Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marcepan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marcepan. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 stycznia 2018

Kransekage, czyli Nowy Rok po duńsku

W Święta pogoda zrobiła nam psikusa; słońce świeciło prosto w oczy z zaskakującą siłą, a termometr, nawet po przetarciu oczu ze zdziwienia, z zapamiętaniem pokazywał prawie dziesięć kresek. Rozglądając się wokół miało się wrażenie, że to marzec i pierwsze, nieśmiałe jeszcze, podmuchy wiosny. Byłam na to przygotowana; tydzień przed Wigilią w radiu mówili, że na białe Święta mamy... Całe dwa procent szans. I choć jestem niepoprawną optymistką, to jednak nie aż taką. Pogodziłam się z losem, a nawet znalazłam jasne strony zaistniałej sytuacji: nie trzeba co rano skrobać auta, ani wychodzić z domu piętnaście minut przed czasem, w razie, gdyby jednak było ślisko.

Tymczasem tuż po Nowym Roku, kiedy po raz pierwszy nieśmiało myśli się o wiośnie, pojawiły się przymrozki. I to nie byle jakie, bo całe pięć stopni poniżej zera! (Mieszkam w Danii - to nie Syberia; tutaj minus pięć wywołuje powszechny popłoch.) Przez ostatnie kilka dni szyby musiałam Francuzowi skrobać dwa razy dziennie, bo zanim skończyłam pracę, znów zamarzały. Chodniki pokrywa cienka warstwa lodu; na tyle jednak niebezpieczna, że trzeba naprawdę uważać przy spacerach z sierściuchami. Wylądowanie na czterech literach to jednak nie do końca to, na co ma się ochotę, nawet w taki słoneczny dzień, jak dziś.
Pączusia szaleje - śnieg wyzwala w niej dodatkowe rezerwy energii, o których nie miałam pojęcia, że istnieją. Biega, prycha i skacze, i - o dziwo! - zaraża tym Ptysię, która mimo swego statecznego wieku, nagle przypomniała sobie, jak to jest fajnie wsadzać nos w śnieg i wzbijać skrzące się w słońcu fontanny białego puchu. Zabieramy je więc do parku na dłuższe spacery; póki im łapki, a nam nosy, nie zaczynają zamarzać. Wtedy wracamy do domu, C. rozpala w kominku, a ja robię nam gorącej herbaty. I pod kocykiem, na kanapie, obserwujemy przybierające najfantastyczniejsze barwy niebo.
Ach, żeby tylko było więcej czasu na takie przyjemności...

Dzisiaj mam dla Was przepis na kolejny duński klasyk: kransekage. Cóż to takiego? Zaczniemy od rzeczy prostej: konfektu. Czyli małych wypieków, takich w sam raz na raz. Migdałowe ciasto na białkach, krótko pieczone w wysokiej temperaturze, przybiera apetyczną złoto-brązową barwę i staje się chrupiące, w środku jednak pozostaje miękkie i lekko ciągnące. Sylwestrowa zabawa nie może się obyć bez kransekage - o dwunastej przegryza się je do szampana. 
Klasycznie w Danii używa się masy o nazwie kranse xx - jest to masa na bazie migdałów i pestek moreli. W wypadku konfektu jednak idealnie sprawdzi się surowy marcepan. O marcepanowych masach więcej napiszę w kolejnym wpisie - Duńczycy mają ich bowiem całe mnóstwo, a każda służy do przygotowywania czego innego... Ale każdy, kto choć raz odwiedził ten najbardziej wysunięty na południe skandynawski kraj, wie, że jego mieszkańcy migdały traktują jak dobro narodowe na równi z ciastem duńskim (tutaj zwanym wienerbrød; tak dla ułatwienia).

Kransekage konfekt


Składniki:
(na 40 sztuk)
  • 310 g surowego marcepanu (kranse xx)
  • 155 g cukru
  • 50 g białek

dodatkowo:
  • 10 orzechów laskowych
  • 5 migdałów
  • 5 ćwiartek orzechów włoskich
  • 2 łyżki powideł śliwkowych
  • 2 łyżki nugatu

Marcepan utrzeć z cukrem na gładką masę - drobinki cukru nadal będą wyczuwalne. Powoli wlewać białka, cały czas ucierając.
Masę przełożyć do woreczka cukierniczego z tylko w kształcie gwiazdki, wyciskać rozetki na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.
W część wcisnąć orzechy laskowe, włoskie i migdały. W pozostałych wilgotnym palcem zrobić dziurki. Połowę z nich wypełnić powidłami.

Piec w 220 st. C. przez 6-7 minut. Ciasteczka powinny się zrumienić.

Puste ciasteczka wypełnić nugatem (jeśli jest zbyt twardy, lekko go podgrzać).
Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Czekoladę zatemperować, maczać w niej spody ciastek, odkładać na papier do pieczenia.

Przechowywać w szczelnie zamkniętej puszce.

Smacznego!


Konfekt można wypełniać niemal wszystkim - orzechami, pistacjami, dżemami (muszą być twarde), nugatem (po upieczeniu, inaczej spali się w wysokiej temperaturze), wisienkami koktajlowymi... Im więcej rodzajów nadzienia, tym lepiej będą się później prezentować na talerzu.

sobota, 11 listopada 2017

Pierwszy tchnienie Świąt. I ciasteczka marcepanowo-cytrynowe

Największą atrakcją w naszej małej mieścinie, poza sklepem spożywczym i salonem fryzjerskim, jest pałac. Pałacyk właściwie; jeśli się nie wie, gdzie szukać, łatwo uznać, że to po prostu większy dom. Zdradza go jedynie przylegający duży, zadbany park z kilkoma tajemniczymi ścieżkami.

Krótko po przeprowadzce odkryłam, że w rzeczonym pałacyku co roku organizowany jest świąteczny kiermasz; od razu wiedziałam, że będziemy na nim stałymi gośćmi. Uwielbiam tego rodzaju imprezy; można zjeść æbleskiver, czyli naleśnikowe kuleczki (które za starych, dobrych czasów wypełnione był jabłkami, stąd właśnie te owoce w nazwie) i napić się grzanego wina z migdałami i cudownie napęczniałymi rodzynkami, zwanego gløgg. Dla dzieci jest kakao z bitą śmietaną i mnóstwo atrakcji: od stoisk z zabawkami, dekoracjami i smakołykami, poprzez Mikołaja i skrzaty, aż do przejażdżek na kucykach. Uwierzcie mi - nie można się nudzić!
W tym roku towarzyszyli nam rodzice C. oraz jego dwie siostry z rodzinami. Było nas więc sporo, co oznacza, że dzień był wyjątkowo wesoły (szczególnie w towarzystwie dwóch maluchów, z których jeden tak się zachwycił kucykiem, że nijak nie można go było od zwierzaka odciągnąć). Chodziliśmy między kramami, co i rusz wydając odgłosy zachwytu. Po przeprowadzce do Danii pokochałam duńskie skrzaty, które, wbrew nazwie, mogą też być reniferami czy myszami. Tym razem swoją, dość bogatą już, muszę przyznać, kolekcję, wzbogaciłam reniferem w czapeczce, szaliku i sweterku, leżącym na brzuchu i zawadiacko przewracającym oczyma, i dwoma innymi - kulami z groszkiem w brzuszku. Są prześliczne i idealnie komponują się z pozostałymi sześcioma czy ośmioma sztukami... I już wypatrzyłam jednego z rozciąganą szyją, który zasili moje reniferowe zastępy w przyszłym roku.

Po powrocie do domu na obiad był flæskesteg, czyli pieczeń wieprzowa z chrupiącą skórką, ziemniaki gotowane i takie w karmelu (i nie, nie krzywcie się; ziemniaki w karmelu to naprawdę genialny wynalazek), czerwona kapusta i sos. A na deser - ciasteczka. Marcepanowe, w wyraźną nutą cytryny, obtoczone w chrupiącym między zębami cukrze. Są boskie - idealnie kruche i niesamowicie wciągające. I choć wyszła mi ich ponad setka - już prawie zniknęły. Nie sposób oderwać się od puszki!
Ale może to i dobrze...? Przynajmniej będzie pretekst, żeby upiec kolejne...

