piątek, 19 stycznia 2018

Pogodowe zamieszanie i wiosenno-zimowy pudding chia

Że w macu jest jak w garncu, przekonałam się już dawno. Ale żeby już w styczniu pogoda serwowała nam danie wprost z kociołka, i to nie tylko na obiad, ale też na śniadanie, kolację i deser...? Muszę przyznać, że taki stan rzeczy nieco mnie rozstraja.
Gdy wstaję rano, chwilę przed ósmą, ciągle jest szaro, ponuro i nieprzyjemnie. Na śniadanie więc podgrzewam pasztet i smażę na chrupko kilka plastrów boczku - nic innego nie wchodzi w grę. No, może jeszcze jajka na miękko... Ale to byłaby rozpusta, na którą nie mamy czasu.
Po kilku godzinach świat się rozjaśnia; słońce ukazuje swe promienne oblicze, a ja, radosna niczym skowronek w pierwszy dzień wiosny, zapinam psy i zabieram je na dłuższy spacer. Co - rzecz jasna - okazuje się nie najlepszym z moich pomysłów; do domu wracamy bowiem w śnieżycy z prawdziwego zdarzenia. Wielkie, białe płatki sprawiły, że świat otuliła nienaturalna wręcz cisza; wszystko powoli spowija biały puch sprawiając, że świat wydaje się na wpół martwy, a jednocześnie ani trochę na wpół żywy. Gdy już zza szyby obserwuję ten dziwny, niemalże zimowy świat, dociera do mnie, że to przecież styczeń, i śnieg zupełnie nie powinien mnie dziwić.
A jednak dziwi...

Po powrocie do pracy i codziennej rutyny, wróciłam też do dobrego zwyczaju przygotowywania sobie na śniadanie puddingów chia. Są szybkie, łatwe, a kombinacje smakowe - nieskończone. Tym razem sięgnęłam po orzeźwiającą miętę i kojącą czekoladę - idealne połączenie na poranek, który nastąpi dopiero kilka godzin po przebudzeniu.
Jeśli lubicie after eight, te słynne czekoladki, to coś zdecydowanie dla Was. Ja za nimi średnio przepadam, a i tak ta wersja puddingu mnie urzekła. Jednocześnie pobudza do życia i sprawia, że świat wydaje się piękniejszy. Połączenie mięty i czekolady w idealnych proporcjach.
Przede mną pracujący weekend, więc taka porcja energii z rana przyda mi się z pewnością.

Czekoladowo-miętowy pudding chia


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 400 ml mleczka kokosowego
  • 400 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 2 łyżki kakao
  • 1 łyżeczka herbaty matcha
  • 1/2 łyżeczka chlorelli
  • 1 łyżeczka ekstraktu z mięty

dodatkowo:
  • listki mięty

Mleko wymieszać z mleczkiem kokosowym, rozdzielić na pół. Do jednej części dodać 1,5 łyżki nasion chia i kakao, dobrze wymieszać, najlepiej za pomocą trzepaczki. Do drugiej części dodać matchę, chlorellę i ekstrakt, również wymieszać.
Schłodzić przez noc w lodówce.

Obie masy wlewać równocześnie do miseczki, udekorować listkiem mięty.

Smacznego!

Ciekawa jestem, kto pomyśli o odśnieżeniu dróg o wpół do drugiej nad ranem...

środa, 17 stycznia 2018

O tym, jak prawie zostałam feministką. I różowe bułeczki z buraczkami

W sobotę C. był w pracy cały dzień (nie zmyślam; bite trzynaście godzin), a ja po zrobieniu wszystkiego, czego nie musiałam, ale co przyszło mi do głowy, w końcu zasiadłam na kanapie z książką, kawą i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. I kiedy tak siedziałam sobie zupełnie spokojnie, w końcu zaczęło mi się robić chłodno. Sięgnęłam po koc - ale to nie to. Zamarzył mi się ogień na kominku!

I tutaj mała dygresja - jestem jedną z tych staromodnych kobiet, które lubią, gdy otwiera się im drzwi, pomaga nieść ciężkie torby z zakupami, odsuwa krzesło w restauracji i... Rozpala się dla nich w kominku. C. doskonale to rozumie (albo może lepiej będzie powiedzieć, że pogodził się z zaistniałym stanem rzeczy) i robi dla mnie to wszystko, a nawet jeszcze więcej. Kominek więc stanowi dla mnie prawdziwą tajemnicę - C. coś tam przy nim pomajstruje, a potem pojawia się ogień i robi się ciepło. Proste, prawda? 
Ha! Nie do końca.
Włożyłam do kominka szczapę, kawałek wymiętoszonej gazety, podpaliłam i czekałam na cud, który się nie zdarzył. Papier spłonął błyskawicznie... I tyle. Ponowiłam próbę - z tym samym, niestety, rezultatem. Podrapałam się w głowę, dołożyłam drewna i gazet, spróbowałam znowu. 
Powoli, najpierw nieśmiało, później nawet dziko, na kominku zaczął buzować ogień. 

Dumna byłam z siebie niesłychanie! Na co mi mężczyźni, skoro potrafię rozwikłać takie tajemnice, i to w zaledwie pół godziny? Krzesło też umiem sama odsunąć, a ciężkie zakupy zawsze można wnieść na dwa razy. Ostatnio nawet zupełnie sama dolałam płynu do spryskiwaczy w aucie, i to do właściwego pojemnika!
Dołożyłam do ognia raz, drugi... I skończyły mi się polana. Uniosłam brew i kategorycznie oznajmiłam moim psom, że ja w te pająki to na pewno nie pójdę!
Porzuciłam więc ideę zostania feministką i pokornie poczekałam na C., żeby ocalił swą damę z opresji (groźba zamarznięcia może nie była realna, ale... W baśniach zawsze się dramatyzuje bez potrzeby). 

Dzisiaj mam dla Was przepis na wyjątkowe bułeczki - idealnie poprawiające humor już samą swoją barwą. W magazynie Bage og sylte, nr 1/2017 zdjęcie bułeczek było zrobione przed ich upieczeniem - kolor jest niesamowicie intensywny! W piekarniku nieco blednie; staje się głębszy i ciemniejszy, ale nadal robi odpowiednie wrażenie. Wszystko za sprawą startych buraczków - sprawiają, że zwykłe pieczywo nie tylko staje się niezwykle przyjemne dla oka, ale jest wilgotne i naprawdę długo zachowuje świeżość. Dzięki dodatkowi ziaren bułeczki są jeszcze bardziej treściwe; świetnie nadają się do wytrawnych, ale też słodkich dodatków. 

A po inne smakołyki z pieczonymi buraczkami koniecznie zajrzyjcie do Mopsika.

Bułki z buraczkami


Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 100 g mieszanki 5 ziaren
  • 200 g buraków
  • 20 g świeżych drożdży
  • 300 ml letniej wody
  • 2 łyżeczki soli
  • 1 łyżka złotego syropu
  • 500 g mąki orkiszowej
  • 225 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka
Mieszankę ziaren zalać wrzątkiem.
Buraki obrać, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach.
Drożdże rozmieszać w kilku łyżkach wody, następnie wlać pozostałą wodę, dodać odciśnięte ziarna, syrop i buraki. Wymieszać.
Do dużej miski przesiać mąkę orkiszową, dodać płynne składniki, zagnieść. Dodać sól, połączyć. Na końcu partiami dodawać mąkę pszenną.
Dobrze wyrobione ciasto odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

Po tym czasie jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 12 części, z każdej uformować okrągłą bułeczkę. Układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując duże odstępy.
Odstawić na 25-30 minut do napuszenia.

Bułeczki posmarować mlekiem.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


U mnie mieszanka pięciu ziaren to ziarna jęczmienia i żyta, słonecznik, sezam i siemię lniane. Nie wiem, czy w Polsce można kupić taką gotową; jeśli nie, można je kupić osobno i wymieszać samemu w dowolnych proporcjach. 
Mleka użyłam tylko do posmarowania bułeczek; zamiast tego można spryskać je wodą, i będą idealne dla alergików. 

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Sen o fidze

Przyśniło mi się, że kupiłam figi.
Zdałam sobie z tego sprawę w momencie, gdy przeglądałam plik ze zdjęciami do przepisów; w oko wpadło mi to z ciastem czekoladowym i dorodną figą na wierzchu, i nagle przypomniałam sobie swój sen. Nie pamiętam szczegółów; tylko to, że stałam w kuchni, a na blacie obok deski do krojenia i noża leżały soczyście fioletowe figi. Później wzięłam jedną do ręki i oglądałam z zaskakującą uwagą... I tyle. 

To z kolei skłoniło mnie do zastanowienia się nad zjawiskiem deja vu. Bo wiecie co? Mam wrażenie, że zdarza mi się ono dość często. 
Dzień jak co dzień, nic niezwykłego się nie dzieje, aż tu nagle mam nieodparte wrażenie, że... To już kiedyś było. I wiem, co wydarzy się za chwilę, co ktoś powie albo zrobi. Doskonale wiem, że to niemożliwe; że to tylko mój mózg płata mi figle, ale i tak przeszywają mnie dreszcze. I tak sobie myślę, że może jednak nie powinnam o tym pisać, bo jeśli przeczyta to jakiś psychiatra, to jeszcze będzie chciał się za moją psychikę zabrać... A przecież ze mną wszystko w porządku; prawda...?

A skoro już o figach mowa; skoro mi się śniły i później wkroczyły w moje myśli niezwykle wręcz stanowczo, będzie i ciasto z figami. Taki mały torcik, niemalże...

Przepis na ciasto z ciemnym piwem znalazłam u Agaty; akurat miałam butelkę na zbyciu, więc czym prędzej zabrałam się za pieczenie. Miałam jednak ochotę jakoś je urozmaicić; przygotowałam więc krem budyniowy w dodatkiem masy krówkowej, a dodatkowo przełożyłam je karmelizowanymi figami. Efekt jest oszałamiający! Ciasto czekoladowe jest dość ciężkie i obłędnie wyraziste w smaku, wilgotne i mięsiste - wprost idealne na styczniowe, szare dni. Krem budyniowy z bitą śmietaną zamiast masła jest lekki i delikatny, a jego krówkowy smak świetnie komponuje się z czekoladowym ciastem. Figi są tu kropką na i - można je pominąć, ale lepiej zastąpić jakimiś innymi owocami. Może świeżą żurawiną...? Wyjdzie wtedy ciasto z pazurem.

Czekoladowe ciasto na ciemnym piwie z kremem krówkowym i figami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)
  • 250 ml ciemnego piwa
  • 150 g masła
  • 145 ml śmietany kremówki (38%)
  • 70 g ciemnego kakao
  • 200 g cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 2 jajka
  • 300 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

budyniowy krem krówkowy:
  • 250 ml mleka
  • 25 g budyniu krówkowego
  • 20 g cukru
  • 50 g masy krówkowej
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 2 łyżki cukru
  • 2 figi

dekoracja:
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 1 figa

Masło rozpuścić, przestudzić. Wymieszać z piwem i śmietaną.
Kakao przesiać, wymieszać z cukrem, dodać do mokrych składników, połączyć. Wlać ekstrakt z wanilii, wbić jajka i dokładnie wymieszać.
Mąkę przesiać z proszkiem i sodą. Dodać do mokrych składników, wymieszać tylko do ich połączenia.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia, boki posmarować masłem. Wlać ciasto.

Piec w 170 st. C. przez 50 minut.
Przestudzić w formie, a następnie odłożyć na kratkę do całkowitego wystudzenia.

200 ml mleka zagotować wraz z cukrem. W pozostałym mleku rozpuścić budyń, wlać do gotującego się mleka, gotować jeszcze chwilę, aż budyń zgęstnieje. Dodać masę krówkową, dokładnie wymieszać. Ostudzić.
Kremówkę ubić, partiami dodawać do budyniu, delikatnie mieszając łyżką.

Na patelni skarmelizować cukier. Figi pokroić w plasterki, skarmelizować. 
Przestudzić.

Ciasto przekroić na pół. Na paterze ułożyć spód, wyłożyć krem i plasterki fig, przykryć drugim blatem, delikatnie dociskając. Ewentualnie wyrównać brzegi.

Przed podaniem ciasto oprószyć cukrem pudrem i udekorować świeżą figą.

Smacznego!

A tymczasem, choć dopiero co wróciłam ze szkoły, już za dwa tygodnie czeka mnie kolejna tura... Ależ ten czas pędzi!

sobota, 13 stycznia 2018

Rozgrzewająca kawa na styczniową słotę

Zaplanowałam sobie na dzisiaj dzień lenia.
W dodatku uważam, że bezsprzecznie na niego zasłużyłam; szczególnie po piątku, kiedy to wyszłam z domu kwadrans po drugiej (w nocy, jakby ktoś miał wątpliwości), a wróciłam z powrotem o osiemnastej. W tym czasie zdążyłam być w pracy przez niemal dwanaście godzin, zahaczyć o supermarket, żeby kupić noże w promocji, i... Dojechać tam i z powrotem. Lista nie jest imponująca, ale zmęczona byłam tak, że zasnęłam na kanapie w pozycji półsiedzącej, kiedy próbowałam głaskać Ptysię i rzucać piłeczkę Pączusi... 
Obudziłam się cała obalała jakąś godzinę później tylko po to, żeby zawinąć się w najbliższy koc, położyć i znów odpłynąć w objęcia Morfeusza... A kiedy w końcu udało mi się wstać i dojść pod prysznic, pod strugami gorącej wody obiecałam sobie, że w sobotę nie kiwnę nawet palcem... Bo przecież zasłużyłam, prawda...?

Tymczasem, jak to zwykle ze mną bywa, już od rana stwierdziłam, że takie siedzenie na kanapie i nic-nierobienie w wolną sobotę, kiedy C. jest w pracy, jest bezproduktywne i nużące. Z poczuciem czasu uciekającego przez palce, zabrałam się za pranie, odkurzanie, mycie podłóg, ugotowanie zupy i wysprzątanie w szufladzie z przyprawami (wiecie, ile mam w domu rodzajów soli...? Ja już wiem: osiem). Przed odkurzaniem zdążyłam jeszcze wyczesać Ptysię i przyprawić o palpitację Pączusię, kiedy jej również to zaproponowałam (najpierw uciekała przed szczotką jak diabeł przed święconą wodą, a później stała cała sztywna i wyprostowana, jakbym prasowała ją rozgrzanym do czerwoności żelazkiem, a nie miziała szczotką z miękkim włosiem). 

Kiedy już się uporałam ze wszystkim (no, prawie; pranie nadal w toku, ale tutaj do powiedzenia ma więcej pralka niż ja), usiadłam bardzo z siebie zadowolona z książką w dłoni i... Stwierdziłam, że czegoś mi brakuje. Pogoda dzisiaj zdecydowanie nieciekawa - cały dzień jest szaro i pochmurno, a do tego wietrznie; styczeń w takim wydaniu zdecydowanie nie nastraja optymistycznie. Myślałam o gorącej czekoladzie, ale okazało się, że nie mam w domu kremówki. A gorąca czekolada bez bitej śmietany to już zdecydowanie nie to... Na szczęście znalazłam u Leny przepis na niezwykle kuszącą kawę zbożową; akurat mam w lodówce otwartą puszkę z kajmakiem, a przypraw po świątecznych wypiekach ciągle leży w szufladzie pod dostatkiem. Zagotowałam więc wodę, podgrzałam mleko (słodkie kawy bez pianki z mleka w takie dni jak dziś po prostu nie wchodzą w grę) i... To było dokładnie to, czego mi było potrzeba! Aromatyczna, lekko słodka kawa (jeśli na co dzień pijacie kawę z cukrem, proponuję dodać ze dwie łyżki kajmaku zamiast jednej) z puszystą, mleczną pianką - smakuje po prostu obłędnie! 
Jeśli potrzebujecie czegoś bardziej pobudzającego - proponuję użyć zwykłej kawy, też będzie pysznie. 

Kawa korzenno-karmelowa


Składniki:
(na 1 porcję)
  • 3 łyżeczki kawy zbożowej
  • 1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/4 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/4 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 250 ml wrzątku
  • 1 łyżka masy krówkowej
  • 100 ml mleka

Kawę i przyprawy wsypać do szklanki, zalać wrzątkiem, odstawić do zaparzenia.
W tym czasie podgrzać mleko do temperatury 60 st. C., spienić.
Do kawy dodać masę krówkową, wymieszać. Na wierzch wylać pianę z mleka.

Smacznego!


A teraz, gdy zrobiło się już niemal zupełnie ciemno, mogę spokojnie ułożyć się na kanapie i poczytać - w końcu wyzwanie książkowe na Goodreads nie śpi!

czwartek, 11 stycznia 2018

Kransekage, czyli Nowy Rok po duńsku

W Święta pogoda zrobiła nam psikusa; słońce świeciło prosto w oczy z zaskakującą siłą, a termometr, nawet po przetarciu oczu ze zdziwienia, z zapamiętaniem pokazywał prawie dziesięć kresek. Rozglądając się wokół miało się wrażenie, że to marzec i pierwsze, nieśmiałe jeszcze, podmuchy wiosny. Byłam na to przygotowana; tydzień przed Wigilią w radiu mówili, że na białe Święta mamy... Całe dwa procent szans. I choć jestem niepoprawną optymistką, to jednak nie aż taką. Pogodziłam się z losem, a nawet znalazłam jasne strony zaistniałej sytuacji: nie trzeba co rano skrobać auta, ani wychodzić z domu piętnaście minut przed czasem, w razie, gdyby jednak było ślisko.

Tymczasem tuż po Nowym Roku, kiedy po raz pierwszy nieśmiało myśli się o wiośnie, pojawiły się przymrozki. I to nie byle jakie, bo całe pięć stopni poniżej zera! (Mieszkam w Danii - to nie Syberia; tutaj minus pięć wywołuje powszechny popłoch.) Przez ostatnie kilka dni szyby musiałam Francuzowi skrobać dwa razy dziennie, bo zanim skończyłam pracę, znów zamarzały. Chodniki pokrywa cienka warstwa lodu; na tyle jednak niebezpieczna, że trzeba naprawdę uważać przy spacerach z sierściuchami. Wylądowanie na czterech literach to jednak nie do końca to, na co ma się ochotę, nawet w taki słoneczny dzień, jak dziś.
Pączusia szaleje - śnieg wyzwala w niej dodatkowe rezerwy energii, o których nie miałam pojęcia, że istnieją. Biega, prycha i skacze, i - o dziwo! - zaraża tym Ptysię, która mimo swego statecznego wieku, nagle przypomniała sobie, jak to jest fajnie wsadzać nos w śnieg i wzbijać skrzące się w słońcu fontanny białego puchu. Zabieramy je więc do parku na dłuższe spacery; póki im łapki, a nam nosy, nie zaczynają zamarzać. Wtedy wracamy do domu, C. rozpala w kominku, a ja robię nam gorącej herbaty. I pod kocykiem, na kanapie, obserwujemy przybierające najfantastyczniejsze barwy niebo.
Ach, żeby tylko było więcej czasu na takie przyjemności...

Dzisiaj mam dla Was przepis na kolejny duński klasyk: kransekage. Cóż to takiego? Zaczniemy od rzeczy prostej: konfektu. Czyli małych wypieków, takich w sam raz na raz. Migdałowe ciasto na białkach, krótko pieczone w wysokiej temperaturze, przybiera apetyczną złoto-brązową barwę i staje się chrupiące, w środku jednak pozostaje miękkie i lekko ciągnące. Sylwestrowa zabawa nie może się obyć bez kransekage - o dwunastej przegryza się je do szampana. 
Klasycznie w Danii używa się masy o nazwie kranse xx - jest to masa na bazie migdałów i pestek moreli. W wypadku konfektu jednak idealnie sprawdzi się surowy marcepan. O marcepanowych masach więcej napiszę w kolejnym wpisie - Duńczycy mają ich bowiem całe mnóstwo, a każda służy do przygotowywania czego innego... Ale każdy, kto choć raz odwiedził ten najbardziej wysunięty na południe skandynawski kraj, wie, że jego mieszkańcy migdały traktują jak dobro narodowe na równi z ciastem duńskim (tutaj zwanym wienerbrød; tak dla ułatwienia).

Kransekage konfekt


Składniki:
(na 40 sztuk)
  • 310 g surowego marcepanu (kranse xx)
  • 155 g cukru
  • 50 g białek

dodatkowo:
  • 10 orzechów laskowych
  • 5 migdałów
  • 5 ćwiartek orzechów włoskich
  • 2 łyżki powideł śliwkowych
  • 2 łyżki nugatu

Marcepan utrzeć z cukrem na gładką masę - drobinki cukru nadal będą wyczuwalne. Powoli wlewać białka, cały czas ucierając.
Masę przełożyć do woreczka cukierniczego z tylko w kształcie gwiazdki, wyciskać rozetki na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.
W część wcisnąć orzechy laskowe, włoskie i migdały. W pozostałych wilgotnym palcem zrobić dziurki. Połowę z nich wypełnić powidłami.

Piec w 220 st. C. przez 6-7 minut. Ciasteczka powinny się zrumienić.

Puste ciasteczka wypełnić nugatem (jeśli jest zbyt twardy, lekko go podgrzać).
Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Czekoladę zatemperować, maczać w niej spody ciastek, odkładać na papier do pieczenia.

Przechowywać w szczelnie zamkniętej puszce.

Smacznego!


Konfekt można wypełniać niemal wszystkim - orzechami, pistacjami, dżemami (muszą być twarde), nugatem (po upieczeniu, inaczej spali się w wysokiej temperaturze), wisienkami koktajlowymi... Im więcej rodzajów nadzienia, tym lepiej będą się później prezentować na talerzu.

wtorek, 9 stycznia 2018

Mus cytrynowy po duńsku

Witajcie!

W tym roku świąteczna przerwa od blogowania wydłużyła mi się niesamowicie. I to bynajmniej nie dlatego, że tak się objadłam wigilijnymi smakołykami, że przez dwa bite tygodnie nie byłam w stanie podnieść się z kanapy. Wręcz przeciwnie; dopiero dwudziestego drugiego grudnia wróciłam do domu z Zelandii, żeby później niemal codziennie być w pracy, aż do Nowego Roku. Tu chwilę sobie odsapnęłam, a później brutalny powrót do codzienności i pobudek o godzinach co najmniej nieprzyzwoitych. I tak się to wszystko kręci, a ja nie do końca się w tym odnajduję. Tymczasem już za trzy tygodnie znowu będę w szkole; ciężko więc wejść w rytm, który w grudniu kompletnie zagubiłam. 

Dzisiaj wstałam chwilę po ósmej, zjadłam śniadanie razem z C., zanim musiał jechać do pracy, i w końcu włączyłam komputer. Usiadłam przed pustym plikiem notatnika, odetchnęłam głęboko i... Poczułam to. Nieodpartą chęć pisania. Bo wiecie co...? Już zdążyłam się stęsknić...

Dzisiaj mam dla Was jeden z kultowych duńskich przepisów - przynajmniej w moich oczach. Nie mam pojęcia, czy w innych rodzinach też jest taka tradycja; wiem, że u C. kolacja noworoczna nie może się obyć bez cytrynowego musu. Podobno jacyś znajomi przygotowują go częściej; u C. jada się go tylko raz do roku - w Sylwestra.
Tak naprawdę to nic skomplikowanego ani niezwykłego - ot, puszysty mus cytrynowy z jajkami, pod chmurą lekkiej bitej śmietany. Ale wiecie co? Jedzony tylko raz w roku, ma jakieś magiczne właściwości. Tak jak barszcz czy pierogi - tego wieczoru smakuje wyjątkowo. 

Przepis dostałam od Teściowej, a ona ma go od swojej mamy, która ma go od swojej mamy... Jest to więc rodzinny przepis z tradycjami, i nic w nim nie zmieniałam. No, poza kolejnością mieszania składników - moim zdaniem dużo bezpieczniej dodawać żelatynę do ubitych żółtek niż do bitej śmietany. 
Mus wychodzi dość kwaśny i zdecydowanie wyrazisty. Świetnie smakuje z kieliszkiem słodkiego, musującego wina. I choć trochę się denerwowałam, czy sprostam wymaganiom, okazało się, że zupełnie niepotrzebnie - smakował dokładnie tak jak powinien.

To jak - skusicie się...?

Noworoczny mus cytrynowy z bitą śmietaną


Składniki:
(na miskę o pojemności 3 l)
  • 8 jajek
  • 500 ml śmietany kremówki (38%)
  • 160 g cukru
  • sok z 5 cytryn
  • 10 listków żelatyny
dodatkowo:
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Żółtka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać sok z cytryny, dokładnie zmiksować.
Kremówkę ubić na pół-sztywno.
Białka ubić na sztywno.

Żelatynę odcisnąć, rozpuścić. Powoli wlewać do żółtek, cały czas miksując. Następnie partiami dodać śmietanę, a na końcu białka, delikatnie mieszając łyżką.
Mus przełożyć do miski lub szklanek, schłodzić w lodówce przez minimum 3-4 godziny.

Przed podaniem ubić pozostałą kremówkę, wyłożyć na mus.

Smacznego!


Zgodnie z tradycją, deser przygotowałam w dużej, szklanej misce; tylko do zdjęcia odłożyłam małą porcję. Szklankę zdecydowanie łatwiej sfotografować...