wtorek, 17 maja 2016

Rabarbar i truskawki. Biszkopt. Rolada

Dwa pełne tygodnie pogody absolutnie idealnej skończyły się wraz z nadejściem mojego wolnego weekendu. Już nawet nie narzekam ani nie wzdycham z rozczarowaniem; tak jest zawsze. Albo prawie zawsze; ale że natura ludzka kieruje moją chęcią w dostrzeganiu w życiu wszelkich fatalnych zbiegów okoliczności raczej niż tych niespodziewanie pomyślnych uznajmy, że jednak zawsze.
Zamiast więc spacerować w cieniu rozłożystych drzew tuż nad brzegiem rzeki, wylegiwać się na plaży tudzież zanurzyć się w gąszczu naszego lokalnego lasku, siedzieliśmy w domu, piliśmy ciepłą herbatę i nadrabialiśmy serialowe zaległości z ostatnich tygodni, gdy zupełnie nie mieliśmy na to czasu. Och, nie powiem! Było bardzo miło i przytulnie, na kanapie, pod kocem...

W kuchni natomiast wiosna rozgościła się na dobre, od czasu do czasu kierując nawet moje myśli w kierunku lata, gdy mnogość warzyw i owoców będzie przyprawiała o zawrót głowy. Póki co jednak skupiam się na sezonowych przysmakach, czyli głównie truskawkach i rabarbarze. Choć dzisiaj, przyznam Wam się w tajemnicy, kupiłam - pierwszy raz w życiu! - białe szparagi. Podam je razem z młodymi ziemniaczkami i zamarynowanym w tajemnych składnikach wczoraj przez C. mięsem. Będzie cudowny, wiosenny obiad! I nic mi w tym nie przeszkodzi, nawet ten paskudny deszcz i zimny wiatr, który powrócił z zimową niemal siłą.

Tymczasem już teraz mam dla Was przepis na wiosenną roladę z truskawkami i rabarbarem.
Przy przeglądaniu gazet w oko wpadła mi rolada z malinami. Wyglądała obłędnie! Ja mam w lodówce tylko rabarbar i truskawki... Jednak ochota na zawijanie ciasta biszkoptowego dopadła mnie niczym grom z jasnego nieba; po prostu nie mogłam się powstrzymać. Skarmelizowałam więc rabarbar w ciemnym, aromatycznym cukrze, dodając truskawki pod sam koniec gotowania. Dzięki temu lekko zmiękły, zanurzone w gorącym syropie, zachowały jednak swój świeży smak. Do tego bita śmietana, której nikt nie potrafi się oprzeć. Pachnący krem zawinęłam w mięciutkie ciasto biszkoptowe, na którym lekko podpieczone migdały chrupały zachęcająco. Całość wyszła boska; C. wziął trzy dokładki i tym sposobem całe ciasto zniknęło w dwa dni. Nie można mu się oprzeć; zresztą, po co w ogóle próbować...?
Koniecznie musicie przygotować w tym sezonie!

Kuszące rabarbarowe słodkości znajdziecie dzisiaj również u Mirabelki, Chantel, Mopsika i Zuzi

Rolada z kremem rabarbarowo-truskawkowym


Składniki:
(na blachę z piekarnika)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 100 g cukru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g mąki pszennej
  • 50 g płatków migdałowych
krem:
  • 200 g rabarbaru
  • 50 g ciemnego cukru muscovado
  • 2 łyżki wody
  • 100 g truskawek
  • 2 listki żelatyny
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
dodatkowo:
  • 2 łyżki cukru pudru
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier i cukier waniliowy. Po jednym dodać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąkę przesiać z proszkiem, partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera. 

Ciasto wylać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, wyrównać. Posypać wierzch płatkami migdałowymi.

Piec w 170 st. C. przez 12 minut.
Wyłożyć na ściereczkę oprószoną cukrem pudrem do góry spodem, oderwać papier. Wystudzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Rabarbar pokroić na kawałki, zasypać cukrem i zalać wodą. Gotować przez 5-10 minut, aż rabarbar zmięknie, a część płynu odparuje. Dodać pokrojone na kawałki truskawki, wymieszać, zdjąć z palnika. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia.
Ostudzić. 

