umieścić w dużej misce. Miskę ustawić nad kąpielą wodną, mieszać białka trzepaczką, aż cukier się rozpuści. Jeśli mas zbytnio się zagrzeje, zestawić i przestudzić.
Gdy cukier całkowicie się rozpuści, ubijać białka na najwyższych obrotach miksera, aż staną się sztywne i lśniące, i całkowicie ostygną - około 10 minut. Po tym czasie po kawałeczku dodawać masło, cały czas miksując. Pod koniec masa będzie wyglądać na zważoną - tak ma być. Na końcu dodać kajmak, dobrze całość zmiksować.

Przygotować jabłka w karmelu.
Cukier, wodę, miód, ekstrakt i barwnik umieścić w garnuszku. Podgrzewać, aż karmel osiągnie temperaturę 137 st. C. Zdjąć z ognia, zanurzać w nim jabłuszka, odkładać do zastygnięcia na papier do pieczenia.
Gdyby karmel zbyt szybko zastygł, ponownie lekko podgrzać.

Tort obłożyć kremem, udekorować kremem i jabłuszkami w karmelu.

Smacznego!

Ostatni rok minął bardzo szybko, sama nie wiem kiedy... Ciekawe, o czym będę pisać w kolejne urodziny Pożeraczki...?

poniedziałek, 18 listopada 2013

Przedświąteczne zwariowanie i sernik dyniowy

Mam zaległości. Straszliwe. I przeraża mnie to nie na żarty.
Nie mam pojęcia, jak to się stało. I nie wiem, jak nad tym zapanować.
Wszyscy już poczuli zapach Świąt - na blogach są pierniczki, piernikowe kawy, korzenne ciasta i aromaty, barszczyk, uszka i pierogi. A ja wyskakuję z dynią jak Filip z konopi, i to wcale nie najdziwniejsza niespodzianka. W zanadrzu mam ciasta z jabłkami i śliwkami, lody, i jeszcze trochę dyni. Wariatka jedna!
Nie wiem, dlaczego jestem do tyłu z przepisami. O tym, o ilu książkach chcę Wam opowiedzieć, nawet nie wspomnę. W tym tempie przepisy bożonarodzeniowe u mnie pojawią się na wiosnę... 
No dobrze, może troszkę przesadzam. Chyba jednak powinnam zachować niektóre, i powoli przejść do świątecznych ciasteczek (tak jak rok temu, mam zamiar wypełnić kilka puszek słodkimi maleństwami). Te mniej tematyczne, cudownie czekoladowe i pachnące jaśminem pyszności mogą poczekać na styczeń. Albo luty. Albo świętego nigdy, jak mawia Tata...

Teraz już przestaję roztkliwiać się nad sobą, i przechodzę do sedna, czyli sernika. Z dynią. Ta dam!

Na początku chciałam upiec zupełnie inny, pięknie prezentujący się na zdjęciach, z chrupiącymi dyniowymi pestkami w roli dekoracji... Jestem pewna, że wyszedłby pyszny! I myślę, że zrobię go w przyszłym roku (albo jak mi się zachce, to z mrożonego dyniowe puree, które czeka na swoją wielką chwilę). Gdy jednak zobaczyłam to cudo u Mateusza wiedziałam, że właśnie tego chcę. Miałam jeszcze kilka gruszek, a ponieważ to połączenie świetnie sprawdziło się w lekko pikantnej zupie stwierdziłam, że do słodkiego ciasta też będzie pasować. Oczywiście poszłam nieco na skróty. Zamiast kruchego ciasta - spód z ciasteczek. Troszkę inne przyprawy, bez wylepiania boków tortownicy, ricotta, bo akurat trafiła mi się w sklepie... Wyszło bosko.
Kruchy spód świetnie trzyma całość, masa serowa jest niezwykle delikatna i kremowa, soczyste gruszki ożywiają ciasto, a chrupiąca, lekko słona kruszonka nadaje charakteru. Do tego obłędny wręcz zapach cynamonu i pozostałych przypraw (powiało Świętami...?), i zachwyt gwarantowany. Myślę, że jest jeszcze lepszy niż ten zeszłoroczny. Koniecznie spróbujcie! (Nie uwierzę, że nie macie zapasów dyniowych...)

Dyniowy sernik z ricottą, gruszkami i kruszonką


Składniki:
(na formę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 100 g ciastek digestive
  • 50 g masła
masa serowa:
  • 500 g ricotty
  • 235 g puree z dyni
  • 4 jajka
  • 200 g mleka skondensowanego słodzonego
  • 50 g cukru
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
kruszonka:
  • 100 g mąki pszennej
  • 60 g zimnego masła
  • 65 g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
dodatkowo:
  • 3 gruszki
Ciastka na spód pokruszyć. Masło roztopić, wymieszać z ciastkami. Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć ciastka, dokładnie ugnieść na spodzie dłonią lub łyżką. 
Schłodzić w lodówce przez 20-30 minut.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Przestudzić.

Wszystkie składniki masy serowej umieścić w dużej misce, zmiksować na gładką masę - krótko, ale dokładnie. Masę serową wyłożyć na spód.

Piec w 180 st. C. przez 20 minut.

W tym czasie z mąki, cukru, soli i masła zagnieść kruszonkę. Gruszki obrać, wykroić gniazda nasienne i pokroić w 0,5 centymetrowe plastry. 
Wyjąć podpieczony sernik z piekarnika, ciasno ułożyć na nim gruszki - delikatnie, żeby nie zapadły się w masę serową. Posypać kruszonką.

Piec w 180 st. C. przez 60 minut.
Ostudzić w zamkniętym piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez kilka godzin, a najlepiej całą noc.

Smacznego!


Tak naprawdę w tym roku postawiłam sobie ultimatum - świąteczne wypieki i łakocie zaczną u mnie królować, kiedy spadnie pierwszy śnieg. I wiecie co...? Już się nie mogę doczekać...

sobota, 4 maja 2013

Cytrynowy zawrót głowy

Po pierwsze z dumą chciałam donieść, że wczoraj przerosłam samą siebie: upiekłam focaccię, ciasto ucierane bez zakalca i biszkopt z ośmiu jajek, i od momentu, kiedy przygotowałam zaczyn do wyjęcia ostatniego ciacha z piekarnika minęły raptem cztery godziny. Wzniosłam się na absolutne wyżyny dobrej organizacji czasu i pracy, i sama siebie za to podziwiam, bo ostatnio mam totalnego lenia, odkładam wszystko na jutro, a najlepiej na za tydzień, zasypiam bez ostrzeżenia w najdziwniejszych pozycjach i naprawdę bardzo, ale to bardzo chcę już nosić szorty. O.

Dzisiaj jednak, nie bacząc na moje wczorajsze poczynania, chcę Wam napisać o cieście z początku tygodnia, które przygotowałam, żebyśmy mieli coś słodkiego do podjadania w urodziny C. (i nic nie szkodzi, że tak się najadłam w restauracji, że ciacho jedliśmy dopiero dnia następnego).
Jakiś czas temu zaczęłam z fascynacją oglądać Baking mad with Eric Lanlard. Muszę powiedzieć, że ten Francuz z zabawnym akcentem mnie zauroczył, a jego wypieki wywołują ślinotok momentalnie. Kiedy więc zobaczyłam jego boskie ciasto cytrynowe wiedziałam, że muszę je przygotować. Nie widziałam jeszcze ciacha, które miałoby w sobie aż tyle cytryn! Zaczęłam więc szukać przepisu, i co się okazało...? Że na stronie programu są wszystkie receptury z odcinka, poza oczywiście tą, która mnie interesuje! Ależ byłam nieszczęśliwa... Opatrzność jednak nade mną i moimi zapędami pieczeniowymi czuwała, gdyż kilka dni później udało mi się trafić na powtórkę programu. Czym prędzej sięgnęłam po kartkę i długopis, i skrupulatnie wszystko sobie zapisałam. Kiedy więc tylko nadarzyła się okazja, kupiła tymianek i upiekłam mega cytrynowe ciacho Erica.

Wyszło obłędne - naprawdę bardzo cytrynowe, ale smaki są idealnie wyważone - nie jest ani za kwaśne, ani za słodkie. Cytryny zdecydowanie grają pierwsze skrzypce, ale nie są aż tak dominujące, jak można by się spodziewać. Pycha! Konsystencję ma bardzo ciekawą - niby biszkoptowo-ucieraną, ale jednak nieco cięższą, bardziej zwartą, wilgotną, a jednocześnie rozpływającą się w ustach. Ciacho najpierw pięknie urosło, później nieco opadło i bałam się, że będzie zakalec, ale nic z tych rzeczy. Jest idealne, cudowne i wspaniałe. Nie można mu się oprzeć. Koniecznie musicie spróbować!

Sycylijskie ciasto cytrynowe z tymiankiem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)
  • 175 g miękkiego masła
  • 175 g cukru
  • 3 jajka
  • 250 g ricotty
  • skórka otarta z 4 cytryn
  • sok wyciśnięty z 3 cytryn
  • 100 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 25 g mielonych migdałów
  • listki z 4 gałązek tymianku

dekoracja:

Oddzielić żółtka od białek. Białka ubić na sztywną pianę.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodawać po jednym żółtku, cały czas miksując. Następnie dodać ricottę, połączyć. Powoli wlewać sok z cytryny ze skórką, nie przerywając miksowania. Następnie partiami dodwać przesianą mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i migdałami. Następnie wsypać drobno posiekany tymianek. Na końcu dodać białka, delikatnie mieszając łyżką.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia, boki wysmarować masłem. Przełożyć masę do formy, wyrównać wierzch.

Piec w 180 st. C. przez 30-40 minut, do suchego patyczka.

Przestudzić, następnie zdjąć obręcz i wyłożyć na talerz do góry nogami. Zostawić do całkowitego ostudzenia, a następnie udekorować plasterkami cytryny i tymiankiem.

Smacznego!

Oczywiście dzień po tym, jak już wszystko było gotowe, znalazłam przepis w internecie na stronie Baking mad (nie wiem, jakim cudem nie udało mi się jej wcześniej zlokalizować). Okazało się, że należy użyć formy o średnicy 20 cm, a nie 26, jak to zrobiłam. Dzięki temu ciacho będzie wyższe i będzie się ładniej prezentować. Pamiętajcie tylko, żeby wydłużyć wtedy czas pieczenia o 5-10 minut.