Przepis znalazłam na stronie magazynu Femina, i tym razem, muszę przyznać, prawie nic w nim nie zmieniłam. 

Marcepanowe ciasteczka z cytryną i wanilią


Składniki:
(na około 100 sztuk)

  • 200 g miękkiego masła
  • 90 g cukru pudru
  • 75 g surowego marcepanu
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 250 g mąki pszennej
dodatkowo:

  • 60 g cukru trzcinowego
Marcepan zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Umieścić w misce razem z masłem, cukrem pudrem, ekstraktem i skórką z cytryny, zmiksować do uzyskania jednolitej masy. Powoli wsypywać mąkę, miksując na najniższych obrotach miksera. 
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-1,5 godziny.

Po tym czasie podzielić ciasto na 4 równe części, z każdej uformować wałeczek o średnicy 3 cm. Na blat wysypać cukier, obtoczyć w nim wałeczki, a następnie zawinąć je w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez noc.

Następnego dnia pokroić każdy wałeczek na około 20 plastrów, układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując niewielkie odstępy.

Piec w 175 st. C. przez 12-14 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


W oryginale takie ciasteczka nazywają się specier; Duńczycy przygotowują miliony wariacji na ich temat: cytrynowe, waniliowe, z lukrecją, czekoladą czy czym tylko chcecie. Są świetne, bo można eksperymentować ze smakami, a szansa, że się nie udadzą, jest naprawdę nikła.

Przepis dodaję do akcji Ani:

czwartek, 20 lipca 2017

Duńska sztuka i prawie duńskie drożdżówki. Z marcepanem i porzeczkami

W zeszły piątek, jak co roku zresztą, wybraliśmy się na sztukę wystawianą przez 7kanten. Co roku w Varde przez trzy tygodnie na przełomie czerwca i lipca, codziennie grana jest ta sama sztuka. W tym roku był to duński klasyk, czyli Midt om natten. Oryginalny film z Kimem Larsenem, jednym z najpopularniejszych piosenkarzy pokolenia moich Rodziców, jest prawdziwym hitem. Znają go wszyscy. Nawet ja obejrzałam już ładnych parę lat temu. Tym bardziej byłam ciekawa sztuki.
Okazało się, że została mocno odnowiona (film jest z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku). Tutaj bohaterowie posługują się komórkami i odnotowują kolejne kroki przedsięwzięcia na facebooku.

Historia jest prosta - grupa młodych ludzi nielegalnie zamieszkuje opuszczone budynki. Po najeździe policji rozpraszają się po całej Kopenhadze. Główny bohater nie chce jednak na to pozwolić; znajduje opuszczone magazyny, i z pomocą znajomych odnawia je na tyle, aby można było je zasiedlić. Problemy zaczynają się, gdy pojawia się Spacey, który według plotek zginął podczas policyjnego najazdu. Okazuje się, że Spacey nie tylko jeździ na wózku inwalidzkim, ale ma poważne zatargi z lokalnym gangiem, wobec którego ma spore długi za heroinę. Jest więc kolejna napaść, a w to wszystko miesza się burmistrz, który nie chce w swoim mieście dzikich osiedli. Jest też miłość, przyjaźń, zdrada i... Wiecie co...? Nie powiem Wam więcej; sami obejrzyjcie film.
Na zachętę dodam, że z pewnością znacie jednego z duńskich aktorów w nim występujących: Ove Sprogøe, czyli nieśmiertelnego Egona Olsena.

Sztuka, choć znaczącą się od filmu różniła, wywołała ciarki. Świetna muzyka, rewelacyjni aktorzy (znów drugoplanowi skradli cały występ), gra na żywo - to wszystko sprawia, że już niecierpliwie czekam na kolejną. A za rok Chaplin - the musical.

Oczywiście, jak zwyczaj nakazuje, zabrałam ze sobą przekąski. Tym razem upiekłam orzechowe ciasteczka (o których innym razem) i drożdżówki z porzeczkami. Puszyste, maślane ciasto drożdżowe połączyłam z typowo duńską masą marcepanową: mazarin masse. To tylko marcepan, cukier, masło, jajka i mąka, a smakuje naprawdę wybornie. Dzięki niej bułeczki nabierają migdałowego smaku i niesamowitej wilgotności. Dla przełamania słodyczy - ostatnie zamrożone porzeczki. Można dodać też czarne, i w sumie wskazane jest zwiększenie ich ilości - u mnie to były ostatki.

Drożdżówki z masą marcepanową i porzeczkami


Składniki:
(na formę 30x22 cm)
  • 650 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 80 g cukru
  • 300 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 80 g masła
  • 1 łyżeczka soli
masa marcepanowa:
  • 100 g surowego marcepanu
  • 100 g cukru
  • 100 g miękkiego masła
  • 2 jajka
  • 30 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 175 g czerwonych porzeczek
  • 2 łyżki mleka
  • 2 łyżki cukru perłowego
  • 20 g płatków migdałowych
Masło rozpuścić, przestudzić.
Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać 100 ml mleka. Odstawić na 10-15 minut, aż na powierzchni pojawią się bąbelki. Dodać pozostałe mleko i cukier, wbić jajko. Zagnieść. Powoli wlać masło, na końcu dodać sól. Wyrobić gładkie, nieco lepkie ciasto.

Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować masę migdałową. 
Marcepan utrzeć z cukrem, następnie dodać masło, dokładnie zmiksować tak, żeby nie było grudek. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu dodać mąkę, wymieszać tylko do połączenia składników.
Odstawić.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, delikatnie podsypując mąką. Rozwałkować na prostokąt o wymiarach 45x35 cm, posmarować masą marcepanową, równomiernie posypać porzeczkami. Zwinąć ciasno wzdłuż dłuższego boku, pokroić ostrym nożem na 12 kawałków.

Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia, ułożyć w niej płasko kawałki ciasta.
Odstawić do napuszenia na 15-20 minut.

Po tym czasie posmarować bułeczki mlekiem, posypać migdałami i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani. Przepis na masę marcepanową mam z pracy, połączenie jej z porzeczkami jest już niemal duńskim klasykiem, a puszyste, maślane drożdżowe jest uniwersalne dla całego chyba świata.

czwartek, 29 czerwca 2017

O tym, jak zmieniłam Niemca na Francuza i torcik dla wędkarza

Gdy tylko weszłam wczoraj do piekarni, mój szef spojrzał na mnie uważnie i spytał z wyrzutem: jeździsz nowym autem? Kiwnęłam głową i wytłumaczyłam zawiłości sprawy w krótkich, piekarskich słowach; on, wydawałoby się, zrozumiał. Po czym skrzywił się wyraźnie zdegustowany i wypluł z siebie: Ale Francuza...?

Bo, moi drodzy, jeszcze do zeszłego tygodnia jeździłam pięknym, granatowym mercedesem. Dla tych, którzy poczują ukłucie zazdrości lub pomyślą, że bezczelnie się chwalę dodam, że rzeczony Niemiec lat ma prawie tyle, co moja Siostra, czyli dwadzieścia trzy. W związku z tym, gdy zabrałam go na przegląd, pan mechanik z niedowierzaniem kręcił głową, pokazywał zardzewiałe miejsca, a na sam koniec wskazał na kabelek z tyłu i z wyraźnym wyrzutem stwierdził: A to nie może przecież tu tak wisieć! 
Położyłam więc uszy po sobie, zabrałam autko ze zwisającym smętnie kabelkiem i wróciłam do domu zastanawiając się, jak ja teraz będę jeździć moje sto dziewięć kilometrów do pracy (w jedną stronę). Usiedliśmy więc wieczorem z C., opracowaliśmy Plan (przez wielkie P, wymaga bowiem zaangażowania osób trzecich i czwartych, a także podróży przez trzy kraje), a następnego dnia dostałam Francuza, który ma mi zastąpić moje autko do momentu, gdy znów będzie na chodzie.

Francuz jest młodszy, ma całe mnóstwo guzików i cztery wajchy przy kierownicy, co nieco mnie dekoncentruje, a do tego manualną skrzynię biegów, która zdecydowanie utrudnia popijanie herbatki w czasie jazdy. Mimo wszystko jednak nie jest źle i myślę, że dobrze nam ze sobą będzie... 
Tymczasem.

Kilka miesięcy temu, kiedy wpadliśmy w ogródkowy szał, wybraliśmy się po sadzonki. I jakoś tak przy rozmowach o rabarbarze okazało się, że pani, która rzeczony rabarbar sprzedaje, potrzebuje ciasta na urodziny małżonka. Wróciłyśmy więc do starych, dobrych zwyczajów, i przerzuciłyśmy się na handel wymienny. Ona mi sadzonki, ja jej ciastko. 
W efekcie wszyscy byli zadowoleni, polecam więc taką formę zakupów.

Przygotowałam czekoladowe ciasto z musem czekoladowym i truskawkowym, błękitną polewą lustrzaną imitującą taflę jeziora i marcepanową wstążką z rysunkiem wędkarza. Ciacho wywołało odpowiedni efekt, a smak podobno przypadł do gustu nie tylko szacownemu jubilatowi, ale również gościom. 
Zresztą, czekolada i truskawki... Co tu się mogło nie udać...?

Torcik dla wędkarza


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

ciasto czekoladowe:
  • 1 jajko
  • 50 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 25 g masła
  • 15 g kakao
  • 50 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

mus czekoladowy:
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 80 g czekolady (60%)
  • 2 listki żelatyny

mus truskawkowy:
  • 300 g truskawek
  • 50 ml wody
  • 1/2 łyżeczki mielonej wanilii
  • 50 g cukru
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 3 listki żelatyny

niebieska polewa lustrzana:
  • 65 ml wody
  • 100 g cukru
  • 100 g glukozy w płynie
  • 70 g słodzonego skondensowanego mleka
  • 2,5 listka żelatyny
  • 100 g białej czekolady
  • niebieski barwnik spożywczy w żelu

dodatkowo:
  • 100 g marcepanu plastycznego
  • 50 g kuwertury czekoladowej
  • barwniki spożywcze

Jajko z cukrem i cukrem waniliowym ubić na puszystą, jasną masę. Masło rozpuścić, mąkę z proszkiem przesiać. 
Masło wlać do masy jajecznej, cały czas miksując. Na końcu dodać mąkę, delikatnie wymieszać łyżką.

Masę przelać do wyłożonej papierem do pieczenia formy.

Piec w 170 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Mus czekoladowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
100 ml kremówki zagotować. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Gorącą śmietaną zalać posiekaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia.
Przestudzić.

Pozostałą kremówkę ubić na pół sztywno. Dodać czekoladę, delikatnie wymieszać łyżką.
Wylać na spód zamknięty w formie.

Mus truskawkowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Truskawki umyć, osuszyć, usunąć szypułki. Pokroić na ćwiartki, przełożyć do garnka z wodą, wanilią i cukrem. Zagotować, zmniejszyć moc palnika i podgrzewać, aż owoce zaczną się rozpadać. Zmiksować blenderem na gładki mus, ewentualnie przetrzeć przez sitko. Do gorącego musu dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać.
Przestudzić.

Kremówkę ubić na pół sztywno. Partiami dodawać do musu truskawkowego, delikatnie mieszając łyżką. 
Mus truskawkowy wyłożyć na czekoladowy, wyrównać powierzchnię.
Zamrozić.

Polewa lustrzana:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Wodę, cukier, glukozę i mleko skondensowane zagotować. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Zalać posiekaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia, a następnie zmiksować blenderem uważając, żeby nie napowietrzyć masy. Na końcu dodać barwnik, wymieszać, tworząc biało niebieskie smugi.

Gdy polewa ostygnie do 35 st. C. polać zamrożone ciasto. 
Marcepan rozwałkować, wyciąć pasek o szerokości nieco większej niż wysokość ciasta i długości obwodu ciasta. Namalować na nim dowolne wzory barwnikami w płynie (barwniki w paście należy rozcieńczyć odrobiną wody). Zostawić na kilka minut do obeschnięcia, owinąć marcepanem ciasto. Ewentualnie czekoladą wypisać życzenia.

Smacznego!


A tak poza tym to czekam na weekend. Będę spać, i spać, i spać...

piątek, 19 maja 2017

Piątki z piłką. Dwa

Jak już wspominałam w zeszłym tygodniu, zostałam poproszona o przygotowanie tortów na konfirmację kuzyna C. Zgodziłam się z radością, choć w piłce nożnej nigdy nie dopatrzę się jakiejkolwiek logiki. Dwudziestu spoconych, dorosłych mężczyzn uganiających się za piłką, i dwóch próbujących ją złapać, którzy biegają i pocą się zdecydowanie mniej. I miliony, których ekscytacji na tym punkcie zrozumieć nie mogę...
Nie oceniam ani nie neguję, po prostu nie rozumiem. Torty jednak w kształcie piłek przygotowałam z prawdziwą przyjemnością.

Pierwszy był mocno czekoladowy; począwszy od ciasta, poprzez trzy rodzaje musu: z białej, mlecznej i ciemnej czekolady. Stwierdziłam jednak, że skoro są dwa, a nie wszyscy są tak zagorzałymi fanami czekolady, drugi przygotuję w wersji nieco lżejszej i bardziej wiosennej. Padło więc na aromatyczne truskawki, delikatną ricottę i odrobinę rumu dla przełamania smaku. Wyszło bosko! Cały tort był dokładnie taki, jak zaplanowałam: orzeźwiający, lekki i delikatny, ale w żadnym razie nie mdły. A dekoracja zadowoliła konfirmanta, nie było więc na co narzekać.
Z tortu zostały raptem dwa małe kawałki, uznaję więc go za pełen sukces.
Można przygotować go w tortownicy o średnicy około 28 cm, i udekorować według własnych upodobań. Takie połączenie smaków warto bowiem wykorzystać również przy innych okazjach. 

Póki co, więcej piątków z piłką nie będzie. Ale kto wie, jak się życie ułoży; może jeszcze kiedyś do tematu wrócimy.

Tort piłka truskawkowy


Składniki:
(na miskę o pojemności 3 l)
  • 65 g surowego marcepanu
  • 65 g cukru pudru
  • 85 g miękkiego masła
  • 5 jajek
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 86 g białej czekolady

mus rumowy z truskawkami:
  • 500 g sera ricotta
  • 225 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 3 łyżki rumu
  • 6 listków żelatyny
  • 50 ml mleka
  • 400 g truskawek

krem maślany:
  • 125 g miękkiego masła
  • 500 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 3 łyżki mleka

dekoracja:
  • marcepan plastyczny
  • czarny i zielony barwnik spożywczy w paście

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, przestudzić.
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier.
Marcepan, cukier puder, masło, żółtka, cukier waniliowy i przesianą mąkę utrzeć na jednolitą masę. Dodać czekoladę, zmiksować. Partiami dodawać bezę, delikatnie mieszając łyżką.

Masę równomiernie rozłożyć na blasze z piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15-18 minut.
Ostudzić.

Miskę wyłożyć folią spożywczą.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Ricottę zmiksować z cukrem waniliowym.
Mleko zagotować, zdjąć garnuszek z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Dodać do serka, zmiksować. Dodać rum, połączyć.
Kremówkę ubić na pół sztywno, delikatnie wmieszać łyżką do kremu.
Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki i pokroić na ćwiartki. Dodać do kremu, połączyć.

