czwartek, 27 października 2011

Ucieraniec. I sukces

Dzisiaj będę się chwalić. Kto mnie choć troszkę zna, a przynajmniej moje zdolności (i ich brak) kulinarne, zrozumie. Kto nie, niech przeczyta wpis chociażby o cieście agrestowym - tam jest chyba wszystko na temat mojej fobii. W skrócie - panicznie wręcz boję się ciast ucieranych. Wiem, że uchodzą za najprostsze, umie je zrobić nawet sześciolatek, a bardziej doświadczone Panie i znający się na pieczeniu Panowie robią je z zamkniętymi oczami. A ja nie potrafię! Piekę zakalce, jeden za drugim, wpadając w coraz głębszą czarną dziurę. Co jakiś czas podejmuję nowe próby, bo przecież nie wolno się poddawać. Ostatnim udanym wypiekiem był chlebek bananowy, później zaliczyłam kompletną klapę z ciastem, które piekłam już kilka razy. Cóż... 
Tym razem moje dobre samopoczucie powierzyłam gazecie Pieczenie jest proste nr 2/2011. I wiecie co...? Nie zawiodła mnie. Udało się! Ciasto wyszło dokładnie takie, jak powinno: babkowe, a więc lekko zapychające, idealne do kawy, herbaty czy mleka. Lekkie, puchate, dzięki gruszkom nie kompletnie suche, bo soczyste owoce nadają mu wilgotności i stanowią przyjemnie orzeźwiający akcent w czekoladowym niebie. Konsystencja przypomina murzynka (którego z obawy przed zakalcem nie upiekłam nigdy, a który w wielu przypadkach jest ciastem, które późniejsza genialna Pani Domu piecze jako pierwsze). Nic wyszukanego, ot, zwykłe ciasto. A ja jestem z niego dumna co najmniej, jakby przygotowała najbardziej efektowny tort! Tych też nie mam zbyt wielu na koncie, ale biszkopt mnie nie przeraża. A ucieraniec owszem. Dlatego cieszcie się ze mną - zapraszam na kawałek ciasta czekoladowego z gruszkami.

I naprawdę nie ma znaczenia, że gruszki wyglądają, jakby miały gęsią skórkę...

Czekoladowy gruszkowiec



Składniki:
(na formę o średnicy 24 cm)

ciasto:
  • 125 g miękkiego masła
  • 100 g cukru
  • 2 jajka
  • 100 g ciemnej czekolady (49%)
  • 250 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 3 gruszki
  • sok z 1/2 cytryny
  • 2 łyżki złotego syropu

Gruszki obraż, pokroić na ćwiartki, pozbawić gniazd nasiennych. Sok z cytryny wymieszać ze złotyk syropem, zalać nim gruszki i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej i ostudzić.

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Wbijać po jednym jajka, dokłądnie miksując po każdym dodaniu. Wlać czekoladę, zmiksować.
Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia. Partiami, na zmianę w kremówką, dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach.

Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia, boki posmarować masłem. Przełożyć ciasto do formy, na wierzchu ułożyć gruszki, delikatnie wciskając w ciasto.

Piec w 175 st. C. 75-80 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić w formie.

Smacznego!

Użyłam czekolady o 49procentowej zawartości kakao. Można użyć ciemniejszej, lub, jeśli ktoś lubi, mlecznej. Moim zdaniem z taką słodycz jest wyważona idealnie - ciasto jest słodkie, ale nie przesłodzone, nie jest też gorzkawe; generalnie takie, jakie lubimy najbardziej. Bałam się je kroić na ciepło (wiadomo, widmo zakalca wisiało nade mną przez cały czas pieczenia), ale myślę, że takie też smakowałoby świetnie...

środa, 26 października 2011

Troszkę halloweenowe muffinki

Pozostańmy w klimacie malutkich ciasteczek. Na sobotnie spotkanie przygotowałam również minimuffinki w drugiej wersji - też wytrawnej. Ot, tak dla urozmaicenia. Miałam w lodówce otwarty słoiczek z pesto, więc wybór nie był trudny. Wcześniej byliśmy na zakupach, i znalazłam śliczne, halloweenowe papilotki, nie mogłam więc odmówić sobie przyjemności ubrania w nie moich maleństw. Pesto nadało im zielonkawego koloru, którego niestety na zdjęciach za dobrze nie widać, ale uwierzcie - on tam jest! Przez to idealnie nadają się na przekąskę w najstraszniejszym dniu w roku. 
Muffinki wyszły bardzo smaczne - o ile ktoś lubi pesto. Orzeszki nadały im delikatnie chrupiących akcentów, do tego przyjemna, krucha skorupka i miękkie wnętrze - naprawdę szybko znikały.
Przepis, tak jak i poprzedni, podpatrzony w 1 mix, 100 muffins.

Powoli zaczynam czekać na śnieg. Kiedy widzę te szare chmury zasnuwające niebo mam wrażenie, że już zaraz powinno zacząć sypać. Wiem, że nawet jeszcze się listopad nie zaczął, ale nic na to nie poradzę! Uwielbiam, kiedy aura zmienia się z ponuro-jesiennej, na śnieżno-zimową. Świat nagle znowu staje się piękniejszy! I bardziej przyjazny... Profilaktycznie zaopatrzyłam się w ciepłe buty, więc nawet największy śnieg mi nie straszny. A te deszcze naprawdę mogą człowieka wykończyć...

Włoskie minimuffinki z pesto



Składniki:
(na 24 sztuki)

suche:
  • 175 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka soli
  • 1/2 łyżeczki pieprzu
  • 50 g orzeszków piniowych

mokre:
  • 1 jajko
  • 125 ml mleka
  • 60 ml oleju
  • 3 łyżki zielonego pesto

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać z solą i pieprzem. Orzeszki posiekać, dodać do suchych składników.
W drugiej misce roztrzepać jajko, wlać mleko, olej, dodać pesto i dokłądnie wymieszać.

Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia składników. 

Masę równomiernie wyłożyć do formy na minimuffinki wyłożonej papilotkami.

Piec w 200 st. C. przez 20 minut.
Podawać ciepłe lub zimne.

Smacznego!



Coś mi dzisiaj weny na pisanie brakuje - sama nie wiem dlaczego. Chyba ciężko po czterech długich, wolnych dniach przestawić się znów na chodzenie do szkoły i pracy. Choć oczywiście mam wrażenie, że przez te dni nie zrobiłam nawet połowy rzeczy, które miałam w planie! Nic to. Najważniejsze, że było przyjemnie i relaksująco. 

wtorek, 25 października 2011

Dzień Kundelka

Dzisiaj, proszę Państwa, mamy bardzo ważny dzień. Otóż 25 października obchodzony jest Dzień Kundelka. Moja kundelka w związku z tym dostała swoje ulubione przysmaki (szczegóły daruję), wyleguje się na kanapie zwinięta w kłębek na poduszce albo rozciągnięta na całą długość w pozycji żaby (w sensie na grzbiecie). Długi spacer sobie darujemy, bo okrutnie dzisiaj wieje, a Ptysia wiatru nie znosi. 
Także pamiętajcie dzisiaj o swoich pupilach - podrapcie trochę dłużej za uchem, rzućcie patyk kilka razy więcej. Na pewno to docenią. A jeśli nie macie swoich kundelków, to pogłaszczcie tego sąsiadowego - z pewnością się odwdzięczy się merdającym ogonem.



A teraz do rzecz, czyli ludzkiego jedzenia (nie mówię, że Ptysia się nie załapała...). W sobotę mieliśmy gości, więc chciałam coś przygotować. Na wieczorną posiadówkę najlepiej nadają się drobne przekąski, więc pierwsze, o czym pomyślałam, to muffiny. Jednak nawet one są dość zobowiązujące - trzeba się nad taką muffinką skupić, odkleić papier, uważać, żeby nie nakruszyć, bo przecież nie wypada... Ale przypomniałam sobie, że na inaugurację cały czas czeka forma do minimuffinków, a to już wygląda zupełnie inaczej... W sam raz na raz, malutkie, zgrabniutkie, wyglądają ślicznie i smakują świetnie. Przepis znalazłam w 1 mix, 100 muffins, no bo gdzie indziej mogłabym szukać...? 

Jak widać, zdjęcie jest wręcz przepełnione słońcem, ale mi to pasuje, bo nie wiem, kiedy znowu trafi się taki dzień. Póki co niebo szare, zachmurzone, grozi deszczem niestety. Za to w domu kubek ciepłej herbaty, i nie straszne mi nawet największe burze.

Minimuffinki z pietruszką i słonecznikiem



Składniki:
(na 20 sztuk)

suche:
  • 170 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka soli
  • 1/2 łyżeczki pieprzu
  • 2 łyżeczki suszonej natki pietruszki

mokre:
  • 1 jajko
  • 125 ml mleka
  • 60 ml oleju

dodatkowo:
  • 25 g pestek słonecznika

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wsypać sól, pieprz i pietruszkę, wymieszać.
Jajko roztrzepać, wlać mleko i olej, wymieszać.

Wlać mokre skłądniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia składników.
Ciasto przełożyć do formy na minimuffinki wyłożonej papilotkami. Wierzch posypać pestkami słonecznika.

Piec 20 minut w 200 st. C.
Podawać ciepłe lub ostudzone.

Smacznego!

Hmm... Ja wiem, że to dziwne, że przepis jest na 20 sztuk. Ale to dlatego, że oryginał był na 12 standardowych babeczek, więc pomyślałam, że jak podzielę na pół, to mi wyjdą 24 małe. Jakoś nie pomyślałam o tym, że skoro w oryginale dodaje się jeszcze krewetki, a ja je pominę, to wyjdzie mi mniej masy... Ech... Tak czy inaczej - naprawdę smaczne są.

poniedziałek, 24 października 2011

Piękno rzeczy niedoskonałych

Kiedy zobaczyłam, jak dawno nie było u mnie sernika, aż się wystraszyłam! To znaczy były serniki, smaczne nawet, ale... Na zimno... A dobrze wiecie, że jednak jestem fanką tych pieczonych. W związku z tym, wiele nie myśląc, zabrałam się za szukanie przepisu. W Cheesecakes baked and chilled The Australian women's weekly znalazłam bazę idealną. Kupiłam wcześniej świeże figi, i potrzebowałam czegoś, co się odpowiednio zgra z ich smakiem.
W tym miejscu muszę nadmienić, że świeże figi jadłam drugi raz w życiu, i choć zrobiły na mnie nieco lepsze wrażenie, nadal nie są moimi faworytami. Zdecydowanie bardziej odpowiadają mi suszone, a te jakieś takie... Bez wyrazu... Może kiedyś będę umiała się nimi zachwycić, póki co, zostawię je na sklepowych pólkach dla innych amatorów. A ja spróbuję znowu - za rok.

Wracając do sernika - chciałam, żeby był kremowy i mazisty, bo jakoś właśnie taki wyobrażałam sobie w połączeniu z figami. Ten jest dokładnie taki! Typowy, amerykański cheesecake. Pyszny! Do tego delikatny aromat pomarańczy, który świetnie się z całością komponuje. A owoce? Możecie użyć innych, i też nic się nie zdanie. Te pasowały, ale nie wpłynęły znacznie na walory smakowe. Ot, figi...

I jeszcze jedno - sernik wyglądem nie powala, choć specjalnie piekłam go w kąpieli wodnej, bo bałam się, że popęka. I co? Popękał i tak! Nie mam bladego pojęcia, dlaczego. Widocznie już taki jego urok. Nie przeszkadza to jednak wcale cieszyć się smakiem. Może nie jest piękny, z pewnością niedoskonały wizualnie, ale co z tego, skoro zjedliśmy go z apetytem, nie przejmując się wielkością porcji...?

Sernik ze świeżymi figami



Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

spód:
  • 245 g ciastek digestive
  • 115 g masła

masa serowa:
  • 800 g serka kremowego
  • 160 g cukru
  • skórka otarta z 2 pomarańczy
  • 60 ml soku z pomarańczy
  • 3 jajka
  • 180 g kwaśnej śmietany (18%)

dodatkowo:
  • 4 świeże figi

Ciastka dokładnie pokruszyć. Masło ropzuścić i przestudzić. Wlać do ciastek, dokładnie połączyć.
Spód tortownicy wyłożyć folią aluminiową.
Masę ciasteczkową dokładnie ugnieść na spodzie tortownicy, schłodzić w lodówce w czasie przygotowywania masy serowej.

Serek, cukier i skórkę zmiksować na puszystą, gładką masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Dodać śmietanę, zmiksować krótko, wlać sok, zmiksować tylko do połączenia składników.

Figi pokroić na 3-4 mm plastry, ułożyć na wierzchu uważając, żeby nie zapadły się w masę.

Piec 75 minut w 130 st. C. w kąpieli wodnej.
Wystudzić w piekarniku z lekko uchylonymi drzwiami, następnie schłodzić w lodówce przez minimum 3 godziny.

Smacznego!



Abstrahując od fig z sernikiem - remont dachu posuwa się naprzód. Na balkonie mam sterty starych dachówek, Panowie od czasu do czasu pukają mi w okna, a dosłownie przed chwilą jeden spytał, czy może pomierzyć parapet od środka... Nawet zdjął trampki przed wejściem. 
I choć bywa to zabawne, to mam nadzieję, że skończą jak najszybciej - doprawdy dziwne jest wykradanie się z własnego łóżka, kiedy kilku obcych gości się gapi...

czwartek, 20 października 2011

Niekonwencjonalna drożdżówka

Zanim przejdę do meritum, czyli ciasta, chciałabym opowiedzieć o ostatniej rozmowie z moją Mamą... Niby nic, a jednak... 
Zadzwoniłam tak sobie, bo dawno nie gadałyśmy, a przy okazji postanowiłam zadać nurtujące mnie od dwóch dni pytanie:
Mamo, jak się robi sałatkę ziemniaczaną? 
Chłopaki wymyślili, że będziemy robić, a jakoś tak się dziwnie złożyło, że jeszcze nie miałam okazji... Z grubsza wiem, co i jak, ale liczyłam na konkretne wskazówki. Cóż...
Jaką sałatkę ziemniaczaną?
No normalną, taką jak zawsze robisz...
Ja nie robię żadnej sałatki ziemniaczanej.
No jak to nie? Na Święta zawsze, taką zwykłą, no...
Aaa! Nie ziemniaczana, tylko jarzynowa!
Taa... Eureka! 
Niech będzie jarzynowa. Nie ważne. To co tam wkładasz?
No, ziemniaki...

Uwielbiam moją Rodzicielkę. Jest niesamowita po prostu! Chyba nikt inny tak nie potrafi, serio.

Przepisu na sałatkę nie będzie, bo po pierwsze każdy wie, a po drugie i tak robiłam na oko. Cóż, takie spaczenie... Będzie za to o cieście drożdżowym, któremu jednak chyba dość daleko do tradycyjnej drożdżówki. Zaczęło się od tego, że Brat zakupił całe mnóstwo winogron, które okazały się być, powiedzmy, średnio zjadliwe. Nie, że kwaśne, ale jakieś takie... Mało winogronowate. Wyrzucić szkoda, na jedzenie chętnych brak... Przypomniałam sobie, że kiedyś widziałam przepis na jakieś ciasto z winogronami właśnie... O dziwo, był w pierwszej gazecie, po którą sięgnęłam, mianowicie Pieczenie jest proste, nr 2/2011. Nie wydawało się zbyt skomplikowane, więc zabrałam się do pracy.
Ciasto jest troszkę lepkie, więc przy rozwałkowywaniu dość obficie trzeba podsypać mąką. Jest też bardzo delikatne i łatwo się rwie, trzeba więc wykazać się wyczuciem przy przenoszeniu na blachę. Poza tym jest banalnie proste i zaskakująco smaczne! Nigdy nie jadłam winogron poddanych obróbce cieplnej, i muszę przyznać, że jak najbardziej przypadły mi do gustu. W przepisie podano, żeby użyć owoców bez pestek - moje pestki miały, ale w niczym one nie przeszkadzały - nie były ani gorzkie, ani twarde. Ot, pstrykały między zębami, trochę jak mak.

I choć ciasto nie wygląda zbyt imponująco, znika zaskakująco szybko. Najlepszy pierwszego dnia - później spód nieco rozmięka od winogron, jednak nie jest to duży minus. Warto spróbować - zawsze to coś innego niż klasyczna drożdżówka...

Placek drożdżowy z winogronowym nadzieniem


Składniki:
(na blachę 30x35 cm)

ciasto:
  • 350 g mąki pszennej
  • 15 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniej wody
  • 50 ml oleju
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżka cukru

nadzienie:
  • 1 kg bezpestkowych winogron (waga bez gałązek)
  • 65 g masła
  • 80 g cukru

Mąkę przesiać do miski. Drożdże rozpuścić w połowie wody, wymieszać z cukrem. W mące zrobić dołek, wlać rozczyn i odstawić na 15 minut w ciepłe miejsce.

Po tym czasie dodać sól i resztę wody, zagnieść. Wlać olej, wyrobić gładkie ciasto.
Odstawić w ciepłe miejsce na 1 godzinę, do podwojenia objętości.

Masło z cukrem delikatnie skarmelizować. Kiedy karmel nabierze bursztynowej barwy, wsypać winogrona i podsmażyć przez 1-2 minuty, aż karmel dokładnie oblepi owoce.
Wystudzić.

Wyrośnięte ciasto podzielić na pół, każdą część rozwałkować na prostokąt 30x35 cm. Pierwszy ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wyłożyć równomiernie winogrona, przykryć drugim. Dokładnie skleić boki, wierzch ponakłuwać widelcem.

Piec w 175 st. C. przez 40-45 minut.

Podawać ciepły lub zimny.

Smacznego!

Te kolorowe paseczki w tle to część kompletu, który dostałam od Czarnej z okazji przeprowadzki. Dziękuję! Jest piękny, i bardzo fotogeniczny.

środa, 19 października 2011

Bardzo nieskomplikowana rzecz

Dzisiejszy post - słowo harcerza! - będzie zdecydowanie krótszy. 
Ciasto, przepisem na które chcę się dzisiaj z Wami podzielić, przygotowałam z myślą o piątkowym gościu (dzięki wielkie, w końcu mamy światło!). Musiało być dość szybkie, no i składniki niezbyt skomplikowane, żebym do sklepu iść nie musiała. Na regale znalazłam Czekoladę z serii Z kuchennej półeczki, i po prostu po kolei czytałam listy składników. Kiedy już jakaś mi podpasowała, okazywało się, że przepis wymaga długiego chłodzenia ciasta przed lub po upieczeniu, lun innych niemożliwych w danym momencie rzeczy. W końcu trafiłam na wieniec morelowy - i to było to! Co z tego, że suszonych moreli moje nowe mieszkanie jeszcze nie widziało? Kto by się przejmował takimi drobiazgami! D. uwielbia rodzynki, więc ta drobna zmiana i tak wyszła tylko na plus. W oryginale była też mowa o ciemnej czekoladzie, ale z racji poprzedniego wypieku i niedoboru cukru w organizmach moich Panów, zamieniłam ją na mleczną.

Ciasto w przygotowaniu jest szybkie i banalnie proste, nadzienie to chwila w tak zwanym międzyczasie. Później już tylko pieczenie, i jemy... Pyszne na ciepło, ale też wystudzone. Kilka kawałków zachowało się do niedzielnej wycieczki, i nadal smakowało świetnie. Ogólnie jestem pod wrażeniem - chwila roboty, a taki efekt! W dodatku wygląda świetnie - oryginalnie i... Jakby było bardzo pracochłonne. Polecam!

Wieniec z rodzynkami



Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

ciasto:
  • 500 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 85 g zimnego masła
  • 60 g cukru
  • 2 jajka
  • 150 ml mleka

nadzienie:
  • 150 g drobnych rodzynek
  • 100 g mlecznej czekolady
  • 25 g masła

dodatkowo:
  • 2 łyżki mleka

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia. Posiekać z masłem, a następnie dokładnie rozetrzeć palcami. Wsypać cukier, wymieszać. Wlać roztrzepane jajka i mleko, zagnieść gładkie ciasto (jakby za bardzo się kleiło, można odrobinę podsypać mąką).

Rodzynki namoczyć w gorącej wodzie, czekoladę dość drobno posiekać.

Ciasto rozwałkować na kwadrat o boku 35 cm, delikatnie podsypując mąką. 
Masło rozpuścić, posmarować ciasto. Równomiernie wyłożyć nadzienie, zawinąć w ciasny rulon. 
Pokroić na kawałki o grubości 2,5 cm.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, boki cienko posmarować masłem. Ułożyć kawałki ciasta w wianuszek tak, żeby na siebie zachodziły.
Wierzch posmarować mlekiem.

Piec 30 minut w 180 st. C.
Podawać ciepłe lub wystudzone.

Smacznego!

Wczoraj pogoda dostała bzika - z rano szaro, deszcz lał, jakby chciał wypadać się cały, później słonko, żeby za chwilę znowu wszystko zmoczyć. Cóż, zaczynam czuć, że jestem w Danii...

wtorek, 18 października 2011

Kopalnia, piasek i... Rolada

Uff... W końcu mam chwilkę, żeby wystukać posta. Niedzielę calutką spędziłam poza domem, wczoraj po pracy wybraliśmy się na zakupy, i też jakoś czasu zabrakło.
Zakupy zakupami, jakie są, każdy wie. Natomiast niedzielna wycieczka na długo zapisze mi się w pamięci jako niezwykle udane i fascynujące doświadczenie. Wielki buziak dla Dużego za zorganizowanie tego wszystkiego i kilkukrotne wprawienie mnie w niemy zachwyt.

Zaczęło się od tego, że mając w planie wolny weekend stwierdziłam, że należy coś z tym zrobić. Póki pogoda dopisuje nie ma co siedzieć w domu, bo na to czas jeszcze będzie. Postanowiliśmy więc pojechać na zachód, czyli nad Morze Północne. Pospacerować po plaży, zobaczyć, co tam ciekawego mają. Ruszyliśmy całkiem wcześnie, czyli po dziewiątej, i kiedy dotarliśmy na miejsce, byłam, szczerze mówiąc, lekko zdziwiona - morza nie widać, jest za to brama z olbrzymim nietoperzem. Hmm... Okazało się, że D. zabrał mnie do starej kopalni wapienia! Z sześćdziesięciu kilometrów korytarzy dla turystów otwarte są dwa, przy czym są genialnie wręcz oświetlone, i naprawdę robią wrażenie. Od czasu do czasu są organizowane różne akcje, typu poszukiwanie nietoperzy, kiedy otwierane są inne części kopalni. Na co dzień jednak jest, to co jest, przy czym nie ma przewodnika i można chodzić tymi labiryntami, jak się człowiekowi podoba! Poza tym można pooglądać sery... Pewna znana duńska firma tam właśnie trzyma te długo dojrzewające. Zapach, jest, hmm... Bardzo serowy.
Poza kopalnią jest niewielkie muzeum, można też spacerować w okół i podziwiać niesamowite widoki. Jedyne, czego żałuję, to że zapomnieliśmy aparatu. Jednak było tak wspaniale, że wybierzemy się tam jeszcze kiedyś z pewnością, i wtedy już obowiązkowo będziemy robić zdjęcia.

Jest jeszcze jeden niby drobiazg, który sprawił, że Mønsted tak bardzo przypadło mi do gustu. Czy to do muzeum, czy do kopalni, wszędzie można wejść z psem! Jest to dla mnie bardzo ważne, bo na tak długie wycieczki muszę po prostu Ptysię zabierać ze sobą, i dużym utrudnieniem jest fakt, że w Polsce w wielu miejscach jest zakaz wprowadzania psów. W Danii mają do nich zdecydowanie lepszy stosunek.

Dla wszystkich zainteresowanych: oto link do strony kopalni w Mønsted. Jeśli kiedyś będziecie w okolicy - bardzo polecam. Gwarantuję niezapomniane wrażenia!

Cóż, to nie koniec atrakcji, które przygotował dla mnie D. Przejechaliśmy wzdłuż wybrzeża, zatrzymując się, żeby wdrapać się na wydmy i popodziwiać morze, a później w Hvide Sande, czyli po prostu Białych Piaskach - miejscowości turystycznej, w której akurat odbywał się festiwal wędkowania. Wszędzie więc, mniejsi i więksi wędkowali, rozmawiali o wędkowaniu, szli wędkować, lub z wędkowania wracali. Mnie osobiście niezbyt to interesuje, ale widać było, że festiwal ma wielu zwolenników.
Nas zafascynowały bunkry, które można było dokładnie obejrzeć od zewnątrz i od środka, a także Festiwal Rzeźb Piaskowych, który odbywa się w Søndervig, niedaleko Hvide Sande. Tym razem niestety nie udało nam się załapać na zwiedzanie (było już za późno), ale z zewnątrz widzieliśmy niesamowite rzeźby. W przyszłym roku, na mur beton, tam będziemy. Takie kolosy z piasku są po prostu zachwycające! Dla zainteresowanych oczywiście strona piaskowych rzeźb. Również polecam.

Później wróciliśmy do domu, bo po pierwsze zrobiło się ciemno, a po drugie zimno (a może odwrotnie...?)
Tak czy inaczej, wycieczkę uważam za bardzo, bardzo udaną. Jeszcze raz - dziękuję!

Teraz, jeśli jeszcze ktoś tu w ogóle jest, chciałaby zaprosić Was na roladę. Pierwszą, jaką przygotowałam. W ramach doskonalenia siebie i pokonywania lęków, postanowiłam w końcu spróbować. Przepis wyszukałam w gazetce Moje gotowanie: Ciasta: Biszkopty. Zdecydowałam się akurat na ten, bo wydał mi się dość prosty, a poza tym uwielbiam lemon curd, więc nawet jakby bardzo źle wyglądało, to i tak bym zjadła. Na szczęście, jak na pierwszy raz, wygląd jest całkiem przyzwoity. Biszkopt ładnie się zwinął, nadzienie nie wypłynęło, więc wszystko było, jak należy. Jedyne, do czego moi Panowie mieli zastrzeżenia, to właśnie ten cytrynowy smak... Dla nich ciasto było nieco za kwaśne, ale podane ze słodką bitą śmietaną grzecznie jedli, więc aż tak złe chyba jednak nie było... Według mnie kwaśno-słodkie w sam raz, ale jak już wspomniałam, jestem fanką cytrynowego do bólu kremu... 
Ciasto jest szybkie i, wbrew pozorom, naprawdę proste. Przygotowanie i upieczenie biszkoptu to moment, krem też wiele czasu nie zajmuje, przełożenie to sama przyjemność - i tylko poczekać trzeba, aż się schłodzi... Ale do tego potrzeba tylko odrobiny silnej woli, więc sądzę, że każdy da radę.
Także, jeśli boicie się rolad, uwierzcie - to nic trudnego! Trzeba się tylko przełamać.

Rolada cytrynowa z mascarpone



Składniki:
(na blachę z piekarnika 40x35 cm)

ciasto:
  • 60 g mąki
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 6 jajek
  • 80 g cukru
  • 2 łyżki cukru pudru

krem:
  • 3 cytryny
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 200 g cukru
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżka oleju
  • 250 g serka mascarpone

nasączenie:
  • 3 łyżki likieru cytrynowego
  • 3 łyżki wody

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać ze skórką cytrynową. Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami wsypując cukier. Po jednym wbijać żółtka, dokłądnie miksując po każdym dodaniu. Partiami wsypywać mąkę, delikatnie miksując na najniższych obrotach.
Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Delikatnie rozsmarować masę.

Piec 12-14 minut w 190 st. C.

Gorące ciasto przełożyć na obsypaną cukrem pudrem czystą ścierkę, luźno zawinąć wzdłuż dłuższego boku.
Ostudzić.

Skórkę i sok z cytryn, żółka i jajka, cukier oraz mąkę ziemniaczaną umieścić w rondelku. Doprowadzić do wrzenia, gotować przez 2 minuty, ciągle mieszając. Wlać olej, gotować jeszcze kilka minut do zgęstnienia kremu. 
Jeśli zrobiły się grudki, przetrzeć przez gęste sito lub zmiksować blenderem na gładko.
Wystudzić.

Ciasto rozwinąć, nasączyć likierem wymieszanym z wodą. 
Krem cytrynowy dokładnie wymieszać z mascarpone, a następnie rozsmarować na cieście, zostawiając około 2 cm nieposmarowanych od brzegu. Zawinąć roladę, schłodzić w lodówce przez przynajmniej cztery godziny.

Smacznego!


Strasznie długaśny post mi wyszedł, ale po prosu musiałam się z Wami podzielić wrażeniami z wycieczki. No i pochwalić się tą pierwszą roladą... Tak mi się to rolowanie spodobało, że już szukam przepisów na kolejne!