środa, 30 października 2013

Jesienne lody - dlaczego by nie...?

Święta w tym roku do Danii zawitały nieco wcześniej... Może tylko na naszą ulicę, nie mam pojęcia. W każdym razie w sklepach można już znaleźć: renifery, bałwanki, Mikołaje, czerwone fartuszki, świeczniki ze świątecznymi motywami, i tak dalej, i tym podobnie... Trochę mnie to przeraża - jeszcze się bowiem nawet październik nie skończył... (A w niektórych sklepach widziałam ozdoby choinkowe już na początku września!) Z drugiej strony, sytuacja ta ma jeden wielki plus. Otóż C. poczuł ducha Świąt (najwyraźniej, inaczej sobie tego wytłumaczyć nie umiem) i dokonał zakupu, którego miał dokonać dopiero za dwa miesiące - mianowicie zakupił sorbetierę do Wallego. Nie macie pojęcia, jak ogromnie byłam szczęśliwa! A właściwie to nadal jestem. Marzyłam o tym dniami i nocami - te wszystkie boskie lody, które teraz będę mogła przygotować... Na przekór więc jesieni kręcę lody - w najróżniejszych smakach. I te bardziej pasujące do pogody, czyli rozgrzewające, aromatyczne, pełne przypraw, ale też zupełnie szalenie letnie... Wszystkie są cudownie pyszne, i wiem, że na Święta zrobię piernikowe...

Pewnego dnia zajrzałam do Kamili. I kiedy zobaczyłam to semifreddo, nie potrafiłam się oprzeć. Cudowne, delikatne i leciutkie, pełne fig, z alkoholową nutą... Pycha! 
Nazajutrz dostałam sorbetierę. Tamten deser nie dawał mi jednak spokoju - więc postanowiłam połączyć dwa w jednym. Mam więc figi, mocno rumowe rodzynki (nie mam w domu brandy, nie lubię), są też chrupiące płatki migdałowe. Zamiast jednak semifreddo, mam tradycyjne lody na żółtkach, na kremie angielskim z przepisu Michela Roux z jego Ciast pikantnych i słodkich. Wyszły obłędne - uwielbiam lody z alkoholem. Są takie dorosłe i pyszne.
Jedyne ale - następnym razem jednak dodałabym do nich kremówki. Będą bardziej puszyste i delikatne. U mnie akurat wyszła, a było późno, więc wyjście do sklepu odpadało. Lody za to musiały być teraz, zaraz, natychmiast, więc... Są bez śmietany. I tak wyszły genialne.

Jeśli nie macie lub nie lubicie fig, po prostu je pomińcie. Lody i tak wyjdą wspaniałe (ach, te rumowe rodzynki...).

Lody waniliowo-rumowe ze świeżymi figami

Składniki:
(na około 1 l lodów)
  • 500 ml mleka
  • 6 żółtek
  • 100 g cukru
  • ziarenka z 1/2 laski wanilii
  • 70 ml rumu
  • 50 g płatków migdałowych
  • 50 g rodzynek
  • 4 świeże figi

Rodzynki zalać rumem, odstawić.
Żółtka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Mleko z wanilią zagototwać, powoli wlać do żółtek, cały czas miksując. Przelać masę do garnka, podgrzewać, cały czas miszając, aż zgęstnieje. Nie gotować.
Przelać płyn przez sitko, zostawić do całkowitego ostudzenia, a następnie schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Po tym czasie odcisnąć rodzynki, wymieszać masę mleczno-jajeczną z rumem. Przelać do maszyny do lodów, 10 minut przed końcem mieszania dodać rodzynki, figi i uprażone na suchej patelni migdały.
Zamrozić.

Smacznego!

Uwielbiam lody na kremie angielskim. Jest z nimi tylko jeden problem - przeogromne ilości białek... Chyba zacznę kręcić sorbety (bo ile można piec bezy, prawda...?).

wtorek, 29 października 2013

Krwawe gniazdka bezowe

Zasadniczo rzecz biorąc, nie świętuję w Halloween. Ale bardzo mi się ta tradycja podoba - odganianie duchów i te sprawy to zdecydowanie moje klimaty. Uwielbiam fantazjować, namiętnie czytam książki, które ocierają się o magię, sama wierzę w dobre duchy. Nie widzę powodu, żeby fukać na to amerykańskie święto - jest dobre jak każde inne, a jeśli daje powód do zabawy i uśmiechu, to tym lepiej. Wycinam więc dynię - co roku jest to Jack Skellington, mój najukochańszy bohater Tima Burtona. Co roku jest bardziej podobny do oryginału, choć tak naprawdę do ideału mu jeszcze daleko. Mimo wszystko sprawia mi to ogromną frajdę, nie widzę więc powodu, żeby martwić się drobnymi niedociągnięciami.
Przygotowuję też halloweenowe słodkości - tak na wszelki wypadek. W tym roku nie będziemy mieli gości, mam więc tylko dwie propozycje. Dzisiaj będzie o tej mniej strasznej.

Gniazdka te zobaczyłam u Doroty i od razu wiedziałam, że muszę takie zrobić. Mam znów spory zapas białek, a w szafce czekają wiśnie od Mamuni. Miałam więc wszystko co potrzebne w domu, i szybciutko zabrałam się do pracy.
Pierwszy raz piekłam bezę w tak niskiej temperaturze, i muszę powiedzieć, że wyszła idealna - bielusieńka, chrupiąca z wierzchu, odrobinkę ciągnąca w środku (właściwie to spód jest troszkę ciągnący, ścianki wysuszyły się zupełnie); po prostu ideał. Jeśli się więc Wam nie spieszy, zdecydowanie polecam tę metodę. Następnym razem spróbuję upiec w ten sposób Pavlovą - zobaczymy, co z tego będzie...
Gniazdka wypełniamy bitą śmietaną (bez cukru, zdecydowanie), a całość dekorujemy krwawą wiśniową frużeliną. Ja do jej przygotowania użyłam wiśni ze słoika. Mam je od Mamy, są takie prawie bez cukru. Sklepowe, jeśli są mocno słodkie, nie nadają się - frużelina wyjdzie mdła, a ma być lekko kwaskowa, żeby ożywić całość.
Deser wygląda zachwycająco! I jest naprawdę pyszny, mocno słodki, ale wiśnie tę słodycz równoważą. Jeśli lubicie bezy, te z pewnością przypadną Wam do gustu.

Gniazdka bezowe z bitą śmietaną i frużeliną wiśniową

Składniki:
(na 12 sztuk)

bezy:
  • 4 białka
  • 220 g cukru
  • 1 łyżeczka białego octu winnego

frużelina wiśniowa:
  • 250 g wiśni (świeżych, mrożonych lub ze słoika)
  • 110 g cukru
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżka wody
  • 2 listki żelatyny

dodatkowo:
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)

Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier. Na końcu wlać ocet, zmiksować.
Masę przełożyć do rękawa cukierniczego z końcówką w kształcie gwiazdki, wyciskać na balchę wyłożoną papierem do pieczenia gniazdka: najpierw okrągły spód, a później brzegi. 

Suszyć w piekarniku w 80 st. C. przez 4 godziny.
Ostudzić w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Wiśnie (jeśli ze słoika, to z sokiem) z cukrem umieścić w rondelku. Podgrzewać na średnim ogniu, nie gotując. Dodać sok z cytryny i wymieszaną z wodą mąkę, podgrzewać jeszcze trochę, zdjąć z palnika.
Żelatynę odcisnąć, dodać do masy, wymieszać aż do rozpuszczenia. Ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce. 

Kremówkę ubić na sztywno. Za pomocą rękawa cukierniczego wycisnąć do środka gniazdek, udekorować frużeliną w taki sposób, aby sok ściekał po ściankach gniazdek.

Smacznego!

Wczoraj w Danii był sztorm. Ponoć największy od chyba jedenastu lat. U nas nie było tak źle, ale na wieczornym spacerze z Ptysią znaleźliśmy kawałki rynien, dachówki, gałęzie... Liście z drzew niemal wszystkie został brutalnie zerwane. W innych regionach Danii było gorzej - pozrywane dachy, powywracane drzewa, zniszczone ogrody. Mam nadzieję, że nie doświadczymy czegoś takiego przez kolejnych jedenaście lat...

poniedziałek, 28 października 2013

W świecie amerykańskich bogów

Przez wakacje i czytelnicze lenistwo z tym związane, ciągle jestem do tyłu z moim książkowym wyzwaniem. Staram się jak mogę, i udało mi się całkiem sporo odrobić, ale nie jestem pewna, czy podołam. Mam ostatnio sporo różnych spraw na głowie (o czym już pisałam), i nie mogę się przez nie skupić na czytaniu tak, jakbym chciała... Na szczęście wybór lektur pomaga w przezwyciężeniu przeciwności. Kiedy ma się fantastyczne książki, zdecydowanie łatwiej oderwać się od rzeczywistości. Z Zafona przerzuciłam się na Gaimana, i muszę powiedzieć, że był to niezwykle trafny wybór...

Chłopaków Anansiego kupiłam na chybił-trafił. Nie wiedziałam, że to druga część Amerykańskich bogów. Cóż... I na to przyjdzie pora (przy kolejnym wyjeździe do Polski). Na szczęście drugą część można przeczytać bez przeszkód przed pierwszą, więc nic sobie nie robiąc z ustalonego porządku rzeczy, pochłonęłam Chłopaków w kilka dni.

Powieść Gaimana traktuje o synach Anansiego (czego można się domyślić z tytułu, choć może niekoniecznie...). Gruby Charlie i Spider się nie znają. Zostali rozdzieleni w dzieciństwie, zanim Charlie zdążył się zorientować, że ma brata. Spotkają się po latach, obaj już dorośli, po śmierci ojca.
Tak naprawdę Gruby Charlie nie przejął się śmiercią taty tak, jak powinien. Nie widział go od lat, gdyż razem z matką przeprowadził się z Florydy do Anglii. Poleciał jednak na pogrzeb, zakopał trumnę w pocie czoła, i zjadł obiad u dawnej sąsiadki. To ona zdradziła mu tajemnice - o tym, że jego ojciec był bogiem, i że ma brata. Nieopatrznie Charlie wzywa Spidera, i tu zaczynają się wszystkie jego kłopoty... Spider bowiem odziedziczył po ojcu całą boskość - potrafi czynić cuda, choć niekoniecznie w takim sensie, w jakim je rozumiemy... Jego cuda służą tylko jemu samemu - niszczy on życie Charliego, choć robi to zupełnie niezamierzenie - podrywa Rosi, narzeczoną brata, sprawia, że Charlie zostaje aresztowany, a to dopiero początek... Zdesperowany Charlie, chcąc się pozbyć Spidera, wyrusza na początek (który myli z końcem) świata, gdzie prosi o pomoc pradawnych bogów. Okazuje się jednak, że ich pomoc nie wygląda tak, jak można by przypuszczać...

Pełna humoru powieść o rodzinnych relacjach, i zamieszaniu, jakie może sprawić niespodziewany członek rodziny. We wszystko wplątane zostają staruszki, które starają się być czarownicami, śliczna policjantka i podły przełożony. Jest morderstwo, są duchy i bogowie. Przenikające się światy i niespodziewane zwroty akcji. Jak to u Gaimana - nie można się nudzić. 
Polecam ogromnie. 

Chłopaki Anansiego
Neil Gaiman
Wydawnictwo MAG
Warszawa, 2010

sobota, 26 października 2013

Sernik z migdałami

Już niemal zapomniałam, że miałam urodziny, a tu jeszcze znalazłam jedno urodzinowe ciasto. To zostało na mnie wymuszone obietnicą złożenia życzeń - bo, moi drodzy, żeby zasłużyć na życzenia w pracy, trzeba przynieść coś słodkiego... A ponieważ moje koleżanki lubią serniki, pomyślałam, że to idealna okazja, żeby jakiś przygotować.

Długo szukałam. Naprawdę długo. Chciałam ciasto na tyle neutralne w smaku, żeby każdy zjadł z apetytem, a jednocześnie choć trochę oryginalne, nie nudne. 

W końcu udało mi się znaleźć ideał w gazetce Pieczenie jest proste, nr 1/2010. Sernik migdałowy - to przecież zasmakuje każdemu. Z mielonymi migdałami, co oznacza, że będzie miał ciekawą strukturę, troszkę inną od tradycyjnych, gładkich serników. Z odrobiną alkoholu, która sprawi, że dzień w pracy nie będzie się tak dłużył (wiem, wiem, cały alkohol wyparował podczas pieczenia, ale siła sugestii jest wielka). I wreszcie z niteczkami karmelu, co oznacza, że wzbudzi wielkie oooch! I wiecie co? Miałam rację. Wszystkim bardzo smakował, a koleżanka poprosiła o przepis, żeby przygotować go na urodziny synka. Został jeden kawałeczek, o który zostałam poproszona na później. Urosłam. Serio.

Sernik migdałowy z amaretto i amaretti

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

spód:
  • 100 g ciasteczek amaretti
  • 70 g ciastek digestive
  • 50 g masła

masa serowa:
  • 900 g serka kremowego
  • 250 g mascarpone
  • 5 jajek
  • 160 g cukru
  • 100 g mielonych migdałów
  • 60 ml amaretto
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1 cytryny

do dekoracji:
  • 50 g ciasteczek amaretti
  • 100 g cukru
  • 3 łyżki wody

Ciasteczka na spód pokruszyć Masło rozpuścić, wymieszać z ciasteczkami.
Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Masę ciasteczkową dokładnie ugnieść na dnie. Schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Piec w 200 st. C. przez 12-15 minut, ostudzić.

Jajka utrzeć z cukrem na puszystą masę, dodać serek, mascarpone, migdały, likier, sok i skórkę z cytryny. Dokładnie wymieszać. 
Masę wyłożyć na spód, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 1,5 godziny.
Ostudzić w piekarniku.

Ostudzony sernik przełożyć do lodówki na 3-4 godziny.

Cukier z wodą umieścić w garnuszku, podgrzewać, nie mieszając, aż karmel nabierze złocistej barwy. Lekko przestudzić.
Na wierzchu sernika ułożyć amaretti. Maczać widelec w karmelu, i szybko machając nad ciastem, rozciągać złote niteczki. Zostawić do zastygnięcia na kilka minut, podawać.

Smacznego!

Uwielbiam sprawiać przyjemność pieczeniem. Kiedy innym smakuje to, co przygotowałam, aż cała podskakuję z radości (tak w sobie, w środku, żeby nikt nie widział). Geniuszem był ten, co stwierdził, że przez żołądek do serca...

piątek, 25 października 2013

Bagietki niemal błyskawiczne

Uwielbiam świeże, domowe pieczywo. Czy to bułeczki, czy chleb, albo słodka chałka czy drożdżówki... Wszystko, co nada się na śniadanie, jest u mnie mile widziane. Ciągle szukam nowych, ciekawych przepisów, różniących się składnikami lub metodą wykonania. Najbardziej lubię małe, okrągłe bułeczki - można je przygotować na tyle różnych sposób... Tym razem jednak sięgnęłam po Bag brød - duńską książkę traktującą o wypieku chleba. Ma cudne, nieco rustykalne zdjęcia, i pełna jest fantastycznych przepisów. W oczy wpadły mi trubo bagietki. Hmm... Co najmniej zabawna nazwa. Okazuje się jednak, że przygotowuje się je naprawdę ekspresowo - półtorej godziny, i będą pysznić się na blacie kuchennym, i rozsiewać taki zapach, że nikt im się nie oprze... 

Pierwszy raz upiekłam je na nasz wakacyjny wyjazd, w ramach kanapek na drogę. Wtedy przygotowałam sześć mniejszych, które przecięłam wzdłuż na pół i przygotowałam gigantyczne kanapki. Nie zdążyłam zrobić zdjęć... Ostatnio przeglądałam folder z przepisami, i znalazłam ten. Stwierdziłam, że koniecznie trzeba je powtórzyć, i Wam pokazać, bo są naprawdę wyśmienite. 
Tym razem przygotowałam je w wersji pełnowymiarowej - trzy duże bagietki. Wyszły obłędne - mięciutkie, pulchniutkie i pachnące. Na trzeci dzień ponacinałam je po skosie i wypełniłam masłem i posiekanymi, świeżymi ziołami. Smakowały wspaniale.

Turbo bagietki

Składniki:
(na 3 sztuki)
  • 25 g świeżych drożdży
  • 500 ml letniej wody
  • 2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżka oliwy
  • 720 g mąki pszennej

dodatkowo:
  • 2 łyżki mąki

Drożdże dokładnie rozetrzeć z cukrem i odrobiną wody. Wlać resztę wody, oliwę, dodać sól i całość dokładnie wymieszać. Partiami dodawać mąkę.
Wyrobić ciasto (może się lepić) i odstawić na 25-30 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 6 części, z każdej uformować bagietkę. Ułożyć je na dwóch blachach wyłożonych papierem do pieczenia, odstawić na 15-30 minut.
Przed pieczeniem oprószyć mąką.

Piec w 220 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

A w tej chwili rozpracowuję nowy rodzaj pieczywa - na poolish... Znacie, robicie?

środa, 23 października 2013

Sernik dyniowy z Anią

Sezon dyniowy w tym roku rozpoczęłam na wytrawnie - zupą z poprzedniego wpisu. Pora więc na coś słodkiego - wiadomo bowiem przecież, że dynia do wypieków nadaje się znakomicie. Z racji neutralnego smaku jest świetną bazą do wszelakich wariacji smakowych, nadaje ciastom cudownej wilgotności i ślicznego, słonecznego koloru (choć to ostatnie zależy od użytej odmiany). Lista dyniowych wypieków na ten sezon jest długa, i będę ją wcielać w życie, dopóki dynia zupełnie nam się nie znudzi, albo po prostu nie skończy. Na pierwszy ogień poszło coś, czego jeszcze nie próbowałam, a co intrygowało mnie od dawna.

Sernik dyniowy piekłam, i był pyszny. Cudownie wilgotny, kremowy, w ogóle bajeczny. I teraz padło pytanie: czy da się zrobić sernik z dynią na zimno...? Hmm... Długo szukałam jakiejś inspiracji. Chciałam, żeby był smaczny, nie przesadnie dyniowy, pachnący cynamonem, słodki, kremowy i delikatny. W końcu na blogu A family feast znalazłam coś, co mniej więcej odpowiadało moim wyobrażeniom. Okazało się jednak, że łatwo nie będzie...
W oryginale na liście składników znajduje się sugar free cheesecake-flavored instatnt pudding. Hmm... Czyli że budyniowy proszek o smaku sernika bez cukru, prawda? Pomijając fakt, że w Danii takich cudów nie ma, to się zastanawiam, czy jakbym dała coś takiego do sernika bez pieczenia, to nie smakowałby mąką? Czy może amerykańskie puddingi nie mają w składzie mąki? Nie wiem. I pewnie przez jakiś czas jeszcze się nie dowiem. Stwierdziłam zatem, że najprościej będzie to zastąpić żelatyną. Dałam dziesięć listków, i myślałam, że mam sernik z głowy.

Jakieś było moje zdziwienie, gdy następnego dnia okazało się, że wszystko nadal pływa! Masa, owszem, była bardzo rzadka, ale żeby aż tak...? Niewiele myśląc, rozpuściłam kolejnych dziesięć listków, wylałam masę z tortownicy, wymieszałam z żelatyną, wlałam z powrotem - i do lodówki. Uff... Udało się. Sernik pięknie się ściął, i o dziwo, nie smakuje żelatyną ani trochę. Jest bardzo delikatny, raczej słodki, z mocno wyczuwalnym smakiem dyni, przełamanym przyprawami. Smakuje naprawdę dobrze - o ile nie macie nic przeciwko dyni. Jeśli jesteście jej fanami - to jest sernik dla Was!

Wkrótce okazało się, że nie tylko ja miałam przygodę z tym przepisem. Ania też zapragnęła sernika z dynią na zimno, i znalazła inspirację na tym samym blogu. Jej ciasto jednak skończyło zupełnie inaczej niż moje... Jak? Koniecznie do niej zajrzyjcie!

Dyniowy sernik na zimno


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

spód:
  • 115 g ciastek digestive
  • 55 g masła
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 500 g puree z dyni
  • 370 g mleka skondensowanego słodzonego
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 1/2 łyżeczki mielonych goździków
  • 150 g płynnego miodu
  • 20 listków żelatyny
dodatkowo:
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
Ciastka pokruszyć na miazgę, wymieszać z cynamonem. Dodać rozpuszczone i przestudzone masło, dokładnie wymieszać.Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wsypać masę ciasteczkową, ugnieść na dnie dłonią lub łyżką. Wstawić do lodówki na czas przygotowania masy serowej.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, odcisnąć i rozpuścić na parze lub w garnuszku na bardzo małym ogniu. Przestudzić.
Pozostałe składniki: serek, kremówkę, puree, mleko skondensowane, miód i przyprawy dokładnie razem zmiksować. Dodać kilka łyżek masy do żelatyny, wymieszać, przelać całość do miski z serem. Dokładnie zmiksować, przelać do tortownicy. 

Schłodzić w lodówce przez całą noc.

Przed podaniem udekorować ubitą kremówką.

Smacznego!


A ponieważ chyba wszyscy pieką teraz dyniowe serniki, niedługo i takiego możecie się u mnie spodziewać. Jeszcze się nie zdecydowałam na konkretny przepis - tyle ich jest, że można zwariować. Co jeden to lepszy! Może Wy podsuniecie jakieś pomysły...?

wtorek, 22 października 2013

Dynia na dwanaście sposobów, czyli wspólne gotowanie

Kocham dynie! Serio. Uwielbiam. Nie wyobrażam sobie jesieni bez tego pomarańczowego giganta. Kiedyś jednak miałam zgoła odmienne zdanie...
Moja Babcia robiła dynię marynowaną w occie. Jeny, jak ja tego nie znosiłam... Uwielbiałam za to wydłubywanie pestek z klejących się włókien, ich mycie i rozkładanie na gazetach tak, żeby się nie dotykały. Później Dziadek układał je na parapetach nad kaloryferami w całym domu, i tak suszyły się, i suszyły, i suszyły... Długo to trwało. Kiedy jednak w końcu Dziadek zdecydował, że się nadają, łuskałam i łuskałam, i łuskałam... Cudowne to były czasy. 

Do dyni jednak pozostał mi niesmak - pestki pestkami - nie warto dla nich kupować całej ogromnej kuli. Gdy jednak bardziej zainteresowałam się gotowaniem i pieczeniem okazało się, że dynia to nie tylko kostki w occie, ale też zupy, gnocchi, tarty, chleby, ciasta przeróżne... Istnieją miliony możliwości, a co jedna, to bardziej smakowita. Postanowiłam więc spróbować... I przepadłam. Odtąd jesienią w mojej kuchni dynia być musi, i koniec. Pod różnymi postaciami - w tym roku mam całą listę rzeczy, które chcę z nią przygotować. Zobaczymy, ile dam radę...

Zaczynam od zupy - bo właśnie zupa z dyni stała się tematem kolejnego wspólnego gotowania. Uwielbiam dyniowe kremy - gęste, sycące, rozgrzewające... Pycha! 
Na początku planowałam inną, ale gdy tylko zobaczyłam połączenie dyni z gruszką na blogu Pojechana kuchnia wiedziałam, że to właśnie to jako pierwsze wyląduje na moim stole. I miałam rację... Zupa nie jest bardzo gęsta, ale obłędnie smaczna. Mleko kokosowe nadaje jej wyjątkowego smaku, gruszka byłaby tylko lekko wyczuwalna w tle, gdyby nie połówka owocu pływająca na środku talerza. Do tego rozgrzewający imbir i słoneczna dynia - idealny jesienny obiad. Koniecznie musicie spróbować!

Razem ze mną za dynię zabrały się Chantel, Dobromiła, Lejdi, Maggie, Martynosia, Mirabelka, Mopsik, Pela, SiankooSiaśka i Bartoldzik

Zupa krem z dyni z gruszką

Składniki:
(na 4-6 porcji)
  • 700 g dyni (waga samego miąższu)
  • 2 gruszki
  • 2 l bulionu
  • 300 ml mleka kokosowego
  • sól
  • pieprz
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru

dodatkowo:
  • 2-3 gruszki
  • 1 gałązka rozmarynu

Dynię obrać, pokroić w mniej więcej równej wielkości kostkę. Włożyć do garnka, zalać bulionem, posolić i gotować, dopóki dynia nie zmięknie. Kilka minut przed końcem gotowania obrać gruszki, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w kostkę i dodać do zupy. Kiedy dynia i gruszki będą miękkie, wlać mleko kokosowe, dodać pieprz, kurkumę i imbir. Pogotować jeszcze kilka minut, zdjąć z palnika i zmiksować blenderem na gładki krem. W razie potrzeby doprawić.

Przed podaniem dodatkowe gruszki przeciąć na pół, podsmażyć na patelni grillowej, aż pojawią się brązowe paseczki. 
Zupę podawać z połową zgrillowanej gruszki i kawałkiem rozmarynu.

Smacznego!

Zrobiło się zimno. Naprawdę bardzo, bardzo zimno. W weekend wyciągnęłam mój czerwony, cieplutki płaszcz. Na przekór szarościom - jego żywy kolor sprawia, że łatwiej mi wyjść z domu, gdy ciemno i ponuro, gdy pada nie daj Boże... Na szczęście w lodówce czeka całe mnóstwo dyniowego puree - już się nie mogę doczekać kolejnych pyszności!