piątek, 18 listopada 2016

Historia mrożąca krew w żyłach i zupełnie niegroźny sernik

Lubicie horrory?
Ja nie bardzo. W ogóle nie lubię się bać. Jako dziecko oglądałam z Siostrą program, w którym grupka dzieciaków opowiadała sobie straszne historie. Ona, siedem lat młodsza ode mnie, wpatrywała się w ekran z wypiekami na twarzy; ja już w połowie chowałam głowę pod koc.
Dzisiaj pełne krwi i, nie bójmy się tego powiedzieć, raczej obrzydliwe filmy, raczej mnie śmieszą niż przerażają; tych prawdziwych horrorów, które sprawiają, że człowiek zaczyna bać się własnego cienia, z zasady nie oglądam. Jedynie te lekko bajkowe, w gotyckim, że tak to ujmę, klimacie, które są tylko trochę straszne, oglądam z prawdziwą przyjemnością.

W realnym życiu staram się rzeczy strasznych unikać, ale niestety - nie zawsze mi się udaje. A gdy niebezpieczeństwo czyha na mnie we własnym domu, potrafię wpaść w prawdziwą panikę. W sumie, sama się o to nie podejrzewałam...

Na początku mała dygresja: w garażu mam światło z czujnikiem ruchu, który bardzo sprytnie umocowany jest przy drzwiach wyjściowych. Kiedy więc wchodzę do garażu z domu, nie z zewnątrz, muszę przejść całą jego długość, zanim światło się zapali. I to tyle, gwoli wyjaśnienia.

Ubrana więc w zimową kurtkę, czapkę z pomponem i kozaki, wchodzę do garażu o wpół do piątej rano. Ciemno jak w grobie, tylko lekko jaśnieje prostokąt drzwi. A do moich uszu dochodzi cichy dźwięk, takie szur szur po podłodze. W ułamku sekundy w mojej głowie pojawiła się myśl: mysz. A zaraz po niej, jeszcze bardziej niepokojąca: szczur. Więc, przerażona do szpiku kości (przecież mógł mi już między nogami przemknąć do domu!), wrzasnęłam. Z całej siły, wyrażając cały przestrach, który mnie ogarnął. Był to krzyk z cyklu morderca mnie morduje, tudzież mamy w domu szczura. Sama siebie nie podejrzewałam, że mogłabym tak rozdzierająco krzyczeć.

Sekundę potem usłyszałam, jak C. biegnie mi na pomoc, po drodze omal nie zabijając się o krzesło, które po niedzielnych gościach ostało się na środku salonu. Wpadł do garażu półnagi, czerwony i zdyszany, przerażony chyba jeszcze bardziej niż ja. Ja tymczasem już wtedy, lekko nieprzytomnym wzrokiem, wpatrywałam się w sprawcę całego zamieszania: kawałek styropianu, który C. nieopatrznie zostawił na mojej porannej ścieżce. Kopnęłam go, wcale tego w zimowych butach nie zauważając, a on zaszurał zupełnie niewinnie, doprowadzając mnie niemalże do histerii...

Po wszystkim C. stwierdził, że ja to chyba nigdy szczura nie słyszałam. Zgodnie przytaknęłam; nie słyszałam i wcale słyszeć nie chcę. 
Styropian w zupełności wystarczy...

Na deser mam za to zupełnie niestraszny sernik. Na spodzie z czekoladowych pierniczków, z kremową, dość ciężką masą waniliową i delikatnym, lekko wręcz wytrawnym (bo bez dodatku cukru) musem czekoladowym z dodatkiem przyprawy do piernika. 
Przyznam się Wam, że ten sernik mi się niedawno przyśnił - właśnie takie połączenie smaków. Oczywiście, po przebudzeniu go dopracowałam, a później przygotowałam według sennych wskazówek. Wyszedł naprawdę pyszny i bardzo elegancki; dzięki pierniczkowym smakom świetnie się sprawdzi na świątecznym stole. 
Spróbujecie?

