Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czereśnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czereśnie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Letni sernik na zimno z owocami. I wakacje!

Wakacje, znowu są wakacje,
na pewno mam rację,
wakacje znowu są!

Pamiętacie jeszcze tę słynną kiedyś piosenkę kabaretu OT.TO? Gdy jeszcze chodziłam do szkoły, każdy nucił ją pod nosem już pod koniec maja. Dzisiaj moje wakacje są zdecydowanie krótsze, ale... Są! 
Nareszcie!
Właśnie zaczęłam mój krótki urlopik i jestem w siódmym niebie. Nie muszę wstawać o wpół do pierwszej w nocy (kiedyś próbowałam się oszukiwać, że to już nad ranem, ale nic z tego...), spędzać w aucie minimum trzech godzin dziennie i taplać się w czekoladzie. No dobrze - to ostatnie akurat lubię, ale nawet od najprzyjemniejszych rzeczy człowiekowi potrzebna jest przerwa. Mam nadzieję się zregenerować na tyle, żeby jakoś przeżyć pięć dni w pracy i... Znów wybrać się na krótki urlop! 

Ach! Bajka, nie życie...

Nie zabieram ze sobą laptopa, pada ani nic z tych rzeczy. Odpoczynek nie tylko od pracy, ale też od internetu, a co! Na osłodę zostawiam Wam wybitnie wręcz letni serniczek. Banalnie prosty, bez pieczenia, bez cudowania. Klasyka, czyli kruchy, ciasteczkowy spód, delikatna, kremowa masa serowa - cudownie lekka dzięki użyciu jogurtu, a na wierzchu owoce (użyjcie swoich ulubionych) zalane galaretką. I tutaj mały haczyk - bo galaretka nie jest z paczki, ale z domowego syropu z kwiatów czarnego bzu. Jeśli jeszcze macie gdzieś zachomikowaną buteleczkę - nie zawahajcie się jej użyć! 
Serniczek smakuje latem i wakacjami, jest świeży, lekki i delikatny. Spróbujcie, zanim otuli nas jesień...

Sernik waniliowo-jogurtowy z owcami i bzową galaretką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 100 g ciastek digestive
  • 30 g masła
masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 350 g jogurtu naturalnego
  • 3 łyżeczki cukru waniliowego
  • 30 g cukru pudru
  • 4 listki żelatyny
  • 100 ml mleka
dodatkowo:
  • 145 g moreli
  • 45 g czereśni
  • 35 g malin
galaretka:
Masło rozpuścić, przestudzić.
Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z masłem. Masę ciasteczkową dokładnie ugnieść na dnie tortownicy.
Schłodzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Serek zmiksować z jogurtem, cukrem pudrem i waniliowym.
Mleko zagotować. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, połączyć. Ostudzić.
Zimne, ale jeszcze nie tężejące mleko powoli wlewać do masy serowej, cały czas miksując.
Masę przelać na schłodzony spód, wstawić do lodówki na 60 minut.

Morele i czereśnie przekroić na połówki, usunąć pestki.
Owoce ułożyć na serniku.
Wstawić do lodówki do całkowitego zastygnięcia masy serowej.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Wodę zagotować, dodać syrop, wymieszać, zdjąć z palnika. Odcisnąć żelatynę, dodać do wody z syropem, wymieszać. Ostudzić.
Tężejącą galaretkę wylać na sernik.
Wstawić na noc do lodówki.

Smacznego!

A Wy już po urlopach, czy nadal cieszycie się dziecięcą wręcz wolnością...?

