Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rum. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 grudnia 2017

Piernik bananowy i róża z karmelu

Uff... Szczerze mówiąc, nie wiem już, w co ręce wkładać. I bynajmniej nie mam na myśli przygotowań do Świąt - za te ledwo się zabrałam w miniony weekend, i póki co, nie mam nawet czasu myśleć o tym, jak bardzo nie jestem w świątecznym nastroju.
Plan zajęć na ostatni tydzień szkoły wypełniony jest po brzegi. Zaczęliśmy od rzeźby z karmelu, czyli mozolnego zamieniania najzwyklejszego w świecie cukru w substancję nie tylko płynną, ale dającą się formować (lepiej lub gorzej, w zależności od stopnia wtajemniczenia). Moja wizja legła w gruzach (dosłownie); ratowałam się więc planem awaryjnym: drzewem i różą. I, muszę nieskromnie przyznać, z tej ostatniej jestem dumna; drugie podejście, a prezentuje się naprawdę nieźle. Co prawda palce nadal pieką mnie niemiłosiernie, ale czego się nie robi dla sztuki...


Kiedy uporałam się z płatkami, gałązkami i listkami, najwyższy czas było zabrać się za deser. Komponentów mam całkiem sporo (dziewięć), więc jest nad czym pracować. Wersja 5.0 sorbetu buraczanego w końcu okazała się strzałem w dziesiątkę... Jak będzie komponować się z resztą? Zobaczymy już za moment. Póki co, niemal wpadłam w zachwyt, gdy próbna kulka rozpuściła się pod sosem malinowym... Ale o tym opowiem innym razem; jak już uda mi się wszystko ogarnąć.
Żeby było jeszcze śmieszniej, jutro (dwudziestego drugiego grudnia, jakby ktoś zapomniał) mam egzaminy, na które nie tylko muszę umieć obliczać ceny, podatki i wydatki, ale wiedzieć, ile procent celulozy jest w czekoladzie, jakie są najważniejsze enzymy w maśle i w jaki sposób produkuje się nugat... Głowa pęka mi od liczb i ułamków, a to przecież jeszcze nie koniec...

Na szczęście choinka już ubrana, dom względnie wysprzątany, a Wigilię spędzamy u rodziców C., więc tak naprawdę nic nie muszę przygotowywać. Choć bardzo brakuje mi pieczenia ciasteczek, wypełniania kuchni aromatem pierniczków i nucenia pod nosem świątecznych piosenek. 
Postanowiłam sobie jednak, że w przyszłym roku będzie zupełnie inaczej. Czy się uda?
Oby...

Dzisiaj mam dla Was przepis na błyskawiczny piernik. A w zasadzie ciasto bananowe o aromacie piernika. Nie ma w nim wiele miodu; są za to aromatyczne przyprawy korzenne i lekko pijane rodzynki. 
Weekend też był zabiegany, ale po prostu musiałam wygospodarować chwilkę na, choćby i najkrótsze, posiedzenie w kuchni. Wybrałam przepis Doroty - akurat miałam trzy czerniejące banany... A powszechnie przecież wiadomo, że właśnie takie do ciast nadają się najlepiej. 
Ciasto udekorowałam polewą kakaową i cudownie świątecznym napisem; C. zabrał część do pracy - podobno zachwyciło wszystkich nie tylko smakiem, ale też dekoracją. Aż mi się miło zrobiło...

Piernik bananowy


Składniki:
(na formę o wymiarach 23x23 cm)
  • 280 g mąki pszennej
  • 20 g kakao
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 4 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 100 g jasnego cukru muscovado
  • 60 ml oleju
  • 80 g miodu
  • 3 jajka
  • sok z 1 mandarynki
  • 3 dojrzałe banany
  • 50 g rodzynek
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 1 łyżka ciemnego rumu
polewa kakaowa:
  • 60 g masła
  • 45 g cukru pudru
  • 20 g kakao
  • 1/2 listka żelatyny
dodatkowo:
  • złoty barwnik spożywczy w proszku
  • złoty barwnik spożywczy w tubce (pisak)
Rodzynki i żurawinę przełożyć do miseczki, wlać rum i zalać wrzątkiem tylko tyle, żeby przykrył bakalie.
Odstawić.

Mąkę, kakao i sodę przesiać, wymieszać z imbirem, przyprawą do piernika i cukrem.
Jajka roztrzepać,dodać olej, miód i sok z mandarynki, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.
Banany rozgnieść widelcem, rodzynki i żurawinę dobrze odcisnąć. Dodać do ciasta, wymieszać.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia, przelać do niej ciasto.

Piec w 180 st. C. przez około 40 minut, aż do suchego patyczka.
Wyjąć z piekarnika, przestudzić w formie przez 10 minut, a następnie wyjąć na kratkę.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Cukier puder i kakao przesiać. Przesypać do garnuszka, dodać masło, podgrzewać, aż cukier i masło się rozpuszczą. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Odstawić do przestudzenia.

Polewą w temperaturze pokojowej polać całkowicie ostudzone ciasto. Wierzch udekorować złotym pyłkiem i napisami.

Smacznego!

Zdjęcie, jakie jest, każdy widzi; ale było już późno, i ciemno, i w ogóle nic mi się już nie chciało...
A ciacho pyszne, proste i szybkie, więc szkoda się przepisem nie podzielić.

piątek, 19 maja 2017

Piątki z piłką. Dwa

Jak już wspominałam w zeszłym tygodniu, zostałam poproszona o przygotowanie tortów na konfirmację kuzyna C. Zgodziłam się z radością, choć w piłce nożnej nigdy nie dopatrzę się jakiejkolwiek logiki. Dwudziestu spoconych, dorosłych mężczyzn uganiających się za piłką, i dwóch próbujących ją złapać, którzy biegają i pocą się zdecydowanie mniej. I miliony, których ekscytacji na tym punkcie zrozumieć nie mogę...
Nie oceniam ani nie neguję, po prostu nie rozumiem. Torty jednak w kształcie piłek przygotowałam z prawdziwą przyjemnością.

Pierwszy był mocno czekoladowy; począwszy od ciasta, poprzez trzy rodzaje musu: z białej, mlecznej i ciemnej czekolady. Stwierdziłam jednak, że skoro są dwa, a nie wszyscy są tak zagorzałymi fanami czekolady, drugi przygotuję w wersji nieco lżejszej i bardziej wiosennej. Padło więc na aromatyczne truskawki, delikatną ricottę i odrobinę rumu dla przełamania smaku. Wyszło bosko! Cały tort był dokładnie taki, jak zaplanowałam: orzeźwiający, lekki i delikatny, ale w żadnym razie nie mdły. A dekoracja zadowoliła konfirmanta, nie było więc na co narzekać.
Z tortu zostały raptem dwa małe kawałki, uznaję więc go za pełen sukces.
Można przygotować go w tortownicy o średnicy około 28 cm, i udekorować według własnych upodobań. Takie połączenie smaków warto bowiem wykorzystać również przy innych okazjach. 

Póki co, więcej piątków z piłką nie będzie. Ale kto wie, jak się życie ułoży; może jeszcze kiedyś do tematu wrócimy.

Tort piłka truskawkowy


Składniki:
(na miskę o pojemności 3 l)
  • 65 g surowego marcepanu
  • 65 g cukru pudru
  • 85 g miękkiego masła
  • 5 jajek
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 86 g białej czekolady

mus rumowy z truskawkami:
  • 500 g sera ricotta
  • 225 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 3 łyżki rumu
  • 6 listków żelatyny
  • 50 ml mleka
  • 400 g truskawek

krem maślany:
  • 125 g miękkiego masła
  • 500 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 3 łyżki mleka

dekoracja:
  • marcepan plastyczny
  • czarny i zielony barwnik spożywczy w paście

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, przestudzić.
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier.
Marcepan, cukier puder, masło, żółtka, cukier waniliowy i przesianą mąkę utrzeć na jednolitą masę. Dodać czekoladę, zmiksować. Partiami dodawać bezę, delikatnie mieszając łyżką.

Masę równomiernie rozłożyć na blasze z piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15-18 minut.
Ostudzić.

Miskę wyłożyć folią spożywczą.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Ricottę zmiksować z cukrem waniliowym.
Mleko zagotować, zdjąć garnuszek z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Dodać do serka, zmiksować. Dodać rum, połączyć.
Kremówkę ubić na pół sztywno, delikatnie wmieszać łyżką do kremu.
Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki i pokroić na ćwiartki. Dodać do kremu, połączyć.

1/3 kremu wyłożyć do miski, przykryć ciastem. Następnie znów wyłożyć krem, później ciasto, resztę kremu i przykryć ostatnim blatem ciasta.
Schłodzić przez noc w lodówce.

Masło utrzeć na puszystą, jasną masę. Partiami dodawać cukier puder, cały czas miksując. Dodać ekstrakt i sól, połączyć. Powoli wlewać mleko, cały czas miksując.

Kremem maślanym obłożyć tort. Jeśli miska nie była idealnie okrągła, skorygować kształt tortu. Obłożyć białym marcepanem. Część pozostałego marcepanu zafarbować na czarno. wyciąć z niego pięciokąty, ułożyć na torcie tak, aby uformować wzór piłki. Pozostały marcepan zafarbować na zielono, udekorować boki tortu, tworząc trawę.

Smacznego!

C. dzielnie pomagał przy dekoracji; robiąc trawę, rozerwał dwa sitka. 
Drogi biznes z takim pomocnikiem...

czwartek, 15 grudnia 2016

Tysiąc i jeden. I skandynawsko-kawowa fuzja

Jak ten czas leci... I nie mam tu na myśli (zupełnie wyjątkowo!) zbliżających się wielkimi krokami Świąt Bożego Narodzenia. Moim oczom, zupełnie niespodziewanie, w statystykach bloga ukazała się liczba tysiąc. A po chwili tysiąc i jeden. Z wrażenia aż na moment zapomniałam, jak się na klawiaturze pisze. W pierwszej chwili chciałam liczyć na palcach, czy aby na pewno się zgadza, ale szybko się zorientowałam, że palców zabraknie mi na długo przed tym, zanim się tego tysiąca doliczę. Zdecydowałam się więc zaufać mądrzejszym ode mnie i wierzę, że na moim blogu naprawdę pojawiło się już tysiąc jeden postów (a za chwilkę, gdy będziecie to czytać, całe tysiąc dwa). 

Jestem zachwycona to liczbą. Sami musicie przyznać: wygląda to naprawdę imponująco. Z drugiej strony, nieco mnie to zbiło z tropu; bo czy aby na pewno dobrze zużywam mój wolny czas, na którego nadmiar nie mogę narzekać...? Najpierw w samochodzie i pod prysznicem obmyślam przepisy i układam kolejne zdania kolejnych wpisów, później pichcę jak nawiedzona, żeby na koniec godzinami stukać w klawiaturę. I co ja z tego właściwie mam...?

Ano, tysiąc postów (i jeden). I to już wystarczająca nagroda, bo mówi mi, jak potrafię być wytrwała. I mam Was, moich Czytelników. Jesteście niezastąpieni. 
Więc dalej będę piec, by później o tym dla Was pisać (bo tak naprawdę już dość dawno temu przestałam pisać tylko dla siebie). I będę się cieszyć każdym kolejnym postem; być może za kilka lat będziemy świętować tysiące dwa...?

Z tej niezwykle radosnej okazji mam dla Was bajecznie pyszne pierniczki. Są tak wyraziste w smaku i pachną tak obłędnie, że będziecie je musieli schować bardzo, bardzo głęboko, żeby dotrwały Świąt.

Przepis znalazłam już w zeszłym roku na blogu Cake Caprice, ale jak to bywa tuż przed Świętami, nie dałam  rady go wtedy wypróbować. Ciągle jednak chodził mi po głowie, bo połączenie kruchutkich, lekko pikantnych pepparkakor z kawą, której smak i zapach w wypiekach wprost ubóstwiam, nie mogło się nie udać.
Już gdy zagniotłam ciasto, jego aromat niemal zawrócił mi w głowie. Ten wydobywający się z piekarnika przyprawił mnie o szybsze bicie serca, a C. przyciągnął do kuchni. Usiedliśmy przy stole, i wgapieni w szybkę, czekaliśmy niecierpliwie. Pierwsze sztuki poparzyły nam palce i języki, ale było warto. Jakie one są dobre! Intensywne, kruchutkie, no po prostu idealne! 
Musicie je upiec. 
No naprawdę musicie!

Kawowe pepperkakor


Składniki:
(na około 110 sztuk)
  • 150 g melasy
  • 115 g masła
  • 100 g cukru
  • 350 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 jajko
  • 2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
  • 1 łyżeczka kawy mielonej
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 1/4 łyżeczki mielonych goździków
  • 2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 2 łyżki ciemnego rumu

Melasę, masło, cukier i kawę rozpuszczalną rozpuścić, przestudzić.
Mąkę przesiać z sodą, wymieszać z kawą mieloną, cynamonem, imbirem, goździkami i przyprawą do piernika. Po środku zrobić wgłębienie, wlać melasę, ekstrakt i rum, wbić jajko. Ciasto dokładnie wymieszać na gładką, lepką masę. Miskę przykryć folią spożywczą i schłodzić w lodówce 2-3 godziny.

Po tym czasie ciasto wałkować na grubość 2-3 mm, podsypując mąką. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując niewielkie odstępy.

Piec w 180 st. C. przez 8-10 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Oczywiście, można je udekorować lukrem. Właściwie świetnie się do tego nadają, bo trzymają kształt podczas pieczenia. Ja moje przygotowałam na rodzinne lukrowanie, które odbędzie się w niedzielę. Już się nie mogę doczekać, żeby zobaczyć, jakie to cuda wyjdą spod naszych rąk...

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Granola - tylko dla dorosłych!

Wiem, wiem - blog leży odłogiem. Marzyciele i optymiści z pewnością zrzucają to na karb wakacji. Cóż - nic z tego. Gdy wszyscy dzielnie zdobywają wyższe lub niższe szczyty, wylegują się pod palmami lub za swojskimi parawanami na polskich plażach (koniecznie rozstawionych bladym świtem!), albo też zwiedzają wszelkiej maści zabytki, ja pracuję. Od rana do wieczora, po dziesięć, dwanaście godzin dziennie. A po powrocie do domu... Piekę ciasta. W sobotę (choć właściwie była to już niedziela) skończyłam dwupiętrowy tort na chrzest o piątej nad ranem, żeby o ósmej ruszyć z nim w drogę. Małej Astrid, myślę sobie, było zupełnie wszystko jedno, ale jej mama była zachwycona. W związku z tym ukontentowana wzięłam w ramiona małą sprawczynię całego zamieszania, która wtuliła mi nos w dekolt i tak sobie spała, od czasu do czasu tylko posapując... Mówię Wam, wprost rozpływałam się z rozkoszy.

O torcie jednak będzie innym razem, bo to straszliwie długi przepis, a ja zupełnie nie jestem w nastroju do wklepywania go w komputer. Będzie więc prosto, szybko i śniadaniowo - choć na deser też taką granolę można zjeść.
Przepis znalazłam u Patrycji, i kusił mnie już dawna. W końcu zabrałam się do rzeczy - przygotowanie granoli to bowiem raptem chwilka. Ta jest wyjątkowa - z rumowymi rodzynkami, słodkim marcepanem i wręcz wytrawną czekoladą, która świetnie tutaj pasuje, przełamując słodycz. Całość wyszła wybornie, i przyznam się Wam w tajemnicy, że dla C. niewiele zostało... 
Jeśli lubicie marcepan i rodzynki, to jestem pewna, że ta granola stanie się jednym z Waszych ulubionych śniadań.

Granola z rodzynkami w rumie i marcepanem


Składniki:
(na 2 l słoik)
  • 400 g płatków owsianych
  • 100 g słupków migdałowych
  • 75 g pestek słonecznika
  • 2 łyżki sezamu
  • 2 łyżki siemienia lnianego
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 50 ml oliwy
  • 50 ml syropu klonowego
  • 50 ml rumu
  • 75 g rodzynek
  • 80 g marcepanu
  • 100 g ciemnej czekolady (80%)

Rodzynki zalać rumem, odstawić.
Marcepan pokroić w kosteczkę.

Płatki, migdały, słonecznik, sezam, siemię i cynamon dokładnie wymieszać.
Syrop połączyć z oliwą, dodać do suchych składników. Wyłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, równomiernie rozprowadzić.

Piec w 170 st. C. przez 30 minut, w połowie pieczenia mieszając.

Do gorącej granoli dodać rodzynki razem z rumem i marcepan, wymieszać. Wstawić blachę z powrotem do piekarnika, zamknąć drziwczki i zosatwić do wystudzenia.
Na końcu dodać czekoladę, wymieszać.
Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego! 

Ja tymczasem uciekam na spacerek z psą - póki nie pada!

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Pijany dżem truskawkowo-ananasowy

Uff... Muszę przyznać, że ostatnie kilka dni dało mi się we znaki. Pakowanie, przekładanie, przenoszenie, przewożenie, układanie, malowanie, sprzątanie, rozpakowywanie, szukanie, szorowanie; i pewnie jeszcze parę innych rzeczy, tylko ze zmęczenia już mi słów brakuje. Odpoczywanie bowiem zdecydowanie nie wchodziło w grę.
Na szczęście już jesteśmy na miejscu, z nami cały nasz dobytek (mam nadzieję), i możemy troszkę wrzucić na luz. Masa pracy ciągle przed nami, ale nie ma już tej presji, że wszystko musi być gotowe na już. Zamiast tego powoli rozpakowujemy te wszystkie kartony i worki, z pietyzmem rozstawiamy sprzęty, przestawiając je po kilkanaście razy, żeby znaleźć miejsce idealne. Kuchnia ciągle w rozgardiaszu, sypialnia sypialni nie przypominałaby zupełnie, gdyby nie stojące po środku pokoju łóżko; nowe meble przyjadą dopiero w piątek, więc w jadalni i salonie póki co tylko echo. Niemniej, napięte jak postronek nerwy powoli mi puszczają i zaczynam się cieszyć nową sytuacją. Spisuję na kartach to, czego mi brakuje; chodzę po pokojach mając wrażenie, że to tylko sen. Tyle czasu czekaliśmy, i proszę - nareszcie mieszkamy w naszym domu! Niesamowite uczucie.

Czerwiec to miesiąc, w którym powoli wpadamy w przetworowy szał. Najpierw rabarbar i truskawki, czarny bez, a potem już lawinowo wszystkie inne owoce i warzywa. Jest w czym wybierać.
U mnie z czasem krucho, jednak chociaż kilka nowych słoiczków musiałam przygotować. Są więc przetwory z bzem, za którym szaleję, ale póki co intrygujący dżem truskawkowo-ananasowy z rumem.
Już samo połączenie truskawek z ananasem jest dość niecodzienne; przynajmniej dla mnie. Nie zwykłam sięgać po egzotyczne owoce w czasie, gdy naszych rodzimych jest pod dostatkiem. Bea jednak mnie skusiła, i postanowiłam spróbować. No i dodatek rumu nie pozostał bez znaczenia...

Okazuje się, że truskawki i ananas komponują się ze sobą znakomicie. Rumowa nuta nadaje dżemowi jeszcze bardziej egzotycznego charakteru; całość smakuje wyśmienicie. C. się w tym dżemie zakochał i będę musiała zrobić powtórkę, jeśli chcę się cieszyć tym smakiem również zimą...

Dżem truskawkowo-ananasowy z rumem


Składniki:
(na 5 słoiczków)
  • 2 kg truskawek
  • 1 ananas
  • sok z 1 cytryny
  • 500 g cukru
  • 50 ml rumu

Truskawki odszypułkować. Ananasa obrać, pokroić w niedużą kostkę. Włożyć owoce do garnka, dodać cukier i sok z cytryny. Gotować na małym ogniu kilka godzin, aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Pod koniec dodać rum, gotować jeszcze kilka minut.
Gorący dżem przełożyć do słoiczków, zamknąć, ustawić do góry dnem aż ostygnie.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Wy biegnijcie po truskawki, ja idę dalej buszować wśród kartonów (w których, o dziwo, pełno jest niespodzianek). 
W końcu mamy poniedziałek - nie wolno leniuchować!

sobota, 4 czerwca 2016

Czasu brak i konfitura z rabarbaru z pijanymi rodzynkami

Czas nie biegnie; on pędzi z zawrotną szybkością, od której kręci mi się w głowie. Mam wrażenie, że tak niedawno C. marudził i smęcił, że do przeprowadzki jeszcze pół roku; leniwie odliczaliśmy wtedy tygodnie. Raptem, nie wiadomo kiedy, czas ten skrócił się do dwóch tygodni. Dwóch!
Dajecie wiarę, że już za dwa tygodnie będę spała w moim nowym łóżku, nowej sypialni; nowym domu...? Mi ciężko w to uwierzyć. Spełnia się jedno z moich wielkich marzeń; a ja, zapracowana, zabiegana, stoję jakby lekko z boku, obserwując tykające wskazówki zegara.

Nieubłagany czas ni z tego, ni z owego, wrzucił mnie w słoneczny, ciepły czerwiec. W pracy wszyscy wylewamy z siebie siódme poty, a praca i tak idzie jakoś wolniej. Wypijam litry świeżo wyciśniętych, owocowych soków, wody i mrożonej herbaty. Posiłki na ciepło, póki co, zupełnie sobie odpuściłam. Zjeść to może bym i zjadła, ale przygotować...? Nie ma mowy!

Przypominam Wam też, że sezon na rabarbar ma się ku końcowi. No dobrze, może i nie do końca tak się sprawy mają. Jeszcze nawet we wrześniu zeszłego roku widziałam w sklepach dorodne, różowo-zielone łodygi. Już jednak powoli wypierany przez krajowe, słodkie truskawki; niedługo dołączą do nich porzeczki, wiśnie, czereśnie, agrest, morele i brzoskwinie. Kto wtedy będzie miał czas zatrzymać się nad rabarbarem...?
Proponuję więc już dzisiaj przygotować bajecznie pyszną konfiturę, na którą przepis podpatrzyłam u Małgosi. Połączenie rabarbaru z rodzynkami i rumem zaintrygowało mnie od razu; gdy więc tylko zobaczyłam rabarbar w promocji, bez wahania kupiłam kilka kilogramów. Na przetwory, do ciasta, a odrobinę do zamrożenia, gdy nagle przyjdzie mi ochota na to kwaśne warzywo.

Wracając do meritum, czyli konfitury: przygotowuje się je prosto, a efekt... Moi drodzy, C. oszalał na punkcie tego dżemu! Naleśniki jadł tylko z nim, choć obok stały lody! To naprawdę niewyobrażalny wręcz komplement pod adresem konfitury.

Spróbujcie i Wy, póki czas jeszcze nie minął...

Konfitura rabarbarowa z rodzynkami macerowanymi w rumie


Składniki:
(na 6 słoików)
  • 2 kg rabarbaru
  • 800 g cukru
  • 400 ml wody
  • 300 g rodzynek
  • 400 ml białego rumu

Rodzynki zalać wrzątkiem, odstawić na 15 minut. Po tym czasie odcedzić, dobrze odcisnąć i zalać rumem. Przykryć, odstawić na noc.

Rabarbar pokroić na kawałki.
W szerokim garnku podgrzewać cukier z wodą aż do powstania syropu. Dodać rabarbar, gotować na małej mocy palnika, aż rabarbar się rozpadnie, a konfitura zgęstnieje. 
Rodzynki razem z rumem zmiksować blenderem na mus. Dodać do konfitury, wymieszać, gotować jeszcze kilka minut.

Gorącą konfiturę przełożyć do wyparzonych słoiczków, mocno zakręcić, ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

U mnie sezon rabarbarowy trwa, dopóki w sklepach można znaleźć te kwaśne łodygi. Spodziewajcie się więc kolejnych rabarbarowych inspiracji już niedługo!

piątek, 5 lutego 2016

Przychodzi Duńczyk do lekarza... Czyli na chorobę najlepszy jest rum

W Polsce rzadko kiedy pacjent wychodzi z gabinetu lekarskiego bez recepty, choćby jedyną dolegliwością go nękającą był najbanalniejszy z możliwych katar. W Danii sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Najczęściej można tutaj usłyszeć rady, takie jak: wietrzyć mieszkanie, pić dużo gorącej herbaty, nie przegrzewać się. Jeśli pacjent wyraźnie cierpi, wskazówką będzie kupno paracetamolu. Gdy delikwent jest niemal w stanie agonalnym, po potarciu wnętrza policzka patyczkiem i stwierdzeniu, że zagnieździły się tam bakterie, lekarz wypisze receptę na penicylinę w formie, w której w Polsce od lat jest niedostępna (wiem, co mówię; Mamunia jest farmaceutką i zna się na rzeczy).

Przez takie podejście frustracja sięgała zenitu kilka razy. Gdy ledwo jestem w stanie się podnieść z łóżka, picie jeszcze większych ilości herbaty nie zmieni nic, poza jeszcze częstszymi wizytami w toalecie. Dlatego w końcu zaczęłam zaopatrywać moją apteczkę w Polsce, a do lekarza idę tylko wtedy, gdy wiem, że bez antybiotyku się nie obejdzie. 

Reakcja C. na zawartość mojej szafki z lekami była bezcenna. Patrzył, oglądał, dziwił się niepomiernie. Po co mi tyle wszystkiego? I dlaczego ja jem tyle tabletek...?
Chowany po duńsku, po medykamenty sięga w ostateczności. Efekt jest taki, że na największy ból głowy łyka pół tabletki i... Mu przechodzi! Na przeziębienie wystarczą mu dwie pomarańczowe tabletki, i od razu jest jak nowo narodzony. Cóż, w drugą stronę wszystko działa nieco gorzej...
C. się jednak nie poddaje, i próbuje leczyć mnie domowymi, duńskimi sposobami. Ulubionym jest rumianek z rumem; taka siekierka rozgrzewa i błyskawicznie stawia na nogi, jeśli człowiek zabierze się za spożycie odpowiednio wcześnie. W barku zawsze stoi u nas butelka niewiarygodnie mocnego rumu (osiemdziesiąt procent!), wyciągana tylko w czasie choroby. Odrobina tego trunku w połączeniu z sokiem z cytryny, miodem i naparem z rumianku, nawet jeśli nie sprawi, że cudownie ozdrowiejecie, zdecydowanie umili czas choroby. Ja tam korzystam z tego z przyjemnością...

Rum Toddy


Składniki:
(na 1 porcję)
  • 200 ml gorącej herbatki rumiankowej
  • sok z 1/4 cytryny
  • 2 łyżeczki miodu
  • 2-3 łyżki rumu Stroh (80%)

Do herbaty dodać sok z cytryny, miód oraz rum, wymieszać. W razie potrzeby dosłodzić do smaku. Pić gorące.

Smacznego!

Ja tymczasem wracam do pod kołdrę chorować. Nie jest to specjalnie przyjemne czy rozrywkowe zajęcie, ale zdecydowanie lepiej choruje się na kanapie niż na krześle...

niedziela, 29 listopada 2015

Skandynawski biszkopt z jabłkami

Tej jesieni zapomniałam o szarlotkach. Nie wiem, jak to się stało. We wrześniu ciągle jeszcze żyłam letnimi owocami: jeżynami, malinami, morelami. Później na ambicję weszły mi śliwki; tak mało z nimi piekę, że postanowiłam to zmienić i wykorzystać sezon, jak tylko się da. Sięgałam też po gruszki i egzotyczne granaty, aż wreszcie nagle obezwładnił mnie zapach cynamonu, więc przygotowałam przyprawę do piernika i zaczęłam planować, jakie ciasteczka upiekę do świątecznych puszek...
Jabłka jadam niemal codziennie, bo po prostu bardzo je lubię, a właśnie jesienią są najsmaczniejsze. Ale żeby zagnieść ciasto na szarlotkę i wykorzystać kilka sztuk w ten sposób, jakoś nie przyszło mi do głowy. Gdy więc Ania podrzuciła przepis na ciasto z jabłkami, poczuwszy wyrzuty sumienia, zabrałam się do działania.

Tutaj chciałabym pozwolić sobie na małą dygresję. Ostatnie posty były krótkie i konkretne, więc mała odmiana nikomu nie zaszkodzi (a już z pewnością nie mi, bo pomysły na posty kłębią się w mojej głowie niczym chmury na jesiennym niebie, tylko czasu, aby je spisać, brakuje).
W każdym razie: przepis pochodzi z książki Trine Hahnemann Scandinavian baking. Loving baking at home, która bardzo, ale to bardzo mi się podoba. Gdy więc kilka dni temu zaczęłam szukać promocji na Amazonie (słynny Black Friday mnie nie ominął), z niemal rozpaczą zauważyłam, że cena tej pozycji znacząco przekracza limit, który sobie postawiłam (nie kupię nic, co będzie kosztowało więcej niż pięć funtów!). Oczywiście, postanowienie delikatnie nagięłam dla Nigelli za sześć i nieco mocniej dla herbaty matcha w intensywnie zielonym kolorze (nie napiszę, za ile...). No ale... Black Friday jest tylko raz w roku, prawda...?
Cóż, mój portfel (i C.) pewnie się cieszą...

Wracając do ciasta: wyszło bardzo dobre. Szczerze mówiąc, nie powaliło mnie na kolana (ale o książce nadal marzę), bo to w końcu tylko biszkopt ze śmietaną, ale jabłka nadały mu wilgoci, a wierzch z chrupiącymi orzechami naprawdę przypadł mi do gustu. Nie miałam w domu alkoholu sugerowanego w przepisie, więc użyłam starego, dobrego rumu. Pasuje; pamiętajcie tylko, by nasączyć blaty równomiernie; mi trafił się naprawdę mocno rumowy gryz...

Ciasto polecam fanom biszkoptów i tym, którym potrzebne jest bezpieczne ciasto, które wszystkim będzie smakować. Nie zawiedziecie się.
Poza tym wpisuje się w kanon modnych ostatnio naked cake; jeśli więc podążacie za trendami, upieczcie koniecznie!

Jesienny biszkopt z jabłkami i orzechami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 125 g cukru
  • 100 g mąki pszennej
  • 25 g mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 15 g płatków z orzechów laskowych

nasączenie:
  • 90 ml ciemnego rumu

krem:
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 g jabłek
  • 100 g płatków z orzechów laskowych

dodatkowo:
  • 2 łyżki cukru pudru

Mąki przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia.
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier. Wbić po kolei żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu partiami dodawać mąkę, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć ciasto, wyrównać powierzchnię. Posypać płatkami orzechowymi.

Piec w 160 st. C. przez 45 minut.
Wystudzić w piekarniku.
Odstawić na noc.

Następnego dnia ciasto przeciąć w poziomie na 3 blaty.

Jabłka obrać, zetrzeć na tarce o dużych oczkach, lekko odcisnąć.
Kremówkę ubić na sztywno. Wymieszać z jabłkami i orzechami.

Na paterze ułożyć spodni blat ciasta, nasączyć połową rumu, wyłożyć połowę kremu. Przykryć drugim blatem, nasączyć pozostałym rumem, wyłożyć resztę kremu. Przykryć ostatni blatem (z orzechami). Wyrównać brzegi ciasta.

Schłodzić w lodówce 30-60 minut.
Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


Przepis dodaję do skandynawskiej akcji Mopsika. Mam przygotowany jeszcze jeden, ale nie jestem pewna, czy zdążę go jutro opublikować...
Na liście zakupów znalazł się ulubiony składnik Duńczyków. Zgadniecie jaki...?

Kuchnia skandynawska 2015

poniedziałek, 30 marca 2015

Babka z batatami

Tak, tak, wiem. Te moje babki powoli Wam już wychodzą uszami - ale nic na to nie poradzę! Uwielbiam je piec, szczególnie odkąd dorobiłam się silikonowej formy z kominem. Niby taka klasyczna, zwykła, a mi się ciasta z niej wychodzące podobają szalenie. Poza tym znikają błyskawicznie - oboje z C. je uwielbiamy, łatwo też można je ze sobą zabrać. Dzieci koleżanki się nimi zajadają z wielkim zapałem - są zdecydowanie łatwiejsze w konsumpcji niż ciasta z kremem, gdzie potrzeba łyżeczek. Tu wystarczą małe łapki, i kawałeczki babki znikają jeden po drugim w uradowanych pyszczkach. Już mam zamówienie na kolejną - jeszcze przed Świętami C. chciałby poczęstować ciastem nowych kolegów z pracy...

Dzisiaj mam dla Was bardzo ciekawy, oryginalny przepis. Rok temu furorę zrobiła u nas babka marchewkowa; w tym kuszą mnie bataty, więc postanowiłam sprawdzić, jak sprawdzą się w słodkim cieście. Ich smak wzbogaciłam nugatem, który cierpliwie czekał na wykorzystanie. Wierzch oblałam polewą kakaową - nie popełnijcie mojego błędu, dajcie cukrowi się dobrze rozpuścić! Kiedy robiłam moją, było już późno, ja byłam zmęczona, i starałam się wszystko przyspieszyć. Przez to polewa nie jest idealnie gładka i błyszcząca, choć nadal pyszna. Wierzch posypałam krokantem, którego kawałeczki przyjemnie chrupią. 
Babka wyszła odpowiednio wilgotna, słodka i lekko orzechowa. Wyjątkowo pyszna. Może skusicie się na taką...?

Propozycje na wielkanocne babki znajdziecie również u Lejdi i Mirabelki. Koniecznie do nich zajrzyjcie!

Babka orzechowa z batatami

Składniki:
(na formę do babki o pojemności 2,5 l z kominkiem)
  • 250 g batatów
  • 250 g miękkiego masła
  • 100 g nugatu
  • 100 g cukru
  • 4 jajka
  • 175 g mąki pszennej
  • 75 g mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 50 g mielonych orzechów laskowych
  • 1 łyżka rumu

polewa:
  • 125 g masła
  • 85 g cukru pudru
  • 25 g kakao
  • 1 listek żelatyny

dodatkowo:
  • 15 g krokantu orzechowego

Bataty obrać, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach, odcisnąć.
Mąki przesiać, wymieszać z proszkiem i orzechami.
Masło utrzeć z cukrem i nugatem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Partiami wsypywać mąkę, miksując na najniższych obrotach miksera. Dodać rum i bataty, połączyć.

Masę przełożyć do formy wysmarowanej masłem i wyspanej mąką.

Piec w 180 st. C. przez 60-70 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić w formie, następnie przełożyć na talerz.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Masło rozpuścić z cukrem pudrem i kakao. Gdy masa będzie zupełnie gładka, zdjąć garnuszek z palnika, dodać żelatynę i dokładnie wymieszać. Ostudzić.

Lekko ciepłą polewą polać zupełnie ostudzoną babkę. Posypać krokantem, odstawić do zastygnięcia.

Smacznego!

W niedzielę jedziemy do siostry C. na wielkanocne śniadanie. Mam przygotować coś słodkiego, co wpisze się dobrze w duński posiłek. Mam pewien plan... Bardzo ambitny i czasochłonny (jak na mnie); jeśli się uda, opowiem Wam o nim już niedługo.

Babki Wielkanocne 2015

Przepis również bierze udział w Wielkanocnej akcji Mirabelki.

wtorek, 27 stycznia 2015

Egzotyczne lody styczniowe

Ciężko mi się ostatnio zabrać za pisanie postów. Po pierwsze, i chyba najważniejsze, brakuje mi czasu. Gdy C. ma wolne, staramy się spędzić jak najwięcej czasu razem, bo ostatnio głównie się mijamy. I choć według mojej Mamy nie ma tego złego, bo jak będziemy się rzadziej widywać, to za szybko się sobą nie znudzimy, to jednak odczuwam potrzebę zalegnięcia na kanapie w jego towarzystwie i oglądania serialu. Albo wyjścia razem na spacer, lub choćby do sklepu po coś na obiad. 
Ostatnio, gdy wróciłam ze szkoły i usiedliśmy razem przy stole, C. zaczął się we mnie intensywnie wpatrywać. Najpierw pomyślałam, że mam coś na twarzy, później wydało mi się to trochę dziwne, aż wreszcie lekko niepokojące. Na moje pytanie, o co mu właściwie chodzi, westchnął i stwierdził, że musi się na mnie napatrzeć, bo powoli zapomina, jak wyglądam... Jeśli więc zastanawiacie się, czy można tęsknić za kimś, z kim się mieszka, odpowiedź brzmi: tak. Bo w ciągu tygodnia mamy dla siebie co najwyżej dwie - trzy godziny, a czasem nie więcej niż pięć minut między moim powrotem ze szkoły, a jego wyjściem do pracy. W soboty C. pracuje, zostają nam więc tylko leniwe niedziele' które muszą się kończyć o przyzwoitej porze, bo w poniedziałek budzik głośno i niecierpliwie oznajmi początek nowego tygodnia już o szóstej piętnaście.

Na osłodę mam lody. Bo czyż jest coś, co może lepiej poprawić humor? No dobrze, jest... Lody czekoladowe... Tym razem jednak poszłam w inną, nieco bardziej egzotyczną stronę. Podyktowane to było bardziej chęcią zużycia zalegającej resztki mleczka kokosowego niż wewnętrzną głęboką potrzebą, jednak efekt mile mnie zaskoczył. Lody są słodkie, puszyste i intensywnie kokosowe. Smakują egzotycznymi krajami, plażą pod palmami i błękitnym oceanem, co, nie ukrywam, idealnie komponuje się z moim zimowo-depresyjnym nastrojem. Polecam więc je ogromnie, jeśli też potrzebujecie pomarzyć o ciepłych krajach.

Lody kokosowe

Składniki:
(na 800 ml lodów)
  • 250 ml mleczka kokosowego
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 80 g cukru pudru
  • 2 łyżki białego rumu

Mleczko kokosowe i kremówkę dobrze schłodzić w lodówce, najlepiej przez noc. Przelać je do miski, dodać przesiany cukier puder i rum, wszystko dokładnie wymieszać.
Przelać do maszyny do lodów. Gdy skończy pracę, przełożyć lody do pudełka, zamrozić.

Smacznego!

Ja tymczasem zabieram się za moje tłuszcze i cukry - niby się już kiedyś o tym uczyłam, ale po duńsku to jednak brzmi zupełnie inaczej...

piątek, 28 lutego 2014

Tłusty Piątek...? Dlaczego nie...

Zarobiona jestem. 

Szkoła zabiera mi więcej czasu niż myślałam. Osiem godzin, plus dojazdy, i to siedzenie w jednym miejscu... Odzwyczaiłam się od szkolnych ławek. Podoba mi się, nawet bardzo, ale potrzebuję dłuższej chwili na aklimatyzację. Myślę, że jeszcze tydzień - dwa, i będę potrafiła się lepiej ogarnąć. Bo na razie po powrocie do domu jem, co akurat wpadnie mi w ręce, udaję się na zasłużony odpoczynek, odrabiam lekcje (jak to w ogóle brzmi...), i idę spać. A chwilę później jest już szósta i znowu trzeba wstawać... Na szczęście FVU okazało się bardzo interesujące, choć trochę trudne (tak to jest, jak człowieka od razu na przedostatni poziom wrzucą...), a i w Sprogskole kończymy durnowaty projekt i już w przyszłym tygodniu zabierzemy się za naukę. Bardzo jestem tym wszystkim podekscytowana, znalazłam już sobie koleżanki i kolegów, i wszystko zaczyna wyglądać tak, jak sobie wyobrażałam. Żyć, nie umierać!

W związku z tym tłustoczwartkowe pączkowanie zeszło na dalszy plan. Już myślałam, że właściwie nic z tego nie będzie, bo musiałam jeszcze na dziś kilka rzeczy przygotować, ale w końcu stwierdziłam, że Tłusty Czwartek jest raz do roku, poza tym C. patrzył błagalnie, bo już od pół roku na te pączki czeka...
Najpierw szukałam przepisu w książkach, ale wszystkie były na samych żółtkach, a ja nie mam ochoty znów walczyć z zalegającymi białkami. Sięgnęłam więc do sprawdzonego źródła, czyli Moich wypieków, i właśnie stamtąd czerpałam inspirację. Mocno jednak pozmieniałam proporcje, a poza tym nadziałam pączuszki... Czekoladą. 
Nie mam odpowiedniej końcówki do nadziewania, i zawsze mam w pączkach wielkie dziury. Z kolei zaklejanie w pączkach marmolady - jak dla mnie - mija się z celem. W związku z tym do każdego pączusia wpakowałam pół kostki czekolady. Efekt? Co najmniej zadowalający. W jeszcze ciepłych czekolada cudownie rozpływa się na języku, kiedy przestygną, nieco twardnieje, ale to nic nie szkodzi, bo smakuje wyśmienicie (jak to czekolada...). 
Pączki same w sobie są pyszne - mięciutkie, puchate, delikatne. Idealne wprost. Koniecznie spróbujcie.

Pączki z czekoladą

Składniki:
(na 20-25 sztuk)
  • 550 g mąki pszennej
  • 2 jajka
  • 80 g masła
  • 60 g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 250 ml letniego mleka
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 łyżka rumu

nadzienie:
  • 85 g mlecznej czekolady (30%)

dodatkowo:
  • 3 łyżki cukru pudru

Mąkę przesiać do dużej miski, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać łyżeczkę cukru i zalać połową mleka. Odstawić na 15 minut.
Kiedy zaczyn urośnie, dodać jajka, roztopione i przestudzone masło, resztę cukru i mleka oraz rum. Zagnieść gładkie ciasto - może się nieco lepić.
Odstawić do wyrośnięcia na 1-1,5 godziny.

Po tym czasie z ciasta odrywać niewielkie kawałki, formować z nich kulki. W środek każdej wcisnąć kawałek czekolady, dokładnie zlepić. Kulki lekko spłaszczać, ułożyć na blacie oprószonym mąką i zostawić do wyrośnięcia na 30-40 minut. Pączki powinny ładnie urosnąć.

Smażyć na rozgrzanym do 175 st. smalcu lub oleju. 
Odkładać na papierowy ręcznik, który wchłonie nadmiar tłuszczu.
Ostudzone pączki oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

Smażenie skończyłam wczoraj chwilę przed północą, tak, że zdążyliśmy jeszcze zjeść po jednym pączku. Większość została na dzisiaj - nadal są pyszne.
Jak ja to lubię...

wtorek, 4 lutego 2014

Pierniczki? Ciasteczka miodowe

C. zawsze mnie budzi przed wyjściem do pracy. Nie, nie robi tego celowo - zachowuje się cichutko, nie zapala światła w pokoju, w którym śpię, daje mi tylko całusa w czubek głowy (bo zazwyczaj więcej spod kołdry nie wystaje), i wychodzi. A mi w momencie, kiedy on zamyka drzwi, oczy otwierają się szeroko, i tak sobie leżę. Wczoraj ze sobą walczyłam - kto to słyszał, żeby wstawać przed siódmą, kiedy człowiek nie musi...? Ułożyłam się wygodnie, pooglądałam sufit, poprzytulałam Ptysię, ale po pół godzinie mi się znudziło. Nie było rady - wstałam, zrobiłam sobie pachnącej imbirem herbaty, i rozpoczęłam bardzo przyjemny dzień. Słonko świeciło, wiatr zgubił się gdzieś w lesie, i nawet Ptysia dała się namówić na spacer dłuższy niż kilka metrów.
Dzisiaj odpuściłam wiercenie się w łóżku, i wstałam od razu. Niestety, świat jest zachmurzony i ponury, ale humoru mi to nie zepsuje. Plany na dzisiaj ambitne, zobaczymy, co z tego będzie. Póki co widzę wszystko w różowych barwach, mimo wszechobecnej szarości.

Jakiś czas temu pomagaliśmy się przeprowadzać mojej koleżance. Upiekłam ciasteczka dla jej synka - zawsze szybciutko zjada wszystkie słodkości, które im zanoszę, więc to sama przyjemność. Tym razem jednak nie do końca trafiłam - namiętnie bowiem wydłubywał z ciasteczek rodzynki. Na zarzut mamy, że przecież je lubi, rezolutnie odpowiedział: Nie, to ty lubisz rodzynki. I jak tu z tym dyskutować...?
Jeśli więc rodzynek nie lubicie, możecie je pominąć. Zamiast możecie dać więcej żurawiny, jakieś orzechy, albo smażoną skórkę pomarańczową, którą proponowano w oryginale, a którą wolałam pominąć, bo bałam się, że mały smakosz będzie kręcił nosem. Ciasteczka pomimo rodzynek zostały skonsumowane, więc wnioskuję, że musiały smakować. Dorośli wcinali, aż się okruszki sypały. Ciasteczka bowiem nie są zbyt słodkie, trochę chrupiące, w środku miękkie (po kilku dniach w puszce). Z lukrem wyglądają zachwycająco - jeśli ktoś ma chęci, można je jakoś ładniej udekorować. Ja postawiłam na prostotę.
I tak, celowo nie nazwałam ich pierniczkami, tylko dosłownie przetłumaczyłam nazwę z książki Småkager: kræs for slikmunde. Bo przecież początek lutego to nie czas na pierniczki... Ale stwierdziłam, że lepiej teraz niż na Wielkanoc. Więc są pyszne ciasteczka miodowe z bakaliami - może ktoś z Was skusi się jeszcze przed tegorocznym Bożym Narodzeniem...?

Miodowe ciasteczka z bakaliami i lukrem

Składniki:
(na 25-30 sztuk)
  • 150 g miodu
  • 50 g jasnego brązowego cukru
  • 50 g masła
  • 1 żółtko
  • 1 łyżeczka kakao
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 250 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 100 g mielonych orzechów laskowych
  • 75 g płatków migdałowych
  • 50 g rodzynek
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 1 łyżka mleka

lukier:
  • 200 g cukru pudru
  • 1 białko
  • 1 łyżeczka rumu

Miód, cukier i masło rozpuścić w garnuszku, ostudzić. Dodać żółtko, kakao, skórkę z cytryny i przyprawę do piernika, dokładnie wymieszać. 
Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem, orzechami laskowymi, migdałami, rodzynkami i żurawiną. Dodać do masy, zagnieść. W razie potrzeby dodać mleko.

Z masy uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i chłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto wałkować na grubość 5 mm, wycinać koła o średnicy 7-8 cm. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w niewielkich odstępach.

Piec w 180 st. C. przez 12-15 minut.
Wystudzić.

Cukier puder, białko i rum umieścić w misce. Miksować na najniższych obrotach miksera, aż masa będzie gładka i gęsta. Lukrować ostudzone ciastka, odłożyć do zastygnięcia lukru.

Przechowywać w szczelnej puszce lub słoiku.

Smacznego!

A tak w ogóle to chyba czas na śniadanie...

niedziela, 10 listopada 2013

Listopadowe Trzy po trzy

Lubię kuchenne wyzwania. Nie tyle w kwestii poziomu trudności (to też, ale jednak, dla spokoju ducha i zdrowia psychicznego, niezbyt często), ile kombinowania. Dlatego właśnie uwielbiam nasze Trzy po trzy - daje ogromne możliwości, a jednocześnie wymaga pogłówkowania. Bo tak: jeśli dostajecie konkretne wytyczne - pieczemy to i to, to wiadomo - szuka się przepisu, i piecze. Jeśli przepis jest podany odgórnie, to już w ogóle banał. Jeśli macie podany jeden składnik, możliwości jest taki ogrom, że każdy coś wykombinuje. Każdy co innego, najprawdopodobniej. 
Jeśli jednak składniki są trzy - o, tu zaczynają się schody. Bo muszą ze sobą współgrać, jeden nie może przyćmić drugiego, musi panować równowaga, a w dodatku musi być pysznie. Trzeba więc usiąść i się zastanowić, czasem poszukać inspiracji, czasem oddać się medytacjom. Uwielbiam ten proces, i nasza zabawa zawsze sprawia mi mnóstwo frajdy. Tym razem dostaliśmy banana, orzechy i wanilię. 
I wiecie co? Od razu wiedziałam, co zrobię! Nie musiałam zastanawiać się nawet minuty - przed oczami pojawił mi się gotowy deser, i byłam pewna, że będzie to strzał w dziesiątkę. Nie zawiodłam się.

Postanowiłam przygotować lody. Dlaczego? Bo ta kombinacja do lodów wydała mi się po prostu idealna! Słodkie za sprawą bananów, nieco karmelowe dzięki ciemnemu cukrowi. Delikatna nuta wanilii w tle, i chrupiące orzeszki gwarantujące ciekawą teksturę. Z takimi lodami najzimniejszy listopad nie straszny! (Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało...)

W tym miesiącu wyzwanie podjęły również SiaśkaMartynosiaMopsik oraz Wiera.

Lody bananowo-waniliowe z orzechami

Składniki:
(na 1,2 l lodów)
  • 4 żółtka
  • 150 g ciemnego brązowego cukru
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 300 ml mleka
  • 1 laska wanilii
  • 3 banany
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 2 łyżki ciemnego rumu
  • 60 g orzechów laskowych

Żółtka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. W tym czasie zagotować mleko ze śmietaną i z przeciętą na pół laską wanilii (wyskrobane ziarenka dodać do mleka). Gorące mleko powoli wlać do ubitych żółtek, cały czas miksując. Przelać masę do garnka, podgrzewać, aż nieco zgęstnieje (nie gotować).
Banany zmiksować z sokiem z cytryny, dodać do gorącego kremu. Dokładnie wymieszać, ostudzić.

Do ostudzonej masy dodać rum. Schłodzić w lodówce.
Schłodzoną masę przelać do maszyny do lodów, kilka minut przed końcem jej pracy dodać uprażone na suchej patelni i ostudzone orzechy.
Przełożyć do pojemnika na lody, zamrozić.

Smacznego!

Za oknem ciemno, w domu zimno, ale jeszcze chwila, i włączę piekarnik. I w całym domu zapachnie ciastem drożdżowym. Jak ja to lubię...

piątek, 1 listopada 2013

Troszkę się zadumałam... I lody

Dziś pierwszy listopada, dzień zadumy i wspomnień. Po wczorajszych hulankach wypada się nieco uspokoić, pomyśleć o tych, których z nami nie ma...
W Danii to święto nie istnieje. Tutaj ludzie nie myślą o śmierci zbyt wiele, a swoich najbliższych, którzy odeszli, wspominają bez okazji. Mimo wszystko nie mogę oprzeć się mojemu wychowaniu - te wszystkie lata, kiedy z Rodzicami odwiedzałyśmy cmentarze, zapalaliśmy znicze i staliśmy nad grobami pełni zadumy... 
Tak naprawdę znaczenie tego dnia dotarło do mnie dopiero po śmierci ukochanego Dziadka. Wcześniej rozmawialiśmy o ludziach, których nie znałam lub nie pamiętałam. Śmierć była dla mnie swego rodzaju abstrakcją. Gdy dotknęła najbliższą mi osobę, zmieniłam pogląd na sprawę.
Tak naprawdę o moim Dziadku myślę często. W trudnych chwilach zastanawiam się, co by mi poradził; w radosnych mam nadzieję, że byłby ze mnie dumny. Zawsze mnie wspierał, zawsze był ze mną i dla mnie. Tęsknię za nim okrutnie i w tej chwili, pisząc te słowa, mam łzy w oczach... Nie, nie chcę być ckliwa, i się nad sobą nie rozczulam. Po prostu wspominam...

Dzisiaj chciałabym pokazać Wam lody. Dlaczego? Bo kojarzą mi się właśnie z moim Dziadkiem i myślę, że by mu zasmakowały. Pisałam już o tym, jak będąc małą dziewczynką suszyłam z Dziadkiem pestki dyni, i ile miałam z tego radości. Dlatego lody są dyniowe, choć bez pestek. 
Dziadek często zabierał mnie do lodziarni mieszczącej się na parterze budynku, w którym mieszkaliśmy. Najczęściej wybierałam te smerfowe, bajecznie niebieskie. Choć pierwszy raz zdecydowałam się na nie dopiero, gdy Dziadek solennie zapewnił, że nie są ze Smerfów zrobione. Pyszne były. Słodkie... Nie pamiętam już, czym dokładnie smakowały. Wiem, że już później takich nie jadłam. Może to magia miejsca, a może Dziadka...? I choć Babcia potrafiła go nieźle ofukać za kupowanie lodów przed obiadem, nic sobie z tego nie robił, puszczał do mnie oko, i kiedy tylko zrobiłam proszącą minę, wychodziliśmy do parku, zahaczając o moje ulubione miejsce.

Moje lody nie są niebieskie, a smakują cynamonem i pomarańczą. Trochę dynią. Mimo, że zimne, na przekór stereotypom, rozgrzewające. Kremowe i słodkie. Pyszne.
A znalazłam je u Doroty.

Lody dyniowe z pomarańczą

Składniki:
(na l lodów)
  • 400 ml mleka
  • 500 ml śmietany kremówki (38%)
  • 125 ml złotego syropu
  • 110 g ciemnego brązowego cukru
  • 70 g białego cukru
  • 4 żółtka
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 300 g puree z dyni
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 2 łyżki rumu

Żółtka, syrop i oba rodzaje cukru utrzeć na puszystą masę. Dodać cynamon, imbir i gałkę, dokładnie zmiksować.
Mleko ze śmietaną zagotować. Powoli wlać do masy jajecznej, miksując na najniższych obrotach. Przelać całość do garnka, podgrzewać na średnim ogniu, aż nieco zgęstnieje (nie gotować!). Zdjąć z palnika, dodać puree z dyni, skórkę pomarańczową i rum dobrze wymieszać. Ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce.

Schłodzoną mieszankę przelać do maszyny do lodów. 
Przełożyć do pudełek do lodów, zamrozić.

Smacznego!

Też zapalaliście znicze na nieznanych grobach? Moi Rodzice zawsze kupowali jeden więcej, i chodząc po cmentarzu, szukaliśmy grobu, o którym wszyscy zapomnieli. Zapalaliśmy na nim lampkę, żeby dusza wiedziała, że ktoś o niej pomyślał. Choć przez chwilę...

środa, 30 października 2013

Jesienne lody - dlaczego by nie...?

Święta w tym roku do Danii zawitały nieco wcześniej... Może tylko na naszą ulicę, nie mam pojęcia. W każdym razie w sklepach można już znaleźć: renifery, bałwanki, Mikołaje, czerwone fartuszki, świeczniki ze świątecznymi motywami, i tak dalej, i tym podobnie... Trochę mnie to przeraża - jeszcze się bowiem nawet październik nie skończył... (A w niektórych sklepach widziałam ozdoby choinkowe już na początku września!) Z drugiej strony, sytuacja ta ma jeden wielki plus. Otóż C. poczuł ducha Świąt (najwyraźniej, inaczej sobie tego wytłumaczyć nie umiem) i dokonał zakupu, którego miał dokonać dopiero za dwa miesiące - mianowicie zakupił sorbetierę do Wallego. Nie macie pojęcia, jak ogromnie byłam szczęśliwa! A właściwie to nadal jestem. Marzyłam o tym dniami i nocami - te wszystkie boskie lody, które teraz będę mogła przygotować... Na przekór więc jesieni kręcę lody - w najróżniejszych smakach. I te bardziej pasujące do pogody, czyli rozgrzewające, aromatyczne, pełne przypraw, ale też zupełnie szalenie letnie... Wszystkie są cudownie pyszne, i wiem, że na Święta zrobię piernikowe...

Pewnego dnia zajrzałam do Kamili. I kiedy zobaczyłam to semifreddo, nie potrafiłam się oprzeć. Cudowne, delikatne i leciutkie, pełne fig, z alkoholową nutą... Pycha! 
Nazajutrz dostałam sorbetierę. Tamten deser nie dawał mi jednak spokoju - więc postanowiłam połączyć dwa w jednym. Mam więc figi, mocno rumowe rodzynki (nie mam w domu brandy, nie lubię), są też chrupiące płatki migdałowe. Zamiast jednak semifreddo, mam tradycyjne lody na żółtkach, na kremie angielskim z przepisu Michela Roux z jego Ciast pikantnych i słodkich. Wyszły obłędne - uwielbiam lody z alkoholem. Są takie dorosłe i pyszne.
Jedyne ale - następnym razem jednak dodałabym do nich kremówki. Będą bardziej puszyste i delikatne. U mnie akurat wyszła, a było późno, więc wyjście do sklepu odpadało. Lody za to musiały być teraz, zaraz, natychmiast, więc... Są bez śmietany. I tak wyszły genialne.

Jeśli nie macie lub nie lubicie fig, po prostu je pomińcie. Lody i tak wyjdą wspaniałe (ach, te rumowe rodzynki...).

Lody waniliowo-rumowe ze świeżymi figami

Składniki:
(na około 1 l lodów)
  • 500 ml mleka
  • 6 żółtek
  • 100 g cukru
  • ziarenka z 1/2 laski wanilii
  • 70 ml rumu
  • 50 g płatków migdałowych
  • 50 g rodzynek
  • 4 świeże figi

Rodzynki zalać rumem, odstawić.
Żółtka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Mleko z wanilią zagototwać, powoli wlać do żółtek, cały czas miksując. Przelać masę do garnka, podgrzewać, cały czas miszając, aż zgęstnieje. Nie gotować.
Przelać płyn przez sitko, zostawić do całkowitego ostudzenia, a następnie schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Po tym czasie odcisnąć rodzynki, wymieszać masę mleczno-jajeczną z rumem. Przelać do maszyny do lodów, 10 minut przed końcem mieszania dodać rodzynki, figi i uprażone na suchej patelni migdały.
Zamrozić.

Smacznego!

Uwielbiam lody na kremie angielskim. Jest z nimi tylko jeden problem - przeogromne ilości białek... Chyba zacznę kręcić sorbety (bo ile można piec bezy, prawda...?).

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Ciasto jak pudding, czyli ostatnie zimowe wypieki

Miałam w domu banany. Wszyscy wiedzą, że dojrzałe, już takie lekko sczerniałe banany to idealny pretekst do upieczenia ciasta. Można zrobić bananowy chlebek na przykład. I, muszę przyznać, to była moja pierwsza myśl. Chlebki są super: idealne na śniadanie w biegu, nawet o piątej rano. Proste i szybkie w przygotowaniu, nie nastręczają problemów i nie robią psikusów. Ideał jak nic.
W poszukiwaniu jakiegoś nowego (bo piekłam już ich całkiem sporo) przeglądałam internet i książki, aż zupełnie przypadkiem natrafiłam na odwracane ciasto z bananami. Hmm... Tego jeszcze u mnie nie było! Chlebek chlebkiem, ale horyzonty trzeba poszerzać, zdecydowałam się więc na dopiero co odkryte w Cakes, biscuits and slices The Australian women's weekly ciacho. Muszę przyznać, że oczekiwałam czegoś zupełnie innego...

Składniki i sposób przygotowania mówią same za siebie - to nie będzie tradycyjne, ucierane ciasto.
Najpierw karmel - wylany na spód tortownicy momentalnie zastyga w twardą masę. W tym momencie chciałabym Was uprzedzić - użyjcie naprawdę szczelnej tortownicy. Jeśli jej do końca nie ufacie, owińcie dodatkowo folią. W papierze bowiem może się zrobić dziurka, a karmel bywa kłopotliwy do doczyszczenia.
Na masie karmelowej układamy plasterki bananów - warstwa powinna być dość gruba, później bowiem smakują naprawdę obłędnie.
Ciasto właściwe to zmiksowane daktyle z alkoholem, banan i przyprawy, trochę mąki i jajka. Nie brzmi to zbyt ortodoksyjnie, prawda? Efekt jest niesamowity - ciacho bowiem bardziej przypomina pudding. Jest mięciutkie, gąbczaste, o naprawdę śmiesznej, ale niesamowicie przyjemnej dla podniebienia konsystencji. Szczerze - nie za bardzo potrafię to opisać, nieczęsto bowiem zdarza mi się jeść coś takiego. C. był zachwycony i muszę przyznać, że wyjątkowo szybko rozpracowaliśmy całą blaszkę. Świetnie smakuje w towarzystwie dowolnych lodów.

Odwracane ciasto daktylowe z bananami i karmelem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

karmel:
  • 200 g cukru
  • 75 ml wody
  • 7 goździków

ciasto:
  • 140 g daktyli
  • 180 ml wody
  • 100 ml ciemnego rumu
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 60 g masła
  • 55 g jasnego brązowego cukru
  • 2 jajka
  • 150 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1 łyżczeka kardamonu
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1,5 banana

dodatkowo:
  • 2 banany

Cukier na karmel umieścić w garnku z wodą i goździkami. Podgrzewać na średnim ogniu, aż się skarmelizuje.
Formę wyłożyć papierem do pieczenia, wylać karmel, wyjąć goździki. 2 banany pokroić w plasterki, ułożyć na karmelu, odstawić.

Daktyle zalać w garnku wodą i rumem, doprowadzić do wrzenia. Zdjąć z ognia, wmieszać sodę, odstawić na 5 minut. Po tym czasie dokładnie zmiksować blenderem. Dodać masło i cukierm, zmiksować. Dodać jajka, wsypać przesianą mąkę z proszkiem i przyprawami. Połączyć. Dodać rozgniecione widelcem 1,5 banana, wymieszać.
Masę przełożyć do formy, wyrównać wierzch. 

Piec w 180 st. C. przez 60-75 minut.

Wyjąć z piekarnika, po dwóch minutach odwrócić na talerz do góry nogami. Zdjąć papier i ostudzić.

Smacznego!

Najwięcej problemów sprawiło mi odwrócenie ciasta - nie przywykłam do takich akrobacji. Koniecznie trzeba to zrobić, póki ciasto jest ciepłe, inaczej warstwa karmelowa przywrze do papieru i całość nie będzie wyglądać za ładnie. Poza tym ciasto jest naprawdę banalne i dość szybkie w przygotowaniu, i choć jeszcze zimowe, to polecam je serdecznie, bo naprawdę zaskakuje smakiem.

piątek, 5 kwietnia 2013

Serek i cola, czyli najdziwniejszy sernik

Uwaga! Parę dni temu wyszłam na dwór, na całe piętnaście minut, w samym swetrze i nie zamarzłam. Wiosna idzie!

Tym optymistycznym akcentem chciałabym zacząć wpis o najdziwniejszym serniku, jaki udało mi się do tej pory przygotować. Bo, będąc w Polsce, nadrobiłam zaległości i zakupiłam kilka gazet, między innymi Pieczenie jest proste, nr 2/2012. Muszę przyznać, że ten numer wyjątkowo przypadł mi do gustu, bo pełen jest przepisów na leciutkie serniki na zimno, które to C. tak uwielbia. Na ostatniej stronie zobaczyłam bardzo apetyczne zdjęcie, a po przeczytaniu tytułu szeroko otworzyłam paszczę ze zdumienia. Sernik z colą...?! Ale jak...? 
Musicie przyznać, że brzmi to co najmniej dziwnie. Jestem otwarta na nowe pomysły i eksperymenty, i sernik ten chodził za mną bardzo długo. Nie mogłam się jednak przemóc - cola z serkiem jakoś podejrzanie nie mogły się skomponować w mojej głowie. W końcu jednak C. stwierdził, że dopóki nie spróbuję, nie będę wiedziała. Jak będzie niedobry, przynajmniej więcej błędu nie popełnię. Piekłam już muffiny na coli, ale to jednak coś zupełnie innego... Tam chodziło o nadanie ciastu puszystości, roli coli w serniku nie udało mi się rozgryźć, nawet po jego przygotowaniu. Hmpf... Jednak idąc za radą C., w końcu weszłam do kuchni. Nieco bardziej nieśmiało niż zwykle... Okazało się jednak, że moje obawy były bezpodstawne, sernik bowiem wyszedł naprawdę smaczny. Czułam się wręcz rozczarowana, że smak coli jest niemal niewyczuwalny, szczególnie w galaretce na wierzchu, gdzie cola i żelatyna to jedyne składniki... 
Ciasto wyszło dobre, ot, delikatny serniczek. Smakował bardziej serem niż colą, gdzieś w tle wyczuwalny jest taki troszkę niezidentyfikowany aromat... Jestem pewna, że nikt nie odgadłby sekretnego składnika.

Jeśli macie duszę odkrywcy, spróbujcie. Jeśli lubicie serniki na zimno - spróbujcie. Nic strasznego z tego połączenia nie wychodzi, a gwarantuję zaskoczenie gości.

Sernik z colą (na zimno)

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 115 g ciastek digestive
  • 80 g białej czekolady
  • 40 g masła

masa serowa:
  • 500 g serka kremowego
  • 250 g jogurtu naturalnego
  • 60 g cukru
  • sok z 1/2 cytryny
  • 3 łyżki białego rumu
  • 90 ml coli
  • 10 listków żelatyny

polewa:
  • 150 ml coli
  • 4 płatki żelatyny

dodatkowo:
  • 20 g białej czekolady

Ciastka dokładnie pokruszyć. Masło rozpuścić, dodać drobno pokrojoną białą czekoladę i wymieszać do jej rozpuszczenia. Dodać czekoladę do ciastek, wymieszać.
Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Na dnie ugnieść łyżką lub dłonią masę ciasteczkową, schłodzić.

Serek zmiksować z jogurtem na gładką masę. Dodać cukier, sok z cytryny, rum i colę. Zmiksować.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, następnie odcisnąć, rozpuścić na parze i przestudzić. Powoli dolewać do masy serowej, cały czas miksując. Przelać do formy, schłodzić w lodówce przez 2-3 godziny.

Resztę żelatyny namoczyć, rozpuścić i przestudzić. Wymieszać z colą, wstawić do lodówki. Gdy masa zacznie tężeć, wylać na sernik. Schłodzić 1-2 godziny, aż stężeje.

Przed podaniem udekorować wiórkami z czekolady.

Smacznego!
Tak sobie o tym serniku myślę, i dochodzę do wniosku, że upieczenia sernika z colą to bym jednak nie zaryzykowała. A Wy...?