Sernik waniliowy z musem czekoladowo-pierniczkowym


Składniki:

spód:
masa serowa:
  • 200 g serka mascarpone
  • 400 g serka kremowego
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 200 g mleka skondensowanego słodzonego
  • 4 jajka
mus czekoladowo-piernikowy:
dodatkowo:
  • 1 kostka białej czekolady
  • laska cynamonu
  • 2 gwiazdki anyżu
Pierniczki drobno pokruszyć. Masło rozpuścić, przestudzić, wymieszać z pierniczkami. Masą wyłożyć spód i boki formy do 1/3 wysokości. Schłodzić w lodówce przez 20 minut.

Podpiec w 180 st. C. przez 12 minut, przestudzić.

Mascarpone, serek kremowy, ekstrakt, mleko i jajka dokładnie wymieszać, tylko do połączenia składników. Wylać na podpieczony spód, wyrównać wierzch.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec kolejne 30-40 minut.
Ostudzić w zamkniętym piekarniku.

75 ml kremówki zagotować z dodatkiem przyprawy do piernika. Zalać nią posiekaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Pozostałą kremówkę ubić, delikatnie połączyć z czekoladą.
Mus wyłożyć na całkowicie ostudzony sernik, wyrównać wierzch. Schłodzić w lodówce przez 4-5 godzin.

Przed podaniem udekorować startą białą czekoladą, laską cynamonu i gwiazdkami anyżu.

Smacznego!


Sernik bierze udział w konkursie na blogu Słodko i wytrawnie:

czwartek, 17 listopada 2016

O bąbelkach słów kilka. I krem dyniowo-jabłkowy

Będąc piekarzem, trzeba się liczyć z możliwością oparzeń. Niestety - tam, gdzie są gorące piece, nie da się uniknąć drobnych, ale też bardziej poważnych wypadków. Każdy, prędzej czy później, zetknie się z rozgrzaną częścią piekarnika lub jego wyposażenia, żeby później móc opowiadać barwne historie, w których oparzenie było trzy razy większe, niż naprawdę, a on dzielny niczym bohater renesansowego romansu.

Mi się mały wypadek zdarzył w zeszłym tygodniu, i od razu, żeby nie było wątpliwości, przyznam się, że dzielna nie byłam zupełnie. Wsadziłam oparzoną dłoń pod strumień chłodnej wody, a łzy kapały mi ciurkiem po brodzie. Nie dlatego, żeby oparzenie było jakoś specjalnie poważne czy rozległe; piekło za to niemiłosiernie. Do dzisiaj obnoszę się zresztą z dwoma nieapetycznie prezentującymi się bąblami.
Co się stało? Otóż chciałam przesunąć stikvogn (proszę się ze mnie nie śmiać ani nie kiwać potępiająco głowami; naprawdę nie mam pojęcia, jak ten stelaż na blachy nazywa się po polsku) kantem dłoni, co robiłam już nie raz i nie dwa, próbując się dostać przez labirynt wszelkich możliwych sprzętów na kółkach do zlewu. Nie przewidziałam tylko, że z dala od piekarników może się znajdować jeden rozgrzany do temperatury dwustu trzydziestu stopni! Gdy go dotknęłam, aż pisnęłam. A później to już wiadomo - zimna woda i łzy.
Bohaterem raczej nie zostanę, choć obiecałam sobie solennie, że następnym razem będę twardsza.

Po tych wszystkich przygodach w domu czekał na mnie garnek zawczasu przygotowanej zupy.
Bo zupy to idealne danie na zabiegany środek tygodnia, gdy nikomu się nie tylko nie chce, ale też ciężko znaleźć czas na pichcenie, a coś ciepłego po powrocie do domu by się zjadło. 
Koniecznie musiałam wykorzystać przynajmniej część dyniowego puree, które ostatnio przygotowałam, bo w kolejce stoją przecież kolejne dynie czekające na przerobienie.
W magazynie Spis bedre, nr 10/2016 znalazłam prosty i niezwykle kuszący krem z dodatkiem jabłek i rozgrzewającego imbiru.
Zupa wyszła słodko-kwaśna, cudownie rozgrzewająca; nie taka zupełnie łagodna, ale też nie ostra. Gęsta i kremowa, wybornie smakowała ze świeżą bagietką. 
Pięknie pachnie, świetnie smakuje, syci i rozgrzewa. Idealna na ten pochmurny listopad.

Krem dyniowo-jabłkowy z imbirem i kolendrą


Składniki:
(na 6 porcji)

  • 800 g puree z dyni
  • 1,5 łyżeczki mielonej kolendry
  • 500 g kwaśnych jabłek
  • 2 cebule
  • 1 ząbek czosnku
  • 5cm kawałek świeżego imbiru
  • 1 l bulionu
  • 250 g creme fraiche (18%)
  • 2 łyżki oleju
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:

  • ziarna dyni
  • creme fraiche (18%)
  • świeża kolendra
Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w kostkę.
Cebule obrać i pokroić w kostkę. Czosnek i imbir zetrzeć na tarce o drobnych oczkach.

W dużym garnku rozgrzać olej. Dodać kolendrę, podgrzewać przez 1-2 minuty. Dodać cebulę, zeszklić. Dodać czosnek i imbir, następnie jabłka i jeszcze chwilę smażyć. Dodać dynię, zalać bulionem i gotować przez 15-20 minut, aż jabłka będą zupełnie miękkie.
Zdjąć garnek z palnika, dodać do zupy śmietanę, doprawić do smaku solą i pieprzem.

Ziarna dyni uprażyć na suchej patelni.
Zupę podawać z kleksem śmietany, ziarnami dyni i świeżą kolendrą.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

wtorek, 15 listopada 2016

Julemarked i bułeczki - serce

W niedzielę wybraliśmy się na pierwszy w tym roku świąteczny jarmark - Julemarked. Już od momentu przeprowadzki się na niego cieszyłam - historie na temat obchodzenia Świąt w Gram są bowiem szeroko znane. Jest to jedno z tych miejsc, gdzie na punkcie Bożego Narodzenia zwariowani są wszyscy, a że mają możliwości, to puszczają wodze fantazji.

Główną atrakcją jest oczywiście występ Pyrusa, skrzata znanego z kilku adwentowych kalendarzy. Siostry C. go uwielbiają, gdy więc usłyszały, że się wybieramy, zrobiła się z tego wielka rodzinna impreza. Skrzat, powiedzmy sobie szczerze, teraz już nieco podstarzały, nic nie stracił ze swojej charyzmy i dobył publikę wywodem na temat zdrowotności cukru w dziecięcej diecie. Dzieci i dorośli zgodnie śpiewali razem z nim piosenki, a po autografy ustawiła się niewiarygodnie długa kolejka. Zamiast w niej stać, ruszyliśmy jednak na zwiedzanie pozostałych atrakcji. Był warsztat Świętego Mikołaja i możliwość zwiedzenia pałacu, ale nas zaprzątnęły głównie stoiska z dobrem wszelakim. Od typowo świątecznych dekoracji, poprzez napitki i smakołyki, aż po szeroko rozumiane rękodzieło i stoiska praktyczne, acz mało porywające (nie wiem, jak Wy, ale ja na jarmarku świątecznym nie myślę o zakupie nowego alarmu). Zachwyceni, zatrzymywaliśmy się to tu, to tam, każdy chciał dokładniej obejrzeć co innego, więc czas minął nam bardzo szybko. W planie mieliśmy frokost; wyszła z niego raczej kolacja przy świecach, ale nikt nie narzekał. My wzbogaciliśmy kolekcję świątecznych dekoracji o nowego renifera, a kuchenne szafki o wędzoną sól, suszoną aronię, salami i palone migdały, które już niemal całkowicie zniknęły i poważnie rozważam możliwość przygotowania domowych (bo nie może to być przecież aż tak trudne). 

