poniedziałek, 22 maja 2017

Majowe wakacje, rewelacje i kakaowy pudding chia. Z malinami

Calusieńką sobotę spędziłam na sprzątaniu. W tak zwanym międzyczasie zaobserwowałam jeden krwawiący palec (przyczyna rzeczonego krwawienia nadal pozostaje dla mnie zagadką), pod drugi zaś wbiłam sobie drzazgę (chyba. Nie widziałam nic, ale bolało tak, jakby coś siedziało tuż pod paznokciem). Muszę nadmienić, że było to sprzątanie powyżej codziennych standardów, obejmowało bowiem umycie obu lodówek, zmianę pościeli i dokładne wyszorowanie odpływów (tu akurat miał się okazję wykazać C.).
Kiedy w końcu skończyłam i usiadłam na sofie wyraźnie z siebie zadowolona, stwierdziłam, że przede mną pakowanie. Uff... Na szczęście mam listę; bez listy zawsze czegoś ważnego zapomnę. Bo nie wiem, czy wiecie, ale jadę na wakacje. Przez półtora roku nie miałam tyle wolnego, a teraz proszę - całe dwa tygodnie! Jedziemy więc do Polski odwiedzić Rodziców i zrobić bardzo poważne zakupy obejmujące białą sukienkę, garnitur i obrączki. Ach, no tak; o tym być może również zapomniałam napisać - wychodzę za mąż

Po takich rewelacjach mam dla Was propozycję bardzo prostego i szybkiego w przygotowaniu deseru lub śniadania. Puddingi chia goszczą u mnie bardzo często; są idealne na zabiegane poranki, gdy nie mam czasu na przygotowywanie skomplikowanych śniadań, a zjadłabym coś innego niż płatki na mleku czy granolę. Mieszam więc pod wieczór chia z mlekiem, jogurtem i paroma dodatkami, żeby rano móc rozkoszować się wyjątkowo pysznym smakiem.

Tym razem kakao, odrobina miodu i świeżutkie, aromatyczne maliny. Więcej do szczęścia nie trzeba.

Pudding jogurtowo-kakaowy z chia i malinami


Składniki:
(na 2-3 porcje)
  • 300 g jogurtu naturalnego
  • 200 mleka
  • 3 łyżki kakao
  • 3 łyżki nasion chia
  • 3 łyżki miodu

dodatkowo:
  • 200 g malin

Jogurt, mleko, kakao, chia i miód dokładnie wymieszać, najlepiej za pomocą trzepaczki. Mieszać tak długo, aż masa wyraźnie zgęstnieje. Schłodzić w lodówce przez noc.

Przełożyć pudding do miseczek lub szklanek. Kilka malin odłożyć, resztę zmiksować blenderem na gładką masę. Mus malinowy wyłożyć na pudding, udekorować pozostałymi owocami.

Smacznego!


Z racji wakacji na blogu zapanuje cisza przez najbliższe dwa tygodnie. Być może uda mi się coś w międzyczasie wrzucić, ale nic nie obiecuję.
Mam nadzieję, że na mnie cierpliwie poczekacie.

piątek, 19 maja 2017

Piątki z piłką. Dwa

Jak już wspominałam w zeszłym tygodniu, zostałam poproszona o przygotowanie tortów na konfirmację kuzyna C. Zgodziłam się z radością, choć w piłce nożnej nigdy nie dopatrzę się jakiejkolwiek logiki. Dwudziestu spoconych, dorosłych mężczyzn uganiających się za piłką, i dwóch próbujących ją złapać, którzy biegają i pocą się zdecydowanie mniej. I miliony, których ekscytacji na tym punkcie zrozumieć nie mogę...
Nie oceniam ani nie neguję, po prostu nie rozumiem. Torty jednak w kształcie piłek przygotowałam z prawdziwą przyjemnością.

Pierwszy był mocno czekoladowy; począwszy od ciasta, poprzez trzy rodzaje musu: z białej, mlecznej i ciemnej czekolady. Stwierdziłam jednak, że skoro są dwa, a nie wszyscy są tak zagorzałymi fanami czekolady, drugi przygotuję w wersji nieco lżejszej i bardziej wiosennej. Padło więc na aromatyczne truskawki, delikatną ricottę i odrobinę rumu dla przełamania smaku. Wyszło bosko! Cały tort był dokładnie taki, jak zaplanowałam: orzeźwiający, lekki i delikatny, ale w żadnym razie nie mdły. A dekoracja zadowoliła konfirmanta, nie było więc na co narzekać.
Z tortu zostały raptem dwa małe kawałki, uznaję więc go za pełen sukces.
Można przygotować go w tortownicy o średnicy około 28 cm, i udekorować według własnych upodobań. Takie połączenie smaków warto bowiem wykorzystać również przy innych okazjach. 

Póki co, więcej piątków z piłką nie będzie. Ale kto wie, jak się życie ułoży; może jeszcze kiedyś do tematu wrócimy.

Tort piłka truskawkowy


Składniki:
(na miskę o pojemności 3 l)
  • 65 g surowego marcepanu
  • 65 g cukru pudru
  • 85 g miękkiego masła
  • 5 jajek
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 86 g białej czekolady

mus rumowy z truskawkami:
  • 500 g sera ricotta
  • 225 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 3 łyżki rumu
  • 6 listków żelatyny
  • 50 ml mleka
  • 400 g truskawek

krem maślany:
  • 125 g miękkiego masła
  • 500 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 3 łyżki mleka

dekoracja:
  • marcepan plastyczny
  • czarny i zielony barwnik spożywczy w paście

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, przestudzić.
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier.
Marcepan, cukier puder, masło, żółtka, cukier waniliowy i przesianą mąkę utrzeć na jednolitą masę. Dodać czekoladę, zmiksować. Partiami dodawać bezę, delikatnie mieszając łyżką.

Masę równomiernie rozłożyć na blasze z piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15-18 minut.
Ostudzić.

Miskę wyłożyć folią spożywczą.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Ricottę zmiksować z cukrem waniliowym.
Mleko zagotować, zdjąć garnuszek z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Dodać do serka, zmiksować. Dodać rum, połączyć.
Kremówkę ubić na pół sztywno, delikatnie wmieszać łyżką do kremu.
Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki i pokroić na ćwiartki. Dodać do kremu, połączyć.

1/3 kremu wyłożyć do miski, przykryć ciastem. Następnie znów wyłożyć krem, później ciasto, resztę kremu i przykryć ostatnim blatem ciasta.
Schłodzić przez noc w lodówce.

Masło utrzeć na puszystą, jasną masę. Partiami dodawać cukier puder, cały czas miksując. Dodać ekstrakt i sól, połączyć. Powoli wlewać mleko, cały czas miksując.

Kremem maślanym obłożyć tort. Jeśli miska nie była idealnie okrągła, skorygować kształt tortu. Obłożyć białym marcepanem. Część pozostałego marcepanu zafarbować na czarno. wyciąć z niego pięciokąty, ułożyć na torcie tak, aby uformować wzór piłki. Pozostały marcepan zafarbować na zielono, udekorować boki tortu, tworząc trawę.

Smacznego!

C. dzielnie pomagał przy dekoracji; robiąc trawę, rozerwał dwa sitka. 
Drogi biznes z takim pomocnikiem...

środa, 17 maja 2017

Jeżynowo-jogurtowy pudding chia. I o tym, że pszczoły bywają niebezpieczne

Już na wstępie chciałabym Was lojalnie uprzedzić: to jest wpis tylko dla Czytelników o mocnych nerwach.
Żeby później nie było, że nie ostrzegałam...

W poniedziałek, mając lat trzydzieści, miesięcy osiem i dni siedem, zostałam po raz pierwszy w życiu użądlona przez pszczołę. Boli cholerstwo niesamowicie! Podstępna, przyczepiła się do mnie już w ogródku, czego w swej naiwności nie zauważyłam. Stoję więc sobie w kuchni, nucę pod nosem Jingle bells (nie pytajcie; ta melodia prześladuje mnie przez okrągły rok), aż tu nagle coś mnie załaskotało w ramię. Pewna, że to jakiś włos czy inny pyłek, niecierpliwie machnęłam dłonią. Na blacie, ni z tego, ni z owego, wylądowała pszczoła. Natychmiast zawołałam C., żeby czym prędzej się z nią rozprawił, zanim kogoś użądli. I wtedy poczułam ból w ramieniu...
Z paniką spojrzałam w oczy C. i wykrztusiłam: Chyba mnie użądliła... Zerknął fachowo, jednym sprawnym ruchem wyciągnął żądło i orzekł, że należy przyłożyć kostkę cukru. Uniosłam brew, bo wydawało mi się to co najmniej dziwnym pomysłem. C. już jednak wkładał buty i pędził do sklepu, bo w domu mamy przynajmniej siedem rodzajów cukru, ale żadnego w kostkach.
Gdy wrócił, zastał mnie w bujanym fotelu, ściskającą ramię i cóż... Kiwającą się w tył i w przód. Teraz już wiem, że takie użądlenie to nie przelewki, a komary to przy tym pikuś.

