wtorek, 29 listopada 2011

Dyskusyjna świąteczność limonki

Postanowiłam sobie, że Święta w domu zacznę przygotowywać od pierwszego grudniowego weekendu. Po pierwsze ten tydzień mam bardzo zapełniony (mam nadzieję, że wszystko się uda!), po drugie takie czekanie tylko jeszcze bardziej mnie nakręca. Planowanie, kupowanie, sprzątanie, pieczenie, dekorowanie, później ubieranie choinki i pakowanie prezentów - uwielbiam! I chcę celebrować każdą chwilę. Bo potem znów będę musiała czekać rok... 

Ostatnio w ręce mi wpadła gazeta Pyszne ciasta na Boże Narodzenie, i wiedziałam, że muszę z niej coś przygotować. Ogólnie ten numer udał się twórcom znakomicie - jest tam cała masa wspaniałych przepisów, najchętniej przygotowałabym większość z nich - co, mimo wszystko, dość rzadko się zdarza. Nie są trudne, czasochłonne, składniki są ogólnodostępne, no i na zdjęciach prezentują się bosko. Na pierwszy ogień poszło babkowe ciasto limonkowo-rumowe - według mnie jakoś mało świąteczne... Ale biały lukier sprawił, że wygląda jak oblodzone, więc niech będzie, że na Święta też się nada. Limonka i biały rum to bardzo smaczne, ciekawe połączenie (mi kojarzące się głównie z mojito), choć w tym akurat cieście rumu jest jak na lekarstwo, i nie czuć go za specjalnie. Za to limonkowy lukier jest jak najbardziej na miejscu i świetnie pasuje do całości. 
Ciasto nam posmakowało (ja nadal nie mogę wyjść z podziwu nad samą sobą, że udał mi się kolejny ucieraniec), choć - jak to babka - najwilgotniejsze nie jest... Dlatego należy je dobrze nasączyć (ale nie za mocno, bo się może zzakalcować) i podawać najlepiej z kubkiem gorącej herbaty... Z cytryną. W takim zestawieniu jest naprawdę świetne. Puchate i delikatne - świetnie się u nas sprawdziło jako podwieczorek. 

Limonkowe ciasto z rumem


Składniki:
(na tortownicę z kominkiem o średnicy 26 cm)

  • 175 g miękkiego masła
  • 175 g jasnego brązowego cukru
  • 4 jajka
  • 250 g mąki pszennej
  • 80 g mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżki białego rumu
  • sok z 1 limonki
  • skórka otarta z 1 limonki

dodatkowo:
  • 2 łyżki ekstraktu z limonki

lukier:
  • 150 g cukru pudru
  • 2-3 łyżki soku z limonki
  • 1 łyżeczka galaretki o czerwonym kolorze (proszek)
  • 1 łyżeczka galaretki o zielonym kolorze (proszek)
  • 1 łyżeczka jasnego brązowego cukru

Masło utrzeć z cukrem na puszystą jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Mąki przesiać z proszkiem do pieczenia. Sok i skórkę z limonki wymieszać z rumem. Dodawać partiami do masy na zmianę składniki suche i mokre, cały czas miksując (na najniższych obrotach).

Formę do ciasta wysmarować masłe i obsypać bułką tartą.
Ciasto rónomiernie wyłożyć do tortownicy, wyrównać powierzchnię łyżką.

Piec 30-35 minut w 175 st. C.

Ciasto studzić 10 minut w formie, następnie wyłożyć na kratkę, skropić ekstraktem i pozostawić do całkowitego ostygnięcia.

Cukier puder przesiać, utrzeć z sokiem z limonki na gładki, gęsty lukier. Polukrować ciasto.
Przed zastygnięciem lukru posypać brązowym cukrem i galaretkami.

Smacznego!


Nad zatokę się jednak nie wybraliśmy - jak D. wrócił było już ciemno, i, nie ukrywam, w takim zimnie nie mieliśmy ochoty na długie spacery. Zdecydowanie lepiej posiedzieć w domu przy mlecznym świetle ulubionej lampki, z kubkiem gorącej herbaty w zasięgu ręki. 

poniedziałek, 28 listopada 2011

We dwie raźniej

Już jakiś czas temu Maggie znalazła na BBC Good Food przepis na tartę. Kiedy go pokazała, z zachwytu niemal oblizałam monitor! Kruchy, cynamonowy spód, a w roli nadzienia pyszne, kakaowe brownie z czekoladą i orzechami. No i jak tu nie dać się uwieść...? Wiedziałam, że prędzej czy później spróbuję. Maggie zmotywowała mnie do prędzej, proponując wspólne pieczenie. Zgodziłam się bez chwili namysłu! Bo jak tu się nie zgodzić...? 
Tartę upiekłam w sobotę popołudniu, wczoraj wieczorem NS załapał się na ostatni kawałek (czym był bardzo zbulwersowany i aż wstyd mi się zrobiło, że nie mam więcej, żeby go poczęstować). Wszystkim nam bardzo smakowało - no bo jak brownie może nie smakować...? Jest dość ciężkie, z cudownie rozpływającymi się kawałkami czekolady, kiedy jest ciepłe. Podałam z moimi ostatnio ulubionymi lodami orzechowymi - ciepło-zimny kontrast wywołał odpowiednie wrażenie na naszych kubkach smakowych. Chrupiące orzechy dopełniły całości.

Poczyniłam kilka drobnych zmian - orzechy trochę inne, cukru nieco mniej... Wyszło bosko! Gwarantuję - nie będziecie się mogli oderwać (a jeśli coś gdzieś tam w środku będzie podpowiadało Wam, że już się najedliście, zagłuszcie to - jak ja - jeszcze tylko jednym, malutki kawałeczkiem...).

Tarta brownie


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

spód:
  • 175 g mąki pszennej
  • 85 g zimnego masła
  • 25 g cukru
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 3-4 łyżki zimnej wody

masa:
  • 3 jajka
  • 200 g jasnego brązowego cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 175 g masła
  • 50 g mąki pszennej
  • 50 g kakao
  • 50 g orzechów laskowych
  • 50 g ciemnej czekolady (50%)

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z cukrem i cynamonem. Dodać pokrojone w kostkę masło, wyrobić na kruszonkę. Po łyżce wlewać wodę, zagnieść gładkie ciasto. 
Uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Ciastem wylepić formę, formując 3centymetrowy brzeg. Schłodzić w lodówce przez 15 minut.
Ciasto gęsto ponakłuwać widelcem.

Podpiec w 180 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić.

Masło rozpuścić i wystudzić.
Orzechy i czekoladę posiekać.
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami wsypując cukier. Ubijać, aż cukier się rozpuści. Po jednym dodawać żółtka. Wlać ekstrakt, połączyć. Wąskim strumieniem wlewać masło, cały czas miksując.
Mąkę przesiać z kakao, po łyżce wsypywać do masy, nie przerywając miksowania.
Wsypać orzechy i czekoladę, delikatnie wymieszać łyżką.

Masę przełożyć na podpieczony spód, wyrównać powierzchnię łyżką.

Piec w 180 st. C. przez 30-40 minut.
Podawać ciepłe z lodami lub ostudzone z bitą śmietaną.

Smacznego!

Po szaro-burym weekendzie dziś mamy sporo słońca i naprawdę przyjemną pogodę. Jeśli D. wróci z pracy jak jeszcze będzie jasno, namówię go na spacer nad zatokę - mimo, że tak blisko, bardzo dawno już tam nie byłam. A muszę przyznać, że rozlewająca się aż po horyzont woda działa na mnie wyjątkowo uspokajająco...

piątek, 25 listopada 2011

Na pobudzenie - kawa

Zima powoli zaczyna zwiastować swoje przybycie. U nas objawia się to coraz mroźniejszym powietrzem i porannym szronem na samochodzie. Ogrzewamy się gorącą herbatą i olejkiem cynamonowo-jabłkowym, który sprawia, że w domu pachnie Świętami. Wczoraj aż zapiszczałam z radości, kiedy w drodze do pracy zobaczyłam, że na ogromnej choince na głównej ulicy świecą się lampki (wieczorem już były zgaszone - chyba tylko sprawdzali, czy będą działać... Ale najważniejsze, że już coś w tym kierunku robią). Pozostałe dekoracje będą cieszyć podczas wieczornych spacerów ciepłym blaskiem już od pierwszego grudnia. Ach! Nie mogę się doczekać. Póki co zadowalam się choinką na dachu Jobcenter, na którą patrzę co wieczór przed zaśnięciem. 
Jeśli chodzi o Święta - jestem maniaczką. Kocham wszystkie lekko kiczowate ozdoby, zapach przyprawy do piernika, długie, ciemne wieczory przy świecach i wesoło pląsających po ścianach cieniach. Z dużym wyprzedzeniem robię listę prezentów i kupuję kartki, żeby zrobić niespodzianki moim bliskim. Uwielbiam świąteczną atmosferę, te wszystkie zapachy, śnieg, mróz... 
Czekam.

Póki co, zanim jeszcze zabiorę się za typowo świąteczne wypieki, przygotowałam galaretki kawowe. Przez przypadek znalazłam je na BBC Good Food, i po prostu wiedziałam, że muszę je przygotować. D. uwielbia wszystko, co kawowe, więc nie mogłam go pozbawić potencjalnego źródła przyjemności.
Efekt? Niezły. Choć moim zdaniem w oryginalnym przepisie jest zdecydowanie za dużo syropu - jest mega, mega słodki, i na porcję w zupełności wystarczą dwie łyżki. Inaczej nie będzie czuć smaku samej galaretki, a subtelna nuta kardamonu zniknie w morzu kawy z cukrem. Ja zrobiłam syrop z oryginalnych proporcji, ale w przepisie poniżej podaję zmniejszone o połowę - a sądzę, że i tak trochę zostanie na słodzenie kawy. 
Przy kolejnej okazji, jeśli się taka nadarzy, przygotuję samą galaretkę (która jest bardzo smaczna, choć dość długo tężeje), a syrop pominę - aż taka słodycz według mnie jest nieco przesadzona. Choć D. i NS nie narzekali, tylko błyskawicznie pochłonęli swoje porcje - więc jeśli lubicie słodką kawę z mlekiem, ten deser jest dla Was.

Kremowe galaretki kawowe


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 4 listki żelatyny
  • 285 ml śmietany kremówki (38%)
  • 50 g cukru
  • 4 ziarna kardamonu
  • 300 ml mocnej kawy

syrop kawowy:
  • 100 ml mocnej kawy
  • 100 g cukru
  • 1 łyżka likieru kawowego

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie (woda musi dokładnie zakrywać listki). Śmietankę zagotować z cukrem i lekko zmiażdżonymi ziarnami kardamonu. Zdjąć z ognia, kardamon wyjąć. Dodać dobrze odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Wlać kawę, wymieszać, ostudzić.
Chłodną mieszaninę rozlać rónomiernie do czterech szklanek, wstawić do lodówki na noc, aż całkowicie stężeje.

Zagotować kawę z cukrem. Kiedy cukier już zupełnie się rozpuści, pogotować jeszcze 3-5 minut. Zdjąć z ognia, ostudzić. Wlać likier, wymieszać, schłodzić w lodówce.

Przed podaniem na każdą galaretkę wylać nieco syropu (ilość wedle uznania).

Smacznego!


Brr... Ciemno dzisiaj jakoś wyjątkowo, zimno, i w dodatku się nie wyspałam. Wczoraj wypiłam po południu dwie kawy i zjadłam porcję tego właśnie deserku (a użyłam do niego naparu naprawdę mocnej kawy), więc później przewracałam się w łóżku z boku na bok nie mogąc zasnąć. Jak już mi się udało, śniło mi się mnóstwo dziwnych rzeczy. Choć jedna bardzo przyjemna też była. Ogólnie jestem po długiej i dość męczącej nocy, i nie mogę doczekać się popołudnia - powrót z pracy, spacer z psą, gorący prysznic, pieczenie ciasta, i może jakaś mała drzemka... 
A potem jeszcze tylko dwa dni pracy i weekend.

wtorek, 22 listopada 2011

Czekolady mi się chce...

Czekolady mi się chce! Prawdopodobnie przez aurę - w Danii zaczął się czas mgieł. Kiedy wstaję o siódmej jest jeszcze ciemno, i horyzont niknie we mgle. Gdy o siedemnastej wychodzę z psą na spacer, stan rzeczy jest dokładnie taki sam. Wieża kościoła wygląda dość upiornie, latarnie w charakterystycznej, mglistej poświacie są przerażające, klimat jak z XIX-wiecznej powieści. Czekam, kiedy zza rogu nieśmiało wychyli się Kuba Rozpruwacz. Idąc główną, wybrukowaną ulicą, słysząc własne zadziwiająco głośne kroki odbijające się echem od kamienic, mimo nowoczesnych sklepów i reklam mam wrażenie, że kobieta właśnie wyłaniająca się z mgły kilka kroków przede mną będzie ubrana w krynolinę, a towarzyszący jej mężczyzna uchyli cylindra. Za każdym razem czuję się lekko zawiedziona widząc dżinsy i puchową kurtkę. 
Właśnie dlatego potrzeba mi czekolady. Na odegnanie szarości i mgły. Bo choć ma w sobie pewną magię, która co roku potrafi mnie zauroczyć, to siedząc w domu i patrząc przez okno na zamglone miasto chcę czuć słodki zapach wydobywający się z piekarnika. Połączenie horroru z sielanką.

Kiedy zobaczyłam to ciasto w książce Czekoladowy świat wiedziałam, że to ideał. Co prawda jestem niemal pewna, że zdjęcie w książce przedstawia inny wypiek, niemniej to również jest pyszne. Tam było ciasto czekoladowe pod bezową pierzynką, u mnie ciasto z czekoladą... Pod bezową pierzynką. Słodkie, mocno czekoladowe, z chrupiącą bezą na wierzchu - rozpływa się w ustach. Kruchy spód też by się z pewnością tutaj sprawdził. Tak czy inaczej - pysznie jest! I choć należałoby poczekać, aż ostygnie, pierwszy kawałek zjadłam na ciepło. Mmm... Ta półpłynna czekolada, mięciutkie ciasto i beza... Rewelacja! Ciasto jest ogólnie dość ciężkie i konkretne - jeden czy dwa kawałki w zupełności zaspokoją ochotę na czekoladę na dłuższą chwilę. Koniecznie musicie spróbować - osłodzi dni nie tylko mgliste, ale i wietrzne czy deszczowe.

Batoniki bezowe



Składniki:
(na formę 31x21 cm)
  • 225 g miękkiego masła
  • 150 g jasnego brązowego cukru
  • 2 żółtka
  • 1 łyżka wody (w temperaturze pokojowej)
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 340 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

dodatkowo:
  • 170 g ciemnej czekolady (50%)

beza:
  • 2 białka
  • 110 g białego cukru

Masło utrzeć na puszystą masę z cukrem. Po jednym wbijać żółka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać wodę i ekstrakt, utrzeć.
Mąkę przesiać do osobnej miski z sodą, wymieszać z solą. Partiami dodawać do masy maślanej, miksując na najniższych obrotach miksera.

Blachę wyłożyć papierem do pieczenia, wyłożyć ciasto i równomiernie rozprowadzić.
Czekoladę posiekać i posypać nią ciasto.
Białka ubić na sztywną masę, pod koniec ubijania partiami wsypując cukier. Wyłożyć na czekoladę, równomiernie rozprowadzając masę na całej powierzchni ciasta.

Piec w 150 st. C. 35-40 minut.
Wystudzić, pokroić na niewielkie prostokąty.

Smacznego!


A zdjęcia? Bardzo ciężko się robi (szczególnie komuś, kto ogólnie tego robić nie potrafi). Dlatego teraz większość będzie w tonacji ciepło-kremowej mojej kuchennej lampy. Mam nadzieję, że mimo wszystko będą wystarczająco apetyczne.

sobota, 19 listopada 2011

Wspólne pichcenie - pudding ryżowy

Jakiś czas temu Szanowne Koleżanki Blogerki zaproponowały mi udział we wspólnym gotowaniu. Zdecydowałyśmy się na pudding ryżowy - rzecz prostą i pyszną. Postanowiłyśmy też nie wybierać wspólnie przepisu - dzięki temu wprowadzony został element zaskoczenia - nie wiemy, co przygotowały pozostałe Kobietki (i Kolega - zawsze miło być rodzynkiem, nieprawdaż?). 

Miałam przyjemność gotować z: Eweliną, Panną Malwinną, EmmąPluskotką, Ilonką, Shinju, Maggie, PeląDobromiłą oraz Michałem. Bardzo Wam dziękuję; mam nadzieję, że niedługo uda nam się to powtórzyć.

Kilka słów o samym puddingu - mój jest karmelowy, bo akurat taki budyń znalazłam w czeluściach szuflady. Chciałam przygotować coś podobnego do ulubionego sklepowego deseru D. Z wierzchu ryż w delikatnym sosie, pod spodem niespodzianka w postaci kilku łyżek budyniu. Mmm... Pycha! 
Żeby zmienić smak, wystarczy użyć innego budyniu - możliwości jest mnóstwo. Z pewnością każdy znalazłby coś dla siebie. Nam wersja karmelowa bardzo przypadła do gustu - słodka, ale nie przesłodzona, delikatna i ogólnie bardzo smaczna. 

Serdecznie polecam wersję swoją i Koleżanek i Kolegi - o ile ich znam, każdy wymyślił coś wystrzałowego!

Ryżowy pudding karmelowy z budyniem



Składniki:
(na 3 spore porcje lub 4 nieco bardziej standardowe)
  • 100 g ryżu
  • 800 ml mleka
  • 60 g cukru
  • 5cm kawałek skórki cytrynowej

dodatkowo:
  • 15 g budyniu karmelowego (proszek)
  • 100 ml mleka

budyń:
  • 100 ml mleka
  • 10 g budyniu karmelowego (proszek)
  • 10 g cukru

800 ml mleka zagotować z cukrem i skórką z cytryny. Skórkę usunąć, wsypać dobrze wypłukany ryż, gotować przez 35-45 minut, od czasu do czasu mieszając.
w 100 ml mleka rozmieszać 15 g proszku budyniowego, wlać do ryżu, dobrze wymieszać. Zagotować, zdjąć z ognia i ostudzić.

80 ml mleka zagotować z cukrem, w 20 ml rozpuścić proszek budyniowy. Wlać budyń do mleka, zagotować, cały czas mieszając. Zdjąć z ognia, przestudzić.

Jeszcze ciepły budyń wylać do szklanek, ostudzić (dzięki kożuchowi ryż nie wymiesza się z budyniem). Na wierzch delikatnie wyłożyć masę ryżową. Schłodzić w lodówce przed podaniem.

Smacznego!

Dziś obchodzimy z D. trzecią rocznicę - z jednej strony nie mogę uwierzyć, że to już trzy lata, z drugiej - mam wrażenie, jakbyśmy znali się od zawsze. Cóż... Bywało lepiej i gorzej (jak w każdym związku), ale cały czas nie mamy siebie dość, świetnie się ze sobą czujemy i bawimy. 

Dziękuję za wszystko, mam nadzieję, że cieszysz się z tego tak samo jak ja.

piątek, 18 listopada 2011

Najprościej

I kolejny przepis - nie przepis. Nie to, żebym nie miała czasu... Ale ostatnio zaczynam odkrywać uroki rzeczy prostych. Przygotowanie tortu śliwkowego było ciekawym doświadczeniem, a i efekty były znakomite, ale czasem chce się czegoś teraz, zaraz, już. Na taką potrzebę najlepsze jest - moim zdaniem - ciasto francuskie. Zawsze mam mrożone w domu, bo nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda. W najprostszej wersji wystarczy jajko i trochę cukru, kilkanaście minut pieczenia, i gotowe - słodkie ciasteczka zaspokajające nagłą potrzebę. 
Kiedy mieli nas odwiedzić A. i K. przygotowałam takie cośki nie tylko dlatego, że pieczenie babki zajęło mi mnóstwo czasu. K. po prostu to lubi! A wiadomo, że sprawić frajdę gościom jest zadaniem niezwykle istotnym. W związku z tym dorzuciłam jeszcze jabłka, żeby było nieco bardziej soczyście, i już! Nikt nie potrzebował niczego więcej, ciasteczka rozeszły się błyskawicznie! I wszystkim bardzo smakowały. Lekkie, chrupiące ciasto i pyszne, miękkie owoce - po prostu rewelacja. I co ważne - dla każdego. Nie znam nikogo, kto by takich ciasteczek nie upiekł. A są naprawdę efektowne - napuszone bardzo dumnie prezentują się na talerzu.

Oczywiście - można dodać cynamon, kardamon, czy cokolwiek, co przyjdzie Wam do głowy. Ja tym razem wolałam nie eksperymentować - K. jest jednak klasykiem. Jabłka można zastąpić gruszkami, brzoskwiniami, kiwi - czymkolwiek! - a nawet dżemem. Lub twarogiem. Możliwości są miliony - ogranicza nas tylko własna wyobraźnia.

Ciastka francuskie z jabłkami



Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 450 g ciasta francuskiego

dodatkowo:
  • 1 duże jabłko
  • 1 jajko
  • 20 g cukru

Ciasto rozmrozić, pokroić na 12 równych kwadratów. 
Jabłko obrać, pokroić na ćwiartki, wyciąć gniazda nasienne. Pokroić w cienkie plastry.

Kwadraty ułożyć na blasze wyłożónej papierem do pieczenia. Kawałki jabłek ułożyć w wachlarze, brzegi ciastek posmarować roztrzepanym jajkiem, posypać cukrem.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!



Panowie od okien wymienili mi parapety, zalepili większość dziwnych dziur, pochowali watę i gąbki, i muszę powiedzieć, że wygląda to teraz całkiem przyzwoicie (nie licząc kilku drobiazgów, z którymi będziemy musieli powalczyć sami). Mimo wszystko nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie skończą z dachem, żebym rano mogła spokojnie pospać, do, powiedzmy, ósmej... O ile w dni, kiedy muszę iść do pracy, wstawanie przed siódmą ma sporo zalet, o tyle w wolny poniedziałek już niekoniecznie... Bo ja jestem stworzenie spać lubiące bardzo, szczególnie ranem. Ale co tam! Do marca zleci...

czwartek, 17 listopada 2011

Duet idealny

To, o czym chcę dzisiaj napisać, to tak naprawdę nie jest przepis. Ilości są orientacyjne, ot, po prostu akurat tyle miałam w domu. Poza tym czegoś, czego się nie piecze, i zawiera raptem dwa składniki, nie można nazwać daniem. Deserem...? Nie wiem. U mnie będzie to deser właśnie, gdyż żadna inna nazwa nie przychodzi mi do głowy. Jedliśmy we wtorek po obiedzie, więc chyba deser... Nieistotne! Ważny jest smak - a ten powala. Mówię Wam!
Pierwszy raz spróbowałam tego połączenia mniej więcej miesiąc temu, kiedy zaserwowano nam taką sałatkę w pracy na lunch. Nie byłam pewna, czy w ogóle chcę spróbować, ale stwierdziłam, że najwyżej wydłubię sobie to, co mi smakuje... I wiecie co? Zakochałam się od pierwszego kęsa! Słodki arbuz ze słoną fetą to duet idealny! Teraz jeszcze chwilę będę piać z zachwytu, więc jeśli Was to nudzi, to przejdźcie po prostu do kolejnego akapitu. 
Niby takie proste, a jednak nigdy na to nie wpadłam. Tu nie potrzeba nic więcej - żadnego sosu, żadnych dodatków. Prostota w czystej formie. Ja trafiłam do nieba...

W mojej wersji użyłam tiger watermelon, którego znalazłam na targu. Jednak sprawdzi się tu każdy - byleby był słodki. A tradycyjny, czerwony arbuz zachwyci patriotycznym, wyrazistym kolorytem. Smakuje nieco inaczej, ale też cudownie pysznie. Polecam - robi się błyskawicznie, a zaskakuje oryginalnością.

Arbuz z fetą




Składniki:
(na średniej wielkości miskę)
  • 1,5 kg arbuza
  • 325 g fety (waga po odsączeniu)

Arbuza obrać ze skóry, pozbawić pestek, pokroić w średniej wielkośći kostkę. 
Ser pokroić w kostkę, lub, jeśli mamy krojony, odsączyć na sitku.
Wymieszać arbuza z fetą, schłodzić przed podaniem.

Smacznego!

Ot, taki krótki wpis. Wielu z Was z pewnością zna to połączenie, i ten wpis nie będzie niczym odkrywczym, ale wierzę, że gdzieś tam są tacy jak ja - których trzeba poprowadzić za rękę w kierunku rzeczy banalnych. A takie też są potrzebne. I smaczne!