poniedziałek, 17 września 2012

Wspólne pieczenie - szarlotka i jej podobne twory

Dziś znów wspólne pieczenie. Jak już wielokrotnie wspominałam - bardzo to lubię i za każdym razem ogromnie się cieszę, kiedy mogę coś przygotować w tak wspaniałym towarzystwie. Tym razem z Lejdi, Maggie, Mirabelką, Emmą i Chantel zdecydowałyśmy się na szarlotkę, jako że sezon na jabłka w pełni.

Myślałam, że długo będę szukać przepisu, który mnie zainteresuje, ale kiedy otworzyłam na pierwszej stronie gazetkę Pieczenie jest proste, nr 5/2010, moim oczom ukazała się wspaniała tarta. Właściwie taki wzbogacony o orzechy apple pie, bo całość jest przykryta płatem kruchego ciasta. W oryginale byłą jeszcze warstwa makowa, ale jakoś tak... Nie było nam po drodze tym razem. Zrobiłam więc po swojemu.
Ciasto przygotowałam ze sprawdzonego wcześniej przepisu, bo chciałam upiec ciasto w mniejszej formie niż zalecana 26 cm. Ilości masy orzechowej jednak nie zmniejszyłam, a ilość jabłek tylko odrobinę - idealnie zmieściły się na powierzchni tarty. Całość współgra ze sobą doskonale - cynamonowe, soczyste jabłka, orzechowa, ale nieco inna za sprawą rumu masa jest przepyszna, a do tego kruche ciasto, którego pierwszy chyba raz w życiu nie podpiekłam przed pieczeniem, i w niczym mu to nie zaszkodziło - tak samo chrupkie jest na spodzie, jak i na wierzchu.
Najlepsze jeszcze ciepłe, z kulką lodów waniliowych.

Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, co też dziewczyny przygotowały...

Tarta z jabłkami i orzechami


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)

ciasto:
  • 130 g mąki pszennej
  • 40 g mąki ziemniaczanej
  • 25 g cukru
  • 85 g zimnego masła
  • 1 jajko

nadzienie orzechowe:
  • 125 g zmielonych orzechów laskowych
  • 100 ml mleka
  • 1 łyżka cukru
  • 1 łyżka ciemnego rumu

nadzienie jabłkowe:
  • 500 g jabłek
  • 40 g cukru
  • 25 g rodzynek
  • 1/2 łyżeczki cynamonu

dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru

Mąki przesiać do miski, wymieszać z cukrem. Dodać masło, dokładnie posiekać. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto. Uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Mleko zagotować, wsypać cukier i orzechy, wlać rum. Pogotwać jeszcze chwilę, cały czas mieszając. Ostudzić.
Jabłka obrać, pozbawić gniazd nasiennych, pokroić w ósemki. Włożyć do garnka z cukrem, rodzynkami i cynamonem, prażyć przez 5 minut. Wystudzić.

2/3 schłodzonego ciasta rozwałkować na kształt koła nieco większego od formy. Formę posmarować masłem, wyłożyć ciastem, formując brzegi. 
Na ciasto wyłożyć równomiernie masę orzechową, a na niej jabłka razem z sokiem, którym puściły przy gotowaniu.
Resztę ciasta rozwałkować, przykryć jabłka, dokładnie zlepiając brzegi ciasta.

Piec w 175 st. C. przez 50-60 minut.
Wierzch oprószyć cukrem pudrem.
Podawać ciepłe lub wystudzone.

Smacznego!

A dzisiaj... Dzisiaj, moi drodzy, przeprowadzam kuchenny eksperyment. Czy coś z tego wyjdzie jeszcze nie wiem, ale jeśli tak, już niedługo podzielę się efektami.

piątek, 14 września 2012

Jego puchatość omlet

Hmm... Tak sobie myślę, że zacznę od początku, więc post może być przydługi. Lojalnie ostrzegam, żeby później nie było.