Kremówkę ubić na sztywno, partiami dodawać do rabarbaru, delikatnie mieszając.

Krem wyłożyć na biszkoptowy spód, zawinąć roladę wzdłuż dłuższego boku, pomagając sobie ściereczką. Schłodzić w lodówce przez kilka godzin.
Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

Moja rolada wyszła lekko plaskata, ale to dlatego, że rolady przeze mnie przygotowane można policzyć na palcach jednej ręki (wielopalczastego kosmity, ale jednak). Jeśli Wam idzie to sprawniej, będzie idealna, bo biszkopt jest znakomity, idealnie wprost sprężysty. Tylko go nie przepieczcie!

poniedziałek, 16 maja 2016

Truskawka i kiwi. Koktajl

Dwa tygodnie absolutnie idealnego lata. Umarłam i trafiłam do raju; nie może być inaczej. Cieszymy się każdą chwilą i wykorzystujemy wszystkie wolne godziny; chodzimy do lasu, jeździmy nad wodę, a nawet nieśmiało zerkamy na meble ogrodowe; a nuż się przydadzą...?

W najpiękniejszą niedzielę, jaką pamiętam, pojechaliśmy nad rzekę. Jest tam taka urocza ścieżka, trochę w lesie, ale niemal cały czas biegnąca nad wodą. Można na niej spotkać nielicznych rowerzystów, biegaczy i innych spacerowiczów; Tak daleko, jak my, zapuszcza się bowiem niewielu. 
Idziemy więc sobie pomalutku (bo zmęczona jestem straszliwie po ciężkim weekendzie w pracy), rozmawiamy o wszystkim i o niczym, a Ptysia radośnie biega wokół nas. 
I tutaj muszę uczynić małą dygresję dla dobra historii.

Moja psa nie znosi wody. Kąpiel to dla niej największa kara za grzechy; nigdy, przenigdy dobrowolnie nie weszła do jakiegokolwiek zbiornika wodnego. Omija kałuże, a na plaży biega przy brzegu i szczeka niecierpliwie. Nie chce nawet spacerować w deszczu; taką ma kocią duszę.
Gdy więc ruszyła pędem do wody, nie zastopowałam smyczy (mamy taką rozwijaną, pięciometrową), bo byłam pewna, że stanie na brzegu. A tu nic z tego! Ptysia wpadła do rzeki z całym impetem, i zatrzymała się tylko dlatego, że smycz się skończyła. A my z C. staliśmy, patrząc na nią, z rozdziawionymi ustami. Psa się chwilę pochlapała, coś tam obwąchała, i cała zadowolona (i mokra; bardzo, bardzo mokra) wróciła na brzeg.

Po chwili ruszyliśmy dalej, oboje w niebotycznym zdumieniu, a Ptysia z dumnie sterczącym ogonem. W końcu C. się odezwał: Uszczypnij mnie. 
Po co? - spytałam racjonalnie, nie widząc powodu do sprawiania mu bólu.
Pogoda jest piękna, kupiliśmy dom, a Tina sama weszła do wody. To przecież musi być sen!

Dzisiaj mam dla Was raczej pomysł niż przepis. Idealny na upały, gdy nie chce się jeść, za to bardzo, bardzo chce się pić. 
Uwielbiam owocowe koktajle. W letnie dni wspaniale zastępują posiłki; tak samo zresztą, jak owocowe zupy. Połączenia kiwi z truskawkami spróbowałam niedawno, gdy z C. weszliśmy do Joe and the juice. Szczerze mówiąc, zaskoczył mnie taki miks. Jakoś nigdy nie pomyślałam, że truskawki z kiwi będą smakować dobrze... A smakują wyśmienicie! Słodycz truskawek przełamana kwaskowatym kiwi - idealny koktajl na ciepły dzień. No i ten obłędny kolor, któremu wprost nie można się oprzeć!
Skusicie się...?

Koktajl truskawkowy z kiwi


Składniki:
(na 2 l napoju)
  • 900 g truskawek
  • 1 kg kiwi
  • 1,5 kg jabłek

Kiwi obrać, z truskawek odciąć szypułki. Zmiksować blenderem na gładko.
Z jabłek wycisnąć sok (przecierowy), wymieszać z musem owocowym. Schłodzić przed podaniem.

