niedziela, 16 października 2011

Moje miasto nocą

Dzisiaj tylko kilka słów. Jest śliczna pogoda - chłodno, ale słonecznie - więc zamiast siedzieć w domu, jedziemy na małą wycieczkę na zachodnie wybrzeże. Ot, pospacerować i nacieszyć się jesienią (póki na to pozwala...). 
W piątek po południu, zupełnie niechcący, na chwilę przysnęłam, a kiedy otworzyłam oczy, po prostu zaparło mi dech. Jestem wrażliwa na może nieco kiczowate, ale jednak urocze zachody słońca i inne tego typu widoki. Ten był wyjątkowo piękny - niesamowite kolory, zmieniające się z minuty na minutę, znikające za horyzontem słońce, a potem już tylko milion odcieni od głębokiej czerwieni do delikatnego różu. Trochę za późno sięgnęłam po aparat, ale i tak uważam to zdjęcie za całkiem udane (choć fotograf ze mnie żaden). 
Warto dla takich chwil wdrapywać się na to czwarte piętro. 



Tak wygląda moje miasto nocą, tak wygląda nocą świat. A przynajmniej późnym, jesiennym przedwieczorem.

sobota, 15 października 2011

Groch z kapustą

Za mało czytam. Jest mi wstyd po prostu, że nie mogę znaleźć czasu, żeby chociaż pół godziny dziennie posiedzieć z książką. A to to, a to tamto, i już pora spać najwyższa. Póki co, moje mocne postanowienie, że po przeprowadzce poświęcę na książki więcej czasu, spełzło na niczym. Jednak z doświadczenia wiem, że im zimniej na dworzu, im więcej pada i wieje, tym ja więcej czytam. Nie chce mi się spacerować, w ogóle nie wyściubiałabym nosa za drzwi, gdybym nie musiała. Póki co pogoda dopisuje zadziwiająco - owszem, jest chłodno, ale świeci słonko, nie wieje przeraźliwie lodowaty wiatr, zamiast ciężkich chmur białe obłoczki suną leniwie po niebie. Aż chce się żyć! Szkoda tylko, że tak szybko już jest ciemno...



W każdym razie w trakcie rozpakowywania znalazłam w jednym z kartonów Groch z kapustą, czyli baby w kuchni rozmyślania Barbary Wierzbickiej, i jakoś tak się dziwnie złożyło, że raz dwa, i przeczytałam. Książka niezbyt opasła, z wyjątkowo dowcipnym wstępem (między innymi na temat braku męskiej podzielności uwagi), zachęciła mnie do zapoznania się z jej treścią.
Nie ma tu fabuły, przygód, czy nawet bohaterów. Jest po prostu garść myśli spisanych pewnie nie tylko w kuchni przy garach, ale też w innych zakątkach mieszkania, kiedy tylko znalazła się chwila. Wierzbicka opowiada o tym, co ją cieszy, ale też co ją boli w dzisiejszym świecie. Co chciałaby zmienić, jak chciałaby zmienić, dlaczego właściwie uważa, że te zmiany są tak bardzo potrzebne. Mamy trochę o młodzieży, o inicjacji seksualnej, o kościele, o trudnej sztuce bycia rodzicem, o śmierci, polityce, wielkich ludziach.
Czyta się dobrze, szybko, choć nad niektórymi sprawami warto zastanowić się głębiej. Nie mogę powiedzieć, żebym zgadzała się ze wszystkim, momentami nawet miałam wrażenie, że autorka jakby próbuje mnie pouczać, mimo, że często zaznacza, że to tylko jej opinia. 
Wierzbicka wspomina, że rękopis przeleżał kilka lat w szufladzie, zanim ktoś zgodził się go wydać. Dzisiaj już prawdopodobnie nie szokuje, jednak kilka czy kilkanaście lat temu treść mogłaby się wydać nieco kontrowersyjna. Rozdział o dorastaniu na przykład z pewnością nie spodobałby się niejednemu katechecie... Na szczęście wydawca się znalazł, więc teraz także my możemy poznać typowe dla kobiet rozmyślania kuchenne.

Książkę uważam za wartą uwagi, choćby dla kilku mądrych zdań, dla przypomnienia sobie pewnych rzeczy oczywistych, o których w czasach zabiegania i permanentnego braku czasu tak łatwo zapominamy. Nie jest to poradnik, jak żyć, ale może uświadomić kilka rzeczy, bez których żyć jest bardzo trudno. Polecam, nie tylko babom w kuchni.

