piątek, 2 grudnia 2016

Powiew luksusu, czyli krem kasztanowy z truflami

Ostatnio, wracając z pracy, podziwiałam z niekłamanym zachwytem koloryt wieczornego nieba. Zazwyczaj są to róże i czerwienie; od delikatnych, pastelowych, aż do głębokich i ognistych. Tym razem jednak idealnie żółte słońce świeciło mi prosto w oczy, utrudniając skupienie się na drodze. Gdy już niemal byłam w domu, ognista kula już utonęła za horyzontem, podświetlając jednak na złoto-bursztynowy kolor chmury, od których nie mogłam oderwać oczu. W duecie z niebem o barwie najczystszego błękitu, stanowiły widok zapierający dech w piersiach.
Cuda są na wyciągnięcie ręki; wystarczy się odrobinę rozejrzeć...

I tak oto, niemal niezauważenie, wsunął się nam do życia grudzień. Patrząc tylko na niebo, można by odnieść mylne wrażenie, że to już lato. Spoglądając na nagie drzewa i termometr wskazujący raptem kilka kresek powyżej zera, na myśl przychodzi późna jesień. Ale przecież jeszcze nie grudzień! 
I choć pod nosem już od paru tygodni nucę świąteczne melodie, krasnale porozstawiałam już po całym domu i powoli zaczynam się zastanawiać, jak dużą choinkę uda nam się wnieść do salonu (uwielbiam to słowo; sprawia, że czuję się taka dystyngowana i szykowna!), to ciągle mam problem z zaakceptowaniem daty w kalendarzu. Przecież jeszcze tyle jest do zrobienia! Już teraz czuję się jak Biały Królik z Alicji w Krainie Czarów: Muszę biec, jestem spóźniony!

Czasem jednak warto się w tym przedświątecznym zamęcie na chwilę zatrzymać, usiąść przy stole (koniecznie z kimś bliskim!) i zjeść wspólnie trochę zupy. Gorącej, kremowej, luksusowej. Bo dlaczego by nie...?

Kasztany z C. uwielbiamy, nie było więc wątpliwości, że na obiad któregoś dnia zjemy kasztanowy krem. Z pewnym poświęceniem C. wydobył swoją ostatnią truflę, i dodał ją do zupy, uszlachetniając jej smak. Choć to zaledwie jedna malutka trufla, niesamowicie wpływa nie tylko na smak, ale i samopoczucie konsumentów. Człowiek od razu się prostuje, nie trzyma łokci na stole i (broń Boże!) nie siorbie. Bo to taka elegancka zupa przecież. 

Choć i bez trufli będzie pyszna, bo kasztany same w sobie smakują nieziemsko.

Krem z kasztanów z truflami


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 400 g pieczonych kasztanów (waga po obraniu)
  • 1 l bulionu
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 trufla
  • sól 
  • pieprz

dodatkowo:

Kasztany zalać bulionem, gotować 30-40 minut, aż zupełnie zmiękną. Zmiksować blenderem na gładki krem. Dodać kremówkę i stratą na tarce o małych oczkach truflę, dodać soli i pieprzu do smaku.
Podawać gorącą z kawałkami kasztanów.

Smacznego!

Tymczasem przed mną, po naprawdę pracowitych (a momentami wręcz wycieńczających) trzech tygodniach, luksusowy wręcz grudzień i dwa wolne weekendy pod rząd. Planów mam tyle, że coś mi się wydaje, że będę bardziej zmęczona niż teraz... 
Ale grudzień mamy przecież tylko raz w roku, nieprawdaż...?

wtorek, 29 listopada 2016

Lekko świąteczne brownie

Mam sporą słabość do wszystkiego co kwaśne (pewnie dlatego, że sama kwaśna bywam; częściej zresztą, niżby wypadało). Pijam herbatę z cytryną bez cukru, już od marca czekam na rabarbar, a od października - na świeżą żurawinę. Jej charakterystyczny smak zabiera mnie do krain kulinarnych rozkoszy, z których nie mam ochoty wracać. Jest kwaśna, czasami lekko gorzkawa, ale wystarczy ją przemrozić, żeby goryczka niemal całkowicie zniknęła, pozostawiając... No właśnie - smak żurawiny.
Jeśli znacie i lubicie tylko suszoną wersję, koniecznie skuście się na świeżą - jest o niebo lepsza. Nawet nie próbuję sobie wyobrażać, żeby ktoś mógłby się w niej nie zakochać...

Nie wiem, jak sprawy mają się w moim rodzinnym kraju, ale w Danii sezon na żurawinę trwa zatrważająco krótko. Kiedy się więc już w sklepach pojawia, kupuję kilka kilogramów i mrożę, żeby aż do Wielkanocy cieszyć się jej wyjątkowym smakiem. W tym roku właśnie się zaopatrzyłam w kilka woreczków, co oznacza, że od razu musiałam coś z nią przygotować. W końcu zdążyłam się już porządnie stęsknić!

W codziennym zabieganiu nie mam czasu na realizację czasochłonnych przepisów; nie mam też nastroju na porażki. Wybrałam więc przepis prosty, a jednocześnie gwarantujący sukces: brownie. Bardziej czekoladowe od samej czekolady; z odrobiną tylko mąki dla związania całości, opiera się właśnie na czekoladzie i jajkach. Wychodzi więc obłędnie kremowe, kleiste i rozpływające się w ustach. Pełna rozkosz gwarantowana, a chwila czekoladowego zapomnienia w ponury, listopadowy wieczór, jest jak najbardziej wskazana.
Razem z żurawiną dodałam do ciasta marcepanu i płatków migdałowych, dzięki czemu zyskało przedświąteczny charakter, choć próżno w nim szukać korzennych przypraw. Takie zestawienie smaków sprawdzi się w przeddzień Świąt wprost znakomicie, wprowadzających jedzących w odpowiedni nastrój.

Więc jak; skusicie się...?

Marcepanowe brownie z żurawiną i migdałami


Składniki:
(na formę 20x20 cm)
  • 4 jajka
  • 75 g cukru
  • 200 g ciemnej czekolady (70%)
  • 150 g masła
  • 125 g marcepanu
  • 2 łyżki kakao
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 100 g świeżej żurawiny
  • 20 g słupków migdałowych

Jajka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę.
Czekoladę posiekać, rozpuścić razem z masłem. Dodać starty na tarce o drobnych oczkach marcepan, podgrzewać jeszcze chwilę.
Masę czekoladowo-marcepanową powoli wlewać do jajek, miksując na najniższych obrotach miksera. Dodać przesianą mąkę i kakao, połączyć.

Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu ułożyć żurawinę, delikatnie wciskając ją w ciasto. Posypać słupkami migdałów.

Piec w 175 st. C. przez 25 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

Przepis bierze udział w konkursie u Sylwii:

poniedziałek, 28 listopada 2016

Ciasteczka z migdałami i o skrzatach słów kilka

Za nami kolejny świąteczny jarmark. Na ten w Oksbøl jeździmy, odkąd siostra C. właśnie tam kupiła dom. Nie jest duży (jarmark, nie dom); raptem dwadzieścia - trzydzieści stoisk z rękodziełem mieszkańców. I choć w większości widać, że to tylko hobby, do którego ludzie nie przywiązują większej wagi, można znaleźć prawdziwe perełki. Naszą ulubienicą jest Birgitte, która robi najpiękniejsze skrzaty, jakie widziałam. Wszystkie, łącznie z mamą C., jesteśmy w nich zakochane i nie wyobrażamy sobie tego popołudnia bez zakupu choćby jednej nowej pary. Tym razem, niestety, przyjechaliśmy dość późno (a spieszyłam się z pracy jak tylko mogłam), więc wybór nie był duży. Do domu pojechała więc ze mną parka w szarościach i brodaty skrzat w popielatym kolorze, który radośnie dołączył do swych pobratymców w beżu i bieli. Poza tym kupiliśmy kilkanaście szklanych i metalowych ozdób na choinkę - w tym roku w końcu będzie duża, więc trzeba zacząć się szykować.

Po zakupach wróciliśmy w rzęsistym deszczu do siostry C., gdzie czekały na nas æbleskiver i gløgg, a także świeżo upieczony chleb i pyszna, rozgrzewająca zupa. Wieczór minął więc szybko i radośnie, przy dźwiękach świątecznych piosenek i dwóch namiętnie akompaniujących im maluchach. Do domu wróciliśmy zmęczeni i zadowoleni, odliczając dni do kolejnego jarmarku...
Tak, tak; bardzo poważnie traktujemy te sprawy.

Tymczasem dla Was mam przepis na kolejne duńskie ciasteczka. Maślane, kruchutkie, wręcz rozsypujące się w ustach urocze rozetki, tutaj zwane strassburgerami (nie pytajcie, dlaczego, bo nie mam pojęcia). W książce Den store Julebagebog wydanej przez Amo proponowano udekorować je migdałami i wisienkami koktajlowymi. Te drugie, choć wyglądają naprawdę uroczo, w smaku zupełnie mi nie odpowiadają. Zamiast nich sięgnęłam po aromatyczne orzechy laskowe, i moim zdaniem był to dobry wybór. 
Tak naprawdę po tych akurat smakołykach nie został już nawet ślad. Mamie C. zasmakowały najbardziej z trzech rodzajów, którymi ich częstowałam; mały Gabriel też się nimi zajadał, skrupulatnie jednak wydłubując orzeszki.
Jestem pewna, że Wam również przypadną do gustu.

Maślane rozetki z migdałami i orzechami laskowymi


Składniki:
(na około 45 sztuk)

  • 250 g mąki pszennej
  • 25 g surowego marcepanu
  • 80 g cukru pudru
  • 250 g miękkiego masła
dodatkowo:

  • 30 g migdałów bez skórek
  • 30 g orzechów laskowych bez skórek
Masło zmiksować z marcepanem na gładki krem. Dodać cukier puder, utrzeć do białości. Partiami dodawać przesianą mąkę, miksując na najniższych obrotach miksera.
Ciasto przełożyć do woreczka cukierniczego z tylko w kształcie dużej gwiazdki. Wyciskać rozetki (jak z bitej śmietany) na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. W każde ciasteczko wcisnąć orzech lub migdał.

Piec w 180 st. C. przez 8-9 minut, aż się zrumienią na brzegach.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

sobota, 26 listopada 2016

Duńskie orzeszki z różowym pieprzem

Uwierzycie, że już jutro pierwsza niedziela Adwentu? Mi ciągle jakoś ciężko przyjąć to do wiadomości. Owszem, był już pierwszy śnieg, i to całkiem obfity, zniknął jednak raptem po kilku dniach, zastąpiony najpierw listopadową, depresyjną szarością, a ostatnio niemal wiosennym słońcem i temperaturami zachęcającymi do pozostawienia czapki w domu. Poza tym kalendarz nie kłamie: do grudnia zostały jeszcze całe cztery dni. Wszystko to razem sprawia, że choć doskonale zdaję sobie sprawę z zaistniałej sytuacji, to jednak nie do końca ją ogarniam. 
Zakupy świąteczne ciągle jeszcze przed nami (próbujemy je zaplanować, ale co chwilę coś staje nam na drodze; mam już tylko nadzieję, że uda się przed dwudziestym czwartym grudnia), planu pracy nadal nie dostaliśmy, a przecież to pierwsza Wigilia, którą organizujemy z C.! I tak, wiem, że to on jest odpowiedzialny za przygotowanie jedzenia, ale mimo wszystko jest całe mnóstwo innych rzeczy, które muszę zrobić ja. 
Brzmi to, jakbym zaczynała lekko panikować, i w sumie nie jest to dalekie od prawdy. Tak więc: trzy głębokie wdechy, szeroki uśmiech, i już.
Będzie cudownie, prawda...?

Oczywiście, w tym roku ciasteczkowe szaleństwo też zaczęło się u mnie nieco wcześniej niż zwykle. W tej chwili produkcja jest w toku, a ja co chwilę wynajduję nowe przepisy, które koniecznie muszę wypróbować! C. twierdzi, że to, co już mamy, spokojnie wystarczy nam do Świąt Wielkiej Nocy, ale mu nie wierzcie... Dobrze wiem, że ciasteczka znikają zawsze najszybciej. Są takie niezobowiązujące; nie wymagają talerzyka ani łyżeczki, nie można się nimi pobrudzić, za to można je zjeść niemal w biegu. Wszyscy kochają ciasteczka; tak to już jest.

I choć słynne pieprzne orzeszki piekłam już nie raz, tym razem w Mad og bolig, nr 11/2016 znalazłam przepis, obok którego nie mogłam przejść obojętnie. Bez jajek i amoniaku; szczególnie to drugie przemawia na jego korzyść. Za to z dodatkiem pieprzu w optymistycznej, różowej barwie.
Tradycyjnie używa się pieprzu białego, najczęściej czarnego, więc taka odmiana bardzo mi się spodobała. W gotowych ciasteczkach można wyczuć bardzo delikatną nutę różowego pieprzu; każdy, kto go próbował, powinien wychwycić ten drobny niuans. Inaczej uzna, że to po prostu bardzo dobre orzeszki.

W przepisie podano, że wyjdzie dwieście pięćdziesiąt sztuk. Mi wyszło dwa razy więcej! Zrobiłam je malutkie, takie w sam raz na jeden kęs; oczywiście, możecie przygotować je nieco większe, w mniejszej ilości. Wybór pozostawiam Wam.

Orzeszki z różowym pieprzem


Składniki:
(na około 450 sztuk)

  • 250 g miękkiego masła
  • 250 g cukru
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 500 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1 łyżeczka różowego pieprzu
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Cały czas ucierając, powoli wlewać kremówkę.
Pieprz utrzeć w moździerzu. Mąkę przesiać z proszkiem i sodą, wymieszać z przyprawami. Partiami wsypywać do masy maślanej, miksując na najniższych obrotach miksera.

Gotowe ciasto podzielić na równe części, z każdej uformować wałeczek grubości małego palca. Pociąć je na kawałki długości 1 cm.

Ciasteczka układać pionowo na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, spłaszczając palcem.

Piec w 200 st. C. przez 7-8 minut.
Ostudzić na kratce.

Przechowywać w szczelnej puszce.

Smacznego!

Przepis dodaję do akcji Mopsika:

czwartek, 24 listopada 2016

Inka ze skandynawską nutą

Gdy byłam dzieckiem, Inka i kawa zbożowa były synonimami. Nie wiem, czy to dlatego, że Inka była jedyną kawą zbożową dostępną na rynku, a może po prostu była najlepsza...? W każdym razie to właśnie ją Mama kupowała i parzyła dla mnie i Młodej, gdy domagałyśmy się kawy pitej przecież tylko przez dorosłych.
Oczywiście, jak zwykle musiałam stawać okoniem. Podczas gdy moja Siostra z lubością wypijała kawkę z mleczkiem, jak Mamusia, ja kręciłam nosem i decydowałam się jednak na herbatę. Komu bowiem spieszno do dorosłości, skoro smakuje tak dziwnie...?
Przez długie lata kawy nie pijałam. Ot tak, od wielkiego święta; czasem ją we mnie wręcz wmuszano. Herbat za to miałam w domu bez liku, i to nimi poiłam swoich gości. Gdy na studiach znajomi przed sesją wspomagali się hektolitrami czarnego jak smoła napoju, ja ciągle popijałam herbatkę, patrząc na nich z politowaniem.

Dzisiaj nadal kawy pijam niewiele, ale za to przeprosiłam się z Inką. Kupiłam ot tak, na próbę, bo wpadła mi w oko w polskim sklepie. Smak już niemal zapomniany, stwierdziłam więc, że warto go sobie odświeżyć. Okazało się, że jej charakterystyczny, lekko słodki smak wprost idealnie wpasowuje się w moje podniebienie! I choć nadal to herbata jest moim ulubionym napojem, kilka razy w tygodniu zaparzam sobie kawę zbożową i piję ją z dodatkiem mleka (jak Mamusia).

Tym razem postanowiłam ją sobie nieco urozmaicić. Oprócz spienionego mleka i odrobiny amaretto dla rozgrzania w ten zimny, listopadowy wieczór, na wierzch dodałam przygotowane poprzedniego dnia palone migdały. Nadały kawie dodatkowej słodyczy i chrupiących niespodzianek, które zatopiły się w lekkiej jak puch pianie z mleka. Wyszło naprawdę pysznie i jestem pewna, że taką kawkę będę popijała aż do Świąt.

A Wy? Pamiętacie jeszcze Inkę...?

Inka z palonymi migdałami


Składniki:
(na 1 porcję)
Kawę zalać wrzątkiem, wymieszać. 
Mleko podgrzać do temperatury 65 st. C., spienić.
Do kawy dodać amaretto, wymieszać. Na wierzch wylać spienione mleko, posypać posiekanymi migdałami.

Smacznego!

Przepis bierze udział w inkowym konkursie:

środa, 23 listopada 2016

Brændte mandler, czyli duńskie smakołyki świąteczne

Odkąd mieszkam w Danii, miewam od czasu do czasu napady tęsknoty za Polską. Za Mamą i Tatą, za językiem, który rozumiem mimochodem, zupełnie się nad nim nie zastanawiając, i oczywiście za jedzeniem. Brakuje mi kiszonych ogórków i kapusty, twarogu, pierogów i gołąbków. Szczególnie jednak braki odczuwam w okresie przedświątecznym, bo wiem, że nie zjem karpia (no dobra, akurat karp nigdy nie był moim ulubieńcem; ale, o dziwo, skoro go mieć nie mogę, to właśnie na niego mam chrapkę), słonych śledzi czy uszek, że nie popiję tego wszystkiego barszczem i nie zagryzę drożdżowym makowcem mojej Babci. 
Oczywiście, co roku stawiam sobie nowe wyzwania: lepię pierogi, robię piernik staropolski (to już ostatni moment, żeby nastawić ciasto!) i gotuję zupy z buraków. Na szczęście Duńczycy nie są zupełnie bez serca, i przyszli mi z pomocą. Już pierwszego roku w grudniu odkryłam rzecz, która nie ma sobie równych. Jeśli nie przekonują Was wysokie zarobki, trzydziesto-siedmio godzinny tydzień pracy i fakt, że Duńczycy są najszczęśliwszym narodem na świecie, jest jeszcze inny powód, dla którego warto się tu przeprowadzić; albo chociaż spędzić czas od listopada aż do Wigilii. Jaki? 
Brændte mandler, czyli palone migdały. Cóż to takiego? Absolutna rozkosz na języku. Migdały obsmażone w karmelu.
Tak, tak, wiem; nie brzmi to zbyt imponująco. Tak właściwie to tylko trzy składniki: migdały, cukier i woda, i, jak się wczoraj okazało, zaledwie dziesięć minut roboty. Ale uwierzcie; czasem najprostsze znaczy najlepsze. Tak właśnie jest w tym wypadku.

Już od początku listopada na deptakach przechodniów kusi głęboki zapach karmelu. Pakowane w papierowe rożki migdały, ciągle jeszcze ciepłe, rozgrzewają nie tylko zmarznięte dłonie, ale też przytłoczone listopadową szarugą dusze. Słodkie, chrupiące; idealne.
Co roku wydaję na nie mały majątek, bo po prostu nie umiem się im oprzeć. Tym razem jednak stwierdziłam, że to przecież nie może być aż tak trudne, i zaczęłam szukać przepisu w internecie. Jest ich całe mnóstwo, różnią się nieznacząco proporcjami. Wybrałam ten ze strony Dan Sukker, bo wydawało mi się, że przez stosunkowo niewielki dodatek wody szybciej będą gotowe.

Przygotowanie zajęło mi dosłownie dziesięć minut; są to jednak minuty intensywne, bo na karmel cały czas trzeba mieć oko. Łatwo się przypala, a migdały dosłownie spalone wcale takie dobre nie są.
Oczywiście, wariacji jest mnóstwo: z kakao, cynamonem, pomarańczą... Ja zaczęłam od najprostszej, klasycznej wersji, jaką można kupić na ulicach. Moim zdaniem - jest po prostu najlepsza.

Skusicie się na taką świąteczną przekąskę? Gwarantuję, że zaskoczycie swoich gości.

Palone migdały


Składniki:
(na 1 słoik)

  • 250 g migdałów w skórkach
  • 250 g cukru
  • 75 ml wody
Cukier, wodę i migdały przełożyć na patelnię. Podgrzewać na największej mocy palnika, od czasu do czasu mieszając. Gdy cukier nabierze złoto-brązowej barwy, zmniejszyć płomień i podgrzewać nadal, cały czas mieszając, aż cukier oblepi migdały. 
Przełożyć migdały na papier do pieczenia. Gdy ostygną, rozdzielić.

Smacznego!

Przepis oczywiście dodaję do akcji Ani:

poniedziałek, 21 listopada 2016

Renifer do czyszczenia i ciasteczka kawowo-orzechowe

Kiedy zdecydujecie się na emigrację, kluczową sprawą jest nauczenie się języka tubylców. Nawet jeśli wszyscy (teoretycznie) znają angielski, będą na Was patrzyć przychylniejszym okiem, gdy spróbujecie porozumieć się z nimi w ich języku. I nie szkodzi, że będziecie go kaleczyć, a wypowiedzenie jednego zdania, zamiast kilku sekund, zajmie Wam ładnych parę minut. Liczą się dobre chęci i zainteresowanie, które w ten sposób okazujecie.

Duńczycy są szczególnie uprzejmi i cierpliwi wobec obcokrajowców; wiem, co piszę. Na początku mojej przygody z językiem duńskim byłam bardzo stremowana przed każdą, nawet jednozdaniową wypowiedzią. Duńczycy jednak nigdy się nie spieszą i doskonale zdają sobie sprawę, jak trudnym językiem władają. Nie będą się z Was śmiać ani wytykać błędów (chyba, że sami o to poprosicie); domyślą się sensu z paru nieskładnie złożonych wyrazów. 
Prawda jest też taka, że jeśli zaczniecie się uczyć duńskiego po skończeniu jakichś ośmiu-dziesięciu lat, nigdy nie pozbędziecie się akcentu. Tak, wiem; dołujące. Niestety, gardła Duńczyków zbudowane są odrobinę inaczej i przystosowane do wydawania gulgoczących dźwięków, które dla nikogo początkującego w tym temacie sensu mieć nie będą.
Niemniej, można próbować. I to właśnie robię ja. 
Zdaję sobie doskonale sprawę z potknięć i niedociągnięć, ale już nie wstydzę się mówić. A to przecież najważniejsze.
Ciągle jednak zdarzają mi się spektakularne wpadki, które do łez doprowadzają nawet najbardziej opanowanych Duńczyków. Tym razem wszystko przez Święta...

Niedługo zaczynamy sprzedaż pierniczków, które maczamy w czekoladzie, a następnie dekorujemy. W tym roku mamy coś na nich rysować - niech będzie i tak. Miałam przygotować egzemplarz testowy, do gazety. Poszłam więc do biura i poprosiłam Lisbeth, żeby wydrukowała mi jakieś świąteczne motywy - dzwonki, skrzaty, renifera... I tu właśnie parsknęła mi prosto w nos, a ja gapiłam się na nią z lekko tylko rozchylonymi ustami intensywnie myśląc, cóż ja takiego znowu palnęłam.
Tutaj czas na krótką lekcję języka: po duńsku renifer to rensdyr, a ja powiedziałam rensedyr. Tak, wczytajcie się uważnie - dodałam jedną, niemal niesłyszalną w potocznej mowie, literkę. I już - wystarczyło, żeby wywołać lawinę. Rense bowiem znaczy czyścić, czyli wyszło mi zwierzę (dyr) do czyszczenia, oczywiście ze świątecznym akcentem w tle. 
Gdy Lisbeth się już w miarę uspokoiła, przez łzy stwierdziła, że zamiast rogów powinnam mu namalować butelki z płynem do mycia...

W międzyczasie do biura wszedł mój szef, po chwili więc cała piekarnia pękała ze śmiechu.
A gdy wróciłam do domu i zwierzyłam się C., z jakimi nieczułymi potworami pracuję, zamiast oczekiwanego współczucia uraczył mnie kolejną dawką szaleńczego śmiechu, po czym stwierdził, że to chyba najlepsze, co do tej pory przekręciłam.

Dla przypomnienia - jedną literkę...

A to wszystko, co napisałam na początku, o delikatności i wyczuciu Duńczyków, to prawda. Dopóki Was dobrze nie poznają...

Na osłodę deprymującego życia emigranta (i nie tylko), mam dla Was duńskie ciasteczka. Nie są takie zupełnie tradycyjne, ale znalazłam je w świątecznej książeczce Den store Julebagebog wydanej przez Amo. Połączenie kawy i orzechów laskowych od razu mi się spodobało. Już zaopatrzyłam się w spore ilości orzechów na Święta, czas więc zacząć je wykorzystywać. 
Ciasteczka wyszły pyszne - odpowiednio chrupiące, mocno kawowe i trochę orzechowe. Coś wspaniałego! 
Jedyne, co zmieniłam, to sposób przygotowania. Zamiast ciasto wałkować i wykrawać z niego kółeczka, uformowałam kiełbaskę i pokroiłam ją w plasterki. Szybciej, czyściej i wygodniej. A to ważne, gdy w planie są jeszcze dwa inne rodzaje ciastek, bułeczki i sernik do wykończenia...

Ciasteczka kawowe z orzechami laskowymi


Składniki:
(na 35-40 sztuk)

  • 250 g mąki pszennej
  • 150 g zimnego masła
  • 100 g cukru
  • 3 łyżki mocnej, ostudzonej kawy
  • 1 jajko
  • 80 g płatków orzechów laskowych
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z cukrem, cukrem waniliowym i orzechami. Dodać pokrojone w kostkę masło, rozetrzeć palcami. Wbić jajko i wlać kawę, szybko zagnieść ciasto.
Z ciasta uformować kiełbaskę o średnicy 4-5 cm, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez minimum 30 minut.

Ciasto odwinąć w formy, kroić na plasterki grubości około 5 mm, układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując odstępy.

Piec w 180 st. C. przez 12-14 minut, aż się lekko zezłocą.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Przepis oczywiście dodaję do akcji Ani: