niedziela, 16 października 2016

Tarta kasztanowa. Ze śliwkami i jesienią w tle

Szaro, buro, nieprzyjemnie... 
Jesień rozgościła się na dobre. Ta wietrzna, która szalonymi podmuchami przedziera się przez najcieplejsze swetry, kurtki i szale. Gwałtownymi porywami targa ostatnie, kolorowe liście, które z cichym szumem opadają na chodniki, tworząc miękkie, szeleszczące dywany. Brodzimy w nich razem z Ptysią, wzbijając butami i łapkami barwne fontanny. 
Słońce kryje się za grubą warstwą wełnistych, sino-szarych chmur. Mam wrażenie, jakby przez cały dzień panował wczesny wieczór. Nic, tylko wtulić się w poduszkę i spać... Ewentualnie poczytać, ale bywa, że jest zbyt melancholijnie, aby skupić się na treści. Wtedy można wpatrywać się w wesoło trzaskający ogień na kominku, który ogrzewa nie tylko pokój, ale też serce. Pomarańczowo-złote iskry wywołują na twarzy rumieniec i uśmiech, od razu robi się przytulniej i przyjemniej. I wtedy ten zaokienny, bury świat już mi tak nie doskwiera...

Najlepszym lekarstwem na taka pogodę jest udanie się do kuchni (chociaż wiem, jak bardzo się nie chce w pierwszej chwili), wyciągnięcie wagi, kilku misek, łyżek i formy, i upieczenie ciasta. Może to być zwykła babka (koniecznie z cynamonem!), bardziej wymyślana tarta albo aromatyczny sernik. Albo w ogóle co tylko się Wam zamarzy! Najważniejsze, żeby piekło się odpowiednio długo, rozsiewając wokół magiczny zapach. To dzięki niemu dom staje się domem...

Pewnej niedzieli, przed wyjazdem do szkoły, upiekłam ciasto. Aromatyczne i pyszne, pełne śliwek i fig. C. popatrzył, powąchał, spróbował. I spytał, czy jest bez glutenu. Spojrzałam na niego lekko spłoszona; nie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Bo on by to ciasto zabrał do pracy jutro, ale jak jest z glutenem, to Jane będzie przykro... Westchnęłam więc ostentacyjnie (nie mógł, no naprawdę nie mógł powiedzieć mi o tym wcześniej...?), i zabrałam się za pieczenie kolejnego ciasta.

Najbezpieczniejszym bezglutenowym wyborem są dla mnie serniki (na żaden nie miałam już czasu) i tarty. Nic nie rośnie, nic nie może opaść, nie ma ryzyka i atmosfery kruchej nerwowości. Przygotowałam więc tartę na spodzie z mąki gryczanej i kasztanowej, które świetnie ze sobą współgrają, dając lekko orzechowe ciasto. Do tego kajmakowa masa serowa, z odrobiną mąki kasztanowej dla konsystencji, ale przede wszystkim smaku. Połączenie kasztanów z kajmakiem już wcześniej wypróbowałam - jest znakomite. Tu te smaki doskonale się przenikają. 
Śliwki akurat miałam pod ręką, ale można je zamienić na przykład na świeże żurawiny (już niedługo!), może maliny albo gruszki, albo zupełnie pominąć. Soczyste owoce dodają ciastu wilgotności i wyrazistości; bez nich tarta będzie idealnie gładka i kremowa. Kuszące, nieprawdaż...?

A Wy...? Na jaką wersję się skusicie...?

Karmelowo-kasztanowa tarta ze śliwkami


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)

spód:
  • 80 g mąki kasztanowej
  • 80 g mąki gryczanej
  • 40 g cukru
  • 80 g zimnego masła
  • 1 jajko

krem:
  • 100 g serka mascarpone
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 g masy kajmakowej
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mąki kasztanowej

dodatkowo:
  • 300 g śliwek

Mąki przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać pokrojone w kostkę masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto. 
Ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy; wyłożyć ciastem formę, formując brzeg. Schłodzić w lodówce przez minimum 1 godzinę.

Ciasto gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać kamyczkami do pieczenia.

Podpiec spód w 180 st. C. przez 12 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec jeszcze 12 minut w 180 st. C.

W tym czasie przygotować nadzienie.
Mascarpone, kremówkę, kajmak, jajko i mąkę zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. 
Wyłożyć nadzienie na przestudzony spód, na wierzchu ułożyć śliwki rozcięciem do góry.

Piec w 160 st. C. przez 40-50 minut, aż wierzch tarty będzie ścięty.
Ostudzić w piekarniku.

Smacznego!

Za dwa tygodnie Halloween. Dzisiaj będziemy wycinać pierwsze dynie, żeby odświeżyć sobie niemal zapomniane przez cały rok umiejętności. 
A Wy - świętujecie Halloween...?

piątek, 14 października 2016

Sernik z musem z owoców czarnego bzu

Piałam Wam już o tym, że w tym roku ogarnęło mnie prawdziwe figowe szaleństwo. Bardzo lubię te charakterystyczne w smaku i strukturze owoce, coraz bardziej - na szczęście! - popularne. 
Gdy więc przyszedł czas na urodzinowe przyjęcie, nie mogłam się powstrzymać, i coś z figami na stole po prostu musiało się znaleźć. Szczególnie, że początek września (mam małe opóźnienie z dodawaniem przepisów, wybaczcie; na osłodę powiem, że przed Wami ciągle jeszcze mój urodzinowy tort, z którego jestem niezwykle wręcz dumna) to szczyt figowego sezonu. Przed Wami więc ostatni figowy przepis w tym roku - no chyba, że jednak się skuszę i kupię na weekend te ostatnie figi, które wiercą mi dziurę w brzuchu za każdym razem, gdy w sklepie spoglądam w ich stronę.

Jak już wspomniałam wyżej - był plan na tort. I to całkiem okazały - ale w końcu przyjęć na trzydzieści osób nie organizuje się codziennie. Dla tych, którzy za tortowymi ciastami nie przepadają, albo po prostu mają chęć na coś innego, przygotowałam sernik - a jakże! Moje urodziny bez sernika byłyby przecież nieważne...
Miałam na niego na początku zupełnie inny pomysł. Mus miał być jeżynowy, z jeżyn zebranych na polance nieopodal domu. Okazało się jednak, że ktoś mnie ubiegł, i niemal wszystkie owoce wyzbierał! Dla mnie została garstka - dosłownie! Niewiele się z tego dałoby zrobić, a już na pewno nie mus na mój całkiem sporych rozmiarów sernik. Co robić...? 
Poszłam do sklepu w nadziei, że dostanę jeżyny mrożone. Oczywiście, wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie, i na stanie były tylko truskawki, maliny i jagody. Nawet mieszanki owoców leśnych zabrakło. Obraziłam się więc na sklep, i w drodze powrotnej do domu dumałam, co by tu teraz zrobić. Aż tu nagle w oczy wpadła mi gałązka intensywnego w kolorze, idealnie dojrzałego czarnego bzu.
Ha!
Weszłam w krzaki, nazbierałam niewielki woreczek dobroci, i podniesiona na duchu wróciłam do domu. Oczywiście w ferworze pieczenia zapomniałam o dżemie, który zamiast pod masą sernikową, wylądował pomiędzy nią a musem. Nic się jednak nie stało - ciasto wyszło tak pyszne, że zniknęło niemal całe, a ja usłyszałam tyle pochwał, że na te trzydzieste urodziny urosłam dobre dwa centymetry!

Chrupki, ciasteczkowy spód, idealnie kremowa i rozpływająca się w ustach masa serowa, dżem figowo-winogronowy o bajecznym kolorze i intensywnym smaku, a to wszystko wieńczy bogaty i zaskakujący mus z owoców czarnego bzu. No powiedzcie sami - czy to nie coś wspaniałego...?
Wiem, że nieładnie się tak chwalić, ale ten sernik wyszedł naprawdę fenomenalny. Spróbujcie koniecznie!
I nie martwcie się, że już po sezonie na czarny bez. Jeśli macie sok - wykorzystajcie go do zrobienia musu. Będzie tak samo pysznie!

Sernik z musem z owoców czarnego bzu i dżemem figowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

spód:
  • 190 g ciastek digestive
  • 45 g masła

masa serowa:
  • 800 g serka kremowego
  • 500 g serka mascarpone
  • 250 g cukru
  • 350 ml śmietany kremówki (36%)
  • 4 jajka
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii

mus z owoców czarnego bzu:
  • 120 g owoców czarnego bzu
  • 75 g cukru
  • sok z 1/2 cytryny
  • 50 ml wody
  • 3 listki żelatyny
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:

dekoracja:
  • 3 figi
  • 12 ciemnych winogron

Ciastka dokładnie pokruszyć.
Masło rozpuścić, przestudzić, wymieszać z ciastkami.
Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, a następnie masą ciasteczkową, ugniatając ją dłonią lub spodem łyżki.

Podpiec w 180 st. C. przez 12 minut.
Przestudzić.

Serek kremowy i mascarpone, cukrem, kremówkę, jajka i wanilię zmiksować na gładki krem, tylko do połączenia składników. Wylać na przestudzony spód.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 70-80 minut, aż wierzch sernika będzie ścięty.
Ostudzić w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.

Owoce czarnego bzu zagotować z cukrem, sokiem z cytryny i wodą. Gotować na małej mocy palnika przez około 15 minut.
W tym czasie namoczyć żelatynę w zimnej wodzie.
Owoce zmiksować blenderem, przetrzeć przez sitko. Dodać żelatynę, dokładnie wymieszać, aż do jej rozpuszczenia.
Ostudzić.
Kremówkę ubić na sztywno, partiami dodawać do ostudzonych owoców.

Na serniku rozsmarować dżem, następnie wyłożyć mus, wyrównać wierzch.
Schłodzić w lodówce przez kilka godzin, najlepiej przez całą noc.

Przed podaniem udekorować figami i winogronami.

Smacznego!

A przede mną wolny weekend. Dobrze było wrócić do pracy, ale już ten pierwszy tydzień dał mi się we znaki. Odzwyczaiłam się od stania po dziesięć, dwanaście godzin dziennie... 

czwartek, 13 października 2016

Dżem z fig. I kilka słów o powrocie

Wróciłam do domu, i nie ruszam się stąd przez najbliższe cztery miesiące. Oczywiście, będę jeździć do pracy, może nawet czasem kogoś odwiedzę ot tak, dla przyjemności; wybiorę się od czasu do czasu na spacer czy na zakupy. Jednak co wieczór będę wracała, będę spała we własnym łóżku i jadła śniadanie przy stole w kuchni, z widokiem na pobliskie pola, jarzębiny i śliwę sąsiadów. Internat zostawiłam za sobą z westchnieniem ulgi i szczerą radością. Poczucie zamknięcia w czterech ścianach (dosłownie!) mocno dawało mi się we znaki. Brakowało mi przestrzeni, własnego piekarnika, w którym mogłabym upiec ciasto, na które akurat mam ochotę, a nade wszystko - prywatności. Obcy ludzie co chwilę pukający do moich drzwi, posiłki jedzone wśród dziesiątek podobnych mi, zagubionych dusz i obowiązek wkładania butów za każdym razem, gdy chciałam iść zaparzyć sobie herbaty. Nie jestem pewna, czy zniosłabym kolejny miesiąc tak od razu. Chyba nie...

Teraz siedzę przy stole w jadalni, zupełnie sama w wielkim, cichym domu. Te wszystkie metry kwadratowe, po których mogę spacerować, nie niepokojona przez nikogo! Moje bajeczne łóżko, z włączonym już ogrzewaniem (kiedy zrobiło się aż tak zimno...?), czajnik, który czeka tylko na mnie, kanapa, na której mogę się wygodnie rozłożyć bez obawy, że zabieram komuś miejsce. Oj tak - własne cztery kąty (symboliczne tym razem) to moja świętość i ostoja. Lubię ludzi (czasami), ale jednak mam duszę samotnika. Introwertyka - że się tak skomplikowanie wyrażę. Lubię budować swój własny świat i nie lubię, gdy ktoś wpada mi weń nieproszony. 

Wykorzystując możliwości, jakie daje posiadanie kuchni, zabrałam się za pieczenie i kolejne przetwory. Sezon na te drugie powoli się kończy; coraz zimniej, coraz ciemniej, coraz mniej sezonowych warzyw i owoców. Trzeba więc korzystać, póki się da!

U mnie znowu figi - w tym roku sięgałam po nie wyjątkowo często. Uwielbiam ich delikatny, słodki smak i miliony drobnych pesteczek pękających między zębami. Tym razem zamknęłam je w słoikach w doborowym towarzystwie jabłek z pobliskiej jabłonki i aromatycznego kardamonu. Kardamon do jabłek pasuje znakomicie (według mnie tak samo dobrze jak cynamon, a może nawet lepiej), z figami również komponuje się wybornie. Gdy więc szukałam odpowiedniego akompaniamentu dla owoców, nie wahałam się długo.
Dżem wyszedł boski! Cudownie aromatyczny, delikatny i słodki. Do naleśników nadaje się idealnie, do nadziewania słodkich, drożdżowych bułeczek chyba jeszcze bardziej.
Jeśli macie ochotę zamknąć takie cudo w słoiczkach, spieszcie się! Figi bowiem zaraz znikną ze sklepowych półek...

Dżem figowo-jabłkowy z kardamonem


Składniki:
(na 4 słoiki)
  • 700 g świeżych fig
  • 850 g jabłek
  • 400 g cukru
  • 2 łyżeczki mielonego kardamonu

Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w kostkę.
Od fig odciąć twarde końcówki, pokroić owoce w ósemki. 
Przełożyć owoce do garnka, dodać cukier i kardamon, wymieszać. Gotować około 60 minut, mieszając od czasu do czasu, aż do uzyskania pożądanej konsystencji.
Gorący dżem przełożyć do wyparzonych słoiczków, zakręcić, odwrócić do góry spodem i zostawić do ostygnięcia.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Tak mi się jakoś na jesień zebrało na robienie przetworów. Mam jeszcze kilka planów, choć nie wiem, czy uda mi się ze wszystkim zdążyć... Trzymajcie kciuki!

wtorek, 11 października 2016

Dwudziestolatki kontra ja. I domowa granola z miechunką

O tym, że dwudziesty pierwszy wiek jest kompletnie odarty z romantyzmu, już kiedyś pisałam. Cóż, cztery tygodnie spędzone z ludźmi ode mnie młodszymi o mniej więcej dekadę sprawiły, że utwierdziłam się w tym przekonaniu. Dzisiaj młodzi ludzie nie marzą o wielkiej miłości, nie szukają tego jedynego, którego będą mogli kochać już na zawsze. Owszem, idea miłości nie jest im obca, ale na to przecież będzie jeszcze czas. Teraz liczy się dobra zabawa, a one night stands (zostałam uświadomiona z błyskiem politowania w oku, że tak to się właśnie nazywa) to wśród dwudziestolatków norma. Któż by chciał wzdychać do nieosiągalnej ukochanej, układać liryczne poematy i zadowalać się nieśmiałym uśmiechem? Kto w ogóle ma czas na takie bzdury...? O kupowaniu kwiatów czy całowaniu kobiet w rękę nawet nie będę wspominać. Powoli te staromodne zwyczaje odchodzą do lamusa, i choć jest mi szkoda, to w sekrecie się Wam przyznam, że całowana w rękę nigdy być nie lubiłam; zawsze mnie to peszy i krępuje. 
Gdy więc w końcu zamknęłam się w swoim pokoju, zupełnie sama, odetchnęłam z ulgą. Jakoś tak zaczęłam się cieszyć z tych moich trzydziestu lat i faktu, że mogę nie spędzać całego dnia wpatrzona w ekran mojego smartfona, mogę za to tęsknie wzdychać za ukochanym, gdy nie widzę go przez cały tydzień. A tenże ukochany poniesie moją ciężką walizkę i otworzy przede mną drzwi bez patrzenia na mnie spod zmarszczonych brwi i wytykania, że przecież w dzisiejszych czasach obowiązuje równouprawnienie. 

W tym wszystkim czuję się taka cudownie staroświecka...

Spędzanie długich godzin na przygotowywaniu obiadu dla męża i dzieci też jest passe (nikt nie chce być przecież kurą domową), jednak slow food jest aktualnie w pełnym rozkwicie. Oznacza to, że domową granolę przygotowuje każdy, kto chce być trendy. Ja też piekę blaszkę tego cuda przynajmniej raz w tygodniu; nie dlatego, że pędzę za modą, ale dlatego, że smak domowej granoli jest nieporównywalnie lepszy od tej kupnej. W dodatku można przyrządzać takie mieszanki, o jakich  dyrektorom koncernów się nawet nie śniło.

Tym razem miałam w domu miechunkę; miałam tez ogromną ochotę na jej zużycie. Na blogu Truskawkowej Ani znalazłam idealny przepis, i szybciutko zabrałam się do rzeczy.
Jak każda granola, ta również jest bajecznie prosta w przygotowaniu. Delikatny smak i zapach korzennych przypraw nadaje jej jesiennego charakteru, a słodko-kwaśne miechunki i wiśnie niepowtarzalnego smaku. Całość jest tak pyszna, że nawet, gdy śniadanie trzeba jeść o pierwszej nad ranem sprawia, że nadchodzący dzień widzi się w odcieniach pudrowego różu.

Domowe granole przygotowała też dzisiaj Chantel.

Granola z migdałami, suszoną miechunką i wiśniami


Składniki:
(na 2 l słoik)
  • 400 g drobnych płatków owsianych
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1/2 łyżeczki kardamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 100 g migdałów w skórkach
  • 100 g ziaren słonecznika
  • 75 g ziaren sezamu
  • 150 ml soku jabłkowego
  • 85 ml syropu klonowego
  • 50 ml oleju
  • 60 g suszonej miechunki
  • 75 g suszonych wiśni
Płatki wymieszać z cynamonem, kardamonem i solą. Dodać grubo posiekane migdały, słonecznik i sezam. Wymieszać.
Sok jabłkowy, syrop klonowy i olej połączyć. Wlać do suchych składników, wymieszać.
Granolę rozłożyć równomiernie na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Przemieszać.

Piec kolejne 15 minut w 160 st. C.
Wymieszać.

Dopiekać jeszcze 10-15 minut w 160 st. C.
Ostudzić.

Wymieszać granolę z owocami.
Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku.

Smacznego!

Czy zdajecie sobie sprawę, że już za chwilę będziemy mieć Halloween...? 
Ależ ten czas pędzi...

piątek, 7 października 2016

Dwupiętrowy tort na chrzciny dla dziewczynki

Przyznam się Wam dzisiaj do czegoś - nie wychodziłam na dwór przez całe cztery dni! Nie, nie rozchorowałam się nagle; po prostu internat i szkoła znajdują się w jednym budynku, a ja wczoraj miałam egzamin, do którego musiałam się uczyć. Z pokoju wychodziłam więc na obiad o siedemnastej, a później mniej więcej co godzinę dreptałam na stołówkę po kolejną gorącą herbatkę. Poza tym siedziałam z nosem w notatkach i kserach, skupiając całą moją uwagę na chemicznym składzie czekolady (którego na teście, oczywiście, nie było), jajek i mąki, koagulacjach, sterylizacjach, temperaturach przechowywania i użytkowania, i tak dalej... 
Kiedy więc po egzaminie wróciłam do pokoju, odczułam nagłą i gwałtowną potrzebę wyjścia na zewnątrz i dotlenienia organizmu. Ubrałam się więc ciepło, bo za oknem szaro i pochmurno, i wybrałam się na spacer. Jakieś było moje zdziwienie, gdy odkryłam, jak bardzo jest zimno! Jeszcze w niedzielę wieczorem, gdy przyjechałam na miejsce, było owszem, chłodno, ale do zniesienia. A wczoraj? Lodowaty wiatr sprawił, że zaczęłam żałować, że nie mam ze sobą czapki! Jak tylko wrócę do domu, wykopię mój cieplejszy płaszcz (jeszcze nie zimowy; nie popadajmy w panikę), wyjmę też na wierzch wszystkie ciepłe swetry i puchate skarpetki.
Witaj jesieni!

Ciasto, które Wam dzisiaj pokażę, przygotowałam parę miesięcy temu; na chrzest małej Astrid. Były już muffinki, teraz kolej na głównego bohatera.
Musze przyznać, że było to dla mnie spore wyzwanie. Pierwszy dwupiętrowy tort, który przygotowałam w domu, bez stołu do wałkowania marcepanu i wielkiego blatu do pracy, które zdecydowanie ułatwiają pracę w cukierni. Jednak byłam zdeterminowana i pełna optymizmu - i udało się!

Tort składa się z dwóch osobnych części - góra jest lekka i rześka, mocno cytrynowa z dodatkiem kremu malinowego; dół to kwintesencja czekoladowości z orzeźwiającą nutą malinową. Oba torty obłożyłam kremem maślanym (porcja z przepisu jest nieco większa, niż potrzeba, ale zawsze lepiej mieć zapas przy tego typu projektach) i marcepanem. Dekoracje też przygotowałam z marcepanu, więc falbanki troszkę mi oklapły... Jednak marcepan smakuje o wiele lepiej niż masa cukrowa, Duńczycy naprawdę go lubią, więc postanowiłam użyć właśnie jego.
Jeśli nie planujecie tak dużego ciasta, przyjrzyjcie się obu tortom z osobna - te połączenia smaków naprawdę działają!

Dwupiętrowy tort na chrzciny


Składniki:
(na tortownice o średnicy 18 cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 120 g cukru
  • 30 g mąki ziemniaczanej
  • 30 g mąki pszennej
  • skórka otarta z 1 cytryny
krem cytrynowy:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 g lemon curd
  • 50 g cukru pudru
  • 1 listek żelatyny
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym wbić żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąki przesiać, wymieszać ze skórką z cytryny, partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Lemon curd podgrzać, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Przestudzić.
Kremówkę ubić z cukrem pudrem. Dodać letni lemon curd, dokładnie wymieszać.

Biszkopt przeciąć w poziomie na 3 części.
Na płaskim talerzu ułożyć spód, zapiąć obręcz tortownicy. Wyłożyć krem cytrynowy, przykryć drugim blatem ciasta i schłodzić w lodówce.

(na tortownicę o średnicy 26 cm)

biszkopt:
  • 7 jajek
  • 265 g cukru
  • 45 g mąki ziemniaczanej
  • 130 g mąki pszennej
  • 45 g kakao
krem czekoladowy:
  • 375 ml śmietany kremówki (38%)
  • 135 g ciemnej czekolady (57%)
  • 25 g cukru pudru
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym dodać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąki przesiać z kakao, partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 60-70 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Biszkopt przeciąć w poziomie na 3 części.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej lub w mikrofalówce. 
Kremówkę ubić z cukrem pudrem. Dodać letnią czekoladę, wymieszać na gładki krem.

Na paterze ułożyć spód biszkoptu, wyłożyć krem czekoladowy. Przykryć kolejnym blatem, schłodzić w lodówce.

(na dwupiętrowy tort)

krem malinowy:
  • 225 g malin (świeżych lub mrożonych)
  • 100 g cukru
  • 3 listki żelatyny
  • 500 ml śmietany kremówki (38%)
krem maślany:
  • 2 białko
  • 130 g cukru
  • 170 g miękkiego masła
  • 150 g malin (świeżych lub mrożonych)
dodatkowo:
  • 1 kg marcepanu
  • różowy, brązowy i czarny barwnik spożywczy w paście
  • różowe cukrowe perełki
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Maliny z cukrem zagotować, przetrzeć przez sitko. Dodać odciśniętą żelatynę, przestudzić.
Kremówkę ubić na sztywno. Do śmietany dodać maliny, delikatnie wymieszać.

1/3 kremu malinowego wyłożyć na biszkopt cytrynowy, przykryć ostatnim blatem i schłodzić ciasto w lodówce, najlepiej przez całą noc.
2/3 kremu malinowego wyłożyć na biszkopt kakaowy, przykryć ostatnim blatem i chłodzić ciasto w lodówce, najlepiej przez całą noc.

Przygotować krem maślany:
Białka i cukier podgrzewać w kąpieli wodnej, cały czas mieszając, aż cukier całkowicie się rozpuści. Przelać do większej miski, ubijać, aż beza całkowicie wystygnie - około 10 minut. Dodawać po małym kawałeczku masła, miksując na najniższych  obrotach. Krem się zważy, a następnie przybierze pożądaną konsystencję.

Maliny zagotować, a następnie przetrzeć przez sitko. Ostudzić.
Malinowe puree partiami dodawać do kremu, mieszając łyżką.

Oba torty posmarować kremem maślanym, wygładzając krawędzie. Schłodzić, a następnie obłożyć białym marcepanem. 
Część marcepanu zabarwić na brązowo i czarno, ulepić misia.
Kolejną część marcepanu zabarwić na różne odcienie różowego. Udekorować tort.

Smacznego!


Przygotowanie całości zajęło mi trzy dni: pierwszego pieczenie biszkoptów, drugiego przygotowanie kremów i złożenie obu części, trzeciego krem maślany i dekoracja. Za ten ostatni etap zabrałam się wieczorem po pracy, a skończyłam... O piątej nad ranem! A już o ósmej trzeba było wstać, żeby dostarczyć ciasto na czas. Byłam ledwo żywa, ale było warto. Miny i pochwały gości zrekompensowały mi zmęczenie z nawiązką.

środa, 5 października 2016

O cieple domowego ogniska. I cynamonowe ciasto ze śliwkami

Gdy zdecydowaliśmy się z C. na kupno domu, przeglądając ogłoszenia szybko stwierdziliśmy, że musimy ustalić jakieś kryteria. Ogłoszeń bowiem jest cała masa; większość zupełnie nas nie interesowała, nie było więc sensu tracić na nie czasu. Tym sposobem stworzyliśmy dość długą listę naszych wymagań; niektóre z domów, które zdecydowaliśmy się obejrzeć, nie spełniały ich wszystkich, ale miały w sobie coś czarującego, co sprawiało, że i tak mieliśmy ochotę zapoznać się z nimi bliżej. Jeden miał cudowne półokrągłe okna, ale okazał się niesamowicie brudny i za mały, a jedna łazienka po prostu nie ma racji bytu. Kolejny był piękny, z drzwiami i ramami okiennymi z ciemnego drewna, rustykalny i przytulny. Jednak znów tylko jedna łazienka i schody na piętro, które mogłyby konkurować z niejedną drabiną. Mogłabym tak wymieniać długo, bo całkiem sporo wycieczek w celu oglądania domów odbyliśmy. 
Skupmy się jednak na naszej liście: dwie łazienki, w tym jedna z wanną lub możliwością jej wstawienia; duża, jasna kuchnia, koniecznie z miejscem na stół; duży, a jednocześnie przytulny salon, obowiązkowo z kominkiem. Dom, który po miesiącach dylematów w końcu kupiliśmy ma to wszystko. A nawet więcej. Jednak to kominek był tym, co intrygowało mnie najmocniej.

Wychowałam się w bloku, nigdy kominka nie miałam. 
Przeprowadzaliśmy się w czerwcu; upały moje myśli od kominka skutecznie odsunęły. Gdy jednak w ostatni wrześniowy weekend pogoda nagle się zepsuła, deszcz nie pozwalał na dłuższy spacer z Ptysią, a wiatr szumiał wśród ostatnich liści na naszej jabłonce, namówiłam C. na rozpalenie w kominku. Tak naprawdę określenie namówiłam nie oddaje w pełni zaistniałej sytuacji; ja tylko wspomniałam, że mógłby to być całkiem niezły pomysł, a C. już biegł do szopki po drewno. Tym sposobem popołudnie spędziliśmy na sofie, opatuleni kocykami, z kubkami gorącej herbaty w zasięgu rąk, wpatrując się w wesoło trzaskający w kominku ogień. Gratulowałam nam obojgu gorąco nieustępliwości w szukaniu domu idealnego; kominek bowiem zapewnia zupełnie inny rodzaj ciepła niż kaloryfery. To ciepło, które rozgrzewa duszę. Nie można go porównać z niczym innym; no może z ciepłem piekarnika, gdy w środku piecze się cynamonowe ciasto ze śliwkami...

Sezon na śliwki trwa w najlepsze, ten na figi powoli się kończy. W międzyczasie zobaczyłam u Komarki przepis na bajecznie proste i niesamowicie kuszące ciasto z letnimi owocami. Przerobiłam go więc po swojemu, dodałam nieco cynamonu, żeby nabrało bardziej jesiennego charakteru, a na wierzchu ułożyłam fioletowe dary jesieni. Pachniało tak, że nie mogłam się doczekać, żeby wreszcie je pokroić. Okazuje się, że połączenie cytryny z cynamonem jest zaskakująco trafione - mimo, że pozornie do siebie nie pasują, uzupełniają się w nieopisywalny sposób. Do tego soczyste owoce, i uwierzcie - nie można się od tego ciasta oderwać.
Po prostu musicie tego spróbować!

Cytrynowo-cynamonowe ciasto ze śliwkami i figami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 19 cm)
  • 200 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 2 jajka
  • 150 g cukru
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 200 g creme fraiche (18%)

dodatkowo:
  • 3 świeże figi
  • 3 śliwki

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać z cynamonem.
Jajka ubić z cukrem i sokiem z cytryny na puszystą, jasną masę. Dodać śmietanę, a następnie partiami dodawać mąkę.
Masę przełożyć do wysmarowanej masłem tortownicy. Na wierzchu ułożyć przekrojone na pół figi i śliwki bez pestek.

Piec w 180 st. C. przez 45-60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić w formie.

Smacznego!


Nie wiem, jak to się dzieje, że niektóre przepisy, choć kuszą mnie ogromnie, czekają całymi latami na wypróbowanie. Inne po prostu rozgaszczają się w mojej kuchni natychmiastowo, robią się wręcz same. Tak było z tym ciastem - kilka minut roboty, a efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.
Spróbujecie...?

poniedziałek, 3 października 2016

O zasadzie ograniczonego zaufania. I muffiny z porzeczkami

Każdy, kto przeszedł przez trudy kursu i egzaminów (tak; z premedytacją użyłam tutaj liczby mnogiej, gdyż znajomych szczęśliwców, którym udało się poprzestać na jednym, mogę wyliczyć na palcach jednej ręki; a i tak kilka zostanie) na prawo jazdy wie, czym jest zasada ograniczonego zaufania. W skrócie chodzi o to, że nie wolno tak do końca ufać innym kierowcom. Skoro jeżdżą, to znaczy, że skończyli kurs, zdali egzamin i jako tako przepisy znają, jednak czasem zdarza im się zapomnieć. Albo nie chcieć pamiętać. Lepiej więc rozejrzeć się trzy razy za dużo, niż raz za mało, że pozwolę sobie sparafrazować Babcię. 

Jako aktywny uczestnik ruchy drogowego, stosuję tę zasadę nie tylko do innych kierowców, ale też do własnego auta. Tak to już jest, że jak się jeździ bardzo porządnym i statecznym wiekowo samochodem, trzeba się liczyć z niespodziankami. A to się ni z tego ni z owego zatrzyma na środku drogi (pół biedy, jeśli w końcu uda się go namówić do dalszej jazdy), a to przestanie reagować na wciskany do deski pedał gazu, informując o swoim niezadowoleniu gęstymi kłębami białego dymu, wydobywającymi się z rury wydechowej. I choć swoje autko uwielbiam, personifikuję i nie zamieniłabym na żadne inne, to czasem przyprawia mnie o ból głowy. Gdy w końcu odmówiło współpracy na dobre, zostało odholowane do mechanika z informacją, że ma tydzień na załatwienie sprawy. Jakież było moje zdziwienie, gdy wczoraj w drodze do szkoły samochód przyspieszał niczym rodowodowy rajdowiec, nie krztusił się, nie prychał i w ogóle jechał jak marzenie! Cudotwórca, nie mechanik!
Oczywiście, zgodnie z wyżej wspomnianą zasadą, przy każdym rondzie, gdzie lubił się zatrzymywać, wstrzymywałam oddech. Na autostradzie mimowolnie zaciskałam dłonie na kierownicy podczas wyprzedzania, a gdy nagle zaczął dziwnie podskakiwać, prawie zawału dostałam. Na szczęście to tylko nierówności na drodze... 
Jednym słowem, autko ma się dobrze, jak chyba nigdy wcześniej. Odetchnęłam z ulgą i z nieukrywaną radością zanotowałam fakt, że prowadzenie samochodu znów sprawia mi przyjemność. Taką prostą, zwyczajną; bez tej nutki niepewności w tle. 
Nudno...? Absolutnie nie!

Zresztą, znając życie, kolejne niespodzianki już czekają za zakrętem...

Dzisiaj mam dla Was kolejne muffinki. Bardzo proste (jak każde muffinki), cudownie wilgotne dzięki dodatkowi maślanki. Intensywnie waniliowe z wyraźnym, charakterystycznym smakiem czarnej porzeczki.
Można na tym oczywiście poprzestać. Ja moje udekorowałam marcepanowymi serduszkami, bo były jednym z elementów słodkiego stołu na chrzciny malutkiej Astrid. Dzięki tej prostej dekoracji prezentują się naprawdę uroczo.

Muffiny z czarnymi porzeczkami i marcepanem


Składniki:
(na 24 sztuki)
  • 500 g mąki pszennej
  • 200 g cukru
  • 4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 4 jajka
  • 500 ml maślanki
  • 150 ml oleju
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 250 g czarnych porzeczek

dodatkowo:
  • 100 g marcepanu (do obkładania tortów)
  • różowy barwnik spożywczy w żelu

Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z cukrem.
Jajka roztrzepać, dodać maślankę, olej i ekstrakt. Połączyć.
Mokre składniki dodać do suchych, wymieszać tylko do połączenia. 
Na końcu dodać porzeczki, delikatnie wymieszać łyżką.

Masę przełożyć do formy na muffiny wyłożonej papilotkami.

Pic w 180 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić.

Część marcepanu zafarbować na różowo. Zagnieść razem białą i różową część, oby powstał marmurkowy wzór. Wycinać serduszka, układać na ostudzonych muffinach.

Smacznego!

Zdjęcie, oczywiście, robione na szybko tuż przed wyjściem z domu. Nie dajcie się mu zwieść - muffinki naprawdę są przepyszne!