Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez laktozy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez laktozy. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 stycznia 2018

O tym, jak prawie zostałam feministką. I różowe bułeczki z buraczkami

W sobotę C. był w pracy cały dzień (nie zmyślam; bite trzynaście godzin), a ja po zrobieniu wszystkiego, czego nie musiałam, ale co przyszło mi do głowy, w końcu zasiadłam na kanapie z książką, kawą i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. I kiedy tak siedziałam sobie zupełnie spokojnie, w końcu zaczęło mi się robić chłodno. Sięgnęłam po koc - ale to nie to. Zamarzył mi się ogień na kominku!

I tutaj mała dygresja - jestem jedną z tych staromodnych kobiet, które lubią, gdy otwiera się im drzwi, pomaga nieść ciężkie torby z zakupami, odsuwa krzesło w restauracji i... Rozpala się dla nich w kominku. C. doskonale to rozumie (albo może lepiej będzie powiedzieć, że pogodził się z zaistniałym stanem rzeczy) i robi dla mnie to wszystko, a nawet jeszcze więcej. Kominek więc stanowi dla mnie prawdziwą tajemnicę - C. coś tam przy nim pomajstruje, a potem pojawia się ogień i robi się ciepło. Proste, prawda? 
Ha! Nie do końca.
Włożyłam do kominka szczapę, kawałek wymiętoszonej gazety, podpaliłam i czekałam na cud, który się nie zdarzył. Papier spłonął błyskawicznie... I tyle. Ponowiłam próbę - z tym samym, niestety, rezultatem. Podrapałam się w głowę, dołożyłam drewna i gazet, spróbowałam znowu. 
Powoli, najpierw nieśmiało, później nawet dziko, na kominku zaczął buzować ogień. 

Dumna byłam z siebie niesłychanie! Na co mi mężczyźni, skoro potrafię rozwikłać takie tajemnice, i to w zaledwie pół godziny? Krzesło też umiem sama odsunąć, a ciężkie zakupy zawsze można wnieść na dwa razy. Ostatnio nawet zupełnie sama dolałam płynu do spryskiwaczy w aucie, i to do właściwego pojemnika!
Dołożyłam do ognia raz, drugi... I skończyły mi się polana. Uniosłam brew i kategorycznie oznajmiłam moim psom, że ja w te pająki to na pewno nie pójdę!
Porzuciłam więc ideę zostania feministką i pokornie poczekałam na C., żeby ocalił swą damę z opresji (groźba zamarznięcia może nie była realna, ale... W baśniach zawsze się dramatyzuje bez potrzeby). 

Dzisiaj mam dla Was przepis na wyjątkowe bułeczki - idealnie poprawiające humor już samą swoją barwą. W magazynie Bage og sylte, nr 1/2017 zdjęcie bułeczek było zrobione przed ich upieczeniem - kolor jest niesamowicie intensywny! W piekarniku nieco blednie; staje się głębszy i ciemniejszy, ale nadal robi odpowiednie wrażenie. Wszystko za sprawą startych buraczków - sprawiają, że zwykłe pieczywo nie tylko staje się niezwykle przyjemne dla oka, ale jest wilgotne i naprawdę długo zachowuje świeżość. Dzięki dodatkowi ziaren bułeczki są jeszcze bardziej treściwe; świetnie nadają się do wytrawnych, ale też słodkich dodatków.

Po inne smakołyki z pieczonymi buraczkami koniecznie zajrzyjcie do Patrycji.

Bułki z buraczkami


Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 100 g mieszanki 5 ziaren
  • 200 g buraków
  • 20 g świeżych drożdży
  • 300 ml letniej wody
  • 2 łyżeczki soli
  • 1 łyżka złotego syropu
  • 500 g mąki orkiszowej
  • 225 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka
Mieszankę ziaren zalać wrzątkiem.
Buraki obrać, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach.
Drożdże rozmieszać w kilku łyżkach wody, następnie wlać pozostałą wodę, dodać odciśnięte ziarna, syrop i buraki. Wymieszać.
Do dużej miski przesiać mąkę orkiszową, dodać płynne składniki, zagnieść. Dodać sól, połączyć. Na końcu partiami dodawać mąkę pszenną.
Dobrze wyrobione ciasto odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

Po tym czasie jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 12 części, z każdej uformować okrągłą bułeczkę. Układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując duże odstępy.
Odstawić na 25-30 minut do napuszenia.

Bułeczki posmarować mlekiem.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


U mnie mieszanka pięciu ziaren to ziarna jęczmienia i żyta, słonecznik, sezam i siemię lniane. Nie wiem, czy w Polsce można kupić taką gotową; jeśli nie, można je kupić osobno i wymieszać samemu w dowolnych proporcjach. 
Mleka użyłam tylko do posmarowania bułeczek; zamiast tego można spryskać je wodą, i będą idealne dla alergików. 

poniedziałek, 17 lipca 2017

Sztuka wyrastania i chlebek z zieloną wkładką

Ostatnio nabrałam znów ochoty na pieczenie drożdżowych ciast. Może dlatego, że niby jest lato, ale jednak chłodno i drożdżowe wydaje się takie... Pocieszające. Kiedy zapach słodkich bułeczek roznosi się po domu, deszcz i wiatr tracą na znaczeniu. I nie ważne, że tylko na chwilę...

Problem jednak jest taki, że kaloryfery oczywiście nie grzeją, w kominku w środku lipca palić nie będę (swoją drogą, w kominku nie palę w ogóle, bo nie umiem; to zadanie C. A on by mnie tak wyśmiał, gdybym wyszła z tak niedorzeczną propozycją, że wolę sobie temat odpuścić), a jakby nie patrzeć, osiemnaście stopni to nie jest optymalna temperatura wyrastania. Co robić...?
Wiedziona piekarniczym instynktem, przystąpiłam do szczegółowej inspekcji jednego z piekarników. Tego z funkcją parowania. I wiecie, co odkryłam...? Że ma specjalny program do wyrastania! Przetestowałam go najpierw na słodkich bułeczkach z porzeczkami, następnie na chlebie, na który przepis znajdziecie poniżej - i jestem zachwycona! Nie dość, że można ustawić idealną dla danego rodzaju ciasta temperaturę, to jeszcze piekarnik sam z siebie utrzymuje odpowiednią wilgotność tak, że powierzchnia ciasta nie ma nawet szansy pomarzyć o wysuszeniu. W dodatku przyspiesza cały proces, i w najwyżej czterdzieści pięć minut mam idealnie wyrośnięte, cudownie puszyste ciasto. No żyć, nie umierać! Jestem zachwycona i jednocześnie zdegustowana samą sobą, że wcześniej tego nie odkryłam. Teraz, skoro coraz lepiej rozumiem mój piekarnik (a nie jest to łatwe, zważywszy na fakt, że rozmawia ze mną po duńsku), możecie spodziewać się kolejnych drożdżowych wypieków. Z tego co wiem, nie zanosi się bowiem na zmianę aury, i lody póki co schodzą na dalszy plan...

Ten chlebek upiekłam z myślą o wspólnym gotowaniu, gdzie miałyśmy przygotować danie z trzech produktów: bobu, czosnku i pomidorów. I muszę przyznać, że trochę naoszukiwałam...
W Danii świeży bób jest nieosiągalny, sięgnęłam więc po mrożony. Bardzo chciałam coś przygotować, myślałam długo, aż w końcu wpadłam na pomysł upieczenia chleba. Tylko te pomidory... Nie bardzo pasowały do mojej wizji. W końcu wykombinowałam, że użyję suszonych; i choć wiem, że sezon na świeże, dorodne jest teraz w pełni, mam nadzieję, że wybaczycie mi to lekkie nadużycie. Na usprawiedliwienie dodam, że chlebek podałam jako dodatek do roladek z kurczaka z mozzarellą i pieczonych pomidorków koktajlowych. Może być...?

Pasta z bobu jest wyborna; śmiało można jej używać jako smarowidło do kanapek, albo nawet wymieszać z ugotowanym makaronem. Sok z cytryny i olej najlepiej dodawać po trochu, do osiągnięcia odpowiedniej konsystencji i smaku. W końcu nie wszyscy lubimy to samo...
Chlebek jest mięciutki, delikatny i puszysty; świetnie nadaje się jako dodatek do zup, ale również do kanapek. Naprawdę warto sobie taki upiec.

Po inne przepisy na inne dania z bobem, czosnkiem i pomidorami koniecznie zajrzyjcie do Ani, Malwinny, Shinju i Martynosi.

Chleb z pastą z bobu i suszonymi pomidorami


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 27x15 cm)
  • 350 g mąki pszennej
  • 200 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 23 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 350 ml letniej wody
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 2 łyżki oliwy
pasta z bobu:
  • 350 g ugotowanego, wyłuskanego bobu
  • 2 ząbki czosnku
  • 10 gałązek mięty imbirowej
  • sok z 1 cytryny
  • 100 ml oleju pistacjowego
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 75 g suszonych pomidorów w oleju
  • 2 łyżki oleju od pomidorów
Mąki wymieszać, po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać cukier, wlać 150 ml wody, odstawić na 15 minut.
Po tym czasie dodać do ciasta pozostałą wodę, zagnieść. Pod koniec wyrabiania dodać sól i oliwę.
Ciasto odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować pastę z bobu.
Bób, przeciśnięty przez praskę czosnek, oberwane listki mięty, sok z cytryny i olej zmiksować blenderem. Doprawić do smaku solą i pieprzem.
Odstawić.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, a następnie rozwałkować na prostokąt o wymiarach 35x40 cm, delikatnie podsypując mąką. Posmarować równomiernie pastą z bobu, posypać pokrojonymi na mniejsze kawałki pomidorami odsączonymi z zalewy. Zawinąć ciasno w rulon wzdłuż dłuższego boku, złożyć na pół i włożyć do wyłożonej papierem do pieczenia formy.
Odstawić do wyrośnięcia na 20-25 minut.

Posmarować ciasto olejem z pomidorów.

Piec w 180 st. C. przez 40 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Ja tymczasem jutro wybieram się do fryzjera na ułożenie próbnej fryzury i zrobienie makijażu ślubnego. Jestem nawet lekko podekscytowana, muszę przyznać.

piątek, 10 marca 2017

Chleb dyniowy na poolish. Po raz drugi

Tak jak Wam ostatnio pisałam, na egzamin musiałam przygotować dwa rodzaje pieczywa: jasne i ciemne. Oba na zakwasie, albo przynajmniej na jakimś starterze. I muszę przyznać, że zadanie to spędzało mi sen z powiek. Ciasta bowiem to mój żywioł: uwielbiam obmyślać połączenia smaków, dekoracje i wszelkie możliwe detale, zmieniając koncepcję kilkanaście nawet razy, o ile czas pozwala. Z chlebem to zupełnie inna sprawa... Owszem, lubię od czasu do czasu pobawić się w domową piekarnię, przygotować na śniadanie pachnące bułeczki, ale... Taki poważny chleb to już dla mnie wyzwanie. Ciągle jeszcze nie dorobiłam się własnego zakwasu, od czasu do czasu przygotowuję jakieś tam zaczyny, ale bardziej na oko niż na poważnie. 
Co robić...?

W desperacji, czując się jak tygrys w klatce, wyszłam na spacer. Ciągle jeszcze leżał śnieg, choć słoneczna pogoda zupełnie przeczyła powrotowi zimy. Szłam wzdłuż strumienia, obserwując refleksy na wodzie i biegającego za ptakami psa na pobliskim polu. Wzięłam kilka głębokich oddechów, pozwoliłam myślom błądzić nieskrępowanie, nie licząc już nawet na cud. I kiedy zamiast frustracji poczułam w końcu radosną pustkę, nagle pojawił się zbawienny pomysł. Był nim ten chleb dyniowy, który już Wam na blogu prezentowałam trzy i pół roku temu. Nie mam pojęcia, dlaczego akurat o nim pomyślałam, ale stwierdziłam, że będzie to doskonały przepis. Zaraz potem wymyśliłam temat: jesień. A potem poszło już gładko: kasztany, karmel, jarzębina, czekolada... Nie musiałam się nawet wysilać; zanim wróciłam do internatu, miałam już cały plan, wszytko pasowało do siebie idealnie. Oczywiście, przed egzaminem jeszcze kilka razy delikatnie koncepcję zmieniłam, to dodałam, tamto odjęłam, ale właśnie to popołudnie było decydujące. Ukierunkowało tok mich myśli; powiedziałabym nawet, że zdecydowało za mnie. I dobrze, bo egzamin w końcu zdałam. A chleb wywołał prawdziwą furorę! Już kiedy piekłam go po raz pierwszy, tydzień przed egzaminem, żeby przetestować przepis (przez ponad trzy lata zdążyłam już co nieco zapomnieć), trzy bochenki rozeszły się błyskawicznie, a prośby o recepturę, zadawane  początku nieśmiało, nie pozwoliły o sobie zapomnieć.
Cenzorzy również byli ukontentowani - ten kolor naprawdę robi wrażenie. Szczególnie, jeśli użyjecie dyni Hokkaido o intensywnie pomarańczowym miąższu, efekt będzie wyjątkowo widowiskowy.

Skoro przepis już się na blogu pojawił, po co dodaję go po raz kolejny...? Bo nieco go zmieniłam (lubię sobie powtarzać, że udoskonaliłam), szczególnie sposób pieczenia. Poza tym zamiast w formie, upiekłam go na blasze, dzięki czemu zyskał obłędnie chrupiącą skórkę i bardziej profesjonalny wygląd. Jeszcze jedną zaletą jest fakt, że naprawdę długo pozostaje świeży - po trzech dniach nadal był miękki i wilgotny.

Muszę przekonywać Was dalej, czy już daliście się skusić...?
A może zaserwujecie taki bochenek najbliższym na wielkanocne śniadanie...?

Chleb dyniowy na poolish II


Składniki:
(na 1 bochenek)

poolish:
  • 150 g mąki pszennej
  • 150 ml wody
  • 3 g drożdży

ciasto:
  • 3 g drożdży
  • 100 ml letniej wody
  • 350 g mąki pszennej
  • 3 łyżeczki soli
  • 200 g puree z dyni
  • 45 g pestek dyni

dodatkowo:
  • mąka pszenna

Drożdże na poolish rozpuścić w wodzie, dokładnie wymieszać z mąką. Odstawić w ciepłe miejsce na 4-5 godzin.

Po tym czasie pozostałe drożdże rozpuścić w wodzie. Dodać cały poolish i puree z dyni, na końcu wsypać mąkę. Wyrabiać przez około 6 minut na wolnych obrotach miksera, następnie zwiększyć prędkość i wyrabiać kolejne 6 minut. 3 minuty przed koniec dodać sól i pestki dyni.

Ciasto przełożyć do naoliwionej, plastikowej miski i zostawić do wyrośnięcia na 1 godzinę.
Po tym czasie ciasto złożyć, odstawić na kolejną godzinę.

Podłużny koszyk dokładnie obsypać mąką. 
Wyrośnięte ciasto przełożyć na oprószony mąką blat, delikatnie uformować bochenek, nie wybijając z ciasta zbyt dużo powietrza. Przełożyć ciasto do koszyka, złączeniem do góry.
Wstawić na noc do lodówki.

Następnego dnia wyjąć chleb z lodówki na 30 minut przed pieczeniem.

Piekarnik z blachą rozgrzać do temperatury 275 st. C. Wyjąć blachę, wyłożyć na nią chleb, odwracając koszyk i pozwalając ciastu swobodnie wypaść. Naciąć po skosie ostry nożem.

Chleb włożyć do piekarnika rozgrzanego do 275 st. C., natychmiast zmniejszyć temperaturę do 215 st. C. Parować przez 10 sekund lub wrzucić na dno piekarnika kilka kostek lodu.
Chleb piec 35-40 minut, po 20 minutach otworzyć piekarnik, wypuszczając parę.

Chleb wyłożyć na kratkę do całkowitego ostudzenia.

Smacznego!


Zostawiłam go też do wyrastania na noc w lodówce; wydaje mi się że dzięki temu ma jeszcze pełniejszy smak. Poza tym w ten sposób łatwo można go upiec na śniadanie - gwarantuję, że ten zapach największego śpiocha w mig z łóżka wyciągnie!

środa, 2 listopada 2016

Garść wspomnień i ciasto kasztanowe. Czekoladowe...?

Pierwszy listopada...
W Polsce to taki poważny dzień. Odwiedzamy spowite mgłą, rozświetlone światłem zniczy cmentarze. Z Rodzicami zawsze kupowaliśmy jeden więcej, niż należało, i stawialiśmy go na grobie, o którym wszyscy już zapomnieli. Każdemu zmarłemu należy się w ten wieczór odrobina ciepła...

Grobów, nad którymi trzeba pochylić głowy, ciągle przybywa. Na początku były to praciotki i wujkowie, których nigdy nie poznałam, albo zupełnie nie pamiętałam. Opowieści o nich powoli już zamieniały się w legendy; Rodzice opowiadali je z nostalgicznymi spojrzeniami, zapatrzeni w przeszłość. Z niepokojem zauważyłam, że pewnego roku odwiedziliśmy grób prababci, którą przecież znałam doskonale; jako dzieci razem z kuzynką bawiłyśmy się jej koralami. Później pod zimną, marmurową płytą zapadł w ostatni sen mój Dziadek. Od tej pory pierwszy listopada zupełnie zmienił dla mnie swój charakter. To nie był już tylko trochę straszny, a trochę urokliwy wieczór, kończący się gorącą herbatą i ciastem u Babci. To emocje, które co roku powracają z niewiarygodną siłą; wspomnienia, które nagle postanawiają o sobie przypomnieć. Malują moją twarz uśmiechem przez łzy; jak to jest, że po tylu latach można nadal tęsknić...?

Dzisiaj mam dwa Was ciasto zupełnie wyjątkowe. Przepis znalazłam w magazynie Bage og sylte, nr 3/2016, i od razu zwrócił na siebie moją uwagę dodatkiem puree z kasztanów. To taki ciągle jeszcze ekskluzywny składnik, niecodzienny. To kupne jest dość słodkie; twórcy przepisu wzięli to pod uwagę, i w składnikach nie ma już dodatkowe cukru. Jest za to czekolada, która w połączeniu z kasztanami zyskuje niebagatelny, oryginalny smak. Tak naprawdę ciężko powiedzieć, czy to ciasto kasztanowe z czekoladą, czy czekoladowe z kasztanami...
Ma ciekawą, mazistą konsystencję; jest naprawdę wyjątkowe. Smakuje obłędnie lekko podgrzane, z kulką lodów waniliowych. Poza tym świetnie się nada dla alergików, bo nie ma w nim ani mąki, ani mleka. 

Ciasto kasztanowo-czekoladowe


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)
  • 4 jajka
  • 125 g masła
  • 100 g ciemnej czekolady (58%)
  • 500 g kremu z kasztanów
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli

Czekoladę z masłem rozpuścić w kąpieli wodnej, przestudzić. Dodać krem kasztanowy, wymieszać. Wbić żółtka, wlać ekstrakt, połączyć.
Białka ubić na sztywną pianę z solą, partiami dodawać do ciasta, delikatnie mieszając.

Ciasto przełożyć do wysmarowanej masłem formy.

Piec w 180 st. c. przez 45 minut.
Ostudzić w formie.

Smacznego!


W Danii pierwszy listopada to urodziny mamy C.
Ani mniej, ani więcej.

czwartek, 21 lipca 2016

Sorbet czereśniowy i historia z dreszczykiem w tle

Weszłam do spowitego blaskiem księżyca ogrodu przez staroświecką, kutą bramę. Zaskrzypiała, co naprawdę nikogo nie powinno dziwić. Powiem więcej: od tego typu bram wręcz wymaga się, aby skrzypiały. 
Szłam ścieżką między wysokimi krzewami, a cienie tańczyły mi pod stopami. Wiatr szumiał, ale nie złowieszczo; choć też zdecydowanie nie przyjaźnie.  W końcu doszłam do okazałego domostwa: wielkie, czarne, niczym z klasycznego filmu grozy. Okna patrzyły na mnie podejrzliwie, niechętnie. Gdy pchnęłam drzwi, zaskrzypiały jeszcze bardziej stanowczo niż brama. 
Wnętrze mnie nie zaskoczyło: ciężkie kotary w oknach, staroświeckie meble i szerokie, ciągnące się w nieskończoność schody. 
Najdziwniejsza była świadomość tego, że gdzieś tutaj kryją się (choć pewnie niezamierzenie) wszyscy moi współpracownicy. Nikogo z nich nie widziałam, ale miałam silne przekonanie, że po prostu muszą tutaj być. Bo gdzie niby indziej mieliby się podziewać...?

Wchodząc na górę spotkałam Henryka, mojego szefa. Popatrzył na mnie jak zwykle, czyli z szerokim uśmiechem i autorytatywnie oznajmił: W kuchni są duchy. Idź się nimi zajmij.

I wtedy...
Się obudziłam.
Nie zmyślam; chociaż minął już ponad tydzień, ten sen ciągle za mną chodzi.
Dziwny był...

Do Danii tymczasem wróciły upały. Temperatura dochodzi do dwudziestu ośmiu stopni w największych porywach, wszyscy więc cieszą się tym niezwykłym zjawiskiem. My też przesiadujemy w ogrodzie, z którego Ptysi nie idzie zapędzić do domu i... Kręcimy lody. 
Sezon na czereśnie, przynajmniej tutaj, ma się ku końcowi. Najbardziej lubię je na surowo (najchętniej prosto z drzewa), tym razem jednak puściłam wodze fantazji i przerobiłam je na pyszny, cudownie kremowy sorbet. To dzięki syropowi cukrowemu i dodatkowi banana ma tak wspaniałą konsystencję. Odrobina alkoholu sprawia, że nie zamarza na kamień. Można dodać wiśniówki - ja nie miałam, więc wybrałam delikatną i dość neutralną w smaku miodówkę. 
Wyszło bosko - idealny deser na upały!

Wiśniowe i czereśniowe pyszności znajdziecie też dzisiaj u Ani, Mirabelki i Martynosi.

Sorbet czereśniowy


Składniki:
(na 800 ml lodów)
  • 500 g czereśni
  • 125 g cukru
  • 125 g wody
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 banan
  • 2 łyżki miodówki
Z cukru, wody i soku z cytryny zagotować syrop. W tym czasie wydrylować czereśnie. włożyć je do syropu, gotować 5-10 minut, aż zaczną być szkliste. Przestudzić, zmiksować blenderem. Całkowicie ostudzić.
Do masy dodać zmiksowanego banana i alkohol. Wymieszać.
Schłodzić w lodówce, najlepiej przez całą noc.

Schłodzoną masę przelać do maszynki do lodów, postępując według instrukcji.
Przełożyć lody do plastikowego pudełka i zamrozić lub podawać od razu.

Smacznego!


Przepis oczywiście dodaję do akcji Mirabelki:

wtorek, 29 marca 2016

Zdrowe ciastka. Dla każdego

Uff... Nareszcie po Świętach. 
Nie, nie, proszę sobie nie myśleć, że jestem emocjonalnym ekshibicjonistą, który ma zamiar wygłosić tyradę na temat ciekawskich ciotek, czepiających się wujków, nieznośnej rodziny bliższej i dalszej. Nic z tych rzeczy. Do tego kontrowersyjnego stwierdzenia skłonił mnie fakt, że pracowałam sobotę, niedzielę oraz poniedziałek, zaczynając dzień o godzinie drugiej lub pierwszej z uwagi na tą ogólnie nielubianą zmianę czasu (na następną niektórzy nawet czekają; dodatkowa godzina snu to czasami prawdziwy luksus). Dlatego wczoraj po południu odetchnęłam głęboko z wyraźną ulgą i zaczęłam się zastanawiać, czy wypada mi upiec jeszcze jedną babkę. Mam bowiem pomysł i bardzo nie chcę z nim czekać do kolejnej Wielkanocy...

Dzisiaj natomiast mam coś zaskakującego; nawet dla mnie. Ale jestem pewna, że po świątecznych smakołykach (tu jajeczko, tam sałatka, babki, mazurki i serniczki wpadają na talerze nie wiadomo kiedy; wszyscy to znamy. Wszyscy się wstydzimy, ale rozumiemy) przyda się przepis na coś, co będzie można jeść bez wyrzutów sumienia. Najmniejszych! 
Bez jajek, bez nabiału, bez tłuszczu, bez mąki, bez cukru... Bez wszystkiego - powie niejeden sceptyk. Cóż, prawie... Troszkę ziarenek i orzechów, woda i najgrzeszniejszy w tym towarzystwie element - miód (łyżka raptem!). Z tej mieszanki wychodzą zaskakująco pyszne i wciągające, chrupiące ciasteczka. W oryginalnym przepisie, który znalazłam na stronie Vegabutik, są to wytrawne krakersy. Ja przerobiłam je na słodkawe, ale w zasadzie dość neutralne w smaku ciasteczka. Idealne do herbaty, na śniadanie (pierwsze albo drugie), na deser. Dla alergików, dla tych na diecie i dla tych, którzy chcą spróbować czegoś nowego. Jednym słowem - dla każdego!

Skusicie się...?

Orzechowe ciastka z chia


Składniki:
(na 20 sztuk)
  • 100 g chia
  • 75 g ziaren słonecznika
  • 75 g ziaren sezamu
  • 50 g mielonych orzechów laskowych
  • 250 ml ciepłej wody
  • 1 łyżka miodu

Wszystkie ziarna i orzechy wymieszać. Miód rozpuścić w wodzie, zalać nim mieszankę. Odstawić na 10-15 minut, aż chia wchłoną wodę i masa zgęstnieje.
Wyłożyć masę na blachę z piekarnika wyłożoną papierem do pieczenia. Równomiernie rozprowadzić dłońmi, mocno dociskając.

Piec w 160 st. C. przez 20 minut.

Wyjąć blachę z piekarnika, pokroić ciasto ostrym nożem na kwadraty.

Piec kolejnych 40 minut w 160 st. C.
Ostudzić, a następnie połamać na kawałki wzdłuż linii.

Smacznego!


Ja już zastanawiam się nad kolejnymi wariacjami tego przepisu, ma bowiem - moim zdaniem - naprawdę duży potencjał.

piątek, 11 marca 2016

Pachnący bochenek na każdą porę roku

Gdy w wolny dzień otwieram oczy tuż po słonku, wita mnie wiosna. Błękitne niebo bez ani jednej chmurki, ciepłe światło wlewające się przez okna i uczucie gdzieś głęboko w środku, że to będzie dobry dzień. 
Po południu wychodzę z Ptysią na jesienny już świat. Słoneczna kula jakby zamglona, znużona swoimi obowiązkami. Chłodny wiatr od czasu do czasu szarpie za mój szalik i Ptysi uszy, wywołując uczucie niewytłumaczalnego niepokoju. 
Wieczorem szyby pokrywa lód, malując na nich fantazyjne wzory. Zima śmieje mi się prosto w nos. O naiwna, myślałaś, że tak łatwo dałam za wygraną...? - szepcze, mrożąc mi twarz zimnym oddechem.

Cóż, czekam na kolejny wiosenny poranek i zastanawiam się, gdzie w tym cyklu zapodziało się lato...?

Znalazłam na dysku przepis na chleb. Najprostszy, najzwyklejszy. Na drożdżach. Z chrupiącą skórką, ziemniakami, dzięki którym długo zachowuje świeżość, oraz dodatkiem kolendry. Może więc choć trochę niezwykły...? Ma chrupiącą skórkę i zwarty miąższ, pięknie pachnie - jeśli oczywiście lubicie kolendrę. Możecie ją pominąć, ale mi pasuje tutaj jak ulał.

Prosty chleb z ziemniakami i kolendrą


Składniki:
(na 1 bochenek)
  • 120 g ugotowanych ziemniaków
  • 500 g mąki pszennej
  • 300 ml letniej wody
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka mielonej kolendry

dodatkowo:
  • 2 łyżki wody

Ziemniaki rozgnieść widelcem lub przecisnąć przez praskę. Mąkę przesiać, wymieszać z solą, kolendrą i ziemniakami. 
Drożdże wymieszać z cukrem i wodą. Wlać do mąki, zagnieść, wyrobić gładkie ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia na 1 godzinę.

Po tym czasie jeszcze raz szybko zagnieść, uformować z ciasta podłużny bochenek, odstawić na 40 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięty bochenek skropić wodą, naciąć po skosie w trzech miejscach. Na blasze z chlebem ustawić małe naczynie z wodą.

Piec w 225 st. C. przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 200 st. C. i piec jeszcze 30-35 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

A w domu pachnie pomarańczami. I rabarbarem. 
Czyste szaleństwo!

sobota, 5 marca 2016

Kokosowy pudding chia. Dla zabieganych

Zabiegana jestem okrutnie. Szczególnie rano brakuje mi czasu na cokolwiek. I jakoś nie mogę się zmusić, żeby wstawać jeszcze wcześniej i robić sobie śniadanie. Zazwyczaj zjadam jabłko lub, ostatnio, kiwi, czasem banana, i pędzę do pracy. A tam, po jakiejś godzince, dopada mnie głód. No dobra, mały głodek raptem... Niemniej, jak możecie sobie z pewnością wyobrazić, otoczona jestem przez ciasta, ciastka i ciasteczka, co tylko potęguje ssanie w żołądku. W końcu, skuszona smakołykami, sięgam po drożdżóweczkę, albo - czyste szaleństwo! - po kawałek ciasta z bitą śmietaną... 
W końcu jednak powiedziałam sobie: dość! Tak dalej być nie może. Nie chcę skończyć praktyk dwa razy grubsza i ani trochę wyższa, niż zaczęłam. Pierwszy krok - śniadanie w domu, które nasyci mnie na tyle, że będę mogła smarować biszkopty kremem, i nie podjadać. Kanapki są na drugie śniadanie, owsianka...? Za długo. Granola jest dobrym rozwiązaniem (koniecznie domowa!), ale od czasu do czasu potrzeba zmiany. Z czeluści szafki wygrzebałam więc zapomniane nasionka szałwii hiszpańskiej (która, wbrew pozorom, pochodzi z Meksyku i Gwatemali), i przygotowałam sobie pudding. Jest to genialna opcja z tego względu, że całą pracę (której jest, prawdę powiedziawszy, niewiele), należy wykonać wieczorem. Rano tylko dodać elementy chrupiące i owoce, i można wcinać.

Taki niepozorny pudding syci na długo i smakuje naprawdę dobrze. Małe, ciemne ziarenka, nawet po nocy moczenia się w mleku, nadal delikatnie chrupią. Ta wersja jest obłędnie kokosowa (jeśli pudding rano będzie zbyt gęsty, można dolać odrobinę mleka i wymieszać) i niezbyt słodka. Mi zasmakowała bardzo.
I na podwieczorek się nada, a nawet na zdrowy deser.
Czego chcieć więcej...?

Kokosowy pudding chia z jeżynami


Składniki:
(na 2 porcje)
  • 400 ml mleka kokosowego
  • 3 łyżki nasion chia
  • 2 łyżeczki miodu
dodatkowo:
  • chipsy kokosowe
  • jeżyny
Mleko kokosowe, miód i chia dokładnie wymieszać. Przykryć folią spożywczą, wstawić na noc do lodówki.

Następnego dnia przełożyć do szklanek, udekorować chipsami kokosowymi i jeżynami.

Smacznego!


Chia jeszcze się z pewnością u mnie pojawi, bo coraz bardziej lubię te maleńkie kuleczki.
Może nawet w duecie z czerwonymi pomarańczami...?

sobota, 24 października 2015

Proste ciasto z dynią i gruszką

Wczoraj po południu przypomniano mi, że nazajutrz o godzinie dziesiątej mam się stawić na spotkanie. Pierwszym punktem programu miało być wspólne zjedzone drugie śniadanie, co zawsze jest zachęcające i wprawia uczestników w dobry nastrój. Szczególnie, jeśli po domowych bułeczkach jest możliwość zjedzenia domowego ciasta, popijanego pyszną, mocną kawą (Duńczycy innej nie pijają). Hmm... Trzeba było coś upiec, i to szybko!

