poniedziałek, 31 października 2011

I jeszcze jedne muffiny...

Coś się ostatnio wytrawnie na blogu zrobiło. Cóż... Póki co to ostatni taki przepis, jaki mam w zanadrzu, teraz zrobi się... Wbrew pozorom nie słodko, ale filmowo - widziałam ostatnio całkiem sporo, lepszych i gorszych, z czego mam zamiar podzielić się z Wami wrażeniami z tych pierwszych właśnie (na drugie szkoda czasu...). Póki co, na dobry początek, powiem tylko, że znów miałam weekend z jednym aktorem, który wykreował świetne postacie - dowcipne, z dystansem do siebie i świata, mistrzów ciętej riposty po prostu. To nie mogło nie zadziałać! 

Póki co - muffinki. Tym razem w wersji klasycznej rozmiarowo, jak już napisałam - wytrawne. Jedliśmy je już dawno, ale jakoś nie miałam kiedy podzielić się przepisem. Któregoś wieczora zachciało nam się ciepłej kolacji - wiadomo, muffiny na taką okazję są najlepsze. Choć inspirowałam się przepisem z 1 mix, 100 muffns, tak naprawdę wrzuciłam do nich, co akurat było pod ręką. Efekt - jak zwykle - zadowalający. To przecież nie może się nie udać! Puchate, miękkie, z wyraźnym smakiem oliwek. Czego chcieć więcej w zimny, jesienny wieczór? Chyba tylko gorącej herbaty...

Muffiny z oliwkami i suszonymi pomidorami



Składniki:
(na 12 sztuk)

suche:
  • 340 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2/3 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka czarnego pieprzu
  • 100 g zielonych oliwek
  • 50 g suszonych pomidorów z zalewy

mokre:
  • 2 jajka
  • 250 ml mleka
  • 70 ml oleju od pomidorów

dodatkowo:
  • 40 g żółtego sera

Mąkę przesiać do miski z proszkiem do pieczenia, wymieszać z solą i pieprzem. Pomidory pokroić w kosteczkę, oliwki w plasterki. Wmieszać do mąki.

Jajka roztrzepać z mlekiem i olejem. 
Wlać do suchych składników, wymieszać tylko do połączenia.
Masę przełożyć do formy na muffiny (wyłożónej papilotkami lub silikonowej). Na wierzch równomiernie zetrzeć ser.

Piec 25-30 minut w 200 st. C.
Podawać ciepłe.

Smacznego!

Dziś wiele się dzieje. Jestem odcięta od własnej sypialni, bo urzęduje w niej dwóch Panów... Panowie są bardzo mili, i wymieniają mi okno. Ciekawe, kiedy skończą, i jaki będzie efekt. Lubiłam moje stare okno... Choć patrzyłam przez nie zaledwie przez miesiąc. Jutro czy pojutrze wymienią w salonie (gdzie się biedna podzieję z komputerem...?), a potem... Potem to nie wiem, bo Panowie też nie wiedzą. Remonty to jednak upierdliwa sprawa...

sobota, 29 października 2011

Kilka słów o nie do końca świętych


Uwielbiam oglądać filmy! Zresztą - kto nie lubi...? A jak film jest dobry, albo nawet świetny, to już w ogóle jestem w siódmym niebie. W poprzedni weekend zdarzyło mi się obejrzeć film zdecydowanie z górnej półki, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Choć nie najwnowszy, bo z 1999 roku, to jednak ma w sobie coś, co nawet po tylu latach wciska w fotel (lub kanapę) i nie pozwala odejść sprzed ekranu.

Mowa o Świętych z Bostonu. Wydaje mi się, że większość ludzi ten film widziała, a przynajmniej co nieco słyszała. Swego czasu był całkiem głośny, choć mnie dziwnie ominął. Widziałam fragmenty, ale całośći jakoś nie miałam okazji. Więc kiedy Brat oświadczył, że oglądamy, byłam jak najbardziej pozytywnie nastawiona.



Film opowiada historię dwóch braci, którzy niechcący wpątują się w dość dziwną i bardzo niebezpieczną historię. MacManusowie, typowi Irlandczycy, wiele czasu spędzają z kumplami w ulubionym barze. Kiedy pewnego wieczoru przychodzą trzej niezbyt kulturalni goście, chcący zamknąć bar tu i teraz, nasi bohaterowie nie tylko stawiają opór, ale robią im kilka nieprzyjemnych dowcipów (kto chciałby, żeby podpalić mu tyłek...?). Niedługo później wyżej wymienieni odwiedzają braci w ich mieszkaniu i chcą się zemścić. Zdesperowani MacManusowie zabijają napastników, po czym zgłaszają się na policję. Traf chce, że zajmuje się nimi Paul Smecker - policjant z powołania, próbujący rozwikłać tajemnicze morderstwo. MacManusowie zostają puszczeni wolno, a w ich głowach narodził się plan. Skoro udało się raz, może uda się kolejny...? Postanawiają zabijać przestępców, którzy zatruwają życie uczciwym Bostończykom. Jak skończy się ten proceder? Po czyjej stronie stanie policja i społeczeństwo? Co na to mafia, której bossowie zaczęli ginąć jeden po drugim? Uwierzcie mi - to wciąga.

Nasi Irlandczycy to bardzo wyraziste postaci, ciekawe, wiedzące, czego chcą. Rozumują prosto i logicznie, nie komplikują spraw. Robią to, co robią, bo uważają to za słuszne. I tyle.
Razem z nimi do kolejnych akcji wkracza Rocco - Włoch, który stoi na krawędzi szaleństwa. Od najmłodszych lat pracował dla mafii, wie o nich więcej, niż oni sami. I nagle postanawia się z nimi rozprawić! Co z tego wyniknie...?
Smecker to policjant z krwi i kości. Doskonale potrafi odtworzyć bieg wydarzeń, nie potrafi jednak rozgryźć sprawców. Szuka ich zaciekle, wysilając wszystkie zmysły i poświęcając każdą wolną chwilę. Czy jego starania przyniosą oczekiwany skutek? Złapie Irlandczyków, czy mu się wywiną?

Rocco i Smecker to postacie zgarane genialnie - tak wyraziste i nietuzinkowe, że nie można przestać na nich patrzeć. Zupełnie inni, ale to właśnie oni sprawiają, że film ma tak niesamowity klimat. Duffy naprawdę wiele osiągnął. Bardzo jestem ciekawa, czy druga część jest równie dobra. Mam nadzieję, że wkrótce się przekonam.

Święci z Bostonu
1999
reżyseria: Troy Duffy
scenariusz: Troy Duffy
Conner MacManus: Sean Patrick Flanery
Murphy MacManus: Norman Reedus
Rocco: David Della Rocco
Paul Smecker: Willem Dafoe

piątek, 28 października 2011

Dynia, jabłko, trochę boczku...

Już jakiś czas temu, kiedy tylko zobaczyłam w gazecie Pieczenie jest proste nr 4/2008 przepis na tą zapiekankę wiedziałam, że prędzej czy później ją przygotuję. Później o niej zapomniałam (taka kolej rzeczy i wielu, wielu przepisów...), żeby ostatnio nagle, nie wiadomo skąd, przyszła mi do głowy. Nie pamiętałam zupełnie, że do nadzienia dodaje się dynię, a było to o tyle miłym zaskoczeniem, że akurat mamy na nią sezon. Niewiele myśląc dokupiłam, co trzeba., i zabrałam się do dzieła.

Jedynym mankamentem przygotowań był fakt, że mi się blender wykopyrtnął, przy czym ochlapał gorącym musem z dyni nie tylko szafkę, ekspres do kawy, blat kuchenny, mój sweter i spodnie, ale też dłoń. I wiecie co...? Bolało... Na szczęście dwadzieścia minut trzymania ręki pod strumieniem zimnej wody pomogło, zapobiegło bąblom i ogólnie uratowało sytuację. Nawet zaczerwienie zeszło dość szybko, i jedząc, już o nim nie pamiętałam. A jadło się, oj, jadło... Wyszła boska! 

Ciasto francuskie na spodzie smakuje świetnie, i choć kusiło mnie, żeby zastąpić je kruchym, w końcu zdecydowałam się na oryginał z przepisu. Sądzę, że dobre, maślane kruche też by dobrze pasowało. Może następnym razem... Ale francuskie jest świetne - delikatne i rozpływające się w ustach. Do tego mus - niezbyt pikantny (Panowie nie lubią), ale nie mdły. Wierzch to cudownie soczyste kawałki jabłek, oraz cebula z kiełbasą i boczkiem, dodające całości charakteru. Wszystko do siebie pasuje, gra idealnie - poezja! Oczywiście, jeśli ktoś lub takie niecodzienne połączenia... Tradycjonalistom może nie przypaść do gustu. Ze swojej strony jednak szczerze polecam - naprawdę wyjątkowo smakuje!

Pikantna tarta dyniowa z jabłkami



Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 300 g ciasta francuskiego

masa dyniowa:
  • 600 g miąższu dyni
  • 120 g marchwi
  • 15 g masła
  • 1 czerwona papryczka chilli
  • 2 żabki czosnku
  • 1 łyżeczka curry
  • 2cm kawałek imbiru
  • 1 łyżka złotego syropu
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka pieprzu
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 100 g kwaśnej śmietany
  • 4 jajka

dodatkowo:
  • 2 jabłka
  • sok z 1/2 cytryny
  • 50 g kiełbasy pepperoni
  • 65 g wędzonego boczku
  • 1 cebula
  • 10 g masła

Marchewkę obrać, pokroić w średniej wielkośći kostkę razem z dynią.
Papryczkę przekroić na pół, usunąć pestki, drobno pokroić. Czosnek posiekać. Imbir obrać.
Na głębszej patelni roztopić masło, wrzucić czosnek i papryczkę. Kiedy czosnek się zarumieni, zetrzeć imbir na tarce o drobnych oczkach, następnie dodać dynię z marchewką. Smażyć 1-2 minuty, następnie dusić pod przykryciem 6-7 minut.

Dynię zmiksować na gładką masę ze złotym syropem, doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową, dodać śmietanę, dokładnie wymieszać i ostudzić.

Na patelni podsmażyć boczek, zdjąć, potem pepperoni, zdjąć, wyłożyć masło, rozpuścić, zeszklić cebulę. Wszystko przestudzić.

Ciasto francuskie rozwałkować na wielkość formy, wyłożyć, dokłądnie dociskając brzegi. Gęsto ponakłuwać widelcem i schłodzić w lodówce przez 20 minut.

Schłodzone ciasto podpiec przez 10 minut w 200 st. C. 

Poczekać, aż opadnie, wyłożyć dynię.

Zapiec w 180 st. C. przez 25 minut.

W tym czasie obrać jabłka, wydrążyć pestki bez rozkrawania i pokroić w plastry z dziurką w środku. Skropić sokie z cytryny.

Na wierzch wyłożyć jabłka, poukładać kiełbasę, posypać cebulą i boczkiem.

Piec w 180 st. C. 20-25 minut.
Podawać ciepłe lub ostudzone. 

Smacznego!

Danie idealne na szarą, pochmurną jesień. Wszędzie mnóstwo szeleszczących liści - szkoda, że coraz częściej mokrych... Rano ciemno, wieczorem ciemno... Brrr! Chyba znowu potrzeba mi czekolady...

czwartek, 27 października 2011

Ucieraniec. I sukces

Dzisiaj będę się chwalić. Kto mnie choć troszkę zna, a przynajmniej moje zdolności (i ich brak) kulinarne, zrozumie. Kto nie, niech przeczyta wpis chociażby o cieście agrestowym - tam jest chyba wszystko na temat mojej fobii. W skrócie - panicznie wręcz boję się ciast ucieranych. Wiem, że uchodzą za najprostsze, umie je zrobić nawet sześciolatek, a bardziej doświadczone Panie i znający się na pieczeniu Panowie robią je z zamkniętymi oczami. A ja nie potrafię! Piekę zakalce, jeden za drugim, wpadając w coraz głębszą czarną dziurę. Co jakiś czas podejmuję nowe próby, bo przecież nie wolno się poddawać. Ostatnim udanym wypiekiem był chlebek bananowy, później zaliczyłam kompletną klapę z ciastem, które piekłam już kilka razy. Cóż... 
Tym razem moje dobre samopoczucie powierzyłam gazecie Pieczenie jest proste nr 2/2011. I wiecie co...? Nie zawiodła mnie. Udało się! Ciasto wyszło dokładnie takie, jak powinno: babkowe, a więc lekko zapychające, idealne do kawy, herbaty czy mleka. Lekkie, puchate, dzięki gruszkom nie kompletnie suche, bo soczyste owoce nadają mu wilgotności i stanowią przyjemnie orzeźwiający akcent w czekoladowym niebie. Konsystencja przypomina murzynka (którego z obawy przed zakalcem nie upiekłam nigdy, a który w wielu przypadkach jest ciastem, które późniejsza genialna Pani Domu piecze jako pierwsze). Nic wyszukanego, ot, zwykłe ciasto. A ja jestem z niego dumna co najmniej, jakby przygotowała najbardziej efektowny tort! Tych też nie mam zbyt wielu na koncie, ale biszkopt mnie nie przeraża. A ucieraniec owszem. Dlatego cieszcie się ze mną - zapraszam na kawałek ciasta czekoladowego z gruszkami.

I naprawdę nie ma znaczenia, że gruszki wyglądają, jakby miały gęsią skórkę...

Czekoladowy gruszkowiec



Składniki:
(na formę o średnicy 24 cm)

ciasto:
  • 125 g miękkiego masła
  • 100 g cukru
  • 2 jajka
  • 100 g ciemnej czekolady (49%)
  • 250 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 3 gruszki
  • sok z 1/2 cytryny
  • 2 łyżki złotego syropu

Gruszki obraż, pokroić na ćwiartki, pozbawić gniazd nasiennych. Sok z cytryny wymieszać ze złotyk syropem, zalać nim gruszki i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej i ostudzić.

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Wbijać po jednym jajka, dokłądnie miksując po każdym dodaniu. Wlać czekoladę, zmiksować.
Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia. Partiami, na zmianę w kremówką, dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach.

Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia, boki posmarować masłem. Przełożyć ciasto do formy, na wierzchu ułożyć gruszki, delikatnie wciskając w ciasto.

Piec w 175 st. C. 75-80 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić w formie.

Smacznego!

Użyłam czekolady o 49procentowej zawartości kakao. Można użyć ciemniejszej, lub, jeśli ktoś lubi, mlecznej. Moim zdaniem z taką słodycz jest wyważona idealnie - ciasto jest słodkie, ale nie przesłodzone, nie jest też gorzkawe; generalnie takie, jakie lubimy najbardziej. Bałam się je kroić na ciepło (wiadomo, widmo zakalca wisiało nade mną przez cały czas pieczenia), ale myślę, że takie też smakowałoby świetnie...

środa, 26 października 2011

Troszkę halloweenowe muffinki

Pozostańmy w klimacie malutkich ciasteczek. Na sobotnie spotkanie przygotowałam również minimuffinki w drugiej wersji - też wytrawnej. Ot, tak dla urozmaicenia. Miałam w lodówce otwarty słoiczek z pesto, więc wybór nie był trudny. Wcześniej byliśmy na zakupach, i znalazłam śliczne, halloweenowe papilotki, nie mogłam więc odmówić sobie przyjemności ubrania w nie moich maleństw. Pesto nadało im zielonkawego koloru, którego niestety na zdjęciach za dobrze nie widać, ale uwierzcie - on tam jest! Przez to idealnie nadają się na przekąskę w najstraszniejszym dniu w roku. 
Muffinki wyszły bardzo smaczne - o ile ktoś lubi pesto. Orzeszki nadały im delikatnie chrupiących akcentów, do tego przyjemna, krucha skorupka i miękkie wnętrze - naprawdę szybko znikały.
Przepis, tak jak i poprzedni, podpatrzony w 1 mix, 100 muffins.

Powoli zaczynam czekać na śnieg. Kiedy widzę te szare chmury zasnuwające niebo mam wrażenie, że już zaraz powinno zacząć sypać. Wiem, że nawet jeszcze się listopad nie zaczął, ale nic na to nie poradzę! Uwielbiam, kiedy aura zmienia się z ponuro-jesiennej, na śnieżno-zimową. Świat nagle znowu staje się piękniejszy! I bardziej przyjazny... Profilaktycznie zaopatrzyłam się w ciepłe buty, więc nawet największy śnieg mi nie straszny. A te deszcze naprawdę mogą człowieka wykończyć...

Włoskie minimuffinki z pesto



Składniki:
(na 24 sztuki)

suche:
  • 175 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka soli
  • 1/2 łyżeczki pieprzu
  • 50 g orzeszków piniowych

mokre:
  • 1 jajko
  • 125 ml mleka
  • 60 ml oleju
  • 3 łyżki zielonego pesto

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać z solą i pieprzem. Orzeszki posiekać, dodać do suchych składników.
W drugiej misce roztrzepać jajko, wlać mleko, olej, dodać pesto i dokłądnie wymieszać.

Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia składników. 

Masę równomiernie wyłożyć do formy na minimuffinki wyłożonej papilotkami.

Piec w 200 st. C. przez 20 minut.
Podawać ciepłe lub zimne.

Smacznego!



Coś mi dzisiaj weny na pisanie brakuje - sama nie wiem dlaczego. Chyba ciężko po czterech długich, wolnych dniach przestawić się znów na chodzenie do szkoły i pracy. Choć oczywiście mam wrażenie, że przez te dni nie zrobiłam nawet połowy rzeczy, które miałam w planie! Nic to. Najważniejsze, że było przyjemnie i relaksująco. 

wtorek, 25 października 2011

Dzień Kundelka

Dzisiaj, proszę Państwa, mamy bardzo ważny dzień. Otóż 25 października obchodzony jest Dzień Kundelka. Moja kundelka w związku z tym dostała swoje ulubione przysmaki (szczegóły daruję), wyleguje się na kanapie zwinięta w kłębek na poduszce albo rozciągnięta na całą długość w pozycji żaby (w sensie na grzbiecie). Długi spacer sobie darujemy, bo okrutnie dzisiaj wieje, a Ptysia wiatru nie znosi. 
Także pamiętajcie dzisiaj o swoich pupilach - podrapcie trochę dłużej za uchem, rzućcie patyk kilka razy więcej. Na pewno to docenią. A jeśli nie macie swoich kundelków, to pogłaszczcie tego sąsiadowego - z pewnością się odwdzięczy się merdającym ogonem.



A teraz do rzecz, czyli ludzkiego jedzenia (nie mówię, że Ptysia się nie załapała...). W sobotę mieliśmy gości, więc chciałam coś przygotować. Na wieczorną posiadówkę najlepiej nadają się drobne przekąski, więc pierwsze, o czym pomyślałam, to muffiny. Jednak nawet one są dość zobowiązujące - trzeba się nad taką muffinką skupić, odkleić papier, uważać, żeby nie nakruszyć, bo przecież nie wypada... Ale przypomniałam sobie, że na inaugurację cały czas czeka forma do minimuffinków, a to już wygląda zupełnie inaczej... W sam raz na raz, malutkie, zgrabniutkie, wyglądają ślicznie i smakują świetnie. Przepis znalazłam w 1 mix, 100 muffins, no bo gdzie indziej mogłabym szukać...? 

Jak widać, zdjęcie jest wręcz przepełnione słońcem, ale mi to pasuje, bo nie wiem, kiedy znowu trafi się taki dzień. Póki co niebo szare, zachmurzone, grozi deszczem niestety. Za to w domu kubek ciepłej herbaty, i nie straszne mi nawet największe burze.

Minimuffinki z pietruszką i słonecznikiem



Składniki:
(na 20 sztuk)

suche:
  • 170 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka soli
  • 1/2 łyżeczki pieprzu
  • 2 łyżeczki suszonej natki pietruszki

mokre:
  • 1 jajko
  • 125 ml mleka
  • 60 ml oleju

dodatkowo:
  • 25 g pestek słonecznika

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wsypać sól, pieprz i pietruszkę, wymieszać.
Jajko roztrzepać, wlać mleko i olej, wymieszać.

Wlać mokre skłądniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia składników.
Ciasto przełożyć do formy na minimuffinki wyłożonej papilotkami. Wierzch posypać pestkami słonecznika.

Piec 20 minut w 200 st. C.
Podawać ciepłe lub ostudzone.

Smacznego!

Hmm... Ja wiem, że to dziwne, że przepis jest na 20 sztuk. Ale to dlatego, że oryginał był na 12 standardowych babeczek, więc pomyślałam, że jak podzielę na pół, to mi wyjdą 24 małe. Jakoś nie pomyślałam o tym, że skoro w oryginale dodaje się jeszcze krewetki, a ja je pominę, to wyjdzie mi mniej masy... Ech... Tak czy inaczej - naprawdę smaczne są.

poniedziałek, 24 października 2011

Piękno rzeczy niedoskonałych

Kiedy zobaczyłam, jak dawno nie było u mnie sernika, aż się wystraszyłam! To znaczy były serniki, smaczne nawet, ale... Na zimno... A dobrze wiecie, że jednak jestem fanką tych pieczonych. W związku z tym, wiele nie myśląc, zabrałam się za szukanie przepisu. W Cheesecakes baked and chilled The Australian women's weekly znalazłam bazę idealną. Kupiłam wcześniej świeże figi, i potrzebowałam czegoś, co się odpowiednio zgra z ich smakiem.
W tym miejscu muszę nadmienić, że świeże figi jadłam drugi raz w życiu, i choć zrobiły na mnie nieco lepsze wrażenie, nadal nie są moimi faworytami. Zdecydowanie bardziej odpowiadają mi suszone, a te jakieś takie... Bez wyrazu... Może kiedyś będę umiała się nimi zachwycić, póki co, zostawię je na sklepowych pólkach dla innych amatorów. A ja spróbuję znowu - za rok.

Wracając do sernika - chciałam, żeby był kremowy i mazisty, bo jakoś właśnie taki wyobrażałam sobie w połączeniu z figami. Ten jest dokładnie taki! Typowy, amerykański cheesecake. Pyszny! Do tego delikatny aromat pomarańczy, który świetnie się z całością komponuje. A owoce? Możecie użyć innych, i też nic się nie zdanie. Te pasowały, ale nie wpłynęły znacznie na walory smakowe. Ot, figi...

I jeszcze jedno - sernik wyglądem nie powala, choć specjalnie piekłam go w kąpieli wodnej, bo bałam się, że popęka. I co? Popękał i tak! Nie mam bladego pojęcia, dlaczego. Widocznie już taki jego urok. Nie przeszkadza to jednak wcale cieszyć się smakiem. Może nie jest piękny, z pewnością niedoskonały wizualnie, ale co z tego, skoro zjedliśmy go z apetytem, nie przejmując się wielkością porcji...?

Sernik ze świeżymi figami



Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

spód:
  • 245 g ciastek digestive
  • 115 g masła

masa serowa:
  • 800 g serka kremowego
  • 160 g cukru
  • skórka otarta z 2 pomarańczy
  • 60 ml soku z pomarańczy
  • 3 jajka
  • 180 g kwaśnej śmietany (18%)

dodatkowo:
  • 4 świeże figi

Ciastka dokładnie pokruszyć. Masło ropzuścić i przestudzić. Wlać do ciastek, dokładnie połączyć.
Spód tortownicy wyłożyć folią aluminiową.
Masę ciasteczkową dokładnie ugnieść na spodzie tortownicy, schłodzić w lodówce w czasie przygotowywania masy serowej.

Serek, cukier i skórkę zmiksować na puszystą, gładką masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Dodać śmietanę, zmiksować krótko, wlać sok, zmiksować tylko do połączenia składników.

Figi pokroić na 3-4 mm plastry, ułożyć na wierzchu uważając, żeby nie zapadły się w masę.

Piec 75 minut w 130 st. C. w kąpieli wodnej.
Wystudzić w piekarniku z lekko uchylonymi drzwiami, następnie schłodzić w lodówce przez minimum 3 godziny.

Smacznego!



Abstrahując od fig z sernikiem - remont dachu posuwa się naprzód. Na balkonie mam sterty starych dachówek, Panowie od czasu do czasu pukają mi w okna, a dosłownie przed chwilą jeden spytał, czy może pomierzyć parapet od środka... Nawet zdjął trampki przed wejściem. 
I choć bywa to zabawne, to mam nadzieję, że skończą jak najszybciej - doprawdy dziwne jest wykradanie się z własnego łóżka, kiedy kilku obcych gości się gapi...