sobota, 16 marca 2013

Tim Burton i Johnny Depp - czy to może nie być dobre...?

Jak już wcześniej wspominałam, mieliśmy z C. wolny weekend. Co się robi w takich rzadkich okolicznościach, kiedy oboje możemy się lenić, siedzieć pół nocy przy butelce czerwonego wina, wylegiwać się w łóżku, dopóki Ptysia nie zdecyduje, że już pora na spacer? Otóż, moi drodzy, filmy się ogląda. Tym razem nie mieliśmy filmowych planów sprecyzowanych, stwierdziłam więc, że poszukam czegoś z Johnnym Deppem - on bowiem gwarantuje dobrą zabawę. Kiedy znalazłam jego Mroczne cienie i odkryłam, że reżyserem jest Tim Burton nie mogłam uwierzyć, że mi ten film umknął. Uwielbiam bowiem ich obu, a ich obu razem już w ogóle! Wszystkie filmy, w czołówce których można przeczytać te dwa nazwiska zrobiły na mnie ogromne wrażenie, bardzo mi się podobały i uważam je za godne polecenia. Nie inaczej było i tym razem.

Mroczne cienie to historia rodziny Collinsów, których poznajemy w XIX wieku. Barnabas rozkochuje w sobie Angelique, która przypadkiem jest czarownicą. Kiedy ona wyznaje mu miłość, i okazuje się, że on nie odwzajemnia jej uczuć, Angie rzuca na niego klątwę. Ukochana Barnabasa rzuca się z klifu, czym doprowadza go niemal do szaleństwa. W akcie rozpaczy mężczyzna również skacze, jednak przeżywa upadek i zamienia się w wampira. Mieszkańcy pobliskiego miasteczka, za namowami Angelique, zamykają go w trumnie i zakopują na zawsze.

200 lat później rodzina Collinsów nie jest już tak potężna. Zamek popada w ruinę, interes rodzinny niemal nie istnieje. Kiedy przypadkiem trumna Barnabasa zostaje odkopana, a on uwolniony, postanawia sprowadzić rodzinę na właściwe tory. Z pomocą Elizabeth sprawia, że interes powoli odżywa. Barnabas zakochuje się w niani, która pracuje w zamku, a która przypomina jego tragicznie zmarłą ukochaną sprzed wieków. Wszyscy w domu mają jednak swoje tajemnice, które powoli wychodzą na jaw i nieco utrudniają sprawy. Dodatkowo na drodze znów staje mu Angie - wiedźma stworzyła bowiem imperium i nie da go sobie łatwo odebrać. Jak tym razem zakończy się ich osobista wojna...?

Historia jest bardzo w stylu Burtona - postacie są wyraziste, nietuzinkowe, kolorowe. Dla kontrastu opowieść jest mroczna, trup sieje się gęsto, całość jednak niepozbawiona jest specyficznego, charakterystycznego, momentami nieco czarnego humoru. Obsada jest imponująca - Depp, Pfeiffer, Bonham Carter - te nazwiska robią wrażenie. Gwarantuję, że film warty jest uwagi - nietuzinkowy, zapewnia naprawdę dobrą zabawę.

Mroczne cienie
2012
reżyseria: Tim Burton
scenariusz: Seth Grahame-Smith
Barnabas Collins: Johnny Depp
Elizabeth Collins: Michelle Pfeiffer
dr Julia Hoffman: Helena Bonham Carter
Angelique Bouchard: Eva Green

