środa, 30 marca 2016

Krwiste tiramisu. Nie tylko dla odważnych

Czasami się zastanawiam, czym jest odwaga. Kiedyś bardzo łatwo było stwierdzić, czy dany człowiek się nią cechuje, czy raczej wręcz przeciwnie. Rycerze dzielnie stawali na polu bitwy i ruszali do boju bez najmniejszych oznak wahania, królowie podbijali sąsiednie państwa, szlachcianki wdawały się w romanse, za które groziła sroga kara z ręki męża. Z natury lękliwi chłopi pochylali głowy i plecy przed trudami codziennego życia; co jakiś czas jednak rodził się ten wyjątkowy, odważny. Potrafił sprzeciwić się panu, za co najczęściej kończył na szubienicy. Ale odwagi nikt mu odmówić nie mógł.

Dzisiaj odważni młodzi ludzie walczą w nie swoich wojnach albo uprawiają sporty ekstremalne. Ci, którzy mają pieniądze, odważnie stawiają wszystko na jedną kartę. Tym, którzy nie mają czego stawiać, dużo trudniej wykazać się odwagą. Bo czy stanięcie w obronie kopniętego psa można komuś policzyć za czyn odważny...? Taki drobiazg, który przecież nic nie zmieni...
W dzisiejszych czasach, i tak już niewyraźna, linia między odwagą i głupotą zatarła się niemal zupełnie. Gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie...? Nie mnie to oceniać.

Dzisiaj mam dla Was jeden z najlepszych deserów, jakie ostatnio jadłam. Ba! Kwalifikuje się do pierwszej piątki najcudowniejszych pyszności, jakich dane mi było spróbować. Gdyby nie resztki zdrowego rozsądku, zjadłabym wszystko. Sama. Na raz!

Przepis podpatrzyłam u Pomidorowej Ani i od razu przepadłam. Wszelkie wariacje na temat tiramisu są u nas bardzo mile widziane; gdy zobaczyłam połączenie tego pysznego, włoskiego deseru z moimi ukochanymi, krwawymi pomarańczami wiedziałam, że też muszę takie mieć. Nie czekałam długo... Zaraz po Świętach, gdy choć trochę minęło mi babkowe szaleństwo, zabrałam się do rzeczy. Deser jest banalnie prosty w przygotowaniu, a jedynym ekskluzywnym składnikiem są sezonowe czerwone cytrusy. Bez gotowania, bez pieczenia, na upartego - da się nawet bez miksera (tylko po co...?). Efekt - delikatny, rozpływający się w ustach krem z biszkopcikami o intensywnym smaku pomarańczy. Do tego plasterki cytrusów w obłędnie pysznym syropie i chrupiące, zieloniutkie pistacje. Czysta poezja. Przysięgam - mogłabym jeść ten deser codziennie do końca życia, i nigdy by mi się nie znudził.

Tiramisu sanguinello


Składniki:
(na 6 porcji)
  • 250 g serka mascarpone
  • 25 ml amaretto
  • 60 g cukru pudru
  • 3 żółtka
  • 2 białka

nasączenie:
  • 50 ml delikatnej czarnej herbaty (aromatyzowanej pomarańczą)
  • 50 ml soku z czerwonych pomarańczy
  • skórka otarta z 1 czerwonej pomarańczy
  • 1 łyżeczka miodu
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 2 łyżki amaretto

pomarańcze w syropie:
  • 3 czerwone pomarańcze
  • 2 łyżki cukru trzcinowego
  • 3 łyżki amaretto

dodatkowo:
  • 75 g podłużnych biszkoptów
  • niesolone pistacje

Ostudzoną herbatę wymieszać z sokiem z pomarańczy i cytryny, skórką pomarańczową, miosem i amaretto. Odstawić.

Pomarańcze obrać, odkrawając dokładnie białe albedo. Pokroić je na plastry grubości 4-5mm, posypać cukrem, zalać alkoholem i odstawić do lodówki.

Białka ubić na sztywną pianę. Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Wlać alkohol, zmiksować. Dodać mascarpone, połączyć. Na końcu partiami dodać pianę z białek, delikatnie mieszając łyżką.

W herbacie z sokiem maczać biszkopty, ułożyć na dnie szklanek. Na wierzch wyłożyć krem. Schłodzić w lodówce 3 godziny.

Przed podaniem tiramisu udekorować plastrami pomarańczy, polać syropem z ich macerowania i posypać posiekanymi pistacjami.

Smacznego!


W stosunku do oryginalnego przepisu nieco zmieniłam proporcje. I po pierwszym kęsie zaczęłam żałować - te dziesięć porcji z pewnością by się nie zmarnowało...

wtorek, 29 marca 2016

Zdrowe ciastka. Dla każdego

Uff... Nareszcie po Świętach. 
Nie, nie, proszę sobie nie myśleć, że jestem emocjonalnym ekshibicjonistą, który ma zamiar wygłosić tyradę na temat ciekawskich ciotek, czepiających się wujków, nieznośnej rodziny bliższej i dalszej. Nic z tych rzeczy. Do tego kontrowersyjnego stwierdzenia skłonił mnie fakt, że pracowałam sobotę, niedzielę oraz poniedziałek, zaczynając dzień o godzinie drugiej lub pierwszej z uwagi na tą ogólnie nielubianą zmianę czasu (na następną niektórzy nawet czekają; dodatkowa godzina snu to czasami prawdziwy luksus). Dlatego wczoraj po południu odetchnęłam głęboko z wyraźną ulgą i zaczęłam się zastanawiać, czy wypada mi upiec jeszcze jedną babkę. Mam bowiem pomysł i bardzo nie chcę z nim czekać do kolejnej Wielkanocy...

Dzisiaj natomiast mam coś zaskakującego; nawet dla mnie. Ale jestem pewna, że po świątecznych smakołykach (tu jajeczko, tam sałatka, babki, mazurki i serniczki wpadają na talerze nie wiadomo kiedy; wszyscy to znamy. Wszyscy się wstydzimy, ale rozumiemy) przyda się przepis na coś, co będzie można jeść bez wyrzutów sumienia. Najmniejszych! 
Bez jajek, bez nabiału, bez tłuszczu, bez mąki, bez cukru... Bez wszystkiego - powie niejeden sceptyk. Cóż, prawie... Troszkę ziarenek i orzechów, woda i najgrzeszniejszy w tym towarzystwie element - miód (łyżka raptem!). Z tej mieszanki wychodzą zaskakująco pyszne i wciągające, chrupiące ciasteczka. W oryginalnym przepisie, który znalazłam na stronie Vegabutik, są to wytrawne krakersy. Ja przerobiłam je na słodkawe, ale w zasadzie dość neutralne w smaku ciasteczka. Idealne do herbaty, na śniadanie (pierwsze albo drugie), na deser. Dla alergików, dla tych na diecie i dla tych, którzy chcą spróbować czegoś nowego. Jednym słowem - dla każdego!

Skusicie się...?

Orzechowe ciastka z chia


Składniki:
(na 20 sztuk)
  • 100 g chia
  • 75 g ziaren słonecznika
  • 75 g ziaren sezamu
  • 50 g mielonych orzechów laskowych
  • 250 ml ciepłej wody
  • 1 łyżka miodu

Wszystkie ziarna i orzechy wymieszać. Miód rozpuścić w wodzie, zalać nim mieszankę. Odstawić na 10-15 minut, aż chia wchłoną wodę i masa zgęstnieje.
Wyłożyć masę na blachę z piekarnika wyłożoną papierem do pieczenia. Równomiernie rozprowadzić dłońmi, mocno dociskając.

Piec w 160 st. C. przez 20 minut.

Wyjąć blachę z piekarnika, pokroić ciasto ostrym nożem na kwadraty.

Piec kolejnych 40 minut w 160 st. C.
Ostudzić, a następnie połamać na kawałki wzdłuż linii.

Smacznego!


Ja już zastanawiam się nad kolejnymi wariacjami tego przepisu, ma bowiem - moim zdaniem - naprawdę duży potencjał.

czwartek, 24 marca 2016

Be green, czyli wiosenno-zielony mazurek

Jak ten czas pędzi! Dopiero co łamaliśmy się opłatkiem, a tu już najwyższy czas dzielić się jajkami. Sama nie wiem, gdzie mi ten czas uciekł. Mam wrażenie, że poza pracą i spaniem robię aktualnie niewiele więcej... Ale nie narzekam. Przecież właśnie tego chciałam. Poza tym w każdej niemal chwili czuję celowość moich działań; jedno z marzeń już wkrótce - odpukać! - powinno przybrać bardzo realne kształty. Niesamowicie jestem podekscytowana.

Dzisiaj mam dla Was mazurek. Zupełnie wyjątkowy, bo w cudownie zielonym kolorze. Matcha znów poszła w ruch; bardzo przypadł mi do gustu jej herbaciany smak, a barwę, którą nadaje, można by jeść oczami. 
Tym razem skorzystałam z przepisu Jagody. Od dawna mi się marzył ten mazurek, właśnie z uwagi na ten piękny, wiosenny kolor. Jego przygotowanie nie jest trudne, nie zajmuje też wiele czasu. A smak... Moi drodzy, to ciasto rozpływa się w ustach! Kruchutki, delikatny spód i cudownie kremowa, idealnie gładka masa. Jej słodko-herbaciany smak świetnie przełamuje limonka. Do tego chrupiące beziki, i będziecie w niebie. Gwarantuję!

Już dzisiaj chciałabym złożyć Wam świąteczne życzenia. Żebyście ten czas spędzili w rodzinnym gronie, spokojnie i wesoło, zapominając o troskach codzienności.

Wesołych Świąt!

Mazurek z matcha


Składniki:
(na formę do tarty o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 150 g mąki pszennej
  • 20 g cukru pudru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g zimnego masła
  • 1 żółtko
  • 1 łyżka jogurtu greckiego

krem:
  • 250 g serka mascarpone
  • 100 g białej czekolady
  • skórka otarta z 1 limonki
  • sok z 1/2 limonki
  • 1 łyżeczka herbaty matcha

dodatkowo:
  • herbata matcha
  • kilka bez

Mąkę i cukier puder przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić żółtko, dodać jogurt, zagnieść gładkie ciasto. Uformować z niego kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.
Po tym czasie ciasto rozwałkować na protokąt nieco większy od formy. Wyłożyć nim formę, formując brzeg. Schłodzić ponownie przez 30 minut.

Przed pieczeniem ciasto nakłuć widelcem. Przykryć papierem do pieczenia, a na ten wysypać fasolę lub kamyki do pieczenia.

Piec z obciążeniem przez 15 minut w 180 st. C.
Po tym czasie usunąć kamyki i papier.

Piec kolejnych 15 minut w 180 st. C.
Wystudzić.

Czekoladę posiekać, rozpuścić w kąpieli wodnej. Ostudzić. 
Mascarpone zmiksować z czekoladą, następnie dodać skórkę i sok z limonki oraz herbatę. Zmiksować. 
Krem wyłożyć na całkowicie ostudzony spód. Schłodzić 1-2 godziny.

Przed podaniem oprószyć matchą i udekorować bezami.

Smacznego!


Poza sezonem możecie przygotować dokładnie takie samo ciasto, i nazwać je tartą.
Sprytnie, prawda...?

środa, 23 marca 2016

Alkohol w formie stałej, czyli babka z ajerkoniakiem. I The Beatles

W poniedziałek wieczorem wybraliśmy się z C. na koncert. Bilety dostał z pracy z pytaniem, czy mu pasuje. Ha! Wtorki mam wolne, więc lepszego dnia nie mogliśmy sobie wymarzyć. A gdy usłyszałam, że będą grali utwory The Beatles, wprost nie mogłam się doczekać.

Musical zatytułowany All You need is love! to nie tylko piosenki słynnych Żuków, ale też odrobina historii zespołu. Od ich początkowych występów z Tonym Sheridanem, poprzez poznanie Briana Epsteina, któremu The Beatles zawdzięczają swoją zawrotną, choć stosunkowo krótką, karierę; aż do ostatniego koncertu, śmierci Epsteina i rozpadu zespołu. Przy Twist and shout czy She loves You aż chciało się tańczyć, a Yesterday i Imagine niemal wycisnęły mi łzy z oczu. Poza tym niezwykle miłym akcentem było spersonalizowanie występu pod duńską publiczność, jak choćby Epstein dzwoniący do duńskiego radia czy muzycy domagający się Tuborga (taki mniej znany Carlsberg) po próbie. Zespół pokazał się od jak najlepszej strony i poniedziałkowy wieczór uważam za niezwykle udany. Muzyzka na żywo zawsze wywołuje u mnie ciarki; szczególnie taka, którą lubię. Jeśli więc będziecie mieli okazję zobaczyć Twist & Shout na żywo - polecam Wam ogromnie.

O tym, że ajerkoniak w wypiekach uwielbiam, pisałam ostatnio, nie będę się więc powtarzać. Upieczenie babki ajerkoniakowej było tylko kwestią czasu; w końcu mi się udało. Skorzystałam z przepisu Doroty, ale zmniejszyłam ilość cukru i zamiast krówek dodałam kropelki gorzkiej czekolady; babka jest słodka, ale wyważona, a wyrazisty smak czekolady świetnie tutaj pasuje. Jej kurczaczkowy kolor i uroczy, żółty lukier sprawiają, że pięknie będzie wyglądać na każdym wielkanocnym stole. 
Polecam!

Babka ajerkoniakowa z czekoladą


Składniki:
(na formę do babki z kominkiem o pojemności 2,5 l)
  • 150 g cukru
  • 150 g miękkiego masła
  • 4 jajka
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 125 ml ajerkoniaku
  • 100 g ciemnej czekolady (70%)
lukier:
  • 125 g cukru pudru
  • 2 łyżki ajerkoniaku
  • 1 łyżka wrzątku
dodatkowo:
  • marcepanowe jajeczka
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem. Dodawać do ciasta partiami, na zmianę z ajerkoniakiem. Na koniec dodać grubo posiekaną czekoladę, wymieszać łyżką.
Masę przelać do formy wysmarowanej masłem.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut, do suchego patyczka.

Przestudzić w formie 15-20 minut, wyłożyć na talerz. Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Cukier puder przesiać, wymieszać z ajerkoniakiem i wrzątkiem na gładki lukier. Polać babkę, udekorować jajeczkami.

Smacznego!


I tak, wiem; zanudzę Was tymi babkami. Ale nic nie poradzę na to, że tegoroczna Wielkanoc stoi u nas pod znakiem babki właśnie. I nadal mam pomysły na nowe... Na szczęście nawet po Świętach piec babki można, i mam zamiar z tej możliwości skwapliwie skorzystać.
Co Wy na to...?

poniedziałek, 21 marca 2016

Sernik dla dorosłych. Porzeczkowo-ajerkoniakowy

Nie piję dużo alkoholu. Najczęściej, gdy jestem chora, C. serwuje mi rumowego Toddy'ego, okazjonalnie zdarza nam się wypić trochę wina do obiadu. Sylwester nie może się obyć bez szampana i kawy po irlandzku, w której przygotowaniu C. osiągnął mistrzostwo. Na średniowiecznym festiwalu zdarza nam się kupić miód pitny, i... To by było na tyle. Pamiętam też, że moim ulubionym drinkiem było truskawkowe mojito, ale nie mogę sobie przypomnieć, kiedy piłam je po raz ostatni. Z sześć lat temu...? Jakoś tak.

Dlatego właśnie postronnego obserwatora zdziwiłaby ilość alkoholu w naszym domu. Gdzieś koło siedemdziesięciu butelek z różnymi trunkami: wino we wszystkich barwach, rum (też kolorowy), likiery wszelkiej maści, a nawet jedna czy dwie butelki z czystą wódką, której nie pija u nas nikt. Skąd i dlaczego...? Otóż C. zafascynowany jest winem i z każdej podróży przywozi kilka butelek. Popyt nie jest jednak aż tak duży, więc ich liczba na stojaku stale rośnie. Sporą część kolekcji otrzymaliśmy przy mniej i bardziej oficjalnych okazjach, a niektóre z trunków kupiłam ja. Żeby pić...? Ale gdzie tam! Do ciast!

Szczególną słabość mam do ajerkoniaku. Ten gęsty likier kojarzy mi się głównie z Wielkanocą, pewnie przez swój uroczo kurczaczkowy kolor. Skąd wzięło mi się połączenie z czaną porzeczką...? Nie wiem, ale chodziło za mną od dawna, i niecierpliwie czekałam, aż nadejdzie odpowiednia chwila na przygotowanie sernika w tych smakach.
Wyszło jeszcze lepiej, niż się spodziewałam. Kremowa, lekko kwaskowata masa porzeczkowa i słodki, alkoholowy mus dopełniają się idealnie. Ciężko poprzestać na jednym kawałku; nawet tym, którzy twierdzą, że serników nie lubią. Czy może być lepsza rekomendacja...? 
Polecam na zbliżające się Święta.

Sernik porzeczkowy z musem ajerkoniakowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 90 g ciastek digestive
  • 30 g masła

masa serowa:
  • 500 g twarogu 3krotnie mielonego
  • 250 g porzeczek ze słoika razem z sokiem
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 135 g cukru
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 3 jajka
  • 1 łyżka likieru z czarnej porzeczki

mus ajerkoniakowy:
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 60 ml ajerkoniaku

dodatkowo:
  • 2 łyżki ajerkoniaku

Ciastka drobno pokruszyć. Masło rozpuścić, przestudzić, wymieszać z ciasteczkami. Ugnieść na dnie tortownicy, schłodzić w czasie przygotowania masy serowej.

Porzeczki zmiksować blenderem, a następnie przetrzeć przez sitko. Zmiksować z twarogiem, kremówką, cukrem, sokiem z cytryny, mąką ziemniaczaną, jajkami i likierem na gładką masę, tylko do połączenia składników.
Masę przelać na spód.

Piec w 140 st. C. przez 45 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml kremówki zagotować, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Ostudzić.
Pozostałą kremówkę ubić na sztywno. Powoli wlewać ajerkoniak, a następnie kremówkę z żelatyną, cały czas miksując. Masę wyłożyć na ostudzony sernik, wyrównać wierzch.

Pozostał ajerkoniak przelać do woreczka cukierniczego, odciąć rożek, formując małą dziurkę. Wyciskać na mus kropki wzdłuż brzegów, w niewielkich odstępach. Przeciągnąć przez środek kropek wykałaczką, formując serduszka.

Wstawić do lodówki na 3-4 godziny, a najlepiej na całą noc.

Smacznego!

A wieczorem idziemy na koncert. 
Tak, właśnie w poniedziałek. Tacy jesteśmy nieschematyczni. 

sobota, 19 marca 2016

Dla tych, co nie mogą spać. Babka waniliowa na jogurcie

Niemal każdy, kto codziennie musi rano wstawać do pracy wie, czym pachnie dzień wolny. Piszę prawie, bo są takie indywidua jak mój Tato na przykład, które dzień u dnia wstawać będą o piątej rano. Siła przyzwyczajenia, tak mówią.

Ja im nie wierzyłam. Skoro spać można, spać należy, ot co. Nie nastawiać budzika i delektować się każdą chwilą nieświadomości poświęconą na senne marzenia. Uskuteczniam to co drugi weekend, i tęsknię do tych chwil w dni powszednie o godzinie czwartej nad ranem.
Wczoraj jednak, mimo ambitnych planów spędzenia wspólnego wieczoru z C., zasnęło mi się po dziewiątej. C. taktownie mnie nie obudził; zrobiłam to sama, o wpół do czwartej rano. Świeżutka niczym skowronek, z politowaniem popatrzyłam na drzemiącego chłopaka. Wstałam, zjadłam kolację (śniadanie...?), wzięłam prysznic i upiekłam babkę. Do łóżka wróciłam o siódmej rano, gdy z porannej mgły niewiele już zostało, a słonko wesoło informowało, że pora wstawać. Ale kto to słyszał, żeby tak wcześnie wstawać w sobotę!

Babkę upiekłam prostą i szybką, intensywnie waniliową i wilgotną. Dodatek jogurtu sprawia, że nie jest mdła, pięknie pachnie i prezentuje się bardzo elegancko otulona grubą warstwą jogurtowego lukru i obsypana zmieloną laską wanilii.
C. kiedyś kupił młynek z wanilią, to właśnie jego użyłam do dekoracji. Można jednak zetrzeć laskę wanilii na tarce o drobnych oczkach, efekt będzie podobny.

Przepis znalazłam u Doroty.

Babka waniliowo-jogurtowa


Składniki:
(na formę do babki z kominkiem o pojemności 2,5 l)

  • 4 jajka
  • 150 g cukru
  • 150 ml oleju
  • 450 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 275 g jogurtu greckiego
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
lukier:

  • 130 g cukru pudru
  • 2 łyżki jogurtu greckiego
  • 1 łyżeczka ciepłej wody
dodatkowo:

  • zmielona laska wanilii
Jajka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać olej, cały czas miksując.
Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem. Dodawać do masy partiami, na zmianę z jogurtem. Na końcu lwać ekstrakt, połączyć.

Masę przelać do formy.

Piec w 175 st. C. przez 45 minut.
Przestudzić w formie, następnie wyjąć na kratkę i pozostawić do całkowitego ostudzenia.

Cukier puder przesiać, wymieszać z jogurtem i wodą. Polać ciasto, posypać wanilią.

Smacznego!

Przepis przygotowałam z myślą o akcji Mirabelki:

piątek, 18 marca 2016

Wiosennie zielona zupa z groszku

Była sobie wiosna... Że tak bezczelnie pozwolę sobie sparafrazować tytuł bajki, którą pamiętają pewnie tylko nieco starsi Czytelnicy. Dzisiaj już tylko mgła i nieprzyjemny wiatr nam zostały. Dobrze, że wczorajsze popołudnie wykorzystałyśmy z Ptysią na długaśny, niesamowicie przyjemny spacer. Słoneczko świeciło, ptaszki ćwierkały, trawa jakby zieleńsza się nagle zrobiła. Natchniona wiosennym stanem świata, przygotowałam szybką, zieloną zupę z groszku.

Przepis znalazłam na blogu Secret way to the kitchen już jakiś czas temu. Ujął mnie jej seledynowy, żywy kolor. Iście wiosenny, przywołujący na twarz szeroki uśmiech. Dodatek mięty zastopował nieco moje zapędy; troszkę się bałam, jak to będzie smakować. Działałam więc ostrożnie, żeby później na talerzu hojnie całość listkami mięty posypać. Pasuje tutaj wspaniale; orzeźwia i jakby wyostrza całość. Dlatego śmiało możecie dać jej więcej niż tylko trzy gałązki.

Krem z groszku z miętą i limonką


Składniki:
(na 4 porcje)

  • 750 g mrożonego groszku
  • 250 g ziemniaków
  • 2 cebulki dymki
  • 1 łyżka masła
  • 1 l bulionu
  • 3 gałązki świeżej mięty
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • sok z 1/2 limonki
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 4 łyżki jogurtu naturalnego
W garnku roztopić masło, dodać ziemniaki. Gdy wchłoną tłuszcz, zalać bulionem, dodać dymkę i gotować, aż ziemniaki zmiękną. Pod koniec gotowania dodać groszek i listki mięty, gotować jeszcze 10-15 minut.
Po tym czasie zupę zdjąć z palnika, zmiksować blenderem na gładki krem. Dodać kremówkę, doprawić do smaku sokiem z limonki, solą i pieprzem.
Podawać na ciepło z kleksem jogurtu.

Smacznego!


Przepis przygotowywałam z myślą o akcji Pinkcake: