wtorek, 31 maja 2016

Romantyzmu niedosyt i bazyliowy sernik. Z truskawkami

W pracy słucham radia. Czy raczej może słyszę je - gdzieś w tle. (Znów ten problem; jak po polsku wyrazić różnicę między hear a listen?) Nie z własnej woli; po prostu zawsze ktoś wciśnie ten guzik; i czas jakoś przyjemniej płynie. Od czasu do czasu znów ktoś podejdzie i podkręci głos tak, że niemal nie słychać własnych myśli. Ten będzie nucił pod nosem, tamten śpiewał na całe gardło; na szczęście tylko refren, bo reszty nie zna.
Od czasu do czasu jednak skupiam się na muzyce (na ile to oczywiście możliwe). I tak w ucho wpadł mi stary (w końcu starszy ode mnie!) utwór The Police Every breath You take. Przytupywałam sobie do rytmu, aż nagle uderzyła mnie pewna myśl. Gdy utwór ten miał swoją premierę (a było to w roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym trzecim), i później, w latach dziewięćdziesiątych, uchodził za piosenkę niezwykle romantyczną. Zakochany po uszy facet obserwuje każdy krok i oddech ukochanej. Która z nas by takiego nie chciała...?

Dzisiaj zostałby uznany za najzwyklejszego w świecie stalkera, a śledzona dziewczyna bez problemu dostałaby sądowy zakaz zbliżania się. 

Ot, dwudziesty pierwszy wiek. Całkowicie obdarty z romantyzmu.

Dzisiaj mam dla Was niby zwykłe ciasto, ale jednak zupełnie wyjątkowe.
Ot, sernik z truskawkami.
Choć już właściwie to powinno wystarczyć, aby wiele osób dostało niepowstrzymanego ślinotoku.
Kiedy jednak dodam, że masa serowa ma niepowtarzalny, bazyliowo-limonkowy smak... Część z Was wpadnie w zachwyt; reszta popuka się w czoła. Bazylia? W serniku? Kto to słyszał...?
A ja mówię Wam, że połączenie bazylii z truskawkami jest wyśmienite - czy to na słodko, czy na wytrawnie. Że serniki są pyszne, nie muszę chyba nikogo przekonywać... Ten miks był wygrany od samego początku.
Sernik jest bardzo delikatny, lekki i kremowy, o subtelnym bazyliowym smaku, przełamanym wyrazistą limonką. Do tego soczyste truskawki - i już.
Mi nic więcej do szczęścia nie potrzeba, a Wam...?

Inną wersję sernika z truskawkami znajdziecie dzisiaj również u Mirabelki.

Sernik bazyliowy z truskawkami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 100 g ciastek digestive
  • 30 g masła
masa serowa:
  • 500 g ricotty
  • 100 g cukru
  • skórka otarta z 1 limonki
  • sok z 1 limonki
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 pęczek bazylii
  • 2 jajka
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • zielony barwnik spożywczy w żelu
dodatkowo:
  • 200 g truskawek
Listki bazylii porwać, wrzucić do garnuszka, zalać kremówką. Zagotować, odstawić do ostygnięcia pod przykryciem. Odcedzić.

Masło rozpuścić, przestudzić.
Ciastka drobno rozgnieść, wymieszać z masłem. Mieszankę ugnieść na dnie tortownicy wyłożonym papierem do pieczenia.

Podpiec w 180 st. C. przez 12 minut.
Ostudzić.
Ricottę, cukier, skórkę i sok z limonki, kremówkę, jajka i mąkę zmiksować na gładką masę. Ewentualnie dodać barwnik, połączyć.

Masę serową wylać na podpieczony spód. Na wierzchu ułożyć przekrojone na pół, pozbawione szypułek truskawki.

Formę wstawić do piekarnika razem z naczyniem wypełnionym wodą.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 120 st. C. i piec kolejne 50 minut.
Ostudzić  piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Smacznego!

Koloru, niestety, bazylia nie oddała, więc wspomogłam się barwnikiem spożywczym. Oczywiście, można go pominąć - wtedy smak sernika będzie jeszcze większym zaskoczeniem.

poniedziałek, 30 maja 2016

Z okazji narodzin - ciasteczka

Tydzień temu pojechaliśmy oglądać małą Astrid, najnowszego członka rodziny. Miała zaledwie pięć dni, i sprawiła, że moje serce niemal się rozpuściło. Szeroko otwarte oczka, patrzące niby z wielką uwagą, stópki z niesamowicie długimi palcami; malutkie, ale w stosunku do równie małego ciałka, całkiem słusznych rozmiarów. Lekko rudawe włoski i najrozkoszniejszy uśmiech, jaki w życiu widziałam. Nie mogłam się na nią napatrzeć; te słodkie minki i rączki, uporczywie zaciskające się w piąstki; sama rozkosz. 
Małe dzieci są cudowne!

Bardziej dla jej rodziców, niż dla niej samej, przygotowałam ciasteczka. Niby takie zwykłe, kruche, ale jednak zupełnie wyjątkowe za sprawą dekoracji z lukru królewskiego. I owszem - to zabawa na długie, wieczorne godziny (niepolecana, gdy następnego dnia trzeba wstać o czwartej nad ranem), ale warto było poświęcić ten czas dla zachwyconych min siostry C. i jej rodziców. 
Napisy na ciasteczkach, które poza imieniem sprawcy całego zamieszania, informowały również o dniu i godzinie narodzin, długości, wadze i wszelkich innych szczegółach, wykonałam białą czekoladą. Dostałam z pracy garstkę czekolady, której nie trzeba temperować, ale jeśli takiej nie macie, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zatemperować kilka kostek zwykłej.

A jeśli w rodzinie nie zanosi się na żadne powiększanie, zawsze można poczekać na Walentynki, i upiec takie cudeńka dla ukochanej/ukochanego. Efekt murowany!

Ciasteczka cytrynowe z lukrem królewskim


Składniki:
(na 40-50 sztuk)
  • 100 g cukru pudru
  • 350 g mąki pszennej
  • 180 g zimnego masła
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • skórka otarta z 2 cytryn

lukier królewski:
  • 60 g białek
  • 300 g cukru pudru
  • czerwony lub różowy barwnik spożywczy w paście
  • odrobina wody

Cukier puder i mąkę przesiać, dodać skórkę z cytryny, wymieszać. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Dodać jajko i żółtko, zagnieść gładkie ciasto.
Uformować z ciasta kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Ciasto rozwałkować na grubość 3 mm, wycinać foremkami koła i serca. Ciastka układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachwując odstępy.

Piec w 180 st. C. przez 10-15 minut.
Ostudzić na kratce.

Cukier puder i białka utrzeć na gładki, gęsty lukier. Nie ubijać.
Podzielić na 3 części, do 2 dodać barwnik tak, aby uzyskać 2 znaczącą się różniące odcienie różu. 
Przełożyć część lukru do trzech woreczków cukierniczych, odciąć końcówki tak, aby powstał małe dziurki i wycinąć lukier na brzegach, formując kant. 
Do pozostałego lukru dodać odrobinę wody, aby był nieco lejący. Wypełniać lukrem środki.
Ewentulanie na mokrym lukrze robić kropeczki lukrem innego koloru, przecignąć po nich wykałaczką, aby powstały serduszka.
Odstawić do zastygnięcia.

Smacznego!

Zostałam też poproszona o przygotowanie tortu na chrzciny, może jakichś ciasteczek i babeczek...
Będzie się działo!
Ale to już w mojej nowej kuchni.

czwartek, 26 maja 2016

Tort różano-truskawkowy dla Mamy

Spacerując dzisiaj z Ptysią, uzbierałam wyjątkowy uroczy bukiet. Kilka bzowych odcieni: od bieli, poprzez coraz intensywniejsze fiolety, aż do tego głębokiego, który zawsze wprawia mnie w zachwyt; a do tego białe i różowe kwiatki z drzew, których nazw nie znam. Po powrocie do domu wstawiłam kwiaty do plastikowego, fioletowego kubka; wszystkie wazony bowiem leżą już bezpiecznie zapakowane w kartonach. Przyłożył do tego nie tylko jedną, ale obie ręce C. we własnej osobie; nie ma więc najmniejszej szansy, żeby udało mi się cokolwiek znaleźć. 
Niemniej, patrząc na ten polny, prosty bukiecik pomyślałam, że taki właśnie kubek całkiem do niego pasuje.

Myślę, że mojej Mamie też by się taki bukiecik spodobał. Nie wiem dlaczego, ale zaczęłam rozmyślać o wiankach, które dla mnie plotła, gdy jeszcze nie potrafiłam zrobić ich sama. Wydaje mi się, że wszystkie były z chabrów, ale oczywiście, mogę się mylić. Może to tylko zawodna pamięć płata mi figle... 
W każdym razie doskonale pamiętam te chabrowe wianki, które z dziecięcą radością i dumą nosiłam. Nie musiałam się ich nawet zbytnio domagać; wystarczyło, że nazbierałam trochę kwiatków, a zręczne palce Mamy robiły z nich cuda. 

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Mamy, Mamo.

Oczywiście, taki dzień nie mógłby się obyć bez tortu. Albo chociaż jakiegoś porządnego ciasta z kremem. Ja pomysł znalazłam w Indulgent cakes wydawnictwa The Australian women's weekly - książce, która za każdym razem, gdy po nią sięgam, wywołuje u mnie niepowstrzymany ślinotok. Absolutnie cudowne zdjęcia i niesamowicie kuszące receptury - oto, czego oczekuję od książki kucharskiej. Ta spełnia wszystkie moje wymagania; z nawiązką
Nie bez trudu w końcu wybrałam odpowiedni wypiek. Idealne ciasto na sezon truskawkowy, pełne jest bowiem tych pysznych owoców. Do tego wyraźna, ale nie dominująca nuta różana, przewijająca się niczym refren w cieście i frużelinie. 
To taki kobiecy, delikatny tort. Romantyczny trochę nawet.
Myślę, że wprawiłby w błogostan niejedną mamę.

Torcik różany z truskawkami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)
  • 200 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 6 jajek
  • 150 g cukru
  • 2 łyżeczki wody różanej
  • 80 g masła
frużelina:
  • 375 g truskawek
  • 75 g cukru
  • 1,5 łyżki wody różanej
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżka zimnej wody
  • 1 listek żelatyny
krem:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru
  • kilka świeżych truskawek
  • suszone pączki róży
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać. 
Masło rozpuścić i przestudzić.
4 jajka utrzeć ze 100 g cukru. Wlać 2/3 wody różanej, zmiksować. Pariami dodawać 2/3 mąki, miksując na najniższych obrotach miksera. Na końcu wlać powoli 2/3 masła, połączyć.

Dna 2 foremek wyłożyć papierem do pieczenia, boki posmarować masłem. Równomiernie rozłożyć masę do foremek.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut, do suchego patyczka.

Ciasta przestudzić przez 10 minut w foramch, następnie wyłożyć do góry spodem na lekko posmarowany masłem papier do pieczenia.

Jedną z form umyć, osuszyć, ponownie przygotować do pieczenia.

Z pozostałych składników przygotować ostatnią porcję ciasta, przelać do formy, upiec.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Truskawki pozbawić szypułek, pokroić na ćwiartki. Włożyć do rondelka z cukrem i wodą różaną, gotować przez 5 minut, aż truskawki puszczą sok, a cukier się rozpuści. Gdy sok zacznie przybierać konsystencję syropu, dodać mąkę rozrobioną w 1 łyżce zimnej wody. Wymieszać, chwilę pogotować, zdjąć z palnika. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać, ostudzić.

Kremówkę ubić z cukrem wniliowym.

Na paterze ułożyć pierwszy blat ciasta. Na nim połowę frużeliny i połowę bitej śmietany. Następnie znów blat ciasta, frużelina i śmietana. Przykryć ostatnim biszkoptem.
Wierzch ciasta oprószyć cukrem pudrem, udekorować truskawkami i pączkami róż.

Smacznego!

A Wy, pleciecie swoim córkom wianki...?

środa, 25 maja 2016

Zapiekane szparagi i rzodkiewkowe historie

Uwielbiam rzodkiewki. Chrupkie i ostre; i ten ich obłędny, intensywnie różowy kolor. Jedyny w swoim rodzaju; niemal przeczący ich jadalności. Rzodkiewkowy. Czy ktoś w ogóle używa tego słowa? Ja zacznę; bardzo mi się spodobało. 
Pamiętam smak rzodkiewek z działki Dziadka, choć ani Dziadka, ani działki już dawno z nami nie ma. Były tak ostre, że jako sześcioletni brzdąc nie byłam w stanie jeść ich samych. Mama chrupała je zapamiętale, a ja domagałam się kawałka chleba. Albo ruszałam w stronę bezpiecznych, soczystych pomidorów.
Dzisiejsze rzodkiewki straciły na wyrazistości; można je jeść pęczkami, nie czując ostrości na języku.
Jaka szkoda...

Pomysł na tę tartę znalazłam w magazynie Spis bedre, nr 5/2016, który tak mi się spodobał, że kupiłam już kilka numerów pod rząd. Apetyczne zdjęcia i ciekawe przepisy, które mam ochotę wypróbować od razu. Wiele z nich przygotowuję, gdy mam trochę czasu; są to jednak z reguły dania obiadowe, które nie mają swojego miejsca na blogu. Tym razem jednak padła propozycja na wspólne przygotowanie zapiekanych szparagów, nie mogłam więc sobie odmówić upieczenia tego niezwykle apetycznie prezentującego się dania.
W gazecie podano przepis na kruchy spód, a w rogu strony umieszczono notatkę z poradą, sugerującą użycie ciasta filo. Skorzystałam z niej skwapliwie, bowiem w zamrażarce zalegało pół opakowania, na które nie miałam pomysłu. Ostatnio jesteśmy na etapie czyszczenia zapasów, więc zużycie niemal zapomnianego produktu idealnie wpasowało się w ten trend. 
Kurczaka można pominąć, jeśli ktoś ma chęć na danie bezmięsne. Jednak jego dodatek powoduje, że tarta sama w sobie jest pełnowartościowym obiadem; ja podałam do niej surówkę z kapusty - pycha! 
Curry nadaje delikatnie bliskowschodniego aromatu, a szparagi, chrupiąca rzodkiewka i świeża rzeżucha sprawiają, że danie staje się cudownie wiosenne. W dodatku wygląda pięknie; jestem pewna, że zachwyciłoby niejednego gościa. Polecam Wam więc bardzo na późnowiosenny obiad lub kolację.

Koniecznie też sprawdźcie, w jaki sposób zapiec szparagi postanowiły Ania, EmiliaMirabelka i Panna Malwinna

Tarta ze szparagami i kurczakiem na cieście filo


Składniki:
(na formę do tarty 35x11 cm)
  • 3 płaty ciasta filo
  • 40 g masła
nadzienie:
  • 350 g piersi z kurczaka
  • 4 cebulki dymki
  • 250 g zielonych szparagów
  • 2 łyżeczki curry w proszku
  • 2 jajka
  • 200 g serka wiejskiego
  • 100 ml mleka
  • sól
  • pieprz
  • 2 łyżki oleju
dodatkowo:
  • 1 pęczek rzodkiewki
  • 1 doniczka rzeżuchy
Piersi kurczaka pokroić w kostkę, dymkę razem ze szczypiorem posiekać. Odłamać zdrewniałe końcówki szparagów, pokroić szparagi na kawałki. 
Na patelni rozgrzać olej, podsmażyć kurczaka, aż będzie niemal gotowy. Dodać curry i smażyć jeszcze 1 minutę. Dodać szparagi i dymkę, smażyć kolejne 2-3 minuty. 
Przestudzić.

Masło rozpuścić. W formie układać płaty ciasta filo, tak żeby nieco wystawały ponad brzegi. Smarować je rozpuszczonym masłem. 

Podpiec w 200 st. C. przez 10-15 minut.

Na ciasto wyłożyć nadzienie z kurczaka. 
Jajka roztrzepać, wymieszać z serkiem i mlekiem. Dodać soli i pieprzu.
Masą jajeczną zalać kurczaka. 

Piec w 200 st. C. przez 25 minut.
Podawać z pokrojonymi w plastry rzodkiewkami i rzeżuchą.

Smacznego!


Przede mną wolny weekend. W dodatku prognozy mamią mnie obietnicami słonecznej soboty.
I jak tu się nie uśmiechać...?

wtorek, 24 maja 2016

Prażona kasza jaglana w granoli. I majowe burze

Pierwsze duńskie lato, jak nazwaliśmy z C. dwa tygodnie pięknej, słonecznej pogody, ustąpiło miejsca majowym burzom. I tak już zachmurzone niebo co jakiś czas złowrogo ciemnieje, a gdzieś w oddali rozbłyskują błyskawice. Po chwili słychać grzmot, który wpędza Ptysię pod kołdrę. Wystawia tylko ten swój wilgotny, czarny nos, dopominając się głaskania. Gdy deszcz zacina w szyby z zapamiętaniem, psa wpycha mi głowę pod pachę; nie wiem, skąd u niej ten wyolbrzymiony strach przed burzą. 
Gdy po kilku minutach katastrofa znów nas omija, grzmoty cichną, a deszcz już tylko kapie jakby od niechcenia, Ptysia wychodzi spod kołdry i radośnie macha ogonem, jakby właśnie dostałą szansę na nowe życie.
Czy tak wielka radość jest warta strachu przed? Nawet, jeśli zagrożenie jest tylko wyobrażone...?

Dzisiaj mam dla Was granolę - kolejną. Nie mogę się im oprzeć - przygotowanie nie trwa długo, a ten smak... O niebo lepszy od kupnych! Poza tym takich smaków i składników w żadnej mieszance ze sklepu nie znajdziecie.

Przepis z bloga Cooking for Emily zainspirował mnie do dodania do granoli prażonej kaszy jaglanej. Bardzo mi się ten pomysł spodobał, bo kaszę tą cenię nie tylko za jej zdrowotne właściwości, ale też za smak, który wyjątkowo mi odpowiada. Tutaj, nie ugotowana, a więc cudownie chrupiąca, smakuje wybornie. Do tego migdały, lekko kwaśne wiśnie i słodziutka biała czekolada (którą możecie pominąć, jeśli zależy Wam na uniknięciu dodatkowych kalorii). Całość komponuje się znakomicie i jest pysznym śniadaniem z odrobiną mleka lub jogurtu; nawet o czwartej nad ranem.

Granola z wiśniami, białą czekoladą i prażoną kaszą jaglaną


Składniki:
(na 2 l)
  • 125 g kaszy jaglanej
  • 125 ml wrzątku
  • 300 g płatków owsianych
  • 85 g słupków migdałowych
  • 150 g miodu
  • 2 łyżki oleju
  • 100 g suszonych wiśni
  • 100 g białej czekolady

Kaszę zalać wrzątkiem, odstawić pod przykryciem na 30 minut. Po tym czasie przepłukać zimną wodą, odcedzić. Rozłożyć na papierowych ręcznikach do osuszenia.

Płatki wymieszać z kaszą i migdałami.
Miód podgrzać z olejem. Gdy się połączą, wlać do płatków i dokładnie wymieszać. Masę rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 170 st. C. przez 25 minut, kilka razy w czasie pieczenia mieszając.

Przestudzić. Dodać posiekaną czekoladą i wiśnie, wymieszać. 
Odstawić do całkowitego ostudzenia.

Przechowywać w szczelnym słoju.

Smacznego!


Ja tymczasem, choć godzina wydaje się być dziwnie wczesna, poważnie myślę o udaniu się na spoczynek. Ilość przepracowanych godzin w ostatnim tygodniu nie tylko mnie przygnębia, ale wręcz przeraża. 
Staję się pracoholikiem!

piątek, 20 maja 2016

Na niepogodę: brownie z malinami i zielonym pieprzem

Razem z Ptysią, spacerując, odwiedzamy nasze sekretne miejsca. Poziomki już kwitną, bez powoli zaczyna otumaniać zapachem (na razie tylko lilak, czarny ciągle jeszcze śpi), za to jeżyny póki co tylko straszą kolcami. Oj, już się na nie nie załapiemy...
Padła bowiem w końcu ostateczna data: osiemnastego czerwca dostaniemy klucze do naszego nowego domu. Trzeba więc wszystko dobrze zaplanować; szczęściarz C. dostał całe dwa tygodnie urlopu, ja musiałam się zadowolić raptem kilkoma wolnymi dniami. A tu sprzątanie, malowanie, przenoszenie, pakowanie... Mnóstwo tego! A z połowy pewnie nawet nie zdaję sobie jeszcze sprawy... Wiem póki co, że na moje piękne, nowe meble przyjdzie mi czekać niemal tydzień; ale nie szkodzi. Przynajmniej będę miała czas, żeby w miarę zreorganizować całą resztę. Niektóre czynności nieco mnie przerażają, inne frapują, ale większość cieszy i ekscytuje.
A fakt, że w moim własnym ogrodzie rośnie czarny bez, doprowadza mnie na skraj kulinarnej ekstazy.

Pogoda się popsuła. Znów jest chłodno, pochmurno i wietrznie. Zamiast więc lekkich serników na zimno i delikatnych ciast pełnych rabarbaru, sięgnęłam po przepis na brownie, który kusił mnie od dawna.
Przepis znalazłam na blogu Słodka magia od kuchni, i od razu zaintrygował mnie niecodziennym składnikiem: zielonym pieprzem. Jako wielka amatorka udziwnień wszelakich, nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Trochę czasu zajęło mi upieczenie ciasta, ale... Lepiej późno niż później.

Brownie wychodzi boskie! Ale nie ma się co dziwić; w końcu to niemal sama czekolada z jajkami. Ciężkie, klejące i intensywne, zadowoli każdego czekoholika. Do tego soczyste, słodko-kwaśne maliny, orzeźwiająca nuta limonki i pieprz, pozostawiający przyjemny, ostry smak na języku.
Zielony pieprz jest dużo łagodniejszy niż czarny; naprawdę świetnie tutaj pasuje. Jeśli jednak boicie się lub nie lubicie takich połączeń, śmiało możecie z niego zrezygnować. To brownie i tak zwali Was z nóg!

Brownie z malinami i zielonym pieprzem


Składniki:
(na formę 20x20 cm)
  • 230 g ciemnej czekolady (72%)
  • 165 g masła
  • 3 jajka
  • 2 żółtka
  • 100 g cukru
  • 1 łyżka kakao
  • 2 łyżki mąki pszennej
  • skórka otarta z 2 limonek

dodatkowo:
  • 220 g malin
  • 1/2 łyżki zielonego pieprzu

Czekoladę posiekać, masło pokroić w kostkę. Rozpuścić, przestudzić.
Jajka i żółtka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać przestudzoną czekoladę z masłem, miksując na najniższych obrotach miksera. Dodać przesiane mąkę i kakao oraz skórkę z limonki, wymieszać.
Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu poukładać maliny, posypać całymi ziarenkami zielonego pieprzu.

Piec w 175 st. C. przez 25 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Z pozostałych białek postanowiłam przygotować różowiutkie makaroniki. Oczywiście - nie wyszły. Nie winię za to mojego braku umiejętności, ogólnego niechciejstwa, jakie mnie przed pieczeniem dopadło, czy niedokładności przy ubijaniu bezy. Wysoka wilgotność powietrza i zepsuty termometr nadadzą się do tego przecież równie dobrze.

czwartek, 19 maja 2016

Nowy członek rodziny. I sernik kawowo-bananowy

Uwielbiam dzieci. Myślę, że całkiem nieźle sprawdziłabym się w roli przedszkolanki, gdyby nie fakt, że każde zadrapanie czy choćby najmniejszy siniak malucha znajdującego się pod moją opieką, przyprawia mnie o palpitację serca. A brutalna prawda jest taka, że pewnych wypadków nie da się uniknąć. Dzieci, bawiąc się, upadają, uderzają, przewracają siebie i to, co nieopatrznie stanie na ich drodze. Nie wiem, czy o własne dzieci człowiek boi się mniej, czy może jeszcze bardziej; o cudze drżę niczym ostatni liść na drzewie w listopadowy poranek.

Moja ulubienicą jest córeczka Karoliny. Prawdopodobnie dlatego, że zdarzało mi się jej pilnować już kiedy miała zaledwie kilka miesięcy; obserwowałam jej rozwój z zapartym tchem przez trzy lata. Teraz tęsknię za nimi obiema; mam nadzieję, że nasza przyjaźń przetrwa próbę odległości.

Tymczasem na rodzinnym podwórku C. w środę miało miejsce wielkie wydarzenie - narodziny córeczki siostry C. Jej rodzice zdecydowali, że nie chcą znać płci dziecka przed narodzinami; ja w głębi serca trzymałam kciuki właśnie za dziewczynkę. W najbliższej rodzinie jest już dwóch rozkosznych chłopców, ale sami przyznajcie - nie ma to jak lalki i puzzle z Elsą albo księżniczkami. Już się nie mogę doczekać, kiedy poznam małą Astrid; tak, tak, właśnie na cześć Astrid Lindgren, matki Pippi i wszystkich dzieci z Bullerbyn.
Przeraża mnie nieco tylko fakt, że pewnie nigdy nie nauczę się wymawiać jej imienia z nienagannym duńskim akcentem...

Nie tylko na świętowanie narodzin, mam dla Was pyszny sernik. Może nie tak zupełnie letni, ale C. kupił banany, na które jakoś nikt nie miał ochoty (niech żyją truskawki!). Leżały więc sobie te żółte półksiężyce, tracąc swoją słoneczną barwę. W końcu stwierdziłam, że ich chwila nadeszła, i przerobiłam je na sernik na zimno - żeby chociaż trochę w letnim klimacie było.
Przepis znalazłam w gazetce Pieczenie jest proste, nr 2/2012, i nieco tylko zmieniłam. Zamiast bananowego syropu, dałam zmiksowane na gładko banany. No i udekorowałam po swojemu.
Sernik wyszedł pyszny; lekki i delikatny, z idealnie wyważonymi i uzupełniającymi się smakami bananów i kawy. Mimo, że bez typowo letnich owoców, świetnie nada się na ciepłe dni.
Spróbujecie...?

Sernik kawowo-bananowy (na zimno)


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 100 g podłużnych biszkoptów
  • 50 g masła
  • 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej (proszek)

masa serowa:
  • 600 g serka kremowego
  • 300 g creme fraiche (18%)
  • 80 g cukru pudru
  • 100 ml mocnej, ostudzonej kawy
  • 4 banany
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 6 listków żelatyny

dodatkowo:
  • kakao
  • chipsy bananowe

Masło rozpuścić, przestudzić.
Biszkopty dokładnie pokruszyć, wymieszać z kawą i masłem. Masę ugnieść na dnie tortownicy, odstawić do lodówki.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Banany zmiksować blenderem na gładko, wymieszać z sokiem z cytryny.
Serek, creme fraiche, cukier puder i kawę zmiksować. Dodać banany, połączyć.
Żelatynę odcisnąć, rozpuścić. Dodać do niej 2-3 łyżki masy serowej, dokładnie wymieszać. Następnie wlać żelatynę do pozostałego kremu, dokładnie zmiksować, żeby nie było grudek.
Przelać masę na schłodzony spód, wstawić na noc do lodówki.

Przed podaniem udekorować kakao i chipsami bananowymi.

Smacznego!

Wczoraj, jakaś taka rozmemłana i niedospana, nie mogłam się zdobyć na nic poza bezrefleksyjnym przeglądaniem przepisów i długim spacerem z Ptysią, gdy wieczorny wiatr stał się cieplejszy i przyjemniejszy. Dzisiaj, mam nadzieję, po niemal pełnych ośmiu godzinach krzepiącego snu, pełna energii i ochoty na eksperymenty wszelakie, zrobię coś chociaż odrobinę pożytecznego.