W czasie, gdy ja snułam te ponure rozmyślania, C. odpakował cukrowy sześcian, po czym, dokładnie go wpierw obśliniwszy, przyłożył do śladu po użądleniu. Moja zniesmaczona mina szybko zmieniła się w błogą, gdy ze szczerym zdziwieniem stwierdziłam, że to naprawdę działa! 
Dzisiaj już nic mnie nie boli, a w miejscu użądlenia czuję tylko dziwne zgrubienie. Niech żyją Duńczycy i naturalne sposoby na wszystko!

Ach, zapomniałabym! Wiecie, co powiedział C., wynosząc z kuchni martwą pszczołę...? 
Biedna pszczoła... Bo wiesz, to nie była osa, tylko jedna z tych dobrych...
Tu pozwoliłam sobie na niemy protest. Ale że cukier działał, zostawiłam go dla siebie.

Tymczasem mam dla Was kolejną propozycję na śniadanie pierwsze, drugie, deser lub podwieczorek. Nie ma to jak uniwersalność!

Pisałam Wam niedawno, że przytargałam do domu całe mnóstwo owoców. Zużyłam je bardzo szybko; głównie po prostu podjadając po jednej czy dwie jagódki prosto z lodówki. Z części jeżyn przygotowałam jednak znakomity pudding z dodatkiem chia, suszonych jagód acai i jogurtu. Muszę przyznać, że pomysł z jogurtem jest wręcz genialny! Jeśli zamiast łyżką, wymieszacie wszystko porządnie trzepaczką, całość lekko się spieni, dzięki czemu gotowy pudding będzie miał wyjątkowo lekką i delikatną konsystencję. Musze przyznać, że mnie ten efekt bardzo przyjemnie zaskoczył. 
Mocno owocowy, z lekko chrupiącymi nasionkami, pudding doda energii na kolejnych kilka godzin; nawet, jeśli są bardzo intensywne.

Jeżynowo-jogurtowy pudding chia


Składniki:
(na 2-3 porcje)
  • 300 g jogurtu naturalnego
  • 200 ml mleka
  • 3 łyżki chia
  • 100 g jeżyn
  • 1 łyżka suszonych jagód acai
  • 3 łyżki miodu

dodatkowo:
  • jeżyny
  • maliny

Jeżyny zmiksować blenderem, przetrzeć przez sitko. Wymieszać jogurt, mleko, chia, jeżynowe puree, acai i miód. Mieszać trzepaczką przez kilka minut, aż masa wyraźnie zgęstnieje. Odstawić na noc do lodówki.

Pudding przełożyć do szklanek, podawać ze świeżymi owocami.

Smacznego!


A Wy? Macie sprawdzone sposoby na użądlenia...?

poniedziałek, 15 maja 2017

Dżem truskawkowy. Bez cukru, za to z chia

Niedzielny wieczór. Właściwie to późne popołudnie; wieczory dla mnie praktycznie nie istnieją. W każdym razie o godzinie dwudziestej nadal jest ciepło i jasno, a ja mogę siedzieć w ogrodzie w lekkiej bluzce i letniej spódnicy, popijać herbatkę (poważnie zaczynam się zastanawiać nad przygotowaniem zapasu mrożonej) i cieszyć się chwilą spokoju. 

W Danii Dzień Matki przypada zawsze w drugą niedzielę maja, zeszły tydzień był więc ciągnącym się w nieskończoność pasmem harówki; niemniej efekty były satysfakcjonujące. Pamiętacie moje różowe ciasto? Zostało docenione na tyle, że szef wybrał je na główną atrakcję w Dniu Matki. Przygotowaliśmy ich... Cóż, dużo. Musze jednak przyznać, że mimo zmęczenia, czuję się lekko z siebie dumna. Szczególnie, że reklama trafiła na pierwszą stronę Østbirk Avis, co zdecydowanie wpłynęło na sprzedaż i morale. 

A dzisiaj mam dla Was przepis, który przyda się może nie dziś i nie jutro, ale że sezon na truskawki zapasem stwierdziłam, że to już najwyższy czas na truskawkowe przepisy.

Pomysł na ten dżem znalazłam u nieocenionej Angie, i od razu mi się spodobał. Wprost przepadam za puddingami chia, dżem wydawał się więc doskonałym krokiem naprzód w naszej znajomości. Przygotowałam go zgodnie z oryginałem; to raptem trzy składniki, które znakomicie się uzupełniają. Nie ma tu cukru, warto więc poczekań na naprawdę dojrzałe i słodkie truskawki. Dzięki nasionkom szałwii hiszpańskiej zyskuje ciekawą strukturę i całkiem gęstą, udającą frużelinę, konsystencję. Delikatny miodowy smak świetnie uzupełnia truskawki, naprawdę ciężko się od niego oderwać. 
I muszę przyznać, że mam ogromną ochotę na kolejne owocowe eksperymenty z chia...

Truskawkowy dżem z chia


Składniki:
(na 3 słoiki)
  • 1 kg truskawek
  • 3 łyżki miodu
  • 4 łyżki nasion chia

Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki. Owoce przekroić na połówki lub ćwiartki, umieścić w garnku o grubym dnie i gotować 15-20 minut, aż większość truskawek się rozpadnie. Dodać miód, wymieszać do połączenia składników. Następnie dodać chia i gotować kolejne 15 minut, od czasu do czasu mieszając.

Gorący dżem przełożyć do wyparzonych słoiczków, mocno zakręcić i odstawić do góry dnem do całkowitego ostudzenia.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Tymczasem coraz niecierpliwiej odliczam dni do urlopu. 
Pięć.

piątek, 12 maja 2017

Piątki z piłką. Jeden

Nie lubię piłki nożnej.
Tak sobie pomyślałam, że to dobry sposób na rozpoczęcie tego posta. Żeby od razu wszystko było jasne. Niemniej, lubię sprawiać radość innym; szczególnie, jeśli przy okazji mogę upiec ciacho.

Jakież było moje zdziwienie, gdy kilka tygodni temu dostałam smsa zaczynającego się słowami Hej słodka Aniu. Hmmm... Pisze ktoś, kto mnie zna, ale nie za dobrze. Albo czegoś ode mnie chce.
Okazało się, że to jedna z ciotek C. z pytaniem, czy przygotuję tort na komunię jej syna. Wargi rozciągnęły mi się w uśmiechu; pewnie, że tak! I to z przyjemnością.
Dowiedziałam się, że tort, a właściwie dwa, mają być w kształcie piłek do piłki nożnej, i że wnętrze pozostawia mojemu uznaniu, ale Albert przepada za czekoladą. 

Łatwiej być już nie mogło, prawda...? Czekoladowo-marcepanowy spód przygotowałam z przepisu, który Odense marcipan rozdaje na swoich szkoleniach w zakresie tortów weselnych. Do tego prosty mus czekoladowy, ale w trzech smakach: białej, mlecznej i ciemnej czekolady. Tort wyszedł nie za słodki, za to obłędnie czekoladowy i stosunkowo lekki. Zgarnął mnóstwo pochwał od fanów czekolady i zniknął w trzech czwartych, co biorąc pod uwagę, że poza moimi ciastami były też lody, dwa rodzaje brownie i urocze, malutkie desery Sarah Bernhard (kiedyś Wam pokażę, bo to duńska klasyka), uznaję to za pełen sukces. 

Tort piłka czekoladowy


Składniki:
(na miskę o pojemności 3 l)
  • 65 g surowego marcepanu
  • 65 g cukru pudru
  • 85 g miękkiego masła
  • 5 jajek
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 86 g ciemnej czekolady (58%)

musy czekoladowe:
  • 100 g białej czekolady
  • 100 g mlecznej czekolady
  • 100 g ciemnej czekolady (75%)
  • 6 listków żelatyny
  • 800 ml śmietany kremówki (38%)

krem maślany:
  • 125 g miękkiego masła
  • 500 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 3 łyżki mleka

dekoracja:
  • marcepan plastyczny
  • czarny i zielony barwnik spożywczy w paście

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, przestudzić.
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier.
Marcepan, cukier puder, masło, żółtka, cukier waniliowy i przesianą mąkę utrzeć na jednolitą masę. Dodać czekoladę, zmiksować. Partiami dodawać bezę, delikatnie mieszając łyżką.

Masę równomiernie rozłożyć na blasze z piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15-18 minut.
Ostudzić.

Miskę wyłożyć folią spożywczą.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
300 ml kremówki zagotować.
W tym czasie osobno posiekać każdy rodzaj czekolady, przełożyć do trzech misek. 
Kremówkę zdjąć z palnika, dodać żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Rozlać śmietanę równomiernie do misek z czekoladą, wymieszać, aż czekolada się rozpuści. Przestudzić.

Pozostałą kremówkę ubić na sztywno. Dodać 1/3 śmietany do każdej czekolady, delikatnie połączyć.

Na dno miski wyłożyć biały mus. Przykryć ciastem. Następnie wyłożyć mus z mlecznej czekolady, przykryć warstwą ciasta. Na końcu wyłożyć mus z ciemnej czekolady, przykryć krążkiem ciasta.
Schłodzić przez noc w lodówce.

Masło utrzeć na puszystą, jasną masę. Partiami dodawać cukier puder, cały czas miksując. Dodać ekstrakt i sól, połączyć. Powoli wlewać mleko, cały czas miksując.

Kremem maślanym obłożyć tort. Jeśli miska nie była idealnie okrągła, skorygować kształt tortu. Obłożyć białym marcepanem. Część pozostałego marcepanu zafarbować na czarno. wyciąć z niego pięciokąty, ułożyć na torcie tak, aby uformować wzór piłki. Pozostały marcepan zafarbować na zielono, udekorować boki tortu, tworząc trawę.

Smacznego!

Jeśli macie chęć przygotować taki tort w innym kształcie, proporcje będą pasować do formy o średnicy 28-30 cm. 
Ciasta z tego przepisu zostanie, ale można z niego przygotować pyszne trufle czy bajaderki. Niedługo Wam pokażę, co ja przygotowałam z resztek.

środa, 10 maja 2017

Truskawki i tymianek. Drożdżówki

Niedziela. Wstałam o zawstydzająco późnej godzinie (choć należy wziąć poprawkę na fakt, że co drugi weekend budzik wyrywa mnie z łóżka o wpół do pierwszej w nocy, w związku z czym godzina ósma, dla innych zupełnie normalna, mi wydaje się niesamowitym luksusem), a po wejściu do rozświetlonej porannym słońcem łazienki stwierdziłam, że to będzie dobry dzień.
Ubrałam się w czarne skarpetki, czarne getry (zwane modnie legginsami) oraz czarną bluzkę z rękawem trzy czwarte (kolor bielizny pominę, nie jest istotny dla sprawy). Zadowolona z siebie, wyszłam do ogrodu, gdzie C. już czekał rozłożony na sofie. Popatrzył na mnie spod oka i spytał, gdzie ja się tak ubrana wybieram. Nigdzie - odparłam zgodnie z prawdą, nie rozumiejąc uszczypliwości. Zjedliśmy śniadanie (boskie gofry z poprzedniego wpisu), zaparzyłam sobie herbaty i rozsiadłam się na tarasie, obserwując nieśmiało kiełkującą cebulkę i zdecydowanie śmielsze rzodkiewki. Po pięciu minutach wstałam, udałam się do sypialni, zrzuciłam wszystko, co czarne, żeby nałożyć - uwaga! - letnią sukienkę w paski! Skarpetki zastąpiłam klapkami, zajęłam uprzednie miejsce w fotelu i udawałam, że nie widzę wymownego spojrzenia C.

Dzień minął nam na spacerach z psami, pieleniu ogródka i otwarciu sezonu grillowego, przy czym sukienkę zamieniłam na spodnie o godzinie dziewiętnastej. Było bosko! 
I tak, nie krępujcie się - możecie mi zazdrościć. Tak naprawdę sama sobie zazdroszczę, bo okazało się, że niedziela była jakimś cudownym wyjątkiem. Teraz jest znów chłodno i pochmurnie, a gdy piszę te słowa, ewidentnie zbiera się na deszcz. 

Nie tracący optymizmu i ducha C. stwierdził, że lato w tym roku już zaliczyliśmy (co jest odniesieniem do jednego z ulubionych zdań Duńczyków: Uwielbiam duńskie lato. To najpiękniejszy dzień w roku), więc nie mam zrzędzić, tylko cierpliwie czekać do przyszłego roku.

I tak, wiem, że na najlepsze truskawki trzeba poczekać jeszcze miesiąc. Nic z tymi czerwcowymi równać się bowiem nie może. Jednak po zimie, która w tym roku nie mroźna, ale szara i błotnista była, przez co zmęczyła mnie bardziej niż gdyby zasypała nas śniegiem po dachy, mam nieodpartą ochotę na truskawki właśnie. Sięgnęłam po przepis Beaty, który wypróbowałam już wcześniej, i okazał się prawdziwym hitem. Ponieważ jednak nie lubię powtarzać przepisów, postanowiłam coś zmienić. Tym razem była to zmiana niewielka, bo bazylię zastąpiłam tymiankiem. Pozostał ten sam delikatny, ziołowy aromat, ale jednak nieco inny. Z truskawkami oba dodatki komponują się idealnie, a połączenie jest tak oryginalne, że naprawdę warto je wypróbować. Nawet dwukrotnie!

Drożdżówki z truskawkami i lukrem tymiankowym


Składniki:
(na formę 30x22 cm)
  • 25 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 75 g cukru
  • 2 jajka
  • 70 g masła
  • 600 g mąki pszennej

nadzienie:
  • 300 g serka kremowego
  • 40 g cukru
  • 500 g truskawek

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka

lukier:
  • 15 gałązek tymianku
  • 170 g cukru pudru
  • 3 łyżki mleka

Drożdże rozetrzeć z 1 łyżeczką cukru, dodać 100 ml mleka i trzy łyżki mąki. Wymieszać, żeby nie było grudek, odstawić na 15-20 minut.
Mąkę przesiać do dużej miski. Dodać rozczyn, jajka, pozostały cukier i mleko. Zagnieść ciasto. Wlać rozpuszczone i przestudzone masło, wyrobić gładkie, elastyczne ciasto.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie ciasto rozwałkować na prostokąt o grubości 0,5 cm i długości około 50 cm. 
Serek wymieszać z cukrem, posmarować nim ciasto. Na wierzchu rozłożyć pokrojone w plasterki truskawki. Ciasto zwinąć ciasno jak roladę, pokroić na 12 plastrów. Ułożyć je blisko siebie w formie wyłożonej papierem do pieczenia.
Odstawić na 20-30 minut do napuszenia.

Wyrośnięte drożdżówki posmarować mlekiem.

Piec w 180 st. C. przez 30-40 minut, aż nabiorą ładnego koloru.
Ostudzić.

Listki tymianku zemleć w młynku do kawy z 1-2 łyżkami cukru. Wymieszać z pozostałym pudrem, a następnie z mlekiem. Polukrować bułeczki, zostawić do zastygnięcia lukru.

Smacznego!


Drożdżówki są puszyste i mięciutkie, a serowe nadzienie i soczyste truskawki sprawiają, że dłużej zachowują świeżość. Będą idealne na piknik, kiedy w końcu pogoda na nie pozwoli...

poniedziałek, 8 maja 2017

Letnie gofry

Mam ostatnio długi ogon do pisania postów. Sporo pracuję, a w wolnym czasie... No cóż, piekę ciasta. Mam więc w zanadrzu trzy ciekawe torty, ale o nich opowiem Wam bliżej weekendu. Dzisiaj mam dla Was coś na idealne, wtorkowe śniadanie. O ile macie wtorki wolne, jak ja.

Za dwa tygodnie jedziemy na wakacje. Taki mały urlop na duże zakupy. Niemniej, obiecałam sobie, że nie będę kupować owoców, bo mam ich pełną zamrażarkę i muszę najpierw je zużyć. Oczywiście wiecie, jak to się skończyło: w piątek wróciłam do domu z kilogramem truskawek, kolejnym rabarbaru i sześcioma pudełeczkami z malinami i jeżynami. Mmm... Pyszności!

Zaczęłam od wyjadania ich tak, po prostu, ale stwierdziłam, że żal byłoby nie zrobić z nich czegoś bardziej specjalnego. Na weekendowe śniadanie przygotowałam więc gofry z przepisu Beaty na serku kremowym (odrobinę tylko zmieniłam proporcje), a do nich obłędnie pyszną owocową sałatkę. W zasadzie jest to chyba bardziej surówka, bo nic się nie gotuje, ale... Owocowa surówka jakoś głupio brzmi.
Truskawki, maliny, jeżyny, czerwone porzeczki i jagody zamacerowałam w mieszaninie miodu, soku z cytryny i ekstraktu z wanilii, a smak podkręciłam odrobiną mięty z ogródka. Do tego lody truskawkowe i, uwierzcie, wyszło tak dobrze, że nie mogłam powstrzymać się przed kolejnym i kolejnym... 
Spróbujcie koniecznie!

