środa, 14 stycznia 2015

Muffinki z czekoladą i szkolne początki

Zimno... I spać mi się chce. Odzwyczaiłam się wstawać o szalonej porze, jaką jest szósta rano. Niemniej, po trzech dniach szkoły muszę uczciwie przyznać, że dla niej jestem w stanie się poświęcić i zrywać z łóżka przed świtem. Bo, moi drodzy, jestem po prostu zachwycona! Wszystko jest nowe, a jednocześnie w pewien sposób znajome; używanie tych wielkich maszyn sprawia mi ogromną frajdę. Ale może przejdźmy do konkretów.

Dzisiaj miałam pierwsze zajęcia praktyczne. Razem z koleżanką upiekłyśmy bułeczki z prawie trzech kilo mąki, używając ogromniastego, przemysłowego miksera, którego samo mieszadło jest niemal cięższe niż cały mój Walle. Już dzisiaj dowiedziałam się, że woda nie może być po prostu letnia, ale należy dokładnie obliczyć jej temperaturę, żeby ciasto odpowiednio urosło. Piec, z którego wychodzą bułeczki mięciutkie i delikatne, super puchate, a jednocześnie z cudownie chrupiącą skórką, zrobił na mnie ogromne wrażenie. Pieczywo jak z piekarni; tyle, że tym razem zrobiłam je sama (no dobrze, w duecie). Ekscytacja sięga zenitu, nie mogę przestać się uśmiechać i aż ciężko mi uwierzyć, że nie śnię - chodzę do szkoły piec chleb! Żyć, nie umierać, jak mawia Tato.
W ogóle mój plan lekcji wygląda niezwykle kusząco: czekolada, zdrowe ciasta, dekoracje kremem cukierniczym (to już jutro!), a do tego kilka godzin teorii z pierwszej pomocy, higieny pracy, co nieco o zdrowiu i produktach (dzisiaj na przykład dowiedziałam się, jak myć ręce i w ogóle jak się kąpać). I mimo, że nadal się trochę tym moim nieudolnym duńskim stresuję, to jestem w siódmym niebie. I tylko profilaktycznie w lustro nie zerkam, jak mam na głowie czepeczek...

Dzisiaj mam dla Was coś szybkiego, prostego, a jednocześnie pysznego i niezawodnego. Muffinki, oczywiście. U mnie w stylizacji świątecznej, ale ich neutralny, czekoladowy smak sprawdzi się przez całą zimę. C. zapragnął muffinek z kawałkami czekolady, ja chciałam, żeby ładniej wyglądały, więc dorobiłam im kremu z nutelli i serka kremowego. Wyszło bosko! Czekoladowo i pysznie. Idealne na każdą okazję, a i bez okazji spiszą się na medal.
Przepis na muffinkową bazę z 1 mix, 100 muffins Susanny Tee.

Muffiny z czekoladą i kremem z nutelli

Składniki:
(na 14 muffinek)
  • 340 g mąki orkiszowej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/8 łyżeczki soli
  • 100 g cukru
  • 110 g ciemnej czekolady (70%)
  • 2 jajka
  • 250 ml mleka
  • 90 ml oleju
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

krem:
  • 300 g serka kremowego
  • 300 g nutelli

Czekoladę posiekać.
Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem, solą i cukrem.
Jajka roztrzepać, wlać olej, mleko i ekstrakt, wymieszać.
Do suchych składników wlać mokre, wymieszać tylko do połączenia składników. Dodać czekoladę, szybko wymieszać.

Masę przełożyć do formy na muffiny wyłożonej papilotkami.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Serek zmiskować z nutellą na gładką masę, tylko do połączenia składników. Przełożyć do woreczka cukierniczego z końcówką w kształcie gwiazdki, wykładać na muffiny.

Smacznego!

Ja wiem, że ledwo osiemnasta minęła, ale ja już mam ochotę iść spać... Najpierw jednak pójdę pod prysznic - jestem pełna nadziei, że mnie rozbudzi. No i będzie okazja przetestować nowo nabytą wiedzę...

poniedziałek, 12 stycznia 2015

O zielonych pomarańczach i cieście z ich udziałem

Pomarańcze. Dla osób urodzonych w latach osiemdziesiątych lub wcześniej to niemal symbol Bożego Narodzenia. Były dostępne w sklepach tylko w tym okresie, często znajdowały się w paczkach od Świętego Mikołaja, razem z mandarynkami zresztą. Pamiętam, jak męczyłam Mamę o obieranie coraz to nowych sztuk, bo pochłaniałam je szybciej, niż ona dawała radę pozbawiać je skórki. Intensywnie pomarańczowe, pachniały nieziemsko, a sok ściekał po palcach. Prawdziwy rarytas.

Dzisiaj pomarańcze można kupić przez cały rok, choć z pewnością to właśnie te zimowe mają w sobie najwięcej smaku i aromatu. Mi już zawsze będą się kojarzyły ze Świętami; nie wyobrażam sobie tego okresu bez chociażby jednego z nimi ciasta. W tym roku w grudniu jakoś nam było nie po drodze (za to szaleńczo zajadałam się mandarynkami, których nie potrafię sobie odmówić); tym bardziej więc ucieszyłam się, gdy na styczniowe wspólne gotowanie zaproponowano właśnie deser lub ciasto z pomarańczami. Miałam nadzieję, że uda mi się dostać czerwone, które są naprawdę zupełnie wyjątkowe i które szczerze uwielbiam, jednak na bazarze nie mogłam ich znaleźć. Kupiłam więc zielone, których nigdy wcześniej nie próbowałam, a które poważnie mnie zaintrygowały.
Pierwszy raz się z takim cudem spotkałam. Nie mogłam się oprzeć, i kupiłam trzy sztuki. Dwie wylądowały w cieście, ostatnią zjedliśmy ot tak, żeby sprawdzić, jak smakuje. Moim zdaniem miała w sobie coś z grejpfruta, była jakby lekko gorzkawa... Ale to tylko delikatnie wyczuwalna nuta w tle, generalnie smakowała... No cóż, pomarańczowo.

Przepis na ciasto znalazłam u Oli, i nie potrafiłam się mu oprzeć. Karmel, na to cieniutkie plasterki pomarańczy, które podczas pieczenia cudownie się karmelizują. Jeśli nie lubicie kandyzowanej skórki pomarańczy, tej lekkiej goryczki, lepiej owoce obierzcie przed ułożeniem w tortownicy. Mi ten smak odpowiada, C. jednak zostawiał plasterki pomarańczy na talerzu.
Co ciekawe, podczas pieczenia skórka zmieniła kolor z zielonego na pomarańczowawo-żółty. Winna jest temu wysoka temperatura, która zabija chlorofil i pozwala na uwydatnienie się ukrytego w głębszych warstwach koloru.

Zamiast wanilii jako smaku uzupełniającego użyłam tonki, i muszę powiedzieć, że to był bardzo dobry pomysł. Jej delikatny, subtelny smak świetnie się zgrał z pomarańczami. Oczywiście, jeśli tonki nie macie, wanilia sprawdzi się znakomicie. 
Całość wyszła lekka, dość słodka, wilgotna. Taka jeszcze trochę, moim zdaniem, świąteczna. Spróbujecie...?

Ciasta i desery z pomarańczą przygotowały również Justinka, Mirabelka i Mopsik. Koniecznie sprawdźcie, co za pyszności goszczą dzisiaj na ich stołach.

Odwracane ciasto z zielonymi pomarańczami i tonką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

karmel:
  • 45 g masła
  • 160 g cukru
  • 1 łyżka glukozy w płynie
dodatkowo:
  • 1 zielona pomarańcza
ciasto:
  • 190 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki mielonej tonki
  • skórka otarta z 1 zielonej pomarańczy
  • 3 jajka
  • 100 g cukru
  • 125 ml soku z zielonych pomarańczy
  • 125 ml oleju
Masło, cukier i glukozę umieścić w garnuszku. Podgrzewać, aż cukier zacznie się karmelizować, a wszystkie składniki połączą się w jednolitą masę. Przelać karmel do formy, której dno wyłożone jest papierem do pieczenia. Formę dodatkowo można zabezpieczyć folią aluminiową, żeby podczas pieczenia karmel nie wypłynął.
Pomarańczę pokroić w cienkie plastry, ułożyć na karmelu, odstawić.

Mąkę przesieać, wymieszać z proszkiem, tonką i skórką z pomarańczy. 
Biała ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Następnie po jednym wbić żółtka, miksując dokładnie po każdym dodaniu. Następnie na zmianę dodawać suche składniki i olej wymieszany z sokiem, miksując na najniższych obrotach miksera.

Ciasto przełożyć na pomarańcze, wyrównać wierzch.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut, do suchego patyczka.

Ciasto wyjąć z piekarnika, przestudzić w formie 10 minut. Następnie wyłożyć na paterę lub talerz, odwracając je do góry spodem.
Zostawić do ostudzenia.

Smacznego!

Ciasto można przygotować ze zwykłymi, pomarańczowymi pomarańczami, jak również z ich czerwoną odmianą. Wszystko zależy od tego, jakie akurat uda Wam się znaleźć.

niedziela, 11 stycznia 2015

Pikantne ciasteczka serowe. I Egon

Sztormy szaleją na całego. Wczoraj Egon zrywał dachy z domów i przewracał drzewa, a ja, mimo powagi sytuacji, nie potrafiłam opanować uśmieszku, myśląc o słynnym Egonie Olsenie, założycielu niemniej słynnego gangu. Niemniej, wiatr targający korony drzew za oknem, chłoszczący deszczem i gradem okna, nie sprawia mi najmniejszej przyjemności. Ptysia stanowczo odmawia spacerów, i wcale jej się nie dziwię. Sama mocno odczuwam silne podmuchy, a Tina, choć ostatnio nieco przytyła, nadal kwalifikuje się do wagi piórkowej. Gdyby miała kieszenie, napakowałabym jej kamieni. A tak pozostaje nadzieja, że mimo wszystko nie zamieni się w latawiec...

Na przekór paskudnej pogodzie, mam dla Was dzisiaj słoneczne, serowe ciasteczka. Idealnie sprawdzą się jako karnawałowa przekąska. Są malutkie i bardzo poręczne, takie w sam raz na raz. Ja wycinałam je najmniejszą z foremek, ale można użyć większej - wtedy wałkowanie nie będzie trwało aż tyle... Moje zabrałam do Karoliny na babski wieczór, i sprawdziły się doskonale. Świetnie smakują i do wina, i do piwa, i do soczku dla małoletnich. Najlepsze, według mnie, są te z kminkiem, ale jak ktoś nie lubi, polecam ostrą lub wędzoną paprykę (wtedy wędzonej jeszcze nie miałam, dzisiaj używałbym jej z pewnością). Najmniej smakowały mi te z rozmarynem, były bowiem troszkę mdłe. Za to dzieciom właśnie te wchodziły najlepiej.

Ogólnie ciasteczka robi się prosto, ciasto ładnie się wałkuje, nie lepi. Im mniejsze ciasteczka, tym dłużej będzie trwało ich przygotowanie. A smakują rewelacyjnie w każdym rozmiarze.  Kruche, lekko się listkujące, intensywnie serowe. Bajka.

Przepis z gazetki Lubię gotować nr 6/2005.

Pikantne ciasteczka z żółtym serem

Składniki:
(na 195 malutkich ciasteczek)
  • 270 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 100 g zimnego masła
  • 200 g żółtego sera
  • 2 żółtka
  • 2 łyżki mleka
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/2 łyżeczki soli
dodatkowo:
  • kminek
  • ostra papryka w proszku
  • rozmaryn
  • 1 białko
Ser zetrzeć na tarce o dużych oczkach. 
Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać z solą i imbirem, a następnie posiekać z zimnym masłem. Dodać ser, wymieszać. Wbić żółtka, szybko zagnieść ciasto, w razie potrzeby dodając mleko.
Uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i włożyć do lodówki na co najmniej 1 godzinę.

Schłodzone ciasto cienko rozwałkować, wykrawać niewielkie koła, układać na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.
Smarować roztrzepanym białkiem, posypywać kminkiem, papryką lub rozmarynem.

Piec w 180 st. C. 10-15 minut.

Smacznego!

Nie zważając na pogodowe przeciwności, jadę kupić kłódkę. Bo jak tu bez kłódki nowy rok szkolny rozpocząć...?

piątek, 9 stycznia 2015

O gofrach, czyli najlepszy prezent świąteczny

Jak pamiętacie (albo i nie), na Święta dostałam w prezencie gofrownicę (dwie właściwie; dzisiaj jedziemy jedną wymienić na termos mam nadzieję. Albo cudowne szklanki z podwójnymi ściankami, o których marzę od dawna, bo desery będą w nich wyglądać fenomenalnie). W związku z tym ogarnęło mnie prawdziwe gofrowe szaleństwo - przez tydzień nic nie piekłam, bo codziennie zajadaliśmy się goframi (ci, którzy są na noworocznej diecie, lepiej niech tego nie czytają...). Jak ja je lubię! Kojarzą mi się z wakacjami nad morzem, gdy Rodzice kupowali nam po gofrze skąpanym w bitej śmietanie (w spreju oczywiście), z sosem lub owocami. Śmietana ściekała po rękach, Mama się denerwowała, a ja rozkoszowałam się tym boskim smakiem... Dla mnie gofry są synonimem słońca, wakacji, spacerów w popołudniowym upale. Chwil szczęścia.

Przejrzałam całe mnóstwo przepisów na gofry, część zapisałam do wypróbowania na później (na drożdżach, kakaowe, dyniowe, piernikowe), a swoje przygotowałam z przepisu z instrukcji obsługi. Wydawał się prosty - wszystko tylko wymieszać trzepaczką, odstawić na pół godziny i gotowe. Można piec. Okazało się, że gofry wychodzą idealne - chrupiące z zewnątrz, miękkie w środku, trochę słodkie, ale nie za bardzo - świetnie komponują się ze słodkimi dodatkami. Faworytem C. są takie z lodami, mi smakowały z bitą śmietaną i ciepłym sosem malinowym. Prawdziwą furorę jednak zrobiły te z karmelizowany figami - obłędnie pyszne i rozpustne. Figi w lepkim sosie karmelowym same w sobie smakują bajecznie, a ułożone na gofrach z bitą śmietaną (prawdziwą!) smakują wyśmienicie. Nie można się im oprzeć. I tak, wiem, to już dawno nie sezon na świeże figi, ale po prostu nie mogłam się oprzeć... Na samo wspomnienie ślinianki zaczynają pracować intensywniej, mmm...

Niemniej, gofry z tego przepisu polecam, bo z każdym innym dodatkiem też są pyszne. Skusicie się?

Gofry z bitą śmietaną i figami


Składniki:
(na 8-10 gofrów)
  • 200 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 85 g masła
  • 300 ml mleka
  • 1 jajko
karmelizowane figi:
  • 8 fig
  • 50 g cukru
  • 50 ml wody
dodatkowo:
  • 250 ml śmietany kremówki
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem, proszkiem i cukrem waniliowym.
Masło rozpuścić, przestudzić. Wlać mleko, wbić jajko, dokładnie połączyć. Mokre składniki wlać do suchych, wymieszać na gładką masę bez grudek. Odstawić na 30 minut.

Po tym czasie ciasto jeszcze raz zamieszać. Wlewać odpowiednie porcje do rozgrzanej gofrownicy, piec 2-3 minuty.
Odkładać na kratkę do lekkiego przestudzenia.

Na patelni skarmelizować cukier. Dodać pokrojone na ćwiartki figi, lekko podsmażyć. Wlać wodę; podgrzewać, aż część wody odparuje i utworzy się sos.

Kremówkę ubić na sztywno.

Gofry podawać najlepiej jeszcze ciepłe, z bitą śmietaną i figami, polane sosem.

Smacznego!

Gofrownica to z pewnością najlepszy prezent, jaki dostałam w tym roku, a i jeden z lepszych, jakie dostałam w ogóle. Marzyłam o niej od dawna, i w końcu - jest. Patrzę na nią z zachwytem, i wymyślam kolejne gofrowe wariacje.
Macie ochotę na więcej przepisów na gofry?

czwartek, 8 stycznia 2015

Po co liczyć książki? I sorbet gruszkowy

W komentarzach do poprzedniego postu Sylwia napisała, że nie wpadłaby na to, żeby liczyć przeczytane książki. Zaczęło mnie to stwierdzenie nurtować, sama nie wiem, dlaczego. Sama przecież, jeszcze niedawno, też bym o tym nie pomyślała. A teraz nie wyobrażam sobie stycznia bez rozpoczęcia wyzwania na Good reads. Jak to się stało i o co właściwie z tym liczeniem chodzi...?

Pomysł podsunęła mi Maggie. Spodobał mi się od razu. Jestem bowiem typem, który potrzebuje motywacji do działania. Jeszcze kiedy pracowałam, czasem ciężko mi było znaleźć czas na czytanie, chociaż bardzo to lubię. Wracałam do domu zmęczona, a tu tyle rzeczy trzeba było zrobić - sprzątnąć, wyprać, ugotować... Efekt był taki, że wieczorem siadałam na kanapie, i nie chciało mi się już nic, nawet czytać. Skoro jednak podjęłam wyzwanie, i to publicznie, musiałam chociaż te kilkanaście stron przeczytać. Żeby się lepiej ze sobą czuć. A wiadomo, że najgorzej jest zacząć - jak już otwierałam książkę i czytałam, często nie mogłam się oderwać. Wystarczył więc ten mały impuls, który sprawiał, że po tę książkę sięgnęłam...
Jeszcze nie jest za późno - Wy też możecie podjąć wyzwanie. Nie muszą to być zaraz ilości zwalające z nóg; jeśli nie czytacie wcale, wystarczy pięć, trzy, albo chociaż dwie. Bo to zawsze więcej niż nic, prawda...?

Na osłodę odchodzącego już klimatu świątecznego (u mnie choinka nadal stoi!) mam dzisiaj dla Was lody. Bo co, jak nie lody właśnie, najlepiej poprawia humor i sprawia, że człowiek nie może się nie uśmiechnąć? W dodatku jest to sorbet, więc jest nieco lżejszy od tradycyjnych lodów na żółtkach i śmietanie. A pachnie piernikiem i gruszkami.

Zaczęło się od tego, że po cieście z całymi gruszkami zostało mi kilka owoców i pół garnka syropu. Poprzednim razem rzeczonym syropem słodziłam sobie herbatę (do kawy też pasuje świetnie), ale, o czym już pisałam, ostatnio herbatę pijam gorzką. Szkoda mi go było po prostu wylać, bo pachniał bajecznie. I wtedy mój wzrok padł na pozostałe gruszki... Szybko dokupiłam jeszcze kilka, ugotowałam w syropie, następnie go odparowałam, wszystko razem zmiksowałam blenderem na gładko i zamroziłam. Efekt - bajka! Sorbet jest gładki i dość kremowy (można dodać banana, żeby miał jeszcze lepszą konsystencję), pachnie piernikiem i smakuje gruszkami. Cudownie, słodko-orzeźwiający. Ja się w nim zakochałam.
Spróbujecie...?

Sorbet gruszkowo-korzenny

Składniki:
(na 1,5 l lodów)
  • 1,4 kg gruszek

syrop:
  • 200 g cukru
  • 750 ml wody
  • 1 cytryna
  • 6 ziaren kardamonu
  • 8 goździków
  • 2 gwiazdki anyżu
  • 1 laska cynamonu (o długości 6 cm)
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 1/2 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 6 ziaren czarnego pieprzu

Cukier, wodę i przyprawy umieścić w garnuszku. Gotować, aż cukier się rozpuści. 
Gruszki obrać, pokroić w ćwiartki, wyciąć gniazda nasienne. Gotować w syropie 10-20 minut, aż będą miękkie. Wyjąć z garnka, przełożyć do miski, przestudzić.
Pozostał syrop gotować bez przykrycia, aż odparuje i zgęstnieje (powinno zostać około 200 ml syropu).
Gruszki zmiksować blenderem na gładką masę, wlać 200 ml ciepłego syropu, dokładnie wymieszać. Ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce.

Schłodzoną masę przelać do maszyny do lodów, a gry skończy pracę, przełożyć do pojemniczka i zamrozić.

Smacznego!

A teraz chyba pójdę poczytać... 

wtorek, 6 stycznia 2015

Najlepsze tiramisu z pierniczkami

Bardzo dziękuję za wszystkie życzenia, jest mi ogromnie miło, że tyle osób dobrze mi życzy. Wam również życzę w tym nowym, 2015 roku wszystkiego, co najlepsze; żeby dni były długie i słoneczne, autobus nigdy się nie spóźniał, książki zawsze były ciekawe, a ciasta słodkie i pyszne. Żeby marzenia się spełniały, a plany ziściły. Żeby nigdy nie zabrakło prądu ani ciepłej wody, a naczynia zawsze zmywał ktoś inny. Żeby ten nowy rok był lepszy od starego, i żebyście pod jego koniec patrzyli wstecz z uśmiechem i nostalgią.

A teraz już przechodzimy do sedna, czyli najlepszego deseru, jaki ostatnio jadłam. Przysięgam - to tiramisu powaliło nas na kolana. Krem jest delikatny i gładki, rozpływający się na języku. Pierniczki, nasączone kawą i likierem, idealnie się z nim komponują. Smak korzennych przypraw dominuje nad kawą, ale nawet ja, największa kawomaniaczka, nie miałam nic przeciwko temu. Deser wyszedł po prostu bajeczny, i gwarantuję, że nikt mu się nie oprze.
Jeśli nie używacie w kuchni surowych jajek, można je zastąpić pasteryzowanymi. Można też przygotować krem z mascarpone i bitej śmietany - też będzie pyszny, ale to już jednak nie to samo...

To tiramisu zrobiło u nas furorę, i choć sycące, zniknęło błyskawicznie. Jeśli macie w domu jeszcze trochę pierniczków - zróbcie je koniecznie! Jeśli pierniczków brak, można je zastąpić tradycyjnymi biszkoptami do tiramisu - będzie bardziej klasycznie i równie pysznie.

Tiramisu z pierniczkami

Składniki:
(na 4 porcje)
  • 500 g serka mascarpone
  • 2 jajka
  • 40 g cukru pudru
  • 1/2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • ziarenka z 1/2 laski wanilii

nasączenie:
  • 75 ml mocnej, ostudzonej kawy
  • 25 ml likieru kawowego

dodatkowo:

Żółtka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone, zmiksować. Dodać przyprawę do piernika i wanilię, połączyć. 
Białka ubić na sztywną pianę, partiami dodawać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Kawę wymieszać z likierem. Zanurzać w niej pierniczki - powinny lekko nasiąknąć kawą, ale nie mogą się rozpadać.

Do szklanek nałożyć po łyżce kremu, na to warstwę pierniczków. Układać warstwy na zmianę do wyczerpania składników, na wierzchu powinien znaleźć się krem.
Deser schłodzić, przed podaniem oprószyć kakao.

Smacznego!

Wczoraj wieczorem zamówiłam książki. Powinny dojść do Rodziców jeszcze w tym tygodniu. I ja wiem, że teoretycznie nie powinnam, ale skoro podjęłam wyzwanie na Good reads, to przecież muszę mieć co czytać, prawda...? W zeszłym roku niestety nie zdążyłam - przeczytałam tylko dwadzieścia sześć z założonych trzydziestu pozycji... Nie zrażam się jednak, w tym roku znów planuję okrągłą trzydziestkę - oby poszło lepiej!
Może i Wy przyłączycie się do wyzwania...?

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Pierniczki z czekoladą

No i skończyło się rumakowanie...
Poniedziałek spadł na nas znienacka, choć teoretycznie powinniśmy się byli go spodziewać już niedzielnym popołudniem. Jednak rozleniwieni sylwestrowymi feriami nie potrafiliśmy się ogarnąć. Choinka nadal dumnie pręży się w rogu pokoju, choć C. odgrażał się, że w weekend zrobi z nią porządek. Cóż, ja mu nawet o tym nie przypominałam - im dłużej mogę się cieszyć moim migoczącym kolorowymi lampkami drzewkiem, tym lepiej. 

Dzisiaj mam dla Was pierwsze w tym roku pierniczki, a co! Jak szaleć, to szaleć. Kto powiedział, że pierniczkami rok można tylko kończyć...?
A tak na poważnie - te małe cudeńka przygotowałam już z półtora miesiąca temu, ale jakoś nie było okazji, żeby się z Wami podzielić przepisem. Upiekłam je z myślą o wspólnym dekorowaniu - te pierniczki nadają się do tego idealnie, bo wychodzą gładkie i równe. Świetnie rozprowadza się po nich lukier. Z tych, które zostały, przygotowałam dwa poświąteczne desery. Obłędne! Jeśli macie gdzieś zachomikowane jakiekolwiek pierniczki, koniecznie przetrzymajcie je w ukryciu jeszcze kilka dni. W następnym poście bowiem podam przepis na deser, który na kolana powali nawet największego miłośnika schabowych...

Ale do pierniczków teraz wróćmy. Te są troszkę inne, specjalne - bo z czekoladą. I lekką nutą pomarańczy; a jak wszyscy wiemy, te dwa smaki komponują się ze sobą doskonale. Pierniczki po upieczeniu są twarde, trzeba je zamknąć w puszcze, najlepiej na kilka tygodni. Choć bratankowi C. ich chrupkość zupełnie nie przeszkadzała, i wcinał je z apetytem. Według mnie najlepsze gdy nieco skruszeją - wtedy niemal rozpływają się na języku... Pycha!
Przepis od niezawodnej Doroty.

Czekoladowe pierniczki

Składniki:
(na 110-120 sztuk)
  • 570 g mąki orkiszowej
  • 65 g kakao
  • 75 g cukru pudru
  • 3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 2,5 łyżki przyprawy do piernika
  • 180 g masła
  • 280 g melasy
  • 55 g ciemnej czekolady (70%)
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 1 jajko

Mąkę, kakao i cukier puder przesiać do dużej miski. Dodać sodę i przyprawę do piernika, wymieszać.
Masło i melasę umieścić w garnuszku, podgrzewać aż do połączenia składników. Zdjąć z palnika, dodać posiekaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Przestudzić.
Do przestudzonej mieszanki dodać skórkę z pomarańczy i jajko, dokładnie wymieszać.

Wlać płynne składniki do suchych, wymieszać łyżką, a następnie wyrobić ręką na gładkie ciasto. Uformować z niego kulę, owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez minimum 2 godziny (można przez całą noc).

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 3 mm, ewetualnie lekko podsypując mąką. Wykrawać z ciasta foremkami pierniczki o dowolnych kształtach, układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w niewielkich odstępach.

Piec w 180 st. C. przez 10-12 minut.
Wystudzić na kratce.

Przechowywać w szczelnie zamkniętej puszce, ewentualnie polukrować.

Smacznego!

Ja zaczynam powoli wariować - nienawidzę czekania. A teraz już zupełnie nie mam czym głowy zająć, ciągle więc przeglądam strony w internecie, sprawdzam po kilka razy, czy mam wszystko, co potrzebne (muszę jeszcze kupić kłódkę i zamówić bluzę), i chyba jeszcze dzisiaj spakuję plecak... Czuję się jak pierwszoklasista! A ze względu na wiek, chyba nie powinnam...