wtorek, 5 marca 2013

Fascynująca gra w szachy

Jak tylko napisałam wczorajszego posta, ciesząc się z dzisiejszego dnia wolnego, dostałam wiadomość, że byłoby cudownie, jeśli mogłabym przyjść do pracy. Cudownie jak dla kogo... Pełna optymizmu poszłam wcześniej spać, C. obudził mnie na zaledwie kwadrans, więc kiedy potrząsnął mną chwilę po siódmej rano, byłam już całkiem wyspana i przytomna. Mimo wszystko nie o takiej pobudce marzyłam... A C. spanikowany - siódma jest, spóźniłaś się! 
Co, ja...? Nie... No przecież mówiłam, że dzisiaj na dziewiątą... 
On się uspokoił, odwrócił na drugi bok i zasnął w przeciągu trzech sekund, ja zaczęłam się niecierpliwie wiercić. Słonko świeciło już jasno, Ptysia usiadła mi na brzuchu i patrzyła wyczekująco, czy się ruszę, czy jednak nie... Ruszyłam się. Znalazłam nawet czas na narysowanie kresek, czego normalnie nie robię. 
W pracy byłam pełna energii i nawet teraz nie czuję się senna, choć poziom żywotności powoli się obniża... Chciałam zrobić pudding czekoladowy, ale okazało się, że potrzebna jest kremówka, której oczywiście w domu brak. A do sklepu iść mi się nie chce, bo od razu pryśnie czar popołudniowego słońca - wydaje się, że to już wiosna, ale zimno jednak...

Dlatego dzisiaj nie będzie o jedzeniu, a o książce. Naprawdę ciekawej. Opowiadającej prawdziwą historię. No dobrze... Prawdziwą tylko w pewnym stopniu. Ale czym stałby się pisarz, gdyby odebrano mu prawo do fantazji...?
Szachista Roberta Löhra to opowieść o niesamowitym wynalazku - myślącej maszynie. Choć dla nas komputery, które potrafią na swój specyficzny, zaprogramowany przez człowieka sposób, myśleć, są codziennością, w roku 1770 grający w szachy Turek Kempelena wywołał całe mnóstwo przeróżnych emocji. Od podziwu i zachwytów, przez zainteresowanie tajemnicą maszyny, aż po irytację, zazdrość, a nawet nienawiść. Okazuje się jednak, że Kempelen wcale nie był geniuszem, a tylko niezwykle sprytnym oszustem...

To jest prawdziwa część historii - Kempelen jest postacią historyczną, wynalazł maszynę grającą w szachy, którą oczarował cały dwór Marii Teresy i największe miasta Europy. Prawdą jest również fakt, że całość była mistyfikacją - za skomplikowanym mechanizmem ukrywał się człowiek, który sterował poruszeniami Turka. Nie wiadomo jednak, jak wyglądały relacje Kempelena z jego graczem, żoną, pracownikami, ile prywatnie wywołał emocji - i tu właśnie wkracza autor. Szachista to historia karła ukrytego w skrzyni maszyny, genialnego szachisty, który godzi się na oszustwo, gdyż jego nędzny żywot nie pozwala na odmowę. Kiedy ginie pewna młoda kobieta, Tibor, szantażowany przez pracodawcę, mimo moralnego zwątpienia, nadal gra. Do poważnych problemów dochodzi, kiedy jeden z głównych przeciwników Kempelena wietrzy oszustwo i za wszelką cenę chce wykraść pilnie strzeżoną tajemnicę.

Książka jest fascynująca - historia bardzo szybko wciąga, z zainteresowaniem śledziłam losy Tibora, jego przyjaciół i wrogów. Jeśli lubicie osiemnastowieczne romanse, z pewnością przypadnie Wam do gustu.