Gofry serowe z sałatką owocową


Składniki:
(na 13 gofrów)
  • 340 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 125 g serka kremowego
  • 2 jajka
  • 50 g cukru
  • 375 ml mleka
  • 30 ml oleju
sałatka:
  • 125 g jeżyn
  • 125 j malin
  • 200 g truskawek
  • 50 g czerwonych porzeczek
  • 100 g borówek amerykańskich
  • kilka listków mięty
  • 30 g miodu
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
dodatkowo:
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą. 
Białka ubić na sztywno, pod koniec ubijania partiami dodając cukier. 
Żółtka utrzeć z serkiem, następnie na zmianę dodawać mąkę i mleko. Wlać olej, połączyć. Dodać pianę z białek, delikatnie wymieszać.

Smażyć gofry w gofrownicy, aż będą chrupiące.

Owoce umyć i osuszyć. Truskawki pozbawić szypułek, pokroić w ćwiartki. Jeżyny, jeśli są duże, przekroić na pół. Wszystkie owoce przełożyć do miski, dodać posiekane listki mięty.
Miód, sok z cytryny i ekstrakt dokładnie wymieszać. Polać owoce, delikatnie połączyć, odstawić.

Ciepłe gofry podawać z lodami i sałatką owocową, polane powstałym sosem.

Smacznego!

Moje psy udały się na popołudniową drzemkę. Poważnie rozważam pójście ich śladem...

środa, 3 maja 2017

Lody z pieczonymi w porto truskawkami

Nie chcę zapeszać, ale wygląda na to, że wiosna rozgościła się u nas na dobre. Za mną pierwszy spacer bez zimowego płaszcza, rękawiczek i czapki, popołudniowa herbatka na tarasie, a także szczerze zdziwiona mina na widok szesnastu kresek na termometrze. W związku z tym niecierpliwie czekam na weekend, na wygrzewanie się na słoneczku i długie spacery. Dwa wolne dni to luksus, który trzeba wykorzystać, jak tylko się da.

W związku z tym, że temperatura rośnie, mam dla Was kolejny przepis na lody. Intensywnie truskawkowe, można by rzec - banalne, gdyby nie pewien drobiazg. Otóż, rzeczone truskawki, które smakują już całkiem nieźle, ale do czerwcowych nadal im daleko, upieczone są z dodatkiem porto, a następnie zmiksowane na gładki mus. W połączeniu ze śmietanką tworzą coś tak pysznego, że nie można oprzeć się kolejnej kulce. Takiej małej, malutkiej, maciupeńkiej...

Lody z pieczonymi w porto truskawkami


Składniki:
(na 1 l lodów)
  • 750 g truskawek
  • 50 g cukru
  • 1/4 łyżeczki mielonej laski wanilii
  • 100 ml porto
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 ml mleka skondensowanego niesłodzonego
Truskawki umyć, pozbawić szypułek i pokroić w ćwiartki. Ułożyć w formie, posypać  cukrem i wanilią, polać porto.

Piec w 140 st. C. przez 45 minut.
Ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce.

Truskawki zmiksować blenderem na gładki mus. Odłożyć 1,5 łyżki, resztę dokładnie wymieszać z kremówką i mlekiem. Przełożyć do maszyny do lodów, postępując zgodnie z instrukcją jej działania.

Gdy maszyna skończy pracę, przełożyć lody do pudełka, na wierzch wyłożyć pozostały mus, zrobić widelcem esy-floresy.
Zamrozić.

Wyjąć z zamrażarki 10-15 minut przed podaniem.

Smacznego!


Ja tymczasem, choć słońce nadal świeci jak szalone, wybieram się do łóżka. W końcu to jeszcze nie weekend, i zaraz trzeba wstać...

poniedziałek, 1 maja 2017

Mrożony tort tiramisu na rozpoczęcie wiosny

C. znowu miał rację. Mimo nocnych przymrozków i wietrznych, deszczowych dni uparcie powtarzał, że od niedzieli aura się zmieni. Zapowiadał słońce i ciepło, a na moje pesymistyczne reakcje tylko wzruszał ramionami. I wiecie co? W niedzielę wyszło słońce! Może nie mieliśmy nagle trzydziestu stopni, ale w porównaniu z sobotą było zdecydowanie cieplej. Po błękitnym niebie leniwie snuły się nieliczne, białe obłoczki, a ja w ciężkim szoku wpatrywałam się zmrużonymi oczami prosto w oślepiająco jasną słoneczną tarczę.

Przyjęcie urodzinowe, choć z uwagi na chłodny wiatr odbyło się wewnątrz a nie w ogrodzie, na co mieliśmy nadzieję, było niezwykle udane. Pączusia dzielnie znosiła dobre chęci dwóch małych chłopców, skutecznie odciągając tym ich uwagę od Ptysi, która w stosunku do dzieci jest raczej mało tolerancyjna. A po wyśmienitym obiedzie, w którego skład wchodził domowy sos berneński, na deser podałam mrożony tort tiramisu. Pracowałam cały weekend, nie miałam więc za bardzo czasu na przygotowanie odpowiednio efektownego tortu. Stwierdziłam, że lody lubią wszyscy, lodowy tort będzie więc rozwiązaniem doskonałym. I nie pomyliłam się!
Słodkie, bezowe blaty przełożone kawowym semifreddo z wyraźnym dodatkiem amaretto. Do tego odrobina kakao, i uwierzcie - nic więcej do szczęścia nie trzeba. Tort prezentuje się niezwykle efektownie, a smakuje tak, że ciężko oprzeć się dokładce. Nawet po sutym obiedzie.

Mrożony tort bezowy tiramisu


Składniki:
(na ciasto o średnicy 25 cm)

beza:
  • 6 białek
  • 250 g cukru
  • 50 g cukru pudru
  • 1 łyżka białego octu winnego
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej

lody:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 g serka mascarpone
  • 3 jajka
  • 100 g cukru pudru
  • 50 ml amaretto
  • 50 ml mocnej, zimnej kawy

dodatkowo:
  • 3 łyżki kakao

Białka ubić, pod koniec partiami dodając najpierw zwykły cukier, później cukier puder. Na końcu dodać ocet i mąkę ziemniaczaną, połączyć.
Trzy blachy wyłożyć papierem do pieczenia, na każdej narysować okrąg o średnicy około 20 cm.
Bezę przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę i wyciskać bezę na blachy.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze przez 50-60 minut.
Ostudzić.

Żółtka ubić z 25 g cukru pudru na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone, połączyć. Wlać kawę i amaretto, wymieszać. Kremówkę ubić, dodać do mascarpone. Białka ubić, pod koniec partiami dodając pozostały cukier puder. Porcjami dodawać do masy serowej, delikatnie mieszając łyżką.
Wstawić lody na 2-3 godziny do zamrażarki.

Na talerzu ułożyć pierwszy bezowy blat, rozłożyć 1/2 na wpół zmrożonych lodów, posypać kakao. Ułożyć kolejny blat, resztę lodów i kakao. Przykryć ostatnim blatem, zamrozić.

Przed podaniem oprószyć kakao.

Smacznego!


Wiosna, miejmy nadzieję, już niedługo zmieni się w prawdziwe lato, przepisy na lody i zimne desery będą się więc pojawiać na blogu coraz częściej.

czwartek, 27 kwietnia 2017

Zimny deser - kasztanowy budyń ryżowy

W tym tygodniu już trzy razy skrobałam szyby w aucie. W poniedziałek, gdyby ktoś zapomniał albo uważał kalendarz za rzecz zbędną lub przynajmniej niepraktyczną, będzie pierwszy maja. A maj to pączki na krzewach i mrowie drobniutkich, seledynowych listków na drzewach, soczyście zielona trawa, błękitne, bezchmurne niebo i mnóstwo słońca. Co oznacza, że pogoda musi się zmienić o jakieś sto osiemdziesiąt stopni w ciągu trzech dni. Wierzycie w to...? Bo ja powoli przestaję...
C. jednak uparcie twierdzi, że od niedzieli znajdziemy się w raju. I to bynajmniej nie dlatego, że nagle oszalał albo planuje przeprowadzkę w ciepłe kraje; trzydziestego ma urodziny. A w jego urodziny zawsze jest ładna pogoda.
No cóż, zobaczymy...
Bardo bym chciała, żeby tym razem to on miał rację.

