wtorek, 13 października 2015

Pieczona herbatka jabłkowa

Tak, tak, już sobie wyobrażam, co o mnie pomyśleliście, czytając tytuł. Przecież nawet dziecko wie, że wodę na herbatę gotuje się w czajniku, a potem zaparza się herbatę w kubku, filiżance czy choćby dzbanuszku. Z piekarnikiem nie ma ona absolutnie nic wspólnego, a kto myśli inaczej, szybciutko powinien się wybrać do lekarza. Ten pierwszego kontaktu może okazać się niewystarczający...

Spokojnie. Wszystko ze mną w porządku (choć z drugiej strony hołduję stwierdzeniu, że normalność je nudna, nie możecie być więc na sto procent pewni...); a przynajmniej nie zwariowałam jeszcze zupełnie. Jak wiecie, wiele inspiracji znajduję na innych blogach; z przyjemnością spędzam czasem długie godziny na ich przeglądaniu. Tak też trafiłam na przepis na herbatkę jabłkową z piekarnika na blogu Magazyn kuchenny. W pierwszej chwili popatrzyłam z niedowierzaniem i lekkim dystansem; tym bardziej, że cudo ze zdjęcia nijak herbatki, w klasycznym rozumieniu tego słowa, nie przypominało. Cóż więc to za dziwo...?

Okazało się, że autorzy bloga niedawno byli na wakacjach na Słowacji, i tam własnie odkryli takie pieczone herbatki. Generalnie chodzi o to, że zapieka się owoce z cukrem i przyprawami, aż puszczą sok, ale się nie rozgotują. Później taki sok rozcieńczamy wodą, ciepłą lub zimną, zależnie od temperatury i nastroju; albo dolewamy do herbaty. Sięgnęłam po przepis z jabłkami w roli głównej, bo przecież teraz na nie właśnie jest najlepszy czas. Wybrałam twarde, dość kwaśne jabłka, żeby mieć pewność, że nie wyciągnę z piekarnika marmolady. I udało się! 
Zapach podczas pieczenia wręcz obezwładnia i człowiek od razu ma chęć zagnieść ciasto na szarlotkę. Cynamon, goździki i kardamon doskonale komponują się z delikatną, waniliową nutą. Oczywiście, to ciągle jabłka grają tutaj pierwsze skrzypce. Sok wychodzi słodki i aromatyczny, już jego odrobina dodana do zwykłej, czarnej herbaty, zmienia ją w jesienny napój bogów. 
Dodatek rumu jest opcjonalny, można go pominąć, jeśli chcemy podawać napój dzieciom, albo zastąpić swoim ulubionym alkoholem, na przykład brandy. 

Musicie przyznać, że to wyjątkowy niecodzienny sposób na zapiekane jabłka, które były tematem naszego kolejnego, wspólnego pieczenia. Koniecznie sprawdźcie, co ze swoich piekarników wyjęły Emilia i Mirabelka.

Herbatka jabłkowa z piekarnika


Składniki:
(na 4 słoiczki)
  • 1 kg jabłek
  • 400 g cukru
  • sok z 1 cytryny
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 2 laski cynamonu
  • 8 goździków
  • 4 ziarna kardamonu
  • 100 ml białego rumu
Jabłka pokroić na ćwiartki, wyciąć gniazda nasienne. Pokroić w kostkę o boki 1 cm, ułożyć w naczyniu żaroodpornym. Przysypać cukrem, polać sokiem z cytryny i ekstraktem. Między jabłka włożyć laski cynamonu, goździki i wyłuskane ziarenka kardamonu. 

Piec w 180 st. C., w połowie przemieszać.
Gdyby soku było za mało, dolać nieco wrzątku. Dolać rum, wymieszać.
Przełożyć do słoiczków, można zapasteryzować.

Podanie:
2-3 łyżki soku zalać szklanką gorącej wody, zimnej wody (może być gazowana) lub dodać do czarnej herbaty.

Smacznego!