czwartek, 21 lipca 2016

Sorbet czereśniowy i historia z dreszczykiem w tle

Weszłam do spowitego blaskiem księżyca ogrodu przez staroświecką, kutą bramę. Zaskrzypiała, co naprawdę nikogo nie powinno dziwić. Powiem więcej: od tego typu bram wręcz wymaga się, aby skrzypiały. 
Szłam ścieżką między wysokimi krzewami, a cienie tańczyły mi pod stopami. Wiatr szumiał, ale nie złowieszczo; choć też zdecydowanie nie przyjaźnie.  W końcu doszłam do okazałego domostwa: wielkie, czarne, niczym z klasycznego filmu grozy. Okna patrzyły na mnie podejrzliwie, niechętnie. Gdy pchnęłam drzwi, zaskrzypiały jeszcze bardziej stanowczo niż brama. 
Wnętrze mnie nie zaskoczyło: ciężkie kotary w oknach, staroświeckie meble i szerokie, ciągnące się w nieskończoność schody. 
Najdziwniejsza była świadomość tego, że gdzieś tutaj kryją się (choć pewnie niezamierzenie) wszyscy moi współpracownicy. Nikogo z nich nie widziałam, ale miałam silne przekonanie, że po prostu muszą tutaj być. Bo gdzie niby indziej mieliby się podziewać...?

Wchodząc na górę spotkałam Henryka, mojego szefa. Popatrzył na mnie jak zwykle, czyli z szerokim uśmiechem i autorytatywnie oznajmił: W kuchni są duchy. Idź się nimi zajmij.

I wtedy...
Się obudziłam.
Nie zmyślam; chociaż minął już ponad tydzień, ten sen ciągle za mną chodzi.
Dziwny był...

Do Danii tymczasem wróciły upały. Temperatura dochodzi do dwudziestu ośmiu stopni w największych porywach, wszyscy więc cieszą się tym niezwykłym zjawiskiem. My też przesiadujemy w ogrodzie, z którego Ptysi nie idzie zapędzić do domu i... Kręcimy lody. 
Sezon na czereśnie, przynajmniej tutaj, ma się ku końcowi. Najbardziej lubię je na surowo (najchętniej prosto z drzewa), tym razem jednak puściłam wodze fantazji i przerobiłam je na pyszny, cudownie kremowy sorbet. To dzięki syropowi cukrowemu i dodatkowi banana ma tak wspaniałą konsystencję. Odrobina alkoholu sprawia, że nie zamarza na kamień. Można dodać wiśniówki - ja nie miałam, więc wybrałam delikatną i dość neutralną w smaku miodówkę. 
Wyszło bosko - idealny deser na upały!

Wiśniowe i czereśniowe pyszności znajdziecie też dzisiaj u AniMirabelki i Martynosi.

Sorbet czereśniowy


Składniki:
(na 800 ml lodów)
  • 500 g czereśni
  • 125 g cukru
  • 125 g wody
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 banan
  • 2 łyżki miodówki
Z cukru, wody i soku z cytryny zagotować syrop. W tym czasie wydrylować czereśnie. włożyć je do syropu, gotować 5-10 minut, aż zaczną być szkliste. Przestudzić, zmiksować blenderem. Całkowicie ostudzić.
Do masy dodać zmiksowanego banana i alkohol. Wymieszać.
Schłodzić w lodówce, najlepiej przez całą noc.

Schłodzoną masę przelać do maszynki do lodów, postępując według instrukcji.
Przełożyć lody do plastikowego pudełka i zamrozić lub podawać od razu.

Smacznego!


Przepis oczywiście dodaję do akcji Mirabelki:

niedziela, 19 lipca 2015

Rólgrólmeflól, czyli zapach mojego duńskiego domu, z duńskim deserem w tle

Każdy dom ma swój zapach. Mieszankę środków czystości, zapachu ludzi i zwierząt w nim mieszkających, a także, w pewien przedziwny sposób, ich zainteresowań i codziennego życia. Czasem jest to zapach kaszki i pudru bobasa, czasem farb i terpentyny, bywa nawet, że smaru lub oleju silnikowego, jeśli pan domu (rzadziej pani) jest zafascynowany motorami. 
Nasz dom pachnie jedzeniem. Jak mocno bym nie wietrzyła, jak starannie bym nie sprzątała - jedzenie zawsze znajdzie drogę, żeby wysunąć się na pierwszy plan. Obiady, które gotuje C. i ciasta, które piekę ja - to nasze hobby, nasza pasja, którą można poczuć już od progu, a czasem nawet zanim się go przestąpi. I choć nasza mikro kuchnia doprowadza mnie do szaleństwa swoimi rozmiarami i niefunkcjonalnością, to, mimo wszystko, jest to nasze ulubione miejsce w całym domu. Obijając się o siebie, z psem pałętającym się pod nogami, spędzamy tam często długie godziny. Bo jeśli tylko mamy chwilę wolnego, zaraz zastanawiamy się, co by tu dobrego zjeść. I to nie w tej nowo otwartej restauracji z niezwykle kuszącym menu, ale w naszych własnych czterech ścianach. Celebrujemy posiłki, ich przygotowywanie i konsumpcję, i dzielimy tę pasję ze sobą, co chyba jest w tym wszystkim najlepsze. Wspólny mianownik, którego nie przerażają najbardziej skomplikowane podziały.

Tym razem postanowiłam zaskoczyć C. jednym z deserów z dzieciństwa. Okazało się, że trafiłam w dziesiątkę - moja wersja słynnego duńskiego kisielu okazała się niezwykle smakowita. Połączenie rabarbaru, czereśni, truskawek i poziomek jest wyjątkowo udane; słodko-kwaśna mieszanka, która - dosłownie - wbija w fotel.

Nie korzystałam z żadnego konkretnego przepisu - widziałam ich już całe mnóstwo, różniące się zaledwie szczegółami. Do rødgrød med fløde, czyli po prostu rzadkiego, czerwonego kisielu ze śmietaną, nadają się wszystkie czerwone lub czerwonawe owoce: truskawki, jagody, maliny, porzeczki czarne i czerwone, jeżyny, czereśnie, a także rabarbar. Zasada jest jedna - ze słodkimi koniecznie należy zestawić kwaśne, żeby deser nie wyszedł mdły. Najczęściej kisiel zagęszcza się odrobiną mąki ziemniaczanej, ale widywałam też wersje bez zagęszczania, taką owocową zupę.
W ogóle, w języku duńskim słowo grød odnosi się do różnego rodzaju deserów i nie tylko. Jest to więc taki właśnie kisiel, ryż gotowany na mleku, ale też po prostu owsianka we wszystkich możliwych wariacjach. Nie zdziwcie się więc, jeśli przed Wami na stole wyląduje coś zupełnie nieoczekiwanego - to pewnie też pod nazwę grød da się podciągnąć.
Deser podajemy ze śmietanką - najczęściej kremówką, może też być słodka śmietanka do kawy, lub, w wersji fit lub kryzysowej, po prostu mleko. 

Gdy postawiłam przed C. miseczkę pełną tego specjału, po pierwszej łyżce zapadł się głęboko w fotel, wydając przy tym długie i głębokie mmm... Wnioskuję z tego, że naprawdę mu smakowało - smak dzieciństwa został przywołany.
Znowu.
Chyba zaczynam przyzwyczajać go do dobrego...

Duński kisiel, którego nazwę poprawnie wymówić potrafią tylko rodowici Duńczycy, zagościł również u Mirabelki, Panny Malwinny i Ani.

Czerwony kisiel ze śmietaną

Składniki:
(na 4 porcje)

  • 300 g rabarbaru
  • 300 g truskawek
  • 300 g czereśni
  • 100 g poziomek
  • 100 g cukru
  • sok z 1 cytryny
  • 200 ml wody
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
dodatkowo:

  • 4 łyżki śmietany kremówki (38%)
Rabarbar pokroić na 1centymetrowe kawałki. Truskawki pokroić w ćwiartki, a czereśnie wydrylować i przekroić na połówki.
Do garnka włożyć rabarbar, wsypać cukier, zalać 150 ml wody i sokie z cytryny. Zagotować, gotować na małym ogniu przez 5 minut. Dodać czereśnie, gotować kolejne 5 minut. Na końcu dodać truskawki i poziomki, gotować jeszcze 5 minut.
Mąkę rozrobić w pozostałej wodzie, wlać do kisielu, wymieszać. Gotować jeszcze przez 2 minuty.

Podawać na ciepło lub zimno ze śmietaną.

Smacznego!

Przepis dodaję do dwóch akcji: wiśniowej Mirabelki i skandynawskiej Mopsika.

W wiśniowym sadzie 2015
Skandynawskie lato 2015

czwartek, 16 lipca 2015

Clafoutis: czyli skoro francuski, to nawet zakalec zrobi furorę

Kuchnia francuska ma w sobie coś takiego, że na samą myśl o niej prostujemy się przy stole, przyciągamy do siebie łokcie i dystyngowanie posługujemy się nożem i widelcem. Nawet o niej rozmawiać nie wypada, trzymając nogi na stole. Francja, a szczególnie Paryż, to miejsce nie tylko niezwykle romantyczne (która z nas choćby przez moment nie marzyła o oświadczynach na szczycie wieży Eiffela...?), ale również niemal onieśmielająco eleganckie. Obcować z artystami i sztuką można tam na każdym rogu, a kiedy myślimy o arystokracji, zaraz przychodzą nam do głowy Francuzi. Język francuski to nie tylko język miłości, ale też sfer wyższych. Czy można oprzeć się tej magii...? Nie sądzę.

Sama marzę o wyjeździe do Paryża i Prowansji, chciałabym obejrzeć zamki nad Loarą i przespacerować się ulicami w Arles, którymi chadzał van Gogh. Być może kiedyś moje marzenia się spełnią... Póki co, do Francji przenoszę się kulinarnie, gdyż takie podróże dostępne są dla każdego.

Tym razem sięgnęłam po clafoutis, czyli, mówiąc po polsku i dosadnie, zakalec najwyższej klasy. Tylko Francuzi potrafią przekuć coś takiego w danie narodowe, i w dodatku przekonać cały świat o jego wspaniałości. Dzisiaj clafoutis nie dziwi nikogo, wszyscy rozkoszują się tym oryginalnym smakiem, nie wymawiając jednak głośno słowa zakalec w obecności pani domu.

Sama miałam lekkie obawy przed przygotowaniem tego deseru, ale gdy padła propozycja wspólnego gotowania, gdzie główną rolę grałyby wiśnie, od razu pomyślałam o tym francuskim smakołyku. Z racji, że w Danii wiśnie są niedostępne, a szkoda mi otwierać słoików, gdy na straganach piętrzą się świeże, pachnące owoce, użyłam czereśni. Nie jest to aż tak duże odstępstwo od oryginału; większą zbrodnią wydaje się wydrylowanie owoców. Tradycyjnie bowiem wiśnie zapieka się z pestkami, co ma nadać ciastu przyjemnie migdałowego aromatu. Ze względu na bezpieczeństwo przy spożywaniu posiłku i zażyłość, jaką czuję ze swoim uzębieniem, czereśnie brutalnie pozbawiłam pestek, i w tej formie zalałam ciastem.
Muszę przyznać, że na efekty czekałam z duszą na ramieniu. Na szczęście okazało się, że Francuzi wiedzą, co robią, i to ciasto-deser smakuje naprawdę wybornie. Oszukałam lekko, dodając ekstrakt migdałowy, dzięki czemu pachnie wspaniale; poza tym aromat migdałowy doskonale komponuje się z czereśniami. Nie za słodkie, bardzo delikatne, oryginalne w strukturze - zdecydowanie zaspokajające głód na Francję.

Bazowałam na przepisie Blondynki, ale co nieco w nim zmieniłam.

Wiśniowe smakołyki przygotowały również Mirabelka, Mops i Panna Malwinna, koniecznie do nich zajrzyjcie!

Migdałowe clafoutis z czereśniami

Składniki:
(na formę o średnicy 20 cm)
  • 175 g mąki pszennej
  • 50 g cukru
  • 200 ml mleka
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżeczka ekstraktu z migdałów
  • 3 jajka
dodatkowo:
  • 500 g czereśni
  • 50 g cukru
  • 1 łyżka cukru pudru
Czereśnie wydrylować, przełożyć do miski, zasypać 50 g cukru i odstawić na 30 minut.

Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem.
Jajka roztrzepać z ekstraktem. Dodać do mąki, dokładnie wymieszać. Powoli wlewać kremówkę z mlekiem, dokładnie mieszając. Ciasto ma być jednolite, bez grudek.

Formę wysmarować masłem. Na dno wysypać czereśnie, polać powstałym sokiem. Na wierzch wylać ciasto.

Piec w 180 st. C. przez 40 minut.
Przestudzić.

Podawać letnie lub na zimno, przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

Przepis dodaję do akcji Mirabelki W wiśniowym sadzie.

W wiśniowym sadzie 2015

wtorek, 14 lipca 2015

List do Złodzieja. I obłędnie aromatyczny dżem z bzem

Szanowny Złodzieju!

Chcielibyśmy złożyć oficjalne podziękowania. Od dawna mieliśmy w planie naprawę szyby (którą wybiłeś) i wymianę zepsutego radia (które ukradłeś) w naszym samochodzie. Zmotywowani Twoimi działaniami, w końcu zabraliśmy się do rzeczy. Niestety, nie znamy Twojej tożsamości. Jeśli więc to czytasz, prosimy - ujawnij się! Kwiaty i/lub butelkę dobrego wina, w zależności od preferencji, wyślemy na wskazany adres.

Wyrazy szacunku,
A. & C.

C. wraca z pracy późno, szczególnie ostatnio. Kilka dni temu spóźniał się wyjątkowo, aż zaczęłam się denerwować. Gdy zadzwonił i poprosił, żeby zeszła na dół z nożyczkami, taśmą i dużym czarnym workiem, nieco się przeraziłam. Okazało się jednak, że nie ma żadnych nadprogramowych zwłok, a wymienione wyżej akcesoria mają zostać użyte do zabezpieczenia auta na noc w razie deszczu. Jakiś dowcipniś bowiem, z nudów być może, wybił w naszym samochodzie szybę i ukradł radio, dewastując przy tym jego okolice. W pierwszej chwili bezsilnie zazgrzytałam zębami, później zacisnęłam pięści na wieść, że policja uważa sprawę za beznadziejną i nikt nawet nie przyjedzie zobaczyć, co i jak. Po jakimś czasie jednak odetchnęłam, gdyż C., jak zwykle pozytywnie usposobiony, znalazł plusy: z radiem i tak coś było nie tak i od dawna planował je wymienić, a okna nie było można otworzyć, więc może przy okazji uda się naprawić również to. 

I teraz przyznam się Wam do czegoś, choć może nie powinnam. Być może nawet nie powinnam tego w ogóle pomyśleć, ale cóż - stało się. Otóż pierwszą myślą, która wpadła mi do głowy było to, że to pewnie Polacy... Po chwili się zreflektowałam i dodałam sama do siebie - albo inni zza Odry. Bo jeszcze nie słyszałam, żeby Duńczyk ukradł radio za sto złotych... Przecież ta szyba, którą wybił, była więcej warta!

No dobrze. Nieistotne. Co się stało... I tak dalej. Szyba wróciła na miejsce, do zamontowania radia będzie potrzebna pomoc mojego Taty, więc do kolejnej wycieczki do Polski będę jeździła w ciszy; chyba, że sama sobie zaśpiewam.
To ja już jednak wolę ciszę...

Tak czy inaczej, tak jak obiecałam - dzisiaj będzie dżem. I to nie byle jaki - wybitny wręcz! Pachnie tak, że można dostać zawrotów głowy. Połączenie czereśni z kwiatami czarnego bzu uważam za niezwykle udane. Pomysł nasunął mi się, gdy uważnie wczytywałam się w post Bei na temat syropu, obok którego wystąpił również dżem truskawkowo-bzowy. Truskawek nie miałam, były za to czereśnie... I to z nich skorzystałam. Efekt - poezja. Aż mi się płakać chce na myśl, że to tylko jeden słoiczek... Nie powtarzajcie mojego błędu, zróbcie przynajmniej z dwóch kilogramów owoców.

Ja tymczasem rozważam możliwość przygotowania dżemu z oryginalnego przepisu, póki jeszcze kwitnie czarny bez...

Dżem czereśniowo-bzowy

Składniki:
(na 1 słoik)
  • 500 g czereśni
  • 5 baldachów kwiatów czarnego bzu
  • 100 g cukru
  • sok z 1/2 cytryny
  • 2 łyżki pektyny
Czereśnie wydrylować, przełożyć do garnuszka. Od baldachów odciąć grube końce, kwiaty razem z połową pestek zawinąć w gazę i włożyć do garnuszka. Dodać cukier i sok z cytryny, zagotować. Gotować na małym ogniu przez 30 minut, aż dżem osiągnie pożądaną konsystencję (im dłużej gotowany, tym będzie gęstszy). Wyjąć zawiniątko z bzem i pestkami, dodać pektynę, wymieszać.

Gorący dżem przełożyć do słoiczków, zamknąć, ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

W ogóle uważam, że wszelkie wariacje z bzem będą smakowały wybornie. Wiśnie na przykład, albo czerwona porzeczka... Gdybym tylko mogła, przetestowałabym wszystkie!

Przepis dodaję do akcji Mirabelki.

W wiśniowym sadzie 2015

wtorek, 17 września 2013

Letnio, czereśniowo, lawendowo...

Bardzo, bardzo dawno zrobiłam naprawdę pyszny sernik. Na zimno, więc był wyjątkowo szybki w przygotowaniu. Tak cudownie delikatny, że rozpływał się w ustach. Pastelowo różowy, z lekkim aromatem lawendy. Jeny, jakie to było dobre...

Najpierw zobaczyłam go u Kasi - kolor mnie zafascynował, dodatek czereśni oczarował - to moje wspomnienie letnich, dziecięcych dni, spędzanych na dziadkowej działce, gdzie mogłam wdrapywać się na drzewa i zjadać wszystko, na co miałam ochotę. Czereśnia nie dałaby rady się ode mnie opędzić nawet, jakby próbowała...
Później zajrzałam na bloga Crummblle, która zainspirowała mnie swoimi zdjęciami - pomyślałam, że lawenda sprawdzi się tutaj dobrze nie tyko jako ozdoba. I, moi drodzy, miałam rację - połączenie czereśni z lawendą jest po prostu boskie. Te dwa smaki są dla siebie stworzone - delikatne, nieprzytłaczające, wystarczy zamknąć oczy i wyobrazić sobie ogród pełen kwiatów w późne, letnie popołudnie, gdzie pszczoły pracowicie bzyczą, a dzieci beztrosko się śmieją... A do tego waniliowa nuta, która choć ulotna, to jednak ma znaczenie. Gwarantuję, że zakochacie się w tym serniku bez pamięci. Szkoda, że dopiero w przyszłym roku...

Sernik czereśniowy z lawendą i wanilią

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 120 g ciastek digestive
  • 2 łyżki kakao
  • 75 g masła

masa serowa:
  • 500 g czereśni
  • 70 g cukru
  • 1 laska wanilii
  • 2 łyżeczki suszonej lawendy
  • 8 listków żelatyny
  • 2 łyżki wody
  • 3 żółtka
  • 85 g cukru pudru
  • 400 g serka kremowego
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 250 g czereśni

Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z kakao. Masło rozpuścić, wymieszać z ciastkami.
Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wsypać ciasteczka do formy, ugnieść na dnie łyżką lub dłonią.
Schłodzić w lodówce na czas przygotowania masy serowej.

Czereśnie, cukier i lawendę włożyć do garnka. Laskę wanilii przeciąć na pół, dodać do garnka wyskrobane ziarenka i strąk. Wlać wodę. Podgrzewać, aż wiśnie puszczą sok, następnie gotować przez 10 minut pod przykryciem.
Odcedzić sok, gorący wymieszać z namoczoną wcześniej w zimnej wodzie żelatyną. Ostudzić.

Żółtka ubić z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Dodać serek, zmiksować. Powoli wlewać ostudzony sok, cały czas miksując.
Kremówkę ubić, partiami dodawać do masy serowej, delikatnie mieszając łyżką.

Masę przełożyć na schłodzony spód, wyrównać wierzch.
Schłodzić w lodówce przez noc.
Przed podaniem udekorować pozostałymi czereśniami.

Smacznego!

Muszę sobie przygotować coś, co znów przeniesie mnie do letniego ogrodu - za oknem bowiem rozszalała się już jesień... A ja jeszcze nie jestem na nią gotowa...

czwartek, 14 czerwca 2012

Lody bez maszynki

Na przekór pogodzie, która jest co najmniej dobijająca (no ile dni z rzędu można znosić deszcz...?!), postanowiłam zrobić lody. Nie mam maszynki, więc większość przepisów jest nie dla mnie. Owszem, przygotowywałam lody, wyciągając je co pół godziny z zamrażarki i mieszając, ale ich konsystencja nigdy nie była idealna. Poza tym, bądźmy szczerzy - to po prostu upierdliwe jest. Albo ja jestem leniwa... Albo jedno i drugie. Tak czy inaczej, doszłam do wniosku, że musi być jakiś lepszy sposób. I jest! Semifreddo. Odkryłam je, kiedy miałam przerwę w blogowaniu. Wszystkie składniki nadające puszystości, czyli żółtka, białka i kremówkę, ubija się na sztywno, a potem delikatnie razem miesza, dodając ulubione smaki. Dzięki temu masa jest puszysta, kiedy wkładamy ją do zamrażarki, i taka też zamarza. Lody są puszyste, gładkie, bez kryształków lodu. Pycha! 
Tym razem sama nie wiem, ile ma to wspólnego z oryginalnym semifreddo, więc powiedzmy, że są to po prostu lody bez maszynki.

A dlaczego tak uparcie szukałam sposobu na domowe lody, skoro mogę po prostu kupić je w sklepie? Nie jestem maniaczką zdrowego żywienia, nie za bardzo przejmuję się sztucznymi składnikami w gotowych produktach (oczywiście nie jem rzeczy, których skład mówi mi, że prawdopodobnie umrę pięć minut po spożyciu, ale nie mam na tym punkcie żadnych przesadnych fiksacji), więc...? Po prostu czasem mam ochotę na połączenie smaków, którego w sklepach nie ma (no i oczywiście po prostu lubię to robić). Tak jak teraz - zachciało mi się lodów z czereśniami... Kupiłam więc czereśnie i zaczęłam się zastanawiać, co będzie do nich pasować. Kiedyś robiłam muffiny z czereśniami i jako dodatek wystąpił kokos. Więc dlaczego by w lodach nie połączyć tych smaków? Spróbowałam - i jest pysznie! Tym razem to czereśnie są bardziej dodatkiem, kokos gra pierwsze skrzypce, choć nie jest mega dominujący (co mi pasuje, bo, powiedzmy, są rzeczy, które smakują mi bardziej). Wiórki nadają lodom ciekawej struktury. Jeśli uwielbiacie kokos, możecie dać ich więcej, albo wlać więcej mleka kokosowego - zróbcie tak, żeby Wam smakowało. Te proporcje, według mnie, są jak najbardziej zjadliwe.

Lody kokosowe z czereśniami



Składniki:
(na keskówkę 29x10 cm)

masa:
  • 500 ml śmietany kremówki (38%)
  • 200 ml mleka kokosowego
  • 3 jajka
  • 100 g cukru
  • 30 g wiórek kokosowych
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 łyżka białego rumu

dodatkowo:
  • 300 g czereśni

Czereśnie wypestkować, pokroić na ćwiartki.

Oddzielić białka od żółtek. Żółtka zmiksować z połową cukru na puszystą, jasną masę. Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec ubijania wsypując partiami cukier. Kremówkę ubić na sztywno, dodając ekstrakt i rum. Wlać mleko kokosowe, wymieszać. 
Do kremówki dodać żółtka, delikatnie wymieszać szpatułką. Partiami dodawać białka, ostrożnie mieszając. Na końcu wsypać wiórki, połączyć. 
Wsypać czereśnie, przemieszać.

Masę przełożyć do keksówki lub innej formy wyłożónej folią spożywczą. Wstawić na całą noc do zamrażarki.
Na kilkanaście minut przed podaniem przełożyć do lodówki - lody będą się lepiej kroiły.

Smacznego!


Macie pomysły na zagospodarowanie połowy puszki mleka kokosowego? Nigdy nie używałam go jakoś specjalnie dużo (choć bardzo mi smakuje) i jakoś nie mam weny, co by tu z nim zrobić... I żeby nie było, że nie ma - interesują mnie nie tylko przepisy na słodkości. Wytrawne są bardzo mile widziane (lubię nowe połączenia).

wtorek, 19 lipca 2011

Czereśnie - najprościej

Wczoraj, z okazji wolnego dnia, spędziłam sporo czasu w kuchni. Po pierwsze zmywałam stosy pozostałe po niedzielnym obiedzie (tak, wiem, że tak się robić nie powinno, ale... W końcu są wakacje - każda wymówka jest dobra...), przygotowałam całkiem niezły obiad, i na deser - muffiny. Nie miałam już chęci, ani za bardzo czasu, na coś bardziej skomplikowanego, a przecież coś słodkiego być w domu musi.
W ramach poszukiwania mieszkania umówiłam się z pewną Panią (która w końcu mi mieszkania nie pokazała, ale to w sumie dość nudna historia) w centrum. Wracając, z nieco skwaszoną miną z wiadomych powodów, zaszłam do mojego ulubionego w okolicy Pana Warzywniaka. W niedzielę widziałam jeszcze truskawki, wczoraj już ich niestety nie było. Zamiast kupiłam sobie kilogram pięknych czereśni - ciemnych, soczystych, słodkich - pycha! Zazwyczaj znikają u nas w mgnieniu oka, nie wiadomo nawet kiedy, co do jednej. Tym razem zapobiegliwie, zanim Panowie wrócili do domu, zabrałam troszkę do celów czysto pieczeniowych. Jako, że nie mam drylownicy, męczyłam się z nimi strasznie, ale przy takiej ilości można się poświęcić. Dżemu jednak bym nie zrobiła...

Przepis na muffiny znalazłam w 1 mix, 100 muffins. Od siebie dodałam... Czereśnie. Ale ciasto jest mięciutkie, delikatne, dość słodkie (świetnie zgrałoby się z czerwoną porzeczką) - naprawdę pyszne. Do tego soczyste momenty w postaci czereśni. Bajka. A pracy przy nich tak niewiele... Polecam serdecznie.

I tylko lojalnie ostrzegam - kiedy ciasto wydaje się nie być już aż takie gorące, i łasuch zabiera się za degustację, musi pamiętać, że owoce stygną wolniej... Tak tylko piszę, żebyście chociaż trochę bezpieczniejsi byli...

Muffiny z czereśniami i nutką kokosu



Składniki:
(na 15 sztuk)

suche:
  • 340 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 90 g cukru
  • 20 g wiórków kokosowych

mokre:
  • 2 jajka
  • 250 ml mleka
  • 90 ml oleju
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

dodatkowo:
  • 350 g czereśni

Mąkę przesiać do miski z proszkiem do pieczenia, wymieszać z cukrem, solą i wiórkami.
Jajka roztrzepać w drugiej misce, wlać olej, mleko i ekstrakt, wymieszać.
Czereśnie wydrylować.

Do suchych składników wlać mokre, wymieszać tylko do połączenia składników. Wsypać czreśnie, wymieszać tak, żeby ciasto pokrywało owoce.

Masę wyłożyć do formy na myffiny wyłożónej papilotkami lub wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą.

Piec 20-25 minut w 200 st. C.
Przestudzić.

Smacznego!

Pogoda u nas w kratkę - w ciągu paru godzin mamy mżawkę, słońce, ulewę, wiatr i bardzo ciepłe chwile. Wychodząc z domu nie wiesz, co Cię spotka, a tym samym wybranie odpowiedniego ubrania graniczy z cudem (albo marznę, albo się pocę; nie mogę utrafić tak, żeby było mi dobrze). Ale poza tym jest bardzo przyjemnie: korzystając z tych ciepłych momentów, wybraliśmy się ostatnio nad morze, i uwaga, Panowie się kąpali... Ptysia za to stanowczo odmówiła zamoczenia choćby łapek. Goniła po plaży z inną małą, białą sunią, i bawiła się tak samo dobrze jak my, patrząc na ich harce.

A co teraz...? Czekamy na kolejne ciepłe chwile.