Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drożdże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drożdże. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 lutego 2018

Pissaladiere, czyli cebularz po francusku

Jako dziecko bardzo na siebie uważałam. Nie przychodziłam do domu z pozdzieranymi kolanami, nie obnosiłam się z zadrapaniami i nie zeskrobywałam z zapałem strupów, a bliznami mogę się pochwalić czterema, z czego jedną mam po ospie, a trzech kresek na kolanie nabawiłam się podczas jednego wjechania w płot (dostałam śliczny nowy rower, niestety - bez hamulców w pedałach... Gdyby ktoś się zastanawiał, rower wyszedł z tego wypadku bez szwanku). Zapewne wynika to z faktu, że przez pierwszych siedem lat życia byłam jedynaczką, traktowano mnie jak księżniczkę, wszyscy nade mną skakali, chuchali i dmuchali (taki już los córki pierworodnej i długo wyczekiwanej wnusi - Dziadek, po dwóch synach, miał parcie na dziewczynkę). 
Ostatnio jednak - co mój Mąż stwierdził z niejakim przerażeniem - ciągle coś. Niecałe trzy miesiące temu przewróciłam w pracy stojak z ciastami - prosto na lewą stopę (o czym pisałam Wam tutaj). Skończyło się na prześwietleniu, orzeczeniu stłuczenia i jednym dniu wolnym, który wykorzystałam na wylegiwanie się na sofie - w pełni zasłużone! Tymczasem w minioną sobotę zahaczyłam stopą (tym razem lewą) o krzesło. Tak nieszczęśliwie, że jeden z palców przybrał barwę głębokiego fioletu przechodzącego z jednej strony w purpurę, a z drugiej w navy blue; jest elegancko napuchnięty i boli, kiedy choćby próbuję włożyć skarpetkę. Nie jest dobrze, oj nie... 

Teraz mam tylko nadzieję, że nie upomną się o mnie wszystkie choroby wieku dziecięcego, których nie przeszłam w odpowiednim czasie. Ich lista jest bowiem zatrważająco długa...

W zeszły piątek, dziewiątego lutego, obchodzony był Międzynarodowy Dzień Pizzy. Jest to jedno z tych uroczych świąt, o którym najczęściej zapominam, ale jeśli ktoś akurat mi przypomni, celebruję zapamiętale. No bo przecież każda okazja do świętowania jest dobra, a jeśli jeszcze jest wymówką do zjedzenia wyśmienitej pizzy, to po prostu nie mogę sobie odmówić. 
Umówiłyśmy się z dziewczynami na wspólne pieczenie, jednak tu coś wypadło, tam się obsunęło - i udało się dopiero dzisiaj. Nic straconego - pizzę można zjeść zawsze, nie tylko od święta!

Ja tym razem temat potraktowałam bardzo luźno, i po inspirację zamiast do Włoch, udałam się do Francji. Pissaladiere pochodzi z Nicei; to tam wypiekano placki na chlebowym cieście z dużą ilością karmelizowanej, mięciutkiej cebuli, czarnymi oliwkami i anchovies, i sprzedawano każdego poranka. 
Muszę przyznać, że od dawna miałam ochotę na ten francuski przysmak; anchovies kupiłam już jakiś czas temu, i tylko czekało na swoją kolej. Przepis znalazłam u Truskawkowej Ani, i zmieniłam tylko odrobinkę, nie odchodząc jednak zbyt daleko od tradycji. Ciasto jak na grubą pizzę, jest miękkie i delikatne; a cała góra słodkiej, skarmelizowanej cebulki z dodatkiem wyrazistych oliwek i słonych filecików anchovies smakuje po prostu obłędnie! Do tego całość jest prosta i stosunkowo szybka (jak na ciasto drożdżowe) do przygotowania. Oczywiście, obieranie i krojenie kilograma cebuli do zadań łatwych nie należy; dobrze jest przygotować sobie paczkę chusteczek, tudzież rolkę papierowych ręczników kuchennych i mieć je w zasięgu ręki - gwarantuję, że się przydadzą. Ale dla takiego smaku warto pocierpieć.

To jak, skusicie się na francuską wersję cebularza...?

Po inne danie, które pizzą jest lub przy odrobinie wyobraźni mogłoby za nią uchodzić, koniecznie zajrzyjcie do Mopsika

Pissaladiere


Składniki:
(na formę o wymiarach 30x22 cm)
  • 250 g mąki pszennej
  • 15 g świeżych drożdży
  • 120 ml letniej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
duszona cebula:
  • 5 łyżek oliwy
  • 2 łyżki masła
  • 1 kg cebuli
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżeczka suszonego rozmarynu
  • 1 łyżka octu balsamicznego
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 75 g filecików anchois
  • 90 g czarnych oliwek bez pestek
Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać cukier i zalać połową wody. Odstawić na 15 minut.
Po tym czasie do zaczynu dodać pozostałą wodę, zagnieść. Dodać sól, wyrobiź gładkie ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie cebulę obrać, pokroić w piórka.
Na patelni rozpuścić masło z oliwą, dodać cebulę, przeciśnięty przez praskę czosnek i rozmaryn. Dusić pod przykryciem na małej mocy palnika przez 45-60 minut, aż cebula będzie zupełnie miękka, ale nie zrumieniona. Dodać ocet, só i pieprz, wymieszać, smażyć jeszcze 5 minut.

Ciasto rozwałkować na wielkość formy, ułożyć w formie wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzch wyłożyć cebulę, a na niej ułożyć kratkę z anchois, wypełniając środki oliwkami.

Odstawić na 30 minut do napuszenia.

Piec w 220 st. C. przez 25 minut.

Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


Dzisiaj za to mamy Ogólnopolski Dzień Pisania Piórem. 
Macie jakieś...? Czy odręcznie piszecie już tylko wtedy, kiedy naprawdę trzeba...?

czwartek, 8 lutego 2018

Pączki z pistacjami

Dzieje się dzisiaj, oj dzieje... 
Po pierwsze, jedna z grup cukierniczych miała dzisiaj egzaminy końcowe, a między nimi znajdowała się moja współlokatorka. Mimo widocznego zdenerwowania zakrawającego momentami na panikę, poszło jej dobrze - zdała. Dokładnych wyników jeszcze nie znam, ogłoszą je dopiero późnym wieczorem. Najważniejsze jednak, że wszyscy zaliczyli i wydawali się zadowoleni. Oczywiście, nie mogłam odmówić sobie przyjemności obejrzenia wyników ich całodziennej pracy - i mówię Wam, były imponujące (a przynajmniej większość z nich). Trzypiętrowe torty wypełnione najróżniejszymi musami, nadziewane czekoladki, ciasto duńskie i francuskie w kilku wydaniach, desery, słynne duńskie kransekage, ciasta ucierane i klasyki (według duńskich standardów jest ich osiemnaście, na egzamin końcowy losuje się jeden z nich, a są to - między innymi - francuska tarta cytrynowa, creme brulee, panna cotta, tort szwardzwaldzki, Othello, Georgina i parę innych niezłych kwiatków). Objadłam się za wszystkie czasy, ale naprawdę niemożliwością jest oprzeć się takim wspaniałościom.

Tymczasem w Polsce mamy dzisiaj Tłusty Czwartek. Objedliście się pączkami po same uszy...? Ja nie zjadłam ani jednego... Nie mam dostępu do kuchni, w której mogłabym szaleć z garnkiem pełnym gorącego tłuszczu, ale przygotowałam się na zapas. W miniony weekend nasmażyłam jednych z najlepszych pączków, jakie jadłam. Wyszły lepiej, niż się spodziewałam: puszyste, delikatne ciasto o cytrynowej nucie, a do tego rozpływający się w ustach krem z pistacji i ricotty. Połączenie zwalające z nóg, mówię Wam!
I tak, wiem, że dzisiaj już za późno, żeby się za smażenie pączków zabierać, ale zapiszcie sobie ten przepis - przyda się za rok. A może postawicie świat na głowie, i zrobicie pączki w najbliższy weekend...? Ja, szczerze mówiąc, bardzo poważnie rozważam taką ewentualność...

A po inne tłustoczwartkowe smakołyki koniecznie zajrzyjcie do Mopsika i Ani.

Pączki cytrynowo-pistacjowe


Składniki:
(na 16 sztuk)
  • 550 g mąki pszennej
  • 30 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 70 g cukru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g masła
  • 2 łyżki likieru cytrynowego
  • skórka otarta z 1 cytryny
krem:
  • 250 g serka ricotta
  • 140 g kremu pistacjowego
lukier:
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1-2 łyżki gorącej wody
dodatkowo:
  • 20 g pistacji bez łupinek
  • 1,5 l oleju do smażenia
Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać połowę mleka. Odstawić na 10-15 minut w ciepłe miejsce.
W tym czasie masło rozpuścić, przestudzić.

Do zaczynu dodać pozostałe mleko i cukier, jajka oraz żółtka. Zagnieść. Dodać masło, sól, likier i skórkę cytrynową, wyrobić gładkie, dość luźne ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na około 1 godzinę.

Po tym czasie odrywać kawałki ciasta o wadze około 70 g, formować z nich kulki, układać na oprószonym mąką blacie, zachowując odstępy. Zostawić do napuszenia na 25-40 minut.

W tym czasie rozgrzać olej do temperatury 175 st. C. Smażyć pączki na rozgrzanym oleju, przez około 90 sekund z każdej strony. Odkładać na papierowy ręcznik.

Serek utrzeć z kremem pistacjowym na puszysty krem. Nadziewać nim całkowicie ostudzone pączki.

Z wody, soku z cytryny i cukru pudru utrzeć lukier. Polać nim pączki, posypać posiekanymi pistacjami. Odstawić do zastygnięcia lukru.

Smacznego!


Tak sobie myślę, że chociaż nie zjadłam ani jednego pączka, to i tak szczęście będzie mi sprzyjać. W końcu tyle słodkiego, które w siebie dzisiaj wcisnęłam, nie może przejść bez echa!

sobota, 3 lutego 2018

Pączki tiramisu i socjalizacja

Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Taka szkoła na przykład: daleko od domu, człowiek musi dzielić te kilka metrów kwadratowych z kimś zupełnie obcym, tęskni za mężem, psami i własnym łóżkiem. Z drugiej strony ma możliwość nie tylko nauki, ale też czas na eksperymenty i socjalizację. A w tym ostatnim akurat najlepsza to ja nie jestem. Powiedziałabym nawet, że wręcz przeciwnie - jestem przypadkiem beznadziejnie asocjalnym. Ludzie w gruncie rzeczy mnie denerwują i nie szukam ich towarzystwa, zadowalając się własnym. Tym razem jednak dostałam lekko zwariowaną współlokatorkę, która w przyszłym tygodniu zdaje końcowy egzamin, więc jest niezwykle nerwowa i roztrzepana. Ostatnio musiałam ratować ją plastrami, nożyczkami do paznokci i czystymi skarpetkami... Ale to już nie jest historia na blog kulinarny.
Z drugiej strony pogłębiam znajomości już nawiązane, wyznając starą, dobrą zasadę, że z ludźmi, którzy cię karmią, należy żyć dobrze. Więc żyję. Piwo nawet wypiję (ja w końcu mam końcowy egzamin dopiero pod koniec maja; do tego czasu zdąży mi to piwo z głowy wywietrzeć). 

A dzisiaj mam dla Was pierwszy przepis na pączki (i nieostatni w tym sezonie - obiecuję!). Znalazłam go na blogu Doroty i od razu wiedziałam, że będę musiała spróbować - w końcu tiramisu to mój ukochany deser, więc pączki choćby o nim przypominające nie mogły ujść mojej uwadze. 
Wyszły boskie! Ciasto jest idealne, choć odrobinę się lepi. Pączuszki wychodzą lekkie, puszyste i delikatne - no po prostu cud, miód i orzeszki. Kremowe nadzienie (na które trzeba uważać, bo lubi wypływać) smakuje obłędnie, a w połączeniu z lukrem kawowym to prawdziwa uczta. 
C. zabrał dwanaście sztuk do pracy; dali im radę we czterech. I jeszcze było im mało! Zostałam obwołana pączkową królową i obsypana taką ilością komplementów, że zarumieniłam się po same czubki uszu.
Tego po prostu musicie spróbować!

Pączki tiramisu


Składniki:
(na 16 sztuk)
  • 550 g mąki pszennej
  • 30 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 70 g cukru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g masła
  • 2 łyżki likieru Amaretto

krem:
  • 250 g serka mascarpone
  • 2 żółtka
  • 50 g cukru pudru
  • 2 łyżki likieru Amaretto

lukier:
  • 3-4 łyżki mocnej, gorącej kawy
  • 130 g cukru pudru

dodatkowo:
  • 1 łyżka kakao
  • 1,5 l oleju do smażenia

Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać połowę mleka. Odstawić na 10-15 minut w ciepłe miejsce.
W tym czasie masło rozpuścić, przestudzić.

Do zaczynu dodać pozostałe mleko i cukier, jajka oraz żółtka. Zagnieść. Dodać masło, sól i likier, wyrobić gładkie, dość luźne ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na około 1 godzinę.

Po tym czasie odrywać kawałki ciasta o wadze około 70 g, formować z nich kulki, układać na oprószonym mąką blacie, zachowując odstępy. Zostawić do napuszenia na 25-40 minut.

W tym czasie rozgrzać olej do temperatury 175 st. C. Smażyć pączki na rozgrzanym oleju, przez około 90 sekund z każdej strony. Odkładać na papierowy ręcznik.

Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać likier, cały czas miksując. Na końcu dodać mascarpone, zmiksować na puszysty krem. 
Krem przełożyć do woreczka cukierniczego z końcówką do nadziewania pączków. Nadziewać całkowicie ostudzone pączki. 

Z kawy i cukru pudru ukręcić lukier. Polać pączki. Po zastygnięciu lukru oprószyć kakao.

Smacznego!


Z dna rozpaczy (czarnej) wyciągnął mnie ebook. Niech żyje technika!

sobota, 27 stycznia 2018

Racuchy na leniwe śniadanie. Z gruszkami

Jak się człowiek wyśpi, to od razu zaczyna mu się chcieć.
Ja przynajmniej właśnie tak mam. Dziesięć godzin nieprzerywanego niczym snu, zakończone wygramoleniem się z pościeli z własnej i nieprzymuszonej woli - oto, czego było mi trzeba. Od rana czułam, że mogę góry przenosić. Ponieważ mieszkam w Danii, a tu nawet o pagórki ciężko, zamiast dźwiganiem, zajęłam się odkurzaniem, zmienianiem pościeli, ogarnianiem i na nowo brudzeniem kuchni. Szczególnie to ostatnie zajęcie sprawiło mi dużo przyjemności i zaowocowało pyszną kawą, pączkami i tartą. Ach, jak mi było dobrze! W końcu mogłam zrealizować pomysły, które chodziły już za mną od jakiegoś czasu i wykorzystać zawartość mojej ulubionej szuflady w lodówce - tej przeznaczonej na owoce. Plany na jutro też mam - bardzo ambitne. C. w pracy od dziesiątej do dziewiętnastej, więc czasu mam sporo; dom jest czysty i pachnący, więc bez wyrzutów sumienia będę się mogła oddać przyjemnościom. 

Tymczasem już w poniedziałek zaczynam kolejny okres szkolny. Dziwne jest to, że na stronie nie ma jeszcze planu. A jest sobota wieczór. Mam nadzieję, że o mnie nie zapomnieli... Cóż, dowiem się już niedługo.

Z racji wolnej soboty i długiego, leniwego poranka, postanowiłam przygotować na śniadanie coś ekstra. Miałam resztę opakowania drożdży (znaczy się rano miałam jeszcze całe opakowanie, ale trzydzieści gram było odgórnie przeznaczone na pączki), dwie gruszki i chęci do działania. Przygotowałam więc racuchy - rzecz prosta i w zasadzie niewymagająca, ale jak to drożdżowe ma w zwyczaju, bez czasu na wyrastanie się nie uda. Zanim więc jeszcze umyłam zęby, przygotowałam rozczyn i zmiksowałam ciasto. Gdy ono wyrastało w ciepełku, ja poddałam się porannym ablucjom, C. wyprasował sobie koszulę do pracy, a psy uważnie obserwowały ogród w oczekiwaniu na stałego gościa - kota białego w czarne łaty - którego by można obszczekać. 
Później już tylko smażenie, oprószenie cukrem pudrem (ewentualnie polanie syropem klonowym - co kto lubi), i można się było cieszyć ciepłym, słodkim śniadaniem. 

Racuchy są mięciutkie i puszyste, soczyste od owoców, z lekkim aromatem cynamonu w tle. Same w sobie niezbyt słodkie, doskonale smakują z dodatkami. I choć wymagają czasu, w wolny weekend zdecydowanie warto podjąć to wyzwanie - są pyszne! Idealny sposób na rozpoczęcie efektywnej soboty.

Cynamonowe racuchy z gruszkami


Składniki:
(na około 15 racuchów)
  • 250 g mąki pszennej
  • 15 g świeżych drożdży
  • 20 g cukru
  • 175 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 2 gruszki

dodatkowo:
  • olej do smażenia
  • cukier puder

Mąkę przesiać do miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i zalać połową mleka. Odstawić do wyrośnięcia na 10-15 minut.
Po tym czasie dodać pozostałe mleko i cukier, jajko i cynamon. Wyrobić ciasto - będzie się mocno lepiło. 
Gruszki obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w kosteczkę. Dodać do ciasta, wymieszać łyżką lub dłonią, odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

Po tym czasie na patelni rozgrzać tłuszcz. Ciasto nabierać mokrą łyżką (dzięki temu nie będzie się kleić), wykładać porcje na rozrzaną patelnię. Smażyć na średniej mocy palnika przez około 90 sekund z każdej strony.
Podawać gorące, oprószone cukrem pudrem.

Smacznego!


A jutro znów muszę się pakować... Szczerze mówiąc, nieco mi się już to ciągłe pakowanie i rozpakowywanie znudziło.
Na szczęście niedługo koniec...

środa, 17 stycznia 2018

O tym, jak prawie zostałam feministką. I różowe bułeczki z buraczkami

W sobotę C. był w pracy cały dzień (nie zmyślam; bite trzynaście godzin), a ja po zrobieniu wszystkiego, czego nie musiałam, ale co przyszło mi do głowy, w końcu zasiadłam na kanapie z książką, kawą i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. I kiedy tak siedziałam sobie zupełnie spokojnie, w końcu zaczęło mi się robić chłodno. Sięgnęłam po koc - ale to nie to. Zamarzył mi się ogień na kominku!

I tutaj mała dygresja - jestem jedną z tych staromodnych kobiet, które lubią, gdy otwiera się im drzwi, pomaga nieść ciężkie torby z zakupami, odsuwa krzesło w restauracji i... Rozpala się dla nich w kominku. C. doskonale to rozumie (albo może lepiej będzie powiedzieć, że pogodził się z zaistniałym stanem rzeczy) i robi dla mnie to wszystko, a nawet jeszcze więcej. Kominek więc stanowi dla mnie prawdziwą tajemnicę - C. coś tam przy nim pomajstruje, a potem pojawia się ogień i robi się ciepło. Proste, prawda? 
Ha! Nie do końca.
Włożyłam do kominka szczapę, kawałek wymiętoszonej gazety, podpaliłam i czekałam na cud, który się nie zdarzył. Papier spłonął błyskawicznie... I tyle. Ponowiłam próbę - z tym samym, niestety, rezultatem. Podrapałam się w głowę, dołożyłam drewna i gazet, spróbowałam znowu. 
Powoli, najpierw nieśmiało, później nawet dziko, na kominku zaczął buzować ogień. 

Dumna byłam z siebie niesłychanie! Na co mi mężczyźni, skoro potrafię rozwikłać takie tajemnice, i to w zaledwie pół godziny? Krzesło też umiem sama odsunąć, a ciężkie zakupy zawsze można wnieść na dwa razy. Ostatnio nawet zupełnie sama dolałam płynu do spryskiwaczy w aucie, i to do właściwego pojemnika!
Dołożyłam do ognia raz, drugi... I skończyły mi się polana. Uniosłam brew i kategorycznie oznajmiłam moim psom, że ja w te pająki to na pewno nie pójdę!
Porzuciłam więc ideę zostania feministką i pokornie poczekałam na C., żeby ocalił swą damę z opresji (groźba zamarznięcia może nie była realna, ale... W baśniach zawsze się dramatyzuje bez potrzeby). 

Dzisiaj mam dla Was przepis na wyjątkowe bułeczki - idealnie poprawiające humor już samą swoją barwą. W magazynie Bage og sylte, nr 1/2017 zdjęcie bułeczek było zrobione przed ich upieczeniem - kolor jest niesamowicie intensywny! W piekarniku nieco blednie; staje się głębszy i ciemniejszy, ale nadal robi odpowiednie wrażenie. Wszystko za sprawą startych buraczków - sprawiają, że zwykłe pieczywo nie tylko staje się niezwykle przyjemne dla oka, ale jest wilgotne i naprawdę długo zachowuje świeżość. Dzięki dodatkowi ziaren bułeczki są jeszcze bardziej treściwe; świetnie nadają się do wytrawnych, ale też słodkich dodatków.

Po inne smakołyki z pieczonymi buraczkami koniecznie zajrzyjcie do Patrycji.

Bułki z buraczkami


Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 100 g mieszanki 5 ziaren
  • 200 g buraków
  • 20 g świeżych drożdży
  • 300 ml letniej wody
  • 2 łyżeczki soli
  • 1 łyżka złotego syropu
  • 500 g mąki orkiszowej
  • 225 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka
Mieszankę ziaren zalać wrzątkiem.
Buraki obrać, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach.
Drożdże rozmieszać w kilku łyżkach wody, następnie wlać pozostałą wodę, dodać odciśnięte ziarna, syrop i buraki. Wymieszać.
Do dużej miski przesiać mąkę orkiszową, dodać płynne składniki, zagnieść. Dodać sól, połączyć. Na końcu partiami dodawać mąkę pszenną.
Dobrze wyrobione ciasto odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

Po tym czasie jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 12 części, z każdej uformować okrągłą bułeczkę. Układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując duże odstępy.
Odstawić na 25-30 minut do napuszenia.

Bułeczki posmarować mlekiem.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


U mnie mieszanka pięciu ziaren to ziarna jęczmienia i żyta, słonecznik, sezam i siemię lniane. Nie wiem, czy w Polsce można kupić taką gotową; jeśli nie, można je kupić osobno i wymieszać samemu w dowolnych proporcjach. 
Mleka użyłam tylko do posmarowania bułeczek; zamiast tego można spryskać je wodą, i będą idealne dla alergików. 

wtorek, 5 grudnia 2017

Brioszka nie do końca świąteczna

Powiem Wam szczerze - odmłodniałam.
I to nie tylko dlatego, że absolutnie każdemu ciężko uwierzyć w to, ile naprawdę mam lat (nie, żebym była jakoś specjalnie wiekowa, ale czasy nastoletnie mam już dość dawno za sobą), ale głównie z powodu obcowania z ludźmi w większości niemal dekadę młodszymi ode mnie. Dzieciakami, które nie mają w życiu poważniejszych zmartwień niż złamany paznokieć, i potrafią z niczego śmiać się do rozpuku. Wczoraj na przykład spędziłyśmy niezwykle produktywne trzy godziny na grze w bilard, gdzie najczęściej w łuzach lądowała bila biała... A ile było przy tym śmiechu! 
W międzyczasie, razem z współlokatorką, udekorowałyśmy naszą sypialnię świątecznymi krasnalami, lampkami i świeczką (jedną), a na drzwiach powiesiłyśmy wieniec. Nagle zrobiło się niesamowicie przytulnie, a ja poczułam pierwsze grudniowe tchnienie na karku, tuż pod linią włosów. I żałuję tylko jednego - że nie mogę zamknąć się w kuchni i upiec pierniczków... Bo mam na to ogromną ochotę!

Zamiast jakichś świątecznych smakołyków, mam dla Was przepis na brioszkę z wodą pomarańczową. Przepis znalazłam w duńskim magazynie Bage og sylte, nr 5/2017, i od razu bardzo mi się spodobał z uwagi na sposób zwijania bułeczek. Jest nieco bardziej pracochłonny niż przygotowanie klasycznych kuleczek, ale za to efekt jest naprawdę widowiskowy. Dodatek wody pomarańczowej na samym początku nieco mnie zaniepokoił; C. zdecydowanie nie lubi takich wynalazków i bałam się, że tylko powącha i zacznie kręcić nosem. Ku mojemu zaskoczeniu, jadł, aż mu się uszy trzęsły. Zjedliśmy ponad połowę po prostu posmarowane masłem, jeszcze ciepłe. Mmm... Coś wspaniałego! Ciasto drożdżowe jest mięciutkie, puszyste i delikatne, a smak wody pomarańczowej subtelny i nienachalny.  Do tego niezwykła słodycz miodu, która w tym wypadku jest niemal uzależniająca. Nie można się im oprzeć, szczególnie zaraz po wyjęciu z piekarnika, gdy cały dom wypełniony jest niezwykłym aromatem...

Miodowa brioszka z wodą z kwiatów pomarańczy


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)
  • 80 g masła
  • 20 g świeżych drożdży
  • 500 g mąki pszennej
  • 60 g ciemnego cukru muscovado
  • 1 jajko
  • 40 g miodu
  • 50 ml wody z kwiatów pomarańczy
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 150 ml letniego mleka

dodatkowo:
  • 80 g miodu
  • 30 ml wody z kwiatów pomarańczy

Masło z miodem rozpuścić, przestudzić.
Mąkę przesiać do dużej miski, dodać pokruszone drożdże, cukier, jajko, wodę pomarańczową, sól i mleko. Wymieszać. Wlać masło z miodem, zagnieść gładkie, lekko lepkie ciasto.
Miskę z ciastem przykryć folią spożywczą, wstawić na noc do lodówki.

Rano ciasto wyjąć, zostawić na blacie, aż ogrzeje się do temperatury pokojowej (około 60 minut). 
Ciasto podzielić na pół, cienko rozwałkować i wyciąć szklanką o średnicy 8 cm 48 kół. Układać po 4 koła tak, żeby lekko na siebie nachodziły,zwijać je w ruloniki. Następnie każdy z ruloników przeciąć na pół, formując różyczki.
Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia, boki posmarować masłem. Układać Różyczki z ciasta po okręgu, zostawiając nieco miejsca pomiędzy.
Odtawić na 45-60 minut do napuszenia.

Piec w 175 st. C. przez 25-30 minut.

Pozostały miód podgrzać razem z wodą pomarańczową, Posmarować syropem jeszcze ciepłe ciasto.
Podawać letnie.

Smacznego!

Tymczasem w szkole, na początku grudnia (tak tylko przypominam, jakby ktoś dawno do kalendarza nie zaglądał), od wielkanocnych jajek płynnie przeszliśmy do lodów... 
Jest pysznie!

piątek, 1 grudnia 2017

Chlebek z łososiem wędzonym

Długo wzbraniałam się przed kontem na twarzoksiążce, ale... I na mnie przyszedł ten czas. W końcu dobrze jest być na czasie i trzymać rękę na pulsie, a z fb można dowiedzieć się naprawdę wielu zaskakujących rzeczy. 

Ostatnio przeczytałam dość długi post o tym, jak najlepiej sprawdzić, kto jest twoim prawdziwym przyjacielem. Otóż należy odciąć się od świata, zrezygnować z jakiegokolwiek kontaktu poprzez social media czy telefon, nie odzywać się do nikogo - jednym słowem zamknąć się w domu i nie wyściubiać z niego nosa. I czekać. Na tych, którzy się zainteresują, stęsknią i staną u drzwi, pukając i i prosząc o uwagę. 
Przeczytałam raz i drugi, doszukując się choćby najmniejszego znaku ironii - i nic. Bo wiecie co? Tacy, co tylko czekają, aż inni się nimi zainteresują, a sami nie robią nic, żeby znajomości podtrzymywać, zupełnie mnie jako ludzie nie interesują. Jeśli coś ci leży na sercu - przyjdź z tym do mnie, powiedz, o co chodzi, a ja spróbuję ci pomóc. Ale nie mam zamiaru w wolnym czasie (którego nie mam zbyt dużo) siedzieć i głowić się nad tym, czy przypadkiem nic ci się złego nie przytrafiło. Jeśli nagle przestałeś się do mnie odzywać, nie odpowiadasz na smsy i zamykasz się w swoim świecie, to znaczy, że tego właśnie potrzebujesz - chwili oddechu i samotności. I masz do tego prawo. Ale nie oczekuj, że będę chodzić za tobą dzień u dnia i pytać w kółko, czy aby nie potrzebujesz pomocy. W dzisiejszym zabieganym świecie - stety-niestety - nikt nie ma czasu na takie podchody. 
A jeśli zapomniałam o twoich urodzinach, to znaczy... Że zapomniałam. Nic więcej i nic mniej; nadal cię lubię, nadal mi na tobie zależy, ale... Zapomniałam. Jeśli dam ci prezent spóźniony o tydzień, nadal będzie to prezent od serca. Więc nie rozpaczaj i nie rób wideł z igły; nie ma to najmniejszego sensu.

Być może brzmi to dość wyrachowanie, ale nauczyłam się unikać egoistów szukających zainteresowania za wszelką cenę. 
A jaki jest Wasz sposób na sprawdzenie, komu tak naprawdę na Was zależy?
I czy uważacie, że w ogóle trzeba to sprawdzać...?

Dzisiaj mam dla Was przepis, który powstał przypadkiem, a udał się tak dobrze, że nie mogę o nim nie wspomnieć.
C. wyciągnął z zamrażarki łososia z jakimś zmyślnym planem, o którym, oczywiście, zapomniał. Rybka więc leżała, a wiadomo, że zbyt długie leżenie rybkom nie służy. Zakasałam więc rękawy, zagniotłam drożdżowe (no dobrze - Walle zagniótł), przygotowałam krem serowy, zapakowałam go w ciasto razem z łososiem - i upiekłam. Wyszło pysznie! Co prawda najlepszy jest w dniu pieczenia (następnego warto lekko go podgrzać), ale znika niesamowicie szybko. Idealny jako dodatek do zupy kremu, na szybkie śniadanie (nie trzeba robić kanapek), czy na kolację. 
Spróbujecie...?

Drożdżowy warkocz z wędzonym łososiem


Składniki:
(na 2 chlebki)
  • 600 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 150 ml letniego mleka
  • 150 ml letniej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 jajko
  • 55 g masła
nadzienie:
  • 200 g serka kremowego
  • 1/2 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu
  • 1/2 łyżeczki wędzonej papryki
  • 1 białko
  • 300 g wędzonego łososia z koperkiem
dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki mleka
  • 1 łyżeczka płatków woli morskiej
Masło rozpuścić, przestudzić.
Mąkę przesiać, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, zasypać cukrem i zalać mlekiem. Odstawić na 10-15 minut.
Do zaczynu dodać wodę i jajko, zagnieść. Dodać masło i sól, wyrobić. 
Odstawić ciasto na 45-60 minut do wyrośnięcia w ciepłe miejsce.

W tym czasie zmiksować serek z pieprzem, papryką i białkiem.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na kwadrat o boku 40 cm, przekroić na pół. Każdą część złożyć wzdłuż na pół, brzegi naciąć po skosie na głębokość 2 cm, znów rozłożyć. Środek każdego paska posmarować serkiem, równomiernie rozłożyć łososia. Zawinąć nadzienie w ciasto, zaplatając ze sobą nacięte kawałki ciasta.
Przełożyć na blachę, odstawić do napuszenia na 20-25 minut.

Wyrośnięte ciasto posmarować żółtkiem roztrzepanym z jajkiem, posypać solą.

Piec w 180 st. C. przez 30-40 minut.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


Następnym razem dodałabym do nadzienia świeżego koperku; świetnie się bowiem komponuje z łososiem. A może odrobinę musztardy, żeby całość zyskała nieco ostrości...?
Możliwości jest dużo, a każda warta wypróbowania.

sobota, 18 listopada 2017

Drożdżowa gwiazda. Nie tylko na Święta

W pracy, poza tym, że ciągle się stresujemy, że nie zdążymy ze wszystkim na czas, panuje niesamowicie przyjemna atmosfera. Dużo się śmiejemy i wygłupiamy, droczymy ze sobą, czasem nawet posuwając do złośliwości - ale takich wiecie, z sercem. Bo tak naprawdę pokpiwać można tylko z ludzi, których się lubi. I to z wzajemnością. Jeśli między dwojgiem ludzi jest przepaść, albo choćby dystans, nie można pozwolić sobie na zbyt wiele. Druga strona zaraz będzie doszukiwała się podtekstów, szukała przyczyny, aż wreszcie próbowała zrewanżować się, czasem w niezbyt przyjemny sposób. Jeśli jednak przebywa się z kimś niemal codziennie, po kilka czy kilkanaście godzin, nawiązuję się więź. Nie jest to przyjaźń, ale mimo wszystko to coś bardzo ważnego. Wywołujące uczucie ciepła w okolicy serca.
W mojej pracy udało się zbudować właśnie coś takiego. Czasem bezlitośnie z siebie nawzajem kpimy i wypominamy wpadki; jednak nikt się nie obraża. Jednocześnie bowiem doceniamy siebie nawzajem i - wbrew pozorom - szanujemy.
Ja naprawdę lubię chodzić do pracy, i jeśli kiedyś ją zmienię, z pewnością będę tęsknić za kolegami.

W poniedziałek, przed wyjściem z pracy, Lisbeth pokazała mi gazetę, którą kupiła. Był tam przepis, który wyjątkowo przypadł jej do gustu - drożdżowa gwiazda z nadzieniem żurawinowym. Mmm, pomyślałam, to coś zdecydowanie dla mnie.
Później, gdy poszłam się przebrać, w szafce znalazłam ksero rzeczonego przepisu. Na wyjątkowo grzeczne podziękowanie Lisbeth splotła palce i stwierdziła, że może jak będę jutro cały dzień w domu, i będzie mi się nudzić, to bym taką upiekła... Tylko nie z żurawiną, bo jest kwaśna i w ogóle ble.

Postawiona pod ścianą, z samego rana wyjęłam z lodówki drożdże i masło, po czym zabrałam się do działań.
Ciasto, wbrew pozorom, wcale nie jest trudne do przygotowania, a wygląda niesamowicie efektownie. Zamiast nadzienia z żurawiny przygotowałam krem cynamonowo-kakaowy - remonce - którego używamy w pracy do wypełniania ciasta duńskiego. Pasuje tutaj wyśmienicie, choć kiedy nadarzy się okazja, mam zamiar wypróbować oryginalny pomysł - za żurawiną bowiem przepadam, i wydaje mi się, że z takim kremem będzie jeszcze lepsza.
Przepis na ciasto i sposób jego złożenia pochodzi z Julehefte, nr 46/2017, świątecznego dodatku do Familie Journal.

Drożdżowa gwiazda z kremem kakaowo-cynamonowym


Składniki:
(na ciasto o średnicy 25 cm)
  • 75 g miękkiego masła
  • 450 g mąki pszennej
  • 200 ml letniego mleka
  • 2 jajka
  • 25 g świeżych drożdży

krem kakaowo-cynamonowy:
  • 150 g miękkiego masła
  • 50 g cukru
  • 50 g ciemnego cukru muscovado
  • 2 łyżki kakao
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu

dodatkowo:
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mleka
  • 2 łyżki gruboziarnistego cukru

Masło zmiksować z mąką. Drożdże rozpuścić w mleku, wbić jajka, roztrzepać. Wlać mokre składniki do mąki, zagnieść gładkie ciasto. Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować krem.
Masło, cukier biały i ciemny, kakao i cynamon zmiksować na jednolitą masę.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 3 części. Każdą z nich rozwałkować na koło o średnicy 23 cm, podsypując mąką.

Na blasze wyłożonej papierem do pieczenia ułożyć pierwsze koło, rozsmarować połowę kremu. Przykryć drugim plackiem, posmarować pozostałym kremem, na wierzchu ułożyć ostatni kawałek ciasta. Skleić brzegi.
Na środku postawić szklankę o średnicy 5 cm. Rozciąć ciasto promieniście najpierw na 4 części, a potem każdą z nich jeszcze raz na 4 - w sumie ma być 16 pasków. Środek powinien pozostać nienaruszony.
Paski skręcać parami dwukrotnie, w przeciwnych kierunkach.

Odstawić na 20-30 minut do napuszenia.

Wyrośnięte ciasto posmarować jajkiem roztrzepanym z mlekiem i posypać cukrem gruboziarnistym.

Piec w 180 st. C. przez 25-30 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

Oczywiście, zgodnie z niezachwianym prawem wszechświata, w środę Lisbeth miała wolne. O szóstej rano mój szef wysłał jej więc smsa ze zdjęciem ciasta i podpisem - takim będziemy się delektować dzisiaj o dziesiątej...

Przepis dodaję oczywiście do akcji Ani:

niedziela, 24 września 2017

Jej puchatość drożdżówka. I o moim nastawieniu do jesieni

Jesień... 
W tym roku, muszę przyznać, niemiło zaskoczyła mnie jeszcze pod koniec lata. Wracając z cudownych wakacji, prosto z ciągle jeszcze przyjemnie ciepłej Barcelony i słonecznego Turynu, trafiłam wprost pod duńskie ulewy. Wrzesień był mokry, wietrzny i nieprzyjemny, a pochłaniające świat ciemności już w okolicach dwudziestej przygnębiają mnie ogromnie. Jeszcze chwila, a znów wejdę w wampirzy tryb - wychodzę do pracy po ciemku, wracam po ciemku... Ciężko wtedy znaleźć motywację do czegokolwiek; siedzenie na kanapie pod kocem (albo dwoma), z kubkiem gorącej herbaty w zasięgu ręki i talerzykiem pachnącego ciasta na kolanach, wydaje się być szczytem możliwości. 

Gdy w końcu znalazłam chwilę na przejrzenie znajomych blogów, niemal wszędzie wyczytałam mniej lub bardziej zawoalowane przytyki pod adresem jesieni. Że brzydka, deszczowa i zimna, i że w ogóle nikt jej nie chce. A wiecie, co ja Wam powiem...? Ja już wolę jesień od lata, którego w tym roku jakby nie było. Bo pierwszy jesienny dzień (ten kalendarzowy) przywitał mnie słońcem i ciepłem. Z kubkiem herbaty usiadłam w ogrodzie i wystawiłam twarz na słoneczne promienie; z zadowoleniem przymknęłam oczy i spod przymrużonych powiek obserwowałam lepkie nitki babiego lata leniwie osiadające na żywopłocie. Po niebie snuły się białe obłoczki, a ja nie mogłam przestać się uśmiechać. Mam nadzieję, że taka właśnie jesień zostanie z nami jak najdłużej i wynagrodzi deszczowe, zimne lato...

Jeszcze przed wyjazdem upiekłam nam drożdżówkę. Prostą, szybką, a jednocześnie efektowną z uwagi na jej ślimaczy kształt. Młoda nazbierała jeżyn, w szafce znalazłam słoiczek kremu z białej czekolady z pistacjami, i tak powstała mięciutka, słodka i pyszna drożdżówka. Wyrosła niesamowicie; wyszła zaskakująco puchata i delikatna. Lekko kwaśne jeżyny świetnie skomponowały się ze słodkim kremem; skubaliśmy ją w drodze do Amsterdamu i muszę przyznać, że zniknęła szybciej, niż się spodziewałam. W końcu byliśmy już tylko we dwoje...

Drożdżówka z kremem czekoladowo-pistacjowym i jeżynami


Składniki:
(na formę o średnicy 28 cm)
  • 650 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 80 g cukru
  • 300 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 80 g masła
  • 1 łyżeczka soli

nadzienie:
  • 150 g kremu czekoladowo-pistacjowego
  • 100 g jeżyn

dodatkowo:
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mleka
  • 2 łyżki cukru pudru

Masło rozpuścić, przestudzić.
Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać 100 ml mleka. Odstawić na 10-15 minut, aż na powierzchni pojawią się bąbelki. Dodać pozostałe mleko i cukier, wbić jajko. Zagnieść. Powoli wlać masło, na końcu dodać sól. Wyrobić gładkie, nieco lepkie ciasto.

Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x50 cm. Przeciąć wzdłuż na trzy paski, każdy z nich posmarować kremem czekoladowym, a następnie zwinąć w rulon. 
Formę wyłożyć papierem do pieczenia, a w niej ułożyć ruloniki z ciasta w formie ślimaka. Pomiędzy nie wcisnąć jeżyny, jedna przy drugiej.
Odstawić do wyrośnięcia na 20 minut.

Posmarować jajkiem roztrzepanym z mlekiem.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut.
Ostudzić.

Oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


I tak, wiem; miałam pisać o ślubie i podróżach. Ale powrót do pracy nie był łatwy, i zanim wejdę znów w codzienny rytm i na nowo przyzwyczaję się do wstawania o nieludzkich porach, będę pisać, co z palców na klawiaturę spłynie...

czwartek, 20 lipca 2017

Duńska sztuka i prawie duńskie drożdżówki. Z marcepanem i porzeczkami

W zeszły piątek, jak co roku zresztą, wybraliśmy się na sztukę wystawianą przez 7kanten. Co roku w Varde przez trzy tygodnie na przełomie czerwca i lipca, codziennie grana jest ta sama sztuka. W tym roku był to duński klasyk, czyli Midt om natten. Oryginalny film z Kimem Larsenem, jednym z najpopularniejszych piosenkarzy pokolenia moich Rodziców, jest prawdziwym hitem. Znają go wszyscy. Nawet ja obejrzałam już ładnych parę lat temu. Tym bardziej byłam ciekawa sztuki.
Okazało się, że została mocno odnowiona (film jest z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku). Tutaj bohaterowie posługują się komórkami i odnotowują kolejne kroki przedsięwzięcia na facebooku.

Historia jest prosta - grupa młodych ludzi nielegalnie zamieszkuje opuszczone budynki. Po najeździe policji rozpraszają się po całej Kopenhadze. Główny bohater nie chce jednak na to pozwolić; znajduje opuszczone magazyny, i z pomocą znajomych odnawia je na tyle, aby można było je zasiedlić. Problemy zaczynają się, gdy pojawia się Spacey, który według plotek zginął podczas policyjnego najazdu. Okazuje się, że Spacey nie tylko jeździ na wózku inwalidzkim, ale ma poważne zatargi z lokalnym gangiem, wobec którego ma spore długi za heroinę. Jest więc kolejna napaść, a w to wszystko miesza się burmistrz, który nie chce w swoim mieście dzikich osiedli. Jest też miłość, przyjaźń, zdrada i... Wiecie co...? Nie powiem Wam więcej; sami obejrzyjcie film.
Na zachętę dodam, że z pewnością znacie jednego z duńskich aktorów w nim występujących: Ove Sprogøe, czyli nieśmiertelnego Egona Olsena.

Sztuka, choć znaczącą się od filmu różniła, wywołała ciarki. Świetna muzyka, rewelacyjni aktorzy (znów drugoplanowi skradli cały występ), gra na żywo - to wszystko sprawia, że już niecierpliwie czekam na kolejną. A za rok Chaplin - the musical.

Oczywiście, jak zwyczaj nakazuje, zabrałam ze sobą przekąski. Tym razem upiekłam orzechowe ciasteczka (o których innym razem) i drożdżówki z porzeczkami. Puszyste, maślane ciasto drożdżowe połączyłam z typowo duńską masą marcepanową: mazarin masse. To tylko marcepan, cukier, masło, jajka i mąka, a smakuje naprawdę wybornie. Dzięki niej bułeczki nabierają migdałowego smaku i niesamowitej wilgotności. Dla przełamania słodyczy - ostatnie zamrożone porzeczki. Można dodać też czarne, i w sumie wskazane jest zwiększenie ich ilości - u mnie to były ostatki.

Drożdżówki z masą marcepanową i porzeczkami


Składniki:
(na formę 30x22 cm)
  • 650 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 80 g cukru
  • 300 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 80 g masła
  • 1 łyżeczka soli
masa marcepanowa:
  • 100 g surowego marcepanu
  • 100 g cukru
  • 100 g miękkiego masła
  • 2 jajka
  • 30 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 175 g czerwonych porzeczek
  • 2 łyżki mleka
  • 2 łyżki cukru perłowego
  • 20 g płatków migdałowych
Masło rozpuścić, przestudzić.
Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać 100 ml mleka. Odstawić na 10-15 minut, aż na powierzchni pojawią się bąbelki. Dodać pozostałe mleko i cukier, wbić jajko. Zagnieść. Powoli wlać masło, na końcu dodać sól. Wyrobić gładkie, nieco lepkie ciasto.

Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować masę migdałową. 
Marcepan utrzeć z cukrem, następnie dodać masło, dokładnie zmiksować tak, żeby nie było grudek. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu dodać mąkę, wymieszać tylko do połączenia składników.
Odstawić.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, delikatnie podsypując mąką. Rozwałkować na prostokąt o wymiarach 45x35 cm, posmarować masą marcepanową, równomiernie posypać porzeczkami. Zwinąć ciasno wzdłuż dłuższego boku, pokroić ostrym nożem na 12 kawałków.

Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia, ułożyć w niej płasko kawałki ciasta.
Odstawić do napuszenia na 15-20 minut.

Po tym czasie posmarować bułeczki mlekiem, posypać migdałami i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani. Przepis na masę marcepanową mam z pracy, połączenie jej z porzeczkami jest już niemal duńskim klasykiem, a puszyste, maślane drożdżowe jest uniwersalne dla całego chyba świata.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Sztuka wyrastania i chlebek z zieloną wkładką

Ostatnio nabrałam znów ochoty na pieczenie drożdżowych ciast. Może dlatego, że niby jest lato, ale jednak chłodno i drożdżowe wydaje się takie... Pocieszające. Kiedy zapach słodkich bułeczek roznosi się po domu, deszcz i wiatr tracą na znaczeniu. I nie ważne, że tylko na chwilę...

Problem jednak jest taki, że kaloryfery oczywiście nie grzeją, w kominku w środku lipca palić nie będę (swoją drogą, w kominku nie palę w ogóle, bo nie umiem; to zadanie C. A on by mnie tak wyśmiał, gdybym wyszła z tak niedorzeczną propozycją, że wolę sobie temat odpuścić), a jakby nie patrzeć, osiemnaście stopni to nie jest optymalna temperatura wyrastania. Co robić...?
Wiedziona piekarniczym instynktem, przystąpiłam do szczegółowej inspekcji jednego z piekarników. Tego z funkcją parowania. I wiecie, co odkryłam...? Że ma specjalny program do wyrastania! Przetestowałam go najpierw na słodkich bułeczkach z porzeczkami, następnie na chlebie, na który przepis znajdziecie poniżej - i jestem zachwycona! Nie dość, że można ustawić idealną dla danego rodzaju ciasta temperaturę, to jeszcze piekarnik sam z siebie utrzymuje odpowiednią wilgotność tak, że powierzchnia ciasta nie ma nawet szansy pomarzyć o wysuszeniu. W dodatku przyspiesza cały proces, i w najwyżej czterdzieści pięć minut mam idealnie wyrośnięte, cudownie puszyste ciasto. No żyć, nie umierać! Jestem zachwycona i jednocześnie zdegustowana samą sobą, że wcześniej tego nie odkryłam. Teraz, skoro coraz lepiej rozumiem mój piekarnik (a nie jest to łatwe, zważywszy na fakt, że rozmawia ze mną po duńsku), możecie spodziewać się kolejnych drożdżowych wypieków. Z tego co wiem, nie zanosi się bowiem na zmianę aury, i lody póki co schodzą na dalszy plan...

Ten chlebek upiekłam z myślą o wspólnym gotowaniu, gdzie miałyśmy przygotować danie z trzech produktów: bobu, czosnku i pomidorów. I muszę przyznać, że trochę naoszukiwałam...
W Danii świeży bób jest nieosiągalny, sięgnęłam więc po mrożony. Bardzo chciałam coś przygotować, myślałam długo, aż w końcu wpadłam na pomysł upieczenia chleba. Tylko te pomidory... Nie bardzo pasowały do mojej wizji. W końcu wykombinowałam, że użyję suszonych; i choć wiem, że sezon na świeże, dorodne jest teraz w pełni, mam nadzieję, że wybaczycie mi to lekkie nadużycie. Na usprawiedliwienie dodam, że chlebek podałam jako dodatek do roladek z kurczaka z mozzarellą i pieczonych pomidorków koktajlowych. Może być...?

Pasta z bobu jest wyborna; śmiało można jej używać jako smarowidło do kanapek, albo nawet wymieszać z ugotowanym makaronem. Sok z cytryny i olej najlepiej dodawać po trochu, do osiągnięcia odpowiedniej konsystencji i smaku. W końcu nie wszyscy lubimy to samo...
Chlebek jest mięciutki, delikatny i puszysty; świetnie nadaje się jako dodatek do zup, ale również do kanapek. Naprawdę warto sobie taki upiec.

Po inne przepisy na inne dania z bobem, czosnkiem i pomidorami koniecznie zajrzyjcie do Ani, Malwinny, Shinju i Martynosi.

Chleb z pastą z bobu i suszonymi pomidorami


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 27x15 cm)
  • 350 g mąki pszennej
  • 200 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 23 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 350 ml letniej wody
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 2 łyżki oliwy
pasta z bobu:
  • 350 g ugotowanego, wyłuskanego bobu
  • 2 ząbki czosnku
  • 10 gałązek mięty imbirowej
  • sok z 1 cytryny
  • 100 ml oleju pistacjowego
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 75 g suszonych pomidorów w oleju
  • 2 łyżki oleju od pomidorów
Mąki wymieszać, po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać cukier, wlać 150 ml wody, odstawić na 15 minut.
Po tym czasie dodać do ciasta pozostałą wodę, zagnieść. Pod koniec wyrabiania dodać sól i oliwę.
Ciasto odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować pastę z bobu.
Bób, przeciśnięty przez praskę czosnek, oberwane listki mięty, sok z cytryny i olej zmiksować blenderem. Doprawić do smaku solą i pieprzem.
Odstawić.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, a następnie rozwałkować na prostokąt o wymiarach 35x40 cm, delikatnie podsypując mąką. Posmarować równomiernie pastą z bobu, posypać pokrojonymi na mniejsze kawałki pomidorami odsączonymi z zalewy. Zawinąć ciasno w rulon wzdłuż dłuższego boku, złożyć na pół i włożyć do wyłożonej papierem do pieczenia formy.
Odstawić do wyrośnięcia na 20-25 minut.

Posmarować ciasto olejem z pomidorów.

Piec w 180 st. C. przez 40 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Ja tymczasem jutro wybieram się do fryzjera na ułożenie próbnej fryzury i zrobienie makijażu ślubnego. Jestem nawet lekko podekscytowana, muszę przyznać.

czwartek, 15 czerwca 2017

O imionach. I drożdżówkach z morelowym twarożkiem

Imiona... Dziwna jest z nimi sprawa. Kiedy kogoś poznajemy, pierwszą rzeczą, którą na temat tej osoby słyszymy, jest jej imię. Czasem utrwala nam się od razu; bywa, że ulatuje w rejony, z których ciężko jest je później ściągnąć. 
Moja ostatnia współlokatorka z internatu miała na imię Monica. Gdy mi się przedstawiała, imienia nie dosłyszałam; lub też coś rozproszyło moją uwagę, i go nie zakodowałam. Za to ubzdurałam sobie, że nazywa się Julie, i kiedy w końcu ktoś mnie litościwie po tygodniu z błędu wyprowadził, zrazu nie mogłam się przestawić. Bo jak to tak...? Przecież Julie pasowało do niej znacznie bardziej!

I o ile ta sytuacja jest krępująca, ostatnio doświadczyłam podobnej, ale w dużo większym natężeniu. W poniedziałek wyręczałam w pracy zaproszenia na ślub; wszystko poszło gładko, koledzy się cieszyli i dziękowali, ja się uśmiechałam i rumieniłam. W środę natomiast uświadomiono mi, że Mads, który pracuje z nami od niemal roku, tak naprawdę ma na imię Bas! (Nie pytajcie; niech wystarczy jedno słowo: Holender. Ale nie latający.)
Najpierw zrobiło się strasznie głupio i wstyd, no bo jak to tak...? Później przypomniałam sobie sytuację, która nastąpiła krótko po jego przybyciu; jedna z koleżanek (już z nami nie pracuje) nie mogła się nadziwić, że Mads jest z Holandii, a ma typowo duńskie imię! I tak utkwiło mi to w głowie, że chociaż Bas słyszałam kilkanaście, a może kilkadziesiąt razy dziennie przez ponad pół roku, w magiczny sposób między moich uchem a mózgiem zamieniało się w Mads. 
A najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nie potrafię się przestawić. Bas już chyba zawsze pozostanie dla mnie Madsem... Ale to dobry chłopak i się na mnie o to nie gniewa. 

Ja natomiast nie mogę wyjść z szoku, jak zadziwiający potrafi być ludzki mózg...

Pogoda w Danii po powrocie z wakacji zdecydowanie nie dopisywała - pochmurno, deszczowo; trzynaście kresek powyżej zera to już był prawdziwy cud. I choć prognozy nadal nie są zbyt obiecujące, to dzisiaj nagle zrobiło się w miarę ciepło i słonecznie. Zachęcona takim obrotem sprawy, nabrałam ochoty na piknik. Nie mam pojęcia, czy się uda, bo aura w weekend z pewnością będzie kaprysić, nie mniej mam dla Was przepis idealnie na piknik się nadający. Pyszne, mięciutkie drożdżówki z owocowym twarożkiem.
Przez dodatek moreli nadzienie jest dość rzadkie i ciasto trochę ciężko się kroi i zawija, ale za to wynagradza te niedogodności smakiem. Delikatna nutka pomarańczy świetnie się bowiem z morelowym smakiem komponuje. Należy też pamiętać, że drożdżowe na maślance jest bardziej wilgotne i dłużej zachowuje świeżość; choć oczywiście, najlepsze i tak jest zaraz po upieczeniu.
Słodkie, owocowe, drożdżowe bułeczki z pewnością wzbudzą wiele achów.

Przepis bazowy znalazłam u Doroty, po czym nieco go zmodyfikowałam według własnego widzi mi się.

Drożdżówki z morelowym twarożkiem


Składniki:
(na 12sztuk)
  • 765 g mąki pszennej
  • 55 g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g świeżych drożdży
  • 230 g letniej maślanki
  • 90 g masła
  • 3 jajka

nadzienie:
  • 60 g serka kremowego
  • 30 g miękkiego masła
  • 1 żółtko
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 75 g cukru
  • 150 g moreli
  • 1,5 łyżki mąki pszennej

dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki mleka

lukier:
  • 150 g cukru pudru
  • 4-5 łyżek soku z pomarańczy

Drożdże rozetrzeć z cukrem, dodać 2 łyżki maślanki i 2 łyżki mąki. Wymieszać, odstawić na 15-20 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.
Mąkę przesiać do dużej miski. Dodać rozczyn, pozostałą maślankę, jajka i sól. Zagnieść ciasto. Wlać przestudzone masło, wyrobić gładkie ciasto. Przykryć miskę ściereczką, odstawić na 1-1,5 godziny w ciepłe miejsce.

W tym czasie przygotować nadzienie. 
Morele przekroić na połowy, wyjąć pestki i zmiksować owoce na gładki mus. Dodać serek, masło, żółtko, skórkę z pomarańczy, cukier i mąkę. Wymieszać.

Wyrośnięte ciasto raz jeszcze szybko zagnieść. Rozwałkować na prostokąt o wymiarach 60x30 cm. Posmarować nadzieniem, a następnie złożyć w poziomie trzy razy. Przekroić na 12 kawałków. Bułeczki układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, skręcając każdą na środku.
Odstawić do napuszenia na 20-30 minut.

Po tym czasie posmarować bułeczki żółtkiem roztrzepanym z mlekiem.

Piec w 180 st. c. przez 25-30 minut.
Przestudzić.

Cukier puder przesiać, wymieszać z sokiem z pomarańczy. Polukrować jeszcze ciepłe drożdżówki.

Smacznego!

A przede mną wolny weekend. Nie macie pojęcia, z jaką niecierpliwością na niego czekam...

środa, 10 maja 2017

Truskawki i tymianek. Drożdżówki

Niedziela. Wstałam o zawstydzająco późnej godzinie (choć należy wziąć poprawkę na fakt, że co drugi weekend budzik wyrywa mnie z łóżka o wpół do pierwszej w nocy, w związku z czym godzina ósma, dla innych zupełnie normalna, mi wydaje się niesamowitym luksusem), a po wejściu do rozświetlonej porannym słońcem łazienki stwierdziłam, że to będzie dobry dzień.
Ubrałam się w czarne skarpetki, czarne getry (zwane modnie legginsami) oraz czarną bluzkę z rękawem trzy czwarte (kolor bielizny pominę, nie jest istotny dla sprawy). Zadowolona z siebie, wyszłam do ogrodu, gdzie C. już czekał rozłożony na sofie. Popatrzył na mnie spod oka i spytał, gdzie ja się tak ubrana wybieram. Nigdzie - odparłam zgodnie z prawdą, nie rozumiejąc uszczypliwości. Zjedliśmy śniadanie (boskie gofry z poprzedniego wpisu), zaparzyłam sobie herbaty i rozsiadłam się na tarasie, obserwując nieśmiało kiełkującą cebulkę i zdecydowanie śmielsze rzodkiewki. Po pięciu minutach wstałam, udałam się do sypialni, zrzuciłam wszystko, co czarne, żeby nałożyć - uwaga! - letnią sukienkę w paski! Skarpetki zastąpiłam klapkami, zajęłam uprzednie miejsce w fotelu i udawałam, że nie widzę wymownego spojrzenia C.

Dzień minął nam na spacerach z psami, pieleniu ogródka i otwarciu sezonu grillowego, przy czym sukienkę zamieniłam na spodnie o godzinie dziewiętnastej. Było bosko! 
I tak, nie krępujcie się - możecie mi zazdrościć. Tak naprawdę sama sobie zazdroszczę, bo okazało się, że niedziela była jakimś cudownym wyjątkiem. Teraz jest znów chłodno i pochmurnie, a gdy piszę te słowa, ewidentnie zbiera się na deszcz. 

Nie tracący optymizmu i ducha C. stwierdził, że lato w tym roku już zaliczyliśmy (co jest odniesieniem do jednego z ulubionych zdań Duńczyków: Uwielbiam duńskie lato. To najpiękniejszy dzień w roku), więc nie mam zrzędzić, tylko cierpliwie czekać do przyszłego roku.

I tak, wiem, że na najlepsze truskawki trzeba poczekać jeszcze miesiąc. Nic z tymi czerwcowymi równać się bowiem nie może. Jednak po zimie, która w tym roku nie mroźna, ale szara i błotnista była, przez co zmęczyła mnie bardziej niż gdyby zasypała nas śniegiem po dachy, mam nieodpartą ochotę na truskawki właśnie. Sięgnęłam po przepis Beaty, który wypróbowałam już wcześniej, i okazał się prawdziwym hitem. Ponieważ jednak nie lubię powtarzać przepisów, postanowiłam coś zmienić. Tym razem była to zmiana niewielka, bo bazylię zastąpiłam tymiankiem. Pozostał ten sam delikatny, ziołowy aromat, ale jednak nieco inny. Z truskawkami oba dodatki komponują się idealnie, a połączenie jest tak oryginalne, że naprawdę warto je wypróbować. Nawet dwukrotnie!

Drożdżówki z truskawkami i lukrem tymiankowym


Składniki:
(na formę 30x22 cm)
  • 25 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 75 g cukru
  • 2 jajka
  • 70 g masła
  • 600 g mąki pszennej

nadzienie:
  • 300 g serka kremowego
  • 40 g cukru
  • 500 g truskawek

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka

lukier:
  • 15 gałązek tymianku
  • 170 g cukru pudru
  • 3 łyżki mleka

Drożdże rozetrzeć z 1 łyżeczką cukru, dodać 100 ml mleka i trzy łyżki mąki. Wymieszać, żeby nie było grudek, odstawić na 15-20 minut.
Mąkę przesiać do dużej miski. Dodać rozczyn, jajka, pozostały cukier i mleko. Zagnieść ciasto. Wlać rozpuszczone i przestudzone masło, wyrobić gładkie, elastyczne ciasto.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie ciasto rozwałkować na prostokąt o grubości 0,5 cm i długości około 50 cm. 
Serek wymieszać z cukrem, posmarować nim ciasto. Na wierzchu rozłożyć pokrojone w plasterki truskawki. Ciasto zwinąć ciasno jak roladę, pokroić na 12 plastrów. Ułożyć je blisko siebie w formie wyłożonej papierem do pieczenia.
Odstawić na 20-30 minut do napuszenia.

Wyrośnięte drożdżówki posmarować mlekiem.

Piec w 180 st. C. przez 30-40 minut, aż nabiorą ładnego koloru.
Ostudzić.

Listki tymianku zemleć w młynku do kawy z 1-2 łyżkami cukru. Wymieszać z pozostałym pudrem, a następnie z mlekiem. Polukrować bułeczki, zostawić do zastygnięcia lukru.

Smacznego!


Drożdżówki są puszyste i mięciutkie, a serowe nadzienie i soczyste truskawki sprawiają, że dłużej zachowują świeżość. Będą idealne na piknik, kiedy w końcu pogoda na nie pozwoli...

wtorek, 18 kwietnia 2017

Powielkanocny śnieg i wieniec drożdżowy. Truskawkowo-pistacjowy

Nie uwierzycie, na co właśnie patrzę. Tak naprawdę, sama w to nie wierzę. Śnieg.
Siedzę na kanapie, nogi opatuliłam wełnianym kocem, bo w końcu mamy już prawie koniec kwietnia, za nami kilka prawdziwie wiosennych dni i jakoś tak głupio palić w kominku. A od rana dzisiaj chłodno i pochmurnie; na spacer z psami włożyłam czapkę i rękawiczki, zupełnie się tego nie wstydząc. Szukając natchnienia w żywopłocie za oknem, spostrzegłam najpierw pojedyncze i nieśmiałe, a po chwili otwarcie już sypiące, białe płatki. Wpatrywałam się w nie z lekko i niezbyt mądrze rozchylonymi ustami, nie wierząc własnym oczom. Przecież mamy już wiosnę!
Proszę, powiedzcie, że to tylko zły sen...

Pamiętam Wielkanoc, podczas której w Lany Poniedziałek ubrałam się w granatową, letnią sukienkę (żeby po pięciu minutach wrócić do domu kompletnie przemoczona i z bielizną, kiedyś białą, teraz w gustownym odcieniu chabrowym); dzisiaj, po zimie, której tak naprawdę nie było, obserwuję prószący leniwie śnieg.
Świat staje na głowie.
A posty piszą się niemal same.

Przed i w trakcie Świąt miałam prawdziwie urwanie głowy. Zupełnie nie ogarnęłam się z przepisami, życzenia składałam na ostatnią chwilę. Dlatego dzisiaj jeszcze pokażę Wam ciasto, które stworzyłam z myślą o Wielkanocy, ale które równie wspaniale sprawdzi się w roli smakołyku na czerwcowy piknik, kiedy truskawki są najsmaczniejsze.
Zamiast puszystej, dorodnej baby stworzyłam równie efektowny, drożdżowy wieniec. Kiedy po długich poszukiwaniach kremu pistacjowego odkryłam, że mogę go kupić w markecie w mojej mieścinie, zaopatrzyłam się (na zapas) w kilka słoiczków, i teraz namiętnie dodaję go do wszystkiego. Drożdżowemu też się dostało.
Ciasto wyszło mięciutkie i przyjemnie przyjemnie maślane, a nadzienie ze słodkiego kremu i całkiem już smacznych truskawek pasuje tutaj idealnie. Słodka, cukrowa skorupka i chrupiące kawałki orzeszków tylko dodają mu atrakcyjności.
Wygląda ślicznie, a smakuje jeszcze lepiej.
Nie czekajcie na kolejną Wielkanoc, żeby wypróbować ten przepis.

Drożdżowy wieniec z kremem pistacjowym i truskawkami


Składniki:
(na tortownicę z kominem o średnicy 26 cm)
  • 375 g mąki pszennej
  • 15 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 40 g cukru
  • 40 g masła

nadzienie:
  • 150 g serka kremowego
  • 100 g kremu pistacjowego
  • 230 g truskawek

dodatkowo:
  • 20 g niesolonych pistacji bez łupinek
  • 2 łyżki cukru perłowego
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mleka

Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać 1 łyżeczkę cukru, wlać połowę mleka i odstawić na 15 minut.
W tym czasie rozpuścić masło, przestudzić.

Do wyrośniętego zaczynu dodać pozostały cukier oraz mleko, wbić jajko. Zagnieść ciasto. Dodać masło, wyrobić gładkie ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia na 60-90 minut. 

Serek wymieszać z kremem pistacjowym na gładką masę.
Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki. Pokroić w plasterki.
Po tym czasie ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Rozwałkować na oprószonym mąką blacie na prostokąt o długości 40 cm. Posmarować kremem, równomiernie rozłożyć truskawki. Zwinąć ciasno wzdłuż dłuższego boku, następnie rozciąć wzdłuż ostrym noże. Zawinąć ze sobą oba końce.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Przełożyć ciasto do formy, łącząc końce.
Odstawić do wyrośnięcia na 20-30 minut.

Wyrośnięte ciasto posmarować roztrzepanym z mlekiem jajkiem, posypać posiekanymi pistacjami i cukrem perłowym.

Piec w 180 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


A jutro zabierają mnie na kurs czekoladowo-glazurowy. Cieszę się ogromnie! Czekolada to mój konik, ale w kwestii glazur lustrzanych muszę się jeszcze dużo nauczyć... 
A egzamin już za rok!