Oczywiście, na zaplanowany posiłek przyniosłam z pracy cztery rodzaje chleba (żeby każdemu dogodzić), ale jednocześnie postanowiłam coś upiec, bo dawno żadne pieczywo z mojego piekarnika nie wyszło. Postawiłam na proste bułeczki znalezione w Den store Julebagebog wydanej przez Amo, jednego z największych producentów mąki w Danii. W książeczce można znaleźć całe mnóstwo świątecznych przepisów na pieczywo, ciasta i ciasteczka, a także propozycje dekoracji.
Te akurat bułeczki to lekko tylko zmieniony przepis na bardzo tutaj popularne bułeczki babci, którymi dzieci zajadają się podczas urodzin i wszelkich innych dziecięcych imprez. Ułożone na kształt serca, wyglądają naprawdę uroczo. W książce proponowano udekorować je lukrem, numerami od jeden do dwadzieścia cztery, na podobieństwo adwentowego kalendarza. Ja jednak ten krok pominęłam, gdyż przed podaniem miałam zamiar podgrzać je lekko w piekarniku. Ciepłe, z masłem, smakują wybornie. Takie na kilka kęsów, idealne dla dzieci. Choć i dorosłym ciężko się im oprzeć - zniknęły niemal wszystkie! 
Polecam Wam je ogromnie.

A przepisy na pieczywo o skandynawskim rodowodzie znajdziecie też u Ani, Marty i Mirabelki.

Bułeczki - serce


Składniki:
(na 24 malutkie bułeczki)
  • 500 g mąki pszennej
  • 75 g masła
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 jajko
  • 250 ml letniego mleka
  • 1 łyżka cukru
  • 1 łyżeczka soli
dodatkowo:
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mleka
Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać cukier i zalać 100 ml mleka. Odstawić na 15 minut.
W tym czasie rozpuścić masło, przestudzić.

Do rozczynu dodać pozostałe mleko i jajko, zagnieść. Dodać sól, powoli wlewać mleko. Wyrobić gładkie, lekko lepkie ciasto. Przełożyć je do wysmarowanej olejem dużej miski, owinąć ją folią spożywczą i wstawić na noc do lodówki lub przykryć ściereczką i odstawić na 1-1,5 godziny w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.

Po nocy w lodówce ciasto wyjąć i zostawić na kuchennym blacie, aż osiągnie temperaturę pokojową.

Wyrośnięte ciasto raz jeszcze szybko zagnieść, podzielić na 24 równe części. Z każdej uformować okrągłą bułeczkę i ułożyć je w kształcie serca na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Zostawić do napuszenia na 20-30 minut. 

Jajko roztrzepać z mlekiem, posmarować bułeczki.

Piec w 205 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Przepis dodaję do akcji Mopsika:

poniedziałek, 14 listopada 2016

Piruety na lodzie i wyjątkowe ciasteczka z Norwegii

Do oficjalnego początku zimy (przynajmniej tej kalendarzowej) jeszcze całkiem spory kawałek czasu nam został. Nie dane nam jednak jest cieszyć się złotą jesienią; zrobiło się pochmurno i deszczowo, poranne przymrozki działają na nerwy wszystkim nieszczęśliwym kierowcom nie posiadającym garażu (lub mającym za długi samochód, żeby się w nim zmieścić), a paskudne błocko zmienia spacery z psem w prawdziwie agroturystyczne wyprawy.
Wszystko to jeszcze bym jakoś zniosła, z cieniem zaledwie nieskrywanej skargi, ale gdy w połowie drogi do pracy o godzinie piątej rano, gdy panom (i paniom oczywiście też; w końcu mamy równouprawnienie) od odśnieżarek śnią się ciągle bezśnieżne sny, najpierw poprószyło, a później sypnęło jak się patrzy białym puchem, zaklęłam pod nosem niezbyt elegancko. Przy zjeździe z autostrady zarzuciło mi tył auta w jedną i drugą stronę, chociaż ledwo się kulałam, a parę zaledwie kilometrów od piekarni odstawiłam widowisko, którego żaden zawodowy łyżwiarz by się nie powstydził. Piruet mi wyszedł jak się patrzy! A ja tylko ściskałam kierownicę i modliłam się, żeby czegoś po drodze ze sobą nie zabrać.
Na szczęście skończyło się na lekkim wypadnięciu z drogi, które szybko udało się skorygować; na miejsce dojechałam zaledwie dziesięć minut spóźniona. I od razu zostałam pobita przez koleżankę, która wylądowała w rowie. O. 

Oczywiście, pierwszy śnieg musiał spaść w ilościach hurtowych akurat tego dnia, gdy miałyśmy zaplanowaną wycieczkę do Odense w celu rozsmakowywania się w czekoladzie. Niezrażone porannymi przygodami, we cztery zapakowałyśmy się do auta i ruszyłyśmy w trasę. Na szczęście do godziny dziewiątej śnieg albo został odgarnięty, albo się stopił, i na miejsce dotarłyśmy bez przeszkód. A tam, moi drodzy! Kilogramy płynnej czekolady oblewające najróżniejsze praliny, czekoladki i trufle. Trochę pobawiłyśmy się same, aż w końcu przyszła kolej na degustację. Muszę przyznać, że pod koniec marzyłam już tylko o bardzo gorzkiej kawie... Ale było warto! Henrik z Kentem eksperymentowali bowiem nie tylko ze smakami, ale też konsystencją nadzienia. Były więc twardsze praliny i te rozpływające się w ustach; pomarańczowe, porzeczkowe, imbirowe, karmelowe, lukrecjowe (brr!) i jeszcze kilka innych, z czego orzechowe zgodnie zawróciły nam w głowach.
Zabawa była przednia, ale jak wróciłam do domu, padłam jak nieżywa. A z tyłu głowy myśl, że następnego dnia trzeba wstać wcześniej, no bo przecież ten śnieg...

Dziś mam dla Was przepis na jedne z najlepszych ciastek, jakie ostatnio zdarzyło mi się jeść. Są tak cudownie kruche i chrupkie, że nie sposób się od nich oderwać. Waniliowe, z cukrowo-migdałową posypką, która jest tutaj kropką na i (wiem, co mówię, jedną partię zapomniałam posypać; też były dobre, ale to już nie to samo...). 
Przepis znalazłam w Scandilicious baking Signe Johansen, z której ostatnio bardzo często korzystam. Te skandynawskie wypieki świetnie nadają się na okres zimowo-świąteczny; ale to pewnie dlatego, że ogólnie Skandynawowie pieczołowicie ten czas celebrują i oswają zapachem cynamonu.

Ciasteczka polecam Wam gorąco do świątecznych puszek (naprawdę długo zachowują świeżość!), piruety na lodzie radzę zostawić profesjonalistom. 
Ale wiadomo - co kto lubi...

Serinakaker - norweskie kruche ciasteczka z wanilią i migdałami


Składniki:
(na około 45 sztuk)
  • 200 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 125 g cukru
  • 150 g zimnego masła
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
dodatkowo:
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mleka
  • 15 g cukru perłowego
  • 30 g migdałów (mogą być w skórkach)
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą i cukrem. Dodać masło,posiekać, a następnie rozterzeć palcami. Wbić jajko, dodać ekstrakt i szybko zagnieść gładkie ciasto.
Z ciasta uformować wałeczek o średnicy około 3cm, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce minimum 1 godzinę, można przez całą noc.

Schłodzone ciasto pokroić w plastry grubości 3-4 mm, układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując spore odstępy.
Jajko roztrzepać z mlekiem, posmarować ciasteczka. Posypać posiekanymi migdałami i cukrem.

Piec w 200 st. C. przez 7-9 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Prognozy na szczęście twierdzą, że ten śnieg to taki jednorazowy, póki co, wypadek.
Nigdy bym nie pomyślała, że napiszę to czarno na białym - cieszę się na powrót jesiennej pluchy!

Przepis oczywiście dodaję do akcji Ani:

sobota, 12 listopada 2016

Placuszki dyniowe z jabłkami na leniwe śniadanie

W pracujące weekendy wstaję o zupełnie nieludzkiej porze, czyli wpół do pierwszej nad ranem. A właściwie to w środku nocy - dosłownie! Nie ma wtedy mowy o wymyślnych śniadaniach. Po pierwsze, za bardzo cenię dodatkowe piętnaście minut snu, po drugie - i tak nie mam apetytu. Zresztą, to podobno niezdrowo objadać się o takiej porze...
W końcu jednak doszłam do wniosku, że te śniadania muszę zacząć jeść. Dla własnego dobra. Inaczej w samochodzie skręca mi kiszki, i zaraz po przyjeździe do pracy łapię, co mi pierwsze w ręce wpadnie. Dla niewtajemniczonych dodam, że pracuję w cukierni, więc sami rozumiecie... Trochę tam ciężko o sałatki.
Robię więc solidne zapasy granoli; piekę drożdżówki w dużych ilościach, które mrożę z myślą o tych dziwnych śniadaniach, robię puddingi z szałwii hiszpańskiej, które zaskakująco dobrze sycą i wchodzą gładko, niemal bez gryzienia. Bo kanapki, które trzeba solidnie przeżuć przed połknięciem, to zdecydowanie zbyt duże wyzwanie...

W końcu jednak nadchodzi wolny weekend, i wtedy z C. śniadania celebrujemy. Często siedzimy przy stole ponad godzinę, jedząc i wymieniając wrażenia z minionego tygodnia (tak na co dzień nie widujemy się bowiem zbyt często). Nie liczymy kalorii, ale cieszymy się smakiem. Robimy więc kanapki w najbardziej kolorowych wersjach, jak tylko się da, zimą często jemy owsianki, czasem C. robi naleśniki, a ja - gofry. Bywa też, że piekę puchate placuszki w amerykańskim stylu, które polewamy miodem lub syropem klonowym i zajadamy się nimi, aż miło.

Tym razem do przygotowania placuszków z jabłkami zmotywowały mnie dziewczyny propozycją wspólnego pichcenia. Jabłka akurat miałam (rzadko kiedy nie mam), w lodówce czekało puree z dyni, które przyrządziłam w ilości przerażającej dla każdego, kto nie ma totalnego bzika na punkcie tych pomarańczowych kul; dodałam więc dwa do dwóch i na blogu Kuchenny bałagan znalazłam przepis łączący te dwa składniki w placuszkach właśnie. 
Ich przygotowanie zajmuje chwilę (o ile macie gotowe puree), a smak... Moi drodzy, ten smak! Wyraźnie jabłkowy, trochę dyniowy, niesłodki, więc koniecznie z jakimś słodkim dodatkiem. Tym razem syrop klonowy zastąpiłam miodem, z banalnej przyczyny - buteleczka z syropem zakleiła się na amen. Nie mam pojęcia, jak ja ją w ogóle otworzę...
Jabłuszka robią się miękkie, a placuszki są zaskakująco puszyste i delikatne. W dodatku przygotowujemy wszystko bez dodatku jajek - przepis w sam raz dla alergików.

Placuszki z jabłkami przygotowała również Ania; koniecznie zajrzyjcie, co wymyśliła!

Placuszki dyniowe z jabłkami


Składniki:
(na 10-12 placuszków)
  • 150 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 200 ml mleka
  • 125 g puree z dyni
  • 1 łyżka miodu
  • 1 jabłko
dodatkowo:
  • syrop klonowy, miód lub cukier puder do podania
  • olej do smażenia
Mąkę, sodę i cynamon wymieszać. Mleko roztrzepać z dyniowym puree i miodem. Wlać mokre składniki do suchych, dobrze wymieszać. Odstawić.
Jabłko obrać, wyciąć gniazdo nasienne i pokroić w plastry. 

Na rozgrzaną patelnię z olejem nakładać łyżką porcje ciasta. Smażyć, aż na powierzchni pojawią się bąbelki. Na wierzchu układać plastry jabłka, przewracać na drugą stronę i smażyć jeszcze kila minut.
Podawać gorące z miodem, cukrem pudrem lub syropem klonowym.

Smacznego!

Nie ma się co oszukiwać - listopad to nie październik. Ciemno, zimno, wietrznie, i już nawet mrozić zaczyna! Odpowiedniego światła do robienia zdjęć nie ma; z przepraszającym uśmiechem wróciłam więc do sztucznego oświetlenia. Wybaczcie więc jakość zdjęć - braku słońca nie umiem bowiem obejść.

czwartek, 10 listopada 2016

Lody krówkowe na maślance

Tak jak nagle skończyło się lato, dosłownie z dnia na dzień, tak teraz piękna, słoneczna jesień dość gwałtownie przeszła w deszczową i pochmurną, a także - o zgrozo! - mroźną. 
Temperatura oscyluje w okolicach kilku stopni Celsjusza - to spada, to się podnosi, ale w zasadzie utrzymuje się się powyżej zera. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy pewnego ranka, jeszcze w zeszłym tygodniu, moim wciąż zaspanym oczom, ukazały się zamarznięte szyby w aucie i dach pokryty grubą warstwą szronu! Czym prędzej więc włączyłam ogrzewanie i nawiew, żeby po chwili z niesmakiem zabrać się za skrobanie. Oj, nie było to przyjemne... 

Prawdą jest, że my, Polacy, uwielbiamy narzekać. Ale bez względu na szerokość geograficzną, wspólne biadolenie podnosi na duchu. Gdy więc przy drugim śniadaniu w pracy zaczęliśmy dzielić nasze poranne doświadczenia i okazało się, że nie tylko ja spędziłam dziesięć minut zawzięcie skrobiąc szyby i modląc się w duchu, żeby mi palce nie odmarzły, od razu zrobiło mi się lepiej. 

I choć sama piję właśnie gorącą herbatę (drugi już dzbanek dzisiaj), Wam, tak na przekór, proponuję lody. 
Przygotowałam je spontanicznie - miałam resztę ylette (taka duńska jakby maślanka) w lodówce, i musiałam coś z nim zrobić, zanim minie data ważności. Przejrzałam więc uważnie zawartość szafek, i zdecydowałam się na słodko-kwaśne połączenie. 

Te lody są nie tylko banalnie proste, ale też błyskawiczne w przygotowaniu. Wymieszać wszystko, zamrozić - i gotowe. A smak jest naprawdę ciekawy. Obłędnie słodka masa krówkowa zrównoważona została przez kwaskowatość jogurtu (tak jakby jogurtu, no...). Muszę przyznać, że to wyjątkowo uzależniające połączenie smaków; lody, choć temperatury coraz niższe, zniknęły w tempie, jakbyśmy mieszkali w tropikach i każdy by tylko marzył o ochłodzeniu. 
Nie czekajcie więc do lata - w końcu na lody zawsze jest dobry czas...

Lody krówkowe na maślance


Składniki:
(na 1,1 l lodów)
  • 375 g masy krówkowej
  • 150 g serka mascarpone
  • 500 g ylette (maślanki)

Wszystkie składniki zmiksować na gładką masę. Schłodzić do temperatury lodówkowej, a następnie przelać do maszyny do lodów, postępując zgodnie z instrukcją. Gotowe lody przełożyć do plastikowego pojemnika, zamrozić.

Smacznego!


Użyjcie maślanki, jogurtu, a może nawet kwaśnej śmietany...? Wszystkie chwyty dozwolone!

środa, 9 listopada 2016

Skandynawskie ciasto pachnące piernikiem

W poniedziałek w pracy zapachniało Świętami. Thomas zabrał się za pieczenie pierniczków - w ilości hurtowej. Ze swoimi czterema skrzatami zagniatał, wałkował, wykrawał i piekł chyba przez cały dzień. Zapach, który rozchodził się po piekarni sprawiał, że wszyscy nagle zaczęli się szerzej uśmiechać, oddychać głęboko i rozglądać się w okół z lekkim rozmarzeniem w oczach. 
A to przecież dopiero początek...

W niedzielę idziemy na pierwszy świąteczny jarmark. Okazuje się, że przeprowadziliśmy się do miejsca idealnego dla świątecznych maniaków (jakimi, nie bójmy się tego przyznać otwarcie, razem z C. jesteśmy). W pałacu i okolicach już od ponad tygodnia stoją choinki, a w zeszły weekend zjechało się całe mnóstwo ludzi. Z tego, co się zorientowałam, atrakcji jest sporo: można odwiedzić warsztat Mikołaja, obejrzeć, jak zapalają światełka na ogromnej choince, kupić skrzaty i inne świąteczne ozdoby, posłuchać chóru i zobaczyć występ Pyrusa - bohatera jednego z adwentowych kalendarzy. Jest ich całe mnóstwo - najróżniejsze historie w bożonarodzeniowych klimatach, podzielone na dwadzieścia cztery krótkie odcinki, wyświetlane codziennie przez cały grudzień, aż do Wigilii. Tego z Pyrusem jeszcze nie widziałam, ale jest to ukochana wersja sióstr C., zjedzie się więc cała rodzina, żeby go obejrzeć na żywo.
Ogromnie jestem podekscytowana - uwielbiam duńskie świąteczne jarmarki! Gløggæbleskiver i hygge; sami powiedzcie, czy można się temu oprzeć...?

W związku z tym, że atmosfera mimowolnie zaczyna się robić świąteczna, pierwszy z serii piernikowych przepisów. Znalazłam go w książce Signe Johansen Scandilicious baking, i po prostu nie mogłam się oprzeć. Ciasto nie jest lekkie i puszyste, ale też nie tak ciężkie, jak się spodziewałam. Lekko jakby kleista konsystencja i obłędnie intensywny aromat korzennych przypraw sprawiają, że nie można przejść obok niego obojętnie. Ani poprzestać na jednym kawałku - wciąga bowiem niesamowicie.
No i ten piękny, miodowo-złoty kolor, który wprost zachwyca...

Z braku świeżego imbiru użyłam mielonego, a zamiast maślanki - ylette. Smakuje troszkę delikatniej niż maślanka, i jest gęstszy - Duńczycy mają tyle wersji zakwaszonego mleka, że naprawdę ciężko je wszystkie ogarnąć... Użyjcie maślanki lub jogurtu naturalnego - wyjdzie tak czy inaczej.

Piernikowe ciasto z imbirem i melasą


Składniki:
(na keksówkę 30x11 cm)

  • 125 g masła
  • 175 g ciemnego cukru muscovado
  • 150 ml melasy
  • 250 ml maślanki (ylette)
  • 2 jajka
  • 175 g mąki orkiszowej
  • 75 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 1/2 łyżeczki soli
Formę wysmarować masłem i wyłożyć papierem do pieczenia.
Masło, cukier i melasę podgrzewać w garnuszku, aż wszystko się rozpuści i dobrze połączy. Przestudzić.
Jasną mąkę przesiać, wymieszać z pełnoziarnistą, sodą, proszkiem, przyprawami solą.
Jajka lekko ubić, dodać maślankę, połączyć. Wlać melasę, dokładnie wymieszać. W 2 partiach dodać mąkę, dobrze połączyć.

Gęste ciasto przełożyć do formy, wyrównać wierzch.

Piec w 170 st. C. przez 1 godzinę, 15 minut przed końcem pieczenia przykryć ciasto folią aluminiową, aby zbytnio nie ściemniało.
Przestudzić w formie 15 minut, następnie wyjąć na kratkę i zostawić do całkowitego ostudzenia.

Smacznego!

A ja już się zastanawiam, co upiec na niedzielę, żeby wprowadzić nas w odpowiedni klimat...

Ciacho dodaję do akcji skandynawskiej Mopsika, bo bardziej skandynawskie to już by być nie mogło.