piątek, 15 marca 2013

Pudding, czyli budyń w wersji luksusowej

Ten deser przygotowałam tydzień temu. Czułam się troszkę podziębiona, potrzebowałam czegoś szybkiego, łatwego, najlepiej czekoladowego na poprawienie nastroju nadszarpniętego przed silny wiatr, który rzucał mi autem w drodze do pracy (a auto mam duże i ciężkie). Sięgnęłam po Czekoladę. 50 łatwych przepisów wydanej przez Academię Barilla, którą wygrałam jakiś czas temu w bardzo przyjemnym konkursie. No a skoro już ją wygrałam, to warto by było zacząć ją testować... 
Przepis na pudding czekoladowy był idealny - przygotowanie zajmuje dosłownie kilka minut, składniki niemal zawsze są w domu (ja nie miałam kremówki, więc mi się przygotowanie deseru przeciągnęło w czasie), a efekt jest naprawdę rewelacyjny. Pieczenie zajmuje sporo czasu, pod koniec trzeba puddingu pilnować - powinien mieć konsystencję sernika - ścięty wierzch, ale przy poruszeniu blaszką powinien lekko drżeć. Ostudzony i dobrze schłodzony, z dodatkiem bitej śmietany smakuje rewelacyjnie - bardzo czekoladowy, choć czekolady jest tam niewiele, trochę słodki, w dużych ilościach mógłby być zamulający. Trochę jak budyń, ale gęstszy, bogatszy. Myślę, że dobrze smakowałby w sezonie ze świeżymi truskawkami. Idealny jednak na mroźne dni - tajemnicza, rozgrzewająca moc czekolady działa tutaj doskonale. Spróbujcie koniecznie - najbanalniejszy przepis pod słońcem, a efekt godny najbardziej wymagającego podniebienia.

Czekoladowy pudding


Składniki:
(na 5 porcji)
  • 4 żółtka
  • 110 g cukru
  • 20 g kakao
  • 20 g ciemnej czekolady (81%)
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego

Kremówkę wlać do niedużego garnka i doprowadzić do wrzenia.
W tym czasie w dużej misce ubić żółtka z cukrem i kakao na puszystą masę. Powoli wlewać gorącą śmietanę, energicznie mieszając łyżką, nie dopuszczając jednak do powstania piany. Do masy dodać posiekaną czekoladę, wymieszać.
Masę przelać do kokilek.

Piec w 120 st. C. 60-75 minut, aż masa zgęstnieje. 
Wyjąć z piekarnika, ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce przez przynajmniej 2 godziny.

Kremówkę ubić z cukrem waniliowym na sztywną masę.
Pudding podawać z kleksem śmietany.

Smacznego!

Książkę będę testować dalej - po jednym przepisie ciężko powiedzieć, czy reszta również będzie udana. Póki co jednak jestem zadowolona i z przyjemnością znów zabiorę ze sobą Czekoladę do kuchni.

czwartek, 14 marca 2013

Traumatyczne pączki - oponki dla cierpliwych

Uff... Dzisiaj będzie o pączkach, o których obiecałam napisać kilka dni temu. Moi drodzy - takiej pączkowej męki jeszcze nie przeżyłam! Tym bardziej, że do tej pory pączusie wychodziły mi pulchniutkie i wspaniałe za każdym razem, kiedy więc wyjęłam z garnka gniotki, którymi, jakby dobrze rzucić, można by kogoś poważnie uszkodzić, niemal się załamałam. Ansia jednak stwierdziła, że do wytrwałych świat należy i poddawać się nie godzi, więc zrobiłam podejście drugie. Jakie było moje rozczarowanie, kiedy po godzinie ciasto znów nie urosło ani o milimetr! A pełna dobrych chęci, umieściłam je w piekarniku z włączonym światłem, żeby miało cieplutko, bez przeciągów, no nic, tylko rosnąć przecież! Wściekła, stwierdziłam dość! A że C. robił przed wyjściem maślane oczy o pączki, zła, zostawiłam ciasto tam, gdzie było. W sumie, to nie jestem pewna, dlaczego od razu go nie wyrzuciłam... Może chciałam mu pokazać, ile się nacierpiałam, a efektów brak...? Dość, że zajrzałam do piekarnika dwie godziny później, i moim oczom ukazało się... Dokładnie tak - wyrośnięte ciasto drożdżowe! Patrzyłam i nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. No bo jak to tak...? Najpierw nic, a potem nagle bum...? Hmpf... Zaskoczona stwierdziłam, że skoro już urosło, to przecież nie będę wyrzucać... Rozwałkowałam, powycinałam oponki, znów włożyłam na godzinę do cieplutkiego piekarnika. Urosły! I wyszły idealne - puchate, leciutkie, z tą cudowną obrączką, która niektórym spędza sen z powiek. Czy było warto...? Cóż... Satysfakcję mam, nie powiem, ale więcej po ten przepis nie sięgnę. Nie chcę Was zniechęcać, ale na blogu są przepisy, przy których nie czekają Was godziny niepewności... Zdecydujecie sami.

Po wszystkim doszłam do wniosku, że winę za taki układ rzeczy ponosi zbyt duża ilość rumu. Na początku nie zwróciłam na to uwagi, bo zawsze do pączków daję alkohol. Nie w takich jednak ilościach! Dwie łyżki to stanowczo za dużo. Wydaje mi się, że olejek byłby dużo lepszym rozwiązaniem - bezpieczniejszym, no i da bardziej wyraźny smak. Dwie, trzy krople, i powinno się udać.

Co do źródła... Kiedy drugi raz ciasto nie urosło, zła, wyrzuciłam plik z przepisem, w którym również znajdował się adres strony, z której go wzięłam. Później, choć próbowałam, nie mogłam już go znaleźć... Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Jeśli znacie autora, proszę, podrzućcie adres. Z drugiej strony jednak nie wiem, czy taka recenzja byłaby dobrą reklamą dla bloga...

A teraz już zapraszam Was na rumowe oponki. Puchate, pączkowe, z delikatnym aromatem rumu. Smaczne. C. był bardzo zadowolony. Ja, po tym co z nimi przeszłam w kuchni, nieco mniej...

Oponki rumowe


Składniki:
(na 7-8 sztuk)
  • 250 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 żółtko
  • 1 jajko
  • 50 ml letniego mleka
  • 60 g cukru pudru
  • 2 łyżki ciemnego rumu
  • 25 g miękkiego masła
  • 1/4 łyżeczki soli

dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 1-2 l oleju

Drożdże rozetrzeć z mlekiem, 1 łyżką mąki i 1 łyżką cukru. Odstawić na 15 minut, żeby drożdże ruszyły.

Masło utrzeć z cukrem pudrem. Wbić żółtko, następnie całe jajko, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać rozczyn, wsypać sól, partiami dodawać mąkę. W tym momencie należy zmienić końcówki w mikserze na haki do ciasta drożdżowego, lub dalej wyrabiać ręcznie. Ka końcu wlać rum, wyrobić gładkie, nielepiące się ciasto. Odstawić na 2-3 godziny w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na grubość 1,5 cm. Szklanką wycinać koła, malutkim kieliszkiem dziurki.  Oponki odstawić na 30-60 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięte oponki smażyć na gorącym oleju na złoty kolor z obu stron.
Oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

A jak u Was pogoda...? Bo u nas znów zima... Kiedy C. wrócił z pracy, o pierwszej w nocy, z przerażeniem zauważyłam, że okno nad łóżkiem jest całkiem zasypane... Na szczęście nie musiałam odkopywać auta o piątej nad ranem, bo później już nie padało... Mimo wszystko, nie jest mi z tym najlepiej - miałam nadzieję na wiosnę, a tu znów biało... Kiedy wreszcie zima się spakuje na dobre...?

środa, 13 marca 2013

I znów opowiadania. Schmitt tym razem

Goodreads naprawdę działa na mnie motywująco - kiedy ostatnio zobaczyłam, że jestem dwie książki do przodu w stosunku do planu, z jeszcze większym zapałem zabrałam się za czytanie. Efektem jest to, że mam już dwie książki, o których koniecznie muszę Wam opowiedzieć, a o których jakoś nie miałam czasu do tej pory napisać... Zacznę od Schmitta, bowiem znów udało mu się mnie oczarować.

Schmitta poznałam za sprawą Oscara i Pani Róży, niesamowicie wzruszającej książki, która chyba zrobiłaby wrażenie na każdym. Na mnie zrobiła tym większe, że dostałam jedyny w swoim rodzaju egzemplarz - ręcznie przepisaną powieść przez siostrę mojej licealnej przyjaciółki. Kiedy to zobaczyłam, szczęka mi opadła i nie potrafiłam opanować łez wzruszenia. Jest to najcenniejsza książka, którą posiadam w swoich zbiorach. Wartość emocjonalna jest ogromna, nie do opisania. A Wy macie książki, które są dla Was tak cenne...?
Później przyszedł czas na kolejne jego powieści, które niezmiennie sprawiały, że czytałam je z zapartym tchem. Poruszane tematy, przeróżne konteksty i aluzje, wnioski, które wysnuwa autor i do których musimy dojść sami - wszystko to składa się na pasjonującą lekturę. Bez wahania więc kupiłam Trucicielkę i nie mogłam się doczekać, kiedy będę ją mogła przeczytać.


Trucicielka to cztery opowiadania. W pierwszej chwili byłam nieco rozczarowana - wiecie już, że zdecydowanie wolę powieści. Na końcu jednak jest umieszczony pamiętnik autora, który powstawał równolegle z książką. Schmitt twierdzi, że opowiadanie jest formą dużo bardziej wymagającą - tu nie ma miejsca i czasu na rozwlekłe opisy, tu trzeba wszystko zamknąć w konkretnych słowach, które pobudzą wyobraźnię czytelnika. Cóż... Ja nadal wolę powieści, ale muszę przyznać, że Schmitt jest równie dobry w krótszych formach. Udowodnił to w Trucicielce.

Tytułowa Trucicielka to historia morderczyni. Ale czy na pewno...? Marie Maurestier to dama po siedemdziesiątce, wysoka, dumna. Chodzi sztywno wyprostowana i budzi przerażenie w innych mieszkańcach miasteczka. Dlaczego? Otóż przeżyła dwa procesy w sprawie o zamordowanie nie jednego, ale trzech mężów. I kochanka. Wszystkie zarzuty zostały obalone, Marie została uznana za niewinną. Ale czy rzeczywiście nie ma nic na sumieniu...?
Kiedy do miasteczka przyjeżdża nowy, młody ksiądz, wyobraźnia Marie zostaje pobudzona. Ksiądz robi na niej tak ogromne wrażenie, że koniecznie chce na siebie zwrócić jego uwagę. Codziennie chodzi do spowiedzi opowiadając o grzechach, których się dopuściła... Co z tą mroczną wiedzą zrobi młody, niedoświadczony ksiądz...?

Powrót to opowieść o marynarzu. Greg nie jest specjalnie bystry, nigdy nie zawracał sobie głowy myśleniem. Całe życie ciężko pracował, i uważa, że tym zasłużył na szacunek rodziny, szefów, współpracowników. Kiedy więc kapitan wzywa go do siebie, Greg nie spodziewa się niczego złego. Gdy więc słyszy straszną wiadomość, nie wie, jak zareagować - twoja córka nie żyje. Gy marynarz zadaje pytanie, kapitan nie bardzo rozumie, o co mu chodzi. Która córka? Jak to...? Okazuje się bowiem, że Greg ma cztery córki, a w wiadomości nie ma podanego imienia... Przerażony kapitan obiecuje jak najszybciej dowiedzieć się, które dziecko spotkała tragedia. Greg tymczasem wraca do swoich obowiązków.
Okazuje się jednak, że nie może tak po prostu pracować... Nawiedzają go przeróżne myśli - która z nich nie żyje? Której śmierć dotknęłaby go najbardziej? Gdy mówi sobie, że ma to być Joan z przerażaniem stwierdza, jakim jest złym ojcem. Dochodzi do wniosku, że nie zna swoich dzieci. Zaczyna myśleć o żonie, która, sama, prawdopodobnie odchodzi od zmysłów. Jak zakończy się jego historia...?

Koncert Pamięci anioła to historia dwóch chłopców, początkujących muzyków. Każdy z nich ma przed sobą świetlaną przyszłość - jeden jako skrzypek, drugi - pianista. Poznali się na obozie dla utalentowanej muzycznie młodzieży, który zakończony jest wyścigiem. Chris, zazdrosny o talent kolegi, bierze zawody bardzo poważnie. Kiedy więc widzi topiącego się Axla, zamiast go ratować, płynie najpierw zdobyć medal. Gdy wraca do kolegi okazuje się, że jest już za późno... Przerażony, robi wszystko, żeby nikt nie dowiedział się o jego winie. Jak to dramatyczne wydarzenie wpłynie na resztę jego życia i wybór drogi kariery...?

Ostatnie opowiadanie, Elizejska miłość, mówi o parze prezydenckiej. Kiedy się poznali - on młody, ambitny polityk, ona utalentowana, początkująca artystka - zakochali się w sobie bez pamięci. Wymogi etykiety i mediów zmieniają ich oraz ich uczucia. Mąż zdradza żonę, która w pewnym momencie zupełnie przestaje się tym przejmować. Stwierdza jednak, że w życiu nie zostało jej już nic - zamiast rozwodu postanawia trwać u boku swego mężczyzny i zmienić jego życie w piekło. Zna wszystkie jego mroczne sekrety, może mu zagrozić. Czy uda im się siebie odnaleźć wśród hipokryzji otaczającego ich świata...?