U Bereniki znalazłam pomysł na ciasto dyniowe. Świetnie się to zgrało z faktem, że akurat wyjęłam z piekarnika kolejną porcję dyni przeznaczoną na puree. Pozostałe składniki miałam w domu, szybko więc zabrałam się za pieczenie. Okazało się jednak, że nie wszystko pójdzie gładko... Formo, gdzie jesteś...? Wołałam w przypływie rozpaczy, nie mogąc znaleźć jej w żadnej z szaf. W końcu przypomniałam sobie, że obie pasujące do przepisu, mają moje koleżanki. Trzeba więc było improwizować... Sięgnęłam po keksówkę, i naprawdę - nie był to zły pomysł. Takie ciasto można później pokroić w zgrabne plastry, i je się je naprawdę wygodnie.
Oczywiście, musiałam dodać coś od siebie. Przyprawę do piernika, której jeszcze nie przygotowałam w tym roku, zamieniłam na moje ulubione korzenne aromaty. A na wierzch wyłożyłam plastry gruszki - bardzo lubię ciasta z owocami, a wszyscy wiedzą, że dynia i gruszka to para wręcz wyborna.

Ciasto mnie nie zawiodło - wyszło mięciutkie, wilgotne, obłędnie pachnące. Wszystkim bardzo smakowało, i spotkanie w sobotę przestało doskwierać nawet najbardziej marudnym.

Berenika wspomniała, że przy tym cieście należy użyć luźniejszego puree. Tak też zrobiłam, i musiałam dodać nieco więcej mąki, gdyż ciasto wyszło za rzadkie. Ilości składników należy więc potraktować nieco orientacyjnie, wszystko zależy od dyni. Jednak jeśli masa będzie za rzadka, wystarczy dodać mąki; gdy wyjdzie za gęsta - dolać mleka. Nie ma więc powodów do niepokoju, a ciasto robi się łatwo i przyjemnie.
Upieczcie, póki sezon na dynię trwa!

Korzenne ciasto dyniowe z gruszką


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 11x29 cm)
  • 200 g puree z dyni
  • 130 g cukru trzcinowego
  • 120 ml oleju
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 180 g mąki orkiszowej
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 gruszka
dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru
Gruszkę obrać, wykroić gniazdo nasienne i pokroić w niezbyt cienkie plastry.

Mąkę przesiać, wymieszać z przyprawami, proszkiem do pieczenia i sodą.
Jajka roztrzepać, wymieszać z puree dyniowym, cukrem, olejem i ekstraktem z wanilii.
Mokre skłądniki wlać do suchych, wymieszać łyżką tylko do połączenia składników. Przelać ciasto do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu poukładać kawałki gruszek.

Piec w 180 st. C. przez 60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

Przepis dorzucam oczywiście do dyniowej akcji Bei.


PS Pamiętajcie o zmianie czasu!

sobota, 19 września 2015

Focaccia pachnąca rozmarynem

Zapowiada się intensywny weekend. Najpierw spotkanie, po którym nie do końca wiem, czego się spodziewać, ale może wyniknie z tego coś dobrego. Później wieczór w towarzystwie współpracowników C.; pociesza mnie myśl, że w planie jest pięciodaniowa kolacja, więc przynajmniej kulinarnie nie będę się nudzić. W niedzielę musimy wpaść do rodziców C. i jak zwykle, pewnie się przeciągnie. A w poniedziałek... W poniedziałek jeszcze sama nie wiem co, ale czekam na niego bardzo niecierpliwie.
Ach, jak ja lubię być taka tajemnicza!

Teraz więc szybciutko i na temat.
Dawno już na blogu nie było domowego pieczywka. Wszystko dlatego, że chodząc do szkoły nie miałam potrzeby go piec; co chwilę przynosiłam ze sobą bułki i chleby wszelkiej maści. A później... Chyba dopadło mnie tematyczne lenistwo. Kilka razy myślałam o upieczeniu czegoś dobrego na weekendowe śniadanko, ale... Lenistwo zwyciężało, i kończyło się na bułkach z pobliskiej piekarni lub owsiance. 

W końcu jednak się przemogłam. Muszę przyznać, że dużą rolę odegrało tu niezwykle apetyczne zdjęcie z Hjemmets bedste mad, nr 7-8/2015, którą kupuję ostatnio regularnie. Prosta focaccia z kolorowymi pomidorkami, odrobiną rozmarynu i czosnku. To nie mogło się nie udać!
Przygotowanie ich wcale nie trwa bardzo długo, jest też raczej proste. A efekt? Wyjątkowo aromatyczny. No i pieczone pomidorki, których słodki smak po prostu uwielbiam.
Jako dodatek do zupy, albo w ramach przekąski między posiłkami. Smakują naprawdę wyśmienicie - polecam!

Focaccia z pomidorkami i rozmarynem


Składniki:
(na 6 sztuk)
  • 25 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniej wody
  • 45 ml oliwy
  • 150 g mąki durum
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru

dodatkowo:
  • 300 g pomidorków koktajlowych żółtych i czerwonych
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 gałązki świeżego rozmarynu
  • 2 łyżki oliwy
  • 1 łyżeczka soli morskiej w płatkach
  • pieprz

Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać cukier i wlać 100 ml wody. Odstawić na 15 minut.
Po tym czasie wlać resztę wody i dodać sól, zagnieść ciasto. Wlać oliwę, wyrobić gładkie, nielepiące ciasto.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie ciasto podzielić na 6 równych części. Z każdej uformować kulę, rozwałkować na placki grubości 4-5 mm. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
Odstawić do wyrośnięcia na 30 minut.

Po tym czasie placuszki posmarować oliwą, ułożyć na nich przekrojone na pół pomidorki. Czosnek pokroić w cienkie plasterki, ułożyć na cieście razem z igiełkami rozmarynu. Posypać solą i pieprzem.

Piec w 200 st. C. przez 25-30 minut, aż się ładnie zezłocą.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


A ja tymczasem kończę się pakować, i pędzę na umówione spotkanie. Po drodze mam zgarnąć jeszcze dwie uczestniczki, czyli połowę wszystkich zgromadzonych. Lepiej więc, żebym się nie spóźniła!

wtorek, 28 lipca 2015

O jagodowej tęsknocie. I borówki - zamiast

W Danii nie ma jagód.
Jak to? - spytacie z oburzeniem. Przecież jagody są wszędzie - w lesie całe pola (wystarczy wiedzieć, gdzie szukać), przy drodze siedzą starsze panie z litrowymi słoikami pełnymi tych leśnych skarbów, a jeśli jesteśmy typowymi mieszczuchami, możemy wybrać się na najbliższy targ i tam z pewnością znajdziemy kilka stoisk uginających się, między innymi, pod tymi czarnymi kuleczkami.
A ja Wam odpowiem - wcale nie. Ani w sklepie, ani na targu, ani w mrożonkach nawet - nie ma. Tylko borówki amerykańskie, na które był prawdziwy szał w czasach, gdy uczęszczałam do liceum. Jagody nas znudziły, bo takie małe i niereprezentatywne, a borówki - duże, idealne elipsy, wydawały się dużo bardziej wyrafinowane. No i jeszcze ta nazwa - amerykańskie. Któż by się oparł...?
Jedli wszyscy, jadłam i ja, zachwycając się ich smakiem. A jednocześnie z Rodzicami i Młodą jeździliśmy od czasu do czasu na jagody. Wracałyśmy niemożebnie umorusane, fioletowe nawet za uszami, z brzuchami pełnymi jagodowego dobra. Słoiczki, no cóż... W większości zapełniali Rodzice. 

Dzisiaj jagody przechodzą swoisty renesans - razem z modą na wszystko, co swojskie i lokalne, wróciły do łask. Wszyscy pieką jagodzianki niemal na wyścigi, starając się udoskonalić już przecież doskonałe receptury naszych babć. A ja tylko dostaję ślinotoku na myśl o tych wszystkich sernikach, drożdżówkach i babeczkach, i zadowalam się borówkami. Które owszem, są dobre, ale ze smakiem leśnych jagód niewiele mają wspólnego. 

Postanowiłam przetestować przepis na krem, który przygotowywałam wielokrotnie, z dodatkiem najróżniejszych owoców - od tradycyjnych cytryn, przez inne cytrusy, aż po rabarbar czy żurawinę, a nawet marchewkę. Mowa o curdzie - angielskim kremie-budyniu, lekko kwaskowym, intensywnie owocowym, który podbił chyba cały świat. Na podstawie ulubionego przepisu przygotowałam go z borówek, i muszę przyznać, że mile mnie zaskoczył. Kremowa, budyniowa konsystencja i intensywny, owocowy smak. Czego chcieć więcej...?
Może tylko curdu z prawdziwych, leśnych jagód...

