poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Nad morzem miło jest. I drożdżówki z owocami

Wakacje. Jak zwykle mijają za szybko. Szczególnie w tym roku, gdy w Danii trafił nam się zaledwie jeden ciepły tydzień w czerwcu, a potem niemal tropikalne upały przez dwa tygodnie w Polsce. Teraz szaro, buro i deszczowo, zupełnie już jesiennie... Ach, nie podoba mi się to wcale!
Na szczęście zostały przyjemne wspomnienia, którymi można się rozgrzewać, póki jesień całkowicie się u nas nie zadomowi.

W czasie tych dwóch tygodni jeden dzień spędziliśmy nad morzem. I choć nasza wyprawa nie zaczęła się zbyt obiecująco, bo korki na autostradzie i w nadmorskich miejscowościach przerosły moje najśmielsze oczekiwania, okazało się, że popołudnie upłynęło nam fantastycznie. Już o czternastej wygodnie rozłożyliśmy się na plaży, okalając nasz kocyk i kilka ręczników naprawdę familijnych rozmiarów parawanem moich Rodziców (trzeba iść z duchem czasu, prawda?). Wszyscy razem, a było nas czworo, raźno ruszyliśmy w kierunku wody. Zanurzyłam duży palec, wzdrygnęłam się i stanowczo cofnęłam. Mowy nie ma, żebym zanurzyła coś więcej! Woda zimna - ale czego się tu po Bałtyku spodziewać...? Po kolei jednak, moja Siostra, potem C., a wreszcie nawet Tomasz, ruszyli w fale (a trzeba zaznaczyć, że tego dnia były naprawdę imponujące). I tak patrząc na nich, pozazdrościłam. Z wielkimi bólami dałam się jednak porwać wakacyjnym marzeniom o harcach w morzu, i razem z nimi dałam nura.

Ach, cóż to była za zabawa! Patrząc na Młodą, miałam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie, i to o kilka ładnych lat, kiedy nikt siłą, prośbą ani groźbą, z wody wyciągnąć jej nie mógł. Taplaliśmy się radośnie niemal godzinę, i tylko momentami przez głowę przechodziły mi niepokojące myśli o telefonach, kluczykach do auta i generalnie całym dobytku, zostawionym samopas na plaży. Na szczęście nie przeceniłam polskich plażowiczów - nic nie zniknęło. A zabawa była przednia! Wyhasani i zmęczeni, z C. zalegliśmy na kocu, a Młoda z Tomaszem ruszyli spacerować. Gdy już nacieszyliśmy się plażą, a piasek wcisnął się w najmniejsze szczeliny, zwinęliśmy parawan i ruszyliśmy podbijać Karwię. Udało nam się znaleźć całkiem zjadliwego kurczaka z rożna, oscypka (tak, też się zdziwiłam) i naprawdę znakomite lody. A dodatkowo, w ramach pamiątek, krówki dla Mamy i książki, sztuk pięć, dla mnie. Zadowoleni i radości, zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy w drogę powrotną, która, dziwnym trafem, zajęła nam o połowę mniej czasu.

Ach, jak mi się później dobrze spało!

Cofając się jeszcze nieco bardziej w czasie, opowiem Wam również o wakacyjnych drożdżówkach. Wybierając się w niebagatelną, bo niemal tysiąckilometrową podróż, nie można się obejść bez łakoci. Upiekłam więc drożdżówki. Połączenie nektarynek z marcepanem znalazłam u Doroty, ale to właściwie wszystko, co z oryginalnego przepisu zostało. Dodałam jeszcze garść poziomek, które został mi od sernika (uwaga! U mnie poziomki jeszcze są, więc może i u Was się znajdą...?), a ciasto zawinęłam w bułeczki-ślimaczki. Jeszcze ciepłą blachę zapakowałam, i zabrałam ze sobą. Tak się złożyło jednak, że po drodze ich nawet nie tknęliśmy. Do domu rodzinnego wkroczyłam więc z blachą drożdżówek i sernikiem, czym bardzo zdenerwowałam moją Mamcię, która też na naszą cześć sernik przygotowała (jak się później okazało, jeden był pieczony, a drugi na zimno, więc tragedia żadna się nie stała). I gdy już myślałam, że może jednak trochę przesadziłam, okazało się, że drożdżówki znalazły wielu amatorów, z moją młodszą Siostrą na czele. Rozeszły się migiem, i wszystkim bardzo smakowały. Polecam Wam je więc ogromnie, na te już ostatnie dni lata.

