sobota, 19 listopada 2011

Wspólne pichcenie - pudding ryżowy

Jakiś czas temu Szanowne Koleżanki Blogerki zaproponowały mi udział we wspólnym gotowaniu. Zdecydowałyśmy się na pudding ryżowy - rzecz prostą i pyszną. Postanowiłyśmy też nie wybierać wspólnie przepisu - dzięki temu wprowadzony został element zaskoczenia - nie wiemy, co przygotowały pozostałe Kobietki (i Kolega - zawsze miło być rodzynkiem, nieprawdaż?). 

Miałam przyjemność gotować z: Eweliną, Panną Malwinną, EmmąPluskotką, Ilonką, Shinju, Maggie, PeląDobromiłą oraz Michałem. Bardzo Wam dziękuję; mam nadzieję, że niedługo uda nam się to powtórzyć.

Kilka słów o samym puddingu - mój jest karmelowy, bo akurat taki budyń znalazłam w czeluściach szuflady. Chciałam przygotować coś podobnego do ulubionego sklepowego deseru D. Z wierzchu ryż w delikatnym sosie, pod spodem niespodzianka w postaci kilku łyżek budyniu. Mmm... Pycha! 
Żeby zmienić smak, wystarczy użyć innego budyniu - możliwości jest mnóstwo. Z pewnością każdy znalazłby coś dla siebie. Nam wersja karmelowa bardzo przypadła do gustu - słodka, ale nie przesłodzona, delikatna i ogólnie bardzo smaczna. 

Serdecznie polecam wersję swoją i Koleżanek i Kolegi - o ile ich znam, każdy wymyślił coś wystrzałowego!

Ryżowy pudding karmelowy z budyniem



Składniki:
(na 3 spore porcje lub 4 nieco bardziej standardowe)
  • 100 g ryżu
  • 800 ml mleka
  • 60 g cukru
  • 5cm kawałek skórki cytrynowej

dodatkowo:
  • 15 g budyniu karmelowego (proszek)
  • 100 ml mleka

budyń:
  • 100 ml mleka
  • 10 g budyniu karmelowego (proszek)
  • 10 g cukru

800 ml mleka zagotować z cukrem i skórką z cytryny. Skórkę usunąć, wsypać dobrze wypłukany ryż, gotować przez 35-45 minut, od czasu do czasu mieszając.
w 100 ml mleka rozmieszać 15 g proszku budyniowego, wlać do ryżu, dobrze wymieszać. Zagotować, zdjąć z ognia i ostudzić.

80 ml mleka zagotować z cukrem, w 20 ml rozpuścić proszek budyniowy. Wlać budyń do mleka, zagotować, cały czas mieszając. Zdjąć z ognia, przestudzić.

Jeszcze ciepły budyń wylać do szklanek, ostudzić (dzięki kożuchowi ryż nie wymiesza się z budyniem). Na wierzch delikatnie wyłożyć masę ryżową. Schłodzić w lodówce przed podaniem.

Smacznego!

Dziś obchodzimy z D. trzecią rocznicę - z jednej strony nie mogę uwierzyć, że to już trzy lata, z drugiej - mam wrażenie, jakbyśmy znali się od zawsze. Cóż... Bywało lepiej i gorzej (jak w każdym związku), ale cały czas nie mamy siebie dość, świetnie się ze sobą czujemy i bawimy. 

Dziękuję za wszystko, mam nadzieję, że cieszysz się z tego tak samo jak ja.

piątek, 18 listopada 2011

Najprościej

I kolejny przepis - nie przepis. Nie to, żebym nie miała czasu... Ale ostatnio zaczynam odkrywać uroki rzeczy prostych. Przygotowanie tortu śliwkowego było ciekawym doświadczeniem, a i efekty były znakomite, ale czasem chce się czegoś teraz, zaraz, już. Na taką potrzebę najlepsze jest - moim zdaniem - ciasto francuskie. Zawsze mam mrożone w domu, bo nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda. W najprostszej wersji wystarczy jajko i trochę cukru, kilkanaście minut pieczenia, i gotowe - słodkie ciasteczka zaspokajające nagłą potrzebę. 
Kiedy mieli nas odwiedzić A. i K. przygotowałam takie cośki nie tylko dlatego, że pieczenie babki zajęło mi mnóstwo czasu. K. po prostu to lubi! A wiadomo, że sprawić frajdę gościom jest zadaniem niezwykle istotnym. W związku z tym dorzuciłam jeszcze jabłka, żeby było nieco bardziej soczyście, i już! Nikt nie potrzebował niczego więcej, ciasteczka rozeszły się błyskawicznie! I wszystkim bardzo smakowały. Lekkie, chrupiące ciasto i pyszne, miękkie owoce - po prostu rewelacja. I co ważne - dla każdego. Nie znam nikogo, kto by takich ciasteczek nie upiekł. A są naprawdę efektowne - napuszone bardzo dumnie prezentują się na talerzu.

Oczywiście - można dodać cynamon, kardamon, czy cokolwiek, co przyjdzie Wam do głowy. Ja tym razem wolałam nie eksperymentować - K. jest jednak klasykiem. Jabłka można zastąpić gruszkami, brzoskwiniami, kiwi - czymkolwiek! - a nawet dżemem. Lub twarogiem. Możliwości są miliony - ogranicza nas tylko własna wyobraźnia.

Ciastka francuskie z jabłkami



Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 450 g ciasta francuskiego

dodatkowo:
  • 1 duże jabłko
  • 1 jajko
  • 20 g cukru

Ciasto rozmrozić, pokroić na 12 równych kwadratów. 
Jabłko obrać, pokroić na ćwiartki, wyciąć gniazda nasienne. Pokroić w cienkie plastry.

Kwadraty ułożyć na blasze wyłożónej papierem do pieczenia. Kawałki jabłek ułożyć w wachlarze, brzegi ciastek posmarować roztrzepanym jajkiem, posypać cukrem.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!



Panowie od okien wymienili mi parapety, zalepili większość dziwnych dziur, pochowali watę i gąbki, i muszę powiedzieć, że wygląda to teraz całkiem przyzwoicie (nie licząc kilku drobiazgów, z którymi będziemy musieli powalczyć sami). Mimo wszystko nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie skończą z dachem, żebym rano mogła spokojnie pospać, do, powiedzmy, ósmej... O ile w dni, kiedy muszę iść do pracy, wstawanie przed siódmą ma sporo zalet, o tyle w wolny poniedziałek już niekoniecznie... Bo ja jestem stworzenie spać lubiące bardzo, szczególnie ranem. Ale co tam! Do marca zleci...

czwartek, 17 listopada 2011

Duet idealny

To, o czym chcę dzisiaj napisać, to tak naprawdę nie jest przepis. Ilości są orientacyjne, ot, po prostu akurat tyle miałam w domu. Poza tym czegoś, czego się nie piecze, i zawiera raptem dwa składniki, nie można nazwać daniem. Deserem...? Nie wiem. U mnie będzie to deser właśnie, gdyż żadna inna nazwa nie przychodzi mi do głowy. Jedliśmy we wtorek po obiedzie, więc chyba deser... Nieistotne! Ważny jest smak - a ten powala. Mówię Wam!
Pierwszy raz spróbowałam tego połączenia mniej więcej miesiąc temu, kiedy zaserwowano nam taką sałatkę w pracy na lunch. Nie byłam pewna, czy w ogóle chcę spróbować, ale stwierdziłam, że najwyżej wydłubię sobie to, co mi smakuje... I wiecie co? Zakochałam się od pierwszego kęsa! Słodki arbuz ze słoną fetą to duet idealny! Teraz jeszcze chwilę będę piać z zachwytu, więc jeśli Was to nudzi, to przejdźcie po prostu do kolejnego akapitu. 
Niby takie proste, a jednak nigdy na to nie wpadłam. Tu nie potrzeba nic więcej - żadnego sosu, żadnych dodatków. Prostota w czystej formie. Ja trafiłam do nieba...

W mojej wersji użyłam tiger watermelon, którego znalazłam na targu. Jednak sprawdzi się tu każdy - byleby był słodki. A tradycyjny, czerwony arbuz zachwyci patriotycznym, wyrazistym kolorytem. Smakuje nieco inaczej, ale też cudownie pysznie. Polecam - robi się błyskawicznie, a zaskakuje oryginalnością.

Arbuz z fetą




Składniki:
(na średniej wielkości miskę)
  • 1,5 kg arbuza
  • 325 g fety (waga po odsączeniu)

Arbuza obrać ze skóry, pozbawić pestek, pokroić w średniej wielkośći kostkę. 
Ser pokroić w kostkę, lub, jeśli mamy krojony, odsączyć na sitku.
Wymieszać arbuza z fetą, schłodzić przed podaniem.

Smacznego!

Ot, taki krótki wpis. Wielu z Was z pewnością zna to połączenie, i ten wpis nie będzie niczym odkrywczym, ale wierzę, że gdzieś tam są tacy jak ja - których trzeba poprowadzić za rękę w kierunku rzeczy banalnych. A takie też są potrzebne. I smaczne!

środa, 16 listopada 2011

O zupie z kaki i roladzie z pieczarkami

Wczoraj miałam wolne. Ostatni dzień mojego długiego weekendu postanowiłam dobrze wykorzystać, i sprawić przyjemność moim Panom jakimś dobry obiadkiem. Długo się zastanawiałam, przeglądałam zawartość lodówki i stron internetowych w poszukiwaniu inspiracji. Tak oto trafiłam do Violi, i kiedy zobaczyłam jej zupę z persymon wiedziałam, że muszą ją zrobić. Traf chciał, że kiedy byliśmy ostatnio na bazarze, kupiłam dokładnie sześć owoców kaki... Takim zrządzeniom losu nie wolno się sprzeciwiać! Zupę przygotowałam od razu - wyszła gęsta, kremowa, nieco słodkawa i pachnąca kolendrą (do zupy dodałam sproszkowanej, którą uwielbiam, i która moim zdaniem świetnie tu pasuje). Ogólnie przepisem i jego efektami jestem zachwycona i uważam, że wieść o takich pysznościach szerzyć należy. Dlatego mimo, że nie zupa jest głównym tematem wpisu (nie umiem ładnie sfotografować zupy. Nie umiem - i już), postanowiłam poświęcić jej akapit. Spróbujcie - warto! Jeśli lubicie krem marchewkowy czy dyniowy - ten też Wam zasmakuje.

Teraz przejdę do meritum, czyli wczorajszego dania głównego. Po długim i ciężkim dniu pracy Panowie samą zupką by się nie najedli... Myślałam więc dalej. Miałam pół kilo pieczarek, które kupuję rzadko, ale tym razem jakimś dziwnym trafem znalazły się w koszyku. Może tarta...? Nie, nie miałam chęci na kruche... I wtedy mnie olśniło. Drożdżowe! Zawsze pyszne. A kiedy ma się cały dzień wolny, aż grzech nie skorzystać. Wykorzystałam przepis z rolady ze szpinakiem - ciasto znów wyszło pyszne - z zewnątrz przypieczone i chrupiące, w środku miękkie. A pieczarki podduszone w czerwonym winie w roli nadzienia sprawdziły się świetnie! Polecam tak samo jak zupę - niebo w gębie! W dodatku bardziej uniwersalne, bo Panowie byli zachwyceni. I najedzeni też.

Rolada drożdżowa z pieczarkami


Składniki:
(na 1 dużą roladę)

ciasto:
  • 500 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 280 ml letniej wody
  • 30 ml oliwy
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli

farsz:
  • 500 g pieczarek
  • 1 duża cebula
  • 40 g masła
  • 125 ml czerwonego wytrawnego wina
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka pieprzu
  • 1 łyżka suszonego tymianku
  • 1 łyżka octu balsamicznego

dodatkowo:
  • 1 jajko

Mąkę przesiać do dużej miski. Zrobić wgłębienie, w które wkruszyć drożdże. Zasypać cukrem, zalać połową wody i odstawić na 15 minut w ciepłe miejsce.
Do miski z mąką dodać resztę wody i sól, zagnieść. Wlać oliwę, zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto.
Uformować kulę, włożyć do miski, przykryć czystą ściereczką. Odstawić na 1 godzinę do podwojenia objętości.

Pieczarki obrać, pokroić w plasterki. Cebulę obrać, pokroić w kostkę. 
Na patelni rozpuścić masło, wrzucić cebulę, zeszklić. Dodać pieczarki, podsmażyć 5 minut. Wlać wino, dusić pod przykryciem 15 minut, od czasu do czasu mieszając.
Zdjąć pokrywkę, wsypać sól, pieprz i tymianek, smażyć, aż większość płynu odparuje (nadzienie powinno być gęste, nieowdnite). Wlać ocet, wymieszać.
Zdjąć z ognia i ostudzić.

Wyrośnięte ciasto krótko wyrobić, rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x35 cm. Nałożyć farsz, zostawiając 2 cm wolne z każdego brzegu. Zwinąć wzdłuż dłuższego brzegu ciasno w roladę, końcówki skleić i podwinąć pod spód.
Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia złaczeniem do dołu.

Odstawić na 20 minut.

Jajko roztrzepać. Posmarować wierzch ciasta.

Piec w 190 st. C. 25-30 minut, aż nabierze złotobrązowego koloru.
Podawać ciepłe.

Smacznego!

Wieczorem oczywiście cieszyliśmy się nowym nabytkiem - taki telewizor to naprawdę duża frajda! Mimo, że tak naprawdę to tylko zbędny gadżet, fajnie jest go mieć. Filmy w domowym zaciszu zdecydowanie zmieniają klimat...

wtorek, 15 listopada 2011

Śliwki po raz pierwszy

Miałam śliwki. Całkiem sporo, choć bez przesady. Część po prostu zjadłam, bo je lubię bardzo. To takie specyficzne owoce - albo się je kocha, albo nienawidzi. Surowe smak mają zupełnie inny od tych przetworzonych - jak byłam młodsza bardzo ciężko było mi uwierzyć, że powidła naprawdę są zrobione ze śliwek. Cóż... Dzisiaj to po prostu wiem (dzieciństwo ma w sobie pewną magię...). W każdym razie uwielbiam takie prosto z drzewa - na Dziadkowej działce było kilka śliw - mogłam je zjadać kilogramami, a Babcia pilnowała, żebym - broń Boże! - nie popiła ich zimną wodą. Dziś działki już nie ma, a śliwki muszę kupować. Tak czy inaczej - smaczne bardzo były.

Nie samymi śliwkami jednak człowiek żyje - część trzeba było przetworzyć. Drożdżówka czy tarta ze śliwkami to klasyka, sernik jest pyszny, ale miałam chęć na coś innego. Szukałam, wertowałam, aż w końcu wypatrzyłam przepis w gazecie Pieczenie jest proste nr 4/2009 (tak, naprawdę lubię tą serię). Nie namyślając się długo - przystąpiłam do działania. Efekt - rewelacja! Spód to ciasto ucierane (znów się udało!), wierzch to to samo ciasto przykryte słodką, kruchą bezą. Środek to oczywiście lekko podgotowane śliwki przykryte kisielem i grubą warstwą pysznego, winnego kremu. Gastronomiczna poezja! 
Ciasto nie jest trudne w wykonaniu, ale zajmuje trochę czasu - wszystko, co gorące, musi najpierw wystygnąć, a całość musi przeleżeć w lodówce przynajmniej kilka godzin, żeby ładnie się scaliła. Smak jest zaskakujący - śliwki w tortach chyba jednak nie są zbyt popularne. U mnie było to zwykłe ciasto do kawy, ale prezentuje się naprawdę świetnie, i z powodzeniem może wystąpić w roli jesiennego tortu na większej imprezie.

Kosztować go miał okazję Kuzyn moich Panów, i usłyszałam ten specyficzny komplement - jak ze sklepu! Hmm... W mniemaniu wielu osób jest to jeden z najbardziej komplementowych komplementów, jakim można obdarzyć ciasto. Mnie nie przestanie zadziwiać nigdy.

Grunt, że smakowało.

Tort śliwkowy z bezą


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

ciasto:
  • 125 g miękkiego masła
  • 150 g cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 5 żółtek
  • 150 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 30 ml mleka

beza:
  • 3 białka
  • sok z 1/2 cytryny
  • 130 g cukru
  • 25 g płatków migdałowych

masa śliwkowa:
  • 500 g śliwek
  • 300 ml soku winogronowego
  • opakowanie kisielu o czerwonym kolorze (40 g)
  • 55 ml zimnej wody

krem:
  • 300 ml czerwonego półwytrawnego wina
  • 200 ml soku winogronowego
  • 75 g cukru
  • 1 cytryna
  • 1 opakowanie budyniu śmietankowego (40 g)
  • 2 łyżeczki żelatyny
  • 2 łyżki zimnej wody
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)

Masło utrzeć z cukrem, cukrem waniliowym i solą na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać żółtka, dokłądnie miskując po każdym dodaniu. Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia. Partiami dodawać do ciasta, na zmianę z mlekiem.

Spody 2 tortownic wyłożyć papierem do pieczenia. 
Ciasto podzielić na pół, wyłożyć do foremek, równomiernie rozprowadzić łyżką.

Piec w 200 st. C. przez 25 minut.

W tym czasie ubić na sztywno białka, pod koniec partiami wsypując cukier. Wlać sok z cytryny, połączyć.
Wyjąć jedną z tortownic, rozprowadzić na wierzchu masę bezową, posypać płatkami migdałowymi.

Piec w 175 st. C. przez 25 minut.
Wyjąć obie tortownice, rozpiąć obręcze i wystudzić ciasto.

Śliwki umyć, przekorić na połowy i usunąć pestki. 
Sok zagotować, poddusić w nim owoce przez 3-4 minuty.
Odcedzić, wystudzić.

Kisiel wymieszać z wodą, powoli wlewać do gotującego się soku, cały czas mieszając. Pogotować jeszcze chwilę, ostudzić.

Spód ciasta (bez bezy) ułożyć na dnie formy, zamknąć obręcz. Wyłożyć śliwki, na wierzch wylać kisiel rozprowadzając tak, żeby dokładnie zakrywał wszystkie owoce.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Budyń rozprowadzić w 100 ml soku winogronowego.
Wino, resztę soku, cukier, skórkę otartą z cytryny i sok z niej wyciśnięty zagotować. Odlać kilka łyżek, w których rozpuścić żelatynę.
Do gotującego się płynu wąskim strumieniem wlać budyń, cały czas mieszając. Zdjąć z ognia, dodać żelatynę, dokładnie wymieszać i odstawić do całkowitego ostudzenia.

Kremówkę ubić na sztywno, połączyć z kremem. Masę wyłożyć na kisiel, przykryć wierzchem ciasta (z bezą).

Wstawić do lodówki na 2-3 godziny.

Smacznego!

Poza tym chciałabym się podzielić pewną nowiną. Otóż uczyniliśmy krok w kierunku normalności, i sprawiliśmy sobie telewizor. Kiedy Panowie zasapani wkulali się do korytarza z ogromnym pudłem, byłam w lekkim szoku. Cóż - Phillipek robi wrażenie swoimi 52 calami... Teraz filmy będzie można oglądać prawie jak w kinie. Do tego Wii, i coś mi się wydaje, że Chłopcy przestaną zamykać się w swoich pokojach...

poniedziałek, 14 listopada 2011

I znów się udało

Wczoraj mieliśmy gości. Byli też w sobotę, a kolejni będą dzisiaj, ale najpierw chciałam pochwalić się ciastem na niedzielę. Przyjechali do nas kolega chłopaków z pracy z narzeczoną, trzeba więc było upiec coś dobrego. I o ile A. jest kobietą wyrozumiałą i niemarudzącą, o tyle K. jest niezwykle wręcz wybredny. Nie przepada za słodyczami, więc żeby coś zjadł, trzeba się naprawdę postarać. Kiedyś, dawno, dawno temu, pochwalił ciasto, które pojawiło się na blogu jako jedno z pierwszych. Z pozoru zwykłe, ucierane, kryjące w sobie zaskakujący smak. Szukałam więc czegoś podobnego. W gazetce Pieczenie jest proste nr 2/2008 znalazłam przepis na zwykłą babkę ucieraną. Właściwie to babeczkę - porcja jest malutka, ale ponieważ najsmaczniejsza jest w dniu przygotowania, nie jest to wadą. I chyba zacznę wierzyć, że w końcu ciasta ucierane mnie polubiły - kolejny wypiek, który udał się doskonale! Ani śladu zakalca czy innych tego typu strasznych niespodzianek. Wyszła naprawdę smaczna, niezbyt słodka, przyjemnie zaskakująca rodzynkami i skórką cytrynową oraz delikatnym aromatem rumu. Mogę polecić z czystym sumieniem każdemu. U nas zniknęła szybciutko.

Przygotowałam ją w formie o średnicy 20 cm, bo nie mam mniejszej. W przepisie polecano 16centymetrową i myślę, że jest to całkiem niezłe rozwiązanie - będzie nieco wyższa i bardziej reprezentacyjna.

Klasyczna babka ucierana



Składniki:
(na formę do babki o średnicy 20 cm u podstawy)
  • 100 g miękkiego masła
  • 50 g cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 2 jajka
  • 125 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 30 g kandyzowanej skórki cytrynowej
  • 50 g rodzynków
  • 1 łyżka rumu

dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru

Formę do babki dokładnie wysmarować masłem i obsypać bułką tartą.

Rodzynki namoczyć w gorącej wodzie, następnie dokłądnie odcisnąć. Razem ze skórką cytrynową wymieszać z 1 łyżką mąki (dzięki temu nie opadną na dno).

Masło utrzeć z cukrem i cukrem waniliowym na puszystą masę. Po jednym wbijać jajka, dokłądnie miksując po każdym dodaniu. Kiedy cukier się rozpuści, po łyżce dodawać mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia. Na końcu wlać rum, wsypać rodzynki i skórkę cytrynową. Szybko wymieszać.
Masę przełożyć do formy, wyrównać wierzch łyżką.

Piec 40-45 minut w 175 st. C.

Wystudzić w formie.
Przed podaniem posypać przesianym cukrem pudrem.

Smacznego!



Zdjęcia wyszły mi nieco zimowe - choć w tle chabry, obsypana cukrem pudrem babka wygląda jak pod cienką warstwą śniegu. Którego swoją drogą nie mogę się już doczekać. Wiem, że dla kierowców to nic przyjemnego, ale jednak ma w sobie magię, której nie potrafię się oprzeć.

środa, 9 listopada 2011

Ciasto z jabłkami w pływającym kremie

Kiedyś pisałam o pewnym zakalcu. Do tej pory jestem pewna, że to nie wina przepisu, ale moja - te ciasta ucierane jednak nie są najprostsze... W każdym razie - napisałam o nim z dwóch powodów. Po pierwsze - bo może ktoś będzie miał chęć na ciasto z marcepanem i agrestem, które nawet z zakalcem smakowało nieźle. Po drugie - bo wpadki się zdarzają.

Przeglądając większość blogów kulinarnych mam wrażenie, że Autorki to geniusze - wszystko jest zawsze idealne i pyszne. Tam nie ma miejsca na zbitą szklankę, wysypaną mąkę, nagły brak kluczowego składnika w lodówce, a wreszcie zakalec czy inna katastrofa są nie do pomyślenia w ogóle. Oczywiście, będąc realistką (którą nie jestem) - nie wierzę w to. Każdemu czasem wychodzi zakalec. No nie ma bata - nie ma ideałów na tym świecie. Gdzieś coś musi czasem nie pójść. W związku z tym mam zamiar opowiadać o moich porażkach. Nie klęskach spektakularnych, gdzie nie wychodzi nic, co można by w ogóle jakoś nazwać (a takie przecież też się zdarzają...), ale o tych drobniejszych, gdzie ciasto jest do uratowania, tylko... Jest jakieś ale. Mniejsze czy większe. Bo to ciasto, które chcę przedstawić dzisiaj, z pewnością zasługuje na uwagę. Jest smaczne, jabłka są pyszne, krem delikatny, a kruche ciasto kruche. Jest jednak ale...

Otóż: przepis znalazłam w Ciastach i deserach nr 1/2010, i od razu wiedziałam, że muszę je upiec. Jakiś czas temu robiłam coś podobnego, tylko z kremem budyniowym - wyszło pycha, i D. domagał się powtórki. To wyglądało podobnie, ale jednak krem był zupełnie inny. I właśnie tu tkwi moje ale - krem, mimo że bardzo delikatny i smaczny, rozpływa się... Obojętnie, czy ciasto jest z lodówki, czy trzymamy je w temperaturze pokojowej. Po prostu czegoś w nim brakuje, a ja nie wiem czego... Myślicie, że możecie je udoskonalić? Spróbujcie, i podzielcie się wnioskami. Bo idea może zachwycić, smak też jest pierwszorzędny, ale z gęstością koniecznie trzeba coś zrobić. Moje dwa podejścia się nie powiodły, może ktoś z Was da radę...?

Ciasto z jabłkami w kremie z mascarpone



Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

ciasto:
  • 300 g mąki pszennej
  • 100 g cukru
  • 250 g zimnego masła
  • 2 żółtka
masa:
  • 250 serka mascarpone
  • 3 jajka
  • 2 białka
  • 90 g cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
dodatkowo:
  • 5 średniej wielkości jabłek
Mąkę przesiać do miski, wymieszać z cukrem, posiekać z masłem. Wbić żółtka, zagnieść gładkie ciasto. 
Schłodzić w lodówce przez 30-60 minut.

Schłodzone ciasto podzielić na pół, jedną część schować z powrotem do lodówki, drugą wylepić spód formy wyłożonej papierem do pieczenia. Gęsto ponakłuwać widelcem.

Podpiec w 200 st. C. przez 20 minut.
Ostudzić.

Z pozostałego ciasta ulepić wałeczek, uformować z niego wysokie na 4 cm brzegi, dokładnie dolepiając do spodu ciasta.

Dwa białka ubić na sztywną pianę. Partiami wsypywać cukier, nie przerywając ubijania. Wsypać mąkę, następnie wbijać po jednym jajku, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu dodać mascarpone i wymieszać na gładką masę.

Jabłka obrać, przekroić na połówki i wykroić gniazda nasienne.

Na podpieczony spód wyłożyć jabłka, zalać masą.

Piec w 150 st. C. przez 40 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Smacznego!

Oczywiście nie zachęcam Was do pieczenia niewypałów - ale do eksperymentów jak najbardziej. Takie nie do końca udane ciasto może być do tego świetną bazą. Poza tym uważam, że czasem dobrze jest poczytać o tym, co się nie udaje. Nie mówię o czymś tak przyziemnym jak podbudowywanie własnego ego cudzą porażką, ale o upewnieniu się, że każdemu może powinąć się noga. Że to normalne, i nie należy się tym zniechęcać. Że warto próbować dalej. I może moje porażki dla innych będą sukcesem? Oby. Bo tak jest lepiej.