Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomarańcza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomarańcza. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 grudnia 2017

O pierwszym śniegu i bezie z czerwonymi owocami

Nareszcie! W końcu, tuż po Mikołajkach, w Danii spadł pierwszy śnieg. Wieczorem, siedząc przy kominku, z zachwytem obserwowałam wirujące na wietrze płatki. Z zapamiętaniem, powoli, acz skutecznie, przykrywały wszystko warstwą białego puchu. Stół i krzesła w ogrodzie, a także żywopłot, zostały przystrojone puszystymi czapkami. Szarozielona trawa zniknęła pod grubym dywanem. Niebo przybrało tę charakterystyczną, różowawą barwę. 
Zasypiałam pełna nadziei wierząc, że w tym roku w końcu będziemy mieć białe Święta.

Moja radość nieco przygasła o poranku, gdy stanęłam przed sporą górką śniegu, która jeszcze poprzedniego wieczoru była moim samochodem. Na szczęście pod puchem nie kryła się szelmowsko warstwa lodu; otrzepanie autka poszło mi więc całkiem sprawnie.
Po drodze do pracy obserwowałam gwiezdne wojny - śnieg padający pod kątem prosto na przednią szybę. Jako dziecko i młoda dziewczyna uwielbiałam to zjawisko! Fakt, że teraz to ja siedzę za kierownicą, odbiera mu nieco uroku...

A dzisiaj po śniegu pozostało już tylko wspomnienie. Z nieba niestrudzenie kapie śnieg z deszczem, zalewając chodniki i ulice szarą breją, w której toną krótkie, psie łapki. A mi pozostaje tylko wkładanie naprawdę grubych skarpet i kaloszy; inne obuwie nie ma tutaj bowiem racji bytu.
A jak tam u Was? Ciągle żyjecie nadzieją...?

Dzisiaj mam dla Was przepis, który może być świąteczny, ale możecie też zaserwować go gościom zupełnie niezobowiązująco. Jest to chrupiąca z zewnątrz i mięciutka, lekko ciągnąca w środku beza, pod chmurą bitej śmietany. Udekorowana czerwonymi owocami, jakie akurat uda Wam się znaleźć w sklepie czy zamrażarce. U mnie były to czerwone pomarańcze, porzeczki i maliny, choć bardzo żałuję, że nie sięgnęłam po wiśnie i świeżą żurawinę - ciasto z pewnością by na tym zyskało.
Do tego kandyzowane listki mięty, które pięknie się mienią w świetle choinkowych lampek - i do całkowitego błogostanu potrzeba już tylko mocnej, czarnej kawy...
Jacyś chętni na taki zestaw...?

Przepis znaleziony u Doroty.

Bezowy wieniec z czerwonymi owocami


Składniki:
(na 1 duży wieniec)

beza:
  • 5 białek
  • 250 g cukru
  • 50 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka octu winnego
  • 1 łyżeczka mąki kukurydzianej
krem:
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 g serka mascarpone
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
dodatkowo:
  • 1 czerwona pomarańcza
  • czerwona porzeczka
  • maliny
mięta w cukrze:
  • listki świeżej mięty
  • 1 białko
  • 3-4 łyżki drobnego cukru
Białka ubić, pod koniec partiami dodając najpierw cukier, a następnie cukier puder. Na końcu dodać ocet i mąkę kukurydzianą, połączyć.

Na blasze ułożyć papier do pieczenia, odrysować na nim okrąg o średnicy 20 cm. Bezę przełożyć do rękawa cukierniczego z odciętą końcówką, wyciskać duże bezy po okręgu, jedna obok drugiej.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 120 st. C. i suszyć przez 1,5-2 godziny.
Zostawić do całkowitego wystygnięcia w wyłączonym piekarniku.

Listki mięty maczać w lekko ubitybiałku, a następnie w cukrze. Odłożyć do zastygnięcia.

Przed podaniem ubić kremówkę z mascarpone i cukrem waniliowym. Wyłożyć na bezę. Udekorować pokrojonymi w plastry pomarańczami, porzeczkami, malinami i listkami mięty w cukrze.

Smacznego!

Wiem, że w tym roku słabo u mnie ze świątecznymi przepisami. Wszystko dlatego, że w ogóle nie ma mnie w domu, a co za tym idzie - nie mam kiedy piec.
Nawet nie macie pojęcia, jak mi z tym źle...

czwartek, 15 czerwca 2017

O imionach. I drożdżówkach z morelowym twarożkiem

Imiona... Dziwna jest z nimi sprawa. Kiedy kogoś poznajemy, pierwszą rzeczą, którą na temat tej osoby słyszymy, jest jej imię. Czasem utrwala nam się od razu; bywa, że ulatuje w rejony, z których ciężko jest je później ściągnąć. 
Moja ostatnia współlokatorka z internatu miała na imię Monica. Gdy mi się przedstawiała, imienia nie dosłyszałam; lub też coś rozproszyło moją uwagę, i go nie zakodowałam. Za to ubzdurałam sobie, że nazywa się Julie, i kiedy w końcu ktoś mnie litościwie po tygodniu z błędu wyprowadził, zrazu nie mogłam się przestawić. Bo jak to tak...? Przecież Julie pasowało do niej znacznie bardziej!

I o ile ta sytuacja jest krępująca, ostatnio doświadczyłam podobnej, ale w dużo większym natężeniu. W poniedziałek wyręczałam w pracy zaproszenia na ślub; wszystko poszło gładko, koledzy się cieszyli i dziękowali, ja się uśmiechałam i rumieniłam. W środę natomiast uświadomiono mi, że Mads, który pracuje z nami od niemal roku, tak naprawdę ma na imię Bas! (Nie pytajcie; niech wystarczy jedno słowo: Holender. Ale nie latający.)
Najpierw zrobiło się strasznie głupio i wstyd, no bo jak to tak...? Później przypomniałam sobie sytuację, która nastąpiła krótko po jego przybyciu; jedna z koleżanek (już z nami nie pracuje) nie mogła się nadziwić, że Mads jest z Holandii, a ma typowo duńskie imię! I tak utkwiło mi to w głowie, że chociaż Bas słyszałam kilkanaście, a może kilkadziesiąt razy dziennie przez ponad pół roku, w magiczny sposób między moich uchem a mózgiem zamieniało się w Mads. 
A najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nie potrafię się przestawić. Bas już chyba zawsze pozostanie dla mnie Madsem... Ale to dobry chłopak i się na mnie o to nie gniewa. 

Ja natomiast nie mogę wyjść z szoku, jak zadziwiający potrafi być ludzki mózg...

Pogoda w Danii po powrocie z wakacji zdecydowanie nie dopisywała - pochmurno, deszczowo; trzynaście kresek powyżej zera to już był prawdziwy cud. I choć prognozy nadal nie są zbyt obiecujące, to dzisiaj nagle zrobiło się w miarę ciepło i słonecznie. Zachęcona takim obrotem sprawy, nabrałam ochoty na piknik. Nie mam pojęcia, czy się uda, bo aura w weekend z pewnością będzie kaprysić, nie mniej mam dla Was przepis idealnie na piknik się nadający. Pyszne, mięciutkie drożdżówki z owocowym twarożkiem.
Przez dodatek moreli nadzienie jest dość rzadkie i ciasto trochę ciężko się kroi i zawija, ale za to wynagradza te niedogodności smakiem. Delikatna nutka pomarańczy świetnie się bowiem z morelowym smakiem komponuje. Należy też pamiętać, że drożdżowe na maślance jest bardziej wilgotne i dłużej zachowuje świeżość; choć oczywiście, najlepsze i tak jest zaraz po upieczeniu.
Słodkie, owocowe, drożdżowe bułeczki z pewnością wzbudzą wiele achów.

Przepis bazowy znalazłam u Doroty, po czym nieco go zmodyfikowałam według własnego widzi mi się.

Drożdżówki z morelowym twarożkiem


Składniki:
(na 12sztuk)
  • 765 g mąki pszennej
  • 55 g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g świeżych drożdży
  • 230 g letniej maślanki
  • 90 g masła
  • 3 jajka

nadzienie:
  • 60 g serka kremowego
  • 30 g miękkiego masła
  • 1 żółtko
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 75 g cukru
  • 150 g moreli
  • 1,5 łyżki mąki pszennej

dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki mleka

lukier:
  • 150 g cukru pudru
  • 4-5 łyżek soku z pomarańczy

Drożdże rozetrzeć z cukrem, dodać 2 łyżki maślanki i 2 łyżki mąki. Wymieszać, odstawić na 15-20 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.
Mąkę przesiać do dużej miski. Dodać rozczyn, pozostałą maślankę, jajka i sól. Zagnieść ciasto. Wlać przestudzone masło, wyrobić gładkie ciasto. Przykryć miskę ściereczką, odstawić na 1-1,5 godziny w ciepłe miejsce.

W tym czasie przygotować nadzienie. 
Morele przekroić na połowy, wyjąć pestki i zmiksować owoce na gładki mus. Dodać serek, masło, żółtko, skórkę z pomarańczy, cukier i mąkę. Wymieszać.

Wyrośnięte ciasto raz jeszcze szybko zagnieść. Rozwałkować na prostokąt o wymiarach 60x30 cm. Posmarować nadzieniem, a następnie złożyć w poziomie trzy razy. Przekroić na 12 kawałków. Bułeczki układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, skręcając każdą na środku.
Odstawić do napuszenia na 20-30 minut.

Po tym czasie posmarować bułeczki żółtkiem roztrzepanym z mlekiem.

Piec w 180 st. c. przez 25-30 minut.
Przestudzić.

Cukier puder przesiać, wymieszać z sokiem z pomarańczy. Polukrować jeszcze ciepłe drożdżówki.

Smacznego!

A przede mną wolny weekend. Nie macie pojęcia, z jaką niecierpliwością na niego czekam...

środa, 5 kwietnia 2017

Różowe lody z czerwonych pomarańczy. I wiosna

W sobotę, razem z gośćmi, wypiliśmy naszą pierwszą w tym roku kawę na tarasie. I nie był to żadny primaaprilisowy żart, gdzie zmusiliśmy rodziców i siostrę C. do siedzenia w śniegowych zaspach i trzymania kubków w przemarzniętych dłoniach, podczas gdy biały puch prószył na nich powoli, ale nieustępliwie. Za oknami prawdziwa wiosna - ciągle jeszcze chłodna wieczorami, ale w ciągu dnia, gdy przygrzeje słoneczko, nie można się powstrzymać, żeby nie wyjść na dwór (lub też na pole, jeśli przypadkiem jesteście z Krakowa). 
Zachęcona takim stanem rzeczy, wczoraj zaserwowałam nam na zewnątrz śniadanie. Siedzieliśmy w promieniach porannego słonka, wystawiając twarze na jego ciągle jeszcze dość umiarkowane ciepło. Psy wygrzewały się całe zadowolone, leniwie przeciągając się i ziewając. Niesamowicie cieszy mnie okres, w który teraz wchodzimy - zieleń, ciepło i słońce to słowa, których zdecydowanie ostatnio nadużywam. I - o zgrozo! - wcale się tego nie wstydzę.

W związku z tym, że pogoda zdecydowanie zachęca, znów ukręciłam lody. Postanowiłam wykorzystać czerwone pomarańcze - sezon na nie wkrótce się skończy, a ja się nimi jeszcze nie nasyciłam. Tym razem kupiłam jednak takie trochę oszukane - niektóre, i owszem, były cudownie krwiste; większość jednak nieprzyjemnie zaskakiwała klasycznym, pomarańczowym kolorem. Co robić...? Bardzo chciałam, żeby moje lody miały ten piękny, różowy kolor...
Wtedy przypomniałam sobie o sorbecie, który przygotowałam trzy lata temu. Do pomarańczy dodałam malin, i kolor wyszedł obłędnie intensywny! Wykorzystałam więc znany trik, i muszę przyznać, że sprawdził się znakomicie. Moje lody mają piękny, pastelowo-różowy kolor, a do tego zyskały dodatkową, ciekawą nutę smakową. Żeby uczynić je nieco bardziej charakternymi, dodałam odrobinę pieprzu. Nie jest mocno wyczuwalny, ale na sam koniec lekko szczypie w język i wywołuje przyjemne zaskoczenie.

Polecam Wam ogromnie na te coraz cieplejsze dni.

Lody pomarańczowo-malinowe z różowym pieprzem


Składniki:
(na 1,3 l lodów)
  • 350 ml soku z czerwonych pomarańczy (7-8 owoców)
  • 125 g cukru
  • 125 g malin
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 ml mleka skondensowanego niesłodzonego
  • 2 łyżki likieru Cointreau
  • 1 łyżeczka różowego pieprzu

100 ml soku z pomarańczy podgrzać z cukrem, aż się rozpuści. Ostudzić. 
Maliny przetrzeć przez sitko.
Do soku z cukrem dodać pozostały sok, przetarte maliny, kremówkę, mleko skondensowane, likier i zmielony lub roztarty w moździerzu pieprz. Wymieszać, schłodzić do temperatury lodówkowej.

Przelać masę do maszyny do lodów, postępując zgodnie z instrukcją. Gdy maszyna skończy pracę, przełożyć do pudełka, zamrozić.

Smacznego!

Teraz pozostaje tylko mieć nadzieję, że w weekend pogoda dopisze. Bo powoli zaczynamy snuć ogrodowe plany...

piątek, 24 marca 2017

W marcu jak w garncu. I wiosenny sernik z marchewką

Taaak...
Rano wstaję, jem śniadanie, wypijam kubek gorącej herbaty. Następnie opatulam się szalem, zawijam w czerwony, zimowy płaszcz i wkładam rękawiczki. Przez kilka minut zawzięcie skrobię szyby auta, pomstując na mróz pod koniec marca. W drodze do pracy włączam ogrzewanie na pełen regulator, a w dłoni ściskam termo kubek, bez którego ta podróż byłaby chyba nie do wytrzymania.
Po ośmiu godzinach pracy wychodzę na dwór tylko w bluzie, którą ściągam, gdy tylko wrzucę niepotrzebne już płaszcz, szal i rękawiczki na tylne siedzenie. Włączam klimatyzację, bo auto zdążyło się już porządnie nagrzać, na nos wkładam okulary przeciwsłoneczne i w jaskrawych promieniach jadę do domu; mimo zmęczenia, nie mogę przestać się uśmiechać. 
Na miejscu szeroko otwieram drzwi na taras, wpuszczając do środka świeże, wiosenne powietrze. C. rano bawił się w pana domu - ustawił grill, wystawił z szopki meble ogrodowe, zadbał o drzewka, które też już stęsknione są ciepła.

I takie niemal piętnastostopniowe wahania temperatur towarzyszą nam od trzech dni. Trochę ciężko mi za tym nadążyć, nie do końca umiem się w tym połapać. Wiosna to już, czy może jeszcze zima...? Tak naprawdę to chyba coś pomiędzy; coś, co ciężko sprecyzować. Bo czy ktoś potrafi opisać przedwiośnie...?

Z nadzieją, że rzeczone przedwiośnie zwiastuje nadchodzącą wielkimi krokami wiosnę, czekam na słoneczne popołudnia, porankami zagryzając zęby. W międzyczasie piekę sernik - może nie typowo wiosenny, ale za to optymistycznie pomarańczowy. I z marchewką!

Przepis na blogu Ala piecze i gotuje po raz pierwszy zobaczyłam, ekhm... Ponad trzy lata temu. Wtedy ciągle jeszcze ciasto marchewkowe wydawało mi się trochę niemożliwe, więc sernik z marchewkową wkładką przyciągnął moją uwagę. Urocza dekoracja z marcepanowych marchewek skojarzyła mi się z Wielkanocą, i właśnie z tej okazji postanowiłam go upiec. Udało się, cóż... Nieco później, niż planowałam.
Z przepisu Ali wzięłam marchewkę (od siebie dodałam sok z pomarańczy, który pasuje tutaj wyśmienicie) i pomysł na dekorację. Do spodu dodałam orzechy - dzięki temu jest cudownie chrupiący. Masę serową zrobiłam po swojemu - z dodatkiem mascarpone, na serku kremowym. Wyszła idealnie gładka, kremowa i rozpływająca się na języku, o dość intensywnym waniliowym smaku. Lukier przygotowałam na mascarpone, też z dodatkiem soku z pomarańczy.
Całość wyszła zaskakująco pyszna. Może trochę dziwne połączenie sera z marchewką sprawdza się wybornie, wszystkie składniki łączą się w idealną całość.

Jeśli nie boicie się eksperymentów, spróbujcie zaserwować taki bliskim na Wielkanoc. Gwarantuję, że nikt nie pozostanie wobec niego obojętny!

Waniliowy sernik z marchewkową wkładką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 90 g ciastek digestive
  • 30 g orzechów włoskich
  • 40 g masła

marchewkowa wkładka:
  • 200 g marchewki
  • 50 g cukru
  • sok z 1 pomarańczy
  • 100 ml wody

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 200 g serka mascarpone
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki ekstraltu z wanilii
  • 125 g cukru
  • 4 jajka

lukier:
  • 40 g serka mascarpone
  • 40 g cukru pudru
  • 2 łyżki soku z pomarańczy

dodatkowo:
  • 70 g marcepanu plastycznego

pomarańczowy i zielony barwnik spożywczy w paście
Marchewki obrać, zetrzeć na tarceo dużych oczkach. 
Z cukru, wody i soku pomarańczowego zagotować syrop. Gdy cukier całkowicie się rozpuści, dodać marchewkę. Gotować bez przykrycia, aż płyn odparuje. 
Przestudzić.

Ciasteczka pokruszyć, dodać grubo posiekane orzechy i stopione, przestudzone masło. Wymieszać.
Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Wsypać masę ciasteczkową, ugnieść na dnie dłonią lub spodem łyżki.

Podpiec w 180 st. C. przez 15 minut.
Przestudzić.

Serek kremowy i mascarpone, śmietanę, ekstrakt, cukier i jajka zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników.
Połowę masy serwoej wylać na spód, następnie po okręgu ułożyć marchewkę (tak, żeby środek został pusty). Na wierzch wylać pozostała masę, wyrównać wierzch.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 50-60 minut.
Wystudzić w zamkniętym piekarniku.

Całkowicie ostudzony sernik schłodzić w lodówce minimum 3-4 godziny przed podaniem.

Mascarpone, cukier puder i sok z pomarańczy utrzeć na gładki lukier, posmarować nim wierzch ciasta.

1/4 marcepanu zabarwić na zielono, resztę na pomarańczowo. Uformować marchewki, udekorować nimi ciasto.

Smacznego!


A już dzisiaj piekę kolejny sernik. Jutro mamy gości, z czego jeden nie raz wyraził uznanie dla moich serników właśnie. A że chłopaka lubię, to sprawię mu przyjemność. Wiecie - karma i te sprawy...

czwartek, 16 lutego 2017

Ciasto z czerwonymi pomarańczami z horrorem w tle

Zdecydowała, że jednak wyjedzie w poniedziałek. Oczywiście, wiązało się to z zabójczo wręcz wczesną pobudką o wpół do czwartej nad ranem, ale czego nie robi się dla jeszcze jednej nocy we własnym łóżku. Zresztą, była przyzwyczajona; codziennie do pracy wstawała o godzinach, w których istnienie wielu nadal powątpiewa.
Zaskoczył ją brak korków i płynny ruch, nawet w okolicach, w których zazwyczaj nie udawało się uniknąć choćby i krótkich postojów. Wszystko szło gładko; minęła most bez kolejki do kasy. Już od dłuższego czasu zaciskała zęby, powtarzając sobie, że będzie na miejscu już niedługo; okazało się jednak, że natura zwyciężyła nad silną wolą. Zatrzymała się więc na przydrożnym parkingu, żeby skorzystać z toalety. Świat ciągle powlekały ciemności, choć gdzieś na horyzoncie majaczyła bladoróżowa, cieniutka linia. 
Opatuliła szyję szalem, wcisnęła dłonie w kieszenie i szybkim krokiem ruszyła w kierunku szarego budyneczku. Weszła do pomieszczenia, zaskoczona jego wielkością; spokojnie można by tu zrobić trzy kabiny zamiast jednej; pomyślała. Zerknęła przelotnie za załom muru, i stanęła jak wryta. Na stoliku w rogu pomieszczenia leżały stopy w czarnych szpilkach, na nich czarne, koronkowe majtki, a całość wieńczyła głowa... Sklepowego manekina. Tuż obok leżała kartka z odręczną notką: Oto moja żona, Tove... Reszta była zamazana; ktoś niefrasobliwie ochlapał intrygujący świstek. 

Włoski na karku nieprzyjemnie przypomniały o swoim jestestwie; szybko załatwiła potrzebę, a do samochodu niemal biegła.

I przysięgam, że właśnie to wydarzyło się w miniony poniedziałek.

Niedawno wspominałam, że rozpoczął się sezon na moje ukochane czerwone pomarańcze. Kupiłam ich sporo; z części przygotowałam tartę, którą już Wam pokazywałam, kilka po prostu zjadłam, a resztę zamieniłam w ciasto znalezione u Doroty. Tamto było ze zwykłymi pomarańczami; jestem pewna, że w smaku bardzo się od siebie nie różnią, ale ten kolor... Musicie przyznać, że chyba wszystko wygląda lepiej w krwistej czerwieni niż w banalnym pomarańczu.

Ciasto jest wilgotne, słodkie i intensywnie pomarańczowe, a owoce na wierzchu to prawdziwe delicje. Nie można mu się oprzeć.

Klejące ciasto z czerwonymi pomarańczami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

pomarańcze w syropie:
  • 2 pomarańcze
  • 150 g cukru
  • 100 ml wody

ciasto:
  • 185 g creme fraiche (18%)
  • 110 g masła
  • 4 jajka
  • skórka otarta z 1 czerwonej pomarańczy
  • 220 g mąki pszennej
  • 3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 160 g cukru

Cukier i wodę zagotować w szerokim garnku lub na patelni. 
Pomarańcze pokroić w grube plastry.
Gdy cukier się całkowicie rozpuści, ułożyć plastry pomarańczy w garnku. Gotować na małej mocy palnika 12-15 minut, w połowie przewracając na drugą stronę, aż staną się szkliste. Odsączyć z syropu, ułożyć na dnie tortownicy wyłożonym papierem do pieczenia.
Syrop zachować.

Masło rozpuścić, przestudzić. Wymieszać ze śmietaną. Po jednym wbijać jajka, następnie dodać cukier i skórkę z pomarańczy. 
Mąkę przesiać z sodą, dodawać partiami do pozostałych składników, dokładnie mieszając.

Ciasto wyłożyć na pomarańcze, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez około30 minut, do suchego patyczka. 

Przestudzić chwilę w formie, następnie wyjąć na talerz. Gdyby ciasto urosło z dużą górką, należy ją równo ściąć. Ciasto ponakłuwać wykałaczką, polać syropem, zachowując 2-3 łyżki. Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Przed podaniem obrócić do góry spodem, wierzch ciasta polać pozostałym syropem.

Smacznego!

A dlaczego nagle zaczęłam pisać o sobie w osobie trzeciej...? Bo ciągle przechodzą mnie dreszcze, jak o tym myślę...

czwartek, 9 lutego 2017

Śnieg, spacery i smsy o niestosownej porze. Oraz tarta z czerwonymi pomarańczami

Nagle budzi mnie dźwięk telefonu. Wyrwana z głębokiego snu, zdezorientowana, z przerażeniem myślę, że to już wpół do siódmej. Zerkam na zegarek; nie, dopiero dwie minuty przed północą. Oddycham z ulgą. Co to jednak w takim razie było...? Zmrużonymi oczami wpatruję się w zbyt jasny ekran. Sms. Od szefa. I jak tam? Brakuje ci czegoś...?

Z głębokim westchnieniem odkładam telefon na nocny stolik, odwracam się na drugi bok i zapadam w te dziwne krainy, na których opisanie brakuje mi słów.

Rano myślę o tym, że tak, wiem doskonale, że o tej porze jest już w pracy i być może mu się nudzi, ale żeby tak zaraz do ludzi pisać...? Oj, będziemy musieli poważnie porozmawiać...

Między zajęciami, croquembouche, tortem Sachera i klasycznym czarnoleskim, a obiadami, które nieznacznie różnią się wyglądem, za to smakiem zupełnie nie, wychodzę na spacery. Szuram butami w śniegu po kostki, z lubością wdycham świeże, mroźne powietrze. Obserwuję na wpół zamarznięty strumień i psy hasające po polu. Każdego kolejnego dnia zaczynam w miejscu, w którym poprzednio przerwałam. Ciekawe, jak daleko zajdę? I co powstrzyma moją dalszą wędrówkę...?

Dzisiaj mam dla Was przepis bardzo prosty, a jednocześnie niezwykły. Zadziwiające, jak tak banalne składniki, jak masło, jajka i cukier, dzięki odrobinie wyobraźni, mogą zmienić się w coś tak pysznego.
Kruche ciasto na bazie palonego masła jest niesamowite. Lekko orzechowe, niesamowicie chrupiące i po prostu doskonałe. Z tego przepisu skorzystam jeszcze nie raz. 
Nadzienie to zwykły, banalny curd, najczęściej podawany w wersji cytrynowej. Tu kwaśne cytrusy zastąpiły ich krwistoczerwone, słodkie kuzynki. Dzięki temu tarta zyskuje piękny, różowy kolor i wprost uwodzicielski smak. Nie mogłam oprzeć się dokładce...

Ze względu na swoją uroczą barwę, świetnie nada się na zbliżające Walentynki. Ale jeśli macie już plany, nic straconego - mazurek też z niej będzie doskonały.

Przepis z bloga White on rice couple.

Tarta z kremem z czerwonych pomarańczy na spodzie z palonym masłem


Składniki:
(na formę do tary o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 110 g masła
  • 50 g cukru
  • 185 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki soli

curd z czerwonych pomarańczy:
  • 20 g mąki kukurydzianej
  • 150 g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 6 jajek
  • 2 żółtka
  • skórka otarta z 3 czerwonych pomarańczy
  • 300 ml soku z czerwonych pomarańczy
  • 110 g zimnego masła

dodatkowo:
  • cukier puder

Najpierw przygotować spód:
Masło pokroić w kostkę, włożyć do garnka. Rozpuścić, a następnie podgrzewać, aż zrobi się jasno brązowe i zacznie pachnieć orzechowo. Dodać cukier, wymieszać, aż niemal całkowicie się rozpuści. Dodać sól i mąkę, dokładnie połączyć. 
Ciastem wylepić formę, formując brzegi. Schłodzić w lodówce przez 30 minut.

W tym czasie przygotować krem:
Mąkę, cukier, sól, jajka, żółtka, sok i skórkę z pomarańczy umieścić w garnku. Podgrzewać, często mieszając, aż się zagotuje i nabierze konsystencji budyniu. Po kawałeczku dodawać zimne masło, cały czas mieszając.
Przetrzeć przez sitko.

Schłodzone ciasto gęsto nakłuć widelcem. Położyć na cieście papier do pieczenia, wysypać fasolkami. 

Piec w 175 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 15 minut w 175 st. C.

Na gorący spód wyłożyć krem, wyrównać wierzch.

Piec w 175 st. C. przez około 15 minut.
Ostudzić.

Schłodzić tartę w lodówce, najlepiej przez całą noc.
Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

Przede mną ostatnie popołudnie w internacie. Jutro o tej porze myślami już będę w domu...

wtorek, 7 lutego 2017

Wspomnienie zimowej focacci i o tym, co w szkole słychać

I tak znów znalazłam się w internacie. Tym razem nie miałam tyle szczęścia co ostatnio, i dostałam współlokatorkę. Nie zