środa, 13 kwietnia 2011

Bo nawet ja muszę czasem odpocząć...

... od słodkiego. Mało wiarygodne? A jednak. Od czasu do czasu potrzebuję jakiegoś mięska. W niedzielę był przepyszny grill, a w piątek te muffiny.
Siedziałam sobie spokojnie wieczorem z książką w dłoni, a tu znienacka zaatakowało mnie bliżej niezidentyfikowane ssanie w żołądku. Myślę, myślę, aż wreszcie natchnęło mnie - salami! Rano D. robił kanapki i położył paczuszkę w lodówce na widoku. Fakt ten musiał zakorzenić się w mojej podświadomości, żeby o dwudziestej drugiej zacząć męczyć jaźń. Niestety - moja silna wola w takich sytuacjach okazuje się być zaskakująco słaba. Dlatego zaczęłam wertować Ciasta i desery, numer 3/2009, całkowicie poświęcone słodkim i wytrawnym muffinkom. Kiedy zobaczyłam te maleństwa, z pysznie przypieczonym plasterkiem na wierzchu, o złotej barwie zawdzięczanej dodatkowi mąki kukurydzianej, wiedziałam, że to jest to. I że nie może czekać do rana. Za przygotowanie zabrałam się od razu, i niecałą godzinę później delektowaliśmy się lekko pikantnymi muffinami z salami. Smakowały bosko, o kaloriach nie myślałam ani przez moment, za to przed snem w głowie kłębiły się weekendowe możliwości pieczenia słodyczy...

Oczywiście musiałam to i owo zmienić - choć bardziej z winy pustawej lodówki niż faktycznych chęci zmian. Nie miałam papryki, więc darowałam ją sobie. Mimo wszystko wyszło smakowicie. A wersję z jej dodatkiem wypróbuję z pewnością, bo uwielbiam słodycz pieczonej papryki...

Pikantne muffiny z salami



Składniki:
(na 12 sztuk)

suche:
  • 150 g salami
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 cebula
  • 120 g mąki pszennej
  • 150 g mąki kukurydzianej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki słodkiej papryki w proszku
  • 1 łyżeczka białego pieprzu
  • 1/4 łyżeczki chilli w proszku
  • 50 g żółtego sera
mokre:
  • 1 jajko
  • 80 ml oleju
  • 250 ml jogurtu naturalnego
  • 50 ml mleka
Salami pokroić w drobną kostkę, zostawiając 12 (lub 3, jeśli są duże) plasterków. Obrać czosnek i cebulę, posiekać.
Przesiać do miski obie mąki z proszkiem do pieczenia. Wsypać przyprawy, wymieszać. Dorzucić salami, zetrzeć na tarce ser, połączyć.
W drugiej misce roztrzepać jajko, wlać olej, jogurt i mleko, wymieszać na jednolitą masę.

Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do ich połączenia.
Przełożyć masę do foremek (silikonowych lub metalowych wyłożonych papilotkami), na wierzchu każdej muffinki położyć zostawione plasterki (większe pokrojone w ćwiartki), delikatnie wciskając w ciasto.

Piec 20-30 minut w 180 st. C.
Podawać ciepłe.

Smacznego!

Wczoraj był Dzień Czekolady, wiecie? Ja pamiętałam, ale nie udało mi się, niestety, w pełni go uczcić. Owszem, zjadłam kawałek, żeby nie było, że w ogóle o ważne święta nie dbam, ale pieczenie czegoś czekoladowego musiałam odłożyć. Ale wiecie, jak jest... Kilka ciekawych pomysłu biega mi po głowie, a że jutro dzień wolny, to prawdopodobnie, z lekkim opóźnieniem, świętować będziemy na całego.

wtorek, 12 kwietnia 2011

Słów kilka o weekendzie

Od niedzieli właściwie się zbieram, żeby o minionym weekendzie opowiedzieć. Ale albo ktoś przychodzi, albo trzeba nowy odcinek serialu obejrzeć, albo pospać trochę... W końcu mam chwilę między gotowaniem zupy a renowacją zabytków przed wyjściem do pracy.
W sumie wydarzyły się dwie bardzo przyjemne rzeczy. Po drugie w niedzielę rozpoczęliśmy sezon grillowy. Miał być u nas, ale z racji ciągle istniejących wilczych dołów w ogródku przenieśliśmy się do Ani i Krzysia. Zabraliśmy NS, i muszę powiedzieć, że tak przyjemnego popołudnia już dawno nie doświadczyłam. Ciepło tak, że można siedzieć na dworzu w krótkim rękawie. Słonko świeciło raźnie, zapachy znad grilla nęciły, leniwie sączone piwo, rozmowy i śmiech. Czego więcej trzeba, żeby miło wspominać niedzielę?