Jabłka można również dodawać do herbaty, można je wyjeść łyżeczką albo podać gorące do ulubionych lodów. Są słodkie i aromatyczne, bardzo ciężko im się oprzeć.

poniedziałek, 12 października 2015

Dyniowo i elegancko: creme brulee

W końcu październik przybrał nieco bardziej klasyczną dla siebie formę. W dwóch słowach: zimno jest. Wyjęłam z zapomnianych na długie miesiące zakamarków swój lżejszy zimowy płaszczyk, i wychodząc wieczorami z psą, to w niego się opatulam. Do tego dokładnie zawinięty wokół szyi szal i ciepłe, puchate skarpetki; powoli rozważam też zakładanie czapki. Biorąc pod uwagę fakt, że ciągle jeszcze kicham i prycham, nie jest to prawdopodobnie najgłupszy z moich pomysłów.

Mimo wszystko jesień nie daje mi się we znaki aż tak, jak się tego obawiałam. Ciężko mi nawet uwierzyć, że kalendarz nie oszukuje; że to naprawdę jest już niemal połowa października. Żyję tak jakby zawieszona w czasie, biegając między cukierniami i szukając praktyk; wszystko inne schodzi na dalszy plan. 
A czas ma to wszystko w nosie, i pędzi naprzód jak szalony...

W związku z zaistniałą sytuacją jednak, postanowiłam zabrać się za dynię. Tak tak, to najwyższa już pora! Ja mam trzy okrągłe i jedną podłużną zachomikowane; zastanawiam się, jak najlepiej je wykorzystać... A pomysłów, jak co roku, mam mnóstwo!
Poza tym zbliża się też Halloween. Wiem, że nie jest to popularne w Polsce święto, ale ja je lubię. Zresztą - każda okazja do świętowania jest dobra, prawda? A pieczenie sernika z pajęczyną czy wycinanie dyni to naprawdę ogromna frajda.
Na początek mam jednak coś mniej oczywistego, co jednak świetnie się sprawdzi, jeśli urządzacie przyjęcie dla dorosłych. Dyniowy creme brulee - elegancki, kremowy, delikatny, z chrupiącą skorupką. No i ten dźwięk, który wydaje przy pierwszy uderzeniu łyżeczką - melodia dla zmysłów. 
Mój doprawiłam lekko korzennie, kusi więc aromatem cynamonu i innych jesiennych przypraw. Do tego ma obezwładniający wręcz, intensywnie pomarańczowy kolor. Czy można mu się oprzeć...?
Ja nie potrafię.

Dyniowy creme brulee


Składniki:
(na 7 porcji)
  • 150 g musu z dyni
  • 4 żółtka
  • 50 g cukru
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 ml mleka
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 1/2 łyżeczki imbiru
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 50 ml syropu klonowego

dodatkowo:
  • 3 łyżki cukru trzcinowego

Kremówkę i mleko zagotować z przyprawami.
W tym czasie żółtka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać gorącą śmietanę, miskując na najniższych obrotach.
Masę przelać z powrotem do garnuszka. Podgrzewać, aż nieco zgęstnieje (nie gotować!). Zdjąć z palnika, dodać mus dyniowy i syrop klonowy.

Masę przelać do kokilek. Dno większej formy wyłożyć ściereczką, ustawić kokilki z musem. Do większego naczynia wlać gorącej wody mniej więcej do połowy wysokości kokilek.

Piec w 140 st. C. przez 1 godzinę.
Wystudzić, a następnie schłodzić w lodówce, najlepiej przez noc.

Przed podaniem wierzch kremu posypać cukrem, skarmelizować za pomocą palnika.
Podawać od razu.

Smacznego!


Do dyniowych znawców mam pytanie: wiecie może, co to za dynia znajduje się na zdjęciach? Kupiłam ją, bo wygląda niesamowicie, ale nie mogę wydedukować, co to za odmiana...
Ktoś mnie poratuje?

czwartek, 8 października 2015

Figi raz jeszcze. W duecie z malinami

Jak pewnie zauważyliście (a może i nie; skąd ja mam to właściwie wiedzieć...?), na blogu zaszły małe zmiany. Od dawna już nosiłam się z zamiarem przemeblowania, ale że tego typu zajęcia nie są moją mocną stroną, zwlekałam, jak tylko się dało. W końcu jednak przyszła jesień, samotne wieczory zaczęły się dłużyć niemiłosiernie, zebrałam więc w sobie całą motywację, jaką tylko potrafiłam znaleźć, i zabrałam się za zmianę szablonu.
Może nie jest szałowy i zupełnie inny niż wszystkie, ale mi się podoba. Bardziej od poprzedniego. Jest prosty i przejrzysty, taki... Bo ja wiem? Elegancki chyba. I prezentuje się nieco bardziej profesjonalnie od poprzedniego (niech żyje minimalizm!).

I teraz mam do Was, moje Robaczki, pytanie. Co o tym myślicie? Jest lepiej, gorzej, a może bez różnicy? Podobają Wam się większe zdjęcia, czy uważacie, że nie powinnam nimi zbytnio epatować? Powinnam coś jeszcze zmienić, dodać, usunąć?
Będę wdzięczna za wszelkie sugestie; skoro już zabrałam się do działania, chciałabym wszystko dopracować, jak najlepiej się da. Żeby blog cieszył oczy, ale żeby był też funkcjonalny (to drugie jest chyba nawet ważniejsze...). 
Więc: co myślicie...?

Żeby Was zachęcić do odpowiedzi, podzielę się przepisem na ciasto, które skradło nasze serca.
Przepis znalazłam na blogu Taste food, prowadzonym przez Amerykankę, która po podróży przez Francję, Anglię, Szwajcarię i Danię (z tej ostatniej przywożąc sobie męża), wróciła do rodzinnego kraju. W jej przepisach mieszają się więc wszystkie te kultury, chyba dlatego łatwiej mi znaleźć coś dla siebie. Choć dawki cukru z pewnością są typowo amerykańskie! Zmniejszyłam więc jego ilość, dopasowując ją do naszych, bardziej europejskich, podniebień. 

Dzięki dodatkowi mąki kukurydzianej, ciasto ma piękny, żółty kolor. Wyszło niesamowicie mięciutkie i puszyste, jak gąbeczka! Dzięki pieczeniu do góry nogami, mogło sobie spokojnie wyrosnąć... Wierzch (choć w zasadzie spód) stanowi mieszanina fig i malin zatopionych w słodkim karmelu. Poezja, mówię Wam!

Ciasto nie tylko bajecznie smakuje, ale też pięknie wygląda. Naprawdę, z przyjemnością się na nie patrzy. Śmiało możecie podać je gościom do popołudniowej kawy, nikt nie będzie rozczarowany.

Odwracane ciasto z figami i malinami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)
  • 230 g miękkiego masła
  • 150 g cukru
  • 4 jajka
  • 120 ml maślanki
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 245 g mąki pszennej
  • 60 g mąki kukurydzianej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki soli
dodatkowo:
  • 60 g masła
  • 150 g cukru
  • 4 figi
  • 150 g malin
Dodatkowy cukier skarmelizować w garnku o grubym dnie. Gdy nabierze złoto-brązowej, dość głębokiej barwy, dodać pokrojone w kostkę masło. Wymieszać, aż powstanie gładka masa.
Przelać karmel do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. 
Figi pokroić na grube plastry. Poukładać je na karmelu, przestrzenie pomiędzy wypełnić malinami.
Odstawić.

Mąki przesiać, wymieszać z proszkiem, solą i skórką z cytryny.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt, połączyć. 
Na zmianę dodawać mąkę i maślankę, miksując na najniższych obrotach miksera.

Gotowe ciasto wylać na owoce.

Piec w 180 st. C. przez 40-50 minut, do suchego patyczka.

Przestudzić w formie przez 10-15 minut, następnie zdjąć obręcz tortownicy. Na cieście położyć talerz, szybko obrócić tak, żeby spód formy znalazł się na wierzchu. Zdjąć z ciasta papier, zostawić do całkowitego wystudzenia.

Smacznego!


Tymczasem październik postanowił pokazać swą prawdziwą twarz: pada, wieje i zupełnie już nie chce wychodzić się z domu. 
A czasem trzeba, niestety...

środa, 7 października 2015

Na jesień: drożdżowe ze śliwkami

Obiecałam Karolinie, że przez godzinkę przypilnuję jej dzieci. Obiecałam już w zeszłym tygodniu, nie wypadało więc dzień wcześniej cofnąć obietnicy. Denerwowałam się jednak, bo dopadło mnie jakieś paskudne przeziębienie. Kicham, prycham, kaszlę i smarkam; ogólnie - nie jest wesoło. Opracowałam już nawet plan, jak by się tu od tych pilnowanych dzieci jak najdalej trzymać, żeby ich choróbskiem nie uraczyć (dwójka małych dzieci w deszczowe, październikowe dni może być męcząca; dwójka chorych dzieci w takich warunkach może nieszczęsną matkę doprowadzić do stanu zbliżonego furii). Okazało się jednak, że nie mam się o co martwić - oboje ochoczo asystowali w pokasływaniu i chrząkaniu, a Natalce bardzo spodobało się wspólne chodzenie do łazienki i wydmuchiwanie nosów. A gdy nieco zmoknięta i zmęczona Karolina wróciła do domu, dołączyła do naszego trio, nie wyróżniając się za bardzo.

Wczorajsze popołudnie spędziłyśmy więc z herbatą (może Was to nie dziwić, ale my zawsze, ale to zawsze, pijemy razem kawę) i drożdżówką, którą rano upiekłam. Zabrałam ją ze sobą jeszcze cieplutką! Mięciutkie, maślane ciasto drożdżowe, nadziane słodkim, waniliowym twarogiem i cudownie fioletowymi śliwkami. Wierzch posypałam migdałami i cukrem, który utworzył chrupiącą, lekko karmelową skorupkę. Ciasto zawinęłam w roladę, a następnie pokroiłam na plastry; wyszły zgrabne ślimaczki, które można od siebie odrywać bez konieczności sięgania po nóż.
Taka aromatyczna drożdżówka to idealny jesienny przysmak, moim zdaniem. Już podczas wyrabiania ciasta można się uspokoić i zamyślić; a gdy z piekarnika zacznie dobywać się słodki zapach, ciężko wytrzymać, aż będzie można sięgnąć po kawałek. Najlepiej jeszcze cieplutki, mmm...

A Wy? Jakie jesienne smakołyki lubicie najbardziej?

Drożdżowe ślimaczki z twarogiem i śliwkami


Składniki:
(na formę o wymiarach 30x22 cm)

ciasto:
  • 500 g mąki pszennej
  • 250 ml letniego mleka
  • 20 g świeżych drożdży
  • 65 g cukru
  • 60 g masła
  • 1 jajko
nadzienie:
  • 250 g twarogu, 3krotnie zmielonego
  • 50 g cukru
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • ziarenka z 1 laski wanilii
  • 500 g śliwek
dodatkowo:
  • 35 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru
  • 2 łyżki mleka
Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać 100 ml mleka. Odstawić na 15-20 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.
Po tym czasie dodać pozostały cukier, mleko i jajko. Zagnieść ciasto. Wlać masło, wyrobić gładkie ciasto. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

W tym czasie śliwki umyć, osuszyć, przekroić na pół. Usunąć pestki, owoce pokroić w kostkę.
Twaróg zmiksować ze śmietaną, cukrem i wanilią na gładką masę.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na prostokąt o grubości 0,5 cm i długości 40 cm. Posmarować masą twarogową, na wierzch równomiernie wyłożyć śliwki. Zwinąć ciasno, jak roladę, wzdłuż dłuższego boku. Pokroić na 12 plastrów.
Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Ułożyć płasko bułeczki, jedną obok drugiej.
Odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Po tym czasie wierzch posmarować mlekiem, posypać płatkami migdałów i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut, aż się ładnie zrumienią.
Ostudzić.

Smacznego!

Przepis dorzucam do wyzwania u Ani, gdzie inni blogerzy dzielą się swoimi ulubionymi jesiennymi smakołykami. Zajrzyjcie koniecznie!

poniedziałek, 5 października 2015

Mój sposób na jesień: brownie

Tym razem Ania spytała o nasze sposoby na jesień. Hmm... Bo ja wiem? W tym roku jest tak piękna, że sposobu na nią mieć nie trzeba; wystarczy się cieszyć słoneczną pogodą i korzystać z niej, ile się da.

Klasyczna jesień jednak to chłodne, zamglone poranki i zimne, deszczowe wieczory, które trwają niemal w nieskończoność, tak szybko robi się teraz ciemno... Z Ptysią na spacer wychodzimy o zmierzchu (cóż za cudowna pora!), obserwujemy zachód słońca, a wracamy do domu, gdy już tylko lampy uliczne rozświetlają nam drogę. Stopy, dłonie i nos mam nieustannie zimne, gorąca herbata jest teraz moją najlepszą przyjaciółką. Nie wyobrażam sobie bez niej dnia, ba! Godziny nawet.
W mojej kuchni do łask znów wrócił cynamon, imbir i goździki, rozmyślam już nawet nad przygotowaniem przyprawy do piernika. Cztery dynie, ustawione rzędem, czekają, aż wreszcie po nie sięgnę (czekałam z tym do października; kierował mną chyba jakiś głęboko ukryty masochizm, bo za dyniami przecież przepadam!). Wakacyjne czytelnicze rozleniwienie ustąpiło jak ręką odjął; najprzyjemniejszy sposób na spędzenie wieczoru to, już po kąpieli, usadowienie się na kanapie, pod ulubionym, fioletowym kocem, z dobrą książką w dłoni. Wczoraj sięgnęłam po dwutomową cegłę - zobaczymy, na jak długo starczy...

A w dzień? W dzień udaję, że to jeszcze lato, słoneczne i przyjemne. Bo kto mi zabroni...?

Tymczasem do przekąszenia mam dla Was typowy jesienny pocieszacz: brownie. Mnóstwo czekolady, a do tego soczyste, fioletowe figi. Czy ktoś mógłby się oprzeć...?
Przepis znalazłam u Kasi, i westchnęłam do niego ze trzy razy z zachwytem, zanim pobiegłam do sklepu po figi. Nie sprawdziłam wcześniej zapasów czekolady, niestety... Okazało się, że większość ciemnej zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Użyłam więc mlecznej, zmniejszając jednocześnie ilość cukru i zwiększając gorzkiego kakao. Wyszło idealnie: brownie jest intensywnie czekoladowe, o bardzo kremowej, rozpływającej się na języku strukturze. Do tego figi, które w sezonie mogłabym dodawać do wszystkiego. Jeśli ich nie lubicie albo nie możecie dostać, można zrobić ciasto bez owoców lub zastąpić je śliwkami, malinami lub (teraz już mrożonymi) truskawkami. Będzie znakomite za każdym razem.
Polecam Wam ogromnie.

Brownie z figami


Składniki:
(na formę 20x20 cm)

  • 165 g masła
  • 100 g ciemnej czekolady (80%)
  • 100 g mlecznej czekolady
  • 3 jajka
  • 2 żółtka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 50 g cukru
  • 1,5 łyżki mąki
  • 3 łyżki kakao
  • 5 fig
Czekoladę posiekać, podgrzewać w garnuszku z masłem, aż się całkowicie rozpuści. Przestudzić.
Jajka, żółtka i cukier ubić na puszystą masę. Dodać ekstrakt, zmiksować. Powoli wlewać czekoladę, miksująć na najniższych obrotach. Na końcu dodać przesianą mąkę i kakao, połączyć.

Masę przelać do wyłożonej papierem do pieczenia formy. Na wierzchu ułożyć przkerojone na pół figi.

Piec w 175 st. C. przez 25 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

A Wy? Znacie coś lepszego na jesienne smutki niż brownie bardziej czekoladowe od samej czekolady...?

sobota, 3 października 2015

Ciastko... A nie! Bułka z dziurką

Kiedyś nie lubiłam ciszy. Czułam się nieswojo, siedząc sama w domu, słysząc każdy najcichszy nawet szelest. Wzdrygałam się, gdy wiatr hulał za oknem, wyjąc potępieńczo; bzyczenie komara urastało do rangi tragedii życiowej.
Lekarstwem było radio. Pierwsza rzecz po przebudzeniu, to wciśnięcie przycisku na magnetofonie. Oczywiście, o ile trzeba było go wciskać, często bowiem przy radiu zasypiałam. Cicha muzyka gdzieś daleko w tle lub całkiem głośna, zagłuszająca rzeczywistość. Obojętnie, czy byłam w domu sama, czy z kimś innym - pomruk radia towarzyszył mi nieprzerwanie.

Niepostrzeżenie, wszystko się zmieniło. Zamiast muzyki wolę ciszę. Brak działającego radia w aucie zupełnie mi nie przeszkadza, nawet, gdy mam do przejechania dużo kilometrów. W domu całe dnie spędzam w ciszy, towarzyszy mi tylko delikatny szum procesora. 
Jak to się stało? Nie wiem. Nie zauważyłam tej zmiany; zaszła stopniowo, nie pytając mnie o zdanie. Lubię ten dźwięk, gdy deszcz bębni o parapet, a gałęzie pobliskiego drzewa pukają w okno. Lubię delikatne tykanie zegara; lubię słyszeć, gdy Ptysia stuka pazurkami o podłogę. 
I tylko bzyczenie komara nadal doprowadza mnie do pasji...

Bajgle. Znacie? Lubicie?
Ja, szczerze mówiąc, bajgli nie jadłam całe wieki. Gdy więc znalazłam przypadkiem przepis u Kornika, od razu zabrałam się do rzeczy. To znaczy, do czytania przepisu. Potem kilka dni zwlekałam, bo to przedsięwzięcie trzeba sobie dobrze logistycznie rozplanować. Zmieniłam nieco czas i sposób wyrastania, żeby lepiej pasował do mojego porządku dnia. Tak czy inaczej jednak, prace należy rozpocząć dzień wcześniej. I to najlepiej całkiem rano, żeby się odpowiednio ze wszystkim ogarnąć. Osiemnaście godzin wyrastania to bowiem nie przelewki...

Za naszą cierpliwość bajgle odwdzięczą się charakterystyczną skórką i zwartym, sycącym miąższem. Są pyszne! Idealne do kanapek na śniadanie, lunch czy kolację. A może nawet na obiad...?

Bajgle


Składniki:
(na 18 sztuk)

zaczyn:
  • 150 g mąki pszennej
  • 150 ml letniej wody
  • 3 g świeżych drożdży

ciasto właściwe:
  • 700 g mąki pszennej
  • 350 ml letniej wody
  • 2 łyżki miodu
  • 1 łyżka soli
  • 15 g świeżych drożdży

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka
  • 25 g białego maku
  • 25 g czarnego sezamu

do gotowania:
  • 3 l wody
  • 1 łyżka miodu

Drożdże na zaczyn rozpuścić w wodzie, dodać mąkę, dokładnie wymieszać. Odstawić w ciepłe miejsce na 8 godzin, żeby zaczyn wyrósł.

Po tym czasie do dużej mąki przesiać mąkę, dodać pozostałe drożdże rozpuszczone w wodzie, miód i cały zaczyn. Zagnieść, dodać sól, wyrabiać jeszcze przez 5 minut.
Ciasto przykryć, odstawić do lodówki do wyrośnięcia na 10 godzin.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 18 równych części. Za każdej uformować kulę. Ułożyć je na blacie obsypanym mąką, przykryć ściereczką i zostawić na 20 minut.

Po tym czasie w każdej bułeczce palcem zrobić dziurkę, kręcić dłonią, aby ją odpowiednio powiększyć. Odłożyć do wyrośnięcia na 40 minut.

W tym czasie zagotować wodę z miodem. Partiami gotować bułeczki, po 1 minucie z każdej strony. Odłożyć na kratkę do obcieknięcia.

Bajgle ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, wierzch posmarować mlekiem i obsypać makiem i sezamem.

Piec w 200 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Do moich bajgli użyłam białego maku i czarnego sezamu - taki miałam kaprys. Zresztą, smak białego maku po prostu uwielbiam! Można użyć tych posypek w bardziej tradycyjnych odcieniach; można też je pominąć lub postawić na coś zupełnie innego. 
Najważniejsze, żeby Wam smakowało.

piątek, 2 października 2015

Francuski klasyk: galette

Wczoraj C. szedł do pracy nieco później, zaraz więc po śniadaniu udaliśmy się z Ptysią na spacer. Najpierw do małego parku (trzy minuty drogi od domu), a później do dużego (niewiele dalej); ostatnio bowiem rzadko nam się udaje na wspólne spacery wychodzić. Pogoda, póki co (odpukać!), zdecydowanie do takich eskapad zachęca; choć nie jest już tak ciepło, wcale nie czuję złowrogiego oddechu października na karku. Lekko zamglone słońce, babie lato, śliwki spadające na głowę... I ciągle jeszcze tylko lekki płaszcz.

W dużym parku wybraliśmy najbardziej okrężną z dróg, czym Ptysię wprawiliśmy w nieukrywany zachwyt. Biegała, skakała, poszczekiwała pełna szczęścia, jak to tylko psy potrafią. A my tymczasem, zupełnie przypadkiem, odkryliśmy jeżynowe krzaki. Ktoś przyciął żywopłot, a zanim właśnie ukrywały się najdorodniejsze sztuki. Szybciutko zapełniliśmy mały woreczek, i do domu wracałam bardzo zadowolona, już po drodze zastanawiając się, co z nich przygotuję. W planach miałam bardzo elegancki mus czekoladowy przynajmniej w trzech kolorach, ale... Cóż, będzie musiał poczekać (nie tak znowu długo, bo po jeżynowej tarcie nie ma już śladu!).

Myślałam długo, ale w głowie pustka. Usiadłam więc przed laptopkiem; on zna odpowiedzi na najdziwniejsze pytania, ciasto z jeżynami to dla niego chleb powszedni. Po kilku kliknięciach, rozważaniach, czy to aby na pewno jest to, moim oczom ukazała się tarta... Ale nie taka zwykła, a galette. Co to takiego? Najprostsza z najprostszych, o francuskim rodowodzie, zyskała więc już poklask w wielu kręgach, mimo swego nieco topornego kształtu. Nie pieczemy jej bowiem w formie, a na zwykłej, dużej blasze z piekarnika. Na środek wykładamy owoce, zawijamy brzegi - i gotowe. Bez wcześniejszego podpiekania spodu, bez skomplikowanych kremów, bez dziwactw i utrudnień. Z piekarnika najpierw unosi się zapach, który wabi do kuchni wszystkich domowników. Następnie wyciągamy tartę; idealnie słodką, doskonale kruchą, pełną miękkich owoców. Spód nie nasiąka i pozostaje chrupiący, a środek... Środek to marzenie, którego nie da się opisać.
I choć nie ma tu zaskakujących połączeń i całość może wydawać się nudna - nie dajcie się oszukać. Jest wyborna! Na ciepło, z gałką lodów... Poezja. Jeśli jeszcze nie próbowaliście - to jest właściwa chwila.

Przepis od Patrycji, nie zawiera więc jajek. Margarynę zamieniłam na masło, dzięki czemu ciasto pięknie nim pachnie i smakuje, ale nie jest już bezlaktozowe. Nam to nie przeszkadza, alergii bowiem nie mamy. Dorzuciłam też trochę borówek amerykańskich, bo samych jeżyn wydawało mi się za mało... Ciasto zdecydowanie na tym nie straciło. Polecam!

Galette z jeżynami i borówkami


Składniki:
(na średniej wielkości tartę)

spód:
  • 250 g mąki pszennej
  • 60 g cukru
  • 150 g zimnego masła
  • 2 łyżki zimnej wody
nadzienie:
  • 225 g jeżyn
  • 100 g borówek amerykańskich
  • 3 łyżki cukru trzcinowego
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Powoli wlewać wodę; tyle, żeby zagnieść gładkie, elastyczne ciasto.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Po tym czasie ciasto rozwałkować na dość cienkie koło na papierze do pieczenia. Razem z papierem przełożyć na dużą blachę z piekarnika.

Owoce wymieszać z cukrem i mąką ziemniaczaną, wyłożyć na ciasto, zostawiając wolne 5-6 cm z brzegu. Zawinąć brzegi na nadzienie, formując galette.

Piec w 180 st. C. przez 35-40 minut.
Ostudzić.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


Mam nadzieję, że taka cudownie jesienna pogoda utrzyma się jeszcze długo... Najchętniej - aż do Gwiazdki.