poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Jaglane brownie na niepogodę

W sobotę mieliśmy pierwszy prawdziwie wiosenny dzień. Na spacer z psem wyszłam w lekkim tylko swetrze; później, gdy jechałam do pracy, do autka poszłam w koszulce z krótkim rękawem. Nie zmarzłam - było dziewiętnaście i pół stopnia! Słonko świeciło jak szalone, a ja nie mogłam przestać się uśmiechać. Nareszcie! Długo wyczekiwana, cudownie ciepła, zielona wiosna...
Niestety, trzy godziny później, gdy z pracy wychodziłam, lało jak z cebra, a temperatura drastycznie spadła. I tak utrzymuje się na tym zadziwiająco niskim poziomie; wspomagana lodowatym wiatrem, nie pozwala zapomnieć o czapce i ciepłym szalu. I choć dziś znów trochę słonka wyjrzało zza chmur, to wychodząc na dwór ma się wrażenie, że to początek raczej jesieni niż wiosny... Brrr!

Wieść niesie, że wczoraj był Dzień Czekolady. Nie sprawdzałam tej informacji zbyt uważnie - tego typu słowa biorę na wiarę. Głęboką. Szczególnie, że przy takiej pogodzie, tylko czekolada może sytuację uratować. A skoro ma być naprawdę obłędnie czekoladowo, zostaje tylko brownie...
W lodówce miałam pudełeczko obłędnie pachnących truskawek (smak, niestety, aromatowi nie dorównał), pomyślałam więc, że z czekoladowym ciastem skomponują się dobrze. Przypadkiem trafiłam na przepis na jaglane brownie u Kasi, i postanowiłam go wypróbować. Od dawna miałam ochotę na jakieś ciasto na bazie tej kaszy (bo zdrowa, ale przede wszystkim pyszna), serników trochę się lękam (no bo jak to tak - sernik zupełnie bez nabiału...?), a brownie przecież nie udać się nie może (w końcu to zakalec z definicji). 

Wszystko przygotowuje się sprawnie i szybko, najdłużej trwa oczywiście pieczenie i gotowanie kaszy. Można użyć takiej z poprzedniego dnia, z obiadowych resztek na przykład. 
Do musu truskawkowego dodałam kremu balsamicznego - kupiłam to cudo przy okazji poprzedniej wizyty w Polsce, i pomyślałam, że do truskawek pasować będzie (tak jak balsamiczny ocet). Nie myliłam się. To połączenie nieoczywiste, lekko wykwintne... Naprawdę dobre.
Jeśli nie macie kremu, śmiało możecie zastąpić go octem balsamicznym (w nieco mniejszej ilości, jest bardziej wyrazisty i ostry w smaku), lub pominąć, jeśli nie lubicie. We wszelkich kombinacjach - będzie pysznie. Brownie z kaszą jaglaną ma lekko orzechowy smak, i wychodzi bardzo dobre - jak ktoś nie wie (C.), co tam w środku jest, to z pewnością się nie domyśli, że chcecie mu podać nieco zdrowszą alternatywę. Spróbujcie koniecznie!

Jaglane brownie z musem truskawkowo-balsamicznym

Składniki:
(na blachę 22x30 cm)
  • 160 g suchej kaszy jaglanej
  • 400 ml gorącej wody
  • 50 ml oleju
  • 3 jajka
  • 150 g cukru
  • 125 ml śmietany kremówki (38%)
  • 45 g kakao
  • 100 g ciemnej czekolady (80%)
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

mus:
  • 300 g truskawek
  • 35 g cukru
  • 75 ml wody
  • 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżeczki kremu balsamicznego

Kaszę dokładnie wypłukać. Przesypać do garnka, zalać wrzącą wodą i gotować 15-20 minut na małym ogniu, aż kasza będzie miękka.
Ostudzić, zmiksować blenderem na gładką masę.

Truskawki zasypać cukrem, dolać 50 ml wody. Gotować pod przykryciem, aż truskawki zmiękną. Zmiksować na gładką masę.
Mąkę rozmieszać w pozostałej wodzie, dodać do zmiksowanych truskawek, podgrzać, cały czas mieszając. Zdjąć z palnika, dodać krem balsamiczny, wymieszać.

Do zmiksowanej i ostudzonej kaszy dodać olej, cukier, śmietanę, kakao, rozpuszczoną w kąpieli wodnej czekoladę i sodę. Na końcu wbić jajka, zmiksować.
Ciasto wyłożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzch wyłożyć mus, zrobić widelcem esy-floresy.

Piec w 180 st. C. przez 45-55 minut, aż masa się zetnie, ale będzie lekko galaretowata przy poruszeniu blachą.
Ostudzić.

Smacznego!

Nie oszukujcie się - takie nieco zdrowsze ciasta zawsze będą smakowały inaczej niż te z dodatkiem masełka i białej mąki. Ale inaczej, wcale nie znaczy gorzej. Nasze kubki smakowe to brownie podbiło, i z pewnością jeszcze do niego wrócę, bo powtórek jest warte jak najbardziej.

sobota, 11 kwietnia 2015

Topinambur w zupie

Powrót do poświątecznej codzienności minął zaskakująco łagodnie. W szkole wszyscy - uczniowie i nauczyciele - dopiero powoli znów przyzwyczajają się do zajęć. Zresztą - w tej chwili wychowawcy zajęci są nową grupą. Kilka tygodni temu to my nieśmiało przemykaliśmy korytarzami, nieco zagubieni w ich labiryncie. Baliśmy się, że nie znajdziemy właściwej sali, a nawet jeśli - zajęcia okażą się katastrofą. Nie potrafiliśmy obsługiwać maszyn, które teraz znacząco ułatwiają nam pracę. Zestresowani, zdenerwowani, niepewni. Na szczęście nie naszym to udziałem w tej chwili. Ze śmiechem przygotowywaliśmy pizze dla nowych kolegów, dzieląc się wrażeniami z minionych Świąt. 
Miło.

Ostatnio w końcu się odważyłam na zakupienie większej ilości topinamburu. Z myślą o zupie, rzecz jasna. Pogoda zdecydowanie sprzyja gorącym, kremowym, rozgrzewającym obiadom. Przeczytałam kilka przepisów, i w końcu zrobiłam po swojemu. Prawie bez przypraw, żeby wydobyć ten charakterystyczny, delikatny smak. Topinambur świetnie skomponował się z pasternakiem, delikatnie orzechowy smak obu warzy idealnie do siebie pasuje. Do tego chipsy - banalnie proste do przygotowania, a sprawiają, że zupa staje się dużo bardziej elegancka i nowoczesna. No i te chrupiące, przypieczone plasterki - rozkosz dla podniebienia. Wychodzi ich nieco więcej, niż potrzeba, ale znikają w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach... Następnym razem przygotuję podwójną porcję - na wszelki wypadek. Dla koloru i odrobiny ostrości - posiekana dymka również wylądowała w miseczce. Wszystko razem tworzy niezwykle zgraną całość - polecam na te chłodne kwietniowe popołudnia.

Krem z topinamburu z chipsami

Składniki:
(na 4 porcje)
  • 250 g ziemniaków
  • 200 g pasternaku
  • 600 g topinamburu
  • 1 cebula
  • 1 łyżka masła
  • 1 l bulionu
  • sól
  • pieprz biały

chipsy:
  • 150 g topinamburu

dodatkowo:
  • 1 cebulka dymka

Topinambur na chipsy wyszorować, osuszyć. Pokroić w cieniutkie plasterki, ułożyć je pojedynczo na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 100 st. C. przez 1 godzinę, wystudzić.

Pozostałe warzywa obrać, pokroić w kostkę. Cebulę zeszklić na maślę. Dodać pozostałe warzywa, podsmażyć, aż wchłoną cały tłuszcz. Zalać bulionem, gotować około 20-30 minut, aż zmiękną.
Zupę zmiksować blenderem na gładki krem, dodać soli i pieprzu do smaku.

Podawać gorące z chipsami z topinamburu i posiekaną dymką.

Smacznego!

A dzisiaj, żeby za lekko nie było, do pracy... Na szczęście w domu będzie czekał ciepły obiad i słodki deser, wraz z miłym towarzystwem - czy potrzeba czegoś więcej...?

czwartek, 9 kwietnia 2015

Babka z różą

Gdy tylko zobaczyłam ten przepis na blogu Słodkie fantazje wiedziałam, że muszę też taką upiec. Szaleję za babkami - ostatnio ciasta z kremami zupełnie mi nie podchodzą. Nawet ukochane serniki zeszły na dalszy plan. To chyba ta Wielkanoc tak na mnie działa. Mam jeszcze kilka babkowych pomysłów - w końcu kto powiedział, że te śliczne wypieki możemy serwować tylko na wielkanocnym stole...? Są urocze, no i pyszne. Ja zdecydowanie nie mam ich jeszcze dość...

Dzisiejsza babka ma śliczny, pastelowo-różowy kolor, a smakuje i pachnie różą. Miałam jeszcze trochę konfitury, postanowiłam właśnie tak ją wykorzystać. Okazało się to bardzo dobrym pomysłem, babeczka bowiem wyszła wyśmienita. Pięknie pachnie, smak róży nie jest przytłaczający, tylko subtelny i taki w sam raz. Ciasto jest piaskowe, sypkie, ale się nie kruszy. W stosunku do oryginalnego przepisu zmniejszyłam ilość cukru (wyszła idealnie słodka) i konfitury (akurat tyle było w słoiczku), nie ubijałam też osobno białek (w niczym to nie zaszkodziła - babeczka wyszła pulchniutka i lekka). Jeśli chcecie uzyskać intensywniejszy kolor, wystarczy dodać więcej barwnika. Coś jeszcze...? Ach, tak! Nie czekajcie do kolejnych Świąt, upieczcie ją sobie na weekend - z pewnością zdobędzie Wasze podniebienia.

Babka różana

Składniki:
(na formę do babki z kominkiem o pojemności 2 l)
  • 200 g miękkiego masła
  • 65 g cukru
  • 4 jajka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 150 g białej czekolady
  • 65 g konfitury z płatków róży
  • 35 g creme fraiche
  • 150 g mąki pszennej
  • 100 g mąki ziemniaczanej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

lukier:
  • 150 g cukru pudru
  • 1 łyżka creme fraiche
  • 2 łyżki wody

dodatkowo:
  • różowe cukrowe perełki

Czekoladę posiekać, rozpuścić w kąpieli wodnej, przestudzić.

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt, zmiksować. Dodać czekoladę, konfiturę i śmietanę, połączyć.
Mąki przesiać, wymieszać z proszkiem. Partiami dodawać do ciasta, miskując tylko do połączenia składników.

Masę przelać do formy wysmarowanej tłuszczem i wysypanej mąką. Wyrównać.

Piec w 180 st. C. przez 40-50 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Cukier puder utrzeć z wodą i śmietaną na gładki lukier. Polać ostudzoną babkę, posypać cukrowymi perełkami. Odstawić do zastygnięcia lukru.

Smacznego!

To już ostatnia propozycja do wielkanocnych akcji.

Babki Wielkanocne 2015

środa, 8 kwietnia 2015

Koszyczek z ciasta drożdżowego

Wiadomo, jak jest - Święta cały rok trwać nie mogą. A szkoda. Dzisiaj trzeba było już wrócić do szarej (ach, jakże szarej! I zupełnie niewiosennej) rzeczywistości, która obejmuje pobudkę o szóstej trzydzieści. Uff... Lekko nie było. Na szczęście ten tydzień krótki, tak, żeby się człowiek nie zdążył za bardzo zmęczyć. 

Chciałabym Wam dzisiaj pokazać mój pierwszy chlebowy koszyczek - dosłownie. Został bowiem zapleciony z ciasta chałkowego, i muszę przyznać, że warto było się z nim pomęczyć. Miny gości - bezcenne!
Sprawa nie jest tak trudna, jak mogłoby się wydawać, ale jednak wymaga pewnych manualnych zdolności. Inspirację znalazłam na blogu Na miotle, stamtąd wzięłam przepis i ogólną ideę. Później po prostu starałam się, jak mogłam.
Jak zapleść koszyk, chyba każdy wie. Być może następnym razem pokuszę się o więcej detali i skupię się bardziej na wyglądzie - tym razem chciałam tylko, żeby wyglądał jak koszyk i żeby się nie rozpadł, co na szczęście się udało. Do pieczenia użyłam silikonowej formy na babkę - trochę za dużej, koszyk wyszedł przez to nieco niezgrabny. Ale przynajmniej nic mi się nie przykleiło... Najwięcej kłopotu sprawiło mi umocowanie rączki tak, żeby się nie chwiała i trzymała prosto. Można to zrobić wykałaczkami - ja użyłam skróconych patyczków do szaszłyków - są dłuższe i nieco grubsze. Mocowania zamaskowałam błękitnymi kokardami, które dodały całości uroku.

W koszyczku schowałam wydmuszki z ciastem czekoladowym.

Chlebowy koszyczek

Składniki:
(na spory koszyczek)
  • 680 g mąki orkiszowej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 300 ml letniej wody
  • 1 jajko
  • 55 g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 60 ml oleju

dodatkowo:
  • 1 jajko
  • wykałaczki

Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, zasypać 1 łyżeczką cukru i zalać 100 ml wody. Odstawić na 15-20 minut.
Po tym czasie dodać pozostałe składniki, wyrobić gładkie, elastyczne ciasto. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Na blasze ułożyć żaroodporną miskę lub formę na babkę do góry dnem. Posmarować delikatnie olejem (nie trzeba, jeśli forma jest silikonowa). Z ciasta uformować kilka wałeczków; cztery ułożyć na formie, tak, żeby się przecinały na szczycie, a końce dotykały blachy. Kilka kolejnych ułożyć na okrągło, zaplatając je tak, jak się zaplata koszyk. Końcówki pierwszych wałeczków podwinąć.
Posmarować koszyczek roztrzepanym jajkiem.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut, aż się ładnie zezłoci.
Ostudzić na formie.

Z pozostałego ciasta zapleść warkocz, który będzie rączką koszyczka. Ułożyć go na formie tak, żeby końce dotykały blachy.
Posmarować roztrzepanym jajkiem.

Piec w 180 st. C. przez 20 minut.
Ostudzić na formie.

Całkowicie ostudzony koszyczek ustawić na blacie, przypiąć rączkę wykałaczkami.

Smacznego!

Jak tam u Was pogoda? U nas obrzydliwie szaro, pochmurno i wietrznie. Brrr...

wtorek, 7 kwietnia 2015

Ciasto w wydmuszce

Wczoraj z rana obudził nas telefon. Służbowy C., w związku z czym odwróciłam się na drugi bok i próbowałam spać dalej. Gdy po kilku minutach C. skończył rozmowę, otworzyłam jedno oko i ujrzałam tuż nad twarzą kubek z wodą, który niebezpiecznie zaczął się przechylać... A całej sytuacji towarzyszył demoniczny chichot C.
Okazało się, że mąż koleżanki uznał, że należy C. zapoznać ze starą, polską tradycją, jaką jest Lany Poniedziałek. Na szczęście nie zostałam zbyt mocno podtopiona, ale już obmyślam plan zemsty...

Jak Wam minęły Święta? Nam bardzo spokojnie. W niedzielę wybraliśmy się do siostry C., gdzie posiedzieliśmy kilka godzin, porozmawialiśmy, pośmialiśmy się. Jedzenie też było, i to dobre, ale nic nie mające wspólnego z polskimi tradycjami - był szwedzki stół, na którym oczywiście główną rolę odgrywały jajka na twardo, a na deser krem cytrynowy (pyszny, kiedyś podam Wam przepis). A później wszyscy z niedowierzaniem oglądali ciasto w jajkach...

Widziałam takie cuda już w zeszłym roku, a może nawet wcześniej. Ogromnie mi się podobały, ale jednak troszkę mnie ich przygotowanie przerażało... Tym razem postanowiłam wszystkich zaskoczyć, zaczęłam więc uważnie czytać przepisy. Nieznacznie się od siebie różniły: jedne kazały jajka sparzyć, inne wypłukać wodą z solą, jeszcze inne po prostu dokładnie wypłukać. Ciasta w nich zamknięte też były różne - od prawdziwego, intensywnie czekoladowego brownie po świeżo-cytrynowe. Wyciągnęłam więc wnioski, i zabrałam się do pracy. 
Zrobienie dwudziestu wydmuszek zabiera sporo czasu, polecam więc zacząć je kompletować już kilka dni przed Świętami. Sparzonym, nic się nie stanie do chwili, gdy nadejdzie pora pieczenia. Reszta to już banał - przygotowałam zwykłe ciasto muffinkowe (wszystkim bardzo smakowało) na wodzie - można użyć mleka, moje miały być bez laktozy. Napełnianie skorupek jest proste, a później wystarczy bezpiecznie ułożyć je w gniazdkach i upiec. Jedna ważna rzecz - nie wlewajcie za dużo ciasta do skorupek - popękają! Mi się tak z kilkoma niestety przytrafiło... 
Mam nadzieję, że za rok przyda Wam się taki przepis.

Ciasto czekoladowe w skorupkach jajek

Składniki:
(na 20 jajek)
  • 300 g mąki orkiszowej
  • 40 g kakao
  • 100 g cukru
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 jajka
  • 200 ml wody
  • 50 ml oleju
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

dodatkowo:
  • 20 jajek
  • 2 łyżki oleju

U podstawy jajka zrobić dziurkę o średnicy około 1,5 cm. Do środka wsunąć wykałaczkę lub maleńki widelczyk, zamieszać. Wytrząsnąć zawartość jajka, wypłukać. Tak samo postąpić z pozostałymi jajkami. Puste skorupki wyparzyć, ustawić dziurkami do dołu, żeby całkowicie wyschły.

Przed pieczeniem do każdej skorupki wlać 1 łyżeczkę oleju, potrząsać, aż dokładnie obleje ścianki. Resztę oleju wylać.
Skorupki ułożyć otworem do góry w formie do mini muffinek wyłożonej folią aluminiową (tak, żeby jajka stały prosto i się nie ruszały).

Mąkę i kakao przesiać, wymieszać z cukrem i proszkiem.
Jajka roztrzepać, dodać wodę, olej i ekstrakt, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia składników.

Masę przełożyć do woreczka cukierniczego z otworem o średnicy 1 cm, napełniać skorupki nieco tylko ponad połowę (zbyt duża ilość ciasta rozsadzi skorupki podczas pieczenia).

Piec w 180 st. C. przez 20 minut, do suchego patyczka.
Wystudzić.

Smacznego!

W następnym wpisie pokażę Wam, w czym moje jajka podałam. Sama nie wiem, co zrobiło większe wrażenie!

piątek, 3 kwietnia 2015

Wesołych Świąt! I tort z galaretką z cydru

Czas pędzi nieubłaganie. Dopiero co pochowałam ozdoby choinkowe do pudeł i schowałam je na dnie szafy, a tu już trzeba wyciągać zajączki i jajeczka. Jedyne, co nie bardzo się zmieniło, to pogoda - w Boże Narodzenie było szaro, zimno i pochmurno; wyglądając za okno w tej chwili, moim oczom ukazuje się widok niezwykle podobny. Ale - kto by się przejmował pogodą? Najważniejsze to, że mamy chwilę wolnego, gdzie można zwolnić i odsapnąć, spotkać się z rodziną i przyjaciółmi, posiedzieć przy stole zastawionym pysznościami i po prostu razem pobyć. W tym roku Wielkanoc spędzam w Danii; w niedzielę udamy się na świąteczny brunch (jak to modnie brzmi!) do siostry C., gdzie mam zamiar zaserwować kilka niecodziennych słodkości. Intensywna produkcja rozpoczęła się już dzisiaj, ale na blogu przepisy pojawią się dopiero po Świętach (może komuś przydadzą się w przyszłym roku). 

Zresztą, na moim stole już od paru tygodni królują typowo wielkanocne wypieki - babki, mazurki, serniki. Tylko na paschę czasu zabrakło, niestety...
Dzisiaj mam dla Was coś wyjątkowego, trochę innego, nietradycyjnego. Zaczęło się od tego, że C. z szerokim uśmiechem wyręczył mi dwa granaty i stwierdził, że na pewno przygotuję z nich coś pysznego. Jasne, tylko co...? Granatów nie używam zbyt często (błąd - pyszne są przecież!), bo są owocem nieco problematycznym... Trzeba do nich wymyślać specjalne ciasta i desery, bo ani za jabłka, ani za truskawki uchodzić nie mogą. Wymyśliłam więc sobie, że ich smak doskonale skomponuje się ze słodyczą białej czekolady. Moja wyobraźnia pogalopowała dalej, zahaczając o świeże, pyszne mango. Biszkopt był wyborem oczywistym, a galaretka na wierzchu chyba mi się przyśniła... Niemniej, wyszedł z tego całkiem zgrabny torcik, a owoce zatopione w przezroczystej galaretce wyglądają zjawiskowo. Połączenie niemal krwistej, rubinowej czerwieni granatów z intensywną żółcią mango zachwyci chyba każdego. Smakowo całość wypadła również bardzo dobrze - słodszy krem, lekko kwaśny granat, wszystko miękkie, delikatne i rozpływające się w ustach. Może zdecydujecie się na taki niecodzienny wypiek? A jeśli nie na Święta - to może na najbliższe urodziny...?

Tort z białą czekoladą, granatem i cydrową galaretką

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 120 g cukru
  • 70 g mąki pszennej
  • 30 g mąki ziemniaczanej

nasączenie:
  • sok z 1/2 limonki
  • 2 łyżki cydru bzowego

krem:
  • 500 ml śmietany kremówki
  • 150 g białej czekolady
  • ziarenka z 1 granatu

galaretka:
  • 500 ml cydru
  • 5 łyżeczek żelatyny
  • 3 łyżki zimnej wody

dodatkowo:
  • ziarenka z 1/2 granatu
  • 1 mango

Biszkopt:
Białka ubić na sztywną pianę. Pod koniec partiami dodawać cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Mąki przesiać do osobnej miski, wymieszać. Po łyżce dodawać do masy jajecznej.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Masę wyłożyć do tortownicy, delikatnie wyrównać wierzch.

Piec 25-35 minut w 160 st. C.

Upieczony biszkopt wyjąć z piekarnika, zrzucić z wysokości 60 cm (w formie) na podłogę, wstawić z powrotem do lekko uchylonego piekarnika, wystudzić. Brzegi odkroić ostrym nożem, kiedy ciasto będzie już zupełnie ostudzone.
Przekroić na pół.

Sok z limonki wymieszać z cydrem. Nasączyć oba blaty.

Czekoladę posiekać, rozpuścić w kąpieli wodnej, ostudzić.
Kremówkę ubić na sztywno, powoli wlewać całkowicie ostudzoną czekoladę, cały czas miksując. Odłożyć 3-4 łyżki kremu, resztę wymieszać z nasionkami granatu.

Ułożyć blat ciasta na paterze, zapiąć obręcz tortownicy. Równomiernie wyłożyć krem z granatem, przykryć drugim blatem, delikatnie dociskając. Wierzch posmarować pozostałym kremem. Ułożyć pokrojone w plasterki mango, posypać ziarenkami granatu. Schłodzić w lodówce.

W tym czasie przygotować galaretkę.
Żelatynę zalać wodą. Cydr mocno podgrzać, zdjąć z palnika. Dodać żelatynę, wymieszać aż do jej całkowitego rozpuszczenia. Ostudzić.

Tężejącą galaretkę wylać na ciasto, schłodzić, aż zupełnie zastygnie.

Smacznego!

Ponieważ to już ostatni wpis przed Świętami, chciałabym życzyć Wam cudownej Wielkiej Nocy, spędzonej z rodzinami. Zapomnijcie o idealnie wysprzątanym mieszkaniu, o jajkach jak spod igły, skupcie się na celebrowaniu i zapamiętywaniu tych wspaniałych chwil.

Wesołych Świąt!

czwartek, 2 kwietnia 2015

Biscotti z lawendą i cytryną

Pamiętaliście o zmianie czasu? Choć tak właściwie, to pytanie jest już jakby nie na miejscu...
Gdy byłam dzieckiem, o zmianie czasu, obojętnie której, mówili wszyscy. Sąsiedzi sobie przypominali, w radiu i telewizji powtarzali do znudzenia. Dzisiaj po prostu któregoś dnia okazuje się, że jest on jakiś dziwnie długi... Słońce świeci jasno, gdy już w zasadzie powinno być ciemno. Dlaczego? Niektórzy zadają sobie to pytanie, i wtedy przypominają sobie o tej drobnej zmianie. Inni po prostu przechodzą nad tym do porządku dziennego. W dzisiejszym świecie to komputery pamiętają za nas. Same przestawiają, teraz już tylko metaforyczne, wskazówki, nie pytając nas o zdanie. Tak ma być, i koniec. Bez dyskusji. Nie da się oszukać i mieć choćby kilku dodatkowych godzin dla siebie...

Wczoraj w kuchni spędziłam kilka godzin. Przygotowałam pełen słój nowej, pysznej granoli, ugotowałam zupę z topinambura (moją pierwszą) i upiekłam pyszne biscotti. Zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia, gdy tylko ujrzałam je na blogu Kulinarne pomyłki. Bardzo mi się takie połączenie smaków spodobało, i obiecałam sobie, że przygotuję je na Wielkanoc. Upiekłam raz, i nie do końca mnie zadowoliły. Zmieniłam więc to i owo, i okazało się, że takie są idealne. Z delikatnymi nutami cytryny i lawendy (nie są mydlane, nie bójcie się!), z cudownie chrupiącymi migdałami i ledwo wyczuwalnym smakiem miodu gdzieś w tle. Bajecznie, idealnie wiosenne, z kwiatową nutą. Skusicie się?

Cytrynowo-lawendowe biscotti z miodową nutą

Składniki:
(na 12-15 sztuk)
  • 2 jajka
  • 100 g cukru
  • 50 g miodu
  • 65 ml oleju
  • 340 g mąki pszennej
  • 100 g całych migdałów
  • 2 łyżki suszonych kwiatów lawendy
  • skórka otarta z 1 cytryny

Czekoladę i obrane migdały grubo posiekać.
Jajka ubić z cukrem i miodem na puszystą, jasną masę. Wlać olej, zmiksować. Partiami dodawać mąkę z proszkiem i skórką z cytryny, miksując na najniższych obrotach miksera. 
Wsypać migdały i lawendę, dokładnie połączyć.

Z ciasta uformować gruby wałeczek o długości około 30 cm. Zawinąć w folię spożywczą, schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto odwinąć z folii, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut.
Lekko przestudzić.

Pokroić ciasto po skosie na kromki grubości 1-1,5 cm. Ułożyć je płasko na blasze.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut, przewracając w połowie na drugą stronę.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Tak sobie myślę, że to połączenie smaków jest naprawdę znakomite. A może by tak wykorzystać je w jakimś innym wypieku lub deserze...?