sobota, 11 sierpnia 2012

Cześć Robaczki!

Wróciłam. Chwilkę przed szesnastą przekroczyłam próg naszego mieszkanka (zaraz za Ptysią, tuż przed C.).  Mężczyzna tylko się przebrał i pojechał do pracy, wróci prawdopodobnie dopiero jutro. Ja piorę i... Wgapiam się w monitor. Ileż tu się działo! Tydzień bez internetu to mnóstwo czasu.

Parę słów o tym, gdzie się podziewałam. Otóż Rodzice C. wynajęli dom letniskowy na Langeland, w Dageløkke. Duży (pomieścić dziesięć dorosłych osób, jedną prawie, aktywnego trzylatka i trzy psy to niemały wyczyn), ze wspaniałym ogrodem, w dodatku z naszej sypialni mieliśmy cudny widok na morze. Najbliższa okolica dostarczyła nam przyjemnych wrażeń - niewielka przystań, regularnie odwiedzany sklepik z lodami, plaża i oczywiście morze. Dumna z siebie jestem niesłychanie, gdyż wykąpałam nie tylko stopy, ale też łydki i kolana, co było całkiem sporym wyzwaniem. Co prawda C., Alice i Klinge wykąpali też resztę siebie, ale podejrzewam, że to jakaś duńska mutacja genetyczna, pozwalająca im na znoszenie temperatur niższych niż przeciętny śmiertelnik. Tak w ogóle to się zastanawiam, jak to jest, że kąpiel w morzu mimo, że palce niemal odpadają z zimna, sprawia jakąś dziwną przyjemność. Jako dziecko byłam w stanie taplać się w lodowatej wodzie, z sinymi ustami tłumaczyć Mamie, że wcale a wcale nie jest zimno i jeszcze tylko pięć minut. Hmm... 
Spacerowaliśmy też po okolicy, w chłodne wieczory graliśmy w gry planszowe, karty i kości, a nawet zdarzyło nam się siedzieć przy ognisku (taki otwarty ogień ma w sobie coś...). Jeździliśmy też w nieco odleglejsze zakątki - byliśmy na basenie, w starym młynie, najbliższym, niezwykle urokliwym miasteczku, a dzisiaj rano zwiedziliśmy fort, w którym największą niespodzianką był dla mnie MIG ze Słupska, na którym wszystkie napisy były po polsku (czego się zupełnie nie spodziewałam). Była też łódź podwodna, która przyprawiła mnie o lekką klaustrofobię i pokaz straży pożarnej (w iście brawurowy sposób ugasili pożar auta). Pogoda nam dopisała - w niedzielę i dziś była zdecydowanie najlepsza, jednak jak na duńskie możliwości, nie ma co narzekać. Nie padało dużo, nie wiało za bardzo, a i słonko pokazywało się co jakiś czas.

Jeśli chodzi o jedzenie - gotowaliśmy na zmianę. I, wierzcie lub nie, obiad dla tylu osób to nie aż tak ekstremalne przeżycie, jak myślałam. Owszem, wymaga pewnej dozy fantazji i cierpliwości, ale można. Z C. przygotowaliśmy spaghetti bolognese i gulasz z ziemniaczanym musem (we czwórkę obieraliśmy ziemniaki, i zajęło nam to pół godziny!). Poza tym były frykadelki, hamburgery z grilla, ryż z sosem by Husi i brazylijskie odwracane ciasto z bananami i ananasem. Do tego truskawki w śmietanie, arbuz i melon.  Widziałam też największą w swoim życiu marakuję - była wielkości owocu mango. Smakowała standardowo, jak to marakuja, choć była nieco słodsza od tych, które normalnie kupuję. Cóż - prezent prosto z Brazylii. Pierwszy raz jadłam też pieczone pianki marshmallow - pyszne, ciepłe, ciągnące... Bajka.
Jednym słowem - same pyszności. A zdjęć i przepisów nie ma, bo nie było aparatu.

Nie tylko ja miałam ogromną frajdę - Ptysia znalazła przyjaciela i towarzysza zabaw w Eltonie - psiaku Rodziców C. Kiedy czternastoletnia Niki leżała spokojnie na krześle, ci dwoje ganiali niemal bez przerwy. Sporo się naśmialiśmy, obserwując ich zabawy i gonitwy. A kiedy przychodził czas spania, Ptysia odpływała w dwie minuty, a po kolejnych trzech zaczynała głośno chrapać. Chyba będzie tęsknić...

Tydzień minął zaskakująco szybko - choć nieco obawiałam się spędzenia tylu dni w towarzystwie wyłącznie Duńczyków okazało się, że dawałam radę. Mój duński z pewnością na tym skorzystał. A i cała moja świadomość jest w skowronkach, bo bawiłam się znakomicie. Nawet troszkę żałuję, że to tylko tydzień... Na szczęście, już za kilka dni znowu wyjeżdżam - tym razem tylko z C., i nieco dalej, bo do Pragi. Blog troszkę na tym ucierpi, ale raz do roku należą się człowiekowi (i mi też) porządne wakacje. Obiecuję jednak, że przed wyjazdem uraczę Was czymś pysznym i opowiem o książce, którą przeczytałam. Naprawdę dobrej książce.

sobota, 4 sierpnia 2012

Zimne picie i pożegnanie na krótko

Wczoraj jednak się nie zdrzemnęłam. Snułam się po domu w te i we wte sama nie wiedząc, czego chcę od życia. Niby chciało mi się spać, ale jakoś tak niewygodnie mi było w pozycji horyzontalnej, czy to na kanapie, czy w łóżku. I co tu taki biedny osobnik ma ze sobą zrobić...? No przecież tak się funkcjonować nie da! 
Pomyślałam, że może kawa by pomogła. Ekspres C. jest maszyną rozbudowaną i dość skomplikowaną, obsługa zajmuje (mi) wieki, więc stwierdziłam, że rozpuszczalna w zupełności wystarczy. Okazało się, że została jakaś smętna resztka na dnie słoiczka... I wtedy mnie oświeciło - jakiś czas temu widziałam gdzieś przepis na kawę mrożoną. Robiłam już takową nie raz, ale nigdy w taki sposób. Poszperałam, i znalazłam - na blogu Magiel kuchenny autorka przedstawia sposób na mrożoną kawę po grecku. Ile naprawdę z Grecją ma wspólnego, tego nie wiem - ale zapewniam, że jest warta wypróbowania. Na ciepłe dni (a wczorajsze popołudnie było wyjątkowo przyjemne i słoneczne) w sam raz. Dość mocna, więc przywróciła mnie do życia. Smakuje świetnie - o ile lubicie mocną kawę. Pianka sama w sobie to kwintesencja kawowatości, jednak wymieszana z mlekiem jest wyśmienita. Jeśli lubicie słabszą kawę, można porcję pianki rozłożyć na dwie osoby, lub wlać więcej mleka (tylko wtedy potrzeba większej szklanki). 

Tym jakże letnim przepisem chciałabym się pożegnać na tydzień - jedziemy z C. i jego Rodzinką (osiem dorosłych osób, dwójka dzieci, trzy psy plus my) na Langeland - wysepkę w okolicach tej kopenhaskiej. Rodzice C. wynajęli dom, i będziemy odpoczywać od codzienności, a ja (podobno) będę się uczyć duńskiego. Albo oni będą uczyć mnie. Nie mam pojęcia, troszkę się lękam. A tak serio jestem bardzo podekscytowana - nigdy tam nie byłam, więc czeka mnie eksplorowanie okolicy, cieszenie się przyrodą i przemiłym towarzystwem, dużo śmiechu i zabawy. W planie jest basen (trzymajcie kciuki za ładną pogodę) i kilka innych atrakcji, z czego część Rodzice C. trzymają przed nami w tajemnicy. 
Życzę Wam (i sobie) miłego tygodnia, i do napisania za te kilka dni!

Kawa frappe - mrożona kawa po grecku


Składniki:
(na 1 porcję)
  • 1 łyżka kawy rozpuszczalnej
  • 1 łyżka cukru
  • 2 łyżki zimnej wody

dodatkowo:
  • 250 ml zimnego mleka

Kawę i cukier wsypać do wysokiego naczynia, wlać wodę i miksować na najwyższych obrotach 

miksera aż do uzyskania puszystje piany.
Mleko wlać do wysokiej szklanki, na wierzch wyłożyć piankę.

Podawać od razu po przygotowaniu.

Smacznego!


Wczoraj C. wrócił z pracy, pooglądaliśmy serial, po czym spaliśmy niemal dwanaście godzin! Ostatnie dwa tygodnie niemal spałam po cztery - pięć, wstawałam naprawdę wcześnie i doszłam do wniosku, że mi się należy. Za karę cały dzień głowa mi pęka mimo połknięcia kilku magicznych, czerwonych tabletek. Odkurzanie było katorgą, na szczęście jedyne, co jeszcze muszę zrobić, to umyć naczynia i jutro już tylko wsiądę w samochód i pojadę... Tam, gdzie mnie zabiorą.

piątek, 3 sierpnia 2012

Bułki - giganty

Ostatnio z C. zdarzyło nam się jeść brunch (lub, jak kto woli, drugie śniadanie, które jednak było pierwszym) na mieście. Oddaliśmy autko do mechanika, a że w domu niespecjalnie było co jeść stwierdziliśmy, że spróbujemy coś znaleźć. Po kilku próbach w końcu wylądowaliśmy w niewielkiej, aczkolwiek bardzo sympatycznej Cafe Kindkys (co na polski przetłumaczymy jako Całus w Policzek, hmm...). Mają tam mnóstwo przeróżnych gier, którymi można zająć się czekając na posiłek, kącik dla dzieci i ogólnie przyjazny wystrój wnętrza (bardzo wygodne fotele). Zjadłam sobie gigantyczną kanapkę z kurczakiem, popiłam colą i czułam się wyjątkowo zadowolona. 
Co to ma wspólnego z moimi bułkami? Otóż wczoraj, po powrocie z pracy, musiałam wykombinować coś do jedzenia. Nie miałam ochoty na tosty (mój standardowy zapychacz, kiedy jestem sama w domu), nie chciało mi się też wznosić na wyżyny moich kulinarnych zdolności. I właśnie wtedy przypomniałam sobie o kanapkach z Cafe Kindkys - takich dużych, sycących, w pysznych, chrupiących bułeczkach. Weszłam więc do sklepu po ziarna dyni, bo - nie wiedzieć dlaczego - zapragnęłam je mieć na wierzchu mojego pieczywka. Wróciłam do domu, zagniotłam ciasto, pozwoliłam mu urosnąć, uformowałam bułki - i już, gotowe. Wyszły pyszne! Z wierzchu chrupiące, w środku mięciutkie, zniewalająco pachnące cebulką. Cudnie przypieczone, idealnie nadawały się do piętrowych kanapek. 

Moje bułki w zasadzie są bułami - jedna starcza za śniadanie lub obiad czy też kolację. Odpowiednio nafaszerowana dodatkami - pomidorkiem, ogórkiem, świeżymi liśćmi szpinaku i remoladą (tak, zaczęłam ją jeść, frytek z ketchupem już sobie nie wyobrażam) - smakuje po prostu bosko. Szczególnie taka jeszcze cieplutka...
Oczywiście możecie przygotować osiem mniejszych, co absolutnie nie wpłynie na walory smakowe.

Ogólnie to szukałam bułeczek z dodatkiem dymki, ale jakoś nie mogłam trafić na odpowiedni przepis. Ten to mocno zmodyfikowana receptura z książki Pieczenie chleba w domu Gertrud Weidenger i Marie-Theres Wiener. Tak właściwie to jest niezwykle luźna inspiracja, bo pozmieniałam dodatki, proporcje, a nawet czas pieczenia. Oryginalne też kiedyś wypróbuję - na zdjęciu prezentują się wyjątkowo apetycznie.

Bułki z dymką i ziarnami dyni


Składniki:
(na 4 duże bułki)
  • 300 g mąki pszennej
  • 7 g suszonych drożdży
  • 200 ml letniego mleka
  • 1/2 łyżeczki cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g masła
  • 2 cebule dymki

dodatkowo:
  • 2 łyżki mleka
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g ziaren dyni

Masło rozpuścić i przestudzić.
Mąkę przesiać do miski, wymieszać z drożdżami, solą i cukrem. Wlać mleko, połączyć składniki. Dodać masło, zagnieść gładkie, nielepiące się ciasto.
Dymkę pokroić razem ze szczypiorem, dodać do ciasto. Wyrobić, żeby równomiernie rozprowadzić cebulę w cieście.
Odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na 1-1,5 godziny.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz zagnieść, podzielić na cztery równe części. Uformować akrągłe bułeczki, odstawić do wyrośnięcia na 30 minut.

Wyrośnięte bułeczki posmarować mlekiem wymieszanym z solą, posypać ziarnami dyni.

Piec w 200 st. C. przez 25-30 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


A teraz... Teraz chyba pójdę się zdrzemnąć. Dziwna duńska pogoda doprowadza mnie do pasji - rano chłodno, za godzinę pada, deszcz przechodzi w burzę, żeby po chwili znów świeciło słońce. Ciśnienie skacze jak szalone i sprawia, że nie chce mi się nic - a powinnam chociaż troszkę posprzątać (jutro już mam wolne, więc rano się wyśpię i postaram się zrobić coś pożytecznego). Mam nadzieję, że przyszły tydzień będzie udany - a przynajmniej nie zupełnie paskudny...

czwartek, 2 sierpnia 2012

Lepsza książka?

Już dawno o książkach nie pisałam. Wszystko dlatego, że ugrzęzłam przy jednej, a naprawdę bardzo, bardzo chciałam ją skończyć (bo wiecie, jak to jest: nieskończona pozycja przypomina o sobie w najmniej odpowiednich chwilach, dręczy wyrzutami sumienia i nie pozwala skupić się na czytadle aktualnym). W końcu dzisiaj się udało - wracałam do domu autobusem (C. jest mi winien przynajmniej jakiegoś badylka, bo było to z mojej strony całkiem spore poświęcenie), a rzeczona książka jeździ w torbie razem ze mną (specjalnie dla niej nie noszę mojej maleńkiej torebeczki). Znaczy się jeździła, bo teraz idzie na półkę. 

Lepszy świat Marty Zaraskiej wyciągnęłam z pudła zupełnie przypadkowo, jak większość książek, które ostatnio czytam. Skoro los chciał, abym się z nią zapoznała, nie zamierzałam dyskutować. Jednak trochę narzekałam, kiedy zaczęłam się nudzić...

Bohaterem Lepszego świata jest Paweł - niespełna trzydziestoletni dziennikarz, jeszcze na tyle niedoświadczony, żeby nie mieć ustalonej pozycji. Pracuje w Wielkiej Prestiżowej Gazecie, jednak nie do końca go ta praca satysfakcjonuje. Zazdrości Maćkowi - najlepszemu kumplowi, a jednocześnie współlokatorowi - który ciągle jest zajęty, bez przerwy opracowuje nowe strony internetowe, szuka wyzwań, zapomina się w kolejnych projektach. Gdy Paweł poznaje Grześka, niepozornego chłopaka aktywnego politycznie, zaczyna się zmieniać. Bierze udział w spotkaniach, protestach, też chce zmienić świat na lepszy. W międzyczasie traci pracę, gdyż zbyt jest zajęty, żeby pisać. Ukochana dziewczyna zdradza go, po czym odchodzi bez słowa. Paweł próbuje się w tym wszystkim odnaleźć, zrozumieć, co jest dla niego najważniejsze, dowiedzieć się, jak właściwie zmienić ten świat.


Co mogę powiedzieć o tej książce? Właściwie nie umiem jednoznacznie powiedzieć, czy jest warta uwagi. Z jednej strony historia młodego chłopaka, z którym - podejrzewam - mogłoby się zidentyfikować wielu jemu podobnych. Ot, codziennie życie, zwykłe troski, poszukiwanie siebie - młodzi ludzie muszą przez to przejść, zanim znajdą swoje miejsce. Wszystko osadzone w bliskich nam realiach - może się spodobać. Ja jednak się nudziłam - od Pawła dzielą mnie lata świetlne, i czytanie o jego borykaniu się z problemami, z których część ma na własne życzenie, nie zafascynowało mnie. Poza tym ten typ prowadzenia narracji nie jest mi najbliższy - choć muszę przyznać, że im dalej, tym lepiej. Albo po prostu się przyzwyczaiłam. W każdym razie mniej więcej w dwóch trzecich przestało mnie to irytować.

Sami musicie zdecydować, czy macie ochotę sięgnąć po Lepszy świat - moim zdaniem jest wiele dużo ciekawszych, lepiej napisanych powieści. Tej brakuje tego czegoś - trudno definiowalnego - co sprawia, że w książce można się zatracić. Tej nie czytałam z wypiekami na twarzy, nie myślałam o niej, dopóki w autobusie nie wyciągałam jej z torby. Nie wywarła na mnie piorunującego (ani w sumie żadnego) wrażenia. Może po prosu nie trafiła w mój gust. Nie wiem. Sprawdźcie sami, czy Wam się spodoba.

Lepszy świat
Marta Zaraska
Wydawnictwo Książkowe Twój Styl
Warszawa, 2004

wtorek, 31 lipca 2012

Prosto, owocowo. Pysznie

Dziś przepis banalnie wręcz prosty, bez absolutnie żadnego odkrywczego elementu. Ale właśnie na coś takiego miałam ochotę - bez udziwnień, tradycyjna receptura, która w pełni uwydatni walory smakowe rabarbaru. Bo, moi drodzy, właśnie rabarbar kupiłam ostatnio, kiedy wybrałam się do sklepu po agrest. Zielonych kuleczek nie było, za to na ich miejscu pyszniły się różowe łodygi. Nie mogłam odmówić sobie tej przyjemności! Kupiłam opakowanie i z uśmiechem od ucha do ucha powędrowałam na autobus, a z torebki wystawały mi łodyżki, pod koniec lipca prawie już nieosiągalne. 

Rano oddaliśmy autko do mechanika, a później C. pojechał zawieźć Juliusa na ostry dyżur, bo biedak tak nieszczęśliwie zeskoczył z regału, że uszkodził sobie stopę. Na szczęście nic nie złamał. W każdym razie w związku z tym, że zostałam sama w domu, postanowiłam zrobić użytek z rabarbaru (czas najwyższy!). Miałam w głowie tartaletki, jednak z czystego lenistwa zrobiłam jednak jedną większą tartę. Nie jakąś ogromną - po pierwsze rabarbaru nie miałam aż tak wiele, po drugie blaszka o średnicy 28 cm jest dla nas za duża. Porcja z 20centymetrowej sprawdzi się na naszą dwójkę zdecydowanie lepiej.

Inspiracji szukałam w Ciastach wydanych przez Świat Książki, jednak tak naprawdę nic tam nie znalazłam. Niby przepis na kruche ciasto, ale tak pozmieniałam proporcje, że z oryginałem nie ma już nic wspólnego. Reszta to już w ogóle inwencja twórcza własna, bo tarty z rabarbarem takiej jak chciałam nie było ani w tej książce, ani w żadnej innej, w której szukałam. Zadziałałam więc tak jak mi instynkt podpowiadał - i wyszły pyszności! Spód jest niesamowicie kruchy i ani trochę nie rozmiękł (dzięki białku, które odizolowało sok z rabarbaru i kaszce, która część tegoż soku wchłonęła), nadzienie jest kwaśno-słodkie i soczyste, choć kawałki rabarbaru zachowały swój kształt, zamiast się rozpaść. Wygląda, jak wygląda - kratka nie jest idealna, brzegi mi się troszkę pokruszyły, ale co z tego, skoro smakuje wybornie...?
Pochwała prostoty.

Tarta rabarbarowa z kratką



Składniki: 
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)

kruche ciasto:
  • 130 g mąki pszennej
  • 30 g mąki ziemniaczanej
  • 25 g cukru
  • 85 g zimnego masła
  • 1 jajko

nadzienie:
  • 350 g rabarbaru
  • 25 g cukru
  • 1 łyżka kaszy manny

dodatkowo:
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mleka
  • 1 łyżka cukru perłowego

Mąki przesiać do miski, wymieszać z cukrem. Dodać masło, posiekać. Wbić jajko, zagnieść szybko gładkie ciasto.
Schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 2-3 mm, wyłożyć do formy wysmarowanej masłem. Resztę włożyć do lodówki.

Spód podpiec w 200 st. C. przez 10 minut.
Wyjąć z piekarnika, posmarować roztrzepanym białkiem, przestudzić.

Rabarbar umyć, odkroić końcówki, pokroić w 1-1,5 cm kawałki. Wymieszać z cukrem i kaszą manną. Wyłożyć na przestudzony spód.

Resztę ciasta rozwałkować na prostokąt o grubości 2-3 mm, pociąć na paski grubości 1 cm. Ułożyć na wierzchu ciasta kratkę, dociskając ciasto do brzegów.
Wierzch posmarować żółtkiem roztrzepanym z mlekiem.

Piec w 180 st. C. 30 minut.
Ostudzić.
Posypać cukrem perłowym.

Smacznego!


Jeśli nie macie rabarbaru - taka tarta sprawdzi się z każdymi owocami - śliwkami, malinami, jabłkami, morelami... Z czym tylko chcecie. Na wierzchu zamiast kratki może być kruszonka albo beza. Taka tarta, gdzie mamy praktycznie tylko kruche ciasto i owoce, doskonale uwydatnia ich smak i... Tak, to jest smak lata. I dzieciństwa, kiedy to takie właśnie proste smaki królowały w kuchni Babci. Najpyszniejsze. Polecam!

niedziela, 29 lipca 2012

Słodko-kwaśne pieczenie resztkowe

Już kiedy piekłam tartaletki z agrestem wymyśliłam, że z resztą owoców upiekę muffinki. Szybkie, proste, a nic się nie zmarnuje. Chcąc uzupełnić zapas agrestu wybrałam się do sklepu, a tam... Wszystko, tylko nie agrest. I nie porzeczki, bo na nie też miałam chrapkę. I co biedna miałam zrobić...? Kupiłam... A właściwie to nie powiem, co kupiłam. Coś, czego zupełnie nie spodziewałam się znaleźć. Coś, co uwielbiam. Też kwaśne, idealne do wypieków. Już niedługo pokażę Wam, co to takiego, i w czym wylądowało. Póki co - wróćmy do agrestu. 
C. w pracy, a ja doszłam do wniosku, że to już czas najwyższy resztkę owoców wykorzystać. Najpierw myślałam o muffinkach z bezą, która idealnie się z agrestem komponuje, ale... Tartaletki były z bezą, więc może lepiej co innego...? Pomyślałam o cieście, które piekłam w zeszłym roku - połączenie agrestu i marcepanu bardzo mi się spodobało. Ponieważ mam paczuszkę marcepanu na wyjątkowe okazje, nie zawahałam się jej użyć. I muszę powiedzieć, że bardzo dobrze zrobiłam. Smaki słodki i kwaśny idealnie się uzupełniają i tworzą wyśmienitą całość. A wszystko otulone jest mięciutkim, pysznym ciastem. W dodatku przygotowanie tych muffinek to raptem chwilka roboty, pół godziny w piekarniku i można się zajadać (ja się muszę powstrzymywać, żeby dla spracowanego C. coś zostało).

Ogólnie to się do tych muffinek zabrać nie mogłam dzisiaj. Wszystko przez to, że w domu ani kropli mleka, a mi się tak strasznie do sklepu iść nie chciało... W końcu przypomniałam sobie o poprzednich, z jagodami, które przygotowałam na bazie creme fraiche. Akurat miałam opakowanie w lodówce, więc dlaczego nie...? Bazowałam na tym samym przepisie co ostatnio, z książki 1 mix, 100 muffins Susanne Tee, jednak zmniejszyłam proporcje suchych składników o połowę, dodałam tyle płynu, żeby nadać ciastu odpowiednią konsystencję (dość gęstą, ale to nic nie szkodzi - rosną wzorcowo), od siebie dorzuciłam marcepan - i są - moje słodkie maleństwa. Ciężko się od nich oderwać, szczególnie, gdy są jeszcze ciepłe...

Marcepanowe muffinki z agrestem na creme fraiche


Składniki:
(na 9 sztuk)

suche:
  • 170 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 35 g cukru
  • 80 g marcepanu

mokre:
  • 2 jajka
  • 200 g creme fraiche (18%)
  • 45 ml oleju
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

dodatkowo:
  • 85 g agrestu

Agrest umyć i poodcinać końcówki. Marcepan zetrzeć na tarce o drobnych oczkach.

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z proszkiem, solą, cukrem i marcepanem. W drugiej misce roztrzepać jajka, wlać creme fraiche, olej i ekstrakt, wymieszać.
Wlać płynne składniki do suchych, wymieszać do połączenia składników. Wsypać agrest, wymieszać.

Masę równomiernie rozłożyć do foremek wyłożonych papilotkami.

Piec 25-30 minut w 180 st. C.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Dzisiaj pierwszy raz od wieków niemal spóźniłam się do pracy. Budzik nastawiony na 5:45, jednak jakimś cudem, zupełnie nieświadomie, zamiast drzemki wcisnęłam wyłącz. O 6:22 otworzyłam zaspane oczka, o 6:33 wychodziłam z łazienki, a o 6:55 byłam już w biurze gotowa do działania. Już dawno nie wykonałam tak ekspresowego makijażu i nie piraciłam na drodze. Cóż, wypadki chodzą po ludziach. A C. oczywiście się ze mnie śmiał...

Ostatnio też regularnie się uszkadzam i zaczynam się lekko obawiać, że niedługo któregoś pięknego dnia wykrwawię się na śmierć. Najpierw przejechałam sobie wagonem po stopie (nadal boli), później ciachnęłam palec przy myciu noża, następnie inny palec wsadziłam między jedne a drugie drzwi (dobrze, że nikt mnie nie słyszał, bo używałam wielu słów w kręgach kulturalnych uważanych za co najmniej niestosowne), w dodatku ostatnio się troszkę opaliłam i mnie plecy bolą (mieliśmy dokładnie pięć dni pięknej, letniej pogody. Mnóstwo słonka, temperatury takie, że na ósmą rano do pracy dreptałam w szortach i aż tak bardzo nie zmarzłam. W czwartek poszliśmy na basen - było cudownie! Popluskałam się, poopalałam, i cała szczęśliwa wróciłam do domu. Dopiero potem plecki zaczęły piec...). Mam nadzieję, że pasmo nieszczęść na tym się zakończy. Przygotowując muffiny nic sobie nie odcięłam ani nie przytrzasnęłam, jestem więc chyba na dobrej drodze...

wtorek, 24 lipca 2012

Rozpieszczam się oliwkami

Od wczoraj pogoda nas rozpieszcza - w okolicach 25 stopni, bez deszczu, bez chmur, za to mnóstwo, mnóstwo słońca. Odbyliśmy już dwa długie spacery po lesie, gdzie, co aż dziwne, nie spotkaliśmy prawie nikogo (czyżby poniedziałek w okolicach dwunastej nie był odpowiednią porą na włóczenie się po leśnych dróżkach?). Cieszymy się każdym promyczkiem słońca nie wiedząc, czy jutro znowu nas zaszczyci swoją obecnością - tak, tak, nauczyłam się żyć z duńską zmiennością pogodową. Co najważniejsze, z pracy nie dzwonili, właśnie więc z dziką wręcz radością myślę o tym, że to już drugi wolny dzień z rzędu. Jutro od szóstej rano, ale tylko sześć godzin, więc to prawie też jak wolne. I jeszcze czwartek... Aż żyć się chce!

Ponieważ C. jednak nie ma tak dobrze i dziś wybył zarabiać na rachunki, stwierdziłam, że będę sobie dogadzać. Czym? Obiadkiem. Jest zupka, ale do zupki przydałoby się jakieś dobre pieczywko. Przeglądając książkę 120 wypieków z serii Z kuchennej półeczki zauważyłam focaccię z czerwoną cebulą i oliwkami. Oliwki uwielbiam, więc nie było się nad czym zastanawiać. Mam nadzieję, że C. też lubi - jakoś do tej pory nigdy go z oliwką nie widziałam...
Wszystko poszło bardzo sprawnie. Przy dzisiejszej temperaturze ciasto pięknie wyrosło w godzinę, później już tylko poukładać dodatki, upiec, i gotowe. I muszę powiedzieć, że w stosunku do tak niewielkiej pracy, jaką włożyłam w przygotowanie, efekt jest godny podziwu. Ciasto jest mięciutkie, lekko chrupiące z wierzchu, cebulka i oliwki nadają mu niesamowity smak. Po prostu rewelacja! Nie tylko jako dodatek do zupy, ale samo w sobie jako przekąska sprawdzi się również znakomicie.

Ciasto wyrabiałam mikserem - jest mięciutkie i sprężyste, i nawet mikser o niewielkiej mocy da sobie z nim radę. Nieco się lepi, użycie miksera znaczą więc ułatwia sprawę. Po wyrośnięciu cała lepkość znika, formowanie placuszków to już sama przyjemność. Polecam - niewielkim nakładem sił i środków można przygotować naprawdę znakomite pieczywko.

Mini focaccie z oliwkami i czerwoną cebulą


Składniki:
(na 4 sztuki)
  • 350 g mąki pszennej
  • 8 g suszonych drożdży
  • 250 ml letniej wody
  • 2 łyżki oliwy truflowej
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli

dodatkowo:
  • 100 g zielonych oliwek
  • 1 duża czerwona cebula
  • 2 łyżki oliwy truflowej
  • 2 łyżeczki suszonego tymianku
  • 1 łyżeczka soli gruboziarnistej

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z drożdżami, cukrem i solą. Wlać wodę i oliwę, zagnieść gładkie, lekko lepkie ciasto. 
Odstawić w ciepłe miejsce na 1-1,5 godziny.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 4 równe części, z każdej uformować kulę, rozwałkować na okrągłe placuszki. 
Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić do wyrośnięcia na 20-30 minut.

Cebulę obrać, pokroić w piórka, oliwki odsączyć z zalewy.

Wyrośnięte ciasto posmarować oliwą, na wierzchu ułożyć oliwki i kawałki cebuli, posypać solą i tymiankiem.

Piec w 190 st. C. przez 20-25 minut.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

Użyłam oliwy truflowej - jej delikatny smak bardzo mi tutaj pasuje. Jednak możecie użyć dowolnej - neutralnej, ale na przykład aromatyzowana chilli czy czosnkiem też świetnie się tu sprawdzą.

Celebrując leniwe popołudnie idę oddać się pochłanianiu deseru i oglądaniu serialu - ruszać będę się jutro...