Smacznego!

Porcja jest słuszna. Teoretycznie
Praktycznie znika w ciągu dwóch dni, więc naprawdę, nawet nie zawracajcie sobie głów mniejszą ilością.

piątek, 13 maja 2016

Uwaga, spoiler! Czyli ostatnio przesłuchałam książkę

Słuchanie książek idzie mi naprawdę znakomicie. Codziennie, po drodze do pracy i z pracy, słucham sobie kilku rozdziałów. Ostatnio sięgnęłam po Zaginioną dziewczynę Gillian Flynn, bo zrobiło się o niej tak głośno, że opinie dotarły nawet do mnie (a uwierzcie, z nowościami na rynku wydawniczym i bestsellerami nie jestem na bieżąco). Nie jestem wielką fanką kryminałów, ale tym razem dałam się skusić. I dobrze zrobiłam...

Zaginiona dziewczyna to opowieść o małżeństwie. Z pozoru niemal idealnym: on jest dziennikarzem, ona pisarką (a przynajmniej sama tak o sobie myśli). Poznali się na przyjęciu u znajomych, potem stracili kontakt na długie miesiące. Gdy znów przypadkiem na siebie wpadli, nic nie mogło ich rozdzielić. Wzięli ślub, mieszkali w pięknym domu w Nowym Jorku, aż nagle wszystko zaczęło się sypać. Najpierw Nick stracił pracę, później Amy poszła w jego ślady. Do tego matka Nicka zachorowała na raka. 
Decyzja zapadła: wyjeżdżają. 

Powrót do Missouri nie był łatwy dla Nicka, a co dopiero dla Amy. Ciężko jej się było przyzwyczaić do zupełnie nowej rzeczywistości, a nierozumiejący jej frustracji mąż nie poprawiał sytuacji. Do tego oddała mu wszystkie pozostałe oszczędności, żeby mógł z siostrą bliźniaczką kupić bar. 
Ach, no tak! Zapomniałam; Amy jest bogata. Została bohaterką serii słynnych powieści Niezwykła Amy napisanych przez jej rodziców, które zapewniły dostatek rodzinie.

Pewnego dnia Amy znika. Nie tak po prostu; Nick zastaje kota na ganku, a poprzewracane meble w salonie świadczą o szamotaninie. Czy ktoś porwał Amy? Co na to policja? Czy uda się ją odnaleźć...?

Wiele pytań ciśnie się na usta.

A teraz uwaga: ci, którzy nie czytali, niech szybko zamkną tę stronę i znajdą książkę, a po lekturze niech wrócą podzielić się wrażeniami. Bo teraz dzielić się będę ja, a naprawdę ciężko to zrobić bez zagłębiania się w fabułę.
Żeby nie było, że nie ostrzegałam...


Książka mi się podobała. Przy słuchaniu pierwszej części przez głowę przechodziły mi różne scenariusze: najpierw, że to nie Nick, później (gdy okazało się, że ma kochankę), że to może jednak on. Później znów zwątpiłam w jego winę, i nawet pomyślałam, że Amy porwała się sama, żeby dać mu nauczkę. Ani jednak razu nie zwątpiłam w prawdziwość Amy z pamiętnika; gdy okazało się, że to tylko gra, szczęka mi opadła (dość dosłownie, muszę przyznać z niechęcią). Prawdziwa Amy wzbudzała we mnie najróżniejsze uczucia; chwilami ją lubiłam, czasem nawet trochę rozumiałam, momentami sama miałam ochotę ją udusić. 
A zakończenie... Nie wywołało u mnie aż tak silnych emocji; zaskoczyło, ale nie wbiło w fotel. Bardziej rozemocjonowały mnie pytania, które zostały: jak będzie wyglądało to małżeństwo? Kto wyrośnie z dziecka mającego takich rodziców? Czy może jednak ktoś kogoś zabije...?

Śmiać chciało mi się tylko, gdy czytałam o całowaniu w oparach cukru pudru. Owszem, w wyobraźni może to być całkiem romantyczne; w rzeczywistości jednak człowiek się po prostu dusi, i o całowaniu nie może być mowy. Wiem, co piszę (niestety).