Wstałam za pięć piąta. Nie dlatego, że lubię mieć długi dzień (lubię, ale raczej w drugą stronę), ale dlatego, że o szóstej musiałam być w pracy. C. musiał być o dziesiątej, ale zrażony ostatnim autobusowym doświadczeniem (masa krzyczących i rzucających bliżej niezidentyfikowanymi przedmiotami dzieci) stwierdził, że mnie odwiezie. W związku z tym dziesięć po piątej wygrzebał się z pościeli z bardzo kwaśną miną. Humoru nie poprawiła mu mżawka, która po drodze zamieniła się w całkiem przyzwoity i warty swojej nazwy deszcz. Mrucząc pod nosem duńskie niezrozumiałe i, podejrzewam, obelżywe słowa pod adresem wyżej wspomnianej mokrości, odjechał w ciągle ciemną noc, zostawiając mnie biedną, zmarzniętą, pod hotelem. 
Jakoś tak się złożyło, że nie było ekstremalnie dużo pracy, więc już po dwunastej z uśmiechem od ucha do ucha dreptałam na autobus. Przyjechałam do domu z zamiarem pójścia do łóżka teraz, zaraz, od razu. Tyle, że tego typu postanowienia niemal nigdy nie znajdują realizacji w rzeczywistości. Zamiast zalec w nagrzanej przez psę pościeli, zasiadłam przed laptopem. A jak już naprawdę chciałam iść do łóżka, moi cudowni nowi sąsiedzi zaczęli grać na perkusji (co nijak ma się do ostatnich rewelacji C., który z wyraźnym entuzjazmem poinformował mnie ostatnio, że widział ową perkusję spakowaną). Niemożność przyjęcia wygodnej pozycji horyzontalnej skierowała moje myśli na zawartość żołądka, a raczej zawartości brak. Przed oczami stanęły mi piękne omlety, które wcześniej widziałam u Kasi i Kerali. Darzę omlety płomiennym uczuciem, niestety, nieodwzajemnionym. Za każdym razem rozpadają się na patelni i choć smakują przyzwoicie, wyglądają jak niezidentyfikowane... Coś... Ech... Tym razem bez zbędnych nadziei ruszyłam do kuchni, żeby zrobić sobie takie coś... Właśnie, z dżemikiem, przygotować. Coś mnie podkusiło, żeby dać nieco mąki więcej niż zazwyczaj, i wiecie co...? Podziałało! Bez problemu przerzuciłam omlet na drugą stronę, a on zachował swój pierwotny i zamierzony przeze mnie kształt. Nie mogąc wyjść z podziwu od razu przystąpiłam do robienia zdjęć (bo nie wiadomo, kiedy taki cud znów się zdarzy), a zaraz potem do konsumpcji, bo jednak omlecik to musi być cieplutki. 

Niezbyt słodki, z delikatnym aromatem kardamonu i dżemem agrest-kiwi - pychotka. I taki śliczny, okrągły... Mam nadzieję, że na zdjęciu widać w pełnej krasie jego puchatość - a zdjęty prosto z patelni był jeszcze bardziej imponujący. 
Placuszkowo się tutaj zrobiło, ale cóż... Jak mus, to mus, i placki być muszą.

Omlet biszkoptowy z kardamonem


Składniki:
(na 1 omlet)
  • 2 jajka
  • 3 łyżki mąki
  • 2 łyżeczki cukru
  • 1/2 łyżeczki kardamonu

dodatkowo:
  • masło do smażenia
  • dżem do podania

Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec dodając cukier. Po jednym dodać żółtka, dodkładnie miksując po każdym dodaniu. Przesiać mąkę z kardamonem, całość zmiksować na najniższych obrotach miksera na gładką masę. 

Smażyć na rozgrzanej patelni z masłem na rumiano z obu stron.
Podawać zaraz po przygotowaniu z ulubionym dżemem.

Smacznego!

Perkusji nie słychać, więc idę do łóżka - może uda mi się zdrzemnąć z godzinkę czy dwie, a jak C. wróci do domu, to go namówię, żeby uruchomił magiczną maszynę, i zrobił mi kawy. I chociaż będzie się krzywił, wypiję ją z cukrem i mlekiem. I dzięki temu prawdopodobnie jakoś wytrwam do wieczora. Inaczej - nie ma szans...

Jutro C. ma ranną zmianę, więc mam w planie przygotować dla niego pierwszy obiad (po tylu miesiącach mieszkania razem w końcu by wypadało...). Trzymajcie kciuki za powodzenie misji!

poniedziałek, 10 września 2012

Pierwsza gorąca herbata w zimny wieczór. I placuszki

Tak, tak, jesień nadchodzi nieubłaganie. W czwartek pierwszy raz od dłuższego czasu po wieczornym spacerze z psem zrobiłam sobie gorącej herbaty z cytryną. W lecie herbaty praktycznie nie pijam (chyba, że mrożoną), za to jesienią i zimą pochłaniam hektolitry - nic tak nie ogrzeje zmarzniętych palców jak kubek z gorącym płynem (kakao sprawdza się całkiem nieźle w tej roli) i nie poprawi nadszarpniętego aurą nastroju. Z nastawieniem do życia wszystko było w porządku, ale dłonie miałam przeraźliwie zimne, w związku z tym w ulubionym czarnym kubku zaparzyłam herbatę, posłodziłam i wrzuciłam plasterek cytryny. W całym domu zrobiło się jakby cieplej i przytulniej. 

W sobotę zmieniła mi się cyferka w tej magicznej liczbie, na pytanie o którą kobiety zazwyczaj udzielają wymijających odpowiedzi. Z tej okazji do całej fury prezentów, które skutecznie wyłudzałam od C. przez cały tydzień doszła śliczna, fioletowa, bezprzewodowa myszka (jupi!); była też wspaniała kolacja składająca się między innymi z szampana, czerwonego wina (w umiarkowanych ilościach, bo w niedzielę musiałam wstać o piątej), przepysznej sarniny z sosem na bazie czerwonego wina, gotowanych warzyw i lodów w nieograniczonej ilości na deser. Nigdy w życiu bym nie pomyślała, że takie rzeczy będę jadła na własnym stole, i że ktoś je dla mnie w mojej kuchni przygotuje. 
Dobrze jest mieć urodziny.
Za wszystkie życzenia serdecznie dziękuję - miło, że pamiętaliście (tym bardziej, że ja jestem okropna, i zazwyczaj nie pamiętam...).

Wczoraj natomiast znów siedziałam po południu sama w domu, z tym, że przed wyjściem do pracy C. obiecał mi naleśniki po powrocie. Tylko że ja byłam głodna już. Naleśników zrobić nie umiem, za to wszelakie placuszki i tym podobne wytwory nie są mi obce. Patrząc na ulubioną zieloną miskę pełną jabłek przypomniały mi się placuszki mojej Babci - trochę inne niż wszystkie. Tak właściwie to bardziej jabłka w cieście. Jabłka obieramy, wykrawamy gniazda nasienne i kroimy w dość grube plastry, które następnie należy zanurzać w cieście i takie cuda usmażyć na patelni. Owoce nabierają tej cudownej miękkości i aromatu - ach, uwielbiam... 
Moje placuszki są waniliowe, bo akurat miałam taki jogurt. Można dać naturalny, lub po prostu mleko. Konsystencja ciasta zależy od gęstości użytego płynu - przy mleku trzeba dodać zdecydowanie więcej mąki. Mój jogurt był pitny, przy gęstszym mąki trzeba dać mniej, lub dolać mleka. Proporcje są więc raczej orientacyjne - ciasto powinno być dość gęste, żeby ładnie oblepiało kawałki owoców. Zamiast smażyć na patelni posmarowanej masłem, można dodać trochę tłuszczu - masła lub oleju - do masy. Wszystkie chwyty dozwolone. A z reszty ciasta można usmażyć puste placuszki - mi tym razem wyszły takie dwa. 
I, uwaga, to nie błąd - w przepisie nie ma cukru. Z tego względu, że uwielbiam placuszki ze słodkimi dodatkami, ciasto zazwyczaj robię bardziej neutralne w smaku - dzięki temu efekt finalny nie jest przesłodzony. Poza tym mój jogurt był już troszkę słodki...

Mi te placuszki przypomniały śniadania dzieciństwa, kiedy budząc się czułam ten niesamowity aromat w całym domu. Wtedy podawane były z cukrem pudrem - teraz najbardziej lubię dodatek złotego syropu. Polecam - są wspaniałe, nie tylko na śniadanie, ale też na przykład podwieczorek.

Waniliowe placuszki z jabłkami


Składniki:
(na około 20 sztuk)
  • 100 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1 jajko
  • 250 g jogurtu waniliowego (0,1%)
  • 3 jabłka

dodatkowo:
  • masło do smażenia

Jabłka obraż, wydrążyć gniazda nasienne. Owoce pokroić w 3-5 mm plastry.

Jajko roztrzepać w misce. Wlać jogurt, połączyć. Dodać przesianą mąkę z sodą i solą, dokładnie wymieszać trzepaczką.

Plastry jabłek maczać w cieście, smażyć na rozgrzanej patelni z masłem z obu stron na złotobrązowy kolor. 
Podawać ciepłe z cukrem pudrem lub złotym syropem.

Smacznego!


Dzisiaj, mimo przelotnych opadów, pogoda całkiem dopisuje, więc mam nadzieję, że lato pobędzie z nami jeszcze trochę, a ukochany kubek poczeka w szafce na swój czas.

Tak się zastanawiam - podobno zdjęcia jedzenia na niebieskim tle są nieapetyczne. Jeśli chcesz się odchudzić - jedz na niebieskich talerzach, bo z nich tak dobrze nie smakuje i zjesz mniej. Myślicie, że to prawda...?

wtorek, 4 września 2012

Waniliowe wiewiórki

Dzisiaj będzie coś szybkiego. I w wykonaniu, i pochłanianiu. 
W niedzielę siedziałam sobie w domu i zastanawiałam się, co zrobić z tym pięknym dniem. Niebo zachmurzone, od czasu do czasu płakało rzewnymi łzami. Mimo to znalazłyśmy z Ptysią godzinkę, żeby się przespacerować. Ale nawet wtedy zegar mówił mi, że to przecież dopiero czternasta, i nie wypada się lenić aż do powrotu C. z pracy. Cóż zrobić, skoro miał rację...? Sprzątać nie ma co, bo kilka dni wcześniej C. zmusił Ptysię do odkurzenia, umycia podłóg i wysprzątania łazienki; ja przypilnowałam, żeby zrobiła pranie i sprzątnęła kuchnię. Biedny psiak, trzy dni spał po wykonywaniu tej niewdzięcznej części ludzkiej egzystencji.

Dwa ciasta ciągle czekały w przeważającej części na konsumpcję. Ale jakby tak takie malutkie ciasteczka upiec? Słodkie, na jeden kęs? Na to przecież zawsze znajdą się chętni.
Niewiele się zastanawiając, poszłam do kuchni i wymieszałam, co wpadło mi w ręce. Kiedyś robiłam ciasteczka z proszkiem budyniowym - pamiętałam, że były pyszne. Miałam jeszcze trochę jogurtu, więc postanowiłam go wykorzystać. Ciasteczka wyszły mocno waniliowe, słodkie, kruchutkie. Zniknęły w tempie błyskawicznym - czemu wcale a wcale się nie dziwię.

Kruche ciasteczka jogurtowo-budyniowe


Składniki:
(na 20-25 sztuk)
  • 100 g mąki pszennej
  • 40 g cukru
  • 35 g budyniu waniliowego bez cukru (proszek)
  • 50 g zimnego masła
  • 50 g zimnego jogurtu waniliowego (0,1%)

dodatkowo:
  • 2 łyżki mleka

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z cukrem i proszkiem budyniowym. Dodać pokrojone w kostkę masło, połączyć. Wlać jogurt, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 2-3 mm, wycinać foremkami dowolne kształty, układać ciasteczka na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Posmarować mlekiem.

Piec w 180 st. C. przez 10-12 minut, do zezłocenia.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

U mnie są wiewióry, z kilku powodów. Po pierwsze - cały czas jestem zafascynowana foremkami z Ikei. Ostatnio były ślimaczki - słodko-pikantne, rozkoszne. C. jednak stwierdził, że bardziej przypominają... Walenie. Nie doszliśmy do konsensusu, choć osobiście nie mam pojęcia, co waleń miałby robić pomiędzy wiewiórką, reniferem a jeżem. Cóż... Duńczycy...
Poza tym namiętnie oglądam Pingwiny z Madagaskaru, gdzie jedną z postaci pobocznych jest niezbyt rozgarnięta wiewióra, która oczywiście też ma swój urok. Nie mam foremki w kształcie pingwina, jest więc wiewiór. I też dobrze.

A jutro rano idę do lekarza z moim zagadkowym palcem. Trzymajcie kciuki, żeby nie zrobili mi krzywdy.

poniedziałek, 3 września 2012

Pożegnanie z truskawkami. Po raz któryś w tym sezonie...

C. jest wybredny. Nie jakoś bardzo i namolnie, ale jednak. Idąc do restauracji spodziewa się takiego a nie innego jedzenia, i jeśli jest nieusatysfakcjonowany, wyraża swoją opinię bez skrępowania. Nie jest też przesadnym łasuchem. Owszem, lubi ciasta, je chętnie to, co przygotowuję, ale nie popada w dziki zachwyt z powodu byle babki czy sernika. Dlatego ostatnio zadziwił mnie ogromnie. Pierwszy raz, kiedy z nadzieją w oczkach zapytał, czy zrobię mu taki sernik jak ostatnio, tylko z truskawkami. Myślę sobie pewnie, że zrobię. Tylko skąd ja Ci teraz truskawki dobre wezmę...? Jak się okazało, chłopak wiedział, o co prosił. W sobotę całkiem przyzwoite truskawki zakupiłam, nic więc nie stało na przeszkodzie, żeby przygotować mu serniczek. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła kombinować. Generalnie opierałam się na założeniach tego przepisu, jednak jakoś tak wyszło, że mi się truskawki zmiksowały z masą, wyszedł więc serniczek truskawkowy, zamiast z truskawkami. W dodatku na kakaowym spodzie, bo skoro już kupiłam kakao, to doszłam do wniosku, że należy go używać. 
I tu C. zadziwił mnie po raz drugi, gdy w sobotę (a właściwie już niedzielę) wrócił do domu przed trzecią rano (z pracy, żeby nie było, że się włóczy beze mnie po nocach Bóg wie gdzie) i z zachwytem zaczął snuć wywody na temat moich zdolności kulinarnych. Że takie ładne, i dobre, i w ogóle och i ach. Szczęka mi opadła z wrażenia - do tej pory myślałam, że po prostu traktuje moje pieczenie jako niegroźną manię. Jak widać, jest lepiej niż myślałam. Nie powiem - moje ego zostało mile połechtane. Dlatego w niedzielę przystąpiłam do kolejnej produkcji, ale o tym już jutro.

Tymczasem zapraszam na pyszny, delikatny serniczek. Bardzo, bardzo truskawkowy. Niezbyt słodki. Rozpływający się w ustach.
Znalazłam opakowanie żelatyny w proszku, nie miałam więc tym razem problemu z jej dozowaniem. Dałam jej sporo - moje truskawki były dość wodnite i bałam się, żeby mi całość nie popłynęła. Trzyma się dzielnie, ale konsystencja tego ciasta w dużej mierze zależy właśnie od jakości truskawek. I oczywiście jogurtu - mój był średnio gęsty. Dlatego jeśli masa jeszcze przed dodaniem żelatyny będzie Wam się wydawała bardziej zwarta - można dać jej mniej.

Jogurtowo-truskawkowy sernik z mascarpone i białą czekoladą (na zimno)


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 115 g ciastek digestive
  • 60 g masła
  • 20 g kakao

masa serowa:
  • 250 g serka mascarpone
  • 500 g jogurtu waniliowego (0,1%)
  • 100 g białej czekolady
  • sok z 1/2 cytryny
  • 4 łyżki żelatyny
  • 3 łyżki zimnej wody
  • 100 ml gorącej wody
  • 500 g truskawek

dodatkowo:
  • 7 truskawek

Masło rozpuścić i przestudzić. Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z kakao na jednolitą masę. Wlać masło, połączyć.
Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, następnie ugnieść palcami lub łyżką masę ciasteczkową. Schłodzić w lodówce 20-30 minut.

Schłodzony spód podpiec w 180 st. C. przez 10-12 minut.
Ostudzić.

Mascarpone zmiksować na gładką masę z białą czekoladą i sokiem z cytryny. Wlać jogurt, zmiksować.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, zalać gorącą i mieszać aż do całkowitego rozpuszczenia. Ostudzoną dodać do masy serowej, zmiksować, żeby nie było grudek. Dodać pokrojone na ćwiartki truskawki, zmiksować blenderem na gładką masę.
Ciasto wyłożyć na ostudzony spód.

Schłodzić w lodówce przez noc.
Przed podaniem udekorować resztą owoców.

Smacznego!


Myślę, że tym razem to już ostateczne pożegnanie z truskawkami. Choć kto wie - zawartość sklepowych półek doprawdy mnie w tym roku zaskakuje. Śliwek nie ma, za to gdzieś między bazylią a pieczarkami zobaczyłam całkiem przyzwoicie wyglądające rabarbarowe łodygi... Czy to aby jest normalne...?

niedziela, 2 września 2012

Ciasto ze śliwkami...? Bez śliwek. Z jabłkami

Dziewczyny postanowiły upiec ciasto ze śliwkami i czekoladą. Kiedy przeczytałam przepis, wiedziałam, że to będzie coś pysznego. Kawałki soczystych owoców zanurzone w mięciutkim, aromatycznym cieście, do tego posiekana czekolada, rozpływająca się w ustach, kiedy ciasto jest jeszcze ciepłe... Ślinianki od razu zaczęły mi pracować intensywniej. Wczoraj przejrzałam zawartość szafek, i wybrałam się po zakupy w celu nabycia składnika najważniejszego - śliwek. Hmm... W jednym sklepie - nie ma. W kolejnym - też nie. Co to ma być? Przecież jesień za pasem, sezon na śliwki w pełni. Niepocieszona, nabyłam kilogram truskawek, i ruszyłam do domu zastanawiając się, co ja teraz biedna mam zrobić. Zrezygnować z pieczenia...? Ale przecież na stronie BBC Good Food wyglądało tak dobrze... Kiedy przekroczyłam próg mieszkania i zerknęłam na stolik w salonie nagle mnie natchnęło. Zielona miska pełna jabłek okazała się znakomitym rozwiązaniem. Czekolada, orzechy, jabłka zamiast śliwek...? Dlaczego nie? Będą przecież pasować idealnie.
I nie pomyliłam się. Ciasto wyszło cudowne - soczyste i wilgotne dzięki owocom, dość ciężkie, intensywnie kakaowe (od siebie dałam kakao do masy), z niesamowitym orzechowym aromatem. Ilość cukru w oryginale - 175 g - wydała mi się nieco przesadzona. Na szczęście zmniejszyłam ją niewiele - ciasto wcale nie jest słodkie, raczej wytrawnie czekoladowe. Nie ma przeciwwskazań, żeby cukru dosypać nieco więcej (szczególnie, jeśli jak ja, zdecydujecie się na dodatek gorzkiego kakao), lub upieczone już ciasto posypać cukrem pudrem. Ja swoje podałam z lodami orzechowymi, które jeszcze bardziej uwydatniły orzechowy smak. W każdej wersji będzie pyszne - mówię Wam!

Przepis znalazła Malwinna, na wspólne pieczenie dały się namówić jeszcze Maggie i Dobromiła. 
Na szczęście Dziewczyny są wyrozumiałe, zgodziły się zaakceptować moje zmiany. Od długiego już czasu z nimi piekłam, tym bardziej ucieszyła mnie ta możliwość. Uwielbiam ten rytuał - kiedy wszystkie pichcimy w swoich kuchniach to samo ciasto - lub jedynie zainspirowane jakimś przepisem czy składnikiem - myśląc o pozostałych, zastanawiając się, co też reszta wyjmie ze swoich piekarników. Niech żyje wspólne pieczenie!

Orzechowe ciasto z jabłkami i czekoladą


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)
  • 175 g miękkiego masła
  • 150 g jasnego brązowego cukru
  • 3 jajka
  • 175 g mąki pszennej
  • 175 g zmielonych orzechów laskowych
  • 25 g kakao
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 4 jabłka
  • 50 g ciemnej czekolady (70%)
  • 15 g orzechów laskowych

Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.
Mąkę przesiać z kakaem, wymieszać ze zmielonymi orzechami, proszkiem i sodą. Partiami dodawać do masy maślanej, miksując na najniższych obrotach miksera.
Jabłka obrać, pokroić na ćwiartki, pozbawić gniazd nasiennych. 2,5 jabłka pokroić w kostkę. Pozostałe 6 ćwiartek naciąć w kratkę.
Czekoladę posiekać.

Do masy dodać pokrojone jabłka i czekoladę, dokładnie wymieszać łyżką.
Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia, brzegi posmarować masłem. Wyłożyć masę, na wierzchu ułożyć ćwiartki jabłek, posypać posiekanymi orzechami.

Piec w 180 st. C. przez 50-65 minut.
Wystudzić na kratce.

Smacznego!


Słodkie lenistwo na całego - trzy dni wolnego to czysta rozpusta. W związku z tym sporo czasu spędzam w kuchni - nie wiem, kiedy znów będę miała na to czas... Próbuję się więc napiec na zapas - nie wiem tylko, kto to wszystko zje...

sobota, 1 września 2012

Versatile Blogger Award

Upiekłam ciasto - jest boskie, ale o nim będzie jutro. Mam nadzieję, że będzie się liczyć do wspólnego pieczenia, bo dokonałam dość poważnej (nie z mojej winy, serio!) zmiany. Dziewczyny są jednak bardzo wyrozumiałe, i do tej pory tolerowały wszystkie moje wybryki, mam więc nadzieję, że i tym razem przymkną oko.

Od Ani dostałam nominację do Versatlie Blogger Award. Bardzo mi miło i przyjemnie, dziękuję z szerokim uśmiechem i zaczynam się mocno zastanawiać, jakich siedmiu rzeczy jeszcze o mnie nie wiecie... Kiedyś już wypisywałam zawzięcie takie rewelacje, muszę więc się porządnie skupić, żeby wymyślić coś nowego.


Żeby choć na chwilę jeszcze oddalić moment zaczęcia pracy umysłowej, najpierw zasady:
  • nominuj 15 blogów, które twoim zdaniem zasługują na wyróżnienie
  • poinformuj nominowanych blogerów o tym fakcie
  • napisz o sobie 7 rzeczy, których inni nie wiedza
  • podziękuj blogerowi, który cie nominował i dołącz do posta obrazek Versatile Bloger Award



Grzecznie podziękowałam, zaraz zacznę wymieniać, tylko nominować nikogo nie będę. Za dużo osób już się bawiło, więc chcąc uniknąć odpowiedzi, że ja już przecież pisałam, po prostu odpuszczę. Jeśli ktoś ma chęć - zapraszam do zabawy. 

No to zaczynamy:
1. Nie lubię za bardzo ludzi. Zasadniczo mnie drażnią i irytują. Nie wiedzieć dlaczego, ludzie myślą zupełnie odwrotnie - uważają mnie za osobę miłą, otwartą, sympatyczną (przynajmniej tak twierdzą), a co najdziwniejsze - towarzyską. Owszem, od czasu do czasu lubię poprzebywać z innymi, jednak nie narzekam na długie godziny w domu spędzane w towarzystwie Ptysi. Poza tym jestem złośliwa i ironiczna. Kiedy ktoś nadepnie mi na odcisk, nie ma zmiłuj. Ostatnio doświadczył tego pewien osobnik w pracy, który w ciągu paru dni doprowadził mnie do szewskiej pasji. Wszyscy wokół byli zdziwieni, że tak potrafię. Wniosek - mam w sobie coś z kameleona, kamufluję się znakomicie.
2. Mam psa, który zasadniczo ma się dobrze, za to kompletnie nie umiem dbać o kwiaty. Zapominam ich podlewać, ustawiam w za mało lub za bardzo nasłonecznionych miejscach i uważam za dość nudne. Znajomi, też nie rozumiem dlaczego, często obdarowują mnie kwiatami, mam więc ich całkiem sporo. Póki co żyje 9, w lepszej lub gorszej kondycji. Całe lato przymierzałam się do przesadzania i ogólnie uczynienia ich egzystencji łatwiejszą, ale... Jakoś nie dałam rady. Może za rok.
3. Ostatnio polubiłam orzechowe smaki. Kiedyś podchodziłam do nich jak pies do jeża, teraz namiętnie pochłaniam lody, ciasta i desery orzechowe. Moje dzisiejsze ciasto jest orzechowe. A w zamrażarce czekają orzechowe lody. Mniami.
4. Dokładnie za tydzień znowu będę starsza. C. powiedział, że stara nie, bo to dopiero, jak oficjalnie będę starsza od niego. Miły z niego chłopak.
5. Zasadniczo lubię siebie. Jestem krytyczna, ale bez przesady. Akceptuję to, czego zmienić nie mogę, i jest mi dobrze samej ze sobą. Zdaję sobie sprawę z moich wad i pracuję nad nimi, jednak patrząc realistycznie na świat wiem, że ideałów nie ma. Nie staram się więc być na siłę kimś, kim nie jestem. Jeśli ktoś tego nie akceptuje, to nie mój problem.
6. Nie znoszę, kiedy robi mi się zdjęcia. Pewnie dlatego, że jestem diabelnie niefotogeniczna. Mam kilka zdjęć, które lubię, a które okupione były wielkim cierpieniem. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek ktoś zrobi mi zdjęcie, które naprawdę zrobi na mnie wrażenie.
7. Zakochałam się. Tak na zabój. Do tej pory myślałam, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach. Wszystkie moje zakochania kończyły się dotąd kompletnymi katastrofami, w związku z tym postanowiłam dać sobie spokój i wybrałam bezpieczny kącik. Jak się okazało, los (czy cokolwiek innego, siła wyższa jakaś) zdecydował za mnie i podetknął mi pod nos miłość. Skoczyłam na głęboką wodę, i okazało się, że umiem pływać. Dziękuję za to każdego dnia.

Hmm... Mam nadzieję, że nikogo nie wystraszyłam. 

Teraz idę pochłonąć trochę lodów - słonko wyszło, trzeba korzystać.