Szachista
Robert Löhr
Wydawnictwo Dolnośląskie
Wrocław, 2007

poniedziałek, 4 marca 2013

Pieczenie dla dzieci - ciasteczka. I dylematy śpiocha

Mam problem. Poważny. Ostatnio skala problemu rośnie dramatycznie, żeby nie rzec - wręcz drastycznie... Otóż, jestem postawiona pod ścianą, i mam dwie opcje - żyć, czy spać...? Oto jest pytanie! Że niby ździebko zbyt enigmatyczne...? No, już tłumaczę przecież...
Pracuję średnio dużo (w porównaniu do polskich standardów raczej mniej niż więcej), czasem naprawdę ciężko, nie obijam się prawie wcale. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że cztery - pięć razy w tygodniu muszę wstawać przed piątą, bladym świtem... Choć właściwie to już się nie mogę doczekać, kiedy będę mogła bladym świtem wstawać, bo póki co witają mnie nieprzeniknione ciemności, mróz i skrobanie szyb w aucie. Kiedy po ośmiu wyczerpujących godzinach wracam do domu, najczęściej nie chce mi się nic. A nawet jeśli mi się chce, to szybko podcina mi skrzydła świadomość pobudki dnia następnego. I właśnie tu pojawia się dylemat: spać, czy żyć...? Bo jeśli już wkulam się do ciepłego łóżeczka, przytulę do Ptysi, to mogę zapomnieć o zrobieniu nie tylko czegokolwiek pożytecznego, ale również przyjemnego - nie posprzątam, nie zrobię prania, nie umyję naczyń, ale też nie obejrzę trzech zaległych odcinków ulubionego serialu, nie upiekę ciasta, ciasteczek ani nawet nie przygotuję banalnego budyniu, nie poczytam... A wreszcie ominie mnie tych kilka chwil, które mogę spędzić z C. inaczej, niż śpiąc. Z drugiej strony wiem, że jeśli się zawezmę, i jednak coś zrobię, to mimo, że będę miała frajdę i satysfakcję, kolejną przeczytaną powieść na koncie albo pączuszka do kawki, to następnego dnia będę śpiąca, a więc irytować mnie będzie absolutnie wszystko, łącznie z tymi osobami i rzeczami, które normalnie działają na mnie bardzo pozytywnie. No i powiedzcie mi - co mam robić...? Tak źle, i tak niedobrze. Doby nie rozciągnę, jedyne, co mi pozostaje, to spać szybciej, jak nakazuje Tatuś. Umiecie? Podzielcie się tajemną wiedzą, proszę...

Wywnętrzenia powyższe spowodowane zostały wydarzeniami sobotnimi i niedzielnymi. Otóż w sobotę, po pracy, udałam się do koleżanki w celu upiększenia (misja zakończona powodzeniem - nowy kolor włosów odjął mi pięć lat); przy okazji pogadałyśmy, pośmiałyśmy się, dziecię średnie przykleiło mi się do nogi, jak chciałam wychodzić, i chyba obie uznałyśmy popołudnie za bardzo udane. Wróciłam do domu, wzięłam prysznic, wyspacerowałam psę, poczytałam godzinkę i pojechałam po C. do pracy (w sobotę autobusy jeżdżą co dwie i pół godziny - no przecież nikt nie ma takich zasobów cierpliwości!). W rezultacie w łóżku wylądowałam w okolicach wpół do pierwszej, co, przy sprzyjających wiatrach, oznaczało ni mniej, ni więcej, tylko lekko ponad cztery godziny spania przed kolejnym pracowitym, ciężkim dniem. W niedzielę więc warczałam na Bogu ducha winną Zuzkę, prychałam i posyłałam mordercze spojrzenia bez konkretnych przyczyn. Nie lubię taka być. Ale nie potrafiłam nad tym zapanować! 
Widzicie więc - jestem w potrzebie. Macie sposoby na dokonywanie właściwego wyboru lub neutralizowanie skutków decyzji podjętych źle...? 

Po tym zdecydowanie przydługim wstępie chciałabym się z Wami podzielić przepisem na ciasteczka, żeby osłodzić nieco te moje narzekania. Jadąc do Agi zawsze zabieram ze sobą jakieś domowe łakocie - jej dzieci naprawdę to doceniają. A mi aż serce rośnie! Tym razem ciasteczka rozeszły się błyskawicznie, jeszcze zanim zdążyłam wyjść. Musiały być dobre.
Przepis znalazłam w duńskiej książce Småkager. Kræs for slikmunde. I tu zaczęły się schody... Jednym ze składników bowiem był tajemniczy sukat. Hmm... Pierwsza pomoc w postaci Google Translate nic nie dała, w dodatku poddała w wątpliwość kompetencje autorów - bo czyż normalnym jest, aby do słodkich ciasteczek dodawać skarpetki...? No chyba nie... Nic to. Udałam się do instancji wyższej, czyli słownika. Tu również zero wsparcia - szukane słowo nie istnieje... Napisałam smsa do C. Ten udał się do Pana K., który radośnie obwieścił, że nie potrafi powiedzieć dokładnie, co to, ale dodaje się to do ciast i ciasteczek! Hmpf... Dodałam suszoną żurawinę. Dopiero dwa dni później, po żmudnych poszukiwaniach dowiedziałam się, że to kandyzowana skórka cytrusowa... I tak nie miałam.

Zmieniłam więc odrobinę skład bakalii, ale tak naprawdę można dodać wszystko, co się lubi, lecz nie w większych ilościach, niż w przepisie, bo ciasteczka będą się rozpadać (coś o tym wiem, niestety...). Wychodzą malutkie - w sam raz na raz. Idealne dla dzieci. W słodkim cukrze pudrze, z lekko wyczuwalną cynamonową nutą. Podczas pieczenia idealnie zachowują kształt, nie rozjeżdżają się na boki, trzeba je więc sporo spłaszczyć - inaczej będziemy mieli kuleczki. Nie rumienią się zbytnio, ale już taki ich urok. Pyszne są. I śliczne. I w ogóle bardzo z nich dumna jestem. Mówię Wam - spróbujcie koniecznie!
I nie myślcie, że 45 sztuk do dużo - znikną, zanim się obejrzycie!

Cynamonowe ciasteczka z bakaliami


Składniki:
(na 45 sztuk)
  • 100 g miękkiego masła
  • 60 g cukru
  • 2 żółtka
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 225 g mąki pszennej
  • 50 ml mleka
  • 50 g rodzynek
  • 50 g suszonych moreli
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 50 g płatków migdałowych

dodatkowo:
  • 2 łyżki cukru pudru

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wsypać cynamon, zmiksować. Na zmianę dodawać przesianą mąkę i wlewać mleko, przy czym ostatnią partię powinna stanowić mąka. Na końcu wsypać bakalie, dokładnie wymieszać łyżką.

Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny. 
Po tym czasie z ciasta formować kulki wielkości orzecha włoskiego, dość mocno spłaszczać i układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić na kratce.

Przed podaniem posypać ciasteczka przesianym cukrem pudrem.

Smacznego!

Jak już napisałam tego długaśnego (nawet jak na mnie) posta, od razu jakoś lepiej mi się zrobiło. Jutro wolne, więc dylematów brak, a do następnych może już znajdę jakieś rozwiązanie...?

sobota, 2 marca 2013

Zguba i przedwyjazdowy torcik

Najbardziej irytujące pytanie świata: kiedy mówisz, że zgubiłeś telefon, i po raz setny słyszysz: Ale gdzie...? Hmm... Jakbym wiedziała, gdzie, to bym go podniosła, i nie byłby zgubiony, prawda...?
Ja wiem, że to z troski, i jestem wdzięczna za okazanie zainteresowania, ale... Cóż, nie wiem, gdzie go zgubiłam. Rozpłynął się nie wiadomo kiedy. Co oznacza - zero kontaktu. Co, muszę przyznać, ma też swoje plusy... Ale o nich może innym razem.

Dzisiaj będzie jeszcze jeden zaległy przepis, sprzed wyjazdu do Polski. Powstał, bo nagle naszła mnie ogromna ochota na tort. Znaczy się - na biszkopt z kremem. Zrobiłam taki w wersji mini - żebyśmy zdążyli zjeść przed wyjazdem. Ale wyszedł naprawdę bardzo smaczny, i spokojnie, przygotowany z większych proporcji, sprawdziłby się jako pełnowymiarowy tort, na przykład urodzinowy. 

Najpierw chciałam zrobić torcik tiramisu, ale okazało się, że w sklepie nie było mascarpone. Kupiłam więc zwykły serek kremowy, który też bardzo lubię, ale plany niestety legły w gruzach - bez mascarpone bowiem tiramisu nie istnieje. Hmpf... I co teraz...? Ochota na kawę mi nie przeszła... Puściłam więc wodze fantazji, i zaczęłam działać intuicyjnie. Najpierw upiekłam mocno kakaowy biszkopt z dodatkiem kawy. Przez dużą ilość kakao wyszedł nieco cięższy niż standardowy, ale pyszny. Krem przygotowałam najprostszy z możliwych, lekko słodki, bardzo delikatny miks kremówki z serkiem. Tuż przed wyłożeniem na biszkopt przypomniałam sobie o żurawinie w słoiczku - doszłam do wniosku, że ożywi całość. Dodatkowo ciasto nasączyłam sporą ilością kawy zmieszanej z likierem kawowym - i muszę powiedzieć, że całość wyszła naprawdę smakowita. Wilgotna, ale nie ciężka. Smak kawy jest dość wyraźny, krem nadaje lekkości, kwaśna żurawina sprawia, że całość nie jest muląca. Nie wygląda może najpiękniej - nie miałam czasu na wymyślne dekoracje, na użytek domowy taka z kawowych ziarenek sprawdziła się idealnie. Polecam serdecznie - w wersji mini lub maksi, do wyboru.

Torcik kawowy z żurawiną


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 120 g cukru
  • 70 g mąki pszennej
  • 20 g mąki ziemniaczanej
  • 15 g ciemnego kakao
  • 1 łyżeczka kawy sypanej

nasączenie:
  • 50 ml mocnej kawy
  • 25 ml likieru kawowego

krem:
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 200 g serka kremowego
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 2 łyżeczki cukru pudru

dodatkowo:
  • 125 g żurawiny ze słoika

dekoracja:
  • ziarenka kawowe z czekolady

Białka ubić na sztywną pianę. Pod koniec partiami dodawać cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Mąki przesiać do osobnej miski, wymieszać z kakao i kawą. Po łyżce dodawać do masy jajecznej, miksując na najniższych obrotach.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Masę wyłożyć do tortownicy, delikatnie wyrównać wierzch.

Piec 25-35 minut w 160 st. C.

Upieczony biszkopt wyjąć z piekarnika, zrzucić z wysokości 60 cm (w formie) na podłogę, wstawić z powrotem do lekko uchylonego piekarnika, wystudzić.
Brzegi biszkoptu odkroić nożem od formy, wyjąć ciasto, ewentualnie skroić wierzch, żeby wyrównać powierzchnię. Przekroić w poziomie na pół.

Wymieszać kawę z likierem, nasączyć blaty.

Kremówkę zmiksować na sztywno z cukrem pudrem i waniliowym. Dodać serek, dokładnie wymieszać.

Na talerzu ułożyć jeden blat biszkoptu, wyłożyć żurawinę. Na to nałożyć nieco mniej niż połowę kremu, przykryć drugim blatem. Kremem obłożyć wierzch i boki tortu, udekorować ziarenkami kawowymi.

Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Ostatnio nie mam czasu - posty piszę dosłownie w kilka minut, piekę bardzo mało (ach, jak mi tęskno do spokojnego wyrabiania ciasta drożdżowego!), na znajome blogi praktycznie nie zaglądam, i bardzo mi tego brakuje. Za to spotykam się trochę więcej ze znajomymi, nadrabiam czytelnicze zaległości (znów, póki co, jestem o książkę do przodu) i muszę powiedzieć, że taka odmiana jest całkiem przyjemna.

piątek, 1 marca 2013

Kolacja w Toruniu

Nie pisuję o restauracjach. Głównie dlatego, że bywam niezbyt często, a jeśli już, to w miejscu mojego zamieszkania, więc nie sądzę, żeby moje recenzje przydały się komukolwiek (jeśli jednak wybieracie się do Horsens w Danii - dajcie znać, bo mogę polecić naprawdę przyjemne miejsca). Tym razem jednak będąc w Polsce wybraliśmy się na kolację, i muszę przyznać, że miejsce, które wybraliśmy, zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie. W związku z tym oraz z faktem, że Toruń jest miastem turystycznym, doszłam do wniosku, że opis restauracji właśnie w tym mieście może komuś pomóc.

Długo zastanawiałam się, którą restaurację wybrać. Wieki w Toruniu nie byłam, nie mam więc rozeznania, co aktualnie jest na topie. Zostało mi podrzuconych kilka propozycji na forum Miksera, i w końcu zdecydowałam się zaufać Paulinie, która poleciła No. 9. Nie zawiodłam się.

Do restauracji przyszliśmy tuż przed 22 - tak, wiem, nie jest to pora na obiad. Nic nie poradzę, że dopiero wtedy daliśmy radę wykulać się z hotelu... Wystrój zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie - fotele idealne do picia kawy w towarzystwie przyjaciółki, całość w stonowanych, przyjemnych kolorach. Z okien widok na ulicę Szeroką - o tej porze pełną młodzieży udającej się na imprezy. Naprawdę przyjemne, klimatyczne miejsce.
Pan kelner przyjaźnie mnie zaskoczył stwierdzeniem, że kuchnia nadal otwarta, a ja nie muszę spieszyć się z wyborem. Dostałam również bez problemu menu w języku angielskim, co z racji na C. i jego nieznajomość polskiego znacznie ułatwiło nam wybór dań. W związku z późną godziną zdecydowaliśmy się na makarony - C. rurki z kurczakiem, ja wstążki z łososiem i cukinią. Do tego wino - on czerwone, ja białe (nie mam pojęcia, jakie - przepraszam). Dania były gorące, nie czekaliśmy długo. A mi szczęka opadła, kiedy okazało się, że moje tagliatelle są... Czarne! Widziałam takie na zdjęciach, ale nigdy nie miałam okazji spróbować. Smakują jak zwykły makaron, ale wyglądają niesamowicie, świetnie pasują do różowego łososia. 
Mi danie bardzo smakowało, C. narzekał, że niedosolone (ale nie jestem pewna, czy to miarodajne, gdyż on soli zdecydowanie więcej niż ja). Wino natomiast chwalił niesamowicie, mi moje smakowało, choć okazało się zbyt wytrawne - wolę słodsze. Nie jest to jednak wina wina, tylko naszego wyboru. 
Obsługa sprawna, pan kelner bardzo sympatyczny, choć mimo, że przy zamówieniu zaznaczyliśmy, co dla kogo, uparcie wszystko mylił. 
Ceny - jak dla mnie w porządku, ale ja jestem przyzwyczajona do duńskiego cennika. Za kolację z winem zapłaciłam niecałe 80 złotych, gdzie makarony kosztowały nieco ponad 20. Dania mięsne i rybne między 40 a 50, na desery nie zwróciłam uwagi. Sądzę jednak, że stosunek jakości do cen jest odpowiedni.

Podsumowując - miejsce jak najbardziej godne polecenia. Przyjemne, klimatyczne, z dobrym jedzeniem. Jeśli będę miała okazję, wrócę z przyjemnością, żeby spróbować innych rzeczy i tych ślicznych ciast z wystawy.
Restauracja jest nowa - otwarta w grudniu zeszłego roku. Mam nadzieję, że będzie trzymać poziom i uda jej się przetrwać.

Restauracja No. 9
ul. Szeroka 9
Toruń

czwartek, 28 lutego 2013

Historia pewnego wina

Jeżynowe wino Jaonne Harris skończyłam już jakiś czas temu. Tak naprawdę najbardziej lubię pisać o książkach na świeżo, zaraz po przeczytaniu - wtedy wszystko doskonale pamiętam, emocje są ciągle żywe i wiem, na co szczególnie chcę zwrócić Waszą uwagę. Tym razem jednak nie miałam kiedy napisać tych kilku słów, jestem bowiem ogromnie zabiegana - wyjazd do Polski, przygotowania, powrót, sprzątanie, odkładanie wszystkiego na właściwie miejsca - zanim znów powrócę do rzeczywistości, potrzebuję kilku dni na ogarnięcie. Nawet, kiedy wyjazd to były zaledwie cztery dni. Skoro jednak w końcu mam chwilę, żeby spokojnie usiąść, opowiem Wam o Jeżynowym winie właśnie.

Czytałam wcześniej dwie powieści Harris - słynną Czekoladę, która stała się bestsellerem po nakręceniu filmu z Johnnym Deppem i Juliette Binoche (swoją drogą muszę gdzieś znaleźć Rubinowe czółenka, kontynuację Czekolady); oraz Dżentelmenów i graczy. Obie bardzo mi się podobały - autorka stworzyła naprawdę niesamowity klimat, zaczarowała mnie na kilka godzin. Może dlatego po Jeżynowym winie oczekiwałam bardzo dużo. Spodziewałam się, że powieść powali mnie na kolana - tak, jak poprzednie. Przeżyłam jednak rozczarowanie - książka jest dobra, warta przeczytania, ale przy innych powieściach Harris wydaje się... Nieco mniej interesująca. Niestety.

Bohaterem Jeżynowego wina jest Jay - pisarz w twórczym kryzysie. Kilka lat temu wydał swoją pierwszą powieść, która zrobiła furorę - była tłumaczona na wiele języków, zdobyła kilka prestiżowych nagród, wreszcie sprawiła, że Jay zarobił sporo pieniędzy. Ziemniaczany Joe to opowieść o młodości Jay'a, o wakacjach, które spędzał u dziadków w niewielkim, górniczym miasteczku; o jego przyjaźni z Joe - starszym panem, który potrafił wyhodować niesamowite rośliny, podróżował po całym świecie, skąd przywiózł mnóstwo, teraz już całkiem zapomnianych, nasion. Jednak książka ubarwiła prawdę - pokazała radosnego nastolatka i zawsze uśmiechniętego staruszka, który wprowadzał chłopaka w dorosłość. Tak naprawdę układ nie był idealny, wydarzenia potoczyły się nie tak, jak miały, a koniec ich przyjaźni sprawił, że Jay nigdy nie doszedł do siebie po stracie przyjaciela.
Kiedy więc Jay zauważył ogłoszenie o domu na sprzedaż we Francji, który tak przypominał domek z marzeń Joe, bez wahania dokonał zakupu. W ciągu kilku dni porzucił zwoje uporządkowane, nudne życie w Londynie, gdzie dorabiał jako autor podrzędnych czytadeł sf, i wyruszył na poszukiwanie... Szczęścia? Spokoju? Weny? A może wszystkiego po trochu...?
W małym miasteczku spotyka go mnóstwo niespodzianek - musi powoli zdobyć zaufanie mieszkańców, którzy są bardzo podekscytowani przybyciem znanego pisarza; odkryć tajemnicę pięknej sąsiadki, która go z jednej strony fascynuje, z drugiej nieco przeraża, odkryć rodzinne sekrety. W dodatku staje twarzą w twarz z Joe, który chce wyjaśnić nieporozumienia sprzed lat.

Brzmi interesująco, prawda? Bo naprawdę jest ciekawie, tylko, według mnie, nieco rozwlekle... Momentami się troszkę nudziłam - ale, jak już pisałam, możliwe, że zbyt wysoko ustawiłam poprzeczkę. Mimo wszystko z przyjemnością sięgnę po inne powieści Joanne Harris - lubię ten typ opowieści: obyczajowe z nutą tajemniczości, a czasem magii. 

Jeżynowe wino
Joanne Harris
Prószyński i S-ka
Warszawa, 2000

środa, 27 lutego 2013

Lubicie brukselkę...?

Bo ja bardzo. Wręcz za nią przepadam. Choć zdaję sobie sprawę, że jest to warzywo kontrowersyjne, z serii - pokochaj lub znienawidź. Nie ma drogi pośredniej. Czy to przez specyficzny zapach, czy może charakterystyczny smak, a może nietypowy wygląd...? Nie mam pojęcia. Tak czy inaczej - ja uważam, że jest pyszna. Smakuje mi bardziej niż kapusta, w dodatku wygląda naprawdę uroczo - maleńkie, zieloniutkie główki aż chce się jeść. Nie umiem się jej oprzeć, i już.

Kiedy szłam do sklepu po cukier puder, nie myślałam nawet o obiedzie - byłam w stu procentach pochłonięta pracą nad tortem. Jednak kiedy zauważyłam brukselkę na półce od razy pomyślałam o tym, jaka jestem głodna. Niewiele myśląc, wrzuciłam opakowanie do koszyka, po czym sięgnęłam również po pierś z kurczaka - wydawało mi się, że to może być całkiem zgrany duet. 
Gdy wróciłam do domu i zaczęłam szperać w internecie okazało się, że na blogach wcale nie ma aż tak wielu przepisów na wykorzystanie brukselki - widocznie jednak więcej jest tych, co nie lubią... Niezrażona, szukałam dalej. Wahałam się między zupą a tartą, ale ponieważ zupa była ostatnio... Stwierdziłam, że tarta będzie idealna. Na blogu Wielki apetyt znalazłam jedną bardzo zachęcającą, bez pieczarek, które wydają się być dla brukselki wymarzonym wręcz towarzystwem (a przynajmniej bardzo popularnym). Pozmieniałam jednak w przepisie bazowym sporo: sięgnęłam po moje ukochane ciasto kruche z przepisu Michela Roux z jego Ciast pikantnych i słodkich, dodałam zakupiony wraz z brukselką kurzęcy biust, pozmieniałam proporcje zalewy jajecznej, doprawiłam tak, żeby mi pasowało - i po niecałej godzinie pieczenia wyciągnęłam z piekarnika czystą rozkosz dla podniebienia. Wszystko razem skomponowało się idealnie, brukselka zdecydowanie gra pierwsze skrzypce, ale łagodnieje w towarzystwie kurczaka i sera. Pyszności!
Sama zjadłam nieprzyzwoicie duży kawałek, a kiedy C. wrócił z pracy i spróbował stwierdził, że powinnam zacząć gotować obiady. I choć tarta była sporych rozmiarów, zniknęła błyskawicznie. Polecam serdecznie - może polubicie brukselkę...?

Tarta z brukselką i kurczakiem


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 31 cm)

ciasto kruche:
  • 250 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 125 g zimnego masła
  • 1 jajko
  • 2 łyżki zimnej wody

farsz:
  • 500 g brukselki
  • 380 g piersi z kurczaka
  • 1 czerwona cebula
  • 2 łyżki masła
  • 2 jajka
  • 1 żółtko
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 80 g żółtego sera
  • sól
  • pieprz

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, następnie palcami wgnieść je w mąkę. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto. W razie potrzeby dodać wodę.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć szczelnie w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Odkroić końcówki brukselki, zdjąć wierzcnie liście i przekroić na pół.
Cebulę i kurczaka pokroić w kostkę. Na maśle zezłocić cebulę, zdjąć z patelni, następnie podsmażyć kurczaka, doprawić solą i pieprzem. Przestudzić.

Ciasto cienko rozwałkować, wyłożyć do formy. Gęsto nakłuć widelcem.

Ciasto podpiec w 180 st. C. przez 10-12 minut.

Jajka z żółtkiem roztrzepać, wlać kremówkę, wymieszać. Ser zetrzeć na tarce o drobnych oczkach, wymieszać z masą. Doprawić solą i pieprzem.
Na podpieczone ciasto wyłożyć kurczaka z cebulą, zalać masą jajeczną. Na wierzchu poukładać połówki brukselek.

Piec w 180 st. C. przez 40-50 minut, aż masa się zetnie.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

Mam tyle zaległych przepisów, dwie książki i restaurację wartą odwiedzenia, że zupełnie nie wiem, od czego powinnam zacząć. A przecież w piekarniku znów siedzi kolejne ciasto (długo nie potrafiłam się powstrzymać przed pieczeniem...), w głowie pomysły na kolejne, na półce tyle cudownych powieści... Macie może jakieś tajemnicze sposoby na rozciągnięcie doby...? Bo moje, przynajmniej ostatnio, są zdecydowanie zbyt krótkie...

wtorek, 26 lutego 2013

Mission impossible, czyli tort podróżny

Jadąc do Polski wiedziałam, że w planie jest impreza urodzinowa mojej Siostry. Skromna - na osiem osób zaledwie. Ale nawet wtedy konieczny jest tort, tym bardziej, że urodziny pięknie okrąglutkie, bo dwudzieste. Powzięłam więc niezwykle ambitne postanowienie - ja ten tort przygotuję w ramach urodzinowej niespodzianki. Tylko jak to zrobić, żeby mi to cudo przetrwało prawie tysiąc kilometrów w aucie...? Myślałam długo i intensywnie - bo jednak jest to naprawdę spore wyzwanie. Całość musiała być sztywna, niezniszczalna, a w dodatku smaczna. Hmpf...

Biszkopt - standard. Zawsze wychodzi, jest pyszny, idealna baza do dalszych działań.
Krem - standardowy, czyli kremówka z serkiem, dodatkowo usztywnione żelatyną, żeby trzymało fason. Dodatek wanilii będzie idealny.
Co dalej...? Trzeba przecież dodać jakąś wyraźną smakową nutę. W końcu pomyślałam, że przygotuję warstwę malinową. W sklepie jednak malin nie mieli... Zamiast tego nabyłam mrożoną mieszankę jeżyn, jagód i żurawiny, i przygotowałam mus, oczywiście usztywniony żelatyną. Sprawdził się na medal - ciasto było idealnie słodkie, nie nudne. Pycha!

Pozostała rzecz najważniejsza - co zrobić, żeby całość przetransportować bez uszczerbku na urodzie...? Z pomocą przyszła mi masa plastyczna z poprzedniego posta. Po pierwsze - dodatkowo usztywniła ciasto. Po drugie - sprawiła, że nawet jeśli przesuwało się trochę w opakowaniu i obijało o ścianki, nie zniszczyło się. Z dumą informuję - po dwunastu godzinach podróży było śliczne i smaczne, i zrobiło furorę. Oczywiście wiem, że obiektywnie zbyt piękne nie jest - raczej krzywe, a dekoracja skromna i bez szału (nie potrafiłam wyciąć ładnych literek, więc jest rybka - znak zodiaku Młodej. Oczywiście, Tata bąkał coś o karpiu, i że Wigilia to już dawno była przecież...). Ale poświęciłam mu tyle myśli i czasu, starałam się ogromnie, i jestem z niego naprawdę szalenie zadowolona. W dodatku moja Siostra była w ciężkim szoku, i ochom i achom nie było końca. Mission impossible okazało się wykonalne i przyniosło zamierzony efekt. Wspaniale!

Zdjęć środka nie ma - nie miałam kiedy zrobić, niestety...

Tort z kremem i musem owocowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

biszkopt:
  • 10 jajek
  • 375 g cukru
  • 230 g mąki pszennej
  • 90 g mąki ziemniaczanej

mus owocowy:
  • 600 g mrożonej mieszanki jeżyn, jagód i żurawiny
  • 75 g cukru
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 150 ml soku z czarnych porzeczek
  • 4 łyżeczki żelatyny
  • 1 łyżka zimnej wody

krem:
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 200 g serka kremowego
  • 4 łyżeczki cukru pudru
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 4 łyżeczki żelatyny
  • 1 łyżka zimnej wody
  • 50 ml gorącej wody

nasączenie:
  • sok z 1 cytryny
  • 25 ml wódki

krem maślany:
  • 200 g miękkiego masła
  • 135 g cukru pudru
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

dodatkowo:

Biszkopt:
Białka ubić na sztywną pianę. Partiami dodawać cukier, nie przerywając miksowania. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu partiami wsypywać przesianą mąkę, miksując na najniższych obrotach.
Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia lub folią aluminiową. 
Masę wylać do formy.

Piec w 170 st. C. 70-80 minut, do tzw. suchego patyczka.
Upieczony biszkopt zrzucić na ziemię (w formie) z wysokości 60 cm, po czym wystudzić w uchylonym piekarniku.

Zimny biszkopt przeciąć na trzy blaty, ścinając z wierzchu ewentualną górkę - tak, żeby był idealnie płaski.

Owoce włożyć do garnka, dodać skórkę z cytryny, cukier i sok. Gotować na średnim ogniu, aż część płynu odparuje, następnie jeszcze gorące przetrzeć przez sitko. Dodać wcześniej namoczoną w zimnej wodzie żelatynę, mieszać aż do rozpuszczenia. Ostudzić.

Dwa blaty biszkoptu - spodni i środkowy - umieścić w obręczach. Nasączyć sokiem z cytryny wymieszanym z wódką. Mus owocowy podzielić na pół i wylać na spody. Umieścić w lodówce, aż wszystko dobrze zastygnie.

Żelatynę do kremu namoczyć w zimnej wodzie, następnie zalać gorącą i mieszać aż do rozpuszczenia. Ostudzić.
Kremówkę ubić na sztywno z cukrem pudrem i ekstraktem, dodać żelatynę, dokładnie wymieszać. Dodać serek, połączyć. Masę podzielić na pół, wyłożyć na zastygnięty mus. Schłodzić w lodówce przez 30-60 minut.

Schłodzone blaty wyjąć z obręczy. Na paterze ułożyć spodni blat, na niego kolejny, przykryć ostatnim, bez kremu. Wstawić do lodówki.

Masło ubić na puszystą masę, pod konie partiami dodając cukier puder i ekstrakt. Obłożyć masą tort, wyrównać. Schłodzić w lodówce przez 2-3 godziny, żeby masa dobrze zastygła.

Tort dowolnie udekorować masą plastyczną.

Smacznego!

Wiem, wiem - ten post skromnością nie grzeszy, ale już dawno nie byłam tak dumna z żadnego ze swoich wypieków. W dodatku wyszedł naprawdę smaczny - w warunkach domowych, kiedy nie będziecie chcieli go wieźć przez trzy kraje, do musu wystarczy dodać połowę żelatyny, a do kremu nie trzeba dodawać jej wcale - jest wystarczająco sztywny. Ozdobić można tak jak ja - masą cukrową, lub zrobić nieco więcej kremu śmietanowego i nim pokryć wierzch i boki. Wtedy przygotowanie kremu maślanego nie jest konieczne - ma on za zadanie odizolować śmietanę od masy cukrowej i sprawić, że ta ostatnia będzie się ładnie trzymać.
Tort - moim zdaniem - bardziej letni, delikatny, naprawdę smaczny. Polecam!