Drożdżowe bułeczki z nektarynkami, poziomkami i marcepanem

Składniki:
(na formę 30x22 cm)

ciasto:
  • 500 g mąki pszennej
  • 250 ml letniego mleka
  • 75 g cukru
  • 50 g masła
  • 25 g świeżych drożdży
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 1 jajko

nadzienie:
  • 500 g nektarynek
  • 150 g poziomek
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 100 g marcepanu

dodatkowo:
  • 40 g płatków migdałowych
  • 20 g cukru
  • 3 łyżki mleka

Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać 100 ml mleka. Odstawić na 15-20 minut.
Masło rozpuścići przestudzić.
Po tym czasie dodać pozostały cukier i mleko, skórkę z cytryny i jajko. Zagnieść ciasto. Wlać masło, wyrobić gładkie ciasto. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

W tym czasie nektarynki przekroić na połowy, usunąć pestki, pokroić w kostkę. Wymieszać z poziomkami i mąką.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na prostokąt o grubości 0,5 cm i długości 40 cm. Wyłożyć owoce, na wierzch zetrzeć marcepan. Zwinąć ciasno, jak roladę, wzdłuż dłuższego boku. Pokroić na 12 plastrów.
Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Ułożyć płasko bułeczki, jedną obok drugiej.
Odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Po tym czasie wierzch posmarować mlekiem, posypać płątkami migdałów i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut, aż się łądnie zrumienią.
Ostudzić.

Smacznego!

Wpis idealnie pasuje do letniego wyzwania u Ani.

środa, 26 sierpnia 2015

Morelowo mi!

Mamy właśnie sezon na morele, brzoskwinie i nektarynki. Śliczne to owoce - okrąglutkie, żółto-pomarańczowe, często z intensywnie czerwonym rumieńcem. Kuszą ze straganów i naprawdę rozumiem, jak ciężko przejść obok nich obojętnie. Ja jednak najczęściej tak właśnie robię; morele wydają mi się mdławe, a drobne włoski na brzoskwiniowej skórce skutecznie mnie odstręczają. Z całej rodziny najbardziej lubię nektarynki; słodkie i miękkie zjadam z przyjemnością, gdy za oknem słonko radośnie przygrzewa.

W tym roku jednak zdecydowanie łaskawszym okiem spojrzałam na morele. Są słodkie, delikatne i mięsiste, o mało wyraźnym smaku. Ale dzięki temu znakomicie komponują się z różnymi dodatkami - klasyka to lawenda lub rozmaryn. I właśnie to ostatnie połączenie postanowiłam w swojej kuchni wykorzystać. Kupiłam koszyczek dojrzałych owoców, i za radą Marty zatopiłam je w masie sernikowej o delikatnej ziołowej nucie. Całość otulona kruchym ciastem, również za sprawą rozmarynu spersonalizowanym, smakowała po prostu bajecznie. Z tym, że mi, zamiast tarty, wyszedł bardziej sernik - bo to właśnie masa serowa jest tym, co lubię najbardziej...
Połączenie moreli z rozmarynem polecam Wam ogromnie - sprawdzi się też w dżemie czy na przykład w lodach. A w serniku to sama poezja. 
Spróbujecie...?

Morele i ich kuzynki do kuchni zaprosiły również Ania, Emilia i Mirabelka. Koniecznie sprawdźcie, co przygotowały!

Sernik rozmarynowy z morelami 

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

kruche ciasto:
  • 200 g mąki pszennej
  • 45 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka drobno posiekanych igiełek rozmarynu
  • 100 g zimnego masła
  • 1 jajko

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 100 ml śmietany kremówki
  • 1 gałązka rozmarynu
  • 3 łyżki budyniu waniliowego (proszek)
  • 3 jajka
  • 85 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

dodatkowo:
  • 300 g moreli

Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem pudrem i rozmarynem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30-60 minut.

W tym czasie zagotować kremówkę z rozmarynem. Zdjąć z palnika, ostudzić.

Schłodzone ciasto rozwałkować na okrąg większy niż średnica tortownicy. Wyłożyć nim formę, formując dość wysokie brzegi. Gęsto ponakłuwać widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać kulkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Po tym czasie zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Z kremówki wyjąć rozmaryn.
Serek, kremówkę, budyń, jajka, cukier i ekstrakt zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. Wylać na przestudzony spód.
Morele umyć, osuszyć, przekroić na pół i usunąć pestki. Ułożyć na masie serowej rozcięciem do góry.

Piec w 160 st. C. przez 60 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku, następnie schłodzić 3-4 godziny przed podaniem.

Smacznego!

Pisałam Wam już może, że w ramach pamiątek przywiozłam sobie z Polski książki? Sztuk trzynaście beletrystyki, jedną kucharską i cały stos magazynów o tematyce wiadomo jakiej. W kolejnym wpisie opowiem Wam o pierwszej ze stosu, którą przeczytałam na jednym niemal wdechu.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Zaręczyny, urodziny i makaroniki, czyli wszystko na raz

Wszystko, co dobre, szybko się kończy... Większość z nas przekonuje się o tym prędzej lub później (oby jak najpóźniej!). Tak też było z tegorocznymi letnimi wakacjami - dwa tygodnie zleciały błyskawicznie. I choć do skutku nie doszło wiele planów, to jestem bardzo zadowolona, a nieoczekiwane zakończenie sprawiło, że dziesięciogodzinna podróż do domu nie uwierała jak zwykle. Co się stało? Otóż po pysznym obiedzie bez deseru (w restauracjach zawsze na deser brakuje mi miejsca, niestety), C. padł na kolana, wzbudzając tym moje bezgraniczne zaskoczenie (serio!). Od piątku z lekkim niedowierzaniem noszę na palcu pierścionek, ciągle go obracam i dotykam, i zastanawiam się niekiedy, czy on naprawdę tak na poważnie... 
Razem z moim Ojcem rodzonym poszedł kupować pierścionek, i, uwaga, żaden się nie wygadał. Spiskowcy od siedmiu boleści! Ale niech już będzie... W końcu złapałam dech, zadzwoniłam do Mamy i radośnie oświadczyłam: Wychodzę za mąż! Na co ona, czego w zasadzie mogłam się spodziewać, spokojnie odpowiedziała: Dzisiaj? 
A godzina była dwudziesta druga trzydzieści... 

A poza tym dzisiaj mój Tato ma urodziny. Dlatego chcę mu życzyć dużo zdrówka, radości z dzieci, szczególnie pierworodnej, i w ogóle wszystkiego, co najlepsze. I z tej okazji właśnie chcę Wam pokazać moje ostatnie makaroniki, które wyszły jak malowanie. W końcu opanowałam mój piekarnik, i wszystko się udało, jak należy. Chrupiące z zewnątrz, mięciutkie i lekko ciągnące w środku, z rozpływającym się w buzi i lekko kwaskowym kremem z wyraźnymi nutami limonki i mięty. Pomysł na krem zaczerpnęłam z książki Macarons, cupcakes, popcakes og andre søde kager Mii Öhrn, choć same makaroniki przygotowałam tradycyjnie, na bezie włoskiej. Moim zdaniem są dużo łatwiejsze, ale to oczywiście sprawa indywidualna.

Po francusku czy włosku, polecam Wam je ogromnie. Są pyszne i niesamowicie efektowne - czy ktoś mógłby się im oprzeć...?

Makaroniki limonkowo-miętowe


Składniki:
(na 20 złożonych makaroników)
  • 125 g mielonych migdałów
  • 125 g cukru pudru
  • 30 ml wody
  • 125 g cukru
  • 100 g białek
  • kilka kropli zielonego barwnika spożywczego w paście
nadzienie:
  • 125 g białej czekolady
  • 10 listków świeżej mięty czekoladowej
  • skórka otarta z 1 limonki
  • sok z 1 limonki
  • 2 łyżki miodu
  • 4 łyżki śmietany kremówki (38%)
Migdały z cukrem pudrem zmielić w młynku do kawy, a następnie przesiać przez drobne sitko. 50 g białek ubić na sztywną pianę. W czasie ubijania z cukru i wody zagotować syrop. Gdy osiągnie temperaturę 115 st. C., zdjąć z ognia i wąskim strumieniem, powoli wlać do białek, cały czas ubijając. Miksować jeszcze przez 10 minut, aż beza całkowicie wystygnie.

Do migdałów z cukrem dodać pozostałe 50 g białek, wymieszać na gładką pastę. Dodać 1/3 bezy, wymieszać. Dodać resztę, delikatnie, ale dokładnie połączyć. Dodać barwnik, wymieszać. Masa nie powinna być zbyt lejąca, ale też nie całkiem sztywna. Masę przełożyć do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką 8 mm, wyciskać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia koła tej samej wielkości. 
Odstawić na 1 godzinę, aby utworzyła się skorupka. 

Piec w 130 st. C. przez 15-20 minut.
Wystudzić, delikatnie zdjąć z blachy.

Czekoladę i miętę drobno posiekać. Umieścić w garnuszku razem z pozostałymi składnikami kremu; podgrzewać, cały czas mieszając, aż czekolada się rozpuści (nie gotować!). Ostudzić, przełożyć do woreczka cukierniczego.

Ostudzone makaroniki przekładać kremem, wstawić do lodówki. Najsmaczniejsze kolejnego dnia.

Smacznego!


O wrażeniach z wakacji będę jeszcze pisać, bo choć wiadome wydarzenie nieco przyćmiło wszystko inne, to zdarzyło się kilka miłych rzeczy i parę ciekawych dni.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Ciasto uniwersalne. Tym razem z morelami

Lubię poszaleć w kuchni (gdy mam na to czas, oczywiście). Znaleźć jakiś bardziej skomplikowany przepis, albo - jeszcze lepiej - próbować wymyślić coś samemu. Najczęściej leżąc już w łóżku, tuż przed zaśnięciem (lub pod prysznicem; taka kapiąca woda ożywia mój, czasem już wieczorem ospały umysł, i przychodzą mi wtedy do głowy ciekawe pomysły, nie tylko z kuchnią czy blogiem związane), myślę sobie o ciastach (jakoś tak przyjemniej się zasypia, gdy ostatnim świadomym obrazem pod powiekami był na przykład sernik). Jak wykorzystać owoce, które tego dnia kupiłam, albo co przygotować na zbliżające się urodziny. Pozwalam wyobraźni zaszaleć - nawet, jeśli nie wiem, jak coś zrobić, nie przeszkadza mi to w wyobrażaniu sobie efektu finalnego. Czasami w rzeczywistości powstają z takich przemyśleń naprawdę smaczne wypieki. Bywa też, że na wyobrażeniach się kończy - często zacierają się, przechodząc w słodkie sny...

Tym razem jednak upiekłam ciasto szybkie i proste, które na blogu pojawiło się już w różnych wersjach. Mowa oczywiście o cieście jogurtowym - jest tak cudownie uniwersalne, a jednocześnie pyszne, że nigdy mi się chyba nie znudzi. Zawsze mięciutkie i wilgotne, a poczęstowani nawet nie zdają sobie sprawy, że to właściwie to samo ciasto, z nieco tylko innymi dodatkami. Ja preferuję wersje z owocami, które można zmieniać w zależności od pory roku. Bardzo lubię dodatek kruszonki, czego chyba nie muszę tłumaczyć - ogólnie przecież wiadomo, że wszystko z kruszonką smakuje lepiej. Zamiast niej można ciasto polać lukrem, lub zostawić bez niczego - idealnie nada się na piknik. Z tego samego ciasta można też przygotować muffinki, choć nawet duża blacha znika bardzo szybko. Jeśli chodzi o dodatki, ogranicza Was tylko wyobraźnia - ze wszystkim będzie smakowało bajecznie.
Tym razem miałam do wykorzystania resztę truskawek i kilka moreli. Połączyłam je z delikatnym aromatem pomarańczowym, wzmocnionym za pomocą słodkiego, pomarańczowe lukru. Ciasto wyszło pyszne, mięciutkie - idealne.
Jak zwykle zresztą.

Pomarańczowe ciasto jogurtowe z truskawkami i morelami

Składniki:
(na formę 30x22 cm)
  • 450 g mąki pszennej
  • 3 jajka
  • 80 g cukru
  • 250 ml jogurtu naturalnego
  • 125 ml oleju
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
dodatkowo:
  • 200 g moreli
  • 200 g truskawek
lukier:
  • 100 g cukru pudru
  • 4 łyżki soku z pomarańczy
Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia i skórką pomarańczową.
Jajka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać olej, cały czas miksując. Następnie na zmianę dodawać jogurt i mąkę, miksując na najniższych obrotach miksera.

Ciasto przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia, wyrównać wierzch. 
Truskawki pozbawić szypułek i przekroić na połówki, morele pokroić na ćwiartki, usuwając pestki. Owoce ułożyć na cieście.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić.

Cukier puder przesiać, utrzeć z sokiem z pomarańczy na głaski lukier. Polać ostudzone ciasto, odstawić do zastygnięcia.

Smacznego!

Wiem, że pod koniec sierpnia zdobycie smacznych truskawek graniczy z cudem. Spokojnie można użyć mrożonych, lub zastąpić je malinami czy jeżynami - na nie sezon teraz w pełni. Albo użyć samych moreli - ciasto będzie wtedy cudownie słoneczne.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Nie tylko z truskawkami

Tak, wiem, nudna już jestem z tymi truskawkami. Poza tym, sezon już się dawno skończył, a ja tu wyskakuję jak Filip z konopi. Ale co ja poradzę, że truskawki darzę aż tak gorącym uczuciem, że gdy nie mogę się już nimi cieszyć, to mam ochotę chociaż sobie powspominać...?

To ciasto upiekłam jakoś w lipcu; miałam na nie ogromną ochotę, bo w gazetce Pieczenie jest proste, nr 2/2014, wyglądało naprawdę kusząco. Gdy przeczytałam przepis - przepadłam. Bo czyż truskawki w połączeniu z migdałami i jeszcze większą ilością migdałów mogą być niedobre...? Pytanie jest czysto retoryczne; wszyscy bowiem wiedzą, że nie mogą. Poza tym zaciekawił mnie dodatek budyniu (zamiast mąki ziemniaczanej, dzięki temu ciasto zyskuje bardziej piaskową konsystencję) i śmietany kremówki zamiast tradycyjnego masła. Już podczas pieczenia zapachy z piekarnika kusiły ogromnie; w rezultacie nie daliśmy ciastu całkowicie wystygnąć przed pierwszą degustacją.

Wyszło wyborne! Wilgotne, soczyste od owoców, z chrupiącą cukrowo-migdałową posypką na wierzchu. Można je przygotować w nieco mniejszej tortownicy - wyjdzie wyższe. Choć mi takie odpowiada - więcej miejsca na owoce...

Polecam Wam je ogromnie! A końcem truskawkowego sezonu nie przejmujcie się ani trochę - ciasto wyjdzie pyszne z malinami, jeżynami, a nawet śliwkami, które już pojawiają się na targach. Spróbujcie koniecznie!

Ciasto truskawkowo-migdałowe

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)
  • 250 g mąki pszennej
  • 50 g mielonych migdałów
  • 1 opakowanie (40 g) budyniu waniliowego (proszek)
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3 jajka
  • 150 g cukru
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 250 g truskawek
  • 30 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru

Truskawki umyć, osuszyć, pozbawić szypułek. Pokroić na połówki lub ćwiartki.

Mąkę przesiać, wymieszać z migdałami i proszkiem budyniowym. Jajka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Na zmianę dodawać mąkę z kremówką, miksując na najniższych obrotach miksera.

Ciasto przelać do formy wysmarowanej masłem, na wierzchu ułożyć truskawki rozcięciem do góry. Wierzch posypać płatkami migdałów i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 40-50 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Smacznego!

I choć truskawki na blogu jeszcze się pojawią, obiecuję też przepisy z innymi owocami. Moja umowa z Mamą, dotycząca działań kuchennych, działa bez zarzutu, więc jak już wrócę z wakacji będę miała dla Was kilka ciekawych (mam nadzieję) inspiracji.

piątek, 14 sierpnia 2015

Lato w słoiku - dżem wiśniowy z czerwonym winem

Wiśnie to dla mnie szczególnie cenne owoce. Ale tak to jest - jak się czegoś nie ma, to się tego właśnie najbardziej chce. Wielokrotnie już narzekałam na wiśniowy deficyt w Danii, nie będę się więc powtarzać. Opowiem Wam za to, jak sobie z nim radzę.

Po pierwsze, ratuje mnie Mama i jej wiśnie w słoikach. Wydrylowane, zasypane cukrem i zapasteryzowane - ot, cała filozofia. Idealnie nadają się do wszelkiej maści ciast, i gdy przychodzi nieodparta ochota na kwaskowe kuleczki, zaspokoją ją od razu. 
Kolejny sposób to dżemy. Mamunia od jakiegoś czasu raczej ich nie robi, wzięłam więc sprawy w swoje ręce. Kupiłam wiśnie i odpowiednie dodatki, i zabrałam się do dzieła. Muszę przyznać, że proces takiego długiego gotowania bardzo mnie odpręża. Oczywiście po drylowaniu wyglądałam, jakbym kogoś zamordowała, i to bynajmniej nie z chirurgiczną precyzją, ale było warto. Pomysł na dżem z dodatkiem wina znalazłam w gazetce Moje gotowanie, lipiec-sierpień 2014, i muszę przyznać, że sprawdził się znakomicie. Do tego odrobina pieprzu syczuańskiego, i mamy niezwykle aromatyczny dżem, który idealnie nada się do naleśników, placuszków, na kanapki, a także jako nadzienie do rogalików, jeśli pogotujemy go nieco dłużej, żeby nabrał gęstości. 

Trzeci sposób, który mam zamiar praktykować w przyszłości, gdy już dorobię się tej wymarzonej, ogromnej zamrażarki, to, jak się już zapewne domyślacie, mrożenie owoców przywiezionych z Polski. Ale na to jeszcze muszę poczekać...

Dżem wiśniowy z czerwonym winem

Składniki:
(na 4 słoiczki)
  • 2 kg wiśni
  • 800 g cukru
  • 400 ml półwytrawnego czerwonego wina
  • 1 łyżeczka pieprzu syczuańskiego
  • skórka otarta z 1 cytryny

Wiśnie wydrylować, włożyć do garnka. Dolać wino, dodać cukier, zmielony pieprz i skórkę z cytryny. Gotować na małym ogniu kilka godzin, aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Marmolada powinna być bardzo gęsta, pod koniec należy często ją mieszać. W przypadku zdjęcia z palnika wcześniej, otrzymamy pyszny dżem.
Gorącą marmoladę przełożyć do słoiczków, zamknąć, ustawić do góry dnem aż ostygnie.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Połowa wakacji już za nami. Jak ten czas szybko leci, szczególnie, gdy człowiek dobrze się bawi! Póki co jednak, w myśl zasady, że szklanka jest do połowy pełna, cieszę się tygodniem, który ciągle przed nami.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Pomidorowe serce. I historia z dreszczykiem

Jestem Wam winna historię. O zwariowanym Duńczyku, który w pewnym momencie naprawdę mnie przestraszył, tylko wspomniałam. A historia mrozi krew w żyłach! No dobrze, może nieco przesadzam... Ale w mojej duńskiej, bardzo spokojnej rzeczywistości, zdecydowanie wyróżnia się na tle codzienności.

Zacznę może od początku: jechaliśmy z C. na spotkanie. Żeby nie było zbyt prosto - dwoma autami. On bowiem później musiał udać się do pracy, ja z kolei wybierałam się na ploteczki do koleżanki (nie ma jak sprawiedliwy podział obowiązków). On jechał przodem, z nawigacją, ja za nim, lekko tym faktem zestresowana. Zawsze troszkę się boję, że go zgubię (choć jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło).
W pewnym momencie wyprzedziło mnie małe, białe autko, starałam się więc patrzeń niejako przez nie, żeby C. z oczu nie stracić. A tu kierowca nagle zaczyna mrugać wszystkimi możliwymi światłami, zjeżdża na pobocze, a gdy chciałam go szybciutko wyprzedzić, wychylił się z okna niemal do połowy (co nie jest aż tak imponujące, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że jechał Smartem) i zaczął szaleńczo machać rękami. Najpierw pomyślałam, że wariat. Później, że może coś mi od autka odpadło, a on się tym bardzo przejął. Na końcu, że może biedak umiera i w panice oczekuje pomocy. Na myślenie nie było dużo czasu; Smarcik był komunalny (w sensie - państwowy), więc doszłam do wniosku, że pan kierowca raczej mnie nie zamorduje (chwilę później wyrzucałam sobie taką lekkomyślność). Koniec końców - zatrzymałam się, C. odjechał w siną dal, a całkowicie obcy człowiek wpakował mi się bezceremonialnie na miejsce pasażera. Żebyście tylko widzieli moją minę! Zaczął mówić z prędkością światła, ciężko mi było go zrozumieć, bo ciśnienie podskoczyło mi z wrażenia do prawidłowego. Dopiero po kilku sekundach skupiłam się na tym, co on właściwie mówi. A on rozwodził się nad cudownością mojego auta! W pierwszej chwili byłam pewna, że z tych nerwów zupełnie zapomniałam duńskiego języka, okazało się jednak, że miałam rację - pan jest fanem starych mercedesów, a mój tak pięknie wygląda, że on chciałby wszystko o nim wiedzieć!
Z opresji wybawił mnie powracający na białym rumaku... Ups! W białym służbowym aucie, C. Ha! Jego mina, gdy zobaczył obcego mężczyznę siedzącego ze mną w samochodzie, była z pewnością jeszcze ciekawsza niż moja na początku tej przygody. Zatrzymał się, podszedł, i jak zaczęli rozprawiać... Pół godziny żeśmy tam stali! Aż się bałam, że spóźnimy się na umówione (wydawałoby się - w poprzednim życiu) spotkanie. Na szczęście zdążyliśmy.

I tutaj mała dygresja - C. również jest wielkim fanem swojego samochodu, ale jeszcze nigdy nie widziałam, żeby rzucał się na niczego nieświadomych, Bogu ducha winnych kierowców, i prawił im półgodzinne wywody. Z drugiej strony - nie przebywam z nim cały czas, więc kto wie... A on teraz przecież bardzo dużo jeździ...

Wszystko dobrze się skończyło, ale naprawdę, był moment, że się naprawdę zdenerowałam. Zdecydowanie muszę popracować nad zachowywaniem zimnej krwi w sytuacjach stresowych, zamiast wyrzucania sobie, że największy nóż leży bezużytecznie w domu.

Na uspokojnie skołatanych nerwów, albo po prostu gdy jest sezon na piękne, soczyste pomidory, polecam Wam wyjątkową tartę. Klasycznej tarty tatin nigdy nie piekłam, z uwagi na brak odpowiedniej patelni, którą by można włożyć do piekarnika. Tu jednak nie jest ona potrzeba, bo niczego się najpierw nie podsmaża. Pomidorki w zalewie octowo-klonowej najpierw godzinę pieczemy, żeby wydobyć ich cudownie słodki smak i aromat, a następnie przykrywamy kruchym ciastem. Efekt, muszę przyznać, niebanalny. Danie cudownie proste w przygotowaniu, a smak zupełnie wyjątkowy. Jedyne drobne ale, to, moim zdaniem, zbyt duża ilość octu (a i tak zmniejszyłam jego ilość w stosunku do oryginalnego przepisu). To jednak oczywiście moje osobiste preferencje. Poza tym tarta wyszła przepyszna - idealnie kruchutkie ciasto, cudownie słodkie pomidorki - nie można się jej oprzeć.
Jedna tylko uwaga na koniec jeszcze - tartę należy przygotować w całej formie - bez odpinanych brzegów lub wyjmowanego dna. Inaczej soki się wyleją, i bez mycia piekarnika się nie obejdzie...

Przepis znalazłam na blogu Drink eat live niemal rok temu i bardzo żałuję, że za jego wykonanie zabrałam się dopiero teraz...

Pomidorowa tarta tatin

Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)
  • 200 g mąki pszennej
  • 100 g zimnego masła
  • 1 jajko
  • 1/2 łyżeczki soli

dodatkowo:
  • 500 g pomidorków koktajlowych
  • 3 łyżki syropu klonowego
  • 3 łyżki octu balsamicznego
  • 1 łyżeczka oliwy
  • 1 ząbek czosnku
  • Igiełki z 1 gałązki rozmarynu
  • 1 łyżeczka soli

Mąkę przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić przez 1 godzinę w lodówce.

W tym czasie umyć i osuszyć pomidorki.
Na dno formy wlać syrop, ocet i oliwę, dodać sól i dokładnie wymieszać. Na tej mieszance ułożyć pomidorki, jeden przy drugim. Na wierzchu rozłożyć przeciśnięty przez praskę czosnek i drobniutko posiekany rozmaryn.

Piec w 150 st. C. przez 1 godzinę.

Po tym czasie rozwałkować ciasto na okrąg nieco większy od średnicy formy. Wyjąć tartę z piekarnika, na wierzchu ułożyć ciasto, zawijając jego brzegi do środka, pod pomidory.

Piec w 220 st. C. przez 2-30 minut, aż ciasto nabierze złoto-brązowego koloru.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

Słonko grzeje. Czyż to nie cudowne...? 
Bardzo miła odmiana po duńskim podobno lecie.

Przepis oczywiście dodaję do akcji Mopsika.

Warzywa psiankowate 2015