wtorek, 8 października 2013

Wspomnienie lata

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze świeciło słońce, wybraliśmy się z C. na spacer. Szliśmy polną drogą, która w końcu zamienia się w leśną, co sprawdziliśmy jeszcze dawniej. Tym razem jednak nie starczyło nam sił, i w pewnym momencie najzwyczajniej w świecie zawróciliśmy. I wtedy w oczy wpadła mi jeżyna. Może i niezbyt słodka, ale pierwsza od kilku ładnych lat. W Danii bowiem jeżyny kosztują fortunę, a w Polsce jakoś nie mogłam załapać się na sezon... W każdym razie - najpierw jedna. Później druga, trzecia, kolejne... Okazało się, że odkryliśmy prawdziwe jeżynowe pole. Zbieraliśmy je do woreczka, połowę zjadając od razu. Pyszności!

W domu długo szukałam odpowiedniego przepisu. Aż w końcu w Chocolate cakes wydawnictwa The Australian women's weekly znalazłam boskie brownie. Tam było z malinami, które kolorystycznie może i lepiej się komponują, ale jeżyny smakują tu wybornie. Świetnie przełamują ciężki, czekoladowy smak. Bo ciasto, choć pyszne, jak dla nas jednak zbyt czekoladowe (nigdy w życiu bym nie pomyślała, że takie słowa wyjdą mi spod palców). Mnóstwo czekolady w cieście, i do tego ganache (które trochę mi się zważyło, ech). Zamiast polewy następnym razem ubiję kremówkę - ciasto będzie lżejsze, chyba nawet bardziej letnie. Z drugiej strony - teraz odkrywam w sobie ogromne zapotrzebowanie na czekoladę... Może dziś smakowałoby mi bardziej...?

Brownie z czekoladowym ganache i jeżynami

Składniki:
(na formę o średnicy 21 cm)
  • 35 g kakao
  • 80 ml gorącej wody
  • 150 g ciemnej czekolady (70%)
  • 150 g masła
  • 300 g ciemnego brązowego cukru
  • 125 g mielonych migdałów
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 4 jajka

ganache:
  • 200 g ciemnej czekolady (70%)
  • 160 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 150 g jeżyn

Kakao wsypać do szklanki, wlać gorącą wodę i mieszać aż do rozpuszczenia.
Czekoladę i masło rozpuścić razem w kąpieli wodnej. NIeco przestudzić, dodać rozpuszczone kakao, cukier, migdały, proszek do pieczenia i żółtka, dokładnie wymieszać. Białka ubić na sztywną pianę, delikatnie wmieszać do masy.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia, przełożyć ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 75 minut.
Wyjąć z piekarnika, przestudzić 15 minut w formie, a następnie przełożyć na kratkę i zostawić do całkowitego ostudzenia.

Kremówkę podgrzać, ale nie gotować. Ciepłą zalać posiekaną czekoladę, wymieszać, aż czekolada się rozpuści. Oblać masą ciasto, udekorować jeżynami.

Smacznego!

Tak naprawdę duńskie jeżyny kompletnie wysiadły przy włoskich - też udało nam się znaleźć takie dziko rosnące - słodkie i soczyste. Od razu widać, jak wielką różnicę robi słońce...

niedziela, 6 października 2013

Babeczki w paseczki...

Jak pisałam wcześniej, zostało mi ciasto cygaretkowe po roladzie. Oczywiście, mogłam po prostu umyć woreczek z zawartością i zapomnieć o sprawie, ale wtedy naprawdę nie byłabym sobą. Zamiast tego, zaczęłam kombinować...
Skoro do rolady się nada, to może do całego biszkoptu też? Ale jak tu by duży biszkopt tym ozdobić...? Może lepiej muffiny...? Ale czy aby takie ciasto nie będzie zbyt ciężkie...? 
Połączyłam więc oba pomysły, i upiekłam babeczki biszkoptowe.

Już kiedyś robiłam takie z przepisu Ever. Pozmieniałam nieco proporcje mąki, dorzuciłam żółtko, które zostało mi od ciasta cygaretkowego, i lawendę, która pasowała do dżemu. Bo dżem też dodałam, do środka. Żeby było ciekawiej. Efekt? Jak najbardziej zadowalający. Smakowo powalają - leciutkie jak chmurka, puszyste i delikatne, ze słodkim dżemem i lawendową nutą... Poezja.
A wyglądają - moim zdaniem - rozkosznie z tymi czerwonymi serduszkami i paseczkami. Jeśli Wam się nie chce, ten etap można pominąć, i przygotować je ot tak, na deser. Pyszne są.

Jeśli jednak zdecydujecie się na ciasto cygaretkowe z barwnikiem, pamiętajcie, że po upieczeniu kolor będzie intensywniejszy. Moje ciasto przed pieczeniem było mocno różowe, po - krwisto czerwone. Cóż, podoba mi się taki efekt, ale należy o tej kuchennej magii pamiętać.

Babeczki biszkoptowe z lawendą i ciastem cygaretkowym

Składniki:
(na 8 sztuk)
  • 2 jajka
  • 1 żółtko
  • 125 g cukru
  • 90 g mąki pszennej
  • 30 g mąki ziemniaczanej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżka suszonej lawendy

dodatkowo:

ciasto cygaretkowe:
  • 35 g miękkiego masła
  • 35 g cukru pudru
  • 1 białko
  • 35 g mąki pszennej
  • czerwony barwnik spożywczy w żelu

Masło z cukrem ubić na puszystą, jasną masę. Dodać białko i przesianą mąkę, zmiksować. Dodać barwnik, połączyć.
Ciasto przełożyć do rękawa cukierniczego z małą, okrągłą końcówką, wycisnąć dowolne wzory na dnie i bokach silikonowych foremek do muffinek. Wstawić na 1 godzinę do lodówki.

Białka ubić na sztwyną pianę, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym dodawać żółtka, a następnie przesiane mąki i proszek do pieczenia. Na końcu dodać lawendę, wymieszać.

Na dno foremek wykładać po łyżce ciasto, następnie na środek każdej babeczki - łyżeczkę dżemu. Na wierzch równomiernie wyłożyć resztę ciasta.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Przestudzić, ale jeszcze ciepłe wyjąć z foremek. Wystudzić całkowicie na kratce.

Smacznego!

Jeszcze niecały miesiąc, i znów będziemy cięli dynie! A Wy - czekacie na Halloween...?

piątek, 4 października 2013

Słoneczne bułeczki

Też tak czasami macie, że idziecie do kuchni bez żadnego pomysłu? Ot tak - wiecie, że coś zrobić trzeba, ale co i jak konkretnie, to już nie bardzo? Ja ostatnio ruszyłam z zamiarem upieczenia bułek. Drożdże już dawno na mnie czekały, poza tym perspektywa pachnących bułeczek na śniadanie wywołuje błyski w oczach C., które bardzo lubię. Nie chciało mi się szukać przepisów, więc zaczęłam wszystko mieszać, tak jak zwykle. Było już ciemno, o szyby dudnił deszcz. I nagle zatęskniłam za słońcem, najlepiej tym najcieplejszym - włoskim. Sięgnęłam więc po kurkumę, która nadała bułeczkom ślicznego, żółtego koloru. A potem w oczy wpadł mi mak, i pomyślałam o cytrynowych muffinach z makiem, które wyglądają tak uroczo. Niewiele więc myśląc, dosypałam dwie łyżki do ciasta. I tak powstały moje słoneczne bułeczki - idealne na szare, deszczowe poranki.

Słoneczne bułeczki z kurkumą i makiem

Składniki:
(na 10 bułek)
  • 500 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 250 ml letniej wody
  • 1 jajko
  • 3 łyżki oliwy
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 2 łyżki maku

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka

Drożdże rozetrzeć z cukrem i 2 łyżkami wody. Dodać 2 łyżki mąki, dokładnie wymieszać. Odstawić zaczyn na 10-15 minut.
Po tym czasie do przesianej mąki dodać zaczyn, resztę wody, sól i jajko, zagnieść ciasto. Dodać pozostałe składniki, wyrobić gładkie, nielepiące się ciasto.
Odstawić na 60 minut do wyrośnięcia.

Po tym czasie jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 10 części, z każdej uformować okrągłą bułeczkę. Ułożyć je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić na 20-30 minut.

Po tym czasie posmarować mlekiem.

Piec w 200 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

A co u Was? Deszcz płacze w ciemnościach za oknem, czy może raczej złote i czerwone liście szeleszczą Wam jesienne historie podczas spacerów? 

środa, 2 października 2013

Ćwiczenia w rolowaniu

Rolady. Hmm... Dlaczego ja ich właściwie nie piekę...? Na blogu jest jedna, zrobiłam może ze dwie więcej w czasie, kiedy nie miałam nastroju na zdjęcia i pisanie. Jakoś nie jest nam po drodze...

Oglądam ostatnio Kagekampen. Duński program o pieczeniu. Od poniedziałku do czwartku uczestnicy stają przed zadaniami postawionymi przez zawodowych cukierników. Tort, ciasteczka, beza, rolada... I kiedy tak C. popatrzył na śliczne rolady, które panie przygotowały stwierdził, że też mam mu jakąś zrobić. No dobra, niech już będzie...

Na blogu A dupa rośnie znalazłam roladę dekorowaną ciastem cygaretkowym. Właściwie to od chwili, kiedy zostawiłam postawiona przed zadaniem, myślałam o tej roladzie - prezentuje się bowiem zabójczo. Cóż, efekt nie jest tak łatwo osiągnąć... Wszystko było dobrze do momentu ponownego zwijania. Biszkopt zrobił mi brzydkiego psikusa, i popękał w miejscach łączenia. Byłam trochę podłamana, ale C. słusznie stwierdził, że nie od razu Kraków zbudowano (on tego tak nie ujął, ale dokładnie o to mu chodziło), i po prostu muszę poćwiczyć. Mi się wydaje, że ciasto biszkoptowe było za kruche - za dużo mąki ziemniaczanej. Następnym razem spróbuję to zrobić troszkę inaczej...

Niemniej, rolada wyszła fantastyczna smakowo. Domowej roboty dżem (trzeba go jakoś wykorzystać, prawda?), niesamowity krem z mascarpone - jeny, jakie to dobre! No i nieszczęsny biszkopt, który choć nie wygląda, to smakuje naprawdę dobrze. 

Rolada z dżemem i mascarpone, dekorowana ciastem cygaretkowym

Składniki:
(na blachę 40x35 cm)

biszkopt:
  • 4 jajka
  • 85 g cukru
  • 50 g mąki pszennej
  • 50 g mąki ziemniaczanej

krem:
  • 250 g mascarpone
  • 120 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżka miodu
  • 2 łyżki limoncello
  • ziarenka z 1/2 laski wanilii

dodatkowo:

ciasto cygaretkowe:
  • 35 g miękkiego masła
  • 35 g cukru pudru
  • 1 białko
  • 35 g mąki pszennej
  • czerwony barwnik spożywczy w żelu

Masło z cukrem ubić na puszystą, jasną masę. Dodać białko i przesianą mąkę, zmiksować. Dodać barwnik, połączyć.
Ciasto przełożyć do rękawa cukierniczego z małą, okrągłą końcówką, wycisnąć dowolne wzory na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Białka na biszkopt ubić na sztywną pianę. Partiami wsypywać cukier, cały czas miksując, następnie po jednym dodawać żółtka. Na koniec dodać przesiane mąki, delikatnie wymieszać.
Masę przełożyć na blachę z wzorkami, równomiernie rozprowadzić.

Piec przez 10-15 minut w 180 st. C.
Gorącą roladę przełożyć na czystą ścierkę oprószoną cukrem pudrem (wzorkami do dołu), luźno zwinąć i zostawić do całkowitego ostygnięcia.

Kremówkę zmiksować z mascarpone, aż całość nabierze konsystencji gęstego kremu. Dodać miód, likier i wanilię, połączyć.

Biszkopt delikatnie rozwinąć, posmarować dżemem, a następnie kremem. Ciasno zwinąć, wstawić do lodówki na 1-2 godziny.

Smacznego!

Do ozdobienia rolady wykorzystałam tylko połowę ciasta cygaretkowego. Niedługo opowiem, co można zrobić z resztą...

wtorek, 1 października 2013

Historia Księcia Mgły

Mam całkiem sporo książek. Mimo wszystko jednak nie potrafię oprzeć się pokusie - każdy urlop w Polsce kończy się nabyciem jeszcze kilku pozycji. Zawsze jest coś ciekawego, co chciałoby się przeczytać już, teraz, zaraz. Coś zdecydowanie bardziej intrygującego niż zawartość półek na wyciągnięcie ręki. Tym razem postawiłam między innymi na Zafona - powieści z jego kolekcji dla młodzieży. Są cztery - o jednej możecie przeczytać na blogu. Dziś czas na kolejną.

Książę Mgły to pierwsza część trylogii - historii o dzieciach, nie tylko dla dzieci.

W 1943 roku w Hiszpanii szaleje wojna. Maximilian Carver w obawie o przyszłość rodziny, podejmuje decyzję o przeprowadzce na wybrzeże. Max, jedyny syn, dowiaduje się o tym w swoje trzynaste urodziny. I choć reszta rodziny wydaje się być podekscytowana i pozytywnie nastawiona, chłopak jest załamany - musi zostawić całe swoje życie, szkołę, przyjaciół, i zawierzyć nieznanemu.
Gdy przybywają do małej osady rybackiej, na stacji kolejowej Irina, najmłodsza z rodzeństwa, znajduje kotka. Rodzice pozwalają jej go zabrać, co później spowoduje nieoczekiwany zwrot akcji...

Max już w ciągu pierwszych dni poznaje Rolanda, chłopca nieco starszego od siebie, i bardzo szybko zostają przyjaciółmi. Do zabawy w nurkowanie zostaje wciągnięta również Alicja - starsza siostra Maxa. Okazuje się jednak, że wrak statku zatopiony w zatoce ma swoją niezwykle mroczną historię, którą opowiada im dziadek Rolanda, a jednocześnie latarnik. Książę Mgły to czarownik, który może spełnić każde życzenie, ale w zamian żąda bardzo wiele. Victor spotkał go wcześniej na swej drodze, i obawia się, że teraz może znów zaatakować. Czy dzieci będą potrafiły uwierzyć w magię? Czy dadzą radę Księciu Mgły? Koniecznie zajrzyjcie do powieści Zafona.

Ja byłam zachwycona - uwielbiam takie historie. Czyta się błyskawicznie, wciąga niezauważenie, żeby nie wypuścić uwagi czytelnika aż do ostatniej strony. Polecam.

Książę Mgły
Carlos Ruiz Zafon
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA
Warszawa, 2010

poniedziałek, 30 września 2013

Ach, te domowe przetwory...

Mmm... Uwielbiam własnoręcznie robione dżemy. Albo takie przygotowane rękami Babci czy Mamy... Pyszne są. Nie mdląco-słodkie, za to pełne kawałeczków owoców. 
Samej nie za bardzo mi się chce te dżemy robić - gotowanie przez ileś tam godzin jakoś mnie nie kręci. Tym razem jednak nie miałam wyjścia...

Kupiłam sobie kilogram nektarynek. Mniami, uwielbiam. Słodkie, soczyste, no i ten słoneczny kolor - idealny na jesienną chandrę. Okazało się jednak, że moje maleństwa nie spełniają wymogów - twarda skórka i jakieś takie dziwne wnętrze... Nie chciało nam się ich jeść. I tak sobie leżały w koszyczku czekając, aż ktoś się ulituje...
Dokupiłam więc jeszcze trochę, i zabrałam się za dżem. Nieco na skróty - bez obierania owoców, bez stania przez noc i puszczania soku. Za to z dodatkiem soku z pomarańczy i bosko pachnącej lawendy, która do nektarynek pasuje mi idealnie.

Inspirację - bardzo luźną - znalazłam w Dejlig marmelade, syltetøj og gele - tam były morele, obierane ze skórki, wszystko jak trzeba. A później okazało się, że bardzo podobny dżem już kiedyś robiłam, i nawet jest na blogu. Cóż, przypomnijmy więc sobie te pyszności...

Dżem nektarynkowo-pomarańczowy z lawendą

Składniki:
(na 600-700 ml dżemu)
  • 1,5 kg nektarynek
  • sok z 2 pomarańczy
  • sok z 1 cytryny
  • 500 g cukru
  • 2 łyżki suszonych kwiatów lawendy
  • 1 łyżka masła

Owoce umyć, przeciąć na pół, usunąć pestki. Pokroić na mniejsze kawałki. Włożyć do garnka z pozostałymi składnikami.
Zagotować, zmniejszyć ogień i gotować przez 1 godzinę.
Ostudzić.

Następnego dnia znó gotować przez 1 godzinę, ostudzić.

Trzeciego dnia gotować 30-60 minut, aż do osiągnięcia pożądanej konsystencji - im dłużej, tym dżem będzie gęstszy.
Przełożyć do słoików, dobrze zamknąć, ostudzić.

Smacznego!

Im dłużej będziecie gotować, tym dżem będzie gęstszy. Pamiętajcie też, że w ostatniej fazie trzeba dżem często mieszać, bo lubi robić psikusy i się przypalać. Cierpliwość i poświęcenie zostaną jednak wynagrodzone smakiem - gwarantuję.

sobota, 28 września 2013

Powrót do przeszłości, czyli sernik urodzinowy

Urodziny miałam już dawno, dawno temu, a jeszcze nie napisałam o wszystkich urodzinowych ciastach.
Pisałam za to, że mieliśmy cudownych gości. Postanowiłam, poza oczywiście tortem, przygotować coś jeszcze. Coś, co zaskoczy Duńczyków - sernik. Pieczony. Hmm...
Najpierw pomyślałam o takim z rodzynkami, ale C. stwierdził, że może lepiej nie... I ciężko go za to winić - sernik z rodzynkami jest ryzykowny nawet na spotkaniu Polaków, no chyba że komuś nie przeszkadza, jak jego goście dłubią w cieście i zastanawiają się, jak w elegancki sposób tych rodzynek się pozbyć. Szukałam więc dalej. W Najlepszych sernikach świata trafiłam na dwa, które mi się spodobały - cytrynowy i z malinami. Połączyłam je więc w jeden, i wyszło prawdziwe cudo.

Na twarogu, więc jest polski akcent, ale konsystencję ma raczej kremową i ciężką. Słodko-kwaśny za sprawą cytryn, niezwykle świeży dzięki malinom. Ja niestety nie mogłam znaleźć świeżych, ale z mrożonymi też był pyszny. Poza Mamą C. wszyscy konsumujący zgodnie stwierdzili, że jest pycha. Mi smakował bardziej od tortu, ale ja na punkcie serników mam jednak lekkiego hopla... Tak czy inaczej - polecam serdecznie. Naprawdę warto spróbować.

Cytrynowy sernik z malinami

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 120 g ciastek digestive
  • 60 g miękkiego masła

masa serowa:
  • 500 g twarogu 3krotnie mielonego
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1 cytryny
  • 150 g cukru
  • 3 jajka
  • 300 g mrożonych malin

dodatkowo:
  • 15 g białej czekolady

Maliny rozmrozić na talerzu wyłożónym papierem kuchennym.

Ciastka dokładnie pokruszyć. Wymieszać z miękkim masłem, dokładnie ugnieść na dnie tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia.
Wstawić do lodówki na 30 minut.

Piec w 200 st. C. przez 10-12 minut.
Ostudzić.

Twaróg utrzeć z kremówką i cukrem. Dodać skórkę i sok z cytryny, wymieszać. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.

Na spód wyłożyć maliny, na nich równomiernie rozprowadzić masę serową.

Piec w 160 st. C. przez 40 minut.
Ostudzić w piekarniku, przy uchylonych drzwiczkach.
Przed podaniem wstawić do lodówki na całą noc.

Przed podaniem udekorować wierzch startą czekoladą.

Smacznego!

Jeszcze raptem jeden letni przepis, i obiecuję się poprawić w kwestii sezonowości - będą jabłka, śliwki, gruszki, dynie... I figi. Tak, figi będą z pewnością.