Jagodowy curd

Składniki:
(na 350 g curdu)
  • 300 g jagód/borówek amerykańskich
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 100 g cukru
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka oleju

Jagody/borówki zmiksować blenderem na gładką masę, przetrzeć przez sitko. Umieścić w garnuszku razem z jajkami, żółtkami, cukrem, sokiem z cytryny i mąką. Dokładnie wymieszać. Podgrzewać, cały czas mieszając, aż masa nabierze konsystencji gęstego budyniu. Wlać olej, wymieszać, gotować jeszcze 2 minuty.
Ostudzić.

Smacznego!

A już jutro pokażę Wam, jak zawartość takiego słoiczka można wykorzystać. Bo choć wyjedzenie jej ot, tak po prostu, łyżeczką, a być może nawet palcem, wydaje się niezwykle kuszące, gwarantuję, że są jeszcze lepsze możliwości.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Ciasto w wydmuszce

Wczoraj z rana obudził nas telefon. Służbowy C., w związku z czym odwróciłam się na drugi bok i próbowałam spać dalej. Gdy po kilku minutach C. skończył rozmowę, otworzyłam jedno oko i ujrzałam tuż nad twarzą kubek z wodą, który niebezpiecznie zaczął się przechylać... A całej sytuacji towarzyszył demoniczny chichot C.
Okazało się, że mąż koleżanki uznał, że należy C. zapoznać ze starą, polską tradycją, jaką jest Lany Poniedziałek. Na szczęście nie zostałam zbyt mocno podtopiona, ale już obmyślam plan zemsty...

Jak Wam minęły Święta? Nam bardzo spokojnie. W niedzielę wybraliśmy się do siostry C., gdzie posiedzieliśmy kilka godzin, porozmawialiśmy, pośmialiśmy się. Jedzenie też było, i to dobre, ale nic nie mające wspólnego z polskimi tradycjami - był szwedzki stół, na którym oczywiście główną rolę odgrywały jajka na twardo, a na deser krem cytrynowy (pyszny, kiedyś podam Wam przepis). A później wszyscy z niedowierzaniem oglądali ciasto w jajkach...

Widziałam takie cuda już w zeszłym roku, a może nawet wcześniej. Ogromnie mi się podobały, ale jednak troszkę mnie ich przygotowanie przerażało... Tym razem postanowiłam wszystkich zaskoczyć, zaczęłam więc uważnie czytać przepisy. Nieznacznie się od siebie różniły: jedne kazały jajka sparzyć, inne wypłukać wodą z solą, jeszcze inne po prostu dokładnie wypłukać. Ciasta w nich zamknięte też były różne - od prawdziwego, intensywnie czekoladowego brownie po świeżo-cytrynowe. Wyciągnęłam więc wnioski, i zabrałam się do pracy. 
Zrobienie dwudziestu wydmuszek zabiera sporo czasu, polecam więc zacząć je kompletować już kilka dni przed Świętami. Sparzonym, nic się nie stanie do chwili, gdy nadejdzie pora pieczenia. Reszta to już banał - przygotowałam zwykłe ciasto muffinkowe (wszystkim bardzo smakowało) na wodzie - można użyć mleka, moje miały być bez laktozy. Napełnianie skorupek jest proste, a później wystarczy bezpiecznie ułożyć je w gniazdkach i upiec. Jedna ważna rzecz - nie wlewajcie za dużo ciasta do skorupek - popękają! Mi się tak z kilkoma niestety przytrafiło... 
Mam nadzieję, że za rok przyda Wam się taki przepis.

Ciasto czekoladowe w skorupkach jajek

Składniki:
(na 20 jajek)
  • 300 g mąki orkiszowej
  • 40 g kakao
  • 100 g cukru
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 jajka
  • 200 ml wody
  • 50 ml oleju
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

dodatkowo:
  • 20 jajek
  • 2 łyżki oleju

U podstawy jajka zrobić dziurkę o średnicy około 1,5 cm. Do środka wsunąć wykałaczkę lub maleńki widelczyk, zamieszać. Wytrząsnąć zawartość jajka, wypłukać. Tak samo postąpić z pozostałymi jajkami. Puste skorupki wyparzyć, ustawić dziurkami do dołu, żeby całkowicie wyschły.

Przed pieczeniem do każdej skorupki wlać 1 łyżeczkę oleju, potrząsać, aż dokładnie obleje ścianki. Resztę oleju wylać.
Skorupki ułożyć otworem do góry w formie do mini muffinek wyłożonej folią aluminiową (tak, żeby jajka stały prosto i się nie ruszały).

Mąkę i kakao przesiać, wymieszać z cukrem i proszkiem.
Jajka roztrzepać, dodać wodę, olej i ekstrakt, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia składników.

Masę przełożyć do woreczka cukierniczego z otworem o średnicy 1 cm, napełniać skorupki nieco tylko ponad połowę (zbyt duża ilość ciasta rozsadzi skorupki podczas pieczenia).

Piec w 180 st. C. przez 20 minut, do suchego patyczka.
Wystudzić.

Smacznego!

W następnym wpisie pokażę Wam, w czym moje jajka podałam. Sama nie wiem, co zrobiło większe wrażenie!

piątek, 19 września 2014

Moje urodzinowe prezenty. I orkiszowe bułeczki na weekendowe śniadanie

Uff, zabiegana ostatnio jestem strasznie. Sama nie wiem, jak to się dzieje, ale nie mam czasu na nic, i nawet na pisanie brakuje mi energii. 
We wtorek po szkole C. mnie odebrał, i poszliśmy na urodzinową kawę i ciastko do koleżanki (a właściwie jej szanownego małżonka - najlepsze życzenia!). Po powrocie do domu szaleliśmy w kuchni - dwa rodzaje lasagne, tort i góra mini muffinek. Następnego dnia wszystko spakowaliśmy do auta i pojechaliśmy do rodziców C. Najpierw było wielkie cięcie - siostra C., ta, która wychodzi za mąż w sobotę, jest fryzjerką, więc zarządziła, że środa to ostatni dzień przed weselem, kiedy będzie nas obcinać. Kolejka ustawiła się dłuuuga - wiadomo, wszyscy chcemy wyglądać jak najlepiej. W poprzedni weekend nałożyłam farbę, i muszę przyznać, że z nową fryzurą sama się sobie podobam - jest króciutko, nowocześnie, bezproblemowo i bardzo twarzowo - czyli tak, jak lubię. Dziękuję ogromnie!

Kiedy już wszyscy mogli się cieszyć nowym wizerunkiem, zabraliśmy się do jedzenia. Wszystko bardzo smakowało, z czego cieszę się ogromnie. Jedyne, czego żałuję, to że C. nie mógł być z nami - akurat w środę wypadł mu pierwszy dzień w nowej pracy...
Ponieważ całe jedzenie zostało przygotowane z myślą o moich niedawnych urodzinach, dostałam całą górę prezentów. I to jakich! Od rodziców C. mieszadło z silikonowym brzegiem do Wallego oraz fartuch z pasującymi łapkami. Od jego rodzeństwa cudowną książkę Chokolade Clausa Meyera (to chyba mój ulubiony prezent; chociaż wszystkie są po prostu idealne!), prostokątną formę do tary z wyjmowanym dnem, cztery urocze maleńkie miseczki i bardzo elegancką paterę do ciasta. Ochom i achom nie było końca - bardzo, bardzo dziękuję! Jestem w siódmym niebie. A na blogu niedługo z pewnością pojawi się tarta. Prostokątna. Z czekoladą.

Tymczasem dzisiaj mam dla Was zwykłe, proste bułeczki. Ich sekret tkwi w mące orkiszowej, która nadaje im lekko orzechowego posmaku. Są bez jajek, bez nabiału, idealne dla alergików. Po prostu pyszne.

Bułeczki orkiszowe

Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 400 g mąki orkiszowej
  • 100 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 300 ml letniej wody
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli

dodatkowo:
  • 2 łyżki mąki orkiszowej

Mąki przesiać, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać cukier i wlać 100 ml wody.
Odstawić na 15 minut.

Po tym czasie dodać resztę wody, zagnieść gładkie ciasto. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 12 części, z każdej uformować bułeczkę, delikatnie obtoczyć w mące. Ułożyć je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić na 30 minut do napuszenia.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

W najbliższej przyszłości możecie się też spodziewać eksperymentów z mąką orkiszową - kupiłam ostatnio dwa kilo  w promocji, i mam kilka ciekawych pomysłów.

A jutro - wesele. Oj, nie mogę się już doczekać!

poniedziałek, 15 września 2014

O tym, jak weszłam w dwudziesty pierwszy wiek. I makaroniki

Tak się złożyło, że dokładnie tydzień temu miałam urodziny. Tym razem zupełnie nie zgrały się  ze wszystkimi innymi planami, jakie mamy: w jeden weekend ja uczestniczyłam w wieczorze panieńskim, w miniony to C. się bawił na kawalerskim. W sobotę jedziemy na wesele (już się nie mogę doczekać!), w związku z czym stwierdziłam, że nikt nie będzie miał czasu ani energii na zawracanie sobie głowy jakimiś tam urodzinami... Jak bardzo się myliłam! Siostry C. od tygodnia wypytują mnie o listę prezentów, a to generuje u mnie silną potrzebę ugoszczenia ich tortem. Ponieważ dzieli nas sporo kilometrów, C. ustalił ze swoimi rodzicami, że dużo wygodniej będzie zaprosić wszystkich do nich, my tylko przyniesiemy poczęstunek. I kiedy już wszystko zostało dokładnie zaplanowane, łącznie z tortem, okazało się, że w środę wypada pierwszy dzień w nowej pracy C... Trochę głupio byłoby wszystko odwoływać, w związku z tym zostanę, po raz pierwszy, sam na sam z całą jego rodziną. Jednak wieczór panieński spędziłam z piękniejszą połową, i był niezwykle udany, więc liczę na to, że i tym razem będzie miło. I że nagle, jakimś tajemniczym sposobem, nie zapomnę całego duńskiego, którego się do tej pory nauczyłam...

I choć przyjęcie urodzinowe przede mną, to C. już mnie obdarował. Stwierdził, że to najwyższa już pora, abym weszła w dwudziesty pierwszy wiek, i kupił mi telefon nowej generacji, czyli z dotykowym wyświetlaczem.
Tu muszę nadmienić, że technicznie jestem ogromnie zacofana. Do tej pory byłam szczęśliwą posiadaczką Nokii X3 (pamięta ją ktoś jeszcze...?), nie mam ipada, mp3 (czy czegokolwiek się aktualnie używa do słuchania muzyki), czytnika ebooków, ani w ogóle nic z tych rzeczy. Jestem zadowolona z mojego pięcioletniego laptopa, na którym nie chodzą żadne bardziej zaawansowane gry niż Gold miner, a PS3 przyprawia mnie często o bóle głowy. 
Unikałam tematu nowego telefonu jak mogłam, ale w końcu zostałam postawiona przed faktem dokonanym. I wiecie co? Podoba mi się. Sama nie wierzę, że to piszę... Ale to prawda. Mogę robić zdjęcia wszystkiego dookoła, mam świetny słownik, który bardzo mi się przydaje, mogę wysyłać i odbierać mmsy, a nawet mam zainstalowanego skypa. Dodatkowo C. zamówił mi do niego śliczną skarpetę nowej generacji, czyli urocze opakowanie z klapką z motywem kwitnącej wiśni. I teraz już nikt nie będzie na mnie dziwnie patrzył, gdy będę odbierać telefony przy ludziach. Co prawda na razie wywołuję salwy śmiechu brakiem umiejętności w obsłudze, ale się nauczę - bo chcę.
Ten dwudziesty pierwszy wiek i wszystkie technologie to jednak nie taka straszna sprawa... Kto wie, może z czasem przekonam się do czytnika...? (W to akurat zupełnie nie wierzę, ale kiedyś nikt nie wierzył, że człowiek stanie na Księżycu, prawda...?)

Dzisiaj więc, troszkę z okazji urodzin, mam dla Was coś nieco bardziej eleganckiego. Z wykorzystaniem jeżynowego curdu, oczywiście.

Makaroniki miały wyjść bardziej fioletowe, ale mieszanie barwników nie do końca mi wyszło. Niemniej, wyglądają i smakują pierwszorzędnie - mają falbankę, gładką powierzchnię, są okropnie słodkie i mocno migdałowe; czyli takie, jak makaroniki być powinny. Do tego lekko kwaskowate przełożenie z jeżynowego curdu, które nie tylko świetnie uzupełnia i równoważy słodycz ciasteczek, ale też wygląda wręcz bajecznie.
Jeśli macie trochę czasu i cierpliwości - spróbujcie. To wcale nie jest takie trudne, na jakie wygląda.

Makaroniki z jeżynowym curdem

Składniki:
(na 25 złożonych makaroników)
  • 140 g białek
  • 175 g mielonych migdałów
  • 175 g cukru pudru
  • 65 ml wody
  • 175 g cukru
  • fioletowy barwnik spożywczy

dodatkowo:

Migdały z cukrem pudrem zmielić w młynku do kawy, a następnie przesiać przez drobne sitko. 70 g białek ubić na sztywną pianę. W czasie ubijania z cukru i wody zagotować syrop. Gdy osiągnie temperaturę 115 st. C., zdjąć z ognia i wąskim strumieniem, powoli wlać do białek, cały czas ubijając. Miksować jeszcze przez 10 minut, aż beza całkowicie wystygnie.

Do migdałów z cukrem dodać pozostałe 70 g białek, wymieszać na gładką pastę. Dodać 1/3 bezy, wymieszać. Dodać resztę, delikatnie, ale dokładnie połączyć. Dodać bawrnik, wymieszać. Masa nie powinna być zbyt lejąca, ale też nie całkiem sztywna. Masę przełożyć do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką 8 mm, wyciskać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia koła tej samej wielkości. 
Odstawić na 1 godzinę, aby utworzyła się skorupka. 

Piec w 150 st. C. przez 15-20 minut.
Wystudzić, delikatnie zdjąć z blachy.

Wystudzone makaroniki przekładać curdem, podawać od razu.

Smacznego!

Curd można wymieszać z jedną czy dwoma łyżkami likieru z czarnych porzeczek, jeśli deser nie jest przeznaczony dla dzieci. Z pewnością uszlachetni to smak i sprawi, że makaroniki będą jeszcze bardziej wyjątkowe. Ja chciałam tak zrobić, ale najzwyczajniej w świecie... Zapomniałam.

czwartek, 11 września 2014

Curd. Z jeżyn

Z przerażeniem muszę stwierdzić - chyba skończyły się jeżyny! Codziennie chodzę i sprawdzam - i nic. Krzewy zieją przerażającą, kolczastą pustką. Mam jeszcze inne miejsca do sprawdzenia, ale obawiam się, że i tam doznam rozczarowania - pogoda już nie ta, słonka jak na lekarstwo, i nawet jeśli coś tam jeszcze gdzieś się chowa, to nie ma szans, żeby dojrzało. A jeżyny muszą być niemal czarne, duże i słodkie - inaczej nie bardzo nadają się do konsumpcji...
Na szczęście zostałam obdarowana przez brata C. całą górą jabłek - nie mam pojęcia, co to za odmiana, ale są kwaśne i twarde, idealne do wypieków (do jedzenia trochę mniej). Muszę więc je wykorzystywać, i zaprzątając moje myśli sprawiają, że nie skupiam się tak bardzo na opłakiwaniu jeżynowych braków...

Niemniej, w zapasie mam jeszcze kilka ciekawych przepisów, więc jeśli Wasze jeżyny jeszcze nie zastrajkowały, to gorąco je polecam.

Zacznijmy od jeżynowego curdu, czyli czegoś tak pysznego, że grzechem byłoby nie spróbować.
Curd to rodzaj owocowego budyniu, tradycyjnie przygotowywany jest z cytryn. Na początek szalałam z innymi cytrusami - pomarańczami czy limonkami; później zaczęłam eksperymentować z innymi soczystymi owocami. Był curd z rabarbaru i żurawiny, a teraz na warsztat wzięłam jeżyny. 
Z pewnością ten curd ma najpiękniejszy kolor - niesamowicie intensywny, kusi ogromnie, żeby wyjadać pyszności prosto ze słoiczka. I, moi drodzy, to wcale nie jest zła opcja - smakuje naprawdę wybornie.
Jeśli jednak skusicie się na jego przygotowanie, polecam cierpliwość i wykorzystanie go do przygotowania bardziej skomplikowanych słodkości - w dwóch następnych postach pokażę Wam moje pomysły.

Jeżynowy curd

Składniki:
(na 450 g)
  • 380 g jeżyn
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 125 g cukru
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka oleju

Jeżyny umyć, osuszyć, zmiksować blenderem, a następnie przetrzeć przez sitko.
Mus razem z jajkami, żółtkami, cukrem i mąką umieścić w rondelku. Dokładnie wszystko wymieszać; podgrzewać, cały czas mieszając, na średnim ogniu, aż masa się zagotuje i zacznie gęstnieć. Dodać olej, wymieszać, gotować jeszcze 2 minuty.
Zdjąć z palnika, przetrzeć curd przez sitko, ostudzić.

Przechowywać do tygodnia w lodówce w zamkniętym słoiczku.

Smacznego!

Zamiast jeżyn można też użyć malin - późne, słodkie odmiany nadadzą się idealnie.

piątek, 5 września 2014

Jeszcze trochę letnia focaccia z jeżynami

Ja wiem - nudna już jestem z tymi jeżynami. Nic jednak nie poradzę, że jest ich zatrzęsienie, i coś muszę z nimi robić. Odczuwam mocny wewnętrzny przymus, bo wiem, że niedługo się skończą, i wtedy będzie mi smutno, że nie wykorzystałam ich tak bardzo, jak mogłam. Poza tym ich cudowny, lekko kwaśny, jedyny w swoim rodzaju smak, jeszcze się nam nie znudził. 
Dla Was mam dobrą wiadomość - jeśli nie macie lub nie chcecie ich używać, w większości przepisów można je zastąpić malinami, jagodami, czy nawet porzeczkami. Wszystko zależy od Waszej wyobraźni.

W tym jednak przypadku nie jestem pewna, jak sprawdzą się inne owoce. Jeżyny bowiem smakują tak dobrze w tym lekko wytrawnym zestawieniu, że sama nie zamieniłabym ich na nic innego.
Gdy tylko zobaczyłam ten przepis na blogu Zielony stolik wiedziałam, że muszę go czym prędzej wypróbować. Tak naprawdę następnego dnia pobiegłam nazbierać jeżyn, i zabrałam się za pieczenie (pozostałe składniki zawsze mam w domu). Wyszło coś fantastycznego - focaccia, czyli włoski, płaski chlebek, wytrawny, delikatnie rozmarynowy, soczysty od jeżyn. Smakuje wyśmienicie zanurzony w oliwie, lub - mniej tradycyjnie - przekrojony na pół i posmarowany cienką warstwą ulubionego dżemu.
Ja się w tym pieczywie zakochałam. Spróbujecie i Wy...?

Focaccia z jeżynami i rozmarynem

Składniki:
(na 1 sporą sztukę)
  • 500 g mąki pszennej
  • 20 g świeżych drożdży
  • 300 ml letniej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • igiełki z 1 gałązki rozmarynu

dodatkowo:
  • 2 łyżki oliwy
  • 115 g jeżyn
  • igiełki z 1 gałązki rozmarynu

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Zasypać cukrem, zalać 1/4 wody. Odstawić na 15 minut.
Rozmaryn do ciasta drobniutko posiekać. 
DO wyrośniętego zaczynu dodać resztę wody i posiekany rozmaryn. Zagnieść gładkie ciasto, odstawić na 1 godzinę.

Po tym czasie ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, po czym rozwałkować na grubość 1-1,5 cm. Ułożyć ciasto na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto posmarować oliwą, następnie palcem zrobić dość głębokie wgłębienia. Powciskać w nie jeżyny. Ciasto obsypać pozostałymi igiełkami rozmarynu, delikatnie wcisnąć je w ciasto.

Piec w 200 st. C. przez 20-25 minut, aż focaccia nabierze złoto-brązowego koloru.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Od środy znów chodzę w sandałach. Szczerze mówiąc, nie myślałam, że tego lata będę mogła sobie jeszcze na to pozwolić. W tej chwili siedzę przed monitorem w letniej, białej spódnicy, bez skarpetek, i nie mogę przestać uśmiechać się do słonka zaglądającego mi przez ramię. 
Lato, trwaj!

czwartek, 28 sierpnia 2014

Muffiny z mąką z ciecierzycy

Jakoś mi w tym tygodniu brakuje weny. To chyba wina zbliżającej się jesieni - wieczorami muszę się opatulać szalem, gdy wychodzimy na spacer z psą. Codziennie wypijam kilka kubków gorącej herbaty, a przechodząc obok lodziarni nawet nie zerkam w jej stronę. Wszędzie widać oznaki kończącego się lata - coraz mniej kwiatów, za to więcej kałuż, przez które nawet nie da się przeskoczyć. 

I powoli znów przychodzi ten melancholijno-sentymentalny nastrój, który trochę lubię, a trochę nie. 
Lubię, bo to czas na wspominki, te miłe i te smutne, ale w jakiś sposób znaczące. Bo uśmiecham się do siebie na widok wirującego na wietrze liścia, powoli spadającego na ziemię. Bo wszystko jest powleczone delikatną mgiełką, która sprawia, że potrafię się zdystansować.
Nie lubię, bo czasami jest mi smutno, sama nie wiem czemu. Bo ciągle mi zimno, a lodowatych dłoni nie daje się ogrzać. Bo tak szybko robi się ciemno, ja robię się senna, a jeszcze tyle rzeczy chciałabym zrobić. A mi się nie chce. Dopada mnie totalne rozleniwienie; takie, którego nijak nie daje się zwalczyć. I wiem, że te wahania nastrojów potrwają, aż spadnie pierwszy śnieg. A wtedy w głowie już tylko Święta, a w domu zapach cynamonu...

Dzisiaj mam dla Was muffiny, które były totalnym eksperymentem. Wypatrzyłam je na blogu Sweet days, gdy szukałam przepisu na bezglutenowe słodkości dla siostry C. Mąka z ciecierzycy intrygowała mnie już od jakiegoś czasu, zdecydowałam więc, że to dobry moment na jej przetestowanie.
Można ją oczywiście po prostu kupić w sklepie. Ja jednak nigdzie nie mogłam znaleźć, więc kupiłam ciecierzycę, taką suchą, nie w puszce. Zmieliłam ją w młynku do kawy, po czym przesiałam, żeby pozbyć się większych kawałeczków. Nie wiem, jaka jest różnica między tą, którą sobie przygotowałam, a taką gotową ze sklepu. Wiem za to, że moja spisała się doskonale. Muffiny wyszły miękkie i dość puszyste, a jednocześnie zwarte i bardzo sycące. Słodkie w ten charakterystyczny, bananowy sposób, przyjemnie kakaowe, z lekkim posmakiem ciecierzycy. Jeśli jej nie lubicie, mogą nie przypaść Wam do gustu. Jeśli macie stosunek neutralny lub ją lubicie, myślę, że takie muffinki Wam zasmakują. Bez mleka, bez glutenu - idealne dla alergików. Choć i wszystko jedzący zjadali je z apetytem.

Kakaowe muffiny z mąki z ciecierzycy

Składniki:
(na 10 sztuk)
  • 2 jajka
  • 100 g cukru
  • 4 łyżki oleju
  • 1 banan
  • 2 łyżki letniej wody
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 170 g mąki z ciecierzycy
  • 3 łyżki kakao
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 5 g świeżych drożdży

Drożdże pokruszyć do miseczki. Dodać 1 łyżeczkę cukru i 2 łyżki wody, dokładnie wymieszać. Odsatwić na 15 minut.
Mąkę przesiać, wymieszać z proszkie do pieczenia i kakao.
Jajka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać olej, rozgnieconego widelcem banana i sok z cytryny; zmiksować. Partiami dodawać mąkę, miksując na najniższych obrotach miksera. Na końcu dodać rozczyn, połączyć.

Ciasto przelać do formy na muffiny wyłożonej papilotkami.

Piec w 180 st. C. przez 25 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

No, a teraz już czas najwyższy zebrać się w sobie i zrobić coś pożytecznego. 
Może muffiny...?