1/3 kremu wyłożyć do miski, przykryć ciastem. Następnie znów wyłożyć krem, później ciasto, resztę kremu i przykryć ostatnim blatem ciasta.
Schłodzić przez noc w lodówce.

Masło utrzeć na puszystą, jasną masę. Partiami dodawać cukier puder, cały czas miksując. Dodać ekstrakt i sól, połączyć. Powoli wlewać mleko, cały czas miksując.

Kremem maślanym obłożyć tort. Jeśli miska nie była idealnie okrągła, skorygować kształt tortu. Obłożyć białym marcepanem. Część pozostałego marcepanu zafarbować na czarno. wyciąć z niego pięciokąty, ułożyć na torcie tak, aby uformować wzór piłki. Pozostały marcepan zafarbować na zielono, udekorować boki tortu, tworząc trawę.

Smacznego!

C. dzielnie pomagał przy dekoracji; robiąc trawę, rozerwał dwa sitka. 
Drogi biznes z takim pomocnikiem...

piątek, 12 maja 2017

Piątki z piłką. Jeden

Nie lubię piłki nożnej.
Tak sobie pomyślałam, że to dobry sposób na rozpoczęcie tego posta. Żeby od razu wszystko było jasne. Niemniej, lubię sprawiać radość innym; szczególnie, jeśli przy okazji mogę upiec ciacho.

Jakież było moje zdziwienie, gdy kilka tygodni temu dostałam smsa zaczynającego się słowami Hej słodka Aniu. Hmmm... Pisze ktoś, kto mnie zna, ale nie za dobrze. Albo czegoś ode mnie chce.
Okazało się, że to jedna z ciotek C. z pytaniem, czy przygotuję tort na komunię jej syna. Wargi rozciągnęły mi się w uśmiechu; pewnie, że tak! I to z przyjemnością.
Dowiedziałam się, że tort, a właściwie dwa, mają być w kształcie piłek do piłki nożnej, i że wnętrze pozostawia mojemu uznaniu, ale Albert przepada za czekoladą. 

Łatwiej być już nie mogło, prawda...? Czekoladowo-marcepanowy spód przygotowałam z przepisu, który Odense marcipan rozdaje na swoich szkoleniach w zakresie tortów weselnych. Do tego prosty mus czekoladowy, ale w trzech smakach: białej, mlecznej i ciemnej czekolady. Tort wyszedł nie za słodki, za to obłędnie czekoladowy i stosunkowo lekki. Zgarnął mnóstwo pochwał od fanów czekolady i zniknął w trzech czwartych, co biorąc pod uwagę, że poza moimi ciastami były też lody, dwa rodzaje brownie i urocze, malutkie desery Sarah Bernhard (kiedyś Wam pokażę, bo to duńska klasyka), uznaję to za pełen sukces. 

Tort piłka czekoladowy


Składniki:
(na miskę o pojemności 3 l)
  • 65 g surowego marcepanu
  • 65 g cukru pudru
  • 85 g miękkiego masła
  • 5 jajek
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 86 g ciemnej czekolady (58%)

musy czekoladowe:
  • 100 g białej czekolady
  • 100 g mlecznej czekolady
  • 100 g ciemnej czekolady (75%)
  • 6 listków żelatyny
  • 800 ml śmietany kremówki (38%)

krem maślany:
  • 125 g miękkiego masła
  • 500 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 3 łyżki mleka

dekoracja:
  • marcepan plastyczny
  • czarny i zielony barwnik spożywczy w paście

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, przestudzić.
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier.
Marcepan, cukier puder, masło, żółtka, cukier waniliowy i przesianą mąkę utrzeć na jednolitą masę. Dodać czekoladę, zmiksować. Partiami dodawać bezę, delikatnie mieszając łyżką.

Masę równomiernie rozłożyć na blasze z piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15-18 minut.
Ostudzić.

Miskę wyłożyć folią spożywczą.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
300 ml kremówki zagotować.
W tym czasie osobno posiekać każdy rodzaj czekolady, przełożyć do trzech misek. 
Kremówkę zdjąć z palnika, dodać żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Rozlać śmietanę równomiernie do misek z czekoladą, wymieszać, aż czekolada się rozpuści. Przestudzić.

Pozostałą kremówkę ubić na sztywno. Dodać 1/3 śmietany do każdej czekolady, delikatnie połączyć.

Na dno miski wyłożyć biały mus. Przykryć ciastem. Następnie wyłożyć mus z mlecznej czekolady, przykryć warstwą ciasta. Na końcu wyłożyć mus z ciemnej czekolady, przykryć krążkiem ciasta.
Schłodzić przez noc w lodówce.

Masło utrzeć na puszystą, jasną masę. Partiami dodawać cukier puder, cały czas miksując. Dodać ekstrakt i sól, połączyć. Powoli wlewać mleko, cały czas miksując.

Kremem maślanym obłożyć tort. Jeśli miska nie była idealnie okrągła, skorygować kształt tortu. Obłożyć białym marcepanem. Część pozostałego marcepanu zafarbować na czarno. wyciąć z niego pięciokąty, ułożyć na torcie tak, aby uformować wzór piłki. Pozostały marcepan zafarbować na zielono, udekorować boki tortu, tworząc trawę.

Smacznego!

Jeśli macie chęć przygotować taki tort w innym kształcie, proporcje będą pasować do formy o średnicy 28-30 cm. 
Ciasta z tego przepisu zostanie, ale można z niego przygotować pyszne trufle czy bajaderki. Niedługo Wam pokażę, co ja przygotowałam z resztek.

piątek, 24 marca 2017

W marcu jak w garncu. I wiosenny sernik z marchewką

Taaak...
Rano wstaję, jem śniadanie, wypijam kubek gorącej herbaty. Następnie opatulam się szalem, zawijam w czerwony, zimowy płaszcz i wkładam rękawiczki. Przez kilka minut zawzięcie skrobię szyby auta, pomstując na mróz pod koniec marca. W drodze do pracy włączam ogrzewanie na pełen regulator, a w dłoni ściskam termo kubek, bez którego ta podróż byłaby chyba nie do wytrzymania.
Po ośmiu godzinach pracy wychodzę na dwór tylko w bluzie, którą ściągam, gdy tylko wrzucę niepotrzebne już płaszcz, szal i rękawiczki na tylne siedzenie. Włączam klimatyzację, bo auto zdążyło się już porządnie nagrzać, na nos wkładam okulary przeciwsłoneczne i w jaskrawych promieniach jadę do domu; mimo zmęczenia, nie mogę przestać się uśmiechać. 
Na miejscu szeroko otwieram drzwi na taras, wpuszczając do środka świeże, wiosenne powietrze. C. rano bawił się w pana domu - ustawił grill, wystawił z szopki meble ogrodowe, zadbał o drzewka, które też już stęsknione są ciepła.

I takie niemal piętnastostopniowe wahania temperatur towarzyszą nam od trzech dni. Trochę ciężko mi za tym nadążyć, nie do końca umiem się w tym połapać. Wiosna to już, czy może jeszcze zima...? Tak naprawdę to chyba coś pomiędzy; coś, co ciężko sprecyzować. Bo czy ktoś potrafi opisać przedwiośnie...?

Z nadzieją, że rzeczone przedwiośnie zwiastuje nadchodzącą wielkimi krokami wiosnę, czekam na słoneczne popołudnia, porankami zagryzając zęby. W międzyczasie piekę sernik - może nie typowo wiosenny, ale za to optymistycznie pomarańczowy. I z marchewką!

Przepis na blogu Ala piecze i gotuje po raz pierwszy zobaczyłam, ekhm... Ponad trzy lata temu. Wtedy ciągle jeszcze ciasto marchewkowe wydawało mi się trochę niemożliwe, więc sernik z marchewkową wkładką przyciągnął moją uwagę. Urocza dekoracja z marcepanowych marchewek skojarzyła mi się z Wielkanocą, i właśnie z tej okazji postanowiłam go upiec. Udało się, cóż... Nieco później, niż planowałam.
Z przepisu Ali wzięłam marchewkę (od siebie dodałam sok z pomarańczy, który pasuje tutaj wyśmienicie) i pomysł na dekorację. Do spodu dodałam orzechy - dzięki temu jest cudownie chrupiący. Masę serową zrobiłam po swojemu - z dodatkiem mascarpone, na serku kremowym. Wyszła idealnie gładka, kremowa i rozpływająca się na języku, o dość intensywnym waniliowym smaku. Lukier przygotowałam na mascarpone, też z dodatkiem soku z pomarańczy.
Całość wyszła zaskakująco pyszna. Może trochę dziwne połączenie sera z marchewką sprawdza się wybornie, wszystkie składniki łączą się w idealną całość.

Jeśli nie boicie się eksperymentów, spróbujcie zaserwować taki bliskim na Wielkanoc. Gwarantuję, że nikt nie pozostanie wobec niego obojętny!

Waniliowy sernik z marchewkową wkładką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 90 g ciastek digestive
  • 30 g orzechów włoskich
  • 40 g masła

marchewkowa wkładka:
  • 200 g marchewki
  • 50 g cukru
  • sok z 1 pomarańczy
  • 100 ml wody

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 200 g serka mascarpone
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki ekstraltu z wanilii
  • 125 g cukru
  • 4 jajka

lukier:
  • 40 g serka mascarpone
  • 40 g cukru pudru
  • 2 łyżki soku z pomarańczy

dodatkowo:
  • 70 g marcepanu plastycznego

pomarańczowy i zielony barwnik spożywczy w paście
Marchewki obrać, zetrzeć na tarceo dużych oczkach. 
Z cukru, wody i soku pomarańczowego zagotować syrop. Gdy cukier całkowicie się rozpuści, dodać marchewkę. Gotować bez przykrycia, aż płyn odparuje. 
Przestudzić.

Ciasteczka pokruszyć, dodać grubo posiekane orzechy i stopione, przestudzone masło. Wymieszać.
Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Wsypać masę ciasteczkową, ugnieść na dnie dłonią lub spodem łyżki.

Podpiec w 180 st. C. przez 15 minut.
Przestudzić.

Serek kremowy i mascarpone, śmietanę, ekstrakt, cukier i jajka zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników.
Połowę masy serwoej wylać na spód, następnie po okręgu ułożyć marchewkę (tak, żeby środek został pusty). Na wierzch wylać pozostała masę, wyrównać wierzch.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 50-60 minut.
Wystudzić w zamkniętym piekarniku.

Całkowicie ostudzony sernik schłodzić w lodówce minimum 3-4 godziny przed podaniem.

Mascarpone, cukier puder i sok z pomarańczy utrzeć na gładki lukier, posmarować nim wierzch ciasta.

1/4 marcepanu zabarwić na zielono, resztę na pomarańczowo. Uformować marchewki, udekorować nimi ciasto.

Smacznego!


A już dzisiaj piekę kolejny sernik. Jutro mamy gości, z czego jeden nie raz wyraził uznanie dla moich serników właśnie. A że chłopaka lubię, to sprawię mu przyjemność. Wiecie - karma i te sprawy...

sobota, 21 stycznia 2017

Dla Babci i Dziadka. I drożdżowe, bożonarodzeniowe serce

Ależ ten czas szybko leci! Ledwo co świętowaliśmy Boże Narodzenie i Nowy Rok, a tu już niemal koniec stycznia, a w raz z nim kolejne ważne dni. Nikt chyba bowiem nie zapomniał, że dziś mamy Dzień Babci, a jutro Dzień Dziadka...? 
W tym czasie nie mogę opędzić się od myśli o moim nieżyjącym już Dziadku ze strony Taty. Tym najlepszym; najukochańszym. Choć to już tyle lat, ja nadal tęsknię...

Ale w tym roku, na przekór samej sobie, skupiłam się na tych, którzy wciąż ze mną są. Choć nie na co dzień, a raczej od święta, bo odległości, niestety, nie są małe. Na szczęście internet pełen jest możliwości, które postanowiłam wykorzystać, i sprawić Dziadkom małe niespodzianki.
Kilka dni temu pieczołowicie wybrałam czekoladowe telegramy (to nie jest wpis sponsorowany, jakby ktoś miał podejrzenia), dobrałam wstążki i wypisałam bileciki. Uważam je za bardzo elegancki, a jednocześnie uroczy prezent, który można dowolnie spersonalizować. Pomysł genialny w swej prostocie!
Dopiero później będę dzwonić, żeby złożyć życzenia; mam nadzieję, że Dziadkom ta odrobina czekoladowej słodyczy przypadła do gustu.

Dzisiaj mam przepis, który idealnie sprawdziłby się na wizytę u ukochanych Dziadków, ale generalnie pomyślany został jako smakołyk bożonarodzeniowy. Od kiedy tylko zobaczyłam zdjęcie w Spis bedre, nr 11/2016, nie mogłam przestać o tym wieńcu myśleć. Te kolory, i ta czekolada na wierzchu! No coś wspaniałego!

Oczywiście, zajęta pierniczeniem, na drożdżowe czasu już nie znalazłam. Za to w styczniu poczułam nagle drożdżowy zew, i nie mogę się od niego opędzić. Przewertowałam więc magazyn, znalazłam odpowiednią stronę, i zabrałam się do dzieła. Znów zapachniało u nas Świętami... Ale czy to źle...? Dopiero niedawno poprószył śnieg, przysypując park i las cienką warstwą białego puchu. Choinki już dawno nie ma, dekoracje powędrowały do piwnicy w wielkich pudłach, ale światełka w oranżerii nadal umilają mi ciemne poranki. C. rozpala w kominku, ja siadam w bujanym fotelu, i delektujemy się tym niesamowitym zapachem... A później zajadamy miękką, puchatą drożdżówkę. I cieszymy się jej smakiem, bez względu na uniesioną brew Kalendarza (gdyby to nie był tylko zeszyt wypełniony datami, a poważny, starszy pan, jestem absolutnie pewna, że na taką profanację jego jakże ważnej profesji, uniósłby wymownie brew). 

Świąteczny wieniec cynamonowy z białą czekoladą i liofilizowanymi malinami


Składniki:
(na 1 średniej wielkości wieniec)
  • 25 g świeżych drożdży
  • 100 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 1 łyżka cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g masła
  • 300 g mąki pszennej

nadzienie:
  • 65 g miękkiego masła
  • 65 g jasnego cukru muscovado
  • 1 łyżka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonych goździków
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 50 g surowego marcepanu

dodatkowo:
  • 100 g białej czekolady
  • 2 łyżki liofilizowanych malin
  • 1 łyżka niesolonych pistacji (bez łupinek)
  • złoty pyłek

Masło rozpuścić i przestudzić. 
Drożdże pokruszyć, rozetrzeć z cukrem. Dodać mleko, wymieszać. Wbić jajko, wsypać kardamon i sól, połączyć. Wlać przestudzone masło, a na końcu partiami dodawać mąkę. Wyrobić gładkie ciasto, odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować nadzienie:
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać przyprawy, skórkę z pomarańczy i pokruszony marcepan, zmiksować na gładką masę. Odstawić.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Lekko podsypując mąką, rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x45 cm. Posmarować nadzieniem, a następnie ciasto zawinąć w rulon wzdłuż dłuższego boku. Przeciąć na pół w poprzek, a następnie każdą część wzdłuż, nie rozcinając jednak do końca. Zapleść razem końcówki, a następnie z obu części ciasta uformować na blasze wyłożonej papierem do pieczenia serce. Odstawić do napuszenia na 30-45 minut.

Piec w 190 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić.

Pistacje posiekać.
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej lub mikrofalówce. Przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę. Udekorować ciasto, od razu posypać malinami i pistacjami. Oprószyć złotym pyłkiem.

Smacznego!


Jeśli nie macie niesolonych pistacji (a wiem, że nie tylko ciężko je dostać, ale też ich cena potrafi przerazić jeszcze bardziej niż koszt ich solonych kuzynek), wystarczy solone wyłuskać, namoczyć, a następnie lekko uprażyć na suchej patelni. Efekt będzie dostatecznie zbliżony do oryginału.

środa, 4 stycznia 2017

Czekoladowy tort dla wojownika

Wszędzie czytam noworoczne podsumowania, i dziwię się im niepomiernie. Mnie w tym roku nie dopadła chęć przyjrzenia się gruntownie minionym dwunastu miesiącom, ba! Nie do końca dotarła do mnie zmiana tej drobnej z pozoru cyferki. Może dlatego, że w Sylwestra byłam w pracy od trzeciej do dwunastej, przespałam się raptem dwie godziny i w rezultacie zabrakło mi energii na całonocne szaleństwa. Większość wieczoru spędziłam na niezwykle zajmujących konwersacjach z członkami rodziny C. w wieku od dwóch miesięcy do czterech lat. No dobrze - to głównie moje monologi napędzały te relacje. Niemniej, urzeczona wielkimi oczami wpatrującymi się we mnie w niezwykłym skupieniu, toast wzniosłam jakby mimochodem. Owszem, obejrzałam fajerwerki, wypiłam swoją porcję szampana i nawet obejrzałam 90 urodziny, co nie zmienia faktu, że to wszystko wydarzyło się jakby obok mnie.
Wykończona, Nowy Rok niemal cały przespałam, finiszując w kąpieli z bąbelkami. A później wszystko wróciło na swoje tory, czyli dużo, dużo pracy, długie, senne godziny spędzone w aucie i brak czasu na cokolwiek innego. Hmm... 
Zobaczymy, kiedy w końcu dostosuję mój wewnętrzny kalendarz do tego wiszącego na ścianie. 

Nie mam żadnych noworocznych przepisów, ale za to znalazłam tort, który przygotowałam dla bratanka C. na jego szóste urodziny w... Październiku.
Był to tort błyskawiczny; dowiedziałam się, że mam go przygotować dzień przed planową imprezą. Użyłam więc sprawdzonego przepisu na wilgotny i miękki kakaowy biszkopt, który przełożyłam pysznie czekoladowym kremem. Jeśli chodzi o dzieci, to jest to połączenie zawsze trafione. Dekoracja to twarz jednego z wojowników z tak ostatnio popularnego Lego Ninjago. Niebieski, zdaje się, ma moce związane z wodą... Ale paznokcia sobie uciąć nie dam.

Oczywiście, tort możecie udekorować dowolnie. To tylko moja propozycja. Warto się jednak na niego skusić, jeśli lubicie czekoladowe smaki. Mus bowiem wyszedł cudownie delikatny, i w połączeniu z biszkoptem rozpływa się w ustach. Ciężko oprzeć się dokładce...

Tort czekoladowy Lego Ninjago


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

biszkopt:
  • 7 jajek
  • 265 g cukru
  • 45 g mąki ziemniaczanej
  • 130 g mąki pszennej
  • 45 g kakao

krem:
  • 750 ml śmietany kremówki (38%)
  • 270 g ciemnej czekolady (57%)
  • 50 g cukru pudru

dodatkowo:
  • 150 śmietany kremówki (38%)
  • żółty, niebieski, biały i czarny marcepan

Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym dodać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąki przesiać z kakao, partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 60-70 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Ostudzony biszkopt przeciąć w poziomie na 3 blaty.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej lub w mikrofalówce. 
Kremówkę ubić z cukrem pudrem. Dodać letnią czekoladę, wymieszać na gładki krem.

Na paterze ułożyć spód biszkoptu, wyłożyć połowę kremu. Przykryć kolejnym blatem, wyłożyć pozostały krem i ułożyć na wierzchu ostatni blat ciasta. Schłodzić w lodówce 2-3 godziny, aż krem stężeje.

Pozostałą kremówkę ubić na sztywno, posmarować nią wierzch i boki tortu.

Rozwałkować żółty marcepanem na grubość 2,5 mm. Wyciąć prostokąt, ułożyć na torcie. Rozwałkować niebieski marcepan na grubość 3 mm. Obłożyć nim tort, a następnie wyciąć prostokątny otwór, tworząc żółtą twarz. Rozwałkować czarny marcepan na grubość 2,5 mm. wyciąć oczy i brwi, ułożyć na torcie. Z białego marcepanu zrobić 2 małe kuleczki, spłaszczyć i przykleić, tworząc refleksy w oczach.

Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Przede mną tymczasem nie lada wyzwanie - pierwszy tort weselny wykonany samodzielnie. Spody już upieczone, stojak i dziewięć kilo domowego marcepanu czekają, aż przyjdzie ich kolej. Sama nie wiem, czy bardziej jestem podekscytowana, czy zdenerwowana...

czwartek, 22 grudnia 2016

Świąteczne ciasteczka dla alergików (bez glutenu i bez jajek)

We wtorek kupiliśmy ostatnie prezenty; teraz leżą w pokoju gościnnym na kanapie, krzesłach i podłodze, i czekają, aż wreszcie będę miała czas zapakować te, których w sklepie zapakować mi nie chciano. Kupiłam nawet papier, wstążki i bileciki do kompletu, żeby wszystko pięknie się pod choinką prezentowało.
Na deser zostawiłam sobie niespodziankę dla C. Nie myślcie sobie jednak, że traktuję go po macoszemu! Już ponad tydzień temu zrobiłam rozpoznanie, i pan o miłym głosie poinformował mnie przez telefon bardzo skrupulatnie, że tego, co chcę zakupić, akurat na stanie nie mają, ale pojawi się w środę. I to w takiej ilości, że nie mam się co martwić, że akurat dla mnie zabraknie. Wczoraj więc, zaraz po pracy, pojechałam do sklepu (uprzednio sprytnie wypłacając gotówkę z bankomatu, żeby nie zostawić żadnych śladów dla wytrawnego tropiciela świątecznych niespodzianek), gdzie z niezadowoloną miną pryszczaty młodzian oświadczył, że nie ma, bo wykupili, i przed Świętami już nie będzie. Mina, muszę przyznać, mocno mi zrzedła. Gdyby nie automatyczne drzwi, ostentacyjnie trzasnęłabym na odchodnym. Obiecałam sobie solennie, że moja noga w tym sklepie więcej nie postanie. Wróciłam do domu, zamówiłam mroczny przedmiot pożądania przez internet i teraz modlę się, żeby doszedł na czas. Ale w przedświątecznej gorączce ciężko mi w takie cuda uwierzyć...
Cóż, w tym roku znów wydrukuję obrazek, włożę go w kopertę i wyręczę C. po wigilijnej kolacji. Z pewnością się ucieszy, tak i jak i w poprzednim...

Czasu nie mam zupełnie na nic, pracy i przygotowaniom do Wigilii poświęcam całą moją uwagę. W międzyczasie, mimochodem jakby, przygotowałam korzenne ciasteczka, które znalazłam na blogu Kulinarne pomyłki. Spodobał mi się ich kształt i rozmiar, tak bardzo podobny do duńskich pieprznych orzeszków. Marcepanowe niespodzianki w środku każdej kuleczki przekonały mnie ostatecznie, że te maleństwa zachwycą każdego Duńczyka. Na specjalną prośbę C. przygotowałam je w wersji bezglutenowej, żeby mógł je zabrać do pracy (jedna z jego koleżanek ma alergię; zawsze mi przykro, gdy zabiera ze sobą ciasta z glutenem, a ona musi obejść się smakiem). Oczywiście, mieszankę mąk można zastąpić pszenną, będzie jej trzeba jednak dodać nieco więcej. 
Ciasteczka, wbrew pozorom, wcale nie są zbyt słodkie. Pięknie pachną korzennymi przyprawami, a ich pierniczkowy smak doskonale komponuje się z marcepanem. Są kruche i po prostu rozsypują się w buzi.
A ich przygotowanie wcale nie zabiera dużo czasu.

Spróbujcie koniecznie!

Korzenne ciasteczka nadziewane marcepanem


Składniki:
(na około 100 sztuk)
  • 120 g miękkiego masła
  • 140 g cukru
  • 50 g mąki gryczanej
  • 150 g mąki ryżowej
  • 90 g mąki kukurydzianej pełnoziarnistej
  • 1 łyżka przyprawy do piernika
  • 110 g creme fraiche (18%)

dodatkowo:
  • 200 g marcepanu

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać śmietanę, połączyć.
Mąki przesiać, wymieszać z przyprawą do piernika. Dodać do masy maślanej, zagnieść. Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 2 godziny (można przez noc).

Od schłodzonego ciasta odrywać niewielkie kawałki, wielkości mniej więcej orzecha laskowego. Z każdego kawałeczka formować kulkę, spłaszczać, na środku układać kawałeczki marcepanu. Zawijać ciasto wokół marcepanu, formować kulki.
Ciasteczka układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15-17 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

Trzy dni przed Świętami ciśnienie mi tak podskoczyło, że odechciało mi się nawet dekorowania ostatnich pierniczków. Na szczęście już wszystko wraca do normy, i znów cieszy mnie nadchodząca Wigilia.
A jak u Was? Trzymacie nerwy na wodzy, czy też dajecie się im momentami ponieść...?

wtorek, 13 grudnia 2016

Jak kupowaliśmy choinkę. I szafranowe drożdżowe supełki

Do Wigilii zostało raptem jedenaście dni. Ciężko w to uwierzyć, gdy patrzy się na listopadowy krajobraz za oknem i słucha bębnienia deszczu o dach. Zdegustowana pogodą, postanowiłam czym prędzej wprowadzić świąteczną atmosferę w domu. Wybraliśmy się więc z C. na poszukiwania choinki. Oczywiście, w tym roku musiała być zupełnie wyjątkowa. Przecież to nasze pierwsze Święta w nowym domu! I skoro w końcu mamy miejsce, postanowiliśmy wykorzystać ten fakt do maksimum.

Gdy wspomnieliśmy o naszym planie siostrze C., od razu wykazała zrozumienie i odpowiedni zapał. Poleciła nam znane sobie miejsce, gdzie podobno na przystankach między choinkami serwują grzańca i pierniczki. Już sobie wyobraziłam te połacie pełne drzewek czekających na swój nowy dom... Nie mogliśmy odpuścić, i czym prędzej wybraliśmy się pod wskazany adres. A tam, ku mojemu niemałemu zaskoczeniu, prawdziwy las! Choinki wszelkiej maści i wielkości, a na samym środku urokliwa chatka, gdzie można poczęstować się specjałami przygotowanymi specjalnie dla gości. Wieczorny mrok rozpraszają porozstawiane wszędzie latarnie, spod krzaczków wychylają się krasnale i drewniane rzeźby zwierząt, a wszystko jest tak pełne uroku, że nie ma się ochoty tego miejsca opuszczać. Byłam szczerze zachwycona!
Popijając grzane wino i wyjadając z niego mocno już podchmielone rodzynki, krytycznym okiem lustrowałam kolejne drzewka, które prostu ustawiał przede mną C. W końcu wybraliśmy ideał, który został zapakowany w siatkę, i ruszyliśmy z nim do domu. Na miejscu, jak co roku zresztą, okazało się, że na wolnym powietrzu drzewko wydaje się zdecydowanie mniejsze, niż kiedy ustawi się je pod dachem. Tym razem jednak udało się je postawić bez wiercenia dziury w suficie, i nawet na gwiazdę miejsce zostało. 
Uradowani jak małe dzieci, zabraliśmy się do ubierania choinki. Zajęło nam to kilka cudownych godzin, których efekt podziwiam teraz z zachwytem za każdym razem, gdy zerkam w stronę naszego drzewka. Jest piękne! A kiedy ułoży się pod nim stos prezentów, nikt mu się nie oprze...

W dniu dzisiejszym, czyli trzynastego grudnia, skandynawska tradycja nakazuje przygotowanie szafranowych bułeczek na cześć świętej Łucji. Zazwyczaj zawija się je na kształt litery S, na jej końcach wciskając rodzynki. Ja tymczasem w magazynie Hjemmets bedste mad, nr 12/2016, znalazłam ich nieco inną wersję. Zwinięte w zgrabne supełki, prezentują się jeszcze bardziej uroczo. Wszystkie składniki akurat miałam w domu, wszystko poszło więc bardzo sprawnie. Opis wiązania supełków może wydawać się nieco skomplikowany, ale liczę w tej materii na Waszą kulinarną wyobraźnię.
Bułeczki wychodzą cudownie mięciutkie i delikatne, a cukier na wierzchu delikatnie chrupie między zębami. Jeszcze ciepłe zjadłam trzy (na swoje usprawiedliwienie powiem, że wychodzą naprawdę nieduże), a C... Cóż, nie będę nawet pisać. 
Są pyszne!

Supełki św. Łucji


Składniki:
(na 24 niewielkie bułeczki)

ciasto:
  • 1 g nitek szafranu
  • 250 ml wody
  • 75 g masła
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 jajko
  • 50 g cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 550 g mąki pszennej

nadzienie:
  • 100 g surowego marcepanu
  • 75 g miękkiego masła
  • 50 g cukru
  • skórka otarta z 1 pomarańczy

dodatkowo:
  • 25 g rodzynek
  • 50 g suszonych wiśni
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mleka
  • 2 łyżki cukru perłowego

Szafran zalać wodą, odstawić na 5 minut.
Masło rozpuścić, wymieszać z szafranem. Ewentualnie lekko podgrzać (płyn nie powinien mieć więcej niż 37 st. C.).
Do dużej miski wkruszyć drożdże, wlać kilka łyżek płynu, rozetrzeć. Dolać pozostały płyn, połączyć. Dodać jajko, cukier, kardamon i sól. Zmiksować. Na końcu partiami dodawać mąkę. Wyrobić gładkie, lekko lepkie ciasto.
Miskę przykryć ściereczką, odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować nadzienie:
Marcepan zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Dodać masło, cukier i skórkę z pomarańczy. Zmiksować na gładką masę, odstawić.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 2 równe części. Jedną odłożyć, drugą rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x40 cm. Posmarować połową kremu, zwinąć w ciasny rulon wzdłuż dłuższego boku. Pokroić ostrym nożem na 12 części. Każdy plasterek rozciągnąć, a następnie przeciąć wzdłuż, nie rozcinając do końca. Zapleść oba końce, następnie zlepić je ze sobą, formując supeł.
Bułeczki układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując spore odstępy.

Tak samo postąpić z drugim kawałkiem ciasta.

Odstawić do napuszenia na 20-25 minut.

Bułeczki posmarować jajkiem roztrzepanym z mlekiem, posypać cukrem perłowym. Powciskać w nie rodzynki i wiśnie.

Piec w 215 st. C. przez 12-14 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Oczywiście, można je uformować tradycyjnie, pomijając wtedy marcepanowo-pomarańczowe nadzienie. Tylko po co, skoro jest tak pyszne...?

wtorek, 6 grudnia 2016

Tort dla Królowej Śniegu (albo Mikołaja)

Choć w Danii Mikołajek się nie obchodzi (tu dzieci dostają prezenty w każdą niedzielę adwentową), to nas dzisiaj jeden odwiedził. Przyniósł kwiatki i sok jabłkowy z mieszanką aromatycznych przypraw, czekający tylko na podgrzanie. Gorący, pachnący, rozgrzeje nas w któryś z chłodnych, grudniowych wieczór. 
Dziękuję!