Groch z kapustą, czyli baby w kuchni rozmyślania
Barbara Wierzbicka
Wydawnictwo Piątek Trzynastego
Łódź, 2005

czwartek, 13 października 2011

Tajemnica Supermena

We wtorek udało mi się ją odkryć. Tajemnicę Supermena. Nie, nie potrafię latać, ani nie mam nadludzkiej siły. Chodzi o coś zupełnie innego.
Wydaje mi się, że każdy, kto oglądał przygody tego superbohatera, zastanawiał się kiedyś, jak to jest, że gdy tylko Clark ściągnie okulary, zakręci loczka tuż nad czołem i porządne spodnie zmieni na niebieskie rajtuzy, nikt, nawet zakochana w nim panna Lane, nie jest w stanie go poznać...? Batman na przykład zakładał chociaż coś na swoją w niektórych wcieleniach całkiem przyjemną facjatę, i mieszkańcy Gotham mieli cięższy orzech do zgryzienia. Ale Clark? No przecież jak można go było nie rozpoznać...?
Otóż można.

We wtorek byłam w szkole. Na przerwie, zupełnie przypadkiem, zobaczyłam chłopaka, który pracuje u nas w kuchni. Jak kultura nakazuje podeszłam, przywitałam się i odbyłam krótką konwersację na temat szkoły właśnie. Kolega był miły, ale... Przez kilka dłuższych chwil nie miał pojęcia, kim jestem! Dopiero, kiedy padła nazwa hotelu, dosłownie widziałam żaróweczkę, która się nad nim zapaliła. A w moim wyglądzie nie zmieniło się nic, poza tym, że nie miałam pracowniczej koszuli! Nie zdjęłam okularów, nie zakręciłam fantazyjnego loczka na czołem, jedyne co, to przypudrowałam nosek. I co? I wystarczyło, żeby stać się kimś innym.
Zasadniczo wydaje mi się, że to prosta psychologia - niektórych osób po prostu nie spodziewamy się w innym miejscu, niż jesteśmy przyzwyczajeni je widzieć, i kiedy wpadamy na nie w niespodziewanej sytuacji, po prostu głupiejemy. Cóż... Zmuszona jestem zwrócić honor twórcom Supermena - loczek zmienia wszystko!

Taa... No to teraz czas na przepis. Mam kilka dyniek z ogórka, i staram się je powoli zużywać. Chciałam w końcu upiec swoje pierwsze ciasto z dynią, więc szperałam i w książkach, i w sieci. I wiecie, co zauważyłam? Że w większości przepisów jako główna zaleta podawane jest, że... Smaku dyni nie czuć wcale lub prawie. Hmm... Ale dlaczego? Może i jest troszkę mdława, ale przecież w wypiekach smakuje naprawdę dobrze! Naprawdę nie rozumiem, dlaczego wszyscy tak usilnie starają się ją zamaskować. W Ciastach pikantnych i słodkich Michela Roux znalazłam recepturę, która świetnie podkreśla jej smak, wydobywa to, co w dyni najlepsze. Jej delikatny, niemal nieuchwytny smak świetnie komponuje się z bardzo kruchym ciastem, słodkimi, chrupiącymi migdałami i delikatną nutą pomarańczy. Dynię tu czuć, bo nie jest rozgotowana na mus, tylko w kawałkach, i całość jest naprawdę świetna. Bardzo mi smakowała, a i Panowie nie kręcili nosami. Polecam, nawet warzywnym niejadkom.

Tarta z dynią i prażonymi migdałami




Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 250 g mąki pszennej
  • 125 g zimnego masła
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 jajko

nadzienie:
  • 430 g obranej i pozbawionej pestek dyni
  • 100 g masła
  • 120 g cukru

wierzch:
  • 20 g kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • 40 g cukru
  • 45 g migdałów bez skórki

dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 1 łyżka mleka

Mąkę pzesiać do miski, wymieszać z cukrem i solą. Dodać masło, posiekać. Wbić jajko, zagnieść szybko gładkie ciasto. Uformować kulę, szczelnie owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Dynię pokroić w równą kostkę o boku 2 cm. Na patelni rogrzać masło z cukrem, poczekać, aż się rozpuszczą. Dodać dynię i smażyć 10-15 minut, aż nieco zmięknie. 
Ostudzić.

Ciasto cienko rozwałkować i wyłożyć nim formę do tarty. Wstawić na 20 minut do lodówki, schłodzone gęsto ponakłuwać widelcem. Następnie równomiernie wyłożyć dynię.
Resztki ciasta rozwałkować i pociąć w paski. Ułożyć na wierzchu kratkę, posmarować żółtkiem roztrzepanym z mlekiem.

Piec 40 minut w 180 st. C.

Migdały podprażyć na suchej patelni, zmiskować blenderem z cukrem i skórką pomarańczową na drobne kawałeczki. Posypać wierzch upieczonej tarty.

Podawać ciepłą lub zimną.

Smacznego!



A dzisiaj mam dzień wolny, przynajmniej do siedemnastej, i mam zamiar zaszaleć w kuchni - w końcu mam dużą blachę, i mogę spróbować przygotować roladę. Strasznie mi się podobają, i muszę, po prostu muszę spróbować przygotować własną. Mam nadzieję, że się uda... Trzymajcie kciuki.

środa, 12 października 2011

Weekend z Justinem

Po przeprowadzce nie mieliśmy jeszcze czasu, żeby sobie spokojnie usiąść i coś obejrzeć.No, poświęciliśmy chwilę na dwa odcinki serialu, ale bez odpowiedniego namaszczenia się to wszystko odbyło. Także otwarcie wieczorów filmowych uważam za wydarzenie przyszłe, do którego musimy się odpowiednio przygotować. Mam nadzieję jednak, że nastąpi zanim w końcu zdecydujemy się na zakup telewizora (na razie moi Panowie spędzają zaskakująco dużo czasu wpatrując się w ekrany w sklepach i zawzięcie debatują na temat, choć, póki co, nic konkretnego jeszcze nie ustalili). Dlatego dzisiaj chciałabym się cofnąć do czasów przedprzeprowadzkowych, i opowiedzieć o filmie, który mieliśmy okazję oglądać w towarzystwie Najlepszego Sąsiada. Nie tak dawno wspominałam o To tylko seks z Justinem Timberlake'm w roli głównej. Tym razem trafiła mu się nieco bardziej drugoplanowa i... Dziwna...? Muszę przyznać, że świetnie wykreował postać totalnego dziwadła, ale w takiej wersji pociągający nie był ani trochę.



Mówię o Złej kobiecie, w którą wcieliła się Cameron Diaz. Jej postać to osoba pozbawiona jakichkolwiek skrupułów, dążąca zdecydowanie do postawionego sobie celu - wyjścia za mąż za bogatego faceta, dzięki któremu już nigdy nie będzie musiała uczyć. Kiedy okazuje się, że jej wybranek, którego niemalże już zaciągnęła przed ołtarz, pod wpływem mamusi nagle zmienia zdanie, Elizabeth musi wrócić do znienawidzonej szkoły. Traf chce, że w tym roku nowym nauczycielem jest Scott Delacorte - porzucony, nieszczęśliwy, a przy okazji obrzydliwie wręcz bogaty. Widząc zdjęcia jego byłej, Elizabeth dochodzi do wniosku, że jak tylko powiększy sobie biust, z pewnością uda się jej zwrócić na siebie uwagę Scotta. Wszelkimi możliwymi sposobami stara się zdobywać fundusze, jednak na jej drodze staje Amy Wiewiórka - nauczycielka idealna, całym sercem oddana swoim dzieciom. Czy Elizabeth uda się osiągnąć swoje cele. Czy znajdzie prawdziwą miłość? Usidli Scotta, czy może da szansę nauczycielowi wychowania fizycznego, który nieprzerwanie zapewnia ją o swoim uczuciu i pasuje do niej bardziej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać? 
Na te pytania znajdziecie odpowiedź w Złej kobiecie właśnie.

Moje wrażenia? Szczerze mówiąc - mieszane. Z jednej strony zabawne, dobrze zagrane, choć momentami mocno przerysowane postacie, z drugiej absolutny brak zaskoczenia w przewidywalnej, momentami drętwej fabule. Wszystko zależy od gustu i nastawienia - jednym się spodoba, innym nie. Można się pośmiać, choć wydaje mi się, że nietrudni będzie znaleźć jednak lepszą rozrywkę. Obejrzałam, bawiłam się całkiem nieźle, ale raczej tego nie powtórzę. Choć scena seksu na sucho, muszę powiedzieć, zrobiła na mnie piorunujące wręcz wrażenie...

Zła kobieta
2011
reżyseria: Jake Kasdan
scenariusz: Lee Eisenberg, Gene Stupnitsky
Elizabeth Halsey: Cameron Diaz
Scott Delacorte: Justin Timberlake
Amy Squirrel: Lucy Punch
Russell Gettis: Jason Segel

wtorek, 11 października 2011

Po prostu - czekolada...

We wczorajszym poście sobie ponarzekałam, ale przynajmniej mi trochę ulżyło. Dzisiaj na osłodę dla siebie i dla Was mam coś naprawdę pysznego. Do wczoraj prezentowanej tarty potrzebowałam deseru - równie efektownego, a przy tym prostego i bez kilkugodzinnego czasu chłodzenia. Zajrzałam do nowego nabytku, jakim jest Złota księga czekolady. Muszę powiedzieć, że ta książka robi wrażenie. Gruba, ciężka, z pozłacanymi brzegami, z pięknymi zdjęciami każdej potrawy, po prostu zapiera dech w piersiach. Samo oglądanie jest już jak uczta dla zmysłów. Aż chce się iść do kuchni.

Propozycja, którą przedstawiam poniżej, to wersja nieco zmodyfikowana i uproszczona. W oryginalne mus podawany jest na pistacjowym spodzie, jednak po prostu zabrakło mi czasu. Sama masa jest bardzo prosta i szybka w wykonaniu, chyba nic nie może się nie udać. Alkohol jest konkretnie wyczuwalny, ale nadaje całości charakteru. Sądzę, że bez niego deser mógłby być nieco mdły... Spód z ciasteczek i cukru urozmaica strukturę musu i jest ciekawym zaskoczeniem. Ważny jest wybór czekolady - im więcej kakao, tym deser wytrawniejszy (zauważcie, że do masy nie dodajemy cukru). Ja wybrałam 49%, i moim zdaniem więcej byłoby przesadą. Ale oczywiście - co kto lubi. Po to przecież gotujemy sami dla siebie - żeby móc eksperymentować, i przyrządzać wszystko tak, jak lubimy najbardziej. 
Porcje są dość okazałe - myślę, że spokojnie można podzielić taką ilość musu na sześć osób, i też każdy będzie zadowolony. Można też podać deser ze świeżymi owocami - będzie mniej zamulający.

W takiej czy innej wersji - warto spróbować, bo mimo że banalnie prosty, jest pyszny!

Mus czekoladowy z Amaretto



Składniki:
(na 4 porcje)

spód:
  • 50 g ciastek digestive
  • 2 łyżki jasnego brązowego cukru

mus:
  • 325 g ciemnej czekolady (49%)
  • 125 ml mleka
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 50 ml likieru Amaretto

dodatkowo:
  • 20 g płatków migdałowych

Ciastka dokłądnie pokruszyć. Wymieszać z cukrem i równomiernie rozłożyć do czterech szklanek.

Czekoladę posiekać. Mleko zagotować, wrzącym zalać czekoladę. Gdy się rozpuści, wymieszać na gładką, jednolitą masę i zostawić do całkowitego ostygnięcia. Do ostudzonej czekolady wąskim strumieniem wlewać Amaretto, całyczas mieszając.

Kremówkę ubić na sztywno. Partiami dodawać do masy czekoladowej, delikatnie mieszając aż do całkowitego połączenia. 
Wyłożyć równomiernie do szklanek.

Płatki migdałowe uprażyć na suchej patelni, ostudzić, posypać wierzch deseru.

Smacznego!



Zapowiada się całkiem przyjemny dzień - słonko, choć nieco blade i jakby zaspane, wygląda zza horyzontu, a chmur też nieco mniej... Jesień jest już wszędzie, ale chwilami jakby było jej nas szkoda - daje się cieszyć chociaż namiastką lata. Oby jak najdłużej!

poniedziałek, 10 października 2011

Piekarnikowa inauguracja

Nareszcie! Znalazłam czas, i zaczęłam odkrywać mój nowy piekarnik. Wiatr hulając za oknami i strugi deszczu spływające po szybach zachęcają do ogrzewania kuchni ciepłem i aromatami wydobywającymi się z pieca. Poza tym miałam świetny pretekst - pierwsza oficjalna wizyta Czarnej na drinka. Chciałam, żeby było niebanalnie, ale prosto. I koniecznie z pieczarkami, które kupuję bardzo rzadko, a tym razem dostałam od Najlepszych Sąsiadów, którzy jechali do Polski i opróżniali lodówkę. Poszperałam, i zmiksowałam - przepis na kruchy spód od Michela Roux z jego Ciast pikantnych i słodkich; nadzienie, które wcale nadzieniem nie było, wzięłam z Kuchni Nigelli. I muszę powiedzieć, że spotkanie na szczycie w mojej kuchni zaowocowało naprawdę świetnym daniem - prostym, a jednocześnie efektownym, bardzo smacznym, z łatwo dostępnych składników. Sądzę, że taka tarta znajdzie wielu zwolenników - z pewnością warto ją wypróbować.

Był też deser, bardzo smaczny, ale o nim już następnym razem.

Tarta z pieczarkami i porami



Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 250 g mąki pszennej
  • 125 g zimnego masła
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 jajko

nadzienie:
  • 500 g pieczarek
  • 1 por
  • 50 g masła
  • 2 łyżeczki oleju
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku
  • 150 ml białego wytrawnego wina
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka czarnego pieprzu
  • 2 jajka
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)

Mąkę pzesiać do miski, wymieszać z cukrem i solą. Dodać masło, posiekać. Wbić jajko, zagnieść szybko gładkie ciasto. Uformować kulę, szczelnie owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Pieczarki umyć, obrać i pokroić w plastry. Por pokroić w cienkie plasterki.
Na głebokiej patelni rozpuścić masło z olejem, wsypać por i usmażyć do miękkości, około 10 minut. Dodać resztę masła, wsypać pieczarki i tymianek, dusić pod przykryciem 10-15 minut, od czasu do czasu mieszając.
Doprawić solą i pieprzem, wlać połowę wina i dusić pod przykryciem 5 minut. Zdjąć pokrywkę, walć resztę wina, smażyć, aż większość płynu odparuje. Wlać oliwę truflową, ewentualnie doprawić do smaku, przestudzić.

Ciasto rozwałkować i wyłożyć nim formę do tarty. Wstawić na 20 minut do lodówki, schłodzone gęsto ponakłuwać widelcem.

Podpiec w 190 st. C. przez 12-15 minut.
Ostudzić.

Jajka roztrzepać, wymieszać ze śmietaną. 
Na ostudzony spód wyłożyć pieczarki, zalać masą śmietanową.

Piec 30 minut w 190 st. C.
Podawać ciepłą.

Smacznego!

Ech, ludzie... Czy muszą być tacy skomplikowani...? Dlaczego Przyjaciele wyczyniają cuda, których nigdy byśmy się po nich nie spodziewali? Dlaczego nagle tak bardzo się zmieniają...?
A może nie zmieniają, tylko wyłazi z nich prawdziwy charakter? Nie wiem, nie wiem już nic. Nie wiem, co myśleć o pewnych sprawach. Nie czuję się dorosła - miewam humory, oglądam bajki, skaczę po kałużach. Ale kiedy patrzę na zachowania moich rówieśników, robi mi się słabo i zadaję sobie milion pytań. Bo jak tak można...? Jak...?! 
Wiem tak mało, a jednocześnie o wiele, wiele za dużo, żeby spać spokojnie. 
Czy kiedyś jest już za późno, żeby wydorośleć...?

piątek, 7 października 2011

Jesień w nowej kuchni

Lojalnie uprzedzam - ten post będzie przydługi. Dawno mnie tu nie było, więc mam co nieco do opowiedzenia. Po pierwsze, i najważniejsze - przeprowadzka niemal już dobiegła końca. Tak naprawdę zostały już tylko drobiazgi - zawieszenie żyrandola w salonie, kupno lampy do przedpokoju (co jest drobiazgiem niezwykle istotnym, gdyż szału dostaję, jak się wieczorem ciągle o coś w korytarzu potykam) i łóżka dla Szanownego Brata; powynoszenie na strych rzeczy niepotrzebnych. Mam mnóstwo nowych rzeczy: fotele, stół i krzesła, komody; a mój salon w końcu jest salonem - takim, gdzie można zawsze zaprosić gości, usiąść z książką w wygodnym fotelu, czy ułożyć się na kanapie... W oczekiwaniu na telewizor, który postanowiliśmy nabyć drogą kupna (prawie trzy lata mieszkania razem spędziliśmy bez tego ustrojstwa, i wcale nie tęsknimy. Ale teraz mamy miejsce, i w piątki wieczorem dużo lepiej będzie się oglądało filmy na dużym ekranie zamiast na laptopie). Jedynym problemem jest fakt, że nie możemy znaleźć śrubek, żeby przykręcić drzwi do szafy w sypialni... Póki co wszystko jest poukładane w równą kosteczkę, ale mimo wszystko chciałabym to zakryć... Może ktoś z Was ma pomysł, gdzie mogły się przed nami złośliwe śrubki schować?

Remontują dach. Chwalebne to bardzo, bo ponoć w pokoju Brata można się w czasie ulewy spodziewać mokrych plam na suficie. Kilka dni temu jednak troszkę mnie wmurowało, kiedy wróciwszy z pracy chciałam się przebrać, a za oknem czterech sympatycznych Duńczyków dyskutowało zawzięcie, od czasu do czasu zerkając wprost do mojej sypialni. Zawstydzona uciekłam do łazienki i zaczynam się zastanawiać, czy może jednak nie warto byłoby zakupić jakieś rolety...

Powoli też wracam do kuchni. Mam kuchenkę indukcyjną, na co nie zwróciłam uwagi przy oglądaniu mieszkania. Na szczęście mam komplet garnków, które chcą z nią współpracować. Resztę niestety będę musiała rozdać - a boli mnie moja ukochana patelnia do naleśników - lekko już zużyta, czerwona, najlepsza. Już mam nową, ale trochę czasu minie, zanim obdarzę ją takim samym sentymentem...
Piekarnik czeka na swoją inaugurację. Brat odgrzewał w nim mrożoną pizzę, więc mam nadzieję, że z moimi bardziej skomplikowanymi wymysłami też da sobie radę. Dzisiaj mam zamiar podjąć wyzwanie - zobaczymy, co z tego będzie. Póki co staram się w tej nowej kuchni odnaleźć - nowe szafki, szuflady, całe mnóstwo półek, a i tak brakuje miejsca... Ja to bym chyba potrzebowała kuchni na pół mieszkania, żeby wszystko ładnie w szafkach pochować.

Póki co, na osłodę życia, przygotowałam sernik na zimno. Banalnie prosty, najszybszy, jaki miałam okazję robić. Pół godziny łącznie z myciem naczyń! Spód to po prostu zmielone migdały połączone masłem, bez pieczenia i innych bzdetów. Sernik to zmiksowane te kilka składników na płynną masę, która po kwadransie zupełnie zmienia konsystencję. Całość bardzo migdałowa, słodka w sam raz, może nieco zbyt sztywna - myślę, że jedna łyżka żelatyny zupełnie by wystarczyła. Niemniej ciasto godne wypróbowania - zasmakowało nam naprawdę. Można też spróbować przygotować je w mniejszej tortownicy (16-18 centymetrów średnicy). Oryginalny przepis przewidziany jest na cztery 10centymetrowe tortownice, ja przygotowałam je w najmniejszej, jaką mam, i wyszło troszkę za niskie... Nie ma to jednak wpływu na smak, a i tak wygląda ładnie ozdobione nugatem.
Przepis znalazłam w książce Najlepsze serniki świata - jednej z kilku, które ostatnimi czasy wzbogaciły moją półeczkę. O następnych z pewnością niebawem, bo znalazłam całe mnóstwo propozycji do przygotowania tu i teraz.

Kontynentalny nugat



Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 130 g mielonych migdałów
  • 35 g masła

masa serowa:
  • 450 g serka kremowego
  • 150 ml mleka
  • 120 g cukru
  • 2 łyżeczki ekstraktu migdałowego
  • 1,5 łyżki żelatyny
  • 75 ml gorącej wody

dodatkowo:
  • 100 g nugatu

Masło rozpuścić i przestudzić. Wsypać migdały, wymieszać na jednolitą masę.
Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, a następnie dokładnie wcisnąć w spód masę migdałową. Wstawić do lodówki na czas przygotowania masy serowej.

Żelatynę rozpuścić w wodzie i ostudzić.
Serek ubić z cukrem na puszystą masę. Dodać mleko i ekstrakt, zmiksować. Wąskim strumieniem wlać chłodną żelatynę, cały czas miksując.

Masę wylać na spód (można wcześniej schłodzić w lodówce 5-10 minut, żeby nieco stężała), schłodzić w lodówce przez co najmniej trzy godziny.

Przed podaniem wierzch ozdobić nugatem pokrojonym na małe kawałki.

Smacznego!

Po złotej duńskiej jesieni nie ma już prawie śladu. Dużo pada, wiatr przeszywa aż do kości, słońce tylko oszukuje, że jest ciepło. Kurtka z kapturem i kalosze to nieodzowny element garderoby każdego, kto nie przemieszcza się własnym autem. Ale ja się nie przejmuję, kiedy w domu czeka na mnie kubek gorącej herbaty i grzejący stopy koc. Mmm...