Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Desery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Desery. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 lutego 2018

Wyjątkowe tiramisu na wyjątkowy dzień

Czas pędzi. I to tak na złamanie karku; doprawdy, gdzie on się tak spieszy...? Że niby do wiosny...? Na jutro zapowiadają minus piętnaście stopni! No naprawdę, nie ma ku czemu tak biec...

Niedawno uświadomiłam sobie, że wczoraj minęło pół roku do naszego wesela. Pół roku! Dacie wiarę...? Nie wiem, kiedy to minęło. Gdy myślę o weselu, mam wrażenie, jakby było wczoraj. No, może trochę przesadziłam... Ale pamiętam szczegóły nie gorzej niż tydzień po. Ciągle się śmieję na myśl o niektórych momentach i wzruszam na wspomnienie siąkającego w kościele Taty. Pamiętam nasz pierwszy taniec (totalna porażka, ale było ciemno, to nikt nie widział), ustawianie się do zdjęć i sakramentalne tak. Boskie danie główne, toasty i piosenkę, która chwyciła mnie za serce. Zdenerwowanie przed przemową, a potem głośne wybuchy śmiechu gości i oklaski. Ach, cóż to był za dzień!

Z tej okazji w miniony weekend przygotowałam nasz ulubiony deser w nieco innej odsłonie. Klasyczny krem do tiramisu na jajkach wzbogaciłam o dodatek ajerkoniaku, a pomiędzy warstwy kremu i biszkoptów dołożyłam truskawek. Efekt - zniewalający! Delikatny, leciutki krem, mocno kawowe biszkopty i całkiem smakowite (jak na koniec lutego) truskawki. Aj, zajadaliśmy się, aż nam się - niezbyt romantycznie - uszy trzęsły. To było coś!

Tiramisu z ajerkoniakiem i truskawkami


Składniki:
(na 4-6 porcji)
  • 3 jajka
  • 40 g cukru pudru
  • 250 g serka mascarpone
  • 75 g ajerkoniaku
  • 80 g podłużnych biszkoptów
  • 200 ml mocnej kawy
  • 2 łyżki kakao
  • 250 g truskawek
Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Wlać ajerkoniak, zmiksować. Dodać mascarpone, miksować, aż krem zacznie gęstnieć. Ubić białka, delikatnie wmieszać do kremu.

Biszkopty maczać krótko w kawie. Ułożyć połowę na dnie szklanek, następnie wyłożyć połowę kremu. Oprószyć kakao, wyłożyć połowę pokrojonych w ćwiartki truskawek. Na owoce położyć namoczone w kawie biszkopty, przykryć pozostałym kremem. Schłodzić.

Przed podaniem wierzch oprószyć kakao i udekorować pozostałymi truskawkami.

Smacznego!


Tymczasem ja znów wylądowałam na Zelandii. Póki co - fajnie jest. Miło jest zobaczyć znane, dawno niewidziane twarze, pogadać o wszystkim i o niczym, i pośmiać się do rozpuku. 
Od razu odmłodniałam, przynajmniej o kilka lat.

piątek, 16 lutego 2018

Deser kasztanowo-kawowy i powrót do codzienności

Dzisiaj skończyłam kolejny etap szkolny - piąty. Teraz już tylko powrót do domu, i jutrzejsza pobudka o wpół do pierwszej w nocy... Brutalny powrót do rzeczywistości. 
Mam jednak wrażenie, że codzienność nie da mi się we znaki za bardzo - w końcu to tylko tydzień... Bo później znów wracam do szkoły; tak, żeby się na Zelandii za mną stęsknić nie zdążyli. 

Tym razem było bardzo kameralnie - nauczyciel i my trzy. Muszę przyznać, że bawiłam się świetnie; bez sztywnego planu, całe dnie robiłam croissanty, kransekage, musy i polewy lustrzane... Udoskonalałam techniki, znajdowałam nowe, warte uwagi przepisy, bawiłam się karmelem i czekoladą - jednym słowem, aż żal, że to już koniec. Bo przy kolejnej okazji będzie nas znów piętnaścioro - co oczywiście ma swoje plusy, ale... Sami wiecie, jak jest. 

Moją największą dumą jest pokonanie lęku przed możliwością wylosowania na egzaminie końcowym marcepanowego rożka. Brzmi niewinnie, ale uwierzcie - to prawdziwe wyzwanie! Wszystko musi do siebie idealnie pasować, paseczki lukru muszą być cieniutkie i w idealnie równych odległościach, a całość nie powinna odchodzić od pionu. W końcu mi się udało! Oczywiście, nie jest idealnie, ale... Blisko. Wystarczająco blisko, żebym nie wpadała w bezdech na samą o nim myśl.
Ta szkoła jednak czegoś mnie uczy...

Dzisiaj mam dla Was natomiast przepis na naprawdę wyjątkowy deser. Bardzo prosty; raptem kilka składników, w dodatku niespecjalnie wyszukanych (no, może poza kasztanami, które poza sezonem ciężko kupić. Okazuje się jednak, że można znaleźć je mrożone - już obrane i podgotowane, gotowe do użycia - genialny pomysł!). Mamy więc krem kasztanowy z dodatkiem ricotty, warstwę intensywnie kawowej galaretki, delikatny mus kawowy i migdałowo-kasztanowy nugat. C. się w tym deserze zakochał, szczególnie przypadł mu do gustu chrupiący wierzch, który bezczelnie podjadał z miseczki, zanim zdążyłam udekorować nim desery. Dzięki dodatkowi sody do karmelu staje się on niemal puszysty - choć może to nienajlepsze określenie. Soda napowietrza karmel, dzięki czemu jest dużo przyjemniejszy w jedzeniu - taki prosty, a jakże efektowny trik!

Całość jest świetnie wyważona i lekko zaskakująca, pięknie wygląda i smakuje po prostu bosko!
I tak, ja wiem, że już po Walentynkach, ale w myśl zasady, że kochać trzeba na co dzień, a nie tylko od święta, przygotujcie taki deser w weekend i zjedzcie w doborowym towarzystwie. Nie pożałujecie - gwarantuję!

Deser kasztanowo-kawowy


Składniki:
(na 4-6 porcji)

mus kasztanowy:
  • 100 g słodzonego kremu z kasztanów
  • 50 g sera ricotta
  • 180 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny

galaretka kawowa:
  • 150 ml kawy
  • 2 listki żelatyny

mus kawowy:
  • 2 żółtka
  • 2 łyżki cukru
  • 45 ml mocnej kawy
  • 2 listki żelatyny
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:

Przygotować mus kasztanowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Białka ubić na sztywną pianę.
150 ml kremówki ubić na pół sztywno.
Pozostałą kremówkę podgrzać, dodać do niej odciśniętą żelatynę. 
Krem kasztanowy zmiksować z ricottą. Dodać żelatynę, zmiksować. Dodać ubitą kremówkę w dwóch partiach, delikatnie mieszając łyżką.
Przełożyć krem do szklanek, schłodzić.

Przygotować galaretkę:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. Odcisnąć, dodać do gorącej kawy, ostudzić. Gdy galaretka zacznie tężeć, przelać na mus kasztanowy. Schłodzić.

Przygotować mus kawowy:
Żelatynę namoczy c w zimnej wodzie.
Żółtka z cukrem utrzeć na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać kawę, cały czas miksując. Przelać masę do garnuszka, podgrzewać, cały czas mieszając, aż nieco zgęstnieje (nie gotować!). Do ciepłej masy jajecznej dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Przestudzić. 
Kremówkę ubić na pół sztywno. Delikatnie wmieszać do letniej masy jajecznej. Przelać na zastygniętą galaretkę, schłodzić.

Kasztany i migdały grubo posiekać, wysypać na papier do pieczenia.
Cukier skarmelizować. gdy nabierze głębokiej, złoto-brązowej barwy, dodać sodę, wymieszać. Natychmiast przelać karmel na migdały i kasztany, wymieszać. Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Przed podaniem posypać deser posiekanymi kasztanami i migdałami w karmelu.

Smacznego!


Ja tymczasem zbieram się do domu; jeśli się pospieszę, jest szansa, że dostanę spóźnionego walentynkowego całusa!

wtorek, 6 lutego 2018

Tiramisu z malinami

Gdy po skończonych zajęciach wyszłam dzisiaj na dwór, ze zdziwieniem zaobserwowałam powoli opadający płatek śniegu. Jeden. Ale za to ogromny! (W kategorii płatków śniegu, rzecz jasna.) Później, gdy szłam zjeść i wyjrzałam przez okno, zauważyłam ich zdecydowanie więcej. W idealnej ciszy, która wręcz świdrowała w uszach, stałam i patrzyłam jak urzeczona. Śnieg prószył, coraz gęstszy, przykrywając świat białym dywanem. Uwielbiam to widowisko; może dlatego, że widuję je coraz rzadziej? Mam wrażenie, że kiedyś zimą śniegu było więcej. I częściej.
Chyba opanowała mnie lutowa nostalgia...

W ogóle z tym lutym coś jest w tym roku nie tak (aż boję się myśleć o tym, że to dopiero początek!). W niedzielę dopadła mnie lutowa depresja; po powrocie z pracy i dwóch z rzędu nieprzespanych nocach, usiadłam przy stole w kuchni i miałam ochotę po prostu się rozpłakać. Najgorsze jest jednak to, że nie wiem, dlaczego! Zmęczenie, niewyspanie, nadmiar pracy i innych obowiązków związanych ze szkołą i dwudniowym pobytem w domu, a może po prostu wiatr, deszcz i ogólna szaruga...? Chyba jednak wszystko razem... Na szczęście na pomoc przybyły Ptysia i Pączusia, rozdając całusy, przytulając się i stanowczo żądając rzucania piłeczką. I jak tu się nie śmiać, gdy jeden pies wpakowuje się na kolana, a drugi aż burczy z zazdrości...?

Jeszcze przed rozpoczęciem szkoły, będąc na zakupach, kupiłam całe pół kilo mascarpone (było w promocji, nie mogłam się więc oprzeć; ricottę też kupiłam, a dopiero później zaczęłam się zastanawiać, co ja z tym wszystkim pocznę...). Z połowy przygotowałam nadzienie do pączków, z reszty - tiramisu. Co chyba nie jest dla nikogo zaskoczeniem, bo to mój ulubiony deser. Tym razem postawiłam na wariację malinową; jest więc kawa, malinowy likier i trochę owoców. Muszę przyznać, że jest to zaskakująco udane połączenie; kto nigdy nie próbowałam malin z kawą, powinien jak najszybciej nadrobić braki! Delikatny, puszysty krem, mocno nasączone kawą biszkopty, orzeźwiające całość maliny i odrobina kakao zamiast wisienki. Jest pysznie!

Deser jest banalnie prosty, więc może skusicie się i przygotujecie taki na Walentynki...? Bo w końcu kto ma czas na przesiadywanie w kuchni w środku tygodnia...

Tiramisu z malinami


Składniki:
(na 4-6 porcji)
  • 3 żółtka
  • 2 białka
  • 60 g cukru pudru
  • 250 g serka mascarpone
  • 100 g podłużnych biszkoptów
  • 200 ml mocnej, ostudzonej kawy
  • 250 g malin
  • 2 łyżki likieru malinowego
  • 2 łyżki kakao

Maliny zalać likierem, wymieszać.

Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone, zmiksować tylko do połączenia składników.
Białka ubić, dodać do masy serowo-żółtkowej, delikatnie mieszając łyżką. Na końcu dodać likier z odcedzonych malin.

Biszkopty maczać krótko w kawie, połowę rozłożyć do szklanek. Na to wyłożyć połowę kremu, oprószyć kakao i wyłożyć większą część malin. Następnie na malinach ułożyć pozostałe biszkopty i krem, oprószyć kakao i udekorować malinami.
Schłodzić w lodówce przed podaniem.

Smacznego!


Tymczasem wczoraj moja szalona współlokatorka zaprzęgła mnie do prasowania dwóch gigantycznych obrusów. Śmiechu było co niemiara, chyba obie się trochę odprężyłyśmy. A dzisiaj będziemy dalej liczyć; wczoraj w pewnym momencie przestałam rozumieć duńskie cyferki, więc zrobiłyśmy sobie dłuższą, dwudziestoczterogodzinną przerwę. Najwyższy czas jednak zabrać się do pracy; mam bowiem mocne postanowienie, że w końcu się wyśpię. Bo kiedy, jak nie teraz...?

piątek, 19 stycznia 2018

Pogodowe zamieszanie i wiosenno-zimowy pudding chia

Że w macu jest jak w garncu, przekonałam się już dawno. Ale żeby już w styczniu pogoda serwowała nam danie wprost z kociołka, i to nie tylko na obiad, ale też na śniadanie, kolację i deser...? Muszę przyznać, że taki stan rzeczy nieco mnie rozstraja.
Gdy wstaję rano, chwilę przed ósmą, ciągle jest szaro, ponuro i nieprzyjemnie. Na śniadanie więc podgrzewam pasztet i smażę na chrupko kilka plastrów boczku - nic innego nie wchodzi w grę. No, może jeszcze jajka na miękko... Ale to byłaby rozpusta, na którą nie mamy czasu.
Po kilku godzinach świat się rozjaśnia; słońce ukazuje swe promienne oblicze, a ja, radosna niczym skowronek w pierwszy dzień wiosny, zapinam psy i zabieram je na dłuższy spacer. Co - rzecz jasna - okazuje się nie najlepszym z moich pomysłów; do domu wracamy bowiem w śnieżycy z prawdziwego zdarzenia. Wielkie, białe płatki sprawiły, że świat otuliła nienaturalna wręcz cisza; wszystko powoli spowija biały puch sprawiając, że świat wydaje się na wpół martwy, a jednocześnie ani trochę na wpół żywy. Gdy już zza szyby obserwuję ten dziwny, niemalże zimowy świat, dociera do mnie, że to przecież styczeń, i śnieg zupełnie nie powinien mnie dziwić.
A jednak dziwi...

Po powrocie do pracy i codziennej rutyny, wróciłam też do dobrego zwyczaju przygotowywania sobie na śniadanie puddingów chia. Są szybkie, łatwe, a kombinacje smakowe - nieskończone. Tym razem sięgnęłam po orzeźwiającą miętę i kojącą czekoladę - idealne połączenie na poranek, który nastąpi dopiero kilka godzin po przebudzeniu.
Jeśli lubicie after eight, te słynne czekoladki, to coś zdecydowanie dla Was. Ja za nimi średnio przepadam, a i tak ta wersja puddingu mnie urzekła. Jednocześnie pobudza do życia i sprawia, że świat wydaje się piękniejszy. Połączenie mięty i czekolady w idealnych proporcjach.
Przede mną pracujący weekend, więc taka porcja energii z rana przyda mi się z pewnością.

Czekoladowo-miętowy pudding chia


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 400 ml mleczka kokosowego
  • 400 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 2 łyżki kakao
  • 1 łyżeczka herbaty matcha
  • 1/2 łyżeczka chlorelli
  • 1 łyżeczka ekstraktu z mięty

dodatkowo:
  • listki mięty

Mleko wymieszać z mleczkiem kokosowym, rozdzielić na pół. Do jednej części dodać 1,5 łyżki nasion chia i kakao, dobrze wymieszać, najlepiej za pomocą trzepaczki. Do drugiej części dodać matchę, chlorellę i ekstrakt, również wymieszać.
Schłodzić przez noc w lodówce.

Obie masy wlewać równocześnie do miseczki, udekorować listkiem mięty.

Smacznego!

Ciekawa jestem, kto pomyśli o odśnieżeniu dróg o wpół do drugiej nad ranem...

czwartek, 11 stycznia 2018

Kransekage, czyli Nowy Rok po duńsku

W Święta pogoda zrobiła nam psikusa; słońce świeciło prosto w oczy z zaskakującą siłą, a termometr, nawet po przetarciu oczu ze zdziwienia, z zapamiętaniem pokazywał prawie dziesięć kresek. Rozglądając się wokół miało się wrażenie, że to marzec i pierwsze, nieśmiałe jeszcze, podmuchy wiosny. Byłam na to przygotowana; tydzień przed Wigilią w radiu mówili, że na białe Święta mamy... Całe dwa procent szans. I choć jestem niepoprawną optymistką, to jednak nie aż taką. Pogodziłam się z losem, a nawet znalazłam jasne strony zaistniałej sytuacji: nie trzeba co rano skrobać auta, ani wychodzić z domu piętnaście minut przed czasem, w razie, gdyby jednak było ślisko.

Tymczasem tuż po Nowym Roku, kiedy po raz pierwszy nieśmiało myśli się o wiośnie, pojawiły się przymrozki. I to nie byle jakie, bo całe pięć stopni poniżej zera! (Mieszkam w Danii - to nie Syberia; tutaj minus pięć wywołuje powszechny popłoch.) Przez ostatnie kilka dni szyby musiałam Francuzowi skrobać dwa razy dziennie, bo zanim skończyłam pracę, znów zamarzały. Chodniki pokrywa cienka warstwa lodu; na tyle jednak niebezpieczna, że trzeba naprawdę uważać przy spacerach z sierściuchami. Wylądowanie na czterech literach to jednak nie do końca to, na co ma się ochotę, nawet w taki słoneczny dzień, jak dziś.
Pączusia szaleje - śnieg wyzwala w niej dodatkowe rezerwy energii, o których nie miałam pojęcia, że istnieją. Biega, prycha i skacze, i - o dziwo! - zaraża tym Ptysię, która mimo swego statecznego wieku, nagle przypomniała sobie, jak to jest fajnie wsadzać nos w śnieg i wzbijać skrzące się w słońcu fontanny białego puchu. Zabieramy je więc do parku na dłuższe spacery; póki im łapki, a nam nosy, nie zaczynają zamarzać. Wtedy wracamy do domu, C. rozpala w kominku, a ja robię nam gorącej herbaty. I pod kocykiem, na kanapie, obserwujemy przybierające najfantastyczniejsze barwy niebo.
Ach, żeby tylko było więcej czasu na takie przyjemności...

Dzisiaj mam dla Was przepis na kolejny duński klasyk: kransekage. Cóż to takiego? Zaczniemy od rzeczy prostej: konfektu. Czyli małych wypieków, takich w sam raz na raz. Migdałowe ciasto na białkach, krótko pieczone w wysokiej temperaturze, przybiera apetyczną złoto-brązową barwę i staje się chrupiące, w środku jednak pozostaje miękkie i lekko ciągnące. Sylwestrowa zabawa nie może się obyć bez kransekage - o dwunastej przegryza się je do szampana. 
Klasycznie w Danii używa się masy o nazwie kranse xx - jest to masa na bazie migdałów i pestek moreli. W wypadku konfektu jednak idealnie sprawdzi się surowy marcepan. O marcepanowych masach więcej napiszę w kolejnym wpisie - Duńczycy mają ich bowiem całe mnóstwo, a każda służy do przygotowywania czego innego... Ale każdy, kto choć raz odwiedził ten najbardziej wysunięty na południe skandynawski kraj, wie, że jego mieszkańcy migdały traktują jak dobro narodowe na równi z ciastem duńskim (tutaj zwanym wienerbrød; tak dla ułatwienia).

Kransekage konfekt


Składniki:
(na 40 sztuk)
  • 310 g surowego marcepanu (kranse xx)
  • 155 g cukru
  • 50 g białek

dodatkowo:
  • 10 orzechów laskowych
  • 5 migdałów
  • 5 ćwiartek orzechów włoskich
  • 2 łyżki powideł śliwkowych
  • 2 łyżki nugatu

Marcepan utrzeć z cukrem na gładką masę - drobinki cukru nadal będą wyczuwalne. Powoli wlewać białka, cały czas ucierając.
Masę przełożyć do woreczka cukierniczego z tylko w kształcie gwiazdki, wyciskać rozetki na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.
W część wcisnąć orzechy laskowe, włoskie i migdały. W pozostałych wilgotnym palcem zrobić dziurki. Połowę z nich wypełnić powidłami.

Piec w 220 st. C. przez 6-7 minut. Ciasteczka powinny się zrumienić.

Puste ciasteczka wypełnić nugatem (jeśli jest zbyt twardy, lekko go podgrzać).
Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Czekoladę zatemperować, maczać w niej spody ciastek, odkładać na papier do pieczenia.

Przechowywać w szczelnie zamkniętej puszce.

Smacznego!


Konfekt można wypełniać niemal wszystkim - orzechami, pistacjami, dżemami (muszą być twarde), nugatem (po upieczeniu, inaczej spali się w wysokiej temperaturze), wisienkami koktajlowymi... Im więcej rodzajów nadzienia, tym lepiej będą się później prezentować na talerzu.

wtorek, 9 stycznia 2018

Mus cytrynowy po duńsku

Witajcie!

W tym roku świąteczna przerwa od blogowania wydłużyła mi się niesamowicie. I to bynajmniej nie dlatego, że tak się objadłam wigilijnymi smakołykami, że przez dwa bite tygodnie nie byłam w stanie podnieść się z kanapy. Wręcz przeciwnie; dopiero dwudziestego drugiego grudnia wróciłam do domu z Zelandii, żeby później niemal codziennie być w pracy, aż do Nowego Roku. Tu chwilę sobie odsapnęłam, a później brutalny powrót do codzienności i pobudek o godzinach co najmniej nieprzyzwoitych. I tak się to wszystko kręci, a ja nie do końca się w tym odnajduję. Tymczasem już za trzy tygodnie znowu będę w szkole; ciężko więc wejść w rytm, który w grudniu kompletnie zagubiłam. 

Dzisiaj wstałam chwilę po ósmej, zjadłam śniadanie razem z C., zanim musiał jechać do pracy, i w końcu włączyłam komputer. Usiadłam przed pustym plikiem notatnika, odetchnęłam głęboko i... Poczułam to. Nieodpartą chęć pisania. Bo wiecie co...? Już zdążyłam się stęsknić...

Dzisiaj mam dla Was jeden z kultowych duńskich przepisów - przynajmniej w moich oczach. Nie mam pojęcia, czy w innych rodzinach też jest taka tradycja; wiem, że u C. kolacja noworoczna nie może się obyć bez cytrynowego musu. Podobno jacyś znajomi przygotowują go częściej; u C. jada się go tylko raz do roku - w Sylwestra.
Tak naprawdę to nic skomplikowanego ani niezwykłego - ot, puszysty mus cytrynowy z jajkami, pod chmurą lekkiej bitej śmietany. Ale wiecie co? Jedzony tylko raz w roku, ma jakieś magiczne właściwości. Tak jak barszcz czy pierogi - tego wieczoru smakuje wyjątkowo. 

Przepis dostałam od Teściowej, a ona ma go od swojej mamy, która ma go od swojej mamy... Jest to więc rodzinny przepis z tradycjami, i nic w nim nie zmieniałam. No, poza kolejnością mieszania składników - moim zdaniem dużo bezpieczniej dodawać żelatynę do ubitych żółtek niż do bitej śmietany. 
Mus wychodzi dość kwaśny i zdecydowanie wyrazisty. Świetnie smakuje z kieliszkiem słodkiego, musującego wina. I choć trochę się denerwowałam, czy sprostam wymaganiom, okazało się, że zupełnie niepotrzebnie - smakował dokładnie tak jak powinien.

To jak - skusicie się...?

Noworoczny mus cytrynowy z bitą śmietaną


Składniki:
(na miskę o pojemności 3 l)
  • 8 jajek
  • 500 ml śmietany kremówki (38%)
  • 160 g cukru
  • sok z 5 cytryn
  • 10 listków żelatyny
dodatkowo:
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Żółtka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać sok z cytryny, dokładnie zmiksować.
Kremówkę ubić na pół-sztywno.
Białka ubić na sztywno.

Żelatynę odcisnąć, rozpuścić. Powoli wlewać do żółtek, cały czas miksując. Następnie partiami dodać śmietanę, a na końcu białka, delikatnie mieszając łyżką.
Mus przełożyć do miski lub szklanek, schłodzić w lodówce przez minimum 3-4 godziny.

Przed podaniem ubić pozostałą kremówkę, wyłożyć na mus.

Smacznego!


Zgodnie z tradycją, deser przygotowałam w dużej, szklanej misce; tylko do zdjęcia odłożyłam małą porcję. Szklankę zdecydowanie łatwiej sfotografować...

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Pieczona owsianka ze śliwkami

Muszę przyznać, że zmiana firmy sprawującej pieczę nad naszymi posiłkami podczas pobytu w internacie, była znakomitym pomysłem. Zamiast ludzi, którym niechcenie wylewa się z oczu, którzy serwują surówki prosto z woreczków (nie przejmując się zupełnie, że kawałki owych lądują na talerzach razem z warzywami), dla których szczytem inwencji twórczej jest podanie na kolację resztek z obiadu (na zimno) i których zupełnie nie obchodzi, czy jedzenia wystarczy dla wszystkich, mamy zespół młodych, i - wydaje mi się - całkiem ambitnych kucharzy. 
Jako, że z ludźmi, którzy Cię karmią, należy żyć dobrze (podstawowa zasada, której należy nauczyć się jak najszybciej, jeśli w kwestii posiłków jesteśmy zależni od innych), zawarłam znajomość z jednym z kucharzy z kantyny. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, jak ma na imię, ale krótsze lub dłuższe dyskusje o jedzeniu nie przewidują (widocznie) wtrącania nic na temat, choćby i najbardziej podstawowych, danych osobowych.

Wszystko zaczęło się, gdy na obiad zaserwowano wielki kawał pieczonego mięsa, a wyżej wymieniony kucharz nie tylko kroił je na porcje i nakładał na talerze, ale też opowiadał, co jeszcze tego dnia serwują. Poczułam się jak w restauracji; w dodatku całkiem niezłej. Gdy po posiłku podziękowałam, popatrzył na mnie uważnie i stwierdził, że wyglądam na zdziwioną. Byłam, więc przyznałam się bez ogródek. Później przegadaliśmy chyba ze dwadzieścia minut na temat serc serwowanych w sosie śmietanowym, ich smaku, konsystencji, a także innych możliwości na podanie tego dość specyficznego smakołyku. Tak więc on mówi mi, czego koniecznie muszę spróbować, bo akurat znakomicie mu się udało, a ja podrzucam mu próbki tego, co akurat pichcimy po drugiej stronie korytarza. Sorbet z koziego sera, muszę przyznać, wywołał mieszane uczucia... I żarliwą dyskusję na temat wanilii w wytrawnych daniach.
Lubię takich ludzi, od których pasja aż bije. Można wtedy przegadać całe godziny (choć nauczyciel nie pochwala takich zachowań w godzinach lekcyjnych).

I chociaż dobrze mi jest, gdy pod nos podsuwane mi są wszystkie posiłki, a ja jedynie muszę odnieść talerz na stertę innych, to czasami tęsknię za gotowaniem. Szczególnie za przygotowywaniem jakichś smakowitych śniadań; tu bowiem, choć wybór jest spory, to jednak dość monotonny...
Tak więc dzisiaj mam dla Was przepis - wspomnienie. Moja pierwsza pieczona owsianka - z pewnością jednak nie ostatnia.

Przejrzałam trochę przepisów w sieci, żeby później i tak przygotować wszystko po swojemu. Moim zdaniem najlepsza jest drugiego dnia - koniecznie na ciepło! Jest wtedy gęstsza, bardziej kremowa i po prostu rozpływa się w buzi! Do tego słodko-kwaśne, soczyste śliwki i odrobina cynamonu - i idealne, jesienno-zimowe śniadanie gotowe. Ciepłe, rozgrzewające i wywołujące uśmiech.
Czego chcieć więcej w ciemny, grudniowy poranek...?

Pieczona owsianka cynamonowa ze śliwkami


Składniki:
(na formę do zapiekania o średnicy 26 cm)
  • 400 g płatków owsianych
  • 750 ml mleka
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 50 g miodu
  • 50 g ciemnego cukru muscovado
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu

dodatkowo:
  • 200 g śliwek (waga bez pestek)

Płatki, mleko, śmietanę, miód, cukier i cynamon dobrze wymieszać. Przelać do formy, na wierzchu ułożyć śliwki rozcięciem do góry.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut.
Lekko przestudzić przed podaniem.

Smacznego!

Akurat, gdy pisałam posta, do drzwi zapukała koleżanka. Czas na kolację!
I wiecie co...? Przyłapałam się na tym, że jestem ciekawa, co nam tym razem podadzą.
Bardzo przyjemne uczucie.

niedziela, 29 października 2017

Zmiana czasu i pyszne śniadanie, żeby łatwiej ją znieść

Pamiętaliście o zmianie czasu...?

Mądrze zostało wymyślone, że następuje ona w weekend; większość osób ma wtedy wolne, i nawet jeśli ktoś żyje w mydlanej bańce, do której nie dochodzą fale radiowe, i się zapomni, to co najwyżej postuka w zamknięte jeszcze drzwi piekarni (choć przewidujący właściciele tego typu przybytków zapobiegawczo tego dnia otwierają godzinę wcześniej). 
Ja w weekend pracowałam, więc już tydzień wcześniej się stresowałam, czy aby się tego dnia nie spóźnię. Po rozwlekle dokładnej rozmowie z szefem zostało ustalone, że przychodzimy do pracy wedle czasu letniego. A że czas w magiczny sposób przeskakuje z godziny trzeciej na drugą, wydłużając dobę o całe sześćdziesiąt minut, nie miałam problemu, tylko wstałam, jak zwykle: o wpół do pierwszej. Okazało się jednak, że ci, którzy mieli stawić się w pracy po godzinie czwartej, mieli cięższy orzech do zgryzienia... Jednak Henrik, nauczony wieloletnim doświadczeniem, nie gniewał się o spóźnienia; doskonale rozumie, że ten krytyczny moment dla wielu jest po prostu nie do obejścia.
Kolejna zmiana czasu, gdzie tym razem brutalnie odbiera się darowaną pół roku wcześniej godzinę, przejdzie bezboleśnie; to mój wolny weekend, więc po prostu prześpię tę niesprawiedliwość...

Niedziela w pełni, w dodatku cudownie słonecznej (choć również wietrznej; ale tego przez okna nie czuć), a ja już myślę o poniedziałku... Wszystko dlatego, że poniedziałkowe śniadania są bardzo ważne; muszą przecież wprowadzić w odpowiedni nastrój na cały tydzień!
Dziś mam dla Was propozycję na pyszny, jesienny pudding chia. Przygotowany na jogurcie jest przyjemnie gęsty, bez dodatkowych słodzideł - wystarczą porządnie dojrzałe banany, smakuje świetnie z dodatkiem kakao i cynamonu. Ja przygotowałam dwie warstwy, ale możecie doprawić całość oboma składnikami; jak mawia Tato: w żołądku i tak się wymiesza...
Ja robiłam go już dwa razy z rzędu; jest po prostu genialny w swej prostocie! Polecam Wam bardzo.

Bananowo-jogurtowy pudding chia z kakao i cynamonem


Składniki:
(na 3 porcje)
  • 3 banany
  • 400 g jogurtu naturalnego
  • 200 ml mleka
  • 5 łyżek nasion chia
  • 2 łyżki kakao
  • 1/2 łyżeczki cynamonu

dodatkowo:
  • 1 banan
  • 2-3 łyżeczki kiełkującej gryki

Banany rozgnieść widelcem na papkę. Dodać jogurt, mleko i chia, wymieszać (najlepiej trzepaczką). Gdy masa wyraźnie zgęstnieje, podzielić ją na pół. Do jednej części dodać kakao, do drugiej cynamon, wymieszać.
Odsatwić na noc do lodówki.

Do szklanek lub miseczek rozlać pudding z kakao, następnie ten z cynamonem.
Podawać z plastrami banana i gryką.

Smacznego!

Nie jestem pewna, czy kiełkująca gryka (forspirede boghvede) tak właśnie nazywa się po polsku. Nigdy czegoś takiego w Polsce nie jadłam; kupiłam tutaj, ot tak, żeby spróbować - i przepadłam. Jest super chrupiąca, ma lekko orzechowy posmak i genialnie pasuje do wszelkich puddingów i kremowych śniadań, nadając im ciekawej struktury. 

poniedziałek, 9 października 2017

Budyń ryżowy. Orzechowo-gruszkowy

Mimo, że na mapie odległość między Polską a Danią nie jest duża, różnic kulturowych jest między tymi krajami bez liku. Taki ślub na przykład; niby to samo, a jednak zupełnie inaczej. Jako, że zdecydowaliśmy się na ślub w kraju mojego lubego, postanowiliśmy trzymać się jednej konwencji. Co, momentami, miałam wrażenie, wprawiało moich polskich gości w lekkie zdumienie. Już sam fakt, że do kościoła zaprosiliśmy ich na godzinę jedenastą sprawił, że Mama i Młoda wpadły w popłoch; no bo o której to trzeba będzie wstać, żeby się wyszykować...?
No cóż; wcześnie.
Ale ja nie o tym.

Z tego, co się orientuję (a jeśli jest inaczej, poprawcie mnie; ostatni raz bowiem na ślubie w Polsce byłam z siedem lat temu, i co nieco mogło się od tego czasu zmienić), w naszym rodzinnym kraju jest ślub, a potem wesele. A w Danii mamy jeszcze recepcję. Co to takiego? Otóż dla osób, które zaprosić wypada, ale nie ma konieczności wpisywania ich na listę gości na późniejsze przyjęcie, organizuje się poczęstunek po mszy czy też akcie w urzędzie stanu cywilnego. Uważam takie rozwiązanie za znakomite - nikt nie czuje się pominięty, a impreza nie będzie kosztowała trzy razy tyle, ile zakładaliśmy. U nas były kanapki, musujące wino (ekologiczne, porzeczkowe i agrestowe - super pyszne) i tort, a na koniec zwiedzanie pałacu, w którym wszystko się odbywało. Pogoda była piękna, goście więc rozpierzchli się po parku i podwórzu, nigdzie nie było tłoku, choć lokale w pałacyku nie są zbyt duże. Dzięki temu koledzy z pracy C. i mojej, a także dalsi znajomi mogli być z nami w tym tak ważnym dniu.
My w międzyczasie załatwiliśmy zdjęcia i zadowoleni, że wszystko idzie wyśmienicie, mogliśmy przejść do kolejnego punktu programu.

Za mną wolny weekend; w sobotę cały dzień lało, za to w niedzielę było niesamowicie słonecznie. Mimo chłodnego wiatru, gdy C. wrócił z pracy, wybraliśmy się z psami do lasu; mówię Wam, taki spacer po szeleszczących liśćmi ścieżkach, wśród czerwieni, żółci i brązów, to coś wspaniałego. Uwielbiam moje miasteczko i fakt, że takie luksusy znajdują się niemal tuż za progiem.
Ponieważ czasu miałam sporo, przygotowałam sobie pyszne śniadanko. W sumie jego zrobienie nie zajmuje dużo czasu, ale w codziennym rytmie każda minuta jest na wagę złota. Tym razem mogłam jednak sobie pozwolić na stanie przy garnku przez dziesięć minut, i skwapliwie to wykorzystałam.
Najpierw miałam zamiar przygotować pieczoną owsiankę, ale okazało się, że płatki owsiane wyszły... Sięgnęłam więc po ryżowe, i ugotowałam budyń z dodatkiem masła orzechowego. Jest w nim tylko odrobina syropu klonowego; jeśli wolicie zdecydowanie słodsze puddingi, dodajcie więcej. Ja jednak podałam swój z syropem daktylowo-orzechowym, który jest mocno słodki i świetnie wszystko równoważy. Do tego grillowana, miękko-chrupiąca gruszka, i idealne jesienne śniadanie gotowe.

C. takich wynalazków z zasady nie jada, więc to, co zostało, przełożyłam do miseczki i zjadłam na zimno dzisiejszego poranka. I muszę przyznać, że nie mogę się zdecydować, która wersja smakowała mi bardziej...

Budyń ryżowy z masłem orzechowym i grillowaną gruszką


Składniki:
(na 2-3 porcje)
  • 130 g płatków ryżowych
  • 250 ml mleka
  • 250 ml wody
  • 50 g masła orzechowego
  • 25 g syropu klonowego
  • 100 ml maślanki
dodatkowo:
Płatki ryżowe, mleko, wodę, masło orzechowe i syrop klonowy umieścić w garnuszku. Zagotować, a następnie zmniejszyć moc palnika i gotować 5 minut, aż budyń zgęstnieje. Zdjąć garnek z palnika, dodać maślankę i zmiksować całość na gładki budyń.

Gruszkę umyć, pokroić w plastry i podsmażyć na grillowej patelni. 

Budyń podawać na ciepło lub zimno z syropem daktylowo-orzechowym i grillowanymi plastrami gruszki.

Smacznego!


Ja tymczasem odliczam tygodnie do rozpoczęcia kolejnej szkolnej sesji.
Siedem...

środa, 4 października 2017

Pudding chia z czarnym bzem i figami

Kiedy już wygodnie usadowiliśmy się w karecie i cali w uśmiechach przejechaliśmy przez kościelną bramę, upiłam łyk szampana i odetchnęłam z ulgą. Udało się! Nie potknęłam się w drodze do ołtarza, a C. stał przed nim niemal na baczność i powiedział tak (dwa razy!) bez dodatkowych perswazji. 
Kareta powoli jechała, stukot podków rozlegał się echem niemal po całym miasteczku, dzieci do nas machały, a kierowcy trąbili. Zaskakująco piękna pogoda w połączeniu z niejaką ulgą i szampanem wprawiły mnie w błogostan.
Zajęci żywiołowym omawianiem uroczystości, niemal nie zauważyliśmy, jak znaleźliśmy się tuż obok naszego domu. C. nie omieszkał poinformować o tym stangreta, który z tajemniczym uśmiechem stwierdził, że wie. A skąd...? Szybko rozwikłaliśmy zagadkę; jeden z sąsiadów, mający znajomości tu i ówdzie szepnął słówko, gdzie trzeba. W tym momencie uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, choć myślałam, że to już niemożliwe...

Tymczasem, wracając do rzeczywistości (bo jak tylko zaczynam myśleć o tym cudownym dniu, rozanielam się i tracę z nią kontakt), mam dzisiaj dla Was pomysł na proste i wyjątkowo pyszne śniadanie.
Jeśli macie już syrop z czarnego bzu, grzechem byłoby go nie wykorzystać. Szczególnie teraz, w sezonie figowym; te dwa składniki komponują się bowiem ze sobą idealnie.

Pudding chia na mleczku kokosowym, z dodatkiem syropu z owoców czarnego bzu. Na wierzch pokrojona w plasterki figa, i pełnia szczęścia z samego rana gwarantowana. Nawet o wpół do czwartej nad ranem!

Pudding chia z czarnym bzem i figami


Składniki:
(na 3-4 porcje)

dodatkowo:
  • 3-4 figi

Mleko, mleczko kokosowe, syrop i nasionka umieścić w misce. Dobrze połączyć, najlepiej trzepaczką. Gdy płyn zacznie gęstnieć, wstawić miskę do lodówki na całą noc.
Schłodzony pudding przelać do miseczek. Podawać ze świeżymi figami.

Smacznego!

Jakiś czas temu, w promocji, kupiłam ekologiczne mleczko kokosowe. I wiecie co...? To najlepsze, najbardziej kremowe mleczko, jakie zdarzyło mi się jeść! Jest tak cudownie delikatne i pyszne, a puddingi chia wychodzą na nim idealnie kremowe. Spróbujcie i koniecznie powiedzcie, czy też widzicie różnicę!

czwartek, 28 września 2017

Ach, co to był za ślub! I figi w miodowym karmelu z miodowym semifreddo

W dniu ślubu wstałam o `szóstej rano. Mimo krótkiego snu - zaskakująco wypoczęta. Chyba emocje wzięły górę; czułam się bowiem dość dziwnie. Wiedziałam, że ten wielki, miesiącami wyczekiwany dzień właśnie nadszedł. A mimo, że - jakby nie patrzeć - byłam centralnym punktem całego dnia, miałam wrażenie, że wszystko dzieje się jakby obok mnie. Nie byłam nerwowa czy zestresowana; tak naprawdę ten dziwny spokój niemal mnie przerażał. 
Umyłam zęby, ubrałam się w getry i wygodną koszulkę, narzuciłam sweter i poszłam sobie zrobić herbaty. Bo czy można by ten dzień rozpocząć w jakiś inny sposób...? Trochę pogawędziłam z Tatą, żeby o siódmej rano oddać się w ręce siostry C. Układanie fryzury, z zegarkiem w ręku, zajęło dwie godziny. Nigdy w życiu nie spędziłam tyle czasu na fryzjerskim fotelu! Niemniej, efekt był zniewalający. Serio; byłam absolutnie zachwycona. I chociaż wiedziałam, czego się spodziewać, bo czesała mnie na próbę i dokładnie wiedziała, czego chcę, byłam w szoku, że z moich włosów można zrobić coś tak pięknego. A gdy do wszystkiego doszedł makijaż - niemal nie poznawałam się w lustrze.
Później wszystko nabrało tempa. Wkładanie sukni to, moi drodzy, droga przez mękę. Pamiętacie tę słynną scenę z Przeminęło z wiatrem, gdy Scarlett trzyma się łóżka, a służąca zaciąga jej gorset? Dokładnie tak wyglądałam tego ranka, tyle, że zamiast ciemnoskórej, porządnie zbudowanej damy zabrała się za mnie moja, przypominająca z figury gałązkę, Siostra. Była jednak tak samo brutalna i bezwzględna; skończyło się to przysłowiową talią osy i niemal zupełnym brakiem możliwości oddychania. Ale, jak mawia Babcia: żeby być piękną, trzeba cierpieć. Włożyłam więc buty na obcasie i uważając, żeby o nic nie zahaczyć, ruszyłam w najważniejszą z dróg.

Oczywiście, dojazd do kościoła, w normalnych warunkach zajmujący niecałe pięć minut, przedłużył się do ponad dwudziestu. Zanim zostałam zapakowana, a później wypakowana z auta, zanim dobyliśmy bukietu odkrywając, że bukiecik dla C., zamiast w butonierce, ciągle jest razem z moim w papierze, zanim tren został odpięty i odpowiednio ułożony, a ja ujęłam podane mi ramię Taty, C. zdążył się już poważnie zaniepokoić moją przedłużającą się nieobecnością. Nie mam bowiem w zwyczaju się spóźniać... Ale przecież pannie młodej wolno, prawda...?

Cała w uśmiechach, wsparta na ramieniu Taty kroczyłam przez kościół. Patrzyłam na moich uśmiechniętych, eleganckich gości, na już ocierającego łezkę niemal Teścia, ale przede wszystkim na C., który dumnie wyprostowany czekał pod ołtarzem, mnąc w palcach rąbek marynarki. W tajemnicy Wam powiem, że był chyba bardziej zdenerwowany ode mnie, co na co dzień się nie zdarza. A minę miał jak, nie przymierzając, najszczęśliwszy mężczyzna na świecie. 

Ceremonia przebiegła pomyślnie, niemal bez wpadek. W kluczowym momencie bowiem, po sakramentalnym tak, gdy nadszedł moment wymiany obrączek, C. w stanie pełnego podekscytowania moją po prostu wcisnął mi do ręki, zamknął mi dłoń i... Czekał. Gdy zorientował się, że dał mi obrączkę przeznaczoną dla mnie, szybko odebrał ją i już powoli i z należytą uwagą włożył mi ją na palec. 
A ja, jak to ja; nie mogłam powstrzymać śmiechu. I choć jego przyczyny nikt prawie nie zauważył, to już sam wybuch nie przeszedł bez echa i musiałam się później gęsto tłumaczyć.

Z kościoła wyszliśmy powoli, zerkając to na gości, to na siebie i z zachwytem obserwując czekającą na nas... Karetę. Po królu (nie pamiętam już jakim). Ryż sypał się gęsto, nie brakowało też dowcipnisi celujących w dekolt. Gdy już udało mi się wdrapać na miejsce i zasiąść w miarę godnie, gdy wręczono mi kieliszek szampana, konie ruszyły a goście klaskali, nadal miałam wrażenie, że śnię. 
I nie mogłam przestać się uśmiechać.

Figi. Zgrabne, o intensywnie fioletowej skórce i różowo-czerwonym wnętrzu, pełne drobnych, pękających pod zębami pesteczek. Uwielbiam! Za ich kształt, kolor i smak. I za to, że sezon na nie jest tak krótki, że nigdy nie zdążę się nimi nasycić ani znudzić.
Pierwsze w tym roku figi podałam z miodowym semifreddo, skąpane w miodowym karmelu. Wyszło coś tak pysznego, że gdyby nie odrobina zdrowego rozsądku, która gdzieś się tam jeszcze w zakamarkach mojego umysłu ostała, zjadłabym wszystko. Sama
Podobne semifreddo możecie znaleźć u Nigelli; moje ma nieco inne proporcje. Zamiast orzechów z oryginalnego przepisu podałam je ze świeżymi figami. Bo czyż istnieje coś doskonalszego, niż gorące, karmelizowane figi z lodami...?

Miodowe semifreddo z figami w miodowym karmelu


Składniki:
(na 1,2 l lodów)
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 białka
  • 4 żółtka
  • 100 g miodu
  • 1 łyżka miodówki

figi w karmelu:
(na 2 porcje)
  • 2 figi
  • 40 g cukru
  • 1 łyżka miodu
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)

Najpierw przygotować lody:
Żółtka z miodem ubić na parze na puszystą, jasną masę. Zdjąć miskę z garnka z wodą, ubijać, aż masa całkowicie ostygnie. Dodać miodówkę, połączyć.
Osobno ubić kremówkę i białka. Dodać śmietanę do masy żółtkowej, delikatnie wymieszać łyżką. Na końcu dodać białka, połączyć.
Przełożyć lody do pojemnika, zamrozić.

Figi pokroić na ćwiartki, odłożyć.
Na patelni skarmelizować cukier. Dodać miód, wymieszać. Wlać kremówkę (może pryskać), wymieszać. Podgrzewać, aż wszystko się ładnie połączy. Dodać figi, podgrzewać, aż nieco zmiękną, ale nie będą się rozpadać.

Nałożyć lody do miseczek, na wierzch wyłożyć figi. Polać pozostałym syropem.

Smacznego!

Lodów wychodzi oczywiście więcej niż na dwie porcje; figi jednak trzeba przygotowywać za każdym razem od początku; świeżo skarmelizowane są bowiem najlepsze.

czwartek, 21 września 2017

Psie historie. I zdrowe śniadanie figowo-orzechowe

Psa pierwsza ma bzika na punkcie swoich łapek. Nikt nie może ich dotykać, nawet C. A musicie wiedzieć, że C. to dla niej bóstwo nad bóstwami, najlepszy, najcudowniejszy i jedyny pan. I choć jest moja, i moja była, zanim w ogóle go jeszcze poznałam, zdradziła mnie bez mrugnięcia okiem, wesoło merdając ogonkiem. Wzięła mnie z zaskoczenia; normalnie bowiem dłuższą chwilę zajmuje jej zaznajomienie się z nowymi ludźmi. Nie ma tak, że od razu buźki i daj łapkę, nie nie... Najpierw powarkiwanie, później obszczekiwanie, następnie niepewne obchodzenie wielkim łukiem, a na końcu ewentualnie zgoda na miźnięcie. Jedno. Może dwa, jeśli osobnik wyjątkowo przypadnie jej do gustu.
C. tylko zobaczyła, obwąchała, po czym bez jakiegokolwiek przymusu wskoczyła mu na kolana. Jest w niego wpatrzona jak w obrazek, a mnie niechybnie za pięć groszy by sprzedała.

Ale łapek nawet jemu nie pozwala dotykać.
Kiedy więc znów podjęliśmy się karkołomnego wyzwania, jakim jest strzyżenie Ptysi, zaczęliśmy od grzbietu. Poszło zadziwiająco łatwo. Później główka i pyszczek - kilka podejść, ale obeszło się bez dantejskich scen. Przycięcia ogona nawet nie zauważyła, zostały już tylko łapki... I tak, tu własnie zaczęły się schody. Do tylnych kilka podejść, na raty, myląc tropy - ale w końcu się udało. Przednie - jak puchate były, tak puchate są.
Wyobraźcie więc sobie Ptysię w aktualnym stanie: przycięta trochę krzywo, ale z gracją, króciutko, żeby nie trzeba było za chwilę całej procedury powtarzać, mała główka, małe ciałko, i dwie wielkie, włochate łapki...
Myślę, że żaden pudel by się nie powstydził.

Tematem kolejnego wspólnego gotowania było śniadanie z dodatkiem fig. Tym razem troszkę się spóźniłam ze względu na wakacje, ale odmówić sobie przecież nie mogłam. Figi, moje ukochane... To je pierwsze włożyłam do koszyka przy okazji pierwszej wizyty po powrocie. nie umiem oprzeć się ich kuszącej, fioletowej barwie... Działają na mnie jak narkotyk; po prostu muszę je mieć!
Zaczęłam od skarmelizowania ich w miodzie i podania z domowymi lodami; ale o tym innym razem. Gdy za oknem cztery stopnie, takie śniadania w grę nie wchodzą.

U Pomidorowej Ani znalazłam jednak przepis na pudding chia. Z dodatkiem kakao. I fig. Czy można się oprzeć takiemu połączeniu...? Szczególnie zaintrygował mnie syrop daktylowo-orzechowy; nie jestem wielką fanką klasycznego masła orzechowego z fistaszków, ale od czasu do czasu miewam na nie chrapkę. Tak ja teraz.
Okazuje się, że rzeczony syrop bardziej przypomina dość gęsty krem. Smakuje... No cóż, daktylami i masłem orzechowym (w końcu tak naprawdę to tylko te dwa składniki). Najpierw zdecydowanie czuć smak orzeszków, później dochodzi słodycz daktyli. Po pierwszej łyżeczce stwierdziłam, że to chyba jednak nie mój smak. Po drugiej, że chyba jednak coś w nim jest. Po trzeciej, że właściwie to nawet mi smakuje. Po czwartej, że połączenie daktyli i masła orzechowego to naprawdę dobry pomysł. Po piątej... Że muszę przestać jeść, bo do puddingu nie starczy!
Myślę, że fani masła orzechowego będą zachwyceni. Ja myślę tymczasem o nieco delikatniejszym połączeniu daktyli z masłem migdałowym... Ale póki co - tylko myślę.
Pudding zrobiłam po swojemu, na maślance, przez co nie jest specjalnie słodki. Ale nie martwcie się - syrop nadrabia. Całość smakuje wyśmienicie ze świeżymi figami, ale inne sezonowe owoce też się sprawdzą (gruszki, mmm...).

Jeśli jednak macie apetyt na figi właśnie, koniecznie sprawdźcie śniadaniowe propozycje Mirabelki i Ani.

Kakaowo-maślankowy pudding chia z syropem daktylowo-orzechowym i figami


Składniki:
(na 2 porcje)
  • 300 ml maślanki
  • 100 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 3 łyżki kakao
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 2-3 łyżki syropu z agawy
dodatkowo:
  • 2 figi
syrop:
(na ok 500 g)
  • 200 g suszonych daktyli (bez pestek)
  • 200 ml wrzątku
  • 75 g masła orzechowego
Przygotować syrop:
Daktyle zalać wrzątkiem, przykryć, odstawić na 30 minut. Po tym czasie dodać masło orzechowe, zmiksować blenderem na gładki krem. W razie potrzeby dolać nieco wody.
Schłodzić.

Maślankę, mleko i chia dobrze wymieszać (najlepiej trzepaczką), odstawić na 15 minut. Po tym czasie dodać kakao, sól i syrop, dobrze połączyć. Odstawić na noc do lodówki.

Rano pudding przełożyć do szklanek, polać syropem. Podawać z ćwiartakami fig.

Smacznego!


Syropu wychodzi więcej, niż potrzeba. Ale nie martwcie się; następnym razem powiem Wam, co zrobić z resztą (o ile po prostu nie wyjecie jej łyżeczką...).

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Tiramisu z poziomkami na przedślubny stres

Prognozy nie są, niestety, zbyt optymistyczne. Na sobotę zapowiadają deszcze; ale ja im nie wierzę. Musi, po prostu musi być choć trochę słonka. Choćby na zrobienie tych kilku zdjęć...

Tymczasem dzisiaj zaczynam urlop. Stresuję się niesamowicie; muszę przyznać, że jestem na tym etapie, że chciałabym mieć już to wszystko za sobą... Dlatego stosując zasadę pozytywnego myślenia, omijam myśli o weselu szerokim łukiem i skupiam się na tym, co czeka mnie później - wycieczka do Barcelony. I to nie byle jaka, bo przez Amsterdam i Paryż. Już trzy lata nie byliśmy na prawdziwych wakacjach, cieszę się więc jak małe dziecko. Uwielbiam podróże, nowe miejsca, nowe smaki...

Ale póki co czas wracać do sprzątania; Rodzice zjawią się już niedługo, a pokój dla Młodej ciągle bardziej przypomina składzik...

Szybko więc skupmy się na najważniejszym, czyli dzisiejszym przepisie. A mam dla Was coś naprawdę wyjątkowego: tiramisu z poziomkami. Te małe, czerwone kuleczki smakują i pachną lasem; nie da się ich do niczego innego porównać. Uwielbiam!
Ostatnio udało mi się nazbierać całe trzysta pięćdziesiąt gram; było już semifreddo z poziomkami i różaną nutą, teraz czas na kolejny deser.

Tiramisu to coś, czemu nie potrafię się oprzeć; przygotowywałam je już w wielu różnych wersjach i nigdy mnie nie zawiodło. Ta jednak udała się chyba najlepiej; poziomki i delikatna, pomarańczowa nuta w tle, a do tego niebiańsko lekki krem i mięciutkie biszkopty. Mogłabym jeść, i jeść, i jeść... I nigdy by mi się nie znudziło.

Tiramisu z poziomkami


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 2 jajka
  • 250 g serka mascarpone
  • 60 g cukru pudru
  • 1/4 łyżeczki mielonej wanilii
  • 80 g podłużnych biszkoptów
  • 25 ml Cointreau
  • 75 ml soku pomarańczowego
  • 150 g poziomek

dodatkowo:
  • listki świeżej mięty

Żółtka z cukrem pudrem zmiksować na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone i wanilię, zmiksować tylko do połączenia składników.
Białka ubić, partiami dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Sok pomarańczowy wymieszać z Cointreau. Maczać w nim biszkopty po kilka sekund z każdej strony. Połowę ułożyć na dnie szklanek, przykryć połową kremu i posypać połową owoców. Znów ułożyć nasączone biszkopty, resztę kremu i pozostałe poziomki.

Dobrze schłodzić, przed podaniem udekorować listkami mięty.

Smacznego!

Jeśli nigdzie już nie znajdziecie poziomek (u mnie zostały już tylko pojedyncze sztuki) można je zastąpić malinami. Też będzie pysznie!

piątek, 18 sierpnia 2017

Kokos - truskawki - róża. I o tym, jak rozmawiać z szefem

We wtorek miałam wolne, choć tym razem - niestety - tylko teoretycznie. Na jedenastą bowiem musiałam zjawić się w piekarni na spotkaniu. No dobra, niech już będzie. Skoro - podobno - to ważne...
Później miałam jeszcze spotkania w banku i kwiaciarni, a w międzyczasie umówiłam się z C. na kawę. Rzadko ostatnio mamy czas na takie drobne przyjemności jak wizyta w kawiarni i chwila na kontemplację otaczającej nas rzeczywistości. Zabiegani, zestresowani, oboje nie możemy się już doczekać urlopu.
Wracając jednak do sedna; z tej jakże podniosłej okazji (możliwość spotkania z innymi ludźmi bez perspektywy uwalania się mąką i czekoladą), postanowiłam włożyć sukienkę. Lato w tym roku kiepskie, a tu nagle wyszło słonko, a termometr pokazywał całe dwadzieścia dwa stopnie. Otworzyłam więc szafę, przejrzałam jej zawartość i ściągnęłam z wieszaka jedną z czarnych sukienek na każdą okazję - do balerin będzie się nadawała na niezobowiązujące spotkanie, do wysokich obcasów na elegancką kolację. Zadowolona z siebie, wkroczyłam do piekarni cała w uśmiechach, wywołując spore zamieszanie (chyba po raz pierwszy pojawiłam się w czym innym niż znoszona koszulka i pierwsze lepsze spodnie. O trzeciej rano nie bardzo mnie bowiem interesuje, co na siebie wkładam; ważne, żeby było mi ciepło). 
Dzień minął szybko i sympatycznie, i nawet burza, która mnie na sam koniec złapała, nie zepsuła mi humoru.

Następnego dnia zaś mój szef zadał mi pytanie, jakie tylko on jest w stanie zadać: A co zrobisz, jak C. powie w kościele nie...?
Hmm... Jestem pewna, że powie tak. W końcu to on mnie poprosił i cieszy się na to wszystko bardziej niż ja (z natury nieśmiała, nie lubię zbyt dużego zamieszania wokół siebie). Ale nauczona doświadczeniem, z szerokim uśmiechem odpowiedziałam: Założę tę czarną sukienkę, i znajdę kogoś, kto powie tak. 

Dzisiaj mam dla Was nieco spóźniony, ale tak smakowity przepis, że nie mogłam się oprzeć, żeby Wam go nie pokazać.
Zrobiłam go w sezonie truskawkowym; w tym roku jednak truskawki nie był specjalnie słodkie ani pachnące, więc myślę, że z mrożonymi będzie smakował równie dobrze. Delikatna różana nuta nadaje puddingowi wyjątkowego charakteru; muszę też przyznać, że połączenie truskawki, róży i kokosa jest strzałem w dziesiątkę. Sama byłam zaskoczona, jak dobrze się to wszystko skomponowało.
Najlepsze śniadanie, jakie w te wakacje sobie przygotowałam.
Skusicie się...?

Kokosowy pudding chia z musem truskawkowo-różanym


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 400 ml mleczka kokosowego
  • 400 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 2 łyżki miodu
mus:
dodatkowo:
  • kilka truskawek
Mleko kokosowe i krowie wymieszać z miodem i chia, najlepiej trzepaczką, aż zacznie gęstnieć. Schłodzić przez noc w lodówce.
Truskawki umyć, osuszyć, usunąć szypułki. Zmiksować blenderem na gładki mus razem z przecierem różanym.

Pudding przełożyć do szklanek, wierzch polać musem. Udekorować świeżymi truskawkami.

Smacznego!

Tymczasem niecierpliwie odliczam dni do wakacji: trzy...

wtorek, 8 sierpnia 2017

Wieczór panieński po duńsku i cobbler. Rabarbarowo-miodowy

Wczoraj zostałam wzięta z zaskoczenia. I to tak, że szczęka opadła mi do samych kolan. 

Dzień zaczął się niezbyt szczęśliwie; zaspałam. I to o półtorej godziny! W panice umyłam zęby, zarzuciłam na siebie pierwsze ubranie, które nawinęło mi się pod rękę i bez choćby łyka gorącej herbaty ruszyłam w noc. Brak śniadania, makijażu i rozbudowanej porannej toalety zaowocował piętnastominutowym spóźnieniem. A moi potworni koledzy, zamiast mi choć odrobinę współczuć wyrazili nieskrywaną radość z powodu ciasta na środę (zasady są proste: ten, kto się spóźni, zaczyna lub kończy ferie albo ma urodziny - stawia). 
Rozdygotana, na szczęście zdążyłam ze wszystkim na czas i chwilę przed jedenastą już myślałam o powrocie do domu i wygodnej kanapie, której wołanie słyszałam nawet z odległości tych stu kilometrów. Jeszcze tylko musiałam wyciągnąć marchewkę z zamrażarki, gdy nagle szefowa wydarła się na całą piekarnię: Gdzie ona jest? No tu jestem, już idę przecież... Zaciągnęła mnie do biura tłumacząc, że przyszło zamówienie na jakieś dziwne ciasto, i muszę na nie popatrzeć i powiedzieć, czy dam radę. Stoję więc przed monitorem, a ona oczywiście nie może znaleźć zdjęć. Poczekaj, zaraz przyjdę. No to czekam. Za chwilę wpada jak burza, ciągnie ma za rękaw i jak najęta tłumaczy, że muszę zajrzeć w listę zamówień. Zupełnie nie rozumiem tego nadzwyczajnego poruszenia z powodu jakiegoś ciasta, wchodzę do piekarni nieco zdezorientowana, a tam moje szalone koleżanki stoją z wielkim, błyszczącym od brokatu transparentem Wieczór panieński Anny. Jesteś gotowa?

Nie byłam. Ale tym akurat nikt się nie przejął.

Przebrały mnie w różowe, falbaniaste i sterczące na wszystkie strony tutu, białe pończochy, koszulkę z muffinem i napisem ratunku, wychodzę za mąż, różowy welon i królicze uszy. Natapirowały włosy, nałożyły taką ilość niebieskich cieni, która nawet rybkę Wandę przyprawiłaby o zawrót głowy, a usta wysmarowały niezmywalną, ogniście czerwoną pomadką. Ach, jaka byłam piękna!
Tak wystrojoną wsadziły do auta, nie pozwoliwszy zabrać telefonu, dokumentów czy butelki z wodą, i zabrały w pola. Tam wsadziły na konia (kucyka właściwie) i kazały jeździć. To jeździłam, choć muszę przyznać, że czułam się w tej roli bardzo niepewnie. Gdy już pozwoliły mi zsiąść, znów zapakowały do samochodu i zabrały na lunch. Po drodze do restauracji wyręczyły torebkę pełną cukierków i kazały je sprzedawać - za pięć koron albo całusa. Powiem tak - sprzedałam trzynaście, a bogatsza się nie zrobiłam. Brawo ja.

(Rada na przyszłość - jeśli nagle ogarnie Was nieodparta potrzeba bycia obcałowywaną przez obcych mężczyzn, idźcie do sklepów sportowych. Tam panowie zawsze są na tak.)

Po lunchu i jednym truskawkowym daiquiri pojechałyśmy dalej. Tym razem wylądowałam w poczekalni, gdzie po chwili wyszedł do mnie pan w lekarskim fartuchu i zaproponował tarmudskylning, na co ochoczo się zgodziłam, wprowadzając go w lekkie osłupienie. Gdy wyszedł, wytłumaczono mi bardzo poważnym tonem, co to znaczy: płukanie jelit... Ochota przeszła mi od razu. Gdy wrócił, zaczął tłumaczyć mi procedurę, a ja bladłam coraz bardziej... Widząc moją nieszczęśliwą minę zaproponował, że w takim razie zrobimy tatuaż. Tutaj uśmiechnęłam się od ucha do ucha i powiedziałam, że mam jeden wymarzony, tylko nie mam przy sobie telefonu, ale bez problemu znajdę obrazek w internecie (tak; w końcu zorientowałam się, że robią mnie w konia). Pan westchnął, zdjął fartuch i zaprosił mnie do gabinetu, który okazał się być studiem nagraniowym. Wydzierałyśmy się więc przez następną godzinę, a pan obiecał zrobić z tego coś nadającego się do słuchania. 
Lękam się. Niewypowiedzianie.
Bo i owszem, śpiewam ochoczo, ale tylko wtedy, gdy mam pewność, że nikt mnie nie usłyszy...

Gdy wróciłam do domu i C. zobaczył moje najróżowsze z różowych tutu i królicze uszy, tylko przytulił i pogłaskał po plecach, tłumiąc śmiech. 
A ja pięknie mówię tak (stali Czytelnicy bloga doskonale wiedzą, że po duńsku to znaczy dziękuję) za ogromną niespodziankę i fantastyczny dzień. Działo się, oj działo... Jestem pewna, że nigdy tego nie zapomnę.

Tymczasem mam dla Was przepis na bardzo prosty i zaskakująco pyszny deser.
Wszystko zaczęło się od Komarki i jej lodów z malinami. Ogromnie mi się spodobały; a że akurat nabyłam drogą kupna sporą ilość malin, nie mogłam sobie odmówić. Zajrzałam jednak na stronę Half baked harvest, z której przepis pochodzi, a tam w składzie były miodowe ciasteczka... I też mi się ich zachciało. Tymczasem przepis na ciasteczka okazał się być bardziej kompleksowy; tak naprawdę był to bowiem cobbler. I tak wspaniale na zdjęciach wyglądał... A że robi się go szybko i prosto, czym prędzej zabrałam się do pracy. Z przepisu Tieghan wychodzi dwa razy więcej ciasteczek, niż potrzeba. W poniższym przepisie odpowiednio dopasowałam proporcje, ale i tak uważam, że powinniście przygotować więcej ciasteczek. Wtedy będziecie mogli zrobić też lody...

Zamiast truskawek użyłam malin, zmniejszyłam też nieco ilość cukru. Cobbler smakuje genialnie podany na ciepło z lodami waniliowymi. Takie proste, a tak zaskakująco pyszne. 
Po prostu nie można się oprzeć.

Cobbler malinowo-rabarbarowy z miodowymi ciastkami


Składniki:
(na formę o średnicy 25 cm)
  • 375 g malin
  • 175 g rabarbaru
  • 100 g cukru kokosowego
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli
miodowe ciastka:
  • 165 g mąki pszennej
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 60 g zimnego masła
  • 65 g jogurtu naturalnego
  • 45 g miodu
dodatkowo:
  • 30 g masła
  • 1 łyżka cukru perłowego
Rabarbar pokroić na kawałki o grubości 1 cm. Wymieszać z malinami, cukrem, skórką z cytryny, ekstraktem z wanilii i solą. Przełożyć do formy, odstawić.

Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać. Dodać masło pokrojone na kawałki, rozetrzeć palcami. 
Jogurt wymieszać z miodem, dodać do ciasta. Szybko zagnieść.

Ciasto rozwałkować na grubość 1 cm. Wykrawać szklanką koła, układać na owocach.

Pozostałe masło rozpuścić, polać nim wierzch ciastek. Posypać cukrem perłowym.

Piec w 180 st. C. przez 35-40 minut.

Podawać na ciepło z lodami.

Smacznego!


A na koniec mały bonus, ale ostrzegam - zerkacie na własną odpowiedzialność.
Ja w tutu i króliczych uszach, o tutaj.

Tymczasem idę piec ciasto.
Kto to słyszał, żeby trzeba było zabierać ze sobą ciasta do cukierni...?

środa, 2 sierpnia 2017

Nocna owsianka. Bardzo owocowa

Jak ten czas pędzi! Wiecie, że do mojego Wielkiego Dnia (tak, tak, z wielkich liter; bo to naprawdę Wielki Dzień), zostały raptem dwadzieścia cztery dni...? Niby dużo, a tak naprawdę bardzo niewiele. Tyle jeszcze jest do zrobienia... Powoli zaczynam czuć jakiś dziwny ucisk w żołądku. Nie to, żeby nagle naszły mnie wątpliwości... Mam zdecydowanie za krótkie nogi i planuję zbyt wysokie obcasy, żeby bawić się w uciekającą pannę młodą. Ale to duże przedsięwzięcie, i boję się, że coś pójdzie nie tak. Że zapomnimy o czymś ważnym (o obrączkach na przykład. Albo cała znajomość duńskiego wywietrzeje mi z głowy, i nie będę potrafiła odpowiedzieć na jedno z najważniejszych pytań w moim życiu), że fryzura rozpadnie mi się w najważniejszym momencie albo potknę się o tren mojej wspaniałej sukni. Albo, co gorsza, potknie się kto inny. No wiecie, taki ze mnie Kubuś fatalista...

Czas pędzi nieubłaganie, ale życie obok mnie toczy się swoim normalnym rytmem. Co oznacza pobudki o wpół do czwartej nad ranem i piętnaście minut na zjedzenie śniadania. Przygotowuję więc puddingi chia i nocne owsianki, które dodają mi energii na kilka pierwszych godzin i pozwalają jakoś przetrwać półtorej godziny w samochodzie bez narażania na szwank siebie i innych.

Tym razem zmiksowałam to, co akurat ostało się w lodówce i na kuchennym blacie: ostatni, lekko już sczerniały banan, dwie nektarynki, o których wszyscy zapomnieli, trochę jogurtu, nieco mleka i oczywiście zagęszczacze w postaci nasionek chia i płatków owsianych. 
Wyszło pysznie! Niezbyt słodko, ale całość zawsze można polać sobie miodem. Mocno owocowe, sycące śniadanko. W sam raz na rozpoczęcie kolejnego aktywnego dnia.

Bananowo-nektarynkowa nocna owsianka z chia


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 1 banan
  • 2 nektarynki
  • 400 g jogurtu greckiego
  • 300 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 3 łyżki drobnych płatków owsianych

dodatkowo:
  • jeżyny
  • czerwone porzeczki

Banana obrać, z nektarynek usunąć pestki. Zmiksować owoce blenderem na gładki mus. Dodać jogurt, mleko, chia i płatki owsiane, dokładnie wymieszać, najlepiej trzepaczką, aż masa zacznie gęstnieć.
Odstawić na noc do lodówki.

Schłodzony pudding przełożyć do szklanek, podawać z jeżynami i porzeczkami.

Smacznego!

A na weekendowe śniadanie planuję coś ekstra. W końcu bowiem będziemy mieli trochę czasu na celebrowanie wspólnego posiłku; a musicie wiedzieć, że takie luksusy nie zdarzają się co dzień...