Historie Schmitta to opowieści o mijaniu się w życiu, o przegapianiu właściwych momentów, o ponoszeniu konsekwencji własnych decyzji. O tajemnicach, które ma każdy, a których wyjście na jaw może zmienić wszystko. 
Muszę przyznać, że Trucicielka mnie wciągnęła bez reszty. Opowieści Schmitta dają do myślenia, każą się zastanowić nad pewnymi, wydawałoby się podstawowymi, sprawami. Polecam każdemu.

Trucicielka
Eric-Emmanuel Schmitt
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Kraków, 2011

wtorek, 12 marca 2013

Zupa z niezwykłym makaronem

Ostatnio znów udało mi się oczarować C. zupą. Okazuje się, że zdecydowanie woli takie, w których coś sobie pływa... Krem zje, ale to jednak nie jego bajka... Nie, żebym gotując obiad dla siebie, jakoś specjalnie interesowała się jego upodobaniami... Zazwyczaj bowiem zupy pojawiają się na stole, gdy C. pracuje popołudniami, a ja odczuwam nieodpartą potrzebę zjedzenia czegoś bardziej treściwego niż tost czy kawałek ciasta. Tym razem naszło mnie na cukinię, którą kupiłam bez zastanowienia. Dopiero siedząc przed laptopem zaczęłam się zastanawiać, w co właściwie mogłabym tą cukinię przemienić... Na blogu Alba znalazłam bardzo ładnie wyglądają zupę, z makaronem i właśnie taką do pogryzienia. Z kolei na Szybkim gotowaniu zobaczyłam makaron z cukinii, który oczarował mnie od razu. Było, nie było, postanowiłam te dwa pomysły połączyć. I muszę przyznać, że był to strzał w dziesiątkę!
Zupa wyszła naprawdę bardzo smaczna, C. nie mógł się nachwalić. Kremowa za sprawą miksowania połowy cukinii, z kawałkami ziemniaków i makaronem, które z kolei zadowoliły C. A cukiniowy makaron jest po prostu pyszny - bardzo delikatny - trzeba cały czas mieć na niego oko, żeby się nie rozgotował. Całość jest sycąca i naprawdę pyszna. Idealna na te ostatnie mroźne dni!

Zupa z cukinii z makaronem


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 550 g cukinii
  • 200 g ziemniaków
  • 1 cebula
  • 1 l bulionu
  • 100 g makaronu garganelli
  • 2 łyżki masła
  • 100 ml mleka (3,2%)
  • sól
  • pieprz

Cebulę pokroić w kosteczkę, podsmażyć w garnku na maśle. Dodać pokrojone w kostkę ziemniaki, zalać bulionem. Jedną cukinię pokroić w kostkę, dodać do zupy. Gotować, aż warzywa zmiękną. 
Odcedzić cukinię, zmiksować na gładko z mlekiem. Do zupy wrzucić makaron i gotować 10-12 minut, aż zmięknie. Zdjąć z ognia, wymieszać ze zmiksowaną cukinią. Doprawić do smaku solą i pieprzem.

Drugą cukinię przekroić wzdłuż na 4 części. Obieraczką do warzyw kroić cienkie paski - cukiniowy makaron. Zagotować w garnku wodę, gotować cukiniowe paseczki 2-3 minuty, pilnując, żeby się nie rozpadły.

Zupę podawać z cukiniowym makaronem.

Smacznego!


Co do pogody - nadal mrozi, ale przynajmniej jest słonecznie i w miarę przyjemnie. Gdybym tylko nie musiała skrobać auta o piątej rano, to bym chyba zupełnie nie narzekała...
A jeśli chodzi o pączki, to cóż... Po wielu trudach i ogromnych bólach - w końcu się udały. I wyszły naprawdę smaczne, pączkowe. Obawiam się jednak, że wkład pracy jest niewspółmierny do otrzymanych efektów... Ale o tym już następnym razem.

poniedziałek, 11 marca 2013

W stylu bydgoskim

Uff... W końcu troszkę odpoczęłam. Leniwy weekend to było dokładnie to, o czym marzyłam i czego potrzebowałam. Po tylu dniach pracy przydała się chwila wolnego na złapanie oddechu. Niestety - pogoda bardzo mnie rozczarowała. Od piątku wiał co najmniej szalony wiatr, który sprawiał, że nawet Ptysia uciekała do domu po kilkunastu minutach. A żeby było jeszcze weselej, wczoraj spadł śnieg. I to nie, że sobie poprószył mimochodem i stopniał przy pierwszych promieniach porannego słońca; zamiast tego znów przymroziło i dziś z porannego spaceru Tina wracała niesiona na rękach przez C., bo jej pytki zaczęły zamarzać... W związku z tym stwierdziłam, że jest to wymarzona wręcz pogoda na zweryfikowanie przydatności przepisu, z którego ostatnio nie wyszły mi pączki. Dam mu jeszcze jedną szansę - możliwe, że to ja zrobiłam coś nie tak... O wynikach dam Wam znać w najbliższych dniach, a dzisiaj będzie też słodko, choć zdecydowanie nie pączkowo. 

Otóż miałam mały zapas białek (o tym, po czym mi zostały, też niedługo opowiem), i stwierdziłam, że trzeba coś z nich w końcu przygotować. A że akurat zaczynał się weekend... No przecież, że musi być ciacho! 
Myślałam, muszę przyznać, raczej długo. Nie chciałam zwykłej bezy, za często ją przygotowuję i nieco już mi się przejadła... Nie mam jednak doświadczenia z pieczeniem innych ciast na samych białkach, a z moim niezbyt pozytywnym nastawieniem bałam się, że coś może nie wyjść. I wtedy mnie oświeciło!
Nie wiem - może za sprawą urodzin mojej Mamy, które przypadały ósmego (wszystkiego najlepszego Kochana!), a może tęsknoty za domem... Dość, że nagle w mojej głowie pojawił się obraz wyjątkowego tortu bezowego - dacquoise (czyt.: dakłas - na co sama bym w życiu nie wpadła...). Jest to ukochany tort mojej Mamy, który często kupowała w bydgoskiej cukierni Adama Sowy. I choć nie przepada ona za mdlącymi słodkościami, to ciacho wybitnie przypadło jej do gustu. Reszta domowników, ze mną na czele, podziela jej pogląd - torcik jest wyjątkowy. Słodka beza z chrupiącymi orzeszkami, a do tego świetnie ją uzupełniający krem kawowy. Ze względu na ten krem właśnie zdecydowałam się skorzystać z przepisu Liski - na innych blogach krem był karmelowy - kuszący, ale to jednak nie to... I choć kremy maślane nie są moimi ulubionymi, postanowiłam zaryzykować. I muszę przyznać, że się opłaciło, torcik bowiem wyszedł boski. Piekielnie słodki, to prawda, ale smak jest nieziemski. Najlepiej podawać go ze świeżymi owocami (u nas soczyste gruszki), które nieco złagodzą cały ten cukier. Mimo to uważam, że przepis jest bardzo udany i godny polecenia - beza z dodatkiem daktyli, suszonych śliwek i orzechów włoskich smakuje wprost obłędnie! Tego trzeba po prostu spróbować.

Dacquoise - torcik bezowy z kremem kawowym


Składniki:
(na ciasto o średnicy 20-22 cm)

beza:
  • 4 białka
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 180 g cukru
  • 1 łyżka kakao
  • 1 łyżeczka octu jabłkowego
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
  • 40 g suszonych daktyli
  • 40 g suszonych śliwek kalifornijskich
  • 40 g orzechów włoskich

krem:
  • 120 g miękkiego masła
  • 80 g cukru pudru
  • 2 łyżki Amaretto
  • 3 łyżki mocnej, zimnej kawy

dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 50 g daktyli
  • 25 g orzechów włoskich

Białka ubić z solą na sztywną pianę. Pod koniec ubijania partiami wsypywać cukier. Dodać kakao, mąkę i ocet, zmiksować. Wsypać drobno posiekane daktyle, śliwki i orzechy, dokładnie, ale delikatnie wymieszać łyżką.

Na papierze do pieczenia narysować dwa okręgi o średnicy 20 cm. Równomiernie wyłożyć masę bezową. 

Podpiec w 180 st. C. przez 5 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 40-60 minut. 
Uważać, żeby beza się zbytnio nie przyrumieniła. 

Upieczone bezy dobrze wystudzić w uchylonym piekarniku.

Masło utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlać Amaretto i kawę, cały czas miksując.

Na talerzu lub paterze ułożyć jeden krążek bezy do góry nogami, posmarować kremem, przykryć drugim krążkiem, delikatnie docisnąć.
Wierzch oprószyć przesianym cukrem pudrem, udekorować daktylami i orzechami.
Przechowywać w lodówce.

Smacznego!


I znów nie jestem pewna, do jakiej kategorii zaliczyć to ciasto...? A co tam, niech będzie, że tort. Na wielką imprezę do roli głównej się nie nada, ale na imieniny dla kilku bliskich osób będzie w sam raz. Szczególnie w towarzystwie mocnej, czarnej kawy, mmm... Pyszności!

środa, 6 marca 2013

Carroll, ach! Opowiadania

Na tą książkę czekałam od chwili, kiedy dowiedziałam się, że zostanie wydana. Uwielbiam powieści Carrolla, który nie wydał nic od 2007 roku. Byłam więc niezwykle podekscytowana, naprawdę. Emocje sięgały zenitu. Kiedy więc w końcu, po kilku miesiącach, trafiła w moje ręce, zaczęłam czytać od razu. I tak jak usiadłam, wstałam ze trzy razy z kanapy, żeby pójść do łazienki i zrobić sobie herbaty, mruknęłam coś do C. (prawdopodobnie, żeby mi nie przeszkadzał - nie jestem pewna, w jakim języku), po czym z zadowoleniem odłożyłam książkę na kolana, zakładkę zostawiając w dłoni. Naprawdę chciało mi się czytać, wciągnęłam się bez reszty. I choć w kwestii powieści i opowiadań Carrolla jestem niezwykle subiektywna, to mimo przeczytania Kobiety, która wyszła za chmurę od deski do deski, przy jednym podejściu, nie byłam aż tak zachwycona, jak się tego spodziewałam...

Po pierwsze - zdecydowanie wolę jego powieści niż opowiadania. Tam ma czas, żeby powoli rozwijać historię, wciągać mnie, uwodzić, pomału odkrywać przede mną fragmenty układanki. Zdradza tajemnice nie od razu, lecz stopniowo, potęgując napięcie. Jednocześnie chcę już skończyć, żeby dowiedzieć się, o co właściwie chodzi, a z drugiej pragnę, żeby opowieść ciągnęła się w nieskończoność. Zawsze zaskakuje mnie zakończeniem. Ma niesamowitą fantazję, która, mam wrażenie, udziela się i mi.


Kobieta, która wyszła za chmurę to zbiór opowiadań, w których mieszają się elementy zupełnie zwyczajne z fantastycznymi. W tytułowym bohaterka znalazła partnera przez biuro matrymonialne, i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jej przyszły mąż jest... Kosmitą. Najbardziej podobało mi się Pół kroku od furii - opowieść o współczesnej alchemiczce, która zdradziła swój sekret nieodpowiedniemu człowiekowi i musiała w wątpliwy moralnie sposób ratować swoje życie. Dom na wyżynie to historia młodego mężczyzny, zwykłego aż do bólu, którego nagle zaczynają fascynować rusztowania. Kiedy znika, aby zamieszkać na jednym z nich, jego żona niemal odchodzi od zmysłów. Harris przeszedł już jednak na zupełnie inny poziom, z którego nie ma powrotu... W Skradzionym kościele z kolei poznajemy młode małżeństwo. Akurat wybierają się na jej pierwsze spotkanie z jego rodzicami. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nie żyją oni już od kilku ładnych lat...

Opowiadania wciągają, zaskakują, każą patrzeć na elementy otaczającej nas rzeczywistości z zupełnie innej perspektywy. Dla mnie jednak zbyt krótkie, żeby naprawdę poruszyć. Oczywiście, że warto po nie sięgnąć - Carroll kreuje bowiem światy, o których nawet filozofom się nie śniło...

Kobieta, która wyszła za chmurę
Jonathan Carroll
Dom Wydawniczy Rebis
Poznań, 2012