poniedziałek, 31 lipca 2017

Mus truskawkowo-miętowy na skandynawską nutę

Wolny piątek - słyszeliście o czymś takim...? Ja, muszę przyznać, od dawna już nie pamiętam, że coś takiego w ogóle istnieje. Odkąd rozpoczęłam pracę w piekarni, piątki to jedne z najbardziej zapracowanych dni - trzeba przygotować wszystkie specjalne zamówienia na weekend, torty ślubne, urodzinowe i na chrzty, a także całą masę drobiazgów, żeby w sobotę jak najłatwiej wszystko ogarnąć. Tymczasem w miniony czwartek, godzinę przed pójściem do domu, szef złożył mi propozycję nie do odrzucenia - dzień wolny. Oczywiście, był haczyk - dzisiaj musiałam wstać o wpół do pierwszej, żeby być w pracy na trzecią. Ale czego nie robi się dla wolnego piątku...?

Oczywiście, pogoda niezbyt dopisała, a C. o takich luksusach może tylko pomarzyć. W końcu więc dokładnie odkurzyłam cały dom, żeby później z czystym sumieniem zagłębić się w lekturze i... Przygotować kilka smakołyków, oczywiście. Ostatnio odwiedziłam moje tajemnicze poziomkowe miejsce, i wróciłam do domu z całymi trzysta pięćdziesięcioma gramami tego dobrodziejstwa. Wykorzystałam je do... 
Ale o tym innym razem.
Dzisiaj ostatni dzień akcji Ani, a więc i mój ostatni skandynawski przepis.

Recepturę znalazłam w Bage og sylte, nr 3/2017, i od razu zwróciłam na nią uwagę. Po pierwsze, mus ma piękny, pastelowo-różowy kolor. Po drugie zawiera dodatek mięty, która na dobre rozpanoszyła się w ogródku i ciągle szukam nowych pomysłów na jej wykorzystanie. A połączenie jej z ostatnimi już chyba w tym roku truskawkami wydawało się znakomitym pomysłem.
Mus wyszedł lekki, intensywnie truskawkowy i lekko miętowy (mięta imbirowa jest dużo subtelniejsza od zwykłej; jeśli więc użyjecie innej odmiany, radzę dodawać ją po trochu, żeby nie zdominowała truskawkowego smaku), zaskakująco sycący. Naprawdę pyszny.
Spróbujcie, póki jeszcze można na targach kupić truskawki.

Mus truskawkowo-miętowy


Składniki:
(na 4 porcje)

  • 3 listki żelatyny
  • 250 g truskawek
  • 50 g cukru
  • 3 łodyżki mięty imbirowej
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
dodatkowo:

  • 2 truskawki
  • kilka listków i kwiatów mięty imbirowej
żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Truskawki umyć, osuszyć, usunąć szypułki. Pokroić na ćwiartki, włożyć do garnka razem z cukrem. Zagotować; gotować przez 5-10 minut, aż owoce zaczną się rozpadać. Zmiksować blenderem na gładki krem. Dodać listki mięty, zmiksować. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać łyżką do jej całkowitego rozpuszczenia.
Ostudzić.

Kremówkę ubić na pół sztywno. Dodać do ostudzonej masy truskawkowej, delikatnie mieszając łyżką. Przełożyć mus do szklanek, schłodzić w lodówce minimum 3 godziny.

Przed podaniem udekorować truskawkami oraz listkami i kwiatami mięty.

Smacznego!


Jest to moja ostatnia propozycja do akcji Ani:

piątek, 28 lipca 2017

Bardzo skandynawska tarta nie tylko na skandynawską kieszeń

Patrząc na moje przepisy dodane do akcji Ani można by pomyśleć, że Skandynawowie w ogóle, a Duńczycy w szczególności, jeszcze nie wpadli na pomysł, żeby do ciast i deserów dodać coś innego niż rabarbar. Oczywiście, jest to bzdura na resorach; powiem więcej: rabarbar wcale aż tak bardzo przez Duńczyków lubiany nie jest. Oni bowiem wolą zdecydowanie słodkie smaki; kwaskowatość rabarbaru jest zarezerwowana dla koneserów.
Takich jak ja. A że dorobiłam się w tym roku całych trzech rabarbarowych krzaczków (które, o dziwo, nawet teraz jeszcze mnie w rabarbarowym szaleństwie podtrzymują licznymi różowo-zielonymi łodygami), nie mogę się po prostu powstrzymać. Część z przepisów przygotowałam jeszcze w maju, gdy już myślałam o akcji wiedząc, że później może nie być czasu na przetestowanie tylu przepisów, ile bym sobie życzyła. Później zaś nadal korzystałam z rabarbarowego dobrodziejstwa, i tak się jakoś rabarbarowo kulało... Aż tu nagle okazało się, że tematem wspólnego gotowania jest skandynawski deser z owocami leśnymi! Zaskoczona i lekko zdezorientowana, czym prędzej wysłałam C. do sklepu, a sama rozpoczęłam poszukiwania odpowiedniego przepisu.

W oko wpadła mi tarta z Scandilicious baking Signe Johansen. Z tym, że w oryginale jest z czerwonymi porzeczkami. Wygląda piękne! Ale ten, kto kiedyś próbował kupić czerwone porzeczki w Danii ten wie, że to frykasy tylko dla elit. Bo, uwaga, tutaj kilogram porzeczki kosztuje... Sto polskich złotych! Rozumiecie...? Rozbój w biały dzień! Mnie na to nie stać; poczekam, aż drzewko w ogrodzie zacznie owocować, i wtedy się porzeczkami nasycę. Póki co stawiam na owoce leśne, w których skład wchodzą właśnie wyżej wymienione czerwone porzeczki, a także ich czarne kuzynki, jagody, maliny oraz jeżyny. Sami widzicie - mieszanka jest odpowiednio kwaskowa, dzięki czemu świetnie kontrastuje z intensywnie migdałową, słodką masą. 
Zamiast marcepanu użyłam masła migdałowego, w którego skład wchodzą tylko migdały i sól. Jeśli zdecydujecie się na marcepan lub dosładzaną masę, koniecznie zmniejszcie ilość cukru! 
Moja masa jest dość ciemna, ponieważ migdały zmielono całe, razem ze skórkami. Jeśli zależy Wam na lepszym kontraście kolorystycznym, zdecydujcie się na marcepan lub jasną masę migdałową.

Inne propozycje na skandynawskie ciasta z owocami leśnymi znajdziecie u Siankoo, Mopsika i Ani.

Tarta z masą migdałową i owocami leśnymi


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 24 cm)

spód:
  • 200 g mąki pszennej
  • 50 g cukru
  • 100 g zimnego masła
  • 1 jajko
masa migdałowa:
  • 330 g masła migdałowego
  • 150 g cukru
  • 100 g miękkiego masła
  • 4 jajka
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 100 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 300 g mieszanki owoców leśnych
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać pokrojone w kostkę masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć nim formę, formując brzegi.
Schłodzić w lodówce przez 60 minut.

Po tym czasie ciasto gęsto nakłuć widelcem, położyć na nim arkusz papieru do pieczenia i wysypać groszkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Masło migdałowe utrzeć z cukrem. Dodać miękkie masło, zmiksować. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt, połączyć. Na końcu dodać mąkę, zmiksować tylko do połączenia składników.

Masę migdałową równomiernie rozłożyć na ostudzonych cieście. Na wierzch wysypać owoce leśne, delikatnie wciskając je w masę. 

Piec w 180 st. C. przez około 20 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis oczywiście dodaję do akcji Ani:

środa, 26 lipca 2017

Cukrowy szczyt i spóźniony syrop z bzu i malin

Parę tygodni temu w duńskiej telewizji premierę miał program, który przyprawił o szybsze bicie serca nie tylko cukierniczych amatorów, ale też profesjonalistów. Mowa o Sukkertoppen, czyli Cukrowym szczycie. Dwie pary cukierników co tydzień dostają dwa zadania; wygrani przechodzą dalej. Pierwsze z nich to dwa razy po trzydzieści jednoosobowych ciastek; wygląd i składniki są dowolne, zawsze jednak jest jakiś składnik główny, na przykład rabarbar czy truskawki. Drugie zadanie to ciasto dla trzydziestu osób, gdzie narzucony jest temat i jeden z elementów ciasta (w jednym z programów były to las i ciasto francuskie). Na przygotowanie wszystkiego uczestnicy mają określony czas, jednak do studia przychodzą już przygotowani; listę zadań dostają bowiem z wyprzedzeniem.

Spodziewałam się czegoś absolutnie fantastycznego. I choć niektóre z przysmaków zrobiły na mnie wrażenie, to inne wywołały lekkie zdumienie. Tak proste i oczywiste na taki konkurs...? Mogliby się, moim zdaniem, nieco bardziej postarać.
Zresztą, to nie tylko moje zdanie. Jurorzy, którymi są Nikolaos Strangas (Grek, który pracował w wielu restauracjach z gwiazdkami Michelin, przygotowywał desery dla słynnego D'Angleterre, a obecnie ma swoją cukiernię w Kopenhadze) oraz Ronnie Holmen (nowy szef cukierniczy w Odense Marcipan), również wyrażają swoje rozczarowanie prostotą wykonanych ciast.
Z drugiej strony program oglądam razem z C., który nie może się nadziwić, jak oni to wszystko robią... Domyślam się więc, że na widzach, którzy z branżą cukierniczą nie mają wiele wspólnego, show zdecydowanie robi wrażenie.

Póki co z niecierpliwością czekam na wielki finał - uczestnicy będą przygotowywać torty ślubne.
Poza tym zabawnie jest patrzeć na Ronniego, z którym nie tak dawno rozmawiałam o moim torcie ślubnym...

Dzisiaj mam dla Was przepis, na którego przygotowanie będziecie musieli poczekać do przyszłego roku. Wszystko dlatego, że czarny bez dawno już przekwitł, a ja jakoś nie miałam czasu przygotować wpisu. Syrop jednak wyszedł tak pyszny, że jestem pewna, iż jego idea nie wywietrzeje Wam z głów nawet do przyszłego lata.

Przepis podpatrzyłam w Hjemmets bedste mad, nr 6/2016; zmieniłam tylko truskawki na maliny, a gotowy syrop, zamiast mrozić, zagotowałam i zamknęłam w butelkach.
Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania! Kolor ma fenomenalny, pachnie obłędnie, a smakuje tak, że mogłabym tylko to pić przez całe lato (co zresztą razem z C. uskuteczniamy; zostały mi raptem dwa słoiczki). Koniecznie sobie ten przepis zapiszcie; przyda się w kolejnym bzowym sezonie.

Syrop malinowo-bzowy


Składniki:
(na 2 l syropu)
  • 450 g malin
  • 15 kwiatostanów czarnego bzu
  • 1 cytryna
  • 1 l wody
  • 1 kg cukru

Maliny umyć, osuszyć i rozgnieść widelcem. Przełożyć do miski.
Na owocach ułożyć kwiaty bzu pozbawione grubszych łodyżek. Cytrynę wyszorować, pokroić w cieknie plastry, ułożyć na wierzchu.
Z cukru i wody zagotować syrop. Gorącym zalać owoce z kwiatami. Odstawić na 3 doby w chłodne miejsce (może być lodówka), codziennie mieszając.

Syrop przecedzić przez sitko wyłożone czystą, kuchenną ściereczką. Przelać do garnka, zagotować. Gorący przelewać do wyparzonych słoiczków lub butelek, mocno zakręcać. Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Przepis dodaję do akcji Ani:

poniedziałek, 24 lipca 2017

Duńskie ciasto z rabarbarem. I o tym, jak moja przyszłość zawisła na włosku. Czy może raczej na odnóżu...?

Boję się pająków.
Nie jestem pewna, czy to dobry moment i miejsce na takie wyzwania, ale co mi tam. Raz się żyje.
Nie to, że mnie brzydzą (choć to też); one przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Na samą myśl o tych ośmiu odnóżach na mojej skórze dostaję spazmów. Każde zaobserwowanie stawonoga kończy się piskiem i wezwaniem C. na ratunek. Zazwyczaj przybywa z odsieczą z miną wskazującą na odczuwane politowanie... Ale co tam. Najważniejsze, że się ich pozbywa, a ja mogę znów czuć się we własnym domu jak u siebie.

W weekend, po kąpieli, wyszłam spod gorącego prysznica rozgrzana i różowiutka, pachnąca nowym, morelowo-truskawkowym mydłem. Owinęłam się mięciutkim, kremowym szlafrokiem, włożyłam puchate, fioletowe skarpetki i zadowolona weszłam do sypialni. Moje czujne oko od razu dostrzegło jakąś dziwną, czarną plamę na prześcieradle. Podeszłam bliżej, zapaliłam światło i... W tym momencie plama dała nura pod kołdrę! 
Przysięgam, takiego pisku nie wydałam z siebie od pamiętnej sytuacji z domniemanym szczurem. C. wpadł do pokoju nim mój krzyk zdążył przebrzmieć. W dłoni, zamiast miecza, dzierżył łapkę na muchy, co było zdecydowanie mniej romantyczne, na uznanie jednak zasługuje jego błyskawiczna reakcja i brak krzywego uśmiechu, który zawsze mnie tak irytuje. Wydukałam nieskładnie, że pod kołdrą jest pająk, i że jeśli on się go natychmiast nie pozbędzie, to ja się wyprowadzam.
Pisząc tego posta, siedzę na kanapie w moim własnym salonie, wniosek nasuwa się więc sam: pająk został pokonany. Choć muszę przyznać, że i tak niespecjalnie dobrze spałam tamtej nocy...

Po opowiedzeniu tej mrożącej w żyłach krew historii w pracy usłyszałam: To za ile wystawiliście dom na sprzedaż...?
Ha. Ha.

Przepis na to ciasto z rabarbarem znalazłam na blogu Pistachio. Spodobał mi się bardzo, bo są w nim same dobre rzeczy: miękkie, waniliowe ciasto ucierane, karmelizowany rabarbar i krem budyniowy. Niewielki dodatek kardamonu nadaje mu wyrazistego, niecodziennego charakteru. Czy może być coś lepszego...?
Przygotowanie, choć obejmuje kilka etapów, jest banalnie proste i wcale nie zajmuje dużo czasu. A ciacho wychodzi obłędne! Delikatne, słodko-kwaśne i wilgotne, a do tego długo zachowuje świeżość. 
Czy ktoś w ogóle mógłby próbować mu się oprzeć...?

Duńskie ciasto z rabarbarem, kardamonem i budyniem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

krem budyniowy:

  • 250 ml mleka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 jajko
  • 50 g cukru
  • 15 g mąki ziemniaczanej
  • 15 g masła
ciasto:

  • 175 g miękkiego masła
  • 175 g cukru
  • 4 jajka
  • 200 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
nadzienie rabarbarowe:

  • 400 g rabarbaru
  • 30 g masła
  • 50 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
dodatkowo:

  • 30 g płatków migdałowych
Mleko zagotować.
Jajko, cukier i mąkę roztrzepać, powoli wlewać gorące mleko, cały czas mieszając. Przelać całość do garnuszka, podgrzewać, cały czas mieszając, aż budyń zgęstnieje. Zdjąć z palnika, dodać pokrojone w kostkę masło, wymieszać aż do jego rozpuszczenia.
Ostudzić.

Rabarbar pokroić na 2cm kawałki.
Na patelni rozgrzać masło, dodać cukier. Gdy się rozpuści, dodać rabarbar, wymieszać i smażyć 2-3 minuty, aż rabarbar się skarmelizuje.
Ostudzić.


Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt, połączyć. 
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą. Partiami dodawać do masy maślano-jajecznej, miksując na najniższych obrotach miksera. 

Ciasto przelać do wyłożonej papierem do pieczenia formy. Na wierzchu równomiernie rozłożyć masę budyniową, a na niej lekko odsączony rabarbar. Posypać płatkami migdałowymi.

Piec w 180 st. C. przez około 1 godzinę.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

czwartek, 20 lipca 2017

Duńska sztuka i prawie duńskie drożdżówki. Z marcepanem i porzeczkami

W zeszły piątek, jak co roku zresztą, wybraliśmy się na sztukę wystawianą przez 7kanten. Co roku w Varde przez trzy tygodnie na przełomie czerwca i lipca, codziennie grana jest ta sama sztuka. W tym roku był to duński klasyk, czyli Midt om natten. Oryginalny film z Kimem Larsenem, jednym z najpopularniejszych piosenkarzy pokolenia moich Rodziców, jest prawdziwym hitem. Znają go wszyscy. Nawet ja obejrzałam już ładnych parę lat temu. Tym bardziej byłam ciekawa sztuki.
Okazało się, że została mocno odnowiona (film jest z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku). Tutaj bohaterowie posługują się komórkami i odnotowują kolejne kroki przedsięwzięcia na facebooku.

Historia jest prosta - grupa młodych ludzi nielegalnie zamieszkuje opuszczone budynki. Po najeździe policji rozpraszają się po całej Kopenhadze. Główny bohater nie chce jednak na to pozwolić; znajduje opuszczone magazyny, i z pomocą znajomych odnawia je na tyle, aby można było je zasiedlić. Problemy zaczynają się, gdy pojawia się Spacey, który według plotek zginął podczas policyjnego najazdu. Okazuje się, że Spacey nie tylko jeździ na wózku inwalidzkim, ale ma poważne zatargi z lokalnym gangiem, wobec którego ma spore długi za heroinę. Jest więc kolejna napaść, a w to wszystko miesza się burmistrz, który nie chce w swoim mieście dzikich osiedli. Jest też miłość, przyjaźń, zdrada i... Wiecie co...? Nie powiem Wam więcej; sami obejrzyjcie film.
Na zachętę dodam, że z pewnością znacie jednego z duńskich aktorów w nim występujących: Ove Sprogøe, czyli nieśmiertelnego Egona Olsena.

Sztuka, choć znaczącą się od filmu różniła, wywołała ciarki. Świetna muzyka, rewelacyjni aktorzy (znów drugoplanowi skradli cały występ), gra na żywo - to wszystko sprawia, że już niecierpliwie czekam na kolejną. A za rok Chaplin - the musical.

Oczywiście, jak zwyczaj nakazuje, zabrałam ze sobą przekąski. Tym razem upiekłam orzechowe ciasteczka (o których innym razem) i drożdżówki z porzeczkami. Puszyste, maślane ciasto drożdżowe połączyłam z typowo duńską masą marcepanową: mazarin masse. To tylko marcepan, cukier, masło, jajka i mąka, a smakuje naprawdę wybornie. Dzięki niej bułeczki nabierają migdałowego smaku i niesamowitej wilgotności. Dla przełamania słodyczy - ostatnie zamrożone porzeczki. Można dodać też czarne, i w sumie wskazane jest zwiększenie ich ilości - u mnie to były ostatki.

Drożdżówki z masą marcepanową i porzeczkami


Składniki:
(na formę 30x22 cm)
  • 650 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 80 g cukru
  • 300 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 80 g masła
  • 1 łyżeczka soli
masa marcepanowa:
  • 100 g surowego marcepanu
  • 100 g cukru
  • 100 g miękkiego masła
  • 2 jajka
  • 30 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 175 g czerwonych porzeczek
  • 2 łyżki mleka
  • 2 łyżki cukru perłowego
  • 20 g płatków migdałowych
Masło rozpuścić, przestudzić.
Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać 100 ml mleka. Odstawić na 10-15 minut, aż na powierzchni pojawią się bąbelki. Dodać pozostałe mleko i cukier, wbić jajko. Zagnieść. Powoli wlać masło, na końcu dodać sól. Wyrobić gładkie, nieco lepkie ciasto.

Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować masę migdałową. 
Marcepan utrzeć z cukrem, następnie dodać masło, dokładnie zmiksować tak, żeby nie było grudek. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu dodać mąkę, wymieszać tylko do połączenia składników.
Odstawić.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, delikatnie podsypując mąką. Rozwałkować na prostokąt o wymiarach 45x35 cm, posmarować masą marcepanową, równomiernie posypać porzeczkami. Zwinąć ciasno wzdłuż dłuższego boku, pokroić ostrym nożem na 12 kawałków.

Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia, ułożyć w niej płasko kawałki ciasta.
Odstawić do napuszenia na 15-20 minut.

Po tym czasie posmarować bułeczki mlekiem, posypać migdałami i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani. Przepis na masę marcepanową mam z pracy, połączenie jej z porzeczkami jest już niemal duńskim klasykiem, a puszyste, maślane drożdżowe jest uniwersalne dla całego chyba świata.

wtorek, 18 lipca 2017

Szalona wyprawa C. i brownie. Z wiśniami i chałwą

O tym, że zmieniłam Niemca na Francuza, już Wam pisałam. Nie wspomniałam jednak, co było przyczyną tak zdecydowanego kroku. Odpowiedź jest prosta: rdza. Zżera biednego mercusia od spodu niczym wygłodzona mysz. A Duńczycy to naród specyficzny, rdzy nie tolerujący. Gdy nadszedł więc w końcu tak przerażający nas moment, czyli przegląd, zgodnie z naszymi najczarniejszymi przewidywaniami, autko go nie przeszło. I nie przejdzie, póki rdzy nie usuniemy. Do ostatniej, najmniejszej plamki. 
Oczywiście, koszt takich zabiegów w Danii przekracza - i to znacznie - wartość samochodu. C. jednak czuje się z nim związany bardzo grubym emocjonalnym sznurkiem, stwierdził więc, że działania podejmiemy w Polsce. Wiązało się to z karkołomną wyprawą, którą odbył w zeszły weekend. Nocna jazda do moich Rodziców, zostawienie autka pod pieczą Taty i powrót busem. 
I tu zaczynają się schody...

Kiedy w końcu udało mi się znaleźć firmę, której pracownicy chcieli ze mną rozmawiać w miarę przystępny sposób, byłam zachwycona. Ustaliliśmy odjazd na niedzielę między ósmą a dziewiątą, i wszystko byłoby pięknie, gdyby przed szóstą C. nie dostał smsa z lakoniczną informacją, że odjazd, z uwagi na awarię busa, opóźni się o pięć godzin.
Na tę wieść uniosłam brew w wyrazie irytacji, i czym prędzej sięgnęłam po telefon, żeby się w sprawie rozeznać. Pani, która wcześniej była bardzo miła, w niedzielę o siódmej rano nagle stała się dość nieprzyjemna i burkliwa. Na moje pytanie, co się właściwie dzieje odparła, że bus się zepsuł i trzeba sprowadzić nowy. Z Koszalina. Aha. Czy w takim wypadku mają przewidziane zniżki dla klientów? Oczywiście, że nie - niemal krzyknęła moja rozmówczyni z wyraźnym oburzeniem. Przecież to wypadek losowy, i co niby oni mają na to poradzić...? Na usta cisnęła mi się riposta, że trzymanie zapasowych busów na miejscu, zamiast na drugim końcu Polski, byłoby całkiem niezłym początkiem... 
I żebyście nie zrozumieli mnie źle - nie chodzi mi o to, że nagle chciałam zaoszczędzić. Ale gdyby pani zaproponowała, choćby i najdrobniejszą, rekompensatę, miałabym wrażenie, że zależy jej na kliencie. Zamiast tego burczała na mnie rozeźlonym głosem, co sprawiło, że pomyślałam, że albo takie sytuacje zdarzają się tak często, że nie mogą pozwolić sobie na straty z tym związane, albo swoich klientów mają po prostu w nosie. I jedna, i druga opcja sprawiły, że z pewnością już z ich usług korzystać nie będę.
Czarę przepełnił fakt, że kierowca, mimo solennych zapewnień wtedy jeszcze miłej pani, po angielsku potrafił wybąkać ze dwa zdania, co według mnie płynną angielszczyzną nie jest. Biedny C. zupełnie nie potrafił się z nim dogadać; na szczęście jeden z pasażerów przyszedł mu z pomocą. 
Nie jest lekko, oj nie...
Albo to może ja jestem zbyt wymagająca...?

Czekając na C. pomyślałam, że umilę mu powrót do domu ciastem. Zbiegło się to ze wspólnym wiśniowym gotowaniem, sięgnęłam więc po przepis z bloga Ginger & honey, który kusił mnie od dawna. Połączenie kleistego, intensywnie czekoladowego brownies z kwaskowatymi wiśniami i słodką chałwą jest obłędne. Sprawdziłam już to połączenie w torcie urodzinowym i wiedziałam, że się nie zawiodę. Ciasto wyszło bardzo wyraziste w smaku, z odpowiednio zbalansowaną słodyczą i głębokim smakiem. I mimo, że dość ciężkie, nie sposób oprzeć się dokładce...

Po przepisy na inne smakołyki z wiśniami koniecznie zajrzyjcie do MirabelkiAni i Mopsika.

Brownie z wiśniami i chałwą


Składniki:
(na formę 20x20 cm)
  • 75 g ciemnej czekolady (70%)
  • 75 g mlecznej czekolady
  • 115 g masła
  • 20 g kakao
  • 70 g cukru
  • 3 jajka
  • 95 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
dodatkowo:
  • 115 g wydrylowanych wiśni (mogą być ze słoika)
  • 100 g chałwy
Czekolady posiekać, umieścić w garnuszku razem z masłem, rozpuścić. Zdjąć garnek z palnika, dodać kakao i cukier, wymieszać. Po jednym wbijać jajka, dokładnie mieszając po każdym dodaniu (najlepiej trzepaczką). 
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą, dodać do masy czekoladowej. 
Przelać masę do formy, na wierzchu ułożyć wiśnie, na nie pokruszyć chałwę.

Piec w 170 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Mirabelki:

poniedziałek, 17 lipca 2017

Sztuka wyrastania i chlebek z zieloną wkładką

Ostatnio nabrałam znów ochoty na pieczenie drożdżowych ciast. Może dlatego, że niby jest lato, ale jednak chłodno i drożdżowe wydaje się takie... Pocieszające. Kiedy zapach słodkich bułeczek roznosi się po domu, deszcz i wiatr tracą na znaczeniu. I nie ważne, że tylko na chwilę...

Problem jednak jest taki, że kaloryfery oczywiście nie grzeją, w kominku w środku lipca palić nie będę (swoją drogą, w kominku nie palę w ogóle, bo nie umiem; to zadanie C. A on by mnie tak wyśmiał, gdybym wyszła z tak niedorzeczną propozycją, że wolę sobie temat odpuścić), a jakby nie patrzeć, osiemnaście stopni to nie jest optymalna temperatura wyrastania. Co robić...?
Wiedziona piekarniczym instynktem, przystąpiłam do szczegółowej inspekcji jednego z piekarników. Tego z funkcją parowania. I wiecie, co odkryłam...? Że ma specjalny program do wyrastania! Przetestowałam go najpierw na słodkich bułeczkach z porzeczkami, następnie na chlebie, na który przepis znajdziecie poniżej - i jestem zachwycona! Nie dość, że można ustawić idealną dla danego rodzaju ciasta temperaturę, to jeszcze piekarnik sam z siebie utrzymuje odpowiednią wilgotność tak, że powierzchnia ciasta nie ma nawet szansy pomarzyć o wysuszeniu. W dodatku przyspiesza cały proces, i w najwyżej czterdzieści pięć minut mam idealnie wyrośnięte, cudownie puszyste ciasto. No żyć, nie umierać! Jestem zachwycona i jednocześnie zdegustowana samą sobą, że wcześniej tego nie odkryłam. Teraz, skoro coraz lepiej rozumiem mój piekarnik (a nie jest to łatwe, zważywszy na fakt, że rozmawia ze mną po duńsku), możecie spodziewać się kolejnych drożdżowych wypieków. Z tego co wiem, nie zanosi się bowiem na zmianę aury, i lody póki co schodzą na dalszy plan...

Ten chlebek upiekłam z myślą o wspólnym gotowaniu, gdzie miałyśmy przygotować danie z trzech produktów: bobu, czosnku i pomidorów. I muszę przyznać, że trochę naoszukiwałam...
W Danii świeży bób jest nieosiągalny, sięgnęłam więc po mrożony. Bardzo chciałam coś przygotować, myślałam długo, aż w końcu wpadłam na pomysł upieczenia chleba. Tylko te pomidory... Nie bardzo pasowały do mojej wizji. W końcu wykombinowałam, że użyję suszonych; i choć wiem, że sezon na świeże, dorodne jest teraz w pełni, mam nadzieję, że wybaczycie mi to lekkie nadużycie. Na usprawiedliwienie dodam, że chlebek podałam jako dodatek do roladek z kurczaka z mozzarellą i pieczonych pomidorków koktajlowych. Może być...?

Pasta z bobu jest wyborna; śmiało można jej używać jako smarowidło do kanapek, albo nawet wymieszać z ugotowanym makaronem. Sok z cytryny i olej najlepiej dodawać po trochu, do osiągnięcia odpowiedniej konsystencji i smaku. W końcu nie wszyscy lubimy to samo...
Chlebek jest mięciutki, delikatny i puszysty; świetnie nadaje się jako dodatek do zup, ale również do kanapek. Naprawdę warto sobie taki upiec.

Po inne przepisy na inne dania z bobem, czosnkiem i pomidorami koniecznie zajrzyjcie do Ani, Malwinny, Shinju i Martynosi.

Chleb z pastą z bobu i suszonymi pomidorami


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 27x15 cm)
  • 350 g mąki pszennej
  • 200 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 23 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 350 ml letniej wody
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 2 łyżki oliwy
pasta z bobu:
  • 350 g ugotowanego, wyłuskanego bobu
  • 2 ząbki czosnku
  • 10 gałązek mięty imbirowej
  • sok z 1 cytryny
  • 100 ml oleju pistacjowego
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 75 g suszonych pomidorów w oleju
  • 2 łyżki oleju od pomidorów
Mąki wymieszać, po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać cukier, wlać 150 ml wody, odstawić na 15 minut.
Po tym czasie dodać do ciasta pozostałą wodę, zagnieść. Pod koniec wyrabiania dodać sól i oliwę.
Ciasto odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować pastę z bobu.
Bób, przeciśnięty przez praskę czosnek, oberwane listki mięty, sok z cytryny i olej zmiksować blenderem. Doprawić do smaku solą i pieprzem.
Odstawić.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, a następnie rozwałkować na prostokąt o wymiarach 35x40 cm, delikatnie podsypując mąką. Posmarować równomiernie pastą z bobu, posypać pokrojonymi na mniejsze kawałki pomidorami odsączonymi z zalewy. Zawinąć ciasno w rulon wzdłuż dłuższego boku, złożyć na pół i włożyć do wyłożonej papierem do pieczenia formy.
Odstawić do wyrośnięcia na 20-25 minut.

Posmarować ciasto olejem z pomidorów.

Piec w 180 st. C. przez 40 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Ja tymczasem jutro wybieram się do fryzjera na ułożenie próbnej fryzury i zrobienie makijażu ślubnego. Jestem nawet lekko podekscytowana, muszę przyznać.