Dziś mam dla Was kolejny przepis na pyszne śniadanko, które doda energii z samego rana (nawet, jeśli Wasze rano jest tak naprawdę w środku nocy). Zainspirowała mnie resztka kremu kasztanowego; słoiczek stał w lodówce już kilka dni, a nie mogłam pozwolić, żeby taka pyszność się zmarnowała. I tak, wiem; koniec kwietnia to nie pora na kasztany... Ale cóż, czasem można sobie pozwolić na niesezonowe szaleństwo.
Tak naprawdę to po prostu płatki ryżowe ugotowane na mleku i zmiksowane na gładki budyń. Zamiast kremu kasztanowego można dodać trochę czekolady, albo odrobinę miodu i wanilii. Do tego kolorowe owoce, i przynajmniej śniadanie pasuje do moich majowych marzeń.

Kasztanowy budyń ryżowy


Składniki:
(na 2-3 porcje)

  • 130 g płatków ryżowych
  • 250 ml mleka
  • 250 ml wody
  • 75 g słodzonego kremu kasztanowego
dodatkowo:

  • jeżyny
  • czerwone porzeczki
Płatki, mleko, wodę i krem kasztanowy umieścić w garnuszku, dokładnie wymieszać. Zagotować, a następnie gotować 3-5 minut. Zmiksować blenderem na gładki krem, w razie potrzeby dolewając nieco mleka.
Podawać ciepły lub schłodzony, przybrany owocami.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Lodovo, zdrovo, domovo, w której do wygrania są książki Lodovo:

środa, 26 kwietnia 2017

Dlaczego Pączusia trąciła starym pączkiem i bardzo zielony zimny deser

Muszę się Wam do czegoś przyznać - zrobiłam pączki. Ostatnie w tym roku! Tak obiecałam i sobie, i C. Ale tak namawiał, tak kusił, tak się przymilał, że w końcu ustąpiłam. W końcu za chwilę będzie miał kolejne, poważne urodziny, to niech chociaż trochę radości z życia ma.

Po skończonym smażeniu zostałam z wielkim garem pełnym oleju, który wylądował, póki co, na stole (C. z pewnością żywił nadzieję, że dam się skusić po raz drugi; niedoczekanie jego!). 
Wczoraj pojechaliśmy do sklepu; nie było nas w domu najwyżej pół godziny! Po powrocie nic nie wskazywało na katastrofę, do momentu, gdy Pączusia zaczęła zwracać. Olej. W ilościach, powiedzmy sobie szczerze, dla szczeniaka zdecydowanie niezdrowych. Właściwie, to niezdrowych dla każdego.
Uważne śledztwo ujawniło przebieg sytuacji; Pączusia wskoczyła na stół, po czym wychłeptała niemal litr oleju! Rozpryskane krople i tłuste odciski łapek jednoznacznie wskazywały winowajcę. Rzeczony, po oddaniu większości spożytego oleju, ułożył mi się w ramionach i za nic nie chciał dać się odłożyć na kanapę. A gdy przyszła pora spania, przytuliła mi się do brzucha i nie pozwalała zmienić pozycji przez pół nocy. A oddech z pysia miała, no cóż... Staropączkowy.
Dziś już łobuzuje jak zwykle, więc jestem spokojniejsza. I mam nadzieję, że ją to czegoś nauczy. Bo ja zdecydowanie dostałam lekcję i wyciągnęłam wnioski...

A żebyście czym prędzej zapomnieli o pączkach pod koniec kwietnia, gdy choćbym nie wiem, jak się starała, nie podciągnę ich pod karnawałowe szaleństwa, mam dla Was samo zdrowie w słoiku. Albo w szklance, jak wolicie.
Pudding w intensywnie zielonym kolorze z dodatkiem kolorowych owoców kusi niesamowicie. Smakuje bardzo delikatnie i... Zielono. Tak, to chyba dobre słowo. Jedząc go na pierwsze czy drugie śniadanie, od razu poczujecie przypływ energii. Połączenie szpinaku, awokado i zielonego jęczmienia z ciągle lekko krupiącymi nasionkami chia z pewnością Was zaskoczy.

Pudding chia ze szpinakiem, awokado i jęczmieniem


Składniki:
(na 2 porcje)
  • 35 g szpinaku
  • 1 dojrzałe awokado
  • 1 łyżeczka zielonego jęczmienia
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 2 łyżki syropu z agawy
  • 3 łyżki nasion chia
  • 350 ml mleka
dodatkowo:
  • czerwone porzeczki
  • jagody/borówki amerykańskie
Szpinak, awokado, jęczmień i sok z cytryny zmiksować blenderem na gładki mus. Dodać syrop z agawy i mleko, ponownie zmiksować. Wsypać chia, dobrze wymieszać łyżką - pudding powinien wyraźnie zgęstnieć.
Odstawić na noc do lodówki.

Przed podaniem udekorować porzeczkami i jagodami.

Smacznego!


I nie, nie podmienili mnie kosmici; po prostu idzie wiosna...
Oby.

Zieloniutki pudding dodaję do akcji Lodovo, zdrovo, domovo, w której do wygrania są książki Lodovo:

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Smoothie z acai i chia, czyli jak być trendy

Do tego, że słodyczy jem więcej, niż powinnam, przyznaję się bez bicia i żenady. Jest, jak jest. Słodkie lubię, i jeśli próbuję je sobie ograniczać, to tym większą mam na nie ochotę. Akceptuję więc to, czego zmienić nie mogę, i rekompensuję sobie tę słabość innymi zdrowymi posiłkami. Na śniadania jadam domową granolę, puddingi z chia i owoce. Obiady bez sałatek niemal nie istnieją, choć czasem muszę mocno do nich przekonywać C. Odkąd mam nową zabawkę, czyli piekarnik parowy, coraz rzadziej smażę mięso (choć już wcześniej pieczone zdecydowanie było moim faworytem). Owszem, zdarza mi się podgryzać chipsy przy oglądaniu filmów, ale często zastępuję je orzechami albo suszonymi owocami. No i kupnych słodyczy nie jem prawie wcale - choć to już raczej kwestia smaku niż świadomego poświęcenia.
Oglądam więc namiętnie, oprócz słodkich blogów, również te o zdrowym żywieniu. Takie odchudzone desery zupełnie mnie nie kręcą - choć autorki (autorzy zresztą też; choć mam wrażenie, że w przerażającej większości są to kobiety) zapewniają, że dietetyczny sernik smakuje o niebo lepiej, niż ten na tłustym twarogu, to mnie przekonać nie potrafią. Kilka razy próbowałam i poniosłam totalną klęskę. Pozostaję więc przy cukrze i śmietance, bo jednak smak jest dla mnie najważniejszy.

Wracając jednak do meritum, czyli blogów fit. Ponieważ lubię eksperymentować i chętnie testuję nowości, dość ciężko mnie zaskoczyć. Ale tak sobie myślę, że przeciętny poszukiwacz odmiany od codzienności, widząc w przepisie aquafabę bez słowa wyjaśnienia, ucieknie gdzie pieprz rośnie, a bardziej przyjazne woda z puszki po ciecierzycy nie pomniejsza mniemania o sobie rzeczonego blogera.

Chcecie być fancy i trendy? Bądźcie sobie na zdrowie. Ale pamiętajcie też o tych, którzy to wszystko mają... No, wiadomo gdzie.

Żeby się w ten piękny trend wpisać, mam dzisiaj dla Was przepis na bardzo prosty i szybki w przygotowaniu koktajl, który doda Wam energii na cały smutny i ciężki poniedziałek. Wystarczy mieć w lodówce mleko, a w szafce... No właśnie. Nasionka chia, czyli szałwii hiszpańskiej - małe, szarawe kuleczki, które po zetknięciu z płynem żelują go. Można z nich przygotować pyszne, gęste puddingi, ale też lżejsze koktajle. Można je wtedy wlać do kubka i popijać po drodze do pracy czując, jak witaminy i mikroelementy rozchodzą się po organizmie.
Są też potrzebne suszone, mielone jagody acai. O ich cudownych właściwościach możecie poczytać na wielu stronach - ja kupiłam je z ciekawości. Nadały mojemu koktajlowi fioletowawego koloru, choć ich smak jest bardzo delikatny. Lekko owocowy, pozostaje gdzieś w tle. Niemniej, bogate w antyoksydanty i wspomagające odchudzanie jagody są niezwykle wartościowym dodatkiem.

Jest więc zdrowo, smacznie i niecodziennie. Czy można lepiej rozpocząć poniedziałek...?

Koktajl z acai i chia


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 800 ml mleka
  • 6 łyżek chia
  • 1,5 łyżki suszonych i zmielonych jagód acai
  • 1 łyżka syropu klonowego

Wszystkie składniki umieścić w misce, dobrze wymieszać, aż koktajl nieco zgęstnieje.
Schłodzić przez noc w lodówce.

Smacznego!


Koktajl jest zdrowy, a do tego świetnie smakuje mocno schłodzony. Dodaję więc go do konkursu Lodovo, zdrovo, domovo, w którym do wygrania jest książka Lodovo:

piątek, 21 kwietnia 2017

Powrót do codzienności. Pobudzająca granola z kawą

W środę miałam okazję uczestniczyć w kursie organizowanym przez Engelhardt. Muszę przyznać, że było naprawdę ciekawie. Po krótkim wprowadzeniu przeszliśmy do historii czekolady, żeby czym prędzej zabrać się za to, na co wszyscy czekali - czyli praktykę. Lars Petersen pokazał nam kilka rodzajów polew lustrzanych, między innymi taką opartą na wodzie, która w połączeniu z klasyczną, czekoladową, daje naprawdę świetne efekty. Udało mi się nawet umorusać w nich paluszki, więc zabawa była przednia. Rozmawialiśmy też o temperowaniu i właściwym traktowaniu czekolady - tutaj wiele nowego się nie dowiedziałam, ale pewne rzeczy warto sobie od czasu do czasu odświeżyć.
Później pałeczkę przejął Henrik Olsen, który opowiadał o chlebach na zakwasie. Jak obchodzić się z zakwasem, jak go wyhodować, jak prawidłowo przechowywać i jak się nim opiekować - myślę, że niejeden amator domowego wypieku pieczywa byłby jego wykładem zachwycony. Szczególnie, że towarzyszyła mu degustacja, a chleby były naprawdę interesujące. Z chilli, z różą, z płatkami owsianymi - to tylko niektóre przykłady. Jasne, ciemne, delikatne i wyraziste - oj, porządnie się najadłam.

Z kursu wyszłam obładowana przepisami, deserami i chlebami, z uśmiechem od ucha do ucha i próbując złapać oddech po niedźwiedzim uścisku Larsa. Uwielbiam takie rzeczy! I już się nie mogę doczekać wycieczki do fabryki marcepanu w Odense w czerwcu...

Tymczasem najwyższy czas wrócić do rzeczywistości po świątecznym lenistwie/nawale pracy (zależy, co komu przypadło w udziale). Dzień powszedni czy też leniwą sobotę dobrze zacząć od czegoś, co pobudzi do działania i doda energii do pracy lub zabawy. U mnie uniwersalnym posiłkiem jest granola. Tym razem kawowa, podpatrzona u Angie. Zaskakuje dodatkiem białka, dzięki któremu zbija się w charakterystyczne grudki i staje się ekstra chrupiąca. Smakuje wybornie - słodko-kawowa, daje kopa i sprawia, że chce się chcieć. Trzeba tylko uważać, żeby jej nie przepiec, bo będzie gorzka. A to już nie to samo...

Granola kawowa


Składniki:
(na 1,8 l słój)
  • 300 g płatków owsianych
  • 3 łyżki mocnej kawy
  • 100 g miodu
  • 65 g pestek dyni
  • 70 g orzechów laskowych
  • 1 łyżka siemienia lnianego
  • 1 łyżka sezamu
  • 1 białko

Płatki wymieszać z pestkami dyni, grubo posiekanymi orzechami, siemieniem i sezamem. Kawę wymieszać z miodem, dodać do suchych składników, połączyć. Na końcu dodać białko, wymieszać.

Granolę równomiernie rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
następnie zmniejszyć temperaturę do 160 st. C. i piec jeszcze 20-30 minut, mieszając w tym czasie dwa razy.
Ostudzić, przełożyć do szczelnego pojemnika.

Smacznego!

Ja tymczasem weekend zaczynam ciastem czekoladowo-truskawkowym na zamówienie. Zabawne, jak życie potrafi się ułożyć...

czwartek, 20 kwietnia 2017

Rokitnik w cieście. I o ekscytacji ogrodnictwem

Już prawie dwa tygodnie temu zabraliśmy się za działania w naszym skromnym ogródku. Poszliśmy na całość, kupując spore ilości nasionek i sadzonek, a także kilka skrzynek, doniczki i ziemię. Poskładanie wszystkiego, sianie i sadzenie zajęło nam dwa dni. A teraz - czekamy... Codziennie robimy przynajmniej dwa obchody, żeby sprawdzić, czy coś zaczyna się dziać. Pierwszy zielony koniuszek wyłaniający się z ziemi w jednej z donic doprowadził nas niemal do ekstazy! A niespodziewany, wtorkowy śnieg i prawdopodobny nocny przymrozek przyprawił o drżenie serca - czy aby bazylia to wytrzyma...? Nadal nie mam pojęcia, czy coś z tego będzie, ale muszę przyznać, że nie miałam pojęcia, że ogrodnictwo może być tak emocjonujące. Mówię Wam - praca w służbach specjalnych to przy tym pikuś.

O egzaminie, do którego podchodziłam w lutym, niemal już zapomniałam. Dlatego ze zdziwieniem stwierdziłam, że na opublikowanie ciągle czeka ostatni z przepisów, który na tę okazję przygotowałam. Myślałam sobie, że świetnie się sprawdzi jako propozycja nietypowego mazurka, ale sami wiecie, jak to u mnie w tym roku z Wielkanocą było... Przepis podaję więc teraz - może ktoś skusi się na tartaletki...? (Zachwyca mnie fakt, że zmieniając jedno słowo można zupełnie zmienić charakter dania.)

Zadaniem było suche ciastko - czy jednoporcjowy deser, który poza lodówką może stać kilka dni, nic ze swoich walorów smakowych i estetycznych nie tracąc. Nie chcąc prezentować czegoś oklepanego, jak malinowa krajanka czy ciasteczka Kaja (kiedyś dokładniej Wam o nich opowiem), szukałam przepisu pasującego do mojego tematu: jesieni. I wtedy pomyślałam o rokitniku - kwaskowym, intensywnie pomarańczowym i owocującym właśnie na jesień. Klasyczna tarta cytrynowa z bezą, po delikatnym tuningu, stała się tartaletkami z rokitnikiem. I wiecie co? To był strzał w dziesiątkę!
Słodko-kwaśna, prosta, a jednocześnie naprawdę efektowna. No i może być mazurkiem, jeśli komuś spodoba się taka fantazja.

A Wy, jakbyście nazwali te smakołyki...?

Tartaletki z curdem z rokitnika i bezą włoską


Składniki:
(na 12 tartaletek o średnicy 6 cm)
  • 110 g masła
  • 50 g cukru pudru
  • 130 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki soli

curd z rokitnika:
  • 200 g rokitnika
  • 20 ml wody
  • 100 g cukru
  • 1 jajko
  • 2 żółtka
  • 35 g mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka oleju

beza włoska:
  • 1 białko
  • 165 g cukru
  • 60 ml wody

Masło rozpuścić, podgrzewać, aż nabierze brązowego koloru i zacznie orzechowo pachnieć. Dodać cukier puder i sól, wymieszać, podgrzewać aż cukier się rozpuści. 
Zdjąć garnuszek z palnika, dodać mąkę, wymieszać najpierw łyżką, a następnie zagnieść ciasto dłońmi.
Ciastem wylepić foremki.

Piec w 175 st. C. przez 10-15 minut.
Ostudzić.

Rokitnik z wodą zagotować, przetrzeć przez sitko. Masę bez pestek z powrotem przełożyć do garnka, dodać cukier, jajko, żółtka i mąkę, dokładnie wymieszać. Zagotować, dolać olej i gotować jeszcze 2-3 minuty.
Przetrzeć przez sitko, wyłożyć nadzienie na ostudzone spody, ostudzić.

Cukier i wodę zagotować. Gdy syrop osiągnie temperaturę 115 st. C., zacząć ubijać białko. Gdy syrop osiągnie temperaturę 117 st. C., powoli wlewać go do białka, cały czas ubijając. Ubijać nadal, aż beza całkowicie wystygnie.
Bezę przełożyć do woreczka cukierniczego z tylką w kształcie gwiazdki, wyciskać na tartaletki. Opalić za pomocą panika do creme brulee.

Smacznego!

Ja tymczasem coraz niecierpliwiej czekam na prawdziwą, ciepłą wiosnę. Nie mam już serca do zimowego płaszcza i czapki...

wtorek, 18 kwietnia 2017

Powielkanocny śnieg i wieniec drożdżowy. Truskawkowo-pistacjowy

Nie uwierzycie, na co właśnie patrzę. Tak naprawdę, sama w to nie wierzę. Śnieg.
Siedzę na kanapie, nogi opatuliłam wełnianym kocem, bo w końcu mamy już prawie koniec kwietnia, za nami kilka prawdziwie wiosennych dni i jakoś tak głupio palić w kominku. A od rana dzisiaj chłodno i pochmurnie; na spacer z psami włożyłam czapkę i rękawiczki, zupełnie się tego nie wstydząc. Szukając natchnienia w żywopłocie za oknem, spostrzegłam najpierw pojedyncze i nieśmiałe, a po chwili otwarcie już sypiące, białe płatki. Wpatrywałam się w nie z lekko i niezbyt mądrze rozchylonymi ustami, nie wierząc własnym oczom. Przecież mamy już wiosnę!
Proszę, powiedzcie, że to tylko zły sen...

Pamiętam Wielkanoc, podczas której w Lany Poniedziałek ubrałam się w granatową, letnią sukienkę (żeby po pięciu minutach wrócić do domu kompletnie przemoczona i z bielizną, kiedyś białą, teraz w gustownym odcieniu chabrowym); dzisiaj, po zimie, której tak naprawdę nie było, obserwuję prószący leniwie śnieg.
Świat staje na głowie.
A posty piszą się niemal same.

Przed i w trakcie Świąt miałam prawdziwie urwanie głowy. Zupełnie nie ogarnęłam się z przepisami, życzenia składałam na ostatnią chwilę. Dlatego dzisiaj jeszcze pokażę Wam ciasto, które stworzyłam z myślą o Wielkanocy, ale które równie wspaniale sprawdzi się w roli smakołyku na czerwcowy piknik, kiedy truskawki są najsmaczniejsze.
Zamiast puszystej, dorodnej baby stworzyłam równie efektowny, drożdżowy wieniec. Kiedy po długich poszukiwaniach kremu pistacjowego odkryłam, że mogę go kupić w markecie w mojej mieścinie, zaopatrzyłam się (na zapas) w kilka słoiczków, i teraz namiętnie dodaję go do wszystkiego. Drożdżowemu też się dostało.
Ciasto wyszło mięciutkie i przyjemnie przyjemnie maślane, a nadzienie ze słodkiego kremu i całkiem już smacznych truskawek pasuje tutaj idealnie. Słodka, cukrowa skorupka i chrupiące kawałki orzeszków tylko dodają mu atrakcyjności.
Wygląda ślicznie, a smakuje jeszcze lepiej.
Nie czekajcie na kolejną Wielkanoc, żeby wypróbować ten przepis.

Drożdżowy wieniec z kremem pistacjowym i truskawkami


Składniki:
(na tortownicę z kominem o średnicy 26 cm)
  • 375 g mąki pszennej
  • 15 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 40 g cukru
  • 40 g masła

nadzienie:
  • 150 g serka kremowego
  • 100 g kremu pistacjowego
  • 230 g truskawek

dodatkowo:
  • 20 g niesolonych pistacji bez łupinek
  • 2 łyżki cukru perłowego
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mleka

Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać 1 łyżeczkę cukru, wlać połowę mleka i odstawić na 15 minut.
W tym czasie rozpuścić masło, przestudzić.

Do wyrośniętego zaczynu dodać pozostały cukier oraz mleko, wbić jajko. Zagnieść ciasto. Dodać masło, wyrobić gładkie ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia na 60-90 minut. 

Serek wymieszać z kremem pistacjowym na gładką masę.
Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki. Pokroić w plasterki.
Po tym czasie ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Rozwałkować na oprószonym mąką blacie na prostokąt o długości 40 cm. Posmarować kremem, równomiernie rozłożyć truskawki. Zwinąć ciasno wzdłuż dłuższego boku, następnie rozciąć wzdłuż ostrym noże. Zawinąć ze sobą oba końce.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Przełożyć ciasto do formy, łącząc końce.
Odstawić do wyrośnięcia na 20-30 minut.

Wyrośnięte ciasto posmarować roztrzepanym z mlekiem jajkiem, posypać posiekanymi pistacjami i cukrem perłowym.

Piec w 180 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


A jutro zabierają mnie na kurs czekoladowo-glazurowy. Cieszę się ogromnie! Czekolada to mój konik, ale w kwestii glazur lustrzanych muszę się jeszcze dużo nauczyć... 
A egzamin już za rok!

sobota, 15 kwietnia 2017

Zielona pascha. Pistacjowa

Wielkanoc w tym roku ucieka mi między palcami. Owszem, na gałązce w kuchni powiesiłam kolorowe jajka, a w wazonie stoją, lekko już przywiędłe, żonkile. W lodówce czeka kilka kawałków zielonej paschy, a ja mam wrażenie, że to wszystko dzieje się obok mnie. Od środy pracuję, jeżdżę i śpię. Ach, no i od czasu do czasu coś przegryzę, bo inaczej padłabym gdzieś po drodze. Końca Świąt wyczekuję niczym urodzinowych prezentów; jestem zmęczona i bardzo, ale to bardzo chciałabym się wyspać.

Ten nieco depresyjny wstęp ma być moim usprawiedliwieniem. Mam jednak nadzieję, że jeszcze nie jest za późno, żeby życzyć Wam wspaniałych, rodzinnych i pogodnych Świąt Wielkiej Nocy. Żeby jutrzejsze śniadanie było wyjątkowe i niezakłócone troskami i nieprzyjemnościami. I żeby baby, mazurki i serniki smakowały Wam jak nigdy.

Wesołych Świąt!

Ja tymczasem przekazuję Wam przepis na zieloną paschę.
Odkąd odkryłam, że w lokalnym markecie mają pastę pistacjową, kupuję namiętnie słoiczek za słoiczkiem i wtykam ją, gdzie tylko się da. A że paschę po raz ostatni robiłam trzy lata temu stwierdziłam, że będzie to doskonałe połączenie.
Przepisu na pistacjową paschę nie mogłam znaleźć, wróciłam więc do sprawdzonego już w minionych latach. Delikatnie zmieniłam proporcje, dodałam pistacje i wyrazisty sos żurawinowy. 
Wyszło znakomicie! Pascha jest kremowa, słodka i rozpływa się w ustach, a sos nadaje jej charakteru. Poza tym pięknie komponuje się kolorystycznie.

Wiem, że w tym roku już za późno, ale może przepis przyda Wam się przy okazji kolejnej Wielkiej Nocy...?

Pascha pistacjowa z sosem żurawinowym


Składniki:
(na miskę o pojemności 2 l)
  • 2 l mleka
  • 500 g kwaśnej śmietany
  • 6 jajek
  • 200 g miękkiego masła
  • 20 g cukru pudru
  • 200 g kremu pistacjowego
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 50 ml amaretto
  • 25 g niesolonych pistacji bez łupinek

sos żurawinowy:
  • 150 g świeżej lub mrożonej żurawiny
  • 50 g cukru
  • 30 ml amaretto
  • 100 ml wody
  • 2 łyżeczki kisielu żurawinowego

Mleko zagotować. Jajka roztrzepać ze śmietaną, powoli wlewać do gotującego się mleka, cały czas mieszając. Kiedy oddzieli się serwatka, zdjąć z ognia i ostudzić.
Sitko wyłożyć podwójną warstwą gazy, wyłożyć odciśnięty ser. Zostawić na noc do odcieknięcia.

Żurawinę zalać amaretto, zostawić na noc.

Następnego dnia ser jeszcze raz odcisnąć. Powinien być sypki.

Masło utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Po łyżce dodawać ser, cały czas miksując. Dodać pastę krem pistacjowy, połączyć. Dodać odciśniętą żurawinę i posiekane pistacje, wymieszać.

Miskę wyłożyć podwójną warstwą gazy, wyłożyć masę serową, dobrze docisnąć. Zawinąć brzegi gazy na masę, schłodzić w lodówce przez noc.

Rano odwinąć gazę, wyłożyć paschę na talerz, zdjąć gazę z wierzchu.

Żurawinę, cukier, amaretto (również to pozostałe z moczenia suszonej żurawiny) oraz 75 ml wody umieścić w garnuszku. Zagotować.
Kisiel rozmieszać w pozostałej wodzie, wlać do żurawiny, wymieszać i gotować jeszcze chwilę.
Przestudzić.

Pachę podawać z ciepłym lub zimnym sosem żurawinowym.

Smacznego!


Zamiast żurawin, można i w samym cieście, i w sosie użyć wiśni. Efekt będzie równie doskonały.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Działkowanie. I babka limonkowa na maśle

Pogoda jest, jaka jest. Czyli trochę słońca, trochę deszczu, a do tego wiatr, który rozwiewa poły kurtek, szale i niepokorne warkocze. Mimo wszystko, ilość światła i temperatury cieszą mnie ogromnie - w końcu to dopiero połowa kwietnia! Rok temu ciągle jeszcze żyłam w obawie przed śniegiem i porannym skrobaniem szyb.

W związku z tym, postanowiliśmy na serio zabrać się za nasz ogródek. Kupiliśmy skrzynki i donice, całe litry ziemi i ilość nasionek i sadzonek, która przyprawia o lekki zawrót głowy. Zasadziliśmy (a może posialiśmy...? Nie jestem pewna; w końcu amatorszczyzną od nas wręcz bije) całe mnóstwo ziół: od klasycznych bazylii, tymianku i rozmarynu, po nieco mniej codzienny estragon i majeranek, aż do egzotycznych chilli oregano czy bazylii tajskiej. Swoje miejsce znalazły rzodkiewki, jagody goji (te będą rosnąć w szklarni), żółte maliny, porzeczki w dwóch kolorach i czerwony agrest. Na swoją kolej cierpliwie czekają cukinie (czyżbym w tym roku po raz pierwszy miała przygotować nadziewane kwiaty cukinii...?), cebulki i kilka gatunków (a może rodzajów...?) chilli. Truskawki już dawno rozpleniły się aż w dwóch skrzynkach, rabarbar winny i truskawkowy (ten to będzie musiał mieć fantastyczny kolor!), mam nadzieję, wypełnią kolejną, a malusieńkie poziomki dopiero pokazują pierwsze listki.
Wszystko jest tak ekscytujące, że aż dech mi zabiera. 
Jeśli choć połowa da jakieś owoce, będę w siódmym niebie.
A teraz biegnę wypełniać ziemią kolejne skrzynki - cukinie same się nie posieją (a może zasadzą...?).

Czy jest coś bardziej wielkanocnego od baby? Chyba nie. Oczywiście, drożdżowa klasyka wiedzie tutaj prym. Ja jednak ostatnio jestem zajęta pracą i działkowaniem, i brakuje mi czasu na mozolny proces przygotowywania babki drożdżowej. Sięgnęłam więc po prosty przepis z Moich wypieków na zwykłą babkę ucieraną. Duża ilość masła nadaje jej wyjątkowego, maślanego smaku, który doskonale przełamuje kwaskowa nuta limonki. Babeczka jest cudownie mięciutka, pachnie bajecznie i pozostaje wilgotna przez kilka dni.
Swoją posypałam po prostu cukrem pudrem, a i tak wygląda pięknie. Choć nic nie stoi na przeszkodzie, żeby polać ją limonkowym lukrem - będzie wtedy prawdziwą królową wielkanocnego stołu.

Babka maślano-limonkowa


Składniki:
(na formę z kominem o pojemności 2,5 l)
  • 250 g miękkiego masła
  • 180 g cukru
  • 4 jajka
  • 300 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • skórka otarta z 4 limonek
  • 150 ml soku z limonki

dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru

Mąkę przesiać z proszkiem i sodą, wymieszać z solą, odstawić.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. dodać skórkę z limonki, połączyć. Następnie na zmianę partiami dodawać mąkę i sok z limonki, miksując na najniższych obrotach miksera, tylko do połączenia składników.
Masę przełożyć do wysmarowanej masłem formy.

Piec w 160 st. C. przez około 60 minut, do suchego patyczka.
Przestudzić w formie 15 minut, przełożyć na talerz do góry spodem i zostawić do całkowitego ostudzenia.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


Ja tymczasem jestem w trakcie, również dość żmudnego, procesu przygotowywania paschy. Takiej od podstaw, z samodzielnie wykonanym twarogiem.

Zagotowanie dwóch litrów mleka tak, żeby się nie przypaliło, zabiera zaskakująco dużo czasu...

piątek, 7 kwietnia 2017

Kwiecień - plecień i sernik z musem pistacjowym

Tak się nachwaliłam tej wiosny, a tu proszę - za pasem weekend, wolny w dodatku, a pogoda płata figle. Zrobiło się zimno i tak wietrznie, że Ptysi i Pączusi na spacerach uszy powiewają niczym bandery pirackich statków, a okna w sypialni otworzyć nie mogę, bo boję się, że nas wszystkie trzy wywieje do Kansas. Drzwi na taras, ku wyraźnemu niezadowoleniu futrzaków, pozostają zamknięte. Żeby im tę niewygodę wynagrodzić, siadam w bujanym fotelu, biorę je na kolana i bujam nas powoli i rytmicznie. Po chwili wiercenia Ptysia układa mi się na kolanach, Pączusia wciska nos pod ramię i tak celebrujemy spokojne, leniwe popołudnie. Gdyby C. był w domu, namówiłabym go na rozpalenie w kominku. W końcu to dopiero kwiecień...

Dwa tygodnie temu mieliśmy gości. Kuzyn C. przyjechał do nas z dziewczyną. Na początku planowaliśmy wspólny lunch; skończyło się na lunchu, obiedzie i deserze w dwóch odsłonach. W międzyczasie opróżniliśmy dwie butelki wina i rozmawialiśmy, rozmawialiśmy i rozmawialiśmy... I chociaż nie jestem zbyt towarzyska, a ludzi z zasady nie bardzo lubię, to muszę przyznać, że spędziłam niesamowicie przyjemny dzień. Normalnie odmłodniałam!

J. jest wielkim fanem serników, wiedziałam więc, że właśnie sernik dla niego przygotuję. Pozostawało tylko pytanie: jaki? Odpowiedź znalazłam u Doroty; od dawna w szufladzie czekał słoiczek kremu pistacjowego; niedawno przygotowałam creme brulee i musiałam zużyć resztę, zanim stanie się z nią coś niedobrego. Przygotowałam więc idealnie kremowy, waniliowy sernik z pistacjowym musem. 
Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła bubla. Podpiekłam sernik, zmniejszyłam temperaturę i poszłam się kąpać. Już pod prysznicem miałam złe przeczucia; gdy tylko nieco się ręcznikiem osuszyłam, pobiegłam do kuchni, znacząc drogę śladami mokrych stóp. Oczywiście, ustawiłam zegar na kolejne pięćdziesiąt minut, ale o zmniejszeniu temperatury tylko pomyślałam... Efekt był taki, że sernik wyrósł jak szalony, żeby później spektakularnie opaść. Złapał też nieco złoto-brązowego koloru, co w przypadku serników amerykańskich pożądane zdecydowanie nie jest. Nie miałam już czasu na przygotowanie nowego; przełknęłam więc łzy (takie rzeczy zdarzają mi się tylko, gdy spodziewam się gości), przygotowałam mus i zastanawiałam się, co z tego będzie...
Na szczęście sernik był zjadliwy. Nie był tak kremowy, jak być powinien, ale w połączeniu ze słodkim, intensywnie pistacjowym musem nikt nie zwrócił na to uwagi. Nasłuchałam się komplementów, goście byli zachwyceni, a sernik zniknął cały już następnego dnia.

To jak - skusicie się...? W wiosennie zielonym kolorze będzie piękną ozdobą wielkanocnego stołu.

Propozycje ciast na wielkanocny stół znajdziecie również u Ani i Chantel.

Sernik z musem pistacjowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 90 g ciastek digestive
  • 40 g masła
masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 100 g serka mascarpone
  • 225 ml śmietany kremówki (38%)
  • 125 g cukru
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 4 jajka
mus pistacjowy:
  • 100 g kremu pistacjowego
  • 125 g serka mascarpone
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
dodatkowo:
  • niesolone pistacje bez łupinek
  • kilka bez
Ciasteczka pokruszyć.
Masło rozpuścić, przestudzić. Wlać do ciastek, dobrze wymieszać.

Masą ciasteczkową wyłożyć dno tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia, ugnieść.

Podpiec spód w 180 st. C. przez 15 minut.
Przestudzić.

Serek kremowy i mascarpone, kremówkę, cukier, ekstrakt i jajka zmiksować tylko do połączenia składników. Wylać na spód.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec 50-60 minut, aż wierzch będzie ścięty.

Sernik wystudzić w uchylonym piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml kremówki zagotować, zdjąć z palnika i dodać odciśniętą żelatynę. Wymieszać aż do jej rozpuszczenia. 
Krem pistacjowy zmiksować z mascarpone, dodać żelatynę, połączyć.
Pozostałą kremówkę ubić, dodać do kremu, delikatnie wymieszać.

Mus wyłożyć na sernik, schłodzić w lodówce 3-4 godziny.
Przed podaniem posypać posiekanymi pistacjami i pokruszonymi bezami.

Smacznego!


Wygląda na to, że z prac ogrodowych nici... Ale, jak mawia Babcia, co się odwlecze, to nie uciecze
Póki co, zadowolę się zieleniącymi się jarzębinami...