Po pierwsze natomiast odwiedziliśmy niesamowite - przynajmniej dla mnie - miejsce. Otóż w sobotę wybraliśmy się do Aarhus na Bazar Vest. Nigdy czegoś takiego nie widziałam (nie, żebym widziała jakoś specjalnie dużo...), kultura Wschodu jest mi raczej obca, więc chodziłam z otwartą buzią i chłonęłam wszystko. 
Pierwsza hala pełna restauracji ze wschodnim jedzeniem - charakterystyczne zapachy miło drażniły nos, kolorowe potrawy zachęcały do spróbowania. Druga - mnóstwo, mnóstwo, mnóstwo warzyw i owoców. Pysznych i tanich. Nie mogłam się oprzeć, i wydałam mnóstwo pieniędzy. Ale cóż za rozkosze podniebienia - pierwsza w tym roku rzodkiewka, pęczek świeżej mięty, imbir, cebula czosnkowa, której nigdzie w Danii nie widziałam. całe hektary sałat i innej zieleniny, jabłka czerwone i zielone, bardziej egzotycznie - kokosy, mango, kiwi, ananasy... Myślałam, że nigdy stamtąd nie wyjdę.
Na końcu dwa sklepy z meblami - nie postawiłabym ich we własnym domu, ale tam wzbudzały zachwyt a różnorodność kolorów wcale nie wydawała się kiczowata. I jeszcze - sklepy z ubraniami. Oglądaliście kiedyś Czasem słońce, czasem deszcz? Albo inne kino z Bollywood? Niebieskie, czerwone, żółte, różowe, zielone, z cekinami, wstążkami, kwiatami - bajeczne suknie dla wschodnich księżniczek. Nawet nie wiecie, jak bardzo chciałam coś takiego na siebie włożyć. 

I ciekawostka - niewielu Duńczyków tam było. Większość o ciemnej karnacji, czułam się nieco dziwnie, jako jedna z niewielu kobiet z gołą głową. Z głośników płynęła muzyka, której nigdzie indziej nie można usłyszeć, głośne wołania sprzedawców w języku, którego nawet nie będę próbowała zrozumieć. Coś absolutnie niesamowitego!
Jestem pewna, że żadne słowa nie oddadzą magii, której doświadczyłam. Kawałek Wschodu w środku Europy. Już nie mogę doczekać się kolejnych odwiedzin. 

Dzisiaj bez zdjęcia - bo nie wzięłam aparatu, bez przepisu; ale na pochmurny dzień opis tak egzotycznego miejsca jest moim zdaniem jak najbardziej na miejscu.

sobota, 9 kwietnia 2011

Zamiast bułek

Wieje niemiłosiernie. Od trzech dni już! Niby nie jest zimno, termometr pokazuje czternaście stopni powyżej zera, ale muszę głośniej włączyć radio, żeby go hulający za oknem wiatr nie zagłuszał. Wiecie, jak okropnie jeździ się w taką pogodę na rowerze? Szalony wicher próbuje porwać czapkę, a ja mam wrażenie, jakbym pedałowała w miejscu. Mam nadzieję, że do poniedziałku wiatrzysko się uspokoi, dojazd do pracy znowu zacznie mi sprawiać przyjemność, będę mogła ściszyć radio, i nie będę się bała, że mi psa porwie (te sześć kilo wydaje się być niezwykle mizerne).

Przechodząc do meritum - te maleństwa upiekłam dobre trzy tygodnie temu. W piątkowy wieczór okazało się, że w lodówce brakuje drożdży, a przecież w szkole trzeba coś na drugie śniadanie zjeść. Skoro nie bułki, to muffiny. Szybkie, łatwe, nie mogą się nie udać. Zainteresował mnie przepis z Ciast i deserów, nr 3/2009. Dodatek kawy świetnie pasuje do porannego zaspania. Muszę powiedzieć, że się udały - choć nie jestem pewna, czy na oleju nie byłyby lepsze - wilgotniejsze. Poza tym zrobiłam wielką głupotę, którą od razu Wam odradzam - żadnych papilotek! W cieście jest mało tłuszczu, więc papier odchodzi fatalnie. Toż to droga przez mękę - więcej skrobania niż jedzenia. Zdecydowanie polecam silikonowe foremki. Jeśli dysponujecie tylko metalową - wystarczy wysmarować ją masłem i wysypać bułką tartą. Z pewnością będą wtedy łatwiejsze w użyciu.
I jeszcze jedno - lukier, jak zresztą można się domyślić, jest nieprzyzwoicie wręcz słodki, więc śmiało można z niego zrezygnować. Chociaż polane nim prezentują się naprawdę apetycznie...

Babeczki latte macchiato



Składniki:
(na 12 sztuk)

ciasto:
  • 80 g ciemnej czekolady (70%)
  • 280 g mąki pszennej
  • 1 łyżka kakao
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 60 g masła
  • 2 jajka
  • 100 g cukru
  • 150 ml mocnej, ostudzonej kawy
  • 150 ml mleka

polewa:
  • 2 łyżki mocnej, ostudzonej kawy
  • 150 g cukru pudru
  • 2 łyżki śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 12 czekoladowych ziarenek kawy

Masło rozpuścić  przestudzić.
Czekoladę posiekaćniezbyt dorbno. Wymieszać z przesianą mąką, proszkiem i kakao.
Masło utrzeć na puszystą masę z jajkami i cukrem. Wlać kawę i mleko, dodkładnie wymieszać.
Wsypać suche składniki do mokrych, wymieszać łyżką tylko do połączenia składników.
Ciastem wypełnić silikonową formę do muffinek.

Piec 25-35 minut w 180 st. C.

Muffinki ostudzić.

Kawę na polewę wymieszać z kremówką i przesianym cukrem pudrem. WYmieszać na gładki lukier. Polać masą muffinki, wierzch każdej ozdobić czekoladowym ziarenkiem kawy, zostawić do całkowitego zastygnięcia.

Smacznego!

Dzisiaj jedziemy do Aarhus, na bazar, i do Ikei. Na bazar po owoce, bo ponoć są pyszne i tanie, a do Ikei po stojącą lampę w kąt pokoju, gdzie uwielbiamy się zwijać na kanapie czytając książki, ale niestety jest nieco zbyt ciemno, kiedy słonko się chowa. Mam nadzieję, że zakupy będą owocne - dosłownie i w przenośni. Poza tym w końcu czas przerzucić się na świeże warzywa i owoce - ach, nowalijki...

piątek, 8 kwietnia 2011

Najlepsze z ciast

Jakie ciasta lubicie najbardziej? Puszyste biszkopty przekładane delikatnymi kremami? Cięższe, ucierane, z dodatkiem orzeźwiających owoców? Słodkie tarty? A może serniki...?
Ja zdecydowanie zaliczam się do sernikożerców. Nie mogę się im oprzeć. Zazwyczaj z całej gamy możliwości wybiorę właśnie twarogowe cudo. Inne, owszem, zjem z przyjemnością, ale to właśnie serniki są moją największą miłością.
Żeby nie było - jestem wybredna. Nie zjem każdego, który znajdzie się na talerzu przede mną. Dobry sernik może być puszysty lub ciężki, z polskiego twarogu, mascarpone czy twarożku kremowego, na zimno lub pieczony (choć preferuję wersję z piekarnika); może być z owocami, słodką polewą albo po prostu waniliowy. Ale - przede wszystkim - nie może być suchy. Powinien być delikatny i rozpływać się w ustach. Nie może się szaleńczo kruszyć, powinien być dość słodki i mieć w sobie to coś, co sprawi, że nie będę mogła się od niego oderwać.
I ten sernik to ma! Cały czas się zastanawiam, co to właściwie jest. Upieczony na twarogu, z dodatkiem kwaskowatych wiśni, wspaniale współgrających z karmelowym wierzchem i chrupiącymi pestkami słonecznika. Też byłam zdziwiona ich dodatkiem, ale okazało się, że pasują tu idealnie. Jak tylko zobaczyłam przepis w gazetce Pieczenie jest proste, nr 2/2007 wiedziałam, że muszę to zjeść. I cóż... Na wykonanie czekał półtora roku. Nie wiem, dlaczego tyle zwlekałam. Teraz na szczęście mam mocne postanowienie poprawy, i w końcu się za niego wzięłam. 

Najlepsi Sąsiedzi zaszczycili nas wczoraj wizytą, i sernik zniknął nawet nie wiem kiedy. To chyba najlepsza rekomendacja.

Serowiec crunchy




Składniki:
(tortownica o średnicy 24 cm)

spód:
  • 155 g ciastek digestive
  • 60 g masła

masa serowa:
  • 500 g twarogu dwukrotnie mielonego
  • 4 jajka
  • sok z 1 cytryny
  • 100 g cukru
  • 100 g śmietany kremówki (38%)
  • 1 opakowanie (40 g) budyniu waniliowego
  • 200 g suszonych wiśni

wierzch:
  • 50 g masła
  • 50 g cukru
  • 100 g śmietany kremówki (38%)
  • 100 g pestek słonecznika

Cukier rozpuścić w maśle. Wlać kremówkę, zagotować. Wsypać słonecznik, wymieszać i ostudzić.

Wiśnie namoczyć w gorącej wodzie.

Masło rozpuścić i przestudzić.
Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z masłem aż do otrzymania konsystencji mokrego piasku.
Spód tortownicy wyłożyć folią aluminiową.
Masę ciasteczkową ugnieść dłonią na dnie. Wstawić do lodówki na czas przygotowania masy serowej.

Twaróg zmiksować z sokiem z cytryny, cukrem, kremówką i budyniem (proszkiem). Po jednym wbijać jajka, dokłądnie miksując po każdym dodaniu. 
Wiśnie odcisnąć, dodać do masy serowej i delikatnie wymieszać łyżką.

Masę wylać na przygotowany wcześniej spód. Na wierzch delikatnie wyłożyć słonecznik (tak, żeby nie zapadł się w ser).

Piec w 170 st. C. przez 60 minut.
Wystudzić w uchylonym piekarniku.
Podawać schłodzony lub w temperaturze pokojowej.

Smacznego!



Oczywiście nie byłabym sobą, jakbym tego i owego nie zmieniła. Nie ubijałam osobno białek (bo było już późno i mi się nie chciało, poza tym nie bez znaczenia był fakt, że musiałabym myć jeszcze jedną miskę), zamiast wiśni ze słoika dałam suszone (choć myślę, że nawet mrożone świetnie się sprawdzą - tylko w Danii takie ciężko znaleźć), za to zrobiłam w tortownicy o średnicy 24 cm, zgodnie z instrukcją, i wydaje mi się, że lepiej byłoby wziąć mniejszą, bo ciasto wyszło nieco za niskie (albo się tylko czepiam).

Z przyjemnością też chciałabym nadmienić, że przepisy z bloga będą się wyświetlać na stronie Piekarzynek - Rynn, dziękuję za tak sprawne działanie.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Trochę słońca

Pomarańcza. Słodka, pomarańczowa kula. Namiastka słońca w pochmurne dni. I chociaż zawsze przede wszystkim będzie mi się kojarzyła z Bożym Narodzeniem, nie pogardzę nią, kiedy za oknem szaro. 
Kupiłam półtora kilo i nie bardzo wiedziałam, co zrobić z tym szczęściem. Przeglądałam gazety i książki, i w końcu w Ciastach słodkich i wytrawnych z serii Biblioteczka Poradnika Domowego natknęłam się na słoneczną tartę. Tak, coś mnie do tego rodzaju ciast ciągnie ostatnio. Poznaję kruche ciasto, szukam najlepszego przepisu, eksperymentuję z wypełnieniami. Tym razem trafiłam w dziesiątkę - pyszny, oryginalny krem świetnie współgra z cytrusami. Bardzo nam smakowało.

Tarta z pomarańczami



Składniki:
(forma do tarty o średnicy 28 cm)

ciasto:
  • 300 g mąki
  • 200 g zimnego masła
  • 2 łyżki zimnej wody
  • 1/4 łyżeczki soli

krem:
  • 225 ml mleka
  • 2 łyżki cukru waniliowego
  • 2 żółtka
  • 170 g cukru
  • 4 łyżeczki mąki ziemniaczanej
  • 150 g miękkiego masła

dodatkowo:
  • 3 pomarańcze

Mąkę przesiać. Dodać pokrojone w kostkę masło i sól, zagnieść. Wlać wodę, szybko uformować kulę, szczelnie zawinąć w folię i schować do lodówki na 1-2 godziny.

Mleko zagotować z cukrem waniliowym.
Jedno żółtko ubić na puszystą jasną masę z 3 łyżkami cukru, wsypać 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej, zmiksować. Wąskim strumieniem wlewać gorące mleko, nie przerywając miksowania.
Całość przelać z powrotem do garnuszka, podgrzewać na małym ogniu aż masa zacznie gęstnieć. Zdjąć z palnika, ostudzić.

Pomarańcze obrać i pokroić w 3-4 mm plastry.

Masło utrzeć z pozostałym cukrem, dodać drugie żółtko i resztę mąki ziemniaczanej. Cały czas miksując, po łyżce dodawać ostudzoną masę budyniową. 

Ciastem wylepić formę. Gęsto ponakłuwać widelcem.

Podpiec 10 minut w 200 st. C.
Nieco przestudzić.

Na spód wyłożyć krem, na wierzchu ułożyć plastry pomarańczy.

Piec 30 minut w 200 st. C.
Ostudzić.

Smacznego!

A dzisiaj? Nie sądziłam, że głośno to powiem, a tym bardziej napiszę - cieszyłam się z wiatru! Chociaż chciał porwać mi czapkę z głowy, a Tina była wyjątkowo niezadowolona. Rozgonił chmury i mogliśmy się cieszyć wyjątkowo słonecznym popołudniem. Mam nadzieję, że będzie coraz lepiej! Wam też życzę słonka. Albo przynajmniej słonecznej tarty.

wtorek, 5 kwietnia 2011

Dawno, dawno temu...

... jakieś dwa tygodnie temu, upiekłam ciasto. Bardzo smaczne - soczyste jabłka z delikatną nutą kardamonu zamknięte między dwoma warstwami kruchego ciasta. Słodkie, ale nie przesłodzone. Bardzo szybko znikające - na rano uratowałam jeden malutki kawałeczek do zdjęcia. Przepis zapisałam w notatniku z poczynionymi zmianami, zdjęcia zgrałam na laptopa, wszystko przygotowane do wpisu. Tyle, że... Od wczoraj szukam źródła. Przejrzałam całkiem sporą ilość potencjalnych - i nic. Nie mogę sobie przypomnieć, skąd wzięłam przepis. Wiem, że z jakiejś gazety, ale nie pamiętam, z której konkretnie. Mimo wszystko doszłam do wniosku, że takim smakołykiem należy się podzielić. A jak już uda mi się odszukać ten numer, po prostu uzupełnię wpis. 
Cóż... 

Jedyny problem miałam z kruchym ciastem - wyszło tak lepkie, że nijak nie dało się rozwałkować. Dlatego zamiast przykryć jabłka rozwałkowanym płatem, po prostu starłam na wierzch ciasto. I tak smakowało.
Polecam.

Kruche ciasto z jabłkami



Składniki:
(forma 21x21 cm)

ciasto:
  • 250 g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 125 g zimnego masła
  • 60 g cukru
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mleka

dodatkowo:
  • 4 jabłka
  • 1 łyżeczka kardamonu
  • 2 łyżki cukru pudru

Do miski przesiać mąkę z proszkiem. Wkroić zimne masło, ugnieść palcami do konsystencji bułki tartej. Dodać cukier i wymieszać. Wlać jajko roztrzepane z mlekiem, szybko zagnieść gładkie ciasto. Uformować kulę i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Schłodzone ciasto podzielić na pół. Jedną część włożyć do zamrażarki, drugą wylepić formę. Ciasto w formie gęsto ponakłuwać widelcem.

Podpiec w 180 st. C. przez 10 minut.

Jabłka obrać, usunąć gniazda nasienne, pokroić w cienkie plasterki.
Wyłożyć na podpieczone ciasto, posypać cukrem pudrem wymieszanym z kardamonem. Na wierzch zetrzeć ciasto z zamrażarki.

Piec w 180 st. C. 40-45 minut, do zezłocenia.

Smacznego!

Mój Mężczyzna ma ostatnio fazę na piosenkę. Tutaj możecie jej posłuchać. Mi się też zaczęła podobać - jestem na etapie próby zrozumienia więcej, niż vi vil ha’ mere sjus...


PS Jednak będę mogła dzisiaj spać zupełnie spokojnie. Natchnęło mnie, żeby zajrzeć do Dań słodkich, a tam co...? Zaginiony przepis! Z czystym sumieniem podaję właściwie źródło, i idę wygodnie się ułożyć w objęciach Morfeusza.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Spełniam życzenia

W poprzednim wpisie delikatnie zasugerowałam, co mam zamiar przygotować. Nie, nie zajęło mi to aż czterech dni. Ale łatwo nie było...
W czwartek po powrocie z pracy dzielnie zabrałam się za ciasto. Parzone, jak na karpatkę - którą robiłam swego czasu często, na początku mojej przygody kulinarnej. Zawsze wychodziła idealna, a jedynym sekretem był fakt, że przygotowywałam ją... Z paczki. I wcale się tego nie wstydzę! Eksperymenty z gotowcami zachęciły mnie do dalszych, samodzielnych prób. Bez nich z pewnością w tej chwili nie potrafiłabym upiec sobie bułek na śniadanie.
Wracając do tematu - myślałam, że z eklerkami będzie równie łatwo. A tu klapa. Pierwsze dwie próby okazały się całkowitą porażką. Ciastka owszem, urosły, żeby chwilę po wyjęciu z piekarnika spektakularnie opaść. Do tej pory nie mam pojęcia, co robiłam źle. Zniechęcona, trzecią próbę odłożyłam na dzień następny. Korzystając z tego samego przepisu otrzymałam wyrośnięte, puste w środku, chrupiące, delikatne eklerki! Na czym polega sekret? Nie wiem. Po prostu w końcu się udały. I zniknęły w mgnieniu oka. Cóż, nie jest to żadne arcydzieło, ale z pewnością podejmę kolejne próby. Teraz może być już tylko lepiej, prawda...?

Ciasto parzone jest kapryśne, ale przy odpowiedniej dawce cierpliwości w końcu się uda. Wydaje mi się, że po prostu trzeba je wyczuć. I oczywiście dogadać się z piekarnikiem - różnica w długości pieczenia między różnymi modelami może być całkiem spora. 

Skorzystałam z przepisu z Ciast. Coraz bardziej lubię tą książkę.

Eklerki z bitą śmietaną




Składniki:
(na 10-12 sztuk)
ciasto:

  • 75 g masła
  • 250 ml wody
  • 125 g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 4 jajka
masa:

  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1,5 łyżki cukru waniliowego
  • 1,5 łyżeczki ekstraktu z pomarańczy
dodatkowo:

  • 95 g ciemnej czekolady (70%)
  • 2 łyżki śmietany kremówki (18%)
Masło zagotować z wodą. Kiedy całkowicie się rozpuści, wsypać przesianą mąkę z proszkiem do pieczenia oraz solą i mieszać łyżką, aż masa nie zacznie odchodzić od ścianek garnuszka. Ostudzić.
Do zupełnie chłodnej masy wbijać po kolei jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Gotową masę wykładać łyżką lub szprycą na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, formując podłużne eklerki (9x3 cm) i zachowując odstępy między nimi.

Piec 25-30 minut w 210 st. C.
Jeszcze ciepłe przekroić wzdłuż na pół.
Ostudzić.

Kremówkę ubić z dodatkiem cukru waniliowego. Pod koniec wlać ekstrakt. 
Gotową masą przełożyć eklerki.
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej z kremówką.
Polać przełożone ciastka.

Smacznego!



Swoją drogą - eklerki zawsze kojarzyły mi się z kremem budyniowym, a ptysie z bitą śmietaną. Ale skoro życzenie zostało dokładnie sprecyzowane, nie pozostało mi nic innego, jak się dostosować. Czy to nadal prawdziwe eklerki? Nie mam pojęcia. Grunt, że są pyszne.

Kiedy zobaczyłam żonkile, nie mogłam sobie odmówić przyjemności zakupu. Żółciutkie, słonecznią się w szklance na stole. I nie umiem się nie uśmiechnąć, kiedy chociażby przypadkiem, na nie zerkam.