Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez czarny - kwiaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez czarny - kwiaty. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 sierpnia 2017

Kwintesencja malinowości. I przdślubny stres

Czy wiecie, że za trzy (trzy!; jeden, dwa, trzy!) tygodnie będę mężatką...? Muszę przyznać, że fakt ten staje się coraz bardziej realny i... Przerażający. Czuję głęboki wewnętrzny przymus do stania się dorosłą. I tak; mam całkiem nieźle płatną pracę, którą lubię, milionowy kredyt w banku i dom, który za trzydzieści ileś tam lat będzie mój. Ale dopiero perspektywa wyjścia za mąż sprawiła, że poczułam się jak prawdziwy dorosły. Nieco nieufnie spoglądam na pudełko z obrączkami i zastanawiam się, czy moje życie nagle zmieni się tak, jak alarmują romansidła i kobiecie poradniki. Gdy tylko skończy się miesiąc miodowy, stanę się kurą domową, która będzie tylko sprzątać, gotować i prać brudne skarpetki...? 

No cóż, chyba dopada mnie przedślubny stres. Proszę, pocieszcie mnie, że nie ja jedna tak mam...

Tymczasem mam dla Was wyjątkowo udane ciasto z malinami. Bardzo chciałam wykorzystać syrop, który przygotowałam w bzowym sezonie, a poza tym marzyło mi się ciasto udekorowane półkulami z musu. Widziałam je już chyba wszędzie; czyżby nowa moda...?

Pierwszy raz przygotowałam sernik bez spodu; nie brakowało mi go smakowo, ale przekładanie delikatnego ciasta na paterę może być sporym wyzwaniem. Jeśli nie chcecie ryzykować przełamania ciasta na pół, doradzam kruchy lub ciasteczkowy spód. Sernik będzie stabilniejszy.
Masa serowa jest ciężka i kremowa, z wyraźnym smakiem polskiego twarogu. Dzięki dodatkowi soczystych, kwaskowych malin zyskuje charakteru. Mus jest bardzo prosty i szybki do wykonania, słodki i oryginalny w smaku. Nuta kwiatów czarnego bzu jest dobrze wyczuwalna, ale nie dominuje. Urozmaica. Wprawia w zaskoczenie.
Dekoracja jest prosta, a jednocześnie całkiem efektowna. Muszę przyznać, że jestem z tego ciasta wyjątkowo zadowolona. Choć muszę pamiętać, żeby w końcu kupić sztywną folię do wykładania brzegów tortownicy - ciasta z musami zdecydowanie zyskają na aparycji.

Malinowe pyszności znajdziecie dzisiaj również u Ani i Eweliny.

Sernik z malinami i musem malinowo-bzowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

masa serowa:
  • 600 g twarogu zmielonego 3-krotnie
  • 250 g serka mascarpone
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 5 jajek
  • 125 g cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonej wanilii
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 225 g malin
mus malinowo-bzowy:
dodatkowo:
  • kilka świeżych malin
  • liofilizowane maliny
  • kilka bezików
  • kwiaty czarnego bzu
Twaróg, mascarpone, kremówkę, żółtka, cukier, wanilię i mąkę zmiksować tylko do połączenia składników. Białka ubić na sztywną pianę. Partiami dodawać do masy serowej, delikatnie mieszając łyżką. Na koniec dodać maliny, delikatnie wymieszać.

Masę przelać do formy, której dno wyłożone jest papierem do pieczenia, a boki posmarowane masłem.
Razem z formą do piekarnika wstawić naczynie z wrzątkiem.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 50 minut.
Ostudzić w zamkniętym piekarniku.

Ostudzone ciasto wstawić do lodówki.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Syrop lekko podgrzać - powinien być letni.
Kremówkę ubić na pół sztywno.
Żelatynę odcisnąć, włożyć do małego garnuszka i rozpuścić uważając, żeby za mocno jej nie podgrzać. Dodać do letniego syropu, wymieszać. Wlać syrop do śmietany, delikatnie połączyć.

Nieco musu przełożyć do foremek w kształcie półkul, zamrozić. Pozostały mus wyłożyć na sernik, wyrównać powierzchnię i wstawić do lodówki.

Całkowicie zamrożone półkule wyjąć z formy. Udekorować ciasto zamrożonym musem, świeżymi i liofilizowanymi malinami, bezami i kwiatami.

Smacznego!


Tymczasem wolny weekend dobiegł końca. Za szybko, oj, za szybko.
Na szczęście przede mną kolejny - już za tydzień.
Chyba muszę zagrać w lotka, wyjątkowa ze mnie szczęściara.

środa, 26 lipca 2017

Cukrowy szczyt i spóźniony syrop z bzu i malin

Parę tygodni temu w duńskiej telewizji premierę miał program, który przyprawił o szybsze bicie serca nie tylko cukierniczych amatorów, ale też profesjonalistów. Mowa o Sukkertoppen, czyli Cukrowym szczycie. Dwie pary cukierników co tydzień dostają dwa zadania; wygrani przechodzą dalej. Pierwsze z nich to dwa razy po trzydzieści jednoosobowych ciastek; wygląd i składniki są dowolne, zawsze jednak jest jakiś składnik główny, na przykład rabarbar czy truskawki. Drugie zadanie to ciasto dla trzydziestu osób, gdzie narzucony jest temat i jeden z elementów ciasta (w jednym z programów były to las i ciasto francuskie). Na przygotowanie wszystkiego uczestnicy mają określony czas, jednak do studia przychodzą już przygotowani; listę zadań dostają bowiem z wyprzedzeniem.

Spodziewałam się czegoś absolutnie fantastycznego. I choć niektóre z przysmaków zrobiły na mnie wrażenie, to inne wywołały lekkie zdumienie. Tak proste i oczywiste na taki konkurs...? Mogliby się, moim zdaniem, nieco bardziej postarać.
Zresztą, to nie tylko moje zdanie. Jurorzy, którymi są Nikolaos Strangas (Grek, który pracował w wielu restauracjach z gwiazdkami Michelin, przygotowywał desery dla słynnego D'Angleterre, a obecnie ma swoją cukiernię w Kopenhadze) oraz Ronnie Holmen (nowy szef cukierniczy w Odense Marcipan), również wyrażają swoje rozczarowanie prostotą wykonanych ciast.
Z drugiej strony program oglądam razem z C., który nie może się nadziwić, jak oni to wszystko robią... Domyślam się więc, że na widzach, którzy z branżą cukierniczą nie mają wiele wspólnego, show zdecydowanie robi wrażenie.

Póki co z niecierpliwością czekam na wielki finał - uczestnicy będą przygotowywać torty ślubne.
Poza tym zabawnie jest patrzeć na Ronniego, z którym nie tak dawno rozmawiałam o moim torcie ślubnym...

Dzisiaj mam dla Was przepis, na którego przygotowanie będziecie musieli poczekać do przyszłego roku. Wszystko dlatego, że czarny bez dawno już przekwitł, a ja jakoś nie miałam czasu przygotować wpisu. Syrop jednak wyszedł tak pyszny, że jestem pewna, iż jego idea nie wywietrzeje Wam z głów nawet do przyszłego lata.

Przepis podpatrzyłam w Hjemmets bedste mad, nr 6/2016; zmieniłam tylko truskawki na maliny, a gotowy syrop, zamiast mrozić, zagotowałam i zamknęłam w butelkach.
Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania! Kolor ma fenomenalny, pachnie obłędnie, a smakuje tak, że mogłabym tylko to pić przez całe lato (co zresztą razem z C. uskuteczniamy; zostały mi raptem dwa słoiczki). Koniecznie sobie ten przepis zapiszcie; przyda się w kolejnym bzowym sezonie.

Syrop malinowo-bzowy


Składniki:
(na 2 l syropu)
  • 450 g malin
  • 15 kwiatostanów czarnego bzu
  • 1 cytryna
  • 1 l wody
  • 1 kg cukru

Maliny umyć, osuszyć i rozgnieść widelcem. Przełożyć do miski.
Na owocach ułożyć kwiaty bzu pozbawione grubszych łodyżek. Cytrynę wyszorować, pokroić w cieknie plastry, ułożyć na wierzchu.
Z cukru i wody zagotować syrop. Gorącym zalać owoce z kwiatami. Odstawić na 3 doby w chłodne miejsce (może być lodówka), codziennie mieszając.

Syrop przecedzić przez sitko wyłożone czystą, kuchenną ściereczką. Przelać do garnka, zagotować. Gorący przelewać do wyparzonych słoiczków lub butelek, mocno zakręcać. Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Przepis dodaję do akcji Ani:

środa, 12 lipca 2017

Lody rabarbarowo-bzowe

Kiedy przychodzą do mnie specjaliści, zawsze mam z nimi problem.
Ostatnio zbuntowała nam się pralka - pięknie prała, aż tu nagle woda zaczęła się spod niej wylewać niemal wodospadem. Co robić...? Zaniechałam używania, nie bacząc na krytyczną sytuację skarpetkową, i czekałam cierpliwie na specjalistę. Przybył wczoraj o wpół do jedenastej, zapowiadając uprzednio, że pojawi się między dwunastą a szesnastą. Powitałam go radośnie mimo wszystko - skarpetki (i nie tylko one) powoli zaczęły się bowiem wysypać z kosza na pranie. 
Pan specjalista z promiennym uśmiechem zabrał się do pracy, a ja... No właśnie. Znów miałam problem. Stać i patrzeć mu na ręce? Zabawiać konwersacją? Zaproponować coś do picia? A może po prostu zostawić człowieka w spokoju...?
Nigdy nie wiem, co robić, i cokolwiek bym zrobiła, zawsze jest mi trochę głupio. 

A Wy...? Jak się obchodzicie ze specjalistami...?

Pan tymczasem, nie zważając na moje rozterki, zrobił swoje, czyli stwierdził, że pralka nie cieknie, ale jakby znowu pociekła, to mam zadzwonić. Cóż, na próbę właśnie piorę skarpetki...

Choć pogoda jest co najmniej dziwna, bo trochę pada, trochę wieje, a trochę świeci słońce (czasem jednocześnie), to i tak namiętnie kręcę lody. W końcu mamy lipiec, prawda? Więc jak nie teraz, to kiedy...?
Tym razem sięgnęłam po przepis z gazety Spis bedre, nr 4/2017. Na lody z rabarbarem zawsze mam chętkę, a teraz szczególnie, gdy w ogródku różowo-zielone łodygi rosną bez opamiętania. W przepisie wystąpił syrop z rabarbaru, ale w zielonym kółeczku w rogu zdjęcia poradzono, że zastąpić go można syropem z kwiatów czarnego bzu. Chętnie z tej rady skorzystałam, gdyż rzeczonego syropu zapasy poczyniłam już jakiś czas temu. 
Lody wyszły boskie! Lekko kwaśne, ale jednak słodkie, wyraźnie rabarbarowe z lekką nutą bzu. A do tego bezy; na początku ciągle chrupiące, później niemal rozpuszczone, słodkie kawałeczki... Ciężko powstrzymać się przed dodatkową kulką. Albo dwoma...

Lody rabarbarowo-bzowe z bezami


Składniki:
(na 1 l lodów)
Rabarbar pokroić na małe kawałki, włożyć do garnka z cukrem i syropem. Zagotować, po czym gotować przez 6-8 minut, aż rabarbar zacznie się rozpadać. Zmiksować blenderem na gładką masę, ewentualnie przetrzeć przez sitko. Ostudzić.
Mus rabarbarowy wymieszać z mlekiem i kremówką, schłodzić.

Schłodzoną masę przelać do maszyny do lodów. Pod koniec kręcenia lodów dodać pokruszone na spore kawałki bezy.
Przełożyć lody do plastikowego pojemnika, zamrozić.

Smacznego!


Mam nadzieję, że pogoda się poprawi i w końcu będzie idealna na lody. Bo póki co, ciągle jednak zapijam je gorącą herbatą...

Przepis dodaję do akcji Mopsika:

poniedziałek, 10 lipca 2017

Lata brak i syrop poniewczasie

Czas pędzi nieubłaganie. Ani się obejrzałam, a to już niemal połowa lipca! Może jestem taka zagubiona, bo za dużo pracuję, a może dlatego, że słońce pokazuje się z rzadka i raczy nas ciepłem raczej oszczędnie. Letnie sukienki wiszą smętnie w szafie, powoli zaczynam nawet rozważać opcję noszenia do nich grubych rajstop. W końcu lato za chwilkę się skończy...
Tymczasem bzy również przekwitły. Muszę przyznać, że mocno zaskoczył mnie widok krzewów bez mnóstwa drobnych, białych kwiatków. To naprawdę już...? A co z pomysłami na kolejne syropy i ciasta...? Cóż, będą musiały poczekać do przyszłego roku... Może wtedy nie będę już w stanie permanentnej śpiącej królewny.

Zanim jednak kwiatuszki opadły, zdążyłam nazbierać odpowiednią ilość na syrop bzowo-truskawkowy.
Odkąd po raz pierwszy przygotowałam klasyczny syrop z kwiatów czarnego bzu, robię go co roku. Jest obłędnie pyszny i aromatyczny, świetnie nadaje się się do ciast. W tym roku chciałam go jakoś urozmaicić - idealny pomysł znalazłam w Hjemmets bedste mad, nr 6/2016. Dodatek truskawek okazał się strzałem w dziesiątkę! Syrop nie tylko bosko pachnie, ale ma też fantastyczny kolor. 
Smak czerwca zamknięty w butelce.

Syrop truskawkowo-bzowy


Składniki:
(na 2 l syropu)
  • 500 g truskawek
  • 20 kwiatostanów czarnego bzu
  • 1 cytryna
  • 1 l wody
  • 1 kg jasnego cukru trzcinowego
Truskawki umyć, pozbawić szypułek i rozgnieść widelcem. Przełożyć do miski.
Na owocach ułożyć kwiaty bzu pozbawione grubszych łodyżek. Cytrynę wyszorować, pokroić w cieknie plastry, ułożyć na wierzchu.
Z cukru i wody zagotować syrop. Gorącym zalać owoce z kwiatami. Odstawić na 3 doby w chłodne miejsce (może być lodówka), codziennie mieszając. 

Syrop przecedzić przez sitko wyłożone czystą, kuchenną ściereczką. Przechowywać w lodówce do 1 miesiąca lub zamrozić.

Smacznego!

Tymczasem już w piątek wybieramy się na Midt om natten do Varde. Teatr pod gołym niebem; uwielbiam!

A przepis dodaję oczywiście do akcji Ani:

piątek, 7 lipca 2017

Mrożona herbata. Z rabarbarem i bzem

Nie wszystko poszło tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Krzak malin usechł, zanim jeszcze zdążył się na dobre zadomowić - chyba wybraliśmy dla niego złe miejsce. Krzew czerwonej porzeczki nie przetrwał kilku letnich nawałnic i kilka gałęzi się złamało, pozostawiając dwa smętne kikuty. Cukinie nawet nie zakiełkowały, a szczypiorek został pochłonięty przez rukiew. Było też jednak kilka pozytywnych zaskoczeń: mięta truskawkowa, po przesadzeniu do innej donicy, odzyskała wigor i wygląda na to, że nie da o sobie zapomnieć. Trzeci rodzaj rabarbaru, który myślałam, że nie przetrwa, wypuścił nowe, malutkie gałązki. W tym roku już z niego pożytku nie będzie, ale w przyszłym, kto wie...? Być może doczekacie się przepisów na ciasta z rabarbarem truskawkowym. Jagody goji w końcu wykiełkowały, wprawiając mnie w stan bliski euforii, a leszczyna wypuściła kilka zielonych listków, więc teraz dmuchamy na nią i chuchamy z wielkim zapałem. Mięta imbirowa i zwykła, a także szałwia ananasowa wybujały ponad wszelkie oczekiwania (jeśli macie jakieś pomysły na ich wykorzystanie, koniecznie podzielcie się w komentarzach), a w żywopłocie znaleźliśmy czerwoną porzeczkę wynagradzającą straty. 

Tak więc choć nie wszystko poszło tak, jak planowaliśmy, jesteśmy naszym małym ogródkiem zachwyceni i bardzo przejęci. Ekscytacja sięga zenitu, gdyż jabłonka, po odcięciu na wpół martwego konara, w tym roku zasypana jest wręcz malutkimi, póki co, owocami. Mam nadzieję, że delikatne gałązki wytrzymają ciężar...

W międzyczasie czarny bez przestał kwitnąć. Deszcze zmyły z gałązek ostatnie kwiatki; na szczęście zanim to się stało, przygotowałam solidną porcję syropów. Malinowy, truskawkowy i klasyczny; rozchodzą się szybciej, niż się spodziewałam!

Tego ostatniego użyłam do przygotowania mrożonej herbaty. Trzy tygodnie temu trafił nam się słoneczny weekend, nie zwlekając więc, czym prędzej ukręciłam lody i przygotowałam chłodzący napój. W końcu nie wiadomo, kiedy znów trafi się okazja...

Tak naprawdę przygotowanie mrożonej herbaty jest banalnie proste, wymaga jedynie odrobiny cierpliwości, aż całość mocno się schłodzi. Do delikatnej, czarnej herbaty dodałam sporo rabarbaru, dzięki któremu stała się kwaskowata i orzeźwiająca, a całość osłodziłam syropem z kwiatów czarnego bzu. Proporcje są tutaj umowne, możecie regulować je według własnego uznania, dopasowując do indywidualnego smaku.

Inny pomysł na mrożoną herbatę znajdziecie dzisiaj również u Ani.

Mrożona czarna herbata z rabarbarem i bzem


Składniki:
(na około 1,5 l napoju)
dodatkowo:
  • lód w kostkach
Rabarbar pokroić w cienkie plastry, przełożyć do dzbanka. Włożyć do niego torebkę herbaty, zalać wrzątkiem. Po 5-10 minutach usunąć torebkę z herbatą, ostudzić. Dodać syrop, wymieszać, schłodzić w lodówce.
Podawać z kostkami lodu.

Smacznego!

A rabarbaru z herbaty nie wyrzucajcie; świetnie nadaje się do porannej owsianki.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Letni sernik na zimno z owocami. I wakacje!

Wakacje, znowu są wakacje,
na pewno mam rację,
wakacje znowu są!

Pamiętacie jeszcze tę słynną kiedyś piosenkę kabaretu OT.TO? Gdy jeszcze chodziłam do szkoły, każdy nucił ją pod nosem już pod koniec maja. Dzisiaj moje wakacje są zdecydowanie krótsze, ale... Są! 
Nareszcie!
Właśnie zaczęłam mój krótki urlopik i jestem w siódmym niebie. Nie muszę wstawać o wpół do pierwszej w nocy (kiedyś próbowałam się oszukiwać, że to już nad ranem, ale nic z tego...), spędzać w aucie minimum trzech godzin dziennie i taplać się w czekoladzie. No dobrze - to ostatnie akurat lubię, ale nawet od najprzyjemniejszych rzeczy człowiekowi potrzebna jest przerwa. Mam nadzieję się zregenerować na tyle, żeby jakoś przeżyć pięć dni w pracy i... Znów wybrać się na krótki urlop! 

Ach! Bajka, nie życie...

Nie zabieram ze sobą laptopa, pada ani nic z tych rzeczy. Odpoczynek nie tylko od pracy, ale też od internetu, a co! Na osłodę zostawiam Wam wybitnie wręcz letni serniczek. Banalnie prosty, bez pieczenia, bez cudowania. Klasyka, czyli kruchy, ciasteczkowy spód, delikatna, kremowa masa serowa - cudownie lekka dzięki użyciu jogurtu, a na wierzchu owoce (użyjcie swoich ulubionych) zalane galaretką. I tutaj mały haczyk - bo galaretka nie jest z paczki, ale z domowego syropu z kwiatów czarnego bzu. Jeśli jeszcze macie gdzieś zachomikowaną buteleczkę - nie zawahajcie się jej użyć! 
Serniczek smakuje latem i wakacjami, jest świeży, lekki i delikatny. Spróbujcie, zanim otuli nas jesień...

Sernik waniliowo-jogurtowy z owcami i bzową galaretką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 100 g ciastek digestive
  • 30 g masła
masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 350 g jogurtu naturalnego
  • 3 łyżeczki cukru waniliowego
  • 30 g cukru pudru
  • 4 listki żelatyny
  • 100 ml mleka
dodatkowo:
  • 145 g moreli
  • 45 g czereśni
  • 35 g malin
galaretka:
Masło rozpuścić, przestudzić.
Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z masłem. Masę ciasteczkową dokładnie ugnieść na dnie tortownicy.
Schłodzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Serek zmiksować z jogurtem, cukrem pudrem i waniliowym.
Mleko zagotować. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, połączyć. Ostudzić.
Zimne, ale jeszcze nie tężejące mleko powoli wlewać do masy serowej, cały czas miksując.
Masę przelać na schłodzony spód, wstawić do lodówki na 60 minut.

Morele i czereśnie przekroić na połówki, usunąć pestki.
Owoce ułożyć na serniku.
Wstawić do lodówki do całkowitego zastygnięcia masy serowej.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Wodę zagotować, dodać syrop, wymieszać, zdjąć z palnika. Odcisnąć żelatynę, dodać do wody z syropem, wymieszać. Ostudzić.
Tężejącą galaretkę wylać na sernik.
Wstawić na noc do lodówki.

Smacznego!

A Wy już po urlopach, czy nadal cieszycie się dziecięcą wręcz wolnością...?

poniedziałek, 11 lipca 2016

C. w roli jasnowidza i słodka, duńska zupa. Nie tylko dla C.

Psa bardzo przeżyła naszą przeprowadzkę. Nie mam pojęcia dlaczego, ale zawsze, kiedy się pakujemy, boi się, że o niej zapomnimy. Gdy spakowaliśmy wszystko, Ptysia chodziła ciągle poddenerwowana; a gdy w końcu zabraliśmy ją ze sobą, przez kilka dni nie mogła przyzwyczaić się do nowego miejsca. W końcu nadszedł czas, że musiała zostać sama - raptem kilka godzin. Gdy wróciłam, biegała dziko, więc szybko zabrałam ją na spacer. Po wejściu do jadalni okazało się, że się spóźniłam - pod stołem leżało wiadomo co. Westchnęłam więc tylko, i zabrałam się za sprzątanie.

Gdy C. wrócił z pracy, ja już dawno spałam. Gdy tylko otworzyłam oczy, stanął nade mną i oświadczył bez ogródek: Tina zrobiła kupę. Wytrzeszczyłam na niego oczy i zaczęłam intensywnie się zastanawiać, skąd on to wie? Przecież posprzątałam, wyszorowałam wykładzinę, śladu najmniejszego nie zostawiłam. Po chwili, widząc moje kompletne zagubienie i niedowierzanie, dodał: W piwnicy.
Na twarzy wykwitł mi uśmiech zrozumienia, po czym szybko naświetliłam mu sytuację.
Chyba się cieszę, że C. nie jest jasnowidzem.

Teraz szybciutko zapomnijcie, o czym pisałam, i wyobraźcie sobie talerz najlepszej truskawkowej zupy, jaką jedliście. Jest bowiem duża szansa, że poniższy przepis przebije tamto doświadczenie.
Truskawki niestety już się kończą, jest to więc przysłowiowy ostatni dzwonek, żeby się na taką zupę skusić. Tato wczoraj stwierdził, ciężko wzdychając, że u nich temperatury w okolicach trzydziestki, więc taki chłodny, lekki deser, niejednej osobie umili upalne popołudnie.
Wystarczy wszystko razem zmiksować, schłodzić - i gotowe. Jeśli nie macie w spiżarce domowego syropu z kwiatów czarnego bzu, kupcie buteleczkę, i zauroczeni jego smakiem pamiętajcie o przygotowaniu swojego w przyszłym roku. Ciekawostkę stanowią chrupiące kawałeczki żytniego chleba - sprawiają, że zupa nabiera ciekawej tekstury i naprawdę wyjątkowego smaku.
Spróbujcie koniecznie!

Inspirację znalazłam w duńskim magazynie Spis bedre, nr 5/2016.

Po więcej przepisów na skandynawskie zupy zajrzyjcie do Ani i Marty.

Zupa truskawkowo-bzowa z grzankami


Składniki:
(na 3-4 porcje)
dodatkowo:
  • 200 g ciemnego chleba żytniego
  • 1,5 łyżki ciemnego cukru muscovado
  • 1 łyżka liofilizowanych truskawek
Truskawki umyć, osuszyć, pozbawić szypułek. Zmiksować z syropem, wanilią i maślanką na gładką zupę. Schłodzić w lodówce.

Chleb pokroić w kostkę o boku 1 cm. Wymieszać z cukrem. Podsmażyć na dobrze rozgrzanej patelni przez 10 minut, aż grzanki będą chrupiące.
Ostudzić.

Zupę nalać do miseczek, posypać grzankami i posypać liofilizowanymi truskawkami.
Podawać natychmiast.

Smacznego!


Przepis dodaję oczywiście do akcji Ani:

wtorek, 1 marca 2016

Babka bzowo-jagodowa

Jak wspaniale jest mieć wolny dzień niemal w środku tygodnia. Gdy wszyscy po śpiąco-męczącym poniedziałku zwlekają się z łóżek z niechętną myślą, że to dopiero wtorek, ja mogę poczuć prawdziwy luksus i pospać do ósmej. Później Ptysia wskakuje mi na brzuch i zapalczywie liże po nosie informując, że C. już wstał i z pewnością spragniony jest mojego towarzystwa. Uśmiecham się więc do zamglonego świata i idę szykować śniadanie, podczas gdy C. walczy z nieposłusznym żelazkiem i niewspółpracującym stołem, wyrażając po raz pierwszy, odkąd go znam, chęć posiadania deski do prasowania (moja Babcia ma prawie osiemdziesiąt lat i odkąd pamiętam, prasowała na stole; nie róbcie mi więc wyrzutów). 
Po śniadaniu pełnym zieleni i i planów na najbliższe dni, idziemy na spacer. Brr! Znów temperatura spadła poniżej zera. Aż się wierzyć nie chce, że to już marzec!
Ptysia jednak podskakuje, biega i wącha wszystko wokół z zapałem szczeniaka, C. jedzie do pracy (wyjątkowo ważny dzień przed nim, skoro nawet koszulę wyprasował), a my wracamy do domu; do gorącej herbaty i cudownie rozpoczętego, wolnego dnia.

Plany na dziś mam niezwykle ambitne: wyszorować łazienkę, poczytać książkę, wypić całe litry herbaty i poświęcić trochę więcej czasu na blogowanie, które ostatnio zaniedbałam. 

Niech żyją wolne wtorki! Jeśli takich nie macie, nawet nie wiecie, co tracicie...

Dzisiaj mam dla Was pierwszy wielkanocny przepis w tym roku. Święta wypadają tym razem wyjątkowo wcześnie, pora więc zabrać się za planowanie menu. Ja nie muszę się starać; wielkanocny weekend spędzę w pracy, więc później na świętowanie sił wiele miała nie będę... Ale mam już wielką ochotę na babki, mazurki i serniki; podzielę się więc kilkoma przepisami.

Na początek babka - królowa wielkanocnego stołu. A ta jest zupełnie wyjątkowa!
Inspiracją był dla mnie przepis Edyty na babkę na piwie cytrynowym. Nie miałam takiego, za to z kąta zerkał na mnie cydr bzowo-jagodowy. Zaopatrzyłam się więc w borówki, i dorzuciłam je do mojej babeczki. Dzięki temu wyszła cudownie soczysta. Wierzch to klasyczny lukier cytrynowy, za to dekoracja jest naprawdę niezwykła: latem nazbierałam kwiatów czarnego bzu, i część z nich ususzyłam między kartkami książek; tak, jak w starych dobrych czasach suszyło się kwiatki czy chwasty do zielnika. Proste, a jednocześnie bardzo efektowne. Do tego liofilizowane jagody, które podkręcają owocowy smak.
Babka jest delikatna, mięciutka i wilgotna, naprawdę pyszna. Gwarantuję, że zrobi odpowiednie wrażenie.

Jeśli nie macie suszonych kwiatów bzu, udekorujcie ją cukrowymi jajeczkami - będzie jeszcze bardziej świątecznie!

Babka jagodowo-bzowa na cydrze


Składniki:
(na 2,5 l formę do babki z kominem)
  • 4 jajka
  • 200 g cukru
  • 510 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 150 ml oleju
  • 250 ml cydru bzowo-jagodowego
  • 175 g borówek amerykańskich
lukier:
  • 150 g cukru pudru
  • 3 łyżki soku z cytryny
dodatkowo:
  • 1 łyżka liofilizowanych jagód
  • 1 łyżka suszonych kwiatów czarnego bzu
Jajka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać olej, cały czas miksując.
1 łyżkę mąki wymieszać z jagodami. Pozostałą przesiać, wymieszać z proszkiem. Partiami, na zmianę z cydrem, dodawać do masy jajecznej. Na końcu dodać obtoczone w mącę jagody, delikatnie wymieszać łyżką.
Masę przelać do formy wysmarowanej masłem.

Piec w 180 st. C. przez 60-70 minut, do suchego patyczka.
Przestudzić w formie 15-20 minut, wyłożyć na talerz. Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Cukier puder przesiać, utrzeć z sokiem z cytryny na gładki lukier. Polać babkę. Wierzch udekorować liofilizowanymi jagodami i suszonymi kwiatami czarnego bzu.

Smacznego!


Po głowie chodzi mi zielony mazurek. Co Wy na to...?

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Ciasto nie tylko do kawy

Ewa, kawoholiczka (jak sama o sobie mówi; nie, żebym ja coś insynuowała), zorganizowała na swoim blogu kawowe wyzwanie. Ha! Dla mnie to dopiero wyzwanie, bo kawę pijam sporadycznie. U Karoliny: kawę z pianą z jej nowego ekspresu z odpadającą rurką, przynajmniej dwie na jedno posiedzenie; u Mamuni: rozpuszczalną kawkę z mleczkiem, czasem nawet z łyżeczką cukru, choć przy moich ostatnich skłonnościach przy najbliższej wizycie raczej obejdzie się bez tego; u rodziców C., gdzie kawa jest czarna i mocna, a gdy człowiek chyłkiem próbuje dolać do niej mleko, wszyscy unoszą brwi. W domu mamy ekspres przelewowy, który dumnie zajmuje miejsce na pralce (nie pytajcie; wchodzenie w szczegóły jest tu wyjątkowo nie na miejscu) i jest używany od święta - dosłownie. Z okazji urodzin, gdy mamy gości. Częściej gości raczej nie miewamy... (Trochę to smutne, a trochę ekscentryczne; skłaniam się ku temu drugiemu przymiotnikowi.)
W każdym razie - punktem pierwszym wyzwania jest opowiedzenie o idealnym poranku z kawą. Problem jest taki, że o poranku kawy to ja nie pijam w szczególności... Opowiem więc o poranku wymarzonym, który, mam nadzieję, w końcu się wyśni.

Letnia sobota (najlepszy dzień: wolny, z cudowną świadomością w tyle głowy, że jutro niedziela, i też wolne); otwieram oczy o porze na tyle wczesnej, że C. jeszcze smacznie chrapie, ale na tyle późnej, że rosa w ogrodzie (póki co - również wyśnionym) już zdążyła wyparować. Szybka wizyta w łazience, poświęcona na umycie zębów i opatulenie się szlafrokiem. Schodzę na dół moimi wymarzonymi schodami, prosto do kuchni. Mielę kawę w moim czerwonym młynku (najchętniej tą z delikatną nutą wanilii), niepewnie włączam ekspres, bo obsługa takich urządzeń zawsze napawa mnie lekkim niepokojem. Gdy ulubiony, czarny kubek wypełnia się aromatycznym płynem, wychodzę przed dom i siadam na mojej wymarzonej, bujanej ławce; białej, wyłożonej poduszkami w kwiaty i kropki (te już mam!). Szczelnie owijam się szlafrokiem i kontempluję ogród końca lata, popijając gorącą kawę...

Sami powiedzcie - czy nie brzmi to idealnie? I jeśli moje wszystkie marzenia się spełnią, kiedyś taki właśnie poranek przeżyję, z kawą nawet - w końcu zasady są po to, żeby je łamać, prawda...?

Dla tych, co kawę pijają tylko do ciasta, mam ciasto. Na które w zasadzie może być już za późno, choć, jeśli lubicie zachowywać skarby lata, powinno się udać. Delikatny sernik na zimno, pełen truskawek, użytych do dekoracji, do polewy i ukrytych w formie galaretki, imitującej sernikowe serce. Całość pachnie nie tylko tymi czerwonymi skarbami, ale również kwiatami czarnego bzu, z których sokiem osłodziłam masę serową.
Ciasto wywołało szereg ochów i achów u koleżanki, do której je zabrałam. Przyznała mi się później, że późnym wieczorem zjadła jeszcze jeden kawałek, bo po prostu nie mogła się powstrzymać! A musicie wiedzieć, że Kasia jest absolutnym wzorem człowieka zdrowo żyjącego - je zdrowo, ćwiczy, nawet oddycha chyba zdrowiej niż ja. Od niej to więc największy komplement.

Sernik potrójnie truskawkowy z bzowym aromatem

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

biszkopt:
  • 2 jajka
  • 75 g cukru
  • 45 g mąki pszennej
  • 20 g mąki ziemniaczanej
masa serowa:
masa truskawkowa:
błyszcząca polewa truskawkowa:
  • 55 g cukru
  • 35 g glukozy
  • 35 g śmietany kremówki (38%)
  • 35 g truskawek
  • 55 g białej czekolady
  • 6 g żelatyny w proszku
  • 15 ml zimnej wody
  • odrobina czerwonego barwnika spożywczego z żelu
dodatkowo:
  • 300 g truskawek
  • bezy
  • kwiaty czarnego bzu
Biszkopt:
Białka ubić na sztywno, następnie partiami dodawać cukier, nie przerywając ubijania. Po jednym wbić żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu partiami dodawać przesiane mąki, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Przelać ciasto do formy, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 20-25 minut, do suchego patyczka.
Wystudzić w uchylonym piekarniku.

Truskawki na masę umyć, osuszyć, odszypułkować, a następnie zmiksować blenderem na gładką masę. Ewentualnie przetrzeć przez sitko.
Żelatynę na moczyć w zimnej wodzie.
Syrop podgrzać, rozpuścić w nim żelatynę. Wymieszać z truskawkami.
Formę o średnicy 17 cm wyłożyć folią spożywczą. Wylać masę truskawkową, schłodzić w lodówce, najlepiej przez noc.

Ostudzony biszkopt przełożyć do czystej formy, zamknąć brzegi. Przy brzegach ułożyć przekrojone na pół truskawki bez szypułek, rozcięciem do brzegów formy.

Serki zmiksować na gładką masę. Podzielić na pół.
3 listki żelatyny namoczyć w zimnej wodzie, odcisnąć.
100 ml syropu podgrzać, rozpuścić w nim żelatynę. Ostudzić, dodać do serków, połączyć. Wylać na biszkopt, wstawić do lodówki na 1-2 godziny do zastygnięcia.

Po tym czasie na środek masy serowej wyłożyć stężałą masę truskawkową.

Pozostałą żelatynę namoczyć w zimnej, wodzie, odcisnąć, rozpuścić w podgrzanym syropie. Dodać do pozostałej masy serowej, połączyć. Wyłożyć na wierzch masy truskawkowej, wstawić do lodówki na 1-2 godziny do zastygnięcia.

Żelatynę zalać zimną wodą, czekoladę drobno posiekać.
Cukier, glukozę, kremówkę i zmiksowane na gładki mus truskawki podgrzać, aż cukier się rozpuści i powstanie gładka, jednolita masa. Dodać barwnik, wymieszać (kolor zblednie po dodaniu czekolady, więc powinien być nieco intensywniejszy od oczekiwanego). Zdjąć z palnika, dodać żelatynę, dokładnie wymieszać, aż do jej rozpuszczenia. Zalać mieszaniną czekoladę, wymieszać. Ostudzić do temperatury 28 st. C.

Schłodzony sernik polać z wierzchu ostudzoną polewą (28 st. C.), udekorować truskawkami, bezikami i kwiatami czarnego bzu. Schłodzić w lodówce, aby polewa zastygła.

Smacznego!

Ciasto bierze również udział w konkursie u Alicji, bo taki sernik zdecydowanie zasługuje na odpowiednią oprawę.

środa, 22 lipca 2015

Zimna miska według Duńczyka

Wyzwanie u Ani trwa nadal, tym razem podejmując mój ukochany temat, czyli jedzenie. W dodatku jedzenie letnie, wakacyjne. Czy może być coś wspanialszego...?

Na straganach piętrzą się pachnące warzywa i owoce, obok których nie potrafię przejść obojętnie. Najchętniej do domu przyniosłabym wszystko! Znoszę więc naręcze rabarbaru (tak, tak, nawet teraz mam kilka łodyg w lodówce; nie oszukujcie więc, że sezon już się skończył), kobiałki truskawek, pęczki szparagów, młode cukinie i oszałamiająco pachnące pomidory, intensywne w kolorze czereśnie i rozkoszne, pełne maleńkich pesteczek maliny. Mojemu nie tak już sokolemu wzrokowi nie umknie nic - ostatnio z entuzjastycznym okrzykiem zachwytu rzuciłam się na czerwone porzeczki, które w Danii są drogie i ciężko je dostać. A tu proszę - kilka pojemniczków stoi sobie równiutko i tylko czekają, aż po któryś sięgnę. Nie oparłam się, dodatkowo zachęcana przez C., któremu udzieliła się nagła i nieodparta ochota na te czerwone kuleczki.
Będzie więc ciasto czekoladowe z porzeczkowym kremem - już niedługo Wam je pokażę.

Tymczasem jednak wróćmy do rabarbaru - mojego kwaśnego, ulubionego. Mam ogromną słabość do tych zielono-różowych łodyg, więc sięgam po nie za każdym razem, gdy tylko znajdą się w zasięgu moich rąk. Nie inaczej było i tym razem - prężyły się dumnie zaraz obok moreli. Jak zwykle - uległam.

Przepis, który chciałabym Wam dzisiaj zaproponować nie jest do końca klasyczny, ale zachowuje ogólnie przyjęte ramy koldskål, czyli słynnej duńskiej zupy maślankowej. Poznałam jej smak kilka lat temu, gdy po raz pierwszy uraczył mnie nią C. W upalne dni jadamy takie cudo zamiast obiadu; w chłodniejsze - na deser po czymś bardziej rozgrzewającym. Jednak lato bez koldskål, w takiej czy innej wersji, byłoby po prostu nieważne
Co to właściwie jest? Zupa na bazie maślanki, czasem wymieszanej z jogurtem, czasem z kremówką dla polepszenia konsystencji; klasycznie przygotowuje się ją na bazie żółtek utartych z cukrem, i tak też będzie w poniższym przepisie (dla tych, którzy surowych jajek nie jadają, mam dobrą wiadomość - na dniach pokażę przepis na wersję bezjajeczną), aromatyzowanych wanilią. Ja z niej zrezygnowałam na rzecz syropu z kwiatów czarnego bzu, który niepodzielnie w mojej kuchni panuje. W oryginale zupa miała być cytrynowa; ja postawiłam jednak na nieco słodszą wersję, za to w musie z rabarbaru cukru oszczędziłam, dzięki czemu przyjemnie ze sobą kontrastują. Do tego - obowiązkowo - coś chrupiącego. W tym wypadku podpieczony ciemny chleb żytni z dodatkiem orzechów laskowych - ta kruszonka jest tak pyszna, że musiałam się mocno powstrzymywać, żeby nie wyjeść wszystkiego z miseczki. Porcja jest słuszna, ale gwarantuję - nic się nie zmarnuje.

Przepis znalazłam w duńskim magazynie Femina magazine: Sommer mad 2015. I natrafiłam na problem z tłumaczeniem: jak bowiem przełożyć na polski swirl? Duńczycy się tego zadania nie podjęli; wśród morza duńskich słów swirl wiruje w tak walca angielskiego.
Jakieś pomysły...?

Jeśli więc macie ochotę poczuć smak duńskiego lata, polecam Wam ten deser ogromnie. Może rozbudzi w Was miłość do kuchni skandynawskiej...?

Zupa maślankowo-bzowa z rabarbarowym zawijasem i orzechowo-żytnią kruszonką

Składniki:
(na 4 porcje)

zupa:
rabarbarowy zawijas:
  • 350 g rabarbaru
  • 150 g cukru trzcinowego
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1 cytryny
  • 1 laska wanilii
kruszonka:
  • 4 kromki ciemnego chleba żytniego
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 45 g ciemnego cukru muscovado
  • 100 g orzechów laskowych
  • 45 g masła
Żółtka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Wlać syrop, zmiksować. Powoli dodawać maślankę i skyr, cały czas miksując.
Schłodzić w lodówce.

Rabarbar pokroić na plastry, umieścić w garnuszku razem z cukrem, skórką i sokiem z cytryny. Laskę wanilii przeciąć na pół, wyskrobać ziarenka, dołożyć wszystko do rabarbaru. Zagotować; gotować na małym ogniu przez 5-10 minut, aż rabarbar się rozpadnie. Wyjąć laskę wanilii, zmiksować rabarbar na gładki mus.
Ostudzić, schłodzić w lodówce przed podaniem.

Chleb pokroić w kostkę, orzechy posiekać, wymieszać. 
Masło podgrzać z cukrem i solą, aż cukier się rozpuści. Wlać do orzechów i chleba, dokładnie wymieszać.
Mieszankę wyłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 20 minut, w połowie pieczenia mieszając.
Ostudzić.

Zupę nalać do miseczek, wyłożyć mus rabarbarowy, tworząc zakrętasy.
Podawać z kruszonką.

Smacznego!

Dla tych, którzy przepis chcieliby wykonać w Polsce - skyr to rodzaj nisko tłuszczowego jogurtu; spokojnie więc można go zastąpić po prostu dość gęstym jogurtem naturalnym. W smaku nie będzie wyczuwalnej różnicy.

Przepis dodaję również do skandynawskiej akcji Mopsika.

Skandynawskie lato 2015

wtorek, 21 lipca 2015

Powrót do dzieciństwa. I bułeczki z truskawkami i kwiatowym lukrem

W sobotę bratanek C. miał urodziny. Szóste. W związku z tym doskonałym pomysłem wydawała się wycieczka do jednego z licznych i bardzo popularnych w Danii parku rozrywki. I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie deszcz... Gdy w końcu po niemal dziesięciu godzinach udało mi się w domu dosuszyć, okazało się to niezwykle satysfakcjonującym uczuciem. Nieco dziwnym może wydawać się, że pierwsze kroki po powrocie skierowałam pod prysznic, ale dla odmiany zalewająca mnie ciepła woda okazała się niesamowicie przyjemna. A później już tylko ciepła piżamka (ta standardowo zarezerwowana do użytku od października), kołderka i nowy odcinek serialu. Ktoś zna receptę na bardziej udany wieczór po całym dniu moknięcia? Ręce w górę!

Zanim jednak skierowałam swe umęczone ciało ku kanapie, cały dzień szalałam niczym wyżej wspomniany sześciolatek, a może nawet bardziej...? Bo gdy dzieci stwierdziły, że na wodny park jest za zimno i zdecydowanie za mokro, trójka nieustraszonych dorosłych ze mną w składzie ruszyła na podbój zjeżdżalni. Ooo, a było co podbijać, uwierzcie mi! Przy niejednej wydawałam z siebie radosno-przerażone piski, z jednej strony ciesząc się szaloną zabawą, a w duchu modląc się o przetrwanie w jednym kawałku (co się, na szczęście, udało). 
I choć było mokro i momentami szczękałam zębami, zabawa była przednia. Nie żałuję ani minuty, a i Wam serdecznie polecam takie miejsca. Bo można w sobie na nowo odkryć być może głęboko uśpione dziecko; bo można po prostu poszaleć nie zwracając uwagi na to czy wypada, czy może jednak nie. 

Oczywiście, dzień pełen takich atrakcji nie mógł się obyć bez drożdżówek. Chcę więc Wam ogromnie polecić bułeczki, które zrobią wrażenie na wszystkich: słodkie, nieco lepkie od lukru, z intensywnym smakiem truskawek otulonych mięciutkim ciastem drożdżowym i ulotnym aromatem kwiatów czarnego bzu.
Gdy tylko zobaczyłam je na blogu Every cake you bake, wiedziałam, że takie upiekę. Czułam mocny, wewnętrzny przymus; ba, spędziłam kilka wieczorów na wyobrażaniu sobie tego smaku. I z radością oznajmiam: rzeczywistość mnie nie rozczarowało. Ciasto drożdżowe na takiej ilości żółtek jest cudownie delikatne i mięciutkie, truskawki są równo rozłożone, więc można cieszyć się ich smakiem w każdym kęsie. I jak zwykle okazało się, że przygotowałam za mało...

Bułeczki z truskawkami i lukrem z kwiatów czarnego bzu

Składniki:
(na 10 sztuk)
  • 500 g mąki pszennej
  • 30 g świeżych drożdży
  • 50 g cukru
  • 2 łyżki cukru waniliowego
  • 150 ml letniego mleka
  • 100 g masła
  • 1 jajko
  • 3 żółtka
dodatkowo:
  • 300 g truskawek
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1 jajko
lukier:
Mąkę przesiać. 
Drożdże rozetrzeć z 1 łyżką cukru, 2 łyżkami mąki i 3 łyżkami mleka. Odstawić na 15 minut.
W tym czasie jajko, żółtka, cukier i cukier waniliowy utrzeć na puszystą, jasną masę. Masło rozpuścić i przestudzić.

Do ubitych jajek dodać wyrośnięty rozczyn, następnie mleko i partiami dosypywać mąkę. Na końcu wlać masło. Zagnieść gładkie ciasto, odstawić do wyrośnięcia na 1-1,5 godziny. 

W tym czasie truskawki umyć, osuszyć, oderwać szypułki, a następnie pokroić w kosteczkę. Wymieszać z mąką ziemniaczaną.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 10 równych części, z każdej uformować wałeczek. Każdy z nich rozwałkować, na środku ułożyć paseke z truskawek, zawinąć i skleić brzegi. Zawiązać luźny supeł, podwijając końce.

Ułożyć bułeczki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić do wyrośnięcia na 20-30 minut.
Po tym czasie posmarować roztrzepanym jajkiem.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut, aż się zrumienią.
Ostudzić na kratce.

Cukier puder przesiać, wymieszać z syropem. Lukrem polać bułeczki, zostawić do zastygnięcia.

Smacznego!

Lato jakie jest, każdy widzi. Ale może jednak skusicie się na piknik i takie właśnie bułeczki z ostatnich już, być może, truskawek...?

piątek, 17 lipca 2015

Dla marzycieli. Syrop z kwiatów czarnego bzu

Na wczoraj ambitnie zaplanowałam sprzątanie mieszkania. Obiad uszykowałam dzień wcześniej na dwa dni, na deser - błyskawiczne ciasto, które nie wymagało nawet użycia miksera. Na drodze stanęła mi... Pogoda. Bo kiedy parno, duszono i naprawdę ciepło, ostatnia rzecz, na jaką się ma ochotę, to bieganie ze ścierką i odkurzaczem. Niezrażona jednak, poczekałam aż po południu się ochłodzi, i zabrałam się do działania. Efekt był taki, że dopiero co wypraną zasłonkę od prysznica wieszałam o godzinie dwudziestej drugiej... Po czym padłam na krzesło przed laptopem, znów pełna optymizmu i wiary w siebie, z zamiarem napisania posta na dziś (bo, uwaga, C. w końcu ma wolne, co oznacza ni mniej, ni więcej, że laptopa omijać będę szerokim łukiem). Niestety - zziajana, spocona nawet lekko, nijak nie mogłam się skupić. I choć podczas sprzątania układałam w myślach piękne zdania, odnajdywałam ciekawe historie i idealne wstępy, gdy przyszło co do czego, w głowie miałam jedynie pustkę...
Też tak macie? Że przypadkiem, podczas jazdy samochodem czy autobusem, na spacerze z psem lub choćby właśnie podczas sprzątania, wasza jaźń wręcz kipi pomysłami i doskonałymi zwrotami, oddającymi sedno sprawy, a gdy w końcu siadacie do pisania - cisza...?
Oczywiście, nie zawsze i nie wciąż, ale zdarzają mi się takie momenty. I wtedy część duszy odpowiedzialna za estetykę cierpi ogromnie, bo zamiast pięknych słów, muszę pisać o ich braku i sprzątaniu...

Przejdźmy więc już lepiej do sedna, którym dzisiaj jest syrop z kwiatów czarnego bzu. Wiąże się z nim zaskakująca mnie samą historia. Po pierwsze, ku mojej wielkiej radości, odnalazłam w parku kilka krzewów (drzew...?) czarnego bzu właśnie. Radość moja nie miała granic do momentu, gdy zdałam sobie sprawę, że to już czwarty rok, gdy chadzam do tego parku niemal codziennie, a obok rzeczonych krzewów (drzew...?) przechodziłam niezliczoną ilość razy, również w porze kwitnienia. I jakoś do tej pory nie uderzyło mnie, że to właśnie on, mój wymarzony i wytęskniony, bez...
Po krótkiej chwili zastanowienia nad własną głupotą, czy, będąc nieco dla siebie milszą - ignorancją, zabrałam się za zbieranie kwiatostanów. Nie raz, i nie dwa - był już dżem, zrobiłam też drożdżówki z bzowym lukrem, mam jeszcze kilka innych pomysłów - oby bez nie przekwitł, zanim zdążę je wszystkie wcielić w życie! W każdym razie największa ich ilość wylądowała w misce z cukrem i wodą, zamieniając się w niezwykle aromatyczny, obłędnie intensywny i bajkowo wręcz pachnący - syrop. Zakochałam się w nim od razu, i za przepis Bei będę składać dozgonne dzięki.

Nie wiem, jak się u Was ma sprawa z bzem - jeśli tak jak u mnie, czyli ciągle kwitnie, nie zastanawiajcie się ani chwili - ten syrop to spełnienie najskrytszych kulinarnych marzeń...

Syrop z kwiatów czarnego bzu

Składniki:
(na 1,3 l syropu)
  • 20-40 baldachów kwiatów czarnego bzu
  • sok z 1 cytryny
  • 1 l wody
  • 1 kg cukru
Kwiaty zebrać w słoneczny poranek. Ułożyć na białym papierze i zostawić na 1 godzinę, żeby pozbyć się robczków. Następnie odciąć łodyżki lub oddzielać kwiaty od łodyżek widelcem (jak porzeczki). Przesypać je do dużego słoja razem z pyłkiem, który opadł.
Wodę, cukier i sok z cytryny zagotować. Gdy cukier się rozpuści, gorącym płynem zalać kwiatki tak, żeby były całkowicie przykryte.
Odstawić na 2-4 dni pod przykryciem, raz dziennie mieszając.

Po tym czasie syrop przecedzić, a następnie przefiltorwać, na przykład przez filtr do kawy.
Zagotować, przelać do słoiczków lub butelek, dokładnie zakręcić. Ewentualnie zapasteryzować.
Otwarty przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Co zaskoczyło mnie mocno, C. był wniebowzięty moim pomysłem przygotowania syropu. Okazało się bowiem, że po wymieszaniu z wodą gazowaną smakuje dokładnie jak lemoniada, którą raczył się lata temu u szkolnego kolegi, a którą przygotowywała tegoż kolegi babcia. W jednej z moich duńskich gazet, już po fakcie (czyli gdy butelki stały równiutko, dokładnie zakręcone), znalazłam bardzo podobny przepis, z nieco tylko zmienionymi proporcjami. Tym samym dorzucam kolejny wpis do akcji Mopsika Skandynawskie lato 2015. Bo skoro przywołuje wspomnienia z dzieciństwa u Duńczyka, to bardziej duński już nie może być...

Skandynawskie lato 2015

wtorek, 14 lipca 2015

List do Złodzieja. I obłędnie aromatyczny dżem z bzem

Szanowny Złodzieju!

Chcielibyśmy złożyć oficjalne podziękowania. Od dawna mieliśmy w planie naprawę szyby (którą wybiłeś) i wymianę zepsutego radia (które ukradłeś) w naszym samochodzie. Zmotywowani Twoimi działaniami, w końcu zabraliśmy się do rzeczy. Niestety, nie znamy Twojej tożsamości. Jeśli więc to czytasz, prosimy - ujawnij się! Kwiaty i/lub butelkę dobrego wina, w zależności od preferencji, wyślemy na wskazany adres.

Wyrazy szacunku,
A. & C.

C. wraca z pracy późno, szczególnie ostatnio. Kilka dni temu spóźniał się wyjątkowo, aż zaczęłam się denerwować. Gdy zadzwonił i poprosił, żeby zeszła na dół z nożyczkami, taśmą i dużym czarnym workiem, nieco się przeraziłam. Okazało się jednak, że nie ma żadnych nadprogramowych zwłok, a wymienione wyżej akcesoria mają zostać użyte do zabezpieczenia auta na noc w razie deszczu. Jakiś dowcipniś bowiem, z nudów być może, wybił w naszym samochodzie szybę i ukradł radio, dewastując przy tym jego okolice. W pierwszej chwili bezsilnie zazgrzytałam zębami, później zacisnęłam pięści na wieść, że policja uważa sprawę za beznadziejną i nikt nawet nie przyjedzie zobaczyć, co i jak. Po jakimś czasie jednak odetchnęłam, gdyż C., jak zwykle pozytywnie usposobiony, znalazł plusy: z radiem i tak coś było nie tak i od dawna planował je wymienić, a okna nie było można otworzyć, więc może przy okazji uda się naprawić również to. 

I teraz przyznam się Wam do czegoś, choć może nie powinnam. Być może nawet nie powinnam tego w ogóle pomyśleć, ale cóż - stało się. Otóż pierwszą myślą, która wpadła mi do głowy było to, że to pewnie Polacy... Po chwili się zreflektowałam i dodałam sama do siebie - albo inni zza Odry. Bo jeszcze nie słyszałam, żeby Duńczyk ukradł radio za sto złotych... Przecież ta szyba, którą wybił, była więcej warta!

No dobrze. Nieistotne. Co się stało... I tak dalej. Szyba wróciła na miejsce, do zamontowania radia będzie potrzebna pomoc mojego Taty, więc do kolejnej wycieczki do Polski będę jeździła w ciszy; chyba, że sama sobie zaśpiewam.
To ja już jednak wolę ciszę...

Tak czy inaczej, tak jak obiecałam - dzisiaj będzie dżem. I to nie byle jaki - wybitny wręcz! Pachnie tak, że można dostać zawrotów głowy. Połączenie czereśni z kwiatami czarnego bzu uważam za niezwykle udane. Pomysł nasunął mi się, gdy uważnie wczytywałam się w post Bei na temat syropu, obok którego wystąpił również dżem truskawkowo-bzowy. Truskawek nie miałam, były za to czereśnie... I to z nich skorzystałam. Efekt - poezja. Aż mi się płakać chce na myśl, że to tylko jeden słoiczek... Nie powtarzajcie mojego błędu, zróbcie przynajmniej z dwóch kilogramów owoców.

Ja tymczasem rozważam możliwość przygotowania dżemu z oryginalnego przepisu, póki jeszcze kwitnie czarny bez...

Dżem czereśniowo-bzowy

Składniki:
(na 1 słoik)
  • 500 g czereśni
  • 5 baldachów kwiatów czarnego bzu
  • 100 g cukru
  • sok z 1/2 cytryny
  • 2 łyżki pektyny
Czereśnie wydrylować, przełożyć do garnuszka. Od baldachów odciąć grube końce, kwiaty razem z połową pestek zawinąć w gazę i włożyć do garnuszka. Dodać cukier i sok z cytryny, zagotować. Gotować na małym ogniu przez 30 minut, aż dżem osiągnie pożądaną konsystencję (im dłużej gotowany, tym będzie gęstszy). Wyjąć zawiniątko z bzem i pestkami, dodać pektynę, wymieszać.

Gorący dżem przełożyć do słoiczków, zamknąć, ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

W ogóle uważam, że wszelkie wariacje z bzem będą smakowały wybornie. Wiśnie na przykład, albo czerwona porzeczka... Gdybym tylko mogła, przetestowałabym wszystkie!

Przepis dodaję do akcji Mirabelki.

W wiśniowym sadzie 2015

niedziela, 12 lipca 2015

Danisze po mojemu

W związku z trwającą u Mopsika akcją, razem z dziewczynami umówiłyśmy się na pieczenie skandynawskich drożdżówek. A, jeśli nie wiecie, to zaraz Wam powiem - Skandynawowie za drożdżówkami wręcz przepadają! Nie takimi zwykłymi jednak, ale tymi bardziej wymagającymi - z ciasta duńskiego. W Danii jest ono niezwykle popularne, można je kupić w każdej piekarni i cukierni; w mojej szkole robiliśmy je wręcz do znudzenia.

Tym razem mam więc dla Was ciasteczka, które piekliśmy w szkole, z małym jednak twistem. Oryginały nazywają się spandauer, i, szczerze mówiąc, nie mam seledynowego pojęcia, jak to przetłumaczyć. Są to kopertki z ciasta duńskiego, wypełnione farszem prawie marcepanowym, z kremem lub dżemem malinowym na wierzchu, obficie polane lukrem. Mocno maślane, bardzo słodkie - istne bomby kaloryczne. Ale za to jakie pyszne!

Moje zrobiłam z lekko odchudzonego ciasta duńskiego; zamiast specjalnego nadzienia przygotowywanego z masy migdałowej (w smaku podobnej do marcepanu i często z marcepanem mylonej przez niczego nieświadomych klientów), cukru i masła użyłam najzwyklejszego w świecie marcepanu; na wierzch i owszem, dałam dżem, ale własnej roboty - z czereśni z nutą kwiatów czarnego bzu (swoją drogą, wyszedł obłędny! Przepis w kolejnym poście), i, żeby ten smak uzupełnić, lukier wzbogaciłam o syrop z kwiatów czarnego bzu. Wyszły - obłędne! Nie tak słodkie jak oryginał, nieco lżejsze, ale nadal mocno maślane, krucho-miękkie, idealne po prostu. Muszę się przyznać, że wyjadałam je z blachy gorące, parząc sobie język i podniebienie, tak mi smakowały.

Razem ze mną duńskie drożdżówki upiekły MirabelkaMopsik, Panna Malwinna i Siankoo.

Danisze z marcepanem i dżemem czereśniowym

Składniki:
(na 30 sztuk)
lukier:
dodatkowo:
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mleka
Ciasto duńskie rozwałkować na prostokąt o wymiarach 28x35 cm. Pokroić na kwadraty o boku długości 7 cm. Na środku każdego ułożyć kuleczkę marcepanu, zawinąć rogi jak kopertę, zamykając nadzienie w środku. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując odstępy.
Odstawić na 1-1,5 godziny do wyrośnięcia.

Po tym czasie docisnąć ciasto na środku, formując dołek w każdej kopertce. Posmarować brzegi jajkiem roztrzepanym z mlekiem. Na środku ułożyć po pół łyżeczki dżemu.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić.

Z cukru pudru i syropu ukręcić gęsty lukier, udekorować ciastka.

Smacznego!

Ciasta jeszcze mi zostało, i teraz się zastanawiam, co by tu pysznego przygotować...

Skandynawskie lato 2015

środa, 24 czerwca 2015

Bazyliowy creme brulee. Z truskawkami

Dziś pogoda znów nieprzyjazna - zimno, wieje straszliwie, i naprawdę ciężko uwierzyć, że to już zaraz lipiec... Zniechęcona, na dwór nie wychodzę - Ptysia również odmawia stanowczo zbyt długich spacerów, a co się będę sama włóczyć...
W związku z tym, zamiast letnich aktywności i kręcenia lodów, siadam na kapie z kubkiem gorącej herbaty i książką o jedzeniu. W przerwach szukam jakichś ciekawych przepisów, szczególnie nadających się w plener (mamy w planie dwa wypady, mam nadzieję, że pogoda dopisze). Drapię Ptysię za uchem, oglądam zaległe odcinki ulubionych seriali... Dobrze jest mieć wakacje.

Dzisiaj mam dla Was coś naprawdę niesamowitego. Zainspirowała mnie Ania swoim bazyliowym deserem. Ogólnie bazylię uwielbiam, stosowałam ją już w słodkich daniach i bardzo mi odpowiada jej świeży aromat. Pannę cottę lubię bardzo, ale creme brulee wręcz ubóstwiam. Kremowa konsystencja i chrupiąca cukrowa skorupka to proste, a zarazem ogromnie uzależniające połączenie. Nie potrafię, ba! Nawet nie próbuję się mu oprzeć. Postanowiłam więc te same smaki zamknąć w innym deserze. Efekt? Czysty obłęd!
Miękkie truskawki w słodkim syropie z lekką nutą bzu pod rozpływającym się na języku, wyraźnie bazyliowym kremem. I, oczywiście, pękająca pod naciskiem łyżeczki cukrowa skorupka... Czysta rozkosz.
Już nic więcej nie napiszę, tego po prostu trzeba spróbować.

Bazyliowy creme brulee z truskawkami

Składniki:
(na 7-8 porcji)
  • 375 ml śmietany kremówki (38%)
  • 200 ml mleka
  • 10 g bazylii (listki i łodyżki)
  • 4 żółtka
  • 40 g cukru
  • kilka kropli zielonego barwnika spożywczego
nadzienie:
dodatkowo:
  • 7-8 łyżeczek drobnego cukru trzcinowego
Bazylię posiekać. Zagotować razem z mlekiem i kremówką, odstawić na 3-4 godziny, żeby płyn przeszedł smakiem bazylii.

Truskawki odszypułkować, pokroić na ćwiartki. 
Cukier skarmelizować, dodać truskawki i syrop. Gotować, aż truskawki będą miękkie, a syrop mocno zgęstnieje - około 10 minut. Truskawki równomiernie rozłożyć do kokilek, zalać pozostałm syropem. Ostudzić.

Żółtka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. W tym czasie ponownie zagotować śmietankę, odcedzić, powoli wlać do żółtek, cały czas mieszając. Masę przelać z powrotem do garnuszka, podgrzewać, aż nieco zgęstnieje. Nie gotować!
Zdjąć z palnika, dodać barwnik, wymieszać.
Krem delikatnie wlać do kokilek, zalewając truskawki. 

Na dnie formy położyć kuchenną ściereczkę, na niej ustawić kokilki. Formę wypełnić wodą do połowy wysokości kokilek.

Piec w 140 st. C. przez 60 minut.
Krem powinien być ścięty z wierzchu, ale ciągle lekko galaretowaty przy potrząśnięciu kokilką.

Ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce przez 3-4 godziny.

Przed podaniem posypać cukrem, skarmelizować palnikiem.

Smacznego!

A teraz chyba spróbuję przekonać Ptysię do małego spaceru, w końcu mamy czerwiec, prawda...?