wtorek, 22 lutego 2011

Sposób na chandrę

Kiedy z jakiegoś powodu mam dołka, lubię iść do kuchni. Najlepiej z planem, ale nie do końca konkretnym. Ot, na przykład, z sernikiem w głowie. Lubię wtedy szukać, sprawdzać co ukryło się w szafkach lub na dnie pudełka z przyprawami. I nagle - żaróweczka! (Jak w kreskówkach, kiedy bohater wpadnie na genialny pomysł). Połączenie idealne objawia się nagle i niespodziewanie. I wiem już, że następnego dnia będziemy zajadać się cytrynowym sernikiem na imbirowym spodzie (albo może z imbirową polewą?) lub cudownie wiosenno-malinowym. Mieszanie uspokaja, a obserwowanie smakowitych wyników musi poprawić humor. Nie ma bata - musi.



Jednak są takie dni, dni jak dziś, kiedy nie pomaga przesiadywanie w kuchni. Kiedy strach się bać zabrać za coś skomplikowanego bardziej niż umycie jabłka. Kiedy nie wiadomo, co ze sobą zrobić, bo świat nagle staje się miejscem nie tylko nieprzyjaznym, ale wręcz wrogim. Kiedy przez kilka chwil nic nie ma znaczenia.
Tak naprawdę nie stało się nic, co by wstrząsnęło cywilizacją, ale mój mały prywatny światek zatrząsł się w posadach. I chociaż wiem, że jutro będzie lepiej, ogólnie wszystko będzie dobrze, że powinnam to potraktować jako szansę na zmianę życia, to jednak potrzebuję czasu. Znalazłam go dzisiaj w jabłkowo-cytrynowym crumble z żurawiną. Z lodami czekoladowymi. W towarzystwie zielonej herbaty aromatyzowanej skórką grejpfruta. Tak naprawdę bałam się zabrać za coś bardziej skomplikowanego, bo kolejna porażka by mnie chyba dobiła - nawet taka drobna, kuchenna, która normalnie nie miałaby znaczenia i byłaby częścią nauki. Kruszonkę miałam zamrożoną, tylko obrałam jabłka, wymieszałam z żurawiną, skórką i sokiem z cytryny, i wszystko razem zapiekłam. Zapach w domu - niesamowity. Uspokajający. Jest lepiej. Musi być.

sobota, 19 lutego 2011

Śnieg?

Chyba nie ma nikogo, kto przez ostatnie dni nie wyszedłby na dwór, albo chociaż nie wyjrzał przez okno. A tam? Śnieg. W zaskakująco dużej ilości. Nie, żebym miała już dość zimy...
Tak naprawdę uważam, że biały puch dookoła jest czarujący w grudniu i tydzień po Sylwestrze. Potem traci urok, a ja czekam na wiosnę. Dlatego kiedy w czwartek patrzyłam na spadające powoli płatki, niezbyt mnie to uradowało. Stękałam i marudziłam. Bo jak to tak? Przecież już wyciągnęłam trampki licząc na coraz cieplejsze dni. Ale wiecie co? Zmieniłam strategię.
Bo może jak się uśmiechnę na widok kolejnej zaspy, a do piekarnika wstawię wyrośnięte drożdżówki, to tegoroczna druga edycja zimy wcale nie będzie taka zła. Może uda się ulepić bałwana, albo porzucać śnieżkami? Wieczory pod kocem z kubkiem gorącej herbaty i książką lubi chyba każdy. A Tina tak radośnie fuka w śnieg, że po prostu nie można się nie rozchmurzyć. 

A na wiosnę przyjdzie czas. Jak zwykle - właściwy.

wtorek, 15 lutego 2011

Natchniona Świętem Murarzy

Postanowiłam o nim parę (no dobra, zdecydowanie więcej) słów napisać. Właściwie nie natchnęło mnie święto samo w sobie - jest w końcu co roku, i zawsze wygląda tak samo - tony serc i czerwień wymieszana z różem zalewające nas ze wszech stron (chociaż tym razem zadaję sobie pytanie, czy przypadkiem moje rodzinne miasto o Walentynkach nie zapomniało? Jakoś tak mało wszystkich tych plastikowych oznak miłości). I czytam też to samo - stanowcze nie. I zastanawiam się - dlaczego? Ale może od początku.

Przeglądam mnóstwo stron. Naprawdę. Wiem, że w wielu przypadkach jest to strata czasu (i chwała Bogu, jeśli tylko!). Jednak nie mogę się oprzeć. I tylko na kilku tych niekomercyjnych przeczytałam jakieś pozytywne słowa na temat Walentynek. A u pozostałych? Że to głupota, bo powinno się kochać cały rok. Że amerykanizacja, bo przecież mamy Noc Kupały. Że kiczowate, landrynkowe, różowo-serduszkowe. Że zalewają. Że nikt nie chce. Więc jakim, u licha, cudem, to się opłaca? Ktoś kupuje te wszystkie baloniki, kwiaciarnie mają obrót prawie jak w Dzień Kobiet, a w kawiarniach siedzą pary zaglądające sobie głęboko w oczy albo nieśmiało splatające dłonie. Ja nie mówię, że każdy ma lubić. Ale co daje całe to krytykanctwo? Czy ktoś poczuje się lepiej od napisania o tym, jakie to Walentynki są tandetne? No dobrze, może komuś to poprawi samopoczucie. O, właśnie tak, ja im powiem, że to głupie. Niech wiedzą. Może się opamiętają. 
I na przekór temu wszystkiemu - ja Walentynkom mówię tak! Bo owszem, kocham cały rok, ale uważam też, że każda okazja, żeby to uczcić, jest dobra. I nie przepadam za różowym, ale uwielbiam czerwień. A kicz na co dzień jest wszędzie w okół, więc pod tym względem czternasty najkrótszego miesiąca wyjątkowy, niestety, nie jest. 

Wczoraj też D. kupił mi w antykwariacie Kości księżyca Jonathana Carrolla, więc jestem absolutnie wniebowzięta. Poza tym kilka innych pozycji zawędrowało do mojej torby i Jego plecaka, zjedliśmy pyszne naleśniki i wypiliśmy przesłodką kawę mrożoną mimo oczywistego mrozu. Pomachałam Jego autobusowi i wróciłam do domu z szerokim uśmiechem. Idealny dzień. Różowy, słodki i niezapomniany.

No i wczoraj krówka powiedziała mi, że idealna z nas para. Więc jak tu się nie cieszyć Walentynkami?

Warto się cieszyć, kiedy są ku temu okazje, prawda?

środa, 9 lutego 2011

Na pomarańczowo i bezwietrznie

W końcu cisza. Nie, nie taka grobowa. Ale po dwóch nocach szaleńczych wiatrów (niewiele brakowało, żeby sztorm przeszedł w huragan), wybitych szyb u sąsiadów, połamanych gałęzi i podrapanych samochodów - cisza. Przestało. Uspokoiło się. Znów mogę wyjść z psem na spacer bez obaw, że ją wiatr porwie (sześć kilo to waga raczej piórkowa). 
Minusem jest fakt, że wraz z brakiem wiatru chmury przestały wędrować. I jest to o tyle nieprzyjemne, że nie ma już słonecznych minut. Bo kiedy obłoki szaleńczo pędziły po niebie, w jednej chwili padał deszcz, żeby zaraz zamienić się w prawdziwie wiosenne słońce. A dziś - szaro, buto, nieprzyjemnie... Więc żeby przypomnieć sobie słoneczne ciepło, upiekłam słoneczne ciasteczka. Na Durszlaku polecono mi ciasteczka z Kuchennych zapisków. Przepis nieskomplikowany, bez wałkowania, na które nie bardzo mam miejsce (i chęci), w oryginale z cudnymi czarnymi piegami, których nie mogłam sobie odpuścić. 
Moje maleństwa są konkretnych rozmiarów, bo mi się ciasto grubiej pocięło. Poza tym były dla mnie wielkim zaskoczeniem - spodziewałam się kruchych, a jeszcze ciepłe bardziej przypominały biszkopciki - mięciutkie i aromatyczne. W czasie stygnięcia kruszeją, ale i tak są przepyszne! Chyba się zakochałam... Przed Walentynkami jak najbardziej wskazane, nieprawdaż?

Piegowate ciasteczka pomarańczowe




Składniki:
(na około 35-40 sztuk)
  • 280 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 200 g cukru
  • 140 g miękkiego masła
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • 1 łyżeczka ekstraktu pomarańczowego
  • skórka otarta z 2 pomarańczy
  • 1,5 łyżki maku

Mąkę przeisać z proszkiem. Wymieszać z makiem i solą. 
Cukier wymieszać ze skórką pomarańczową, tworząc cukier pomarańczowy. 

Masło utrzeć na puszystą masę, dodać cukier cytrusowy, ubijać nadal. Wbić jajko, żółtko, utrzeć dokładnie. Wlać ekstrakt i wymieszać.
Zwolnić obroty miksera i partiami dodawać mąkę. 
Z gotowego ciasta uformować wałek o średnicy 5 cm, zawinąć w folię spożywczą i schować do lowdówki na 2 godziny.

Po tym czasie ciasto wyjąć, pokroić na 5milimetrowe plastry i ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w sporych odstępach - ciasteczka mocno rosną.

Piec w 180 st. C. 10-12 minut do lekkiego zrumienienia.

Zaraz po upieczeniu są bardzo miękkie, ale w czasie stygnięcia stwardnieją.

Smacznego!



Teraz idę oglądać film. Wiem, wiem, późno już, ale jak się człowiek leni na zwolnieniu, to może poszaleć. 
A jak mi się spodoba, to Wam o nim opowiem.

poniedziałek, 7 lutego 2011

Niedzielny chleb z powodu deszczu

Weekend przeciekł mi między palcami. Raz dwa, i znowu poniedziałek. Dla mnie różni się tylko tym, że w domu siedzę sama, a nie w towarzystwie. Jeszcze trzy tygodnie słodkiego lenistwa. Dzięki nie aż tak słodkiej operacji... Ale skupmy się na plusach.
Niedziela się ciągnęła, deszcz padał cały dzień, wiało nieprzyjemnie, więc propozycja spaceru odpadła w przedbiegach. D. usiadł przy laptopie i zabrał się za tłumaczenie książki. A kiedy mój Mężczyzna zajmuje się sobą, ja idę do kuchni. Tyle że tym razem ciasta wszelakie również się nie kwalifikowały do przygotowania - po napadzie na cukiernię mam cały worek słodyczy wszelakich. A piec się chce... Piekarnikowe ciepło w taki dzień jest przecież niezastąpione. Myślałam, kombinowałam, aż z pomocą przyszła mi Liska i jej chleb. 
Wiecie, że uwielbiam lawendę? Dla mnie nie pachnie antymolowymi kulkami z szafy, tylko ogrodem i ciepłem (szczególnie w szare godziny). Mam spory zapas suszonych kwiatków, miód znajdzie się zawsze, tak jak i pozostałe składniki... Oczywiście wprowadziłam nieco zamieszania z powodu braku koszyka, ale dzięki temu mogłam wykorzystać moją ulubioną keksówkę (rozsuwana od D.). Troszkę za bardzo ją rozciągnęłam i chleb wyszedł nieco plaskaty, ale pyszny, z delikatną nutą lawendy... Której nieświadomy jej obecności nie rozpozna, gdyż jest to woń nieuchwytna i delikatna. Moim zdaniem świetnie smakował z szynką, albo z samym masłem. 
Przepis z moimi modyfikacjami.

Pszenno-razowy chleb z miodem i lawendą



Składniki:
(na keksówkę 11x35 cm lub mniejszą)

  • 190 g mąki pszennej razowej
  • 310 g mąki pszennej
  • 10 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka soli
  • 350 ml letniej wody
  • 1 łyżeczka suszonych kwiatów lawendy
  • 30 g płynnego miodu

Drożdże rozpuścić w kilku łyżkach letniej (nie gorącej!) wody i odstawić na 10 minut.
Połączyć z pozostałymi składnikami, wyrobić. Odstawić na 1/2 godziny do podwojenia objętości. Po tym czasie krótko wyrobić raz jeszcze i odstawić na 75-90 minut.
Ciasto przełożyć do formy, odstawić do wyrośnięcia na 1-1,5 godziny.


Wstawić do nagrzanego do 230 st. C. i naparowanego (na dno piekarnika wysypać pół szklanki lodu lub wstawić żaroodporne naczynie z wodą) piekarnika na 10 minut. Po tym czasie zmniejszyć temperaturę i dopiekać 40-60 minut (w zależności od wielkości formy). Upieczony chleb popukany od spodu powinien wydawać charakterystyczny, głuchy odgłos.


Wystudzić na kratce.


Smacznego!



Dziś pogoda nadal nie sprzyja spacerom i innym tego typu szaleństwom. Dlatego siedzimy w domu, pijemy herbatę z cytryną a ja się zastanawiam, czy jakbym jutro upiekła kolejny bochenek, to nie zostałoby to uznane za przesadę...?

piątek, 4 lutego 2011

Idzie luty, szykuj buty

Albo lepiej czapkę. I naciągnij ją na uszy jak najmocniej się da, bo wiatr postanowił pokazać, co potrafi. Szarpie szalikiem i biednym psem, zmusza drzewa do pokłonów. I przynosi zapach wiosny... Tym razem bez oszustw! (Poprzednio przed spacerem użyłam najsłodszych perfum, które mam i zastanawiałam się, co tak ślicznie wiosną pachnie...) Już nie jest tak lodowaty i przeszywający, i ma w sobie coś kuszącego... Aż chce się wyjść z domu.
Niestety wszelakie przysłowia próbują mnie przekonać, że jeśli w lutym pogoda będzie ładna, to w marcu lub maju można się spodziewać powrotu zimy. Mam jednak nadzieję, że to już naprawdę koniec mrozów... Mam ogromną ochotę zamiast zimowej kurtki włożyć czerwony płaszczyk i zieloną apaszkę, a kozaki zmienić na baleriny... I nawet perspektywa mglisto-deszczowa mnie nie przeraża. Wiosna, wiosna, wiosna ach to ty...

Abstrahując od najkrótszego miesiąca w roku - tortowe przygotowania w toku. Na dzisiejszy wieczór przewidziana jest degustacja dwóch - pomarańczowego i rumowego. Z czego ten drugi będzie porażką, bo ciasto nie urosło... Mimo wszystko poprzekładam je jak w przepisie podano (nie ma zakalca, po prostu jest niziutkie) i jak będzie smaczne, to użyję wypróbowanej bazy (nie mylić z bezą, bo tym razem jej nie będzie). W każdym razie D. i Najlepsi Sąsiedzi są już poinformowani i przygotowani na dużą dawkę cukru. 
Wczoraj zajadaliśmy się jabłkami (na Addio pomidory przeczytałam, że trzeci lutego jest dniem św. Błażeja, a zjedzenie jabłka właśnie w tym dniu uchroni przed chorobami gardła. Właśnie dlatego wzięłam wczoraj cztery jabłuszka i D., i poszliśmy do NS konsumować. Jednogłośnie uznaliśmy, że D. będzie najzdrowszy, bo z jego owocu nie zostało nic - podobno zachował się ogonek, ale nikt go nie widział...), więc dziś możemy pozwolić sobie na czekoladową ekstrawagancję. Oby coś nadawało się do postawienia na urodzinowym stole...


W lutym życie stało w miejscu.
Ptakom nie chciało się latać, a dusza
obijała się o kształt świata jak łódka
o pomost, do którego ją przycumowano.

Twarzą w twarz
Tomas Tranströmer

środa, 2 lutego 2011

Co ma tort do zdjęcia?

Uwielbiam oglądać zdjęcia. 
Czarno-białe z dzieciństwa, na których jestem małym brzdącem w ponoć różowej czapeczce albo dopiero lekkim zarysem pod sukienką Mamy. Te sprzed moich urodzin, ze ślubu Rodziców, z młodości Babci. 
Te sprzed poznania D., kiedy i tak był największy ze wszystkich. 
I zdjęcia jedzenia w książkach. Jeny! Mam kilka książek kucharskich, sporo gazet kupowanych przy każdej okazji kiedy jestem w Polsce. Ostatnio nawet się przemogłam i kupiłam duńskie Desserter (na marginesie chciałabym dodać, że nawet co nieco rozumiem i kilka co łatwiejszych przepisów mam zamiar wypróbować). Chodzi o to, że nie mogę oprzeć się zdjęciom! Kolorowe, czasem wręcz genialnie wystylizowane, z których dosłownie czuć niesamowity aromat. Bo czy jest coś wspanialszego niż zapach świeżych bułek w sobotni poranek? (Chodzę w soboty do szkoły. Na dziewiątą. W piątek wieczorem w lodówce lądują bułeczki, żebym następnego ranka mogła je tylko wrzucić do piekarnika. Mamy wtedy pyszne drugie śniadanie, a kiedy wchodzę do klasy, zauważam wzmożoną aktywność w okolicach narządów powonienia u moich kolegów. I naprawdę przestały mnie wzruszać dowcipy na temat mojego lancz boksa - pudełka po dwóch litrach lodów.)

Właśnie dlatego nie mogę się doczekać kolejnej wizyty w kraju. Żeby znowu nakupować książek, gazet, a potem spędzać długie godziny na wertowaniu, wybieraniu, a potem przygotowywaniu i w rezultacie pożeraniu w odpowiednim towarzystwie. Ach...

Skąd mi to przyszło do głowy? Zostałam obarczona ogromną odpowiedzialnością - przygotowania tortu urodzinowego dla Siostry mej. Ma być czekoladowy - jedyne wymaganie I. Więc przeglądam wszystkie dostępne źródła. I zachwycam się zdjęciami. I marzę o tym, żeby tort okazał się sukcesem...