Po książkę - mimo wszystko - zdecydowanie warto sięgnąć. Świetny kryminał, a do tego studium wyjątkowo nietypowego małżeństwa. Bo kto to słyszał, żeby żona fingowała swoją śmierć, a winę za nią zrzucała na męża...?

Teraz już tylko pozostaje mi obejrzenie filmu i sprawdzenie, co z książką zrobił David Fincher...

Zaginiona dziewczyna
Gillian Flynn
Burda Publishing Polska
2013
Czyta: Zbigniew Dziduch

czwartek, 12 maja 2016

Czekoladą malowane. I chlebek na proszku

Ostatnio w pracy jesteśmy bardzo zajęci. Ciągle coś: a to Dzień Matki, a to przecena na Othello, a to ktoś zachorował, i cały misternie utkany plan zakładający, że wszyscy pójdą do domu na czas, bierze w łeb. Potem człowiek pracuje po dziesięć, jedenaście godzin i czasami zdarza mu się zapomnieć, jak się nazywa... Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami, gdy czynnie zostaje okazane uznanie za człowieka pracę...?

Wszystko zaczęło się od niesamowicie zakręconego dnia, gdy wszyscy biegali jak szaleni i nikt na nic nie miał czasu. Mój szef, do którego należą wszystkie czekoladowe malowidła, przyniósł mi kartkę z logo firmy murarskiej i zapytał, czy potrafiłabym takie namalować na cieście. Hmm... Nigdy nie próbowałam, więc pewnie nie - pomyślałam. Ale zamiast tego głośno rzekłam: Pewnie! I namalowałam, wywołując zdziwienie i akceptację. Od tamtego dnia moje życie ucznia zmieniło się nie do poznania. Owszem, nadal robię te nudne rzeczy, jak maczanie kilkuset ciastek w czekoladzie, ale też dostaję większość tych fajnych, ciekawych zleceń. Ostatnio namalowałam Olafa, mistrza Yodę z Gwiezdnych wojen, a dzisiaj nawet głowę konia. Po drodze trafił się też pies; zamówienie było niesprecyzowane, więc wybrałam poczciwego Reksia. Następnego dnia Henryk woła do mnie przez pół piekarni, że pies był nie taki, jak trzeba. Ze zwieszoną głową wędruję wysłuchać reprymendy, a ten bezczelnie wypycha mnie do sklepu. No pewnie, niech się na mnie niezadowolony klient wyżyje. A tam stoi sobie starszy, uśmiechnięty od ucha do ucha pan i mówi, że jego wnuczka była zachwycona, i on mi bardzo dziękuje. 
Szefowi dałam kuksańca w bok za niewybredne żarty, po czym rozpromieniłam się niczym majowe słońce. To się nazywa udany dzień!

Dzisiaj deseru nie będzie. Zresztą, komu się w takie upały chce jeść słodkie... Zamiast tego lepiej sobie wieczorem upiec chlebek; będzie idealny na śniadanie. Zwłaszcza drugie, bo dzięki smakowitym dodatkom, nie trzeba nawet robić kanapek.
Pomysł podpatrzyłam u Angie, ale zmieniłam dodatki i przygotowałam swoją wersję. Wyszedł żółciutki i mięciutki, a ciągnące się kawałki mozzarelli sprawiły, że zakochałam się w nim bez pamięci. Do tego botwinka, którą udało mi się kupić jeden jedyny raz. A w dodatku chlebek jest na proszku, więc jego przygotowanie to po prostu igraszka. 
A jaka pyszna!

Chlebek z botwinką i mozzarellą


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 22x8 cm)
  • 100 g mąki kukurydzianej
  • 150 g mąki pszennej
  • 2 jajka
  • 150 ml mleka
  • 100 ml oleju
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka suszonego majeranku
  • 1 łyżeczka suszonego oregano
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki pieprzu
  • 30 g ziaren dyni
  • 125 g mozzarelli
  • 50 g liści botwinki
Mozzarellę pokroić w koskę, botwinkę posiekać.
Mąki przesiać, wymieszać z proszkiem, sodą, ziołami, solą i pieprzem. 
Jajka roztrzepać, wymieszać z mlekiem i olejem. Mokre składniki wlać do suchych, wymieszać tylko do połączenia. Dodać ser, botwinkę i pestki dyni, połączyć.
Masę przelać do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 35-45 minut, do suchego patyczka.

Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


Aktualnie sezon na szparagi w pełni, więc myślę sobie, że trzeba by pokusić się również o wykonanie oryginalnej wersji...

środa, 11 maja 2016

Wielkie zakupy i tort na urodziny. Kokosowo-truskawkowy

W ostatni dzień kwietnia C. ma urodziny. W tym roku szczęście dopisało, i oboje mieliśmy wolne. Imprezy jednak, nawet najmniejszej, nie zaplanowaliśmy; w mieszkaniu po brzegi wypełnionym kartonami na różnym etapie pakowania nie ma miejsca na choćby kilku gości, o ogromnej rodzinie C. nie wspominając. Postanowiliśmy świętowanie odłożyć na pełnię lata, gdy już po przeprowadzce będziemy w miarę urządzeni i zadomowieni. Póki co, to właśnie urządzaniem się zajęliśmy.

W sobotę więc wstaliśmy względnie wcześnie, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na umówione spotkanie w sklepie meblowym umiejscowionym w starym kinie. Ilość stopni i dziwnie rozłożonych kondygnacji jest niesamowita; na początku ciężko mi się było skupić na właściwym celu naszej wyprawy, czyli meblach. W końcu jednak, przywołana do porządku zniecierpliwionymi mruknięciami C., zebrałam w sobie całą uwagę i... Zaczęłam wybrzydzać. A to za ciemne, a to za jasne, a to to w ogóle za czarne jest. Ten stół za wąski, ten za szeroki, a tamten za mało drewniany. Krzesła to prawdziwa droga przez mękę; biedny M. (znajomy znajomego męża siostry C.) ściągał egzemplarze z najwyższych półek, żebym mogła sobie na nich usiąść i powiedzieć: A to obok...? Jednak wygląda na wygodniejsze...
W końcu jednak i tego wyboru dokonaliśmy w miarę jednogłośnie (są czarne, ale niech już będzie... Przynajmniej sofa jest kremowa), i muszę przyznać, że jestem zachwycona. Nie mogę się doczekać, gdy wstawimy nowe meble do salonu i będę mogła sobie na nie patrzeć... Absolutnie zakochana jestem w nowym stole, z ukośnymi nogami i najpiękniejszym, rustykalnym, drewnianym blatem. Kocham jego krzywizny i już sobie wyobrażam, jakie piękne tło będzie stanowił dla tych wszystkich serników, które upiekę w mojej nowej kuchni...

Po zakupach, rozochoceni mimo rachunku, który przyprawił mnie o lekką palpitację, pojechaliśmy do rodziców C. podzielić się wrażeniami i nieco odsapnąć. Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym w zanadrzu nie miała ciasta. Tym razem nie jakiegoś zwykłego placka, ale pełnoprawnego, choć niewielkiego tortu.

Długo się zastanawiałam, co by tu mu tym razem upiec. W końcu postawiłam na najprostsze rozwiązanie, czyli ulubione smaki C.: kokos i truskawki. Jest więc biszkopt z wiórkami, który niespodziewanie zyskał na wilgotności, najlepszy na świecie kokosowy krem, tak delikatny i lekki, że nie można mu się oprzeć, oraz kokosowa śmietanka zdobiąca dumnie wierzch tortu. Ja moją zebrałam z mleczka, bo nigdzie samej śmietanki znaleźć nie mogłam... Ubija się znakomicie, trzyma fason pierwszorzędnie, a przy tym jest bardzo lekka i niesamowicie intensywna w smaku. Z pewnością jeszcze z nią poeksperymentuję. 
Kokosową monotonię przełamałam dużą ilością świeżych truskawek i chrupiącymi ciasteczkami amaretti, które przypadkowo wpadły mi w ręce. Całość wyszła lekka, obłędnie kokosowa i idealnie letnia za sprawą truskawek. Idealny wakacyjny tort.

Smakował wszystkim. Nikt, ale to nikt nie kręcił nosem. Chyba nie ma lepszej rekomendacji.

Tort kokosowo-truskawkowy


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 120 g cukru
  • 60 g mąki pszennej
  • 30 g mąki ziemniaczanej
  • 25 g wiórków kokosowych

krem:
  • 130 ml mleka kokosowego
  • 100 g cukru
  • 4 żółtka
  • 2 listki żelatyny
  • 120 g miękkiego masła
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 70 g ciasteczek amaretti
  • 300 g truskawek

wierzch:
  • 175 g śmietanki kokosowej
  • 1 łyżeczka cukru pudru
  • truskawki
  • chipsy kokosowe

Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier i cukier waniliowy. Po jednym dodać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąki przesiać, partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera. Na końcu dodać wiórki kokosowe, połączyć.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Mleczko kokosowe zagotować z połową cukru. 
Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać gorące mleko, cały czas miksując. Przelać masę do garnuszka, gotować, aż zgęstnieje do konsystencji budyniu. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Przełożyć do miski, miksować przez około 10 minut, aż masa całkowicie wystygnie. Po kawałeczku dodawać miękkie masło, cały czas miksując. 
Kremówkę ubić na sztywno, dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Biszkopt przekroić na 3 blaty.
Truskawki pozbawić szypułek, pokroić na ćwiartki.
Amaretti pokruszyć.

Na paterze ułożyć blat biszkoptu, wyłożyć połowę kremu, posypać połową truskawek i ciasteczek. Przykryć drugim blatem, wyłożyć resztę kremu, truskawek i amaretti. Przykryć ostatnim blatem. Schłodzić.

Śmietankę kokosową ubić z cukrem pudrem. Wyłożyć na wierzch ciasta. Udekorować truskawkami i chipsami kokosowymi.

Smacznego!

A jeśli wydaje się Wam, że nie lubicie kokosowego smaku, zapewniam, że po tym cieście zmienicie zdanie. Ja się nim zajadałam, a przecież za kokosem nie przepadam.
Choć może jednak...?

poniedziałek, 9 maja 2016

Praca, słońce i lody, czyli krótka historia ciszy na blogu

Witajcie!

Dawno tu nie zaglądałam... 
Staram się (jak mogę) prowadzić bloga w miarę regularnie, ale czasem na drodze stają mi sprawy, których nie jestem w stanie ani obejść, ani nawet przeskoczyć. Tym razem wydarzyły się dwie rzeczy (nie, nie wygrałam w Lotka i nie przeprowadziłam się na Tahiti). Po pierwsze: duński Dzień Matki, z okazji którego szef sypał nadgodzinami niczym magik królikami z kapelusza; po drugie - absolutnie cudowna pogoda. W ciągu trzech dni z zimy przeszliśmy do lata w pełnej krasie; z czerwonego, zimowego płaszcza wskoczyłam prosto w letnią sukienkę w paski. Bez niczego po drodze. Zima - lato. Tak po prostu.
W związku z powyższym, mimo zmęczenia, staramy się z C. wykorzystać każdą wolną chwilę na przebywanie na świeżym powietrzu, zanim lato jednak zmieni zdanie. I dlatego właśnie na blogu zapadła taka niezręczna cisza... 
Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.

W związku z błękitno-słoneczną aurą mam dla Was dzisiaj lody; w końcu na upały po prostu nie ma nic lepszego. Zainspirował mnie smak z kubeczka lodów znalezionych w sklepie; cena jednak kazała mi się dwa razy zastanowić. Zamiast gotowego produktu kupiłam więc jogurt, kremówkę i truskawki, i przygotowałam swoją wersję. 
Kremowe, ale wyraźnie jogurtowe w smaku, z truskawkami, które nie zamarzają na kamień i chrupiącymi kawałkami ciasteczek. Kwintesencja lata; musicie tego spróbować!

Jogurtowe lody z karmelizowanymi truskawkami i ciasteczkami


Składniki:
(na 1,5 l lodów)
  • 500 g truskawek
  • 65 g cukru
  • 125 g kruchych ciastek
  • 500 g jogurtu greckiego
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 125 g cukru pudru

Cukier skarmelizować. Dodać przekrojone na pół, pozbawione szypułek truskawki. Gotować przez 5-10 minut, aż truskawki zmiękną. Owoce odcedzić, pozostały sok gotować jeszcze 5 minut, aż mocno zgęstnieje. Ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce.

Kremówkę wymieszać z jogurtem i cukrem pudrem, przelać do maszyny do lodów. Gdy maszyna skończy pracę, przełożyć lody do plastikowego pojemnika. Dodać pokruszone ciasteczka, wymieszać. Dodać truskawki wraz z sosem, delikatnie wymieszać, tworząc efekt marmurka.
Zamrozić.

Smacznego!


Do lodów dodałam kruchych ciastek z mąki ryżowej; chrupią wprost fantastycznie! Oczywiście, możecie dodać swoich ulubionych, nawet kupnych (co przy upałach może być całkiem niegłupim pomysłem).

środa, 4 maja 2016

Sukienki tylko dla par i pijany dżem truskawkowy

W niedzielę byliśmy na konfirmacji. To taka duńska wersja Pierwszej Komunii Świętej, gdzie największą różnicą jest fakt, że podchodzą do niej dzieci starsze, czternasto-, piętnastoletnie. Moim zdaniem to ma sens; przynajmniej wiedzą, o co chodzi, a nie myślą tylko o białych sukienkach i fantastycznych prezentach, na które bliższa rodzina zbiera miesiącami. 
Ale ja nie o tym chciałam.

Na konfirmację trzeba się było odpowiednio ubrać. Były więc zakupy i mierzenie sukienek wyciągniętych z szafy. Moja ulubiona, czarna, się nie nadaje, bo noszę ją na wszelkie mniejsze uroczystości (a czasem nawet bez okazji). Wiśniową miałam na osiemdziesiątych urodzinach Babci C., a tą z dekoltem w fale na weselu jego siostry. W końcu zdecydowałam się na niemal klasyczną małą czarną, która nie jest czarna, tylko popielata, i zdobią ją wyjątkowo gustowne koronki. Przy mierzeniu pomagał mi C.; nie mam pojęcia, dlaczego odpinanie zamka na moich plecach sprawia mu taką frajdę.

Gdy ja szykowałam się do wyjścia, C. wielkodusznie zaproponował, że wyjdzie z psem. Nie było go i nie było; a ja próbowałam się ubrać. Wykonywałam przeróżne kombinacje, gimnastykę godną Chodakowskiej - i nic nie osiągnęłam, poza bólem w wykręconym nadgarstku. C. na szczęście pojawił się, zanim zaczęłam płakać, i uratował mój strój i humor, po prostu zapinając zamek.

A co ma zrobić kobieta, która mieszka sama...? C. stwierdził, że powinna poprosić o pomoc sąsiada; całkiem niezły sposób na rozpoczęcie znajomości. Tylko co, jeśli żaden się do tego typu spraw nie nadaje...? Nie wiem, naprawdę nie wiem. 
Wiem za to, że to kolejna rzecz, z którą bym sobie bez C. nie poradziła.

Tak sobie pomyślałam, że pokażę Wam dzisiaj dżem. Przygotowałam go w upalny lipcowy dzień (co było nie lada poświęceniem) z najlepszych, polskich truskawek. Truskawkowy klasyk wzbogaciłam o dodatek różowego wina; oczywiście alkohol wyparuje, ale pozostawi naprawdę pyszny, nieoczywisty smaczek. Dżem ten szybko zyskał rangę ulubionego w rankingu mojej wybrednej Siostry, spróbujcie więc koniecznie!

Dżem truskawkowo-jabłkowy z różowym winem


Składniki:
(na 4,5 słoiczka)
  • 2 kg truskawek
  • 2 jabłka
  • sok z 1 cytryny
  • 700 g cukru
  • 400 ml słodkiego różowego wina

Truskawki odszypułkować, jabłka obrać i pokroić w drobną kostkę. Owoce włożyć do garnka, dodać cukier, sok z cytryny i wino.
Gotować na małym ogniu kilka godzin, aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji.
Gorący dżem przełożyć do słoiczków, zamknąć, ustawić do góry dnem aż ostygnie.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Ostatnio wpis o sukienkach tylko dla par czytałam również u Limonki. To dowód na to, że to nie mój wyimaginowany kłopot, ale prawdziwy problem przynajmniej dwóch kobiet.