Alfred, bo o nim mowa, to nasz agent nieruchomości (agent - jak to ekscytująco brzmi!). Słowo to zresztą do Alfreda pasuje wręcz wyśmienicie - zawsze w garniturze, wysoki, wyprostowany, z szerokim uśmiechem skrywającym to i owo...
Wizyta, choć krótka (wiadomo, w grudniu nikt nie ma zbyt dużo czasu), była przemiła. Żeby się do niej odpowiednio przygotować, postanowiłam upiec ciasto. W pewnym momencie szczerze żałowałam, że nie zdecydowałam się na jakąś korzenną babkę, ale w efekcie końcowym byłam z siebie naprawdę zadowolona. Ciasto bowiem wyszło jak marzenie!

Zdjęcie tak udekorowanego tortu zobaczyłam w Mad!, nr 10/2015 i od razu wiedziałam, że w końcu pojawi się i na moim stole. Cóż, minął rok, zanim zabrałam się do rzeczy.
Idea spodów została, jednak proporcje mocno zmieniłam - dzięki temu ciasto nie jest aż tak słodkie. Krem maślany zupełnie mi tu nie pasował (całość wyszłaby moim zdaniem zbyt ciężka), zamieniłam go więc na musy czekoladowe w środku, a boki i wierzch otuliłam klasyczną bitą śmietaną. Do tego czekoladowe choinki, które wprost skradły moje serce. Całość prezentuje się niebanalnie i naprawdę elegancko, taki tort będzie świetną ozdobą stołu na Święta i zimowe przyjęcia. W smaku jest delikatny i leciutki, choć spody same w sobie są dość ciężkie. 
Ogólnie rzecz biorąc, jestem zadowolona. A Alfred był pod wrażeniem, więc Mikołajki uważam za niezwykle udane.

Zupełnie przypadkiem tort wyszedł bezglutenowy, będzie więc jak znalazł dla alergików.

Tort orzechowo-marcepanowy z musem czekoladowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

ciasto orzechowo-marcepanowe:
  • 150 g miękkiego masła
  • 100 g cukru
  • 50 g surowego marcepanu
  • 3 jajka
  • 75 g zmielonych orzechów laskowych
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cynamonu

mus z białej czekolady:
  • 80 g białej czekolady
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 listek żelatyny

mus z ciemnej czekolady:
  • 80 g ciemnej czekolady (58%)
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 listek żelatyny

dodatkowo:
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 60 g serka mascarpone
  • srebrny pyłek
  • srebrne i białe perełki cukrowe
  • cukrowe śnieżynki
  • 200 g białej czekolady

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać cynamon i starty na tarce o dużych oczkach marcepan, połączyć. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.
Orzechy wymieszać z proszkiem, partiami dodawać do masy maślanej.

Papierem do pieczenia wyłożyć spody 3 form o średnicy 18 cm.
Równomiernie rozłożyć w nich ciasto.

Piec w 175 st. c. przez 25-30 minut.
Ostudzić.

Mus z białej czekolady:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml kremówki zagotować, dodać odciśniętą żelatynę, połączyć. Zalać kremówką posiekaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia.
Pozostała kremówkę ubić na pół sztywno, dodać do niej letnią czekoladę, delikatnie wymieszać.

W formie ułożyć 1 blat ciasta, wylać na niego mus. Wstawić do zamrażarki na 15 minut.

W tym czasie przygotować mus z ciemnej czekolady:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml kremówki zagotować, dodać odciśniętą żelatynę, połączyć. Zalać kremówką posiekaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia.
Pozostała kremówkę ubić na pół sztywno, dodać do niej letnią czekoladę, delikatnie wymieszać.


Na białym musie ułożyć 2 blat ciasta, wylać ciemny mus. Na wierzchu ułożyć ostatni spód, wstawić do zamrażarki na 30 minut lub do lodówki na minimum 3 godziny.

W tym czasie przygotować choinki:
Białą czekoladę zatemperować, przełożyć do rożka z papieru do pieczenia. Na papier do pieczenia wyciskać czekoladę w formie choinek. Pozostawić do całkowitego zastygnięcia, oprószyć srebrnym pyłkiem.

Kremówkę ubić z mascarpone na sztywny krem. 
Zdjąć z ciasta obręcz tortownicy, przełożyć je na paterę. Posmarować wierzch i boki ubitą śmietaną. Wierzch oprószyć pyłkiem, udekorować cukrowymi perełkami i śnieżkami. Boki udekorować choinkami z czekolady.

Smacznego!


Przepis bierze udział w konkursie u Sylwii:


wtorek, 29 listopada 2016

Lekko świąteczne brownie

Mam sporą słabość do wszystkiego co kwaśne (pewnie dlatego, że sama kwaśna bywam; częściej zresztą, niżby wypadało). Pijam herbatę z cytryną bez cukru, już od marca czekam na rabarbar, a od października - na świeżą żurawinę. Jej charakterystyczny smak zabiera mnie do krain kulinarnych rozkoszy, z których nie mam ochoty wracać. Jest kwaśna, czasami lekko gorzkawa, ale wystarczy ją przemrozić, żeby goryczka niemal całkowicie zniknęła, pozostawiając... No właśnie - smak żurawiny.
Jeśli znacie i lubicie tylko suszoną wersję, koniecznie skuście się na świeżą - jest o niebo lepsza. Nawet nie próbuję sobie wyobrażać, żeby ktoś mógłby się w niej nie zakochać...

Nie wiem, jak sprawy mają się w moim rodzinnym kraju, ale w Danii sezon na żurawinę trwa zatrważająco krótko. Kiedy się więc już w sklepach pojawia, kupuję kilka kilogramów i mrożę, żeby aż do Wielkanocy cieszyć się jej wyjątkowym smakiem. W tym roku właśnie się zaopatrzyłam w kilka woreczków, co oznacza, że od razu musiałam coś z nią przygotować. W końcu zdążyłam się już porządnie stęsknić!

W codziennym zabieganiu nie mam czasu na realizację czasochłonnych przepisów; nie mam też nastroju na porażki. Wybrałam więc przepis prosty, a jednocześnie gwarantujący sukces: brownie. Bardziej czekoladowe od samej czekolady; z odrobiną tylko mąki dla związania całości, opiera się właśnie na czekoladzie i jajkach. Wychodzi więc obłędnie kremowe, kleiste i rozpływające się w ustach. Pełna rozkosz gwarantowana, a chwila czekoladowego zapomnienia w ponury, listopadowy wieczór, jest jak najbardziej wskazana.
Razem z żurawiną dodałam do ciasta marcepanu i płatków migdałowych, dzięki czemu zyskało przedświąteczny charakter, choć próżno w nim szukać korzennych przypraw. Takie zestawienie smaków sprawdzi się w przeddzień Świąt wprost znakomicie, wprowadzających jedzących w odpowiedni nastrój.

Więc jak; skusicie się...?

Marcepanowe brownie z żurawiną i migdałami


Składniki:
(na formę 20x20 cm)
  • 4 jajka
  • 75 g cukru
  • 200 g ciemnej czekolady (70%)
  • 150 g masła
  • 125 g marcepanu
  • 2 łyżki kakao
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 100 g świeżej żurawiny
  • 20 g słupków migdałowych

Jajka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę.
Czekoladę posiekać, rozpuścić razem z masłem. Dodać starty na tarce o drobnych oczkach marcepan, podgrzewać jeszcze chwilę.
Masę czekoladowo-marcepanową powoli wlewać do jajek, miksując na najniższych obrotach miksera. Dodać przesianą mąkę i kakao, połączyć.

Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu ułożyć żurawinę, delikatnie wciskając ją w ciasto. Posypać słupkami migdałów.

Piec w 175 st. C. przez 25 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

Przepis bierze udział w konkursie u Sylwii: