poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Tiramisu z poziomkami na przedślubny stres

Prognozy nie są, niestety, zbyt optymistyczne. Na sobotę zapowiadają deszcze; ale ja im nie wierzę. Musi, po prostu musi być choć trochę słonka. Choćby na zrobienie tych kilku zdjęć...

Tymczasem dzisiaj zaczynam urlop. Stresuję się niesamowicie; muszę przyznać, że jestem na tym etapie, że chciałabym mieć już to wszystko za sobą... Dlatego stosując zasadę pozytywnego myślenia, omijam myśli o weselu szerokim łukiem i skupiam się na tym, co czeka mnie później - wycieczka do Barcelony. I to nie byle jaka, bo przez Amsterdam i Paryż. Już trzy lata nie byliśmy na prawdziwych wakacjach, cieszę się więc jak małe dziecko. Uwielbiam podróże, nowe miejsca, nowe smaki...

Ale póki co czas wracać do sprzątania; Rodzice zjawią się już niedługo, a pokój dla Młodej ciągle bardziej przypomina składzik...

Szybko więc skupmy się na najważniejszym, czyli dzisiejszym przepisie. A mam dla Was coś naprawdę wyjątkowego: tiramisu z poziomkami. Te małe, czerwone kuleczki smakują i pachną lasem; nie da się ich do niczego innego porównać. Uwielbiam!
Ostatnio udało mi się nazbierać całe trzysta pięćdziesiąt gram; było już semifreddo z poziomkami i różaną nutą, teraz czas na kolejny deser.

Tiramisu to coś, czemu nie potrafię się oprzeć; przygotowywałam je już w wielu różnych wersjach i nigdy mnie nie zawiodło. Ta jednak udała się chyba najlepiej; poziomki i delikatna, pomarańczowa nuta w tle, a do tego niebiańsko lekki krem i mięciutkie biszkopty. Mogłabym jeść, i jeść, i jeść... I nigdy by mi się nie znudziło.

Tiramisu z poziomkami


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 2 jajka
  • 250 g serka mascarpone
  • 60 g cukru pudru
  • 1/4 łyżeczki mielonej wanilii
  • 80 g podłużnych biszkoptów
  • 25 ml Cointreau
  • 75 ml soku pomarańczowego
  • 150 g poziomek

dodatkowo:
  • listki świeżej mięty

Żółtka z cukrem pudrem zmiksować na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone i wanilię, zmiksować tylko do połączenia składników.
Białka ubić, partiami dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Sok pomarańczowy wymieszać z Cointreau. Maczać w nim biszkopty po kilka sekund z każdej strony. Połowę ułożyć na dnie szklanek, przykryć połową kremu i posypać połową owoców. Znów ułożyć nasączone biszkopty, resztę kremu i pozostałe poziomki.

Dobrze schłodzić, przed podaniem udekorować listkami mięty.

Smacznego!

Jeśli nigdzie już nie znajdziecie poziomek (u mnie zostały już tylko pojedyncze sztuki) można je zastąpić malinami. Też będzie pysznie!

piątek, 18 sierpnia 2017

Kokos - truskawki - róża. I o tym, jak rozmawiać z szefem

We wtorek miałam wolne, choć tym razem - niestety - tylko teoretycznie. Na jedenastą bowiem musiałam zjawić się w piekarni na spotkaniu. No dobra, niech już będzie. Skoro - podobno - to ważne...
Później miałam jeszcze spotkania w banku i kwiaciarni, a w międzyczasie umówiłam się z C. na kawę. Rzadko ostatnio mamy czas na takie drobne przyjemności jak wizyta w kawiarni i chwila na kontemplację otaczającej nas rzeczywistości. Zabiegani, zestresowani, oboje nie możemy się już doczekać urlopu.
Wracając jednak do sedna; z tej jakże podniosłej okazji (możliwość spotkania z innymi ludźmi bez perspektywy uwalania się mąką i czekoladą), postanowiłam włożyć sukienkę. Lato w tym roku kiepskie, a tu nagle wyszło słonko, a termometr pokazywał całe dwadzieścia dwa stopnie. Otworzyłam więc szafę, przejrzałam jej zawartość i ściągnęłam z wieszaka jedną z czarnych sukienek na każdą okazję - do balerin będzie się nadawała na niezobowiązujące spotkanie, do wysokich obcasów na elegancką kolację. Zadowolona z siebie, wkroczyłam do piekarni cała w uśmiechach, wywołując spore zamieszanie (chyba po raz pierwszy pojawiłam się w czym innym niż znoszona koszulka i pierwsze lepsze spodnie. O trzeciej rano nie bardzo mnie bowiem interesuje, co na siebie wkładam; ważne, żeby było mi ciepło). 
Dzień minął szybko i sympatycznie, i nawet burza, która mnie na sam koniec złapała, nie zepsuła mi humoru.

Następnego dnia zaś mój szef zadał mi pytanie, jakie tylko on jest w stanie zadać: A co zrobisz, jak C. powie w kościele nie...?
Hmm... Jestem pewna, że powie tak. W końcu to on mnie poprosił i cieszy się na to wszystko bardziej niż ja (z natury nieśmiała, nie lubię zbyt dużego zamieszania wokół siebie). Ale nauczona doświadczeniem, z szerokim uśmiechem odpowiedziałam: Założę tę czarną sukienkę, i znajdę kogoś, kto powie tak. 

Dzisiaj mam dla Was nieco spóźniony, ale tak smakowity przepis, że nie mogłam się oprzeć, żeby Wam go nie pokazać.
Zrobiłam go w sezonie truskawkowym; w tym roku jednak truskawki nie był specjalnie słodkie ani pachnące, więc myślę, że z mrożonymi będzie smakował równie dobrze. Delikatna różana nuta nadaje puddingowi wyjątkowego charakteru; muszę też przyznać, że połączenie truskawki, róży i kokosa jest strzałem w dziesiątkę. Sama byłam zaskoczona, jak dobrze się to wszystko skomponowało.
Najlepsze śniadanie, jakie w te wakacje sobie przygotowałam.
Skusicie się...?

Kokosowy pudding chia z musem truskawkowo-różanym


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 400 ml mleczka kokosowego
  • 400 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 2 łyżki miodu
mus:
dodatkowo:
  • kilka truskawek
Mleko kokosowe i krowie wymieszać z miodem i chia, najlepiej trzepaczką, aż zacznie gęstnieć. Schłodzić przez noc w lodówce.
Truskawki umyć, osuszyć, usunąć szypułki. Zmiksować blenderem na gładki mus razem z przecierem różanym.

Pudding przełożyć do szklanek, wierzch polać musem. Udekorować świeżymi truskawkami.

Smacznego!

Tymczasem niecierpliwie odliczam dni do wakacji: trzy...

wtorek, 15 sierpnia 2017

Cukiernicze tajemnice i gofry jogurtowo-miodowe z nutką mięty

Wszyscy mamy tajemnice. Takich, których nie wyjawilibyśmy i za milion dolarów. Ale te sekrety to prywatna sprawa każdego z nas, i nie o nich chcę dzisiaj pisać.
Kiedy zaczęłam interesować się pieczeniem ciast i ich dekoracją, z zapartym tchem oglądałam niesamowite zdjęcia i zastanawiałam się, jak to w ogóle jest możliwe. Dzisiaj wiem, że nie tylko da się większość z tych rzeczy przygotować w domu, ale również, że wcale nie jest to takie skomplikowane. Maleńkie, marcepanowe buciki? Ależ proszę, mogę przygotować parę w dwie minuty. Wystarczy wiedzieć, że tak naprawdę to tylko dwie odpowiednio ze sobą złączone kuleczki. Wymyślny rant czekoladowy, który będzie trzymał formę? Nie ma sprawy, dajcie mi tylko chwilę na porządne zatemperowanie czekolady i kawałek sztywnej folii. Będzie tak widowiskowy, jak tylko można sobie wyobrazić.

Ostatnio jednak odkryłam kolejną ciekawą rzecz, która banalna w swej prostocie z pewnością uratowałaby niejedno ciasto bez wyrazu. W czym rzecz? W soku z cytryny i... Cukrze waniliowym.
Niedawno robiłam w pracy mus z szampana; mimo coraz większej ilości alkoholu, ciągle smakował po prostu jak bita śmietana. Co robić...? Przecież nie dodam całej butelki, bo zamiast musu wyjdzie zupa (co w innych okolicznościach być może nie byłoby problemem, ale w przypadku tortu weselnego - byłam pewna - nie mogło się sprawdzić). Mnie i tort uratowała bardziej doświadczona koleżanka sugerując, żebym dodała odrobinę soku z cytryny i cukru waniliowego. I o ile wiem, że sok z cytryny znacząco wyostrza smak, o tyle na pomysł z cukrem waniliowym zareagowałam lekkim niedowierzaniem. Przecież całość będzie tylko jeszcze słodsza... Ona tymczasem uśmiechnęła się tajemniczo i stwierdziła, że cukier waniliowy to sól cukierników.

I wiecie co...? Ma dziewczyna rację! Już odrobina tych dwóch składników sprawiła, że mus stał się wyrazisty w smaku, a szampan doskonale wyczuwalny nawet po szklaneczce wypitej przy okazji (nie pytajcie; Duńczycy to taki dziwny naród, który wychodzi z założenia, że odrobina alkoholu w pracy jeszcze nikomu nie zaszkodziła).
Zapamiętajcie więc sobie: gdy musowi brakuje charakteru, można wydobyć jego głęboko ukryte walory odrobiną cukru waniliowego. Jeśli mi nie wierzycie - spróbujcie i tak. Bo co Wam szkodzi...?

Wolne wtorki to dla mnie okazja do śniadaniowych szaleństw. C. jest zazwyczaj w pracy, mogę więc sobie dogadzać nie zastanawiając się, czy jemu aby na pewno będzie smakować. Tym razem sięgnęłam po przepis z bloga Aleksandry, bo bardzo spodobał mi się pomysł na gofry o subtelnym zapachu miodu. 

Gofry są chrupiące z zewnątrz i mięciutkie w środku, cudownie puszyste i naprawdę pyszne. Podane z jogurtem i miodem nie są zbyt słodkie, ale idealnie wyważone, a miodowy aromat wyraźny, ale stonowany. Dodatek mięty sprawia, że całość jest świeża i cudownie letnia.
Spróbujcie, póki jeszcze mamy lato.

Gofry jogurtowo-miodowe


Składniki:
(na 10-15 gofrów)
  • 300 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 270 g jogurtu greckiego
  • 80 g miodu
  • 3 jajka
  • 150 g masła
  • 150 ml mleka
dodatkowo:
  • jogurt
  • miód
  • listki mięty
Mąkę przesiać z proszkiem i sodą.
Miód dokładnie wymieszać z jogurtem.
Masło rozpuścić, wymieszać z mlekiem i jajkiem. Dodać jogurt z miodem, połączyć. Wlać mokre składniki do suchych, dokładnie wymieszać.

Smażyć gofry w nagrzanej gofrownicy.

Podawać z jogurtem wymieszanym z miodem i listkami mięty.

Smacznego!


Szczerze mówiąc, nie jestem pewna, ile dokładnie mi ich wyszło; w czasie pieczenia podjadałam i tak mi zasmakowały, że straciłam rachubę... 
Ale nie martwcie się, dla dwóch osób wystarczy.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Internet na zgubę i poziomkowo-różane semifreddo

Ten, kto wymyślił Internet, zrobił to na moją zgubę. Doskonale zdaję sobie sprawę, że to pożeracz czasu - zdjęcia czy filmiki można oglądać godzinami, tak samo rozmawiać z ludźmi, których nigdy się na oczy nie widziało, a wydaje się, że są nam bliżsi od tych, których mamy na co dzień w zasięgu ręki. Kierując się naczelną zasadą, że Internet to tylko dodatek do życia, a nie jego zamiennik, staram się nie spędzać przed komputerem za dużo czasu. Zamiast pisać ze znajomymi na twarzoksiążce, wolę umówić się z nimi na pogaduchy przy herbacie. Wyjść na spacer do lasu, gdzie psy będą hasać jak szalone i dostarczą mi więcej powodów do śmiechu niż wszystkie najzabawniejsze koty razem wzięte. Powłóczyć się po mieście, przymierzyć kieckę i powąchać perfumy, zamiast kilka razy kliknąć bezduszny przycisk i czekać na paczkę, której zawartość najprawdopodobniej mnie rozczaruje. 

A teraz przepadłam. Na własną zgubę nieopatrznie kliknęłam Pinterest, i teraz nie mogę się oderwać. Wiecie, ile tam zdjęć z ciastami? I to takimi, że szczęka opada na kolana, oczy otwierają się szerzej, niż w ogóle myślałam, że jest to możliwe, a z piersi dobywają się jęki podziwu i zazdrości? Ja sobie nawet nie potrafię wyobrazić. Klikam więc i klikam, oglądam, przypinam i... Czas ucieka mi przez palce. Godziny mijają, a ja z zachwytem wpatruję się w kolorowe obrazki. 
Na szczęście ciągle jeszcze potrafię wrócić do rzeczywistości. I idę do kuchni piec ciasto, którym nakarmię prawdziwych, żywych ludzi. 
Chyba straciłam na chwilę głowę...

Dzisiaj mam dla Was przepis na jedne z najlepszych lodów, jakie zdarzyło mi się jeść. Smakują wyjątkowo i zaskakująco, choć tak naprawdę nie ma w nich żadnych niezwykłych składników. Ot, trochę śmietany, jajek i cukru, poziomek i płatków róży. Nic wymyślnego ani egzotycznego. Składniki, które można znaleźć na każdej sklepowej półce i w przydrożnym lesie. A efekt powala. Ja nie mogłam się oderwać - zakochałam się na zabój. Połączenie delikatnego, leśnego smaku poziomek z romantycznym aromatem róży zniewala.
Dla takich lodów warto porzucić nawet Pinterest.

Semifreddo poziomkowo-różane


Składniki:
(na silikonową formę do babki z kominem o pojemności 2 l)

Poziomki z różą zmiksować blenderem na gładki mus.
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając 50 g cukru pudru.
Kremówkę ubić na pół sztywno.
Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone, zmiksować tak, żeby nie było grudek. Dodać mus owocowy, zmiksować. Partiami dodawać kremówkę, delikatnie mieszając łyżką. Na końcu dodać bezę, delikatnie połączyć.

Masę przelać do formy, wyrównać wierzch.
Zamrozić minimum przez 3-4 godziny.

Wyjąć z zamrażarki 10-15 minut przed podaniem.

Smacznego!


Z mojego wyczekiwanego, wolnego weekendu zrobił się weekend pracujący, i to na wysokich obrotach. Padam z nóg.
Idę pooglądać zdjęcia. Ciast. Z polewą lustrzaną. 
Ach!

czwartek, 10 sierpnia 2017

Najlepsze lody orzechowe

Pamiętacie jeszcze o przesileniu letnim? Te cudownie długie dni, rozpoczynające się tak wcześnie... Niestety, ale już zaczynam widzieć skutki nieubłaganie płynącego czasu. Znów, gdy wstaję do pracy, jest zupełnie ciemno. Pierwszy spacer z Pączusią odbywa się przy świetle latarń i księżyca; gdy niebo jest zachmurzone i ogrodowe ciemności są nieprzeniknione, muszę naprosić się dłuższą chwilę, żeby psa raczyła mi towarzyszyć.

Lato zmierza ku końcowi. Ciągle jeszcze spacerkiem, powoli; ale nie da się tego nie zauważyć. Poranki są chłodne (choć właściwsze byłoby określenie: jeszcze chłodniejsze), wieczory coraz krótsze, a śliwa sąsiada obsypana jest już owocami w głębokim odcieniu fioletu (choć jeszcze trochę im brakuje do pożądanej słodyczy). Nasza mizerna jabłonka, po reanimacji, jakiej dokonał na niej C., obsypana jest gęsto coraz większymi jabłuszkami. 
A ja zastanawiam się, jak to może być, że lato się kończy, choć tak naprawdę wcale go w tym roku nie było...?

Na złagodzenie tych ponurych rozmyślań mam dzisiaj dla Was lody. I to nie byle jakie, bo orzechowe. I to podwójnie!
Już podczas wakacji w Polsce nabrałam chęci na lody orzechowe, chociaż nigdy nie znajdowały się w czołówce tych ulubionych. Ale wiadomo - chętki przychodzą czasem na rzeczy bardzo zaskakujące. Najczęściej równie szybko odchodzą; nie tym razem jednak.
Po powrocie ciągle o tych lodach myślałam. A gdy kupiłam mielone orzechy włoskie wiedziałam, że nie mam wyboru.

Lody przygotowałam klasycznie - na dużej ilości żółtek, użyłam też maszyny do lodów. Do masy dodałam likieru orzechowego nie tylko dla wzmocnienia smaku, ale też z uwagi na konsystencję; dzięki temu dodatkowi nawet po kilku dniach w zamrażarce nie zamarzają na kość i łatwo nakłada się je łyżką po kilku minutach od wyjęcia z chłodziarki. 
Absolutnie genialnym dodatkiem są orzechy w karmelu - długo zachowują chrupkość i sprawiają, że lody stają się zupełnie wyjątkowe. Nie wyszło mi ich dużo, ale to nie dlatego zniknęły w ekspresowym tempie. Jedne z lepszych, jakie jadłam; i mówię to ja, która za orzechowymi lodami wcale nie szaleje...
Spróbujcie koniecznie; póki ciągle mamy lato.

Lody orzechowe z karmelizowanymi orzechami


Składniki:
(na 900 ml lodów)
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 ml mleka
  • 100 g mielonych orzechów włoskich
  • 5 żółtek
  • 150 g cukru
  • 2 łyżki likieru orzechowego

karmelizowane orzechy:
  • 75 g cukru
  • 75 g orzechów włoskich

Kremówkę, mleko i orzechy zagotować. W tym czasie ubić żółtka z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać gorące mleko do żółtek, cały czas miksując. Przelać masę z powrotem do garnka, podgrzewać, cały czas mieszając, aż nieco zgęstnieje (nie gotować). 
Przecedzić, ostudzić, dodać likier i schłodzić w lodówce.

Orzechy grubo posiekać.
Na patelni skarmelizować cukier. Gdy nabierze złoto-brązowej barwy, wrzucić orzechy i dokładnie wymieszać tak, żeby karmel pokrył je z każdej strony. Wyłożyć orzechy cienką warstwą na papier do pieczenia, zostawić do ostygnięcia. 
Orzechy w karmelu połamać na małe kawałki (najlepiej wałkiem do ciasta).

Masę na lody przelać do maszynki. Pod koniec dodać pokruszone orzechy. Przełożyć lody do pudełka, zamrozić.

Smacznego!


Ja tymczasem idę się wykąpać i spać; przerażamnie fakt, że muszę wstać już za sześć i pół godziny...

wtorek, 8 sierpnia 2017

Wieczór panieński po duńsku i cobbler. Rabarbarowo-miodowy

Wczoraj zostałam wzięta z zaskoczenia. I to tak, że szczęka opadła mi do samych kolan. 

Dzień zaczął się niezbyt szczęśliwie; zaspałam. I to o półtorej godziny! W panice umyłam zęby, zarzuciłam na siebie pierwsze ubranie, które nawinęło mi się pod rękę i bez choćby łyka gorącej herbaty ruszyłam w noc. Brak śniadania, makijażu i rozbudowanej porannej toalety zaowocował piętnastominutowym spóźnieniem. A moi potworni koledzy, zamiast mi choć odrobinę współczuć wyrazili nieskrywaną radość z powodu ciasta na środę (zasady są proste: ten, kto się spóźni, zaczyna lub kończy ferie albo ma urodziny - stawia). 
Rozdygotana, na szczęście zdążyłam ze wszystkim na czas i chwilę przed jedenastą już myślałam o powrocie do domu i wygodnej kanapie, której wołanie słyszałam nawet z odległości tych stu kilometrów. Jeszcze tylko musiałam wyciągnąć marchewkę z zamrażarki, gdy nagle szefowa wydarła się na całą piekarnię: Gdzie ona jest? No tu jestem, już idę przecież... Zaciągnęła mnie do biura tłumacząc, że przyszło zamówienie na jakieś dziwne ciasto, i muszę na nie popatrzeć i powiedzieć, czy dam radę. Stoję więc przed monitorem, a ona oczywiście nie może znaleźć zdjęć. Poczekaj, zaraz przyjdę. No to czekam. Za chwilę wpada jak burza, ciągnie ma za rękaw i jak najęta tłumaczy, że muszę zajrzeć w listę zamówień. Zupełnie nie rozumiem tego nadzwyczajnego poruszenia z powodu jakiegoś ciasta, wchodzę do piekarni nieco zdezorientowana, a tam moje szalone koleżanki stoją z wielkim, błyszczącym od brokatu transparentem Wieczór panieński Anny. Jesteś gotowa?

Nie byłam. Ale tym akurat nikt się nie przejął.

Przebrały mnie w różowe, falbaniaste i sterczące na wszystkie strony tutu, białe pończochy, koszulkę z muffinem i napisem ratunku, wychodzę za mąż, różowy welon i królicze uszy. Natapirowały włosy, nałożyły taką ilość niebieskich cieni, która nawet rybkę Wandę przyprawiłaby o zawrót głowy, a usta wysmarowały niezmywalną, ogniście czerwoną pomadką. Ach, jaka byłam piękna!
Tak wystrojoną wsadziły do auta, nie pozwoliwszy zabrać telefonu, dokumentów czy butelki z wodą, i zabrały w pola. Tam wsadziły na konia (kucyka właściwie) i kazały jeździć. To jeździłam, choć muszę przyznać, że czułam się w tej roli bardzo niepewnie. Gdy już pozwoliły mi zsiąść, znów zapakowały do samochodu i zabrały na lunch. Po drodze do restauracji wyręczyły torebkę pełną cukierków i kazały je sprzedawać - za pięć koron albo całusa. Powiem tak - sprzedałam trzynaście, a bogatsza się nie zrobiłam. Brawo ja.

(Rada na przyszłość - jeśli nagle ogarnie Was nieodparta potrzeba bycia obcałowywaną przez obcych mężczyzn, idźcie do sklepów sportowych. Tam panowie zawsze są na tak.)

Po lunchu i jednym truskawkowym daiquiri pojechałyśmy dalej. Tym razem wylądowałam w poczekalni, gdzie po chwili wyszedł do mnie pan w lekarskim fartuchu i zaproponował tarmudskylning, na co ochoczo się zgodziłam, wprowadzając go w lekkie osłupienie. Gdy wyszedł, wytłumaczono mi bardzo poważnym tonem, co to znaczy: płukanie jelit... Ochota przeszła mi od razu. Gdy wrócił, zaczął tłumaczyć mi procedurę, a ja bladłam coraz bardziej... Widząc moją nieszczęśliwą minę zaproponował, że w takim razie zrobimy tatuaż. Tutaj uśmiechnęłam się od ucha do ucha i powiedziałam, że mam jeden wymarzony, tylko nie mam przy sobie telefonu, ale bez problemu znajdę obrazek w internecie (tak; w końcu zorientowałam się, że robią mnie w konia). Pan westchnął, zdjął fartuch i zaprosił mnie do gabinetu, który okazał się być studiem nagraniowym. Wydzierałyśmy się więc przez następną godzinę, a pan obiecał zrobić z tego coś nadającego się do słuchania. 
Lękam się. Niewypowiedzianie.
Bo i owszem, śpiewam ochoczo, ale tylko wtedy, gdy mam pewność, że nikt mnie nie usłyszy...

Gdy wróciłam do domu i C. zobaczył moje najróżowsze z różowych tutu i królicze uszy, tylko przytulił i pogłaskał po plecach, tłumiąc śmiech. 
A ja pięknie mówię tak (stali Czytelnicy bloga doskonale wiedzą, że po duńsku to znaczy dziękuję) za ogromną niespodziankę i fantastyczny dzień. Działo się, oj działo... Jestem pewna, że nigdy tego nie zapomnę.

Tymczasem mam dla Was przepis na bardzo prosty i zaskakująco pyszny deser.
Wszystko zaczęło się od Komarki i jej lodów z malinami. Ogromnie mi się spodobały; a że akurat nabyłam drogą kupna sporą ilość malin, nie mogłam sobie odmówić. Zajrzałam jednak na stronę Half baked harvest, z której przepis pochodzi, a tam w składzie były miodowe ciasteczka... I też mi się ich zachciało. Tymczasem przepis na ciasteczka okazał się być bardziej kompleksowy; tak naprawdę był to bowiem cobbler. I tak wspaniale na zdjęciach wyglądał... A że robi się go szybko i prosto, czym prędzej zabrałam się do pracy. Z przepisu Tieghan wychodzi dwa razy więcej ciasteczek, niż potrzeba. W poniższym przepisie odpowiednio dopasowałam proporcje, ale i tak uważam, że powinniście przygotować więcej ciasteczek. Wtedy będziecie mogli zrobić też lody...

Zamiast truskawek użyłam malin, zmniejszyłam też nieco ilość cukru. Cobbler smakuje genialnie podany na ciepło z lodami waniliowymi. Takie proste, a tak zaskakująco pyszne. 
Po prostu nie można się oprzeć.

Cobbler malinowo-rabarbarowy z miodowymi ciastkami


Składniki:
(na formę o średnicy 25 cm)
  • 375 g malin
  • 175 g rabarbaru
  • 100 g cukru kokosowego
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli
miodowe ciastka:
  • 165 g mąki pszennej
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 60 g zimnego masła
  • 65 g jogurtu naturalnego
  • 45 g miodu
dodatkowo:
  • 30 g masła
  • 1 łyżka cukru perłowego
Rabarbar pokroić na kawałki o grubości 1 cm. Wymieszać z malinami, cukrem, skórką z cytryny, ekstraktem z wanilii i solą. Przełożyć do formy, odstawić.

Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać. Dodać masło pokrojone na kawałki, rozetrzeć palcami. 
Jogurt wymieszać z miodem, dodać do ciasta. Szybko zagnieść.

Ciasto rozwałkować na grubość 1 cm. Wykrawać szklanką koła, układać na owocach.

Pozostałe masło rozpuścić, polać nim wierzch ciastek. Posypać cukrem perłowym.

Piec w 180 st. C. przez 35-40 minut.

Podawać na ciepło z lodami.

Smacznego!


A na koniec mały bonus, ale ostrzegam - zerkacie na własną odpowiedzialność.
Ja w tutu i króliczych uszach, o tutaj.

Tymczasem idę piec ciasto.
Kto to słyszał, żeby trzeba było zabierać ze sobą ciasta do cukierni...?

niedziela, 6 sierpnia 2017

Kwintesencja malinowości. I przdślubny stres

Czy wiecie, że za trzy (trzy!; jeden, dwa, trzy!) tygodnie będę mężatką...? Muszę przyznać, że fakt ten staje się coraz bardziej realny i... Przerażający. Czuję głęboki wewnętrzny przymus do stania się dorosłą. I tak; mam całkiem nieźle płatną pracę, którą lubię, milionowy kredyt w banku i dom, który za trzydzieści ileś tam lat będzie mój. Ale dopiero perspektywa wyjścia za mąż sprawiła, że poczułam się jak prawdziwy dorosły. Nieco nieufnie spoglądam na pudełko z obrączkami i zastanawiam się, czy moje życie nagle zmieni się tak, jak alarmują romansidła i kobiecie poradniki. Gdy tylko skończy się miesiąc miodowy, stanę się kurą domową, która będzie tylko sprzątać, gotować i prać brudne skarpetki...? 

No cóż, chyba dopada mnie przedślubny stres. Proszę, pocieszcie mnie, że nie ja jedna tak mam...

Tymczasem mam dla Was wyjątkowo udane ciasto z malinami. Bardzo chciałam wykorzystać syrop, który przygotowałam w bzowym sezonie, a poza tym marzyło mi się ciasto udekorowane półkulami z musu. Widziałam je już chyba wszędzie; czyżby nowa moda...?

Pierwszy raz przygotowałam sernik bez spodu; nie brakowało mi go smakowo, ale przekładanie delikatnego ciasta na paterę może być sporym wyzwaniem. Jeśli nie chcecie ryzykować przełamania ciasta na pół, doradzam kruchy lub ciasteczkowy spód. Sernik będzie stabilniejszy.
Masa serowa jest ciężka i kremowa, z wyraźnym smakiem polskiego twarogu. Dzięki dodatkowi soczystych, kwaskowych malin zyskuje charakteru. Mus jest bardzo prosty i szybki do wykonania, słodki i oryginalny w smaku. Nuta kwiatów czarnego bzu jest dobrze wyczuwalna, ale nie dominuje. Urozmaica. Wprawia w zaskoczenie.
Dekoracja jest prosta, a jednocześnie całkiem efektowna. Muszę przyznać, że jestem z tego ciasta wyjątkowo zadowolona. Choć muszę pamiętać, żeby w końcu kupić sztywną folię do wykładania brzegów tortownicy - ciasta z musami zdecydowanie zyskają na aparycji.

Malinowe pyszności znajdziecie dzisiaj również u Ani i Eweliny.

Sernik z malinami i musem malinowo-bzowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

masa serowa:
  • 600 g twarogu zmielonego 3-krotnie
  • 250 g serka mascarpone
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 5 jajek
  • 125 g cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonej wanilii
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 225 g malin
mus malinowo-bzowy:
dodatkowo:
  • kilka świeżych malin
  • liofilizowane maliny
  • kilka bezików
  • kwiaty czarnego bzu
Twaróg, mascarpone, kremówkę, żółtka, cukier, wanilię i mąkę zmiksować tylko do połączenia składników. Białka ubić na sztywną pianę. Partiami dodawać do masy serowej, delikatnie mieszając łyżką. Na koniec dodać maliny, delikatnie wymieszać.

Masę przelać do formy, której dno wyłożone jest papierem do pieczenia, a boki posmarowane masłem.
Razem z formą do piekarnika wstawić naczynie z wrzątkiem.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 50 minut.
Ostudzić w zamkniętym piekarniku.

Ostudzone ciasto wstawić do lodówki.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Syrop lekko podgrzać - powinien być letni.
Kremówkę ubić na pół sztywno.
Żelatynę odcisnąć, włożyć do małego garnuszka i rozpuścić uważając, żeby za mocno jej nie podgrzać. Dodać do letniego syropu, wymieszać. Wlać syrop do śmietany, delikatnie połączyć.

Nieco musu przełożyć do foremek w kształcie półkul, zamrozić. Pozostały mus wyłożyć na sernik, wyrównać powierzchnię i wstawić do lodówki.

Całkowicie zamrożone półkule wyjąć z formy. Udekorować ciasto zamrożonym musem, świeżymi i liofilizowanymi malinami, bezami i kwiatami.

Smacznego!


Tymczasem wolny weekend dobiegł końca. Za szybko, oj, za szybko.
Na szczęście przede mną kolejny - już za tydzień.
Chyba muszę zagrać w lotka, wyjątkowa ze mnie szczęściara.

piątek, 4 sierpnia 2017

Placuszki z ricotty. Z (prawie) jagodami

Wtorek (też wolny; aż sama nie wierzę we własne szczęście) rozpoczęłam od zrobienia czarnych kresek na powiekach i ubrania się w jedną z letnich sukienek; bez rajstop i swetra. Zachwycona zaistniałym stanem rzeczy, razem z C. wręcz frunęłam na kolejne z licznych przedślubnych spotkań. Tym razem ustalaliśmy kolor obrusów, sposób złożenia serwetek, strategię rozmieszczenia stołów, ilość i wielkość bukietów, miejsce, gdzie będzie nas można obsypać ryżem, godziny spotkania, zwiedzania i toastów, zainstalowanie muzyków, bezglutenowego gościa, i tak dalej, i tym podobnie... Godzina minęła, zanim się spostrzegliśmy, ale przynajmniej - takie mam wrażenie - mamy wszystko pod kontrolą. Przynajmniej w kwestii stołów. Teraz pozostaje tylko usadzenie gości; jeśli posadzimy na zmianę raz Polaka, a raz Duńczyka, to wesele będzie bardzo ciche i spokojne... Ale obawiam się, że skończy się na więcej niż jednym pijanym gościu.

Po powrocie do domu, gdy C. natychmiast ruszył do swoich pracowniczych obowiązków, czyli wybył na resztę dnia, zmieniłam czym prędzej sukienkę na szorty i koszulkę, a baleriny na wygodne adidasy, po czym przypięłam psom sznurki i ruszyłyśmy cieszyć się słonkiem. Po drodze Pączusia rzuciła się na jeden z krzewów dalszego sąsiada, a ten niespodziewanie buchnął motylami. W jednej chwili poderwało się z niego chyba z pięćdziesiąt kolorowych owadów, ogarniając nas cicho szumiącą chmurą. Muszę przyznać, że stałam na środku ulicy z lekko rozchylonymi ustami, chłonąc ten niecodzienny widok i zastanawiając się, jakby to było unieść się w powietrze razem z nimi...

Gdy w końcu wróciłyśmy do domu, zachwycone i lekko zasapane (to drugie głównie Ptysia i ja; Pączusia nadal miała chęć gonić za piłką po ogrodzie) stwierdziłam, że najwyższy czas na śniadanie. Tylko co by tutaj zjeść...? Nie miałam chęci na kanapki; mam wrażenie, że ostatnio jem ich zdecydowanie nie dużo, i to na wszystkie posiłki w ciągu dnia. Zajrzałam do lodówki; wodziłam oczami po jej zawartości, a synapsy pracowały na najwyższych obrotach; co z czym, jak, i czy aby na pewno...? W końcu wyjęłam ricottę i borówki amerykańskie (w Danii czarne leśne jagody to towar luksusowy niedostępny zwykłym śmiertelnikom nawet za cenę porzeczek) i stwierdziłam, że będą placuszki.

Muszę przyznać, że to najdelikatniejsze pancakes, jakie przyszło mi jeść. Dzięki ricotcie i ubitym białkom są lekkie jak chmurki, co niestety sprawia, że przy obracaniu ich na patelni trzeba wykazać się niezwykłym wyczuciem i delikatnością. Jednak kiedy już się uda, nagrodzą nas nie tylko uroczym wyglądem, ale też bajecznym smakiem. Dzięki dodatkowi borówek są soczyste i zyskują nieco bardziej wyrazisty charakter; z dodatkiem świeżych owoców i syropu klonowego smakują wybornie!
Gdybym rankami miała więcej czasu, mogłabym je jeść codziennie aż do Bożego Narodzenia i jestem pewna, że by mi się nie znudziły.

Placuszki z ricotty z jagodami/borówkami


Składniki:
(na 9 placuszków)
  • 1 jajko
  • 100 g serka ricotta
  • 60 ml mleka
  • 2 łyżki oleju
  • 30 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 40 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 100 g jagód/borówek amerykańskich

dodatkowo:
  • syrop klonowy
  • jagody/borówki amerykańskie
  • olej do smażenia

Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia.
Żółtko, ricottę, mleko, olej, cukier i cukier waniliowy zmiksować na gładką masę. Dodać mąkę, zmiksować.
Białko ubić. Dodać do ciasta, delikatnie mieszając łyżką. Na końcu dodać jagody.

Smażyć małe placuszki na niewielkiej ilości oleju z obu stron na złoto-brązowy kolor.
Podawać ciepłe z syropem klonowym i świeżymi owocami.

Smacznego!


Gdy pisałam tego posta, Pączusia ni z tego ni z owego, nagle postanowiła mi pomóc. Z zacięciem zaczęła wciskać na zmianę alt i spację, nie osiągnąwszy jednak pożądanych rezultatów (jakiekolwiek by one nie były) stwierdziła, że zdecydowanie bardziej produktywne będzie ułożenie się na stosie koców i poduszek i poświęcenie swojego jakże cennego czasu na drzemkę. 
A ja, muszę przyznać, miałam ogromną ochotę pójść w jej ślady...

środa, 2 sierpnia 2017

Nocna owsianka. Bardzo owocowa

Jak ten czas pędzi! Wiecie, że do mojego Wielkiego Dnia (tak, tak, z wielkich liter; bo to naprawdę Wielki Dzień), zostały raptem dwadzieścia cztery dni...? Niby dużo, a tak naprawdę bardzo niewiele. Tyle jeszcze jest do zrobienia... Powoli zaczynam czuć jakiś dziwny ucisk w żołądku. Nie to, żeby nagle naszły mnie wątpliwości... Mam zdecydowanie za krótkie nogi i planuję zbyt wysokie obcasy, żeby bawić się w uciekającą pannę młodą. Ale to duże przedsięwzięcie, i boję się, że coś pójdzie nie tak. Że zapomnimy o czymś ważnym (o obrączkach na przykład. Albo cała znajomość duńskiego wywietrzeje mi z głowy, i nie będę potrafiła odpowiedzieć na jedno z najważniejszych pytań w moim życiu), że fryzura rozpadnie mi się w najważniejszym momencie albo potknę się o tren mojej wspaniałej sukni. Albo, co gorsza, potknie się kto inny. No wiecie, taki ze mnie Kubuś fatalista...

Czas pędzi nieubłaganie, ale życie obok mnie toczy się swoim normalnym rytmem. Co oznacza pobudki o wpół do czwartej nad ranem i piętnaście minut na zjedzenie śniadania. Przygotowuję więc puddingi chia i nocne owsianki, które dodają mi energii na kilka pierwszych godzin i pozwalają jakoś przetrwać półtorej godziny w samochodzie bez narażania na szwank siebie i innych.

Tym razem zmiksowałam to, co akurat ostało się w lodówce i na kuchennym blacie: ostatni, lekko już sczerniały banan, dwie nektarynki, o których wszyscy zapomnieli, trochę jogurtu, nieco mleka i oczywiście zagęszczacze w postaci nasionek chia i płatków owsianych. 
Wyszło pysznie! Niezbyt słodko, ale całość zawsze można polać sobie miodem. Mocno owocowe, sycące śniadanko. W sam raz na rozpoczęcie kolejnego aktywnego dnia.

Bananowo-nektarynkowa nocna owsianka z chia


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 1 banan
  • 2 nektarynki
  • 400 g jogurtu greckiego
  • 300 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 3 łyżki drobnych płatków owsianych

dodatkowo:
  • jeżyny
  • czerwone porzeczki

Banana obrać, z nektarynek usunąć pestki. Zmiksować owoce blenderem na gładki mus. Dodać jogurt, mleko, chia i płatki owsiane, dokładnie wymieszać, najlepiej trzepaczką, aż masa zacznie gęstnieć.
Odstawić na noc do lodówki.

Schłodzony pudding przełożyć do szklanek, podawać z jeżynami i porzeczkami.

Smacznego!

A na weekendowe śniadanie planuję coś ekstra. W końcu bowiem będziemy mieli trochę czasu na celebrowanie wspólnego posiłku; a musicie wiedzieć, że takie luksusy nie zdarzają się co dzień...

poniedziałek, 31 lipca 2017

Mus truskawkowo-miętowy na skandynawską nutę

Wolny piątek - słyszeliście o czymś takim...? Ja, muszę przyznać, od dawna już nie pamiętam, że coś takiego w ogóle istnieje. Odkąd rozpoczęłam pracę w piekarni, piątki to jedne z najbardziej zapracowanych dni - trzeba przygotować wszystkie specjalne zamówienia na weekend, torty ślubne, urodzinowe i na chrzty, a także całą masę drobiazgów, żeby w sobotę jak najłatwiej wszystko ogarnąć. Tymczasem w miniony czwartek, godzinę przed pójściem do domu, szef złożył mi propozycję nie do odrzucenia - dzień wolny. Oczywiście, był haczyk - dzisiaj musiałam wstać o wpół do pierwszej, żeby być w pracy na trzecią. Ale czego nie robi się dla wolnego piątku...?

Oczywiście, pogoda niezbyt dopisała, a C. o takich luksusach może tylko pomarzyć. W końcu więc dokładnie odkurzyłam cały dom, żeby później z czystym sumieniem zagłębić się w lekturze i... Przygotować kilka smakołyków, oczywiście. Ostatnio odwiedziłam moje tajemnicze poziomkowe miejsce, i wróciłam do domu z całymi trzysta pięćdziesięcioma gramami tego dobrodziejstwa. Wykorzystałam je do... 
Ale o tym innym razem.
Dzisiaj ostatni dzień akcji Ani, a więc i mój ostatni skandynawski przepis.

Recepturę znalazłam w Bage og sylte, nr 3/2017, i od razu zwróciłam na nią uwagę. Po pierwsze, mus ma piękny, pastelowo-różowy kolor. Po drugie zawiera dodatek mięty, która na dobre rozpanoszyła się w ogródku i ciągle szukam nowych pomysłów na jej wykorzystanie. A połączenie jej z ostatnimi już chyba w tym roku truskawkami wydawało się znakomitym pomysłem.
Mus wyszedł lekki, intensywnie truskawkowy i lekko miętowy (mięta imbirowa jest dużo subtelniejsza od zwykłej; jeśli więc użyjecie innej odmiany, radzę dodawać ją po trochu, żeby nie zdominowała truskawkowego smaku), zaskakująco sycący. Naprawdę pyszny.
Spróbujcie, póki jeszcze można na targach kupić truskawki.

Mus truskawkowo-miętowy


Składniki:
(na 4 porcje)

  • 3 listki żelatyny
  • 250 g truskawek
  • 50 g cukru
  • 3 łodyżki mięty imbirowej
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
dodatkowo:

  • 2 truskawki
  • kilka listków i kwiatów mięty imbirowej
żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Truskawki umyć, osuszyć, usunąć szypułki. Pokroić na ćwiartki, włożyć do garnka razem z cukrem. Zagotować; gotować przez 5-10 minut, aż owoce zaczną się rozpadać. Zmiksować blenderem na gładki krem. Dodać listki mięty, zmiksować. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać łyżką do jej całkowitego rozpuszczenia.
Ostudzić.

Kremówkę ubić na pół sztywno. Dodać do ostudzonej masy truskawkowej, delikatnie mieszając łyżką. Przełożyć mus do szklanek, schłodzić w lodówce minimum 3 godziny.

Przed podaniem udekorować truskawkami oraz listkami i kwiatami mięty.

Smacznego!


Jest to moja ostatnia propozycja do akcji Ani:

piątek, 28 lipca 2017

Bardzo skandynawska tarta nie tylko na skandynawską kieszeń

Patrząc na moje przepisy dodane do akcji Ani można by pomyśleć, że Skandynawowie w ogóle, a Duńczycy w szczególności, jeszcze nie wpadli na pomysł, żeby do ciast i deserów dodać coś innego niż rabarbar. Oczywiście, jest to bzdura na resorach; powiem więcej: rabarbar wcale aż tak bardzo przez Duńczyków lubiany nie jest. Oni bowiem wolą zdecydowanie słodkie smaki; kwaskowatość rabarbaru jest zarezerwowana dla koneserów.
Takich jak ja. A że dorobiłam się w tym roku całych trzech rabarbarowych krzaczków (które, o dziwo, nawet teraz jeszcze mnie w rabarbarowym szaleństwie podtrzymują licznymi różowo-zielonymi łodygami), nie mogę się po prostu powstrzymać. Część z przepisów przygotowałam jeszcze w maju, gdy już myślałam o akcji wiedząc, że później może nie być czasu na przetestowanie tylu przepisów, ile bym sobie życzyła. Później zaś nadal korzystałam z rabarbarowego dobrodziejstwa, i tak się jakoś rabarbarowo kulało... Aż tu nagle okazało się, że tematem wspólnego gotowania jest skandynawski deser z owocami leśnymi! Zaskoczona i lekko zdezorientowana, czym prędzej wysłałam C. do sklepu, a sama rozpoczęłam poszukiwania odpowiedniego przepisu.

W oko wpadła mi tarta z Scandilicious baking Signe Johansen. Z tym, że w oryginale jest z czerwonymi porzeczkami. Wygląda piękne! Ale ten, kto kiedyś próbował kupić czerwone porzeczki w Danii ten wie, że to frykasy tylko dla elit. Bo, uwaga, tutaj kilogram porzeczki kosztuje... Sto polskich złotych! Rozumiecie...? Rozbój w biały dzień! Mnie na to nie stać; poczekam, aż drzewko w ogrodzie zacznie owocować, i wtedy się porzeczkami nasycę. Póki co stawiam na owoce leśne, w których skład wchodzą właśnie wyżej wymienione czerwone porzeczki, a także ich czarne kuzynki, jagody, maliny oraz jeżyny. Sami widzicie - mieszanka jest odpowiednio kwaskowa, dzięki czemu świetnie kontrastuje z intensywnie migdałową, słodką masą. 
Zamiast marcepanu użyłam masła migdałowego, w którego skład wchodzą tylko migdały i sól. Jeśli zdecydujecie się na marcepan lub dosładzaną masę, koniecznie zmniejszcie ilość cukru! 
Moja masa jest dość ciemna, ponieważ migdały zmielono całe, razem ze skórkami. Jeśli zależy Wam na lepszym kontraście kolorystycznym, zdecydujcie się na marcepan lub jasną masę migdałową.

Inne propozycje na skandynawskie ciasta z owocami leśnymi znajdziecie u Siankoo, Mopsika i Ani.

Tarta z masą migdałową i owocami leśnymi


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 24 cm)

spód:
  • 200 g mąki pszennej
  • 50 g cukru
  • 100 g zimnego masła
  • 1 jajko
masa migdałowa:
  • 330 g masła migdałowego
  • 150 g cukru
  • 100 g miękkiego masła
  • 4 jajka
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 100 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 300 g mieszanki owoców leśnych
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać pokrojone w kostkę masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć nim formę, formując brzegi.
Schłodzić w lodówce przez 60 minut.

Po tym czasie ciasto gęsto nakłuć widelcem, położyć na nim arkusz papieru do pieczenia i wysypać groszkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Masło migdałowe utrzeć z cukrem. Dodać miękkie masło, zmiksować. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt, połączyć. Na końcu dodać mąkę, zmiksować tylko do połączenia składników.

Masę migdałową równomiernie rozłożyć na ostudzonych cieście. Na wierzch wysypać owoce leśne, delikatnie wciskając je w masę. 

Piec w 180 st. C. przez około 20 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis oczywiście dodaję do akcji Ani:

środa, 26 lipca 2017

Cukrowy szczyt i spóźniony syrop z bzu i malin

Parę tygodni temu w duńskiej telewizji premierę miał program, który przyprawił o szybsze bicie serca nie tylko cukierniczych amatorów, ale też profesjonalistów. Mowa o Sukkertoppen, czyli Cukrowym szczycie. Dwie pary cukierników co tydzień dostają dwa zadania; wygrani przechodzą dalej. Pierwsze z nich to dwa razy po trzydzieści jednoosobowych ciastek; wygląd i składniki są dowolne, zawsze jednak jest jakiś składnik główny, na przykład rabarbar czy truskawki. Drugie zadanie to ciasto dla trzydziestu osób, gdzie narzucony jest temat i jeden z elementów ciasta (w jednym z programów były to las i ciasto francuskie). Na przygotowanie wszystkiego uczestnicy mają określony czas, jednak do studia przychodzą już przygotowani; listę zadań dostają bowiem z wyprzedzeniem.

Spodziewałam się czegoś absolutnie fantastycznego. I choć niektóre z przysmaków zrobiły na mnie wrażenie, to inne wywołały lekkie zdumienie. Tak proste i oczywiste na taki konkurs...? Mogliby się, moim zdaniem, nieco bardziej postarać.
Zresztą, to nie tylko moje zdanie. Jurorzy, którymi są Nikolaos Strangas (Grek, który pracował w wielu restauracjach z gwiazdkami Michelin, przygotowywał desery dla słynnego D'Angleterre, a obecnie ma swoją cukiernię w Kopenhadze) oraz Ronnie Holmen (nowy szef cukierniczy w Odense Marcipan), również wyrażają swoje rozczarowanie prostotą wykonanych ciast.
Z drugiej strony program oglądam razem z C., który nie może się nadziwić, jak oni to wszystko robią... Domyślam się więc, że na widzach, którzy z branżą cukierniczą nie mają wiele wspólnego, show zdecydowanie robi wrażenie.

Póki co z niecierpliwością czekam na wielki finał - uczestnicy będą przygotowywać torty ślubne.
Poza tym zabawnie jest patrzeć na Ronniego, z którym nie tak dawno rozmawiałam o moim torcie ślubnym...

Dzisiaj mam dla Was przepis, na którego przygotowanie będziecie musieli poczekać do przyszłego roku. Wszystko dlatego, że czarny bez dawno już przekwitł, a ja jakoś nie miałam czasu przygotować wpisu. Syrop jednak wyszedł tak pyszny, że jestem pewna, iż jego idea nie wywietrzeje Wam z głów nawet do przyszłego lata.

Przepis podpatrzyłam w Hjemmets bedste mad, nr 6/2016; zmieniłam tylko truskawki na maliny, a gotowy syrop, zamiast mrozić, zagotowałam i zamknęłam w butelkach.
Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania! Kolor ma fenomenalny, pachnie obłędnie, a smakuje tak, że mogłabym tylko to pić przez całe lato (co zresztą razem z C. uskuteczniamy; zostały mi raptem dwa słoiczki). Koniecznie sobie ten przepis zapiszcie; przyda się w kolejnym bzowym sezonie.

Syrop malinowo-bzowy


Składniki:
(na 2 l syropu)
  • 450 g malin
  • 15 kwiatostanów czarnego bzu
  • 1 cytryna
  • 1 l wody
  • 1 kg cukru

Maliny umyć, osuszyć i rozgnieść widelcem. Przełożyć do miski.
Na owocach ułożyć kwiaty bzu pozbawione grubszych łodyżek. Cytrynę wyszorować, pokroić w cieknie plastry, ułożyć na wierzchu.
Z cukru i wody zagotować syrop. Gorącym zalać owoce z kwiatami. Odstawić na 3 doby w chłodne miejsce (może być lodówka), codziennie mieszając.

Syrop przecedzić przez sitko wyłożone czystą, kuchenną ściereczką. Przelać do garnka, zagotować. Gorący przelewać do wyparzonych słoiczków lub butelek, mocno zakręcać. Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Przepis dodaję do akcji Ani:

poniedziałek, 24 lipca 2017

Duńskie ciasto z rabarbarem. I o tym, jak moja przyszłość zawisła na włosku. Czy może raczej na odnóżu...?

Boję się pająków.
Nie jestem pewna, czy to dobry moment i miejsce na takie wyzwania, ale co mi tam. Raz się żyje.
Nie to, że mnie brzydzą (choć to też); one przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Na samą myśl o tych ośmiu odnóżach na mojej skórze dostaję spazmów. Każde zaobserwowanie stawonoga kończy się piskiem i wezwaniem C. na ratunek. Zazwyczaj przybywa z odsieczą z miną wskazującą na odczuwane politowanie... Ale co tam. Najważniejsze, że się ich pozbywa, a ja mogę znów czuć się we własnym domu jak u siebie.

W weekend, po kąpieli, wyszłam spod gorącego prysznica rozgrzana i różowiutka, pachnąca nowym, morelowo-truskawkowym mydłem. Owinęłam się mięciutkim, kremowym szlafrokiem, włożyłam puchate, fioletowe skarpetki i zadowolona weszłam do sypialni. Moje czujne oko od razu dostrzegło jakąś dziwną, czarną plamę na prześcieradle. Podeszłam bliżej, zapaliłam światło i... W tym momencie plama dała nura pod kołdrę! 
Przysięgam, takiego pisku nie wydałam z siebie od pamiętnej sytuacji z domniemanym szczurem. C. wpadł do pokoju nim mój krzyk zdążył przebrzmieć. W dłoni, zamiast miecza, dzierżył łapkę na muchy, co było zdecydowanie mniej romantyczne, na uznanie jednak zasługuje jego błyskawiczna reakcja i brak krzywego uśmiechu, który zawsze mnie tak irytuje. Wydukałam nieskładnie, że pod kołdrą jest pająk, i że jeśli on się go natychmiast nie pozbędzie, to ja się wyprowadzam.
Pisząc tego posta, siedzę na kanapie w moim własnym salonie, wniosek nasuwa się więc sam: pająk został pokonany. Choć muszę przyznać, że i tak niespecjalnie dobrze spałam tamtej nocy...

Po opowiedzeniu tej mrożącej w żyłach krew historii w pracy usłyszałam: To za ile wystawiliście dom na sprzedaż...?
Ha. Ha.

Przepis na to ciasto z rabarbarem znalazłam na blogu Pistachio. Spodobał mi się bardzo, bo są w nim same dobre rzeczy: miękkie, waniliowe ciasto ucierane, karmelizowany rabarbar i krem budyniowy. Niewielki dodatek kardamonu nadaje mu wyrazistego, niecodziennego charakteru. Czy może być coś lepszego...?
Przygotowanie, choć obejmuje kilka etapów, jest banalnie proste i wcale nie zajmuje dużo czasu. A ciacho wychodzi obłędne! Delikatne, słodko-kwaśne i wilgotne, a do tego długo zachowuje świeżość. 
Czy ktoś w ogóle mógłby próbować mu się oprzeć...?

Duńskie ciasto z rabarbarem, kardamonem i budyniem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

krem budyniowy:

  • 250 ml mleka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 jajko
  • 50 g cukru
  • 15 g mąki ziemniaczanej
  • 15 g masła
ciasto:

  • 175 g miękkiego masła
  • 175 g cukru
  • 4 jajka
  • 200 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
nadzienie rabarbarowe:

  • 400 g rabarbaru
  • 30 g masła
  • 50 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
dodatkowo:

  • 30 g płatków migdałowych
Mleko zagotować.
Jajko, cukier i mąkę roztrzepać, powoli wlewać gorące mleko, cały czas mieszając. Przelać całość do garnuszka, podgrzewać, cały czas mieszając, aż budyń zgęstnieje. Zdjąć z palnika, dodać pokrojone w kostkę masło, wymieszać aż do jego rozpuszczenia.
Ostudzić.

Rabarbar pokroić na 2cm kawałki.
Na patelni rozgrzać masło, dodać cukier. Gdy się rozpuści, dodać rabarbar, wymieszać i smażyć 2-3 minuty, aż rabarbar się skarmelizuje.
Ostudzić.


Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt, połączyć. 
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą. Partiami dodawać do masy maślano-jajecznej, miksując na najniższych obrotach miksera. 

Ciasto przelać do wyłożonej papierem do pieczenia formy. Na wierzchu równomiernie rozłożyć masę budyniową, a na niej lekko odsączony rabarbar. Posypać płatkami migdałowymi.

Piec w 180 st. C. przez około 1 godzinę.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

czwartek, 20 lipca 2017

Duńska sztuka i prawie duńskie drożdżówki. Z marcepanem i porzeczkami

W zeszły piątek, jak co roku zresztą, wybraliśmy się na sztukę wystawianą przez 7kanten. Co roku w Varde przez trzy tygodnie na przełomie czerwca i lipca, codziennie grana jest ta sama sztuka. W tym roku był to duński klasyk, czyli Midt om natten. Oryginalny film z Kimem Larsenem, jednym z najpopularniejszych piosenkarzy pokolenia moich Rodziców, jest prawdziwym hitem. Znają go wszyscy. Nawet ja obejrzałam już ładnych parę lat temu. Tym bardziej byłam ciekawa sztuki.
Okazało się, że została mocno odnowiona (film jest z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku). Tutaj bohaterowie posługują się komórkami i odnotowują kolejne kroki przedsięwzięcia na facebooku.

Historia jest prosta - grupa młodych ludzi nielegalnie zamieszkuje opuszczone budynki. Po najeździe policji rozpraszają się po całej Kopenhadze. Główny bohater nie chce jednak na to pozwolić; znajduje opuszczone magazyny, i z pomocą znajomych odnawia je na tyle, aby można było je zasiedlić. Problemy zaczynają się, gdy pojawia się Spacey, który według plotek zginął podczas policyjnego najazdu. Okazuje się, że Spacey nie tylko jeździ na wózku inwalidzkim, ale ma poważne zatargi z lokalnym gangiem, wobec którego ma spore długi za heroinę. Jest więc kolejna napaść, a w to wszystko miesza się burmistrz, który nie chce w swoim mieście dzikich osiedli. Jest też miłość, przyjaźń, zdrada i... Wiecie co...? Nie powiem Wam więcej; sami obejrzyjcie film.
Na zachętę dodam, że z pewnością znacie jednego z duńskich aktorów w nim występujących: Ove Sprogøe, czyli nieśmiertelnego Egona Olsena.

Sztuka, choć znaczącą się od filmu różniła, wywołała ciarki. Świetna muzyka, rewelacyjni aktorzy (znów drugoplanowi skradli cały występ), gra na żywo - to wszystko sprawia, że już niecierpliwie czekam na kolejną. A za rok Chaplin - the musical.

Oczywiście, jak zwyczaj nakazuje, zabrałam ze sobą przekąski. Tym razem upiekłam orzechowe ciasteczka (o których innym razem) i drożdżówki z porzeczkami. Puszyste, maślane ciasto drożdżowe połączyłam z typowo duńską masą marcepanową: mazarin masse. To tylko marcepan, cukier, masło, jajka i mąka, a smakuje naprawdę wybornie. Dzięki niej bułeczki nabierają migdałowego smaku i niesamowitej wilgotności. Dla przełamania słodyczy - ostatnie zamrożone porzeczki. Można dodać też czarne, i w sumie wskazane jest zwiększenie ich ilości - u mnie to były ostatki.

Drożdżówki z masą marcepanową i porzeczkami


Składniki:
(na formę 30x22 cm)
  • 650 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 80 g cukru
  • 300 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 80 g masła
  • 1 łyżeczka soli
masa marcepanowa:
  • 100 g surowego marcepanu
  • 100 g cukru
  • 100 g miękkiego masła
  • 2 jajka
  • 30 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 175 g czerwonych porzeczek
  • 2 łyżki mleka
  • 2 łyżki cukru perłowego
  • 20 g płatków migdałowych
Masło rozpuścić, przestudzić.
Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać 100 ml mleka. Odstawić na 10-15 minut, aż na powierzchni pojawią się bąbelki. Dodać pozostałe mleko i cukier, wbić jajko. Zagnieść. Powoli wlać masło, na końcu dodać sól. Wyrobić gładkie, nieco lepkie ciasto.

Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować masę migdałową. 
Marcepan utrzeć z cukrem, następnie dodać masło, dokładnie zmiksować tak, żeby nie było grudek. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu dodać mąkę, wymieszać tylko do połączenia składników.
Odstawić.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, delikatnie podsypując mąką. Rozwałkować na prostokąt o wymiarach 45x35 cm, posmarować masą marcepanową, równomiernie posypać porzeczkami. Zwinąć ciasno wzdłuż dłuższego boku, pokroić ostrym nożem na 12 kawałków.

Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia, ułożyć w niej płasko kawałki ciasta.
Odstawić do napuszenia na 15-20 minut.

Po tym czasie posmarować bułeczki mlekiem, posypać migdałami i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani. Przepis na masę marcepanową mam z pracy, połączenie jej z porzeczkami jest już niemal duńskim klasykiem, a puszyste, maślane drożdżowe jest uniwersalne dla całego chyba świata.

wtorek, 18 lipca 2017

Szalona wyprawa C. i brownie. Z wiśniami i chałwą

O tym, że zmieniłam Niemca na Francuza, już Wam pisałam. Nie wspomniałam jednak, co było przyczyną tak zdecydowanego kroku. Odpowiedź jest prosta: rdza. Zżera biednego mercusia od spodu niczym wygłodzona mysz. A Duńczycy to naród specyficzny, rdzy nie tolerujący. Gdy nadszedł więc w końcu tak przerażający nas moment, czyli przegląd, zgodnie z naszymi najczarniejszymi przewidywaniami, autko go nie przeszło. I nie przejdzie, póki rdzy nie usuniemy. Do ostatniej, najmniejszej plamki. 
Oczywiście, koszt takich zabiegów w Danii przekracza - i to znacznie - wartość samochodu. C. jednak czuje się z nim związany bardzo grubym emocjonalnym sznurkiem, stwierdził więc, że działania podejmiemy w Polsce. Wiązało się to z karkołomną wyprawą, którą odbył w zeszły weekend. Nocna jazda do moich Rodziców, zostawienie autka pod pieczą Taty i powrót busem. 
I tu zaczynają się schody...

Kiedy w końcu udało mi się znaleźć firmę, której pracownicy chcieli ze mną rozmawiać w miarę przystępny sposób, byłam zachwycona. Ustaliliśmy odjazd na niedzielę między ósmą a dziewiątą, i wszystko byłoby pięknie, gdyby przed szóstą C. nie dostał smsa z lakoniczną informacją, że odjazd, z uwagi na awarię busa, opóźni się o pięć godzin.
Na tę wieść uniosłam brew w wyrazie irytacji, i czym prędzej sięgnęłam po telefon, żeby się w sprawie rozeznać. Pani, która wcześniej była bardzo miła, w niedzielę o siódmej rano nagle stała się dość nieprzyjemna i burkliwa. Na moje pytanie, co się właściwie dzieje odparła, że bus się zepsuł i trzeba sprowadzić nowy. Z Koszalina. Aha. Czy w takim wypadku mają przewidziane zniżki dla klientów? Oczywiście, że nie - niemal krzyknęła moja rozmówczyni z wyraźnym oburzeniem. Przecież to wypadek losowy, i co niby oni mają na to poradzić...? Na usta cisnęła mi się riposta, że trzymanie zapasowych busów na miejscu, zamiast na drugim końcu Polski, byłoby całkiem niezłym początkiem... 
I żebyście nie zrozumieli mnie źle - nie chodzi mi o to, że nagle chciałam zaoszczędzić. Ale gdyby pani zaproponowała, choćby i najdrobniejszą, rekompensatę, miałabym wrażenie, że zależy jej na kliencie. Zamiast tego burczała na mnie rozeźlonym głosem, co sprawiło, że pomyślałam, że albo takie sytuacje zdarzają się tak często, że nie mogą pozwolić sobie na straty z tym związane, albo swoich klientów mają po prostu w nosie. I jedna, i druga opcja sprawiły, że z pewnością już z ich usług korzystać nie będę.
Czarę przepełnił fakt, że kierowca, mimo solennych zapewnień wtedy jeszcze miłej pani, po angielsku potrafił wybąkać ze dwa zdania, co według mnie płynną angielszczyzną nie jest. Biedny C. zupełnie nie potrafił się z nim dogadać; na szczęście jeden z pasażerów przyszedł mu z pomocą. 
Nie jest lekko, oj nie...
Albo to może ja jestem zbyt wymagająca...?

Czekając na C. pomyślałam, że umilę mu powrót do domu ciastem. Zbiegło się to ze wspólnym wiśniowym gotowaniem, sięgnęłam więc po przepis z bloga Ginger & honey, który kusił mnie od dawna. Połączenie kleistego, intensywnie czekoladowego brownies z kwaskowatymi wiśniami i słodką chałwą jest obłędne. Sprawdziłam już to połączenie w torcie urodzinowym i wiedziałam, że się nie zawiodę. Ciasto wyszło bardzo wyraziste w smaku, z odpowiednio zbalansowaną słodyczą i głębokim smakiem. I mimo, że dość ciężkie, nie sposób oprzeć się dokładce...

Po przepisy na inne smakołyki z wiśniami koniecznie zajrzyjcie do MirabelkiAni i Mopsika.

Brownie z wiśniami i chałwą


Składniki:
(na formę 20x20 cm)
  • 75 g ciemnej czekolady (70%)
  • 75 g mlecznej czekolady
  • 115 g masła
  • 20 g kakao
  • 70 g cukru
  • 3 jajka
  • 95 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
dodatkowo:
  • 115 g wydrylowanych wiśni (mogą być ze słoika)
  • 100 g chałwy
Czekolady posiekać, umieścić w garnuszku razem z masłem, rozpuścić. Zdjąć garnek z palnika, dodać kakao i cukier, wymieszać. Po jednym wbijać jajka, dokładnie mieszając po każdym dodaniu (najlepiej trzepaczką). 
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą, dodać do masy czekoladowej. 
Przelać masę do formy, na wierzchu ułożyć wiśnie, na nie pokruszyć chałwę.

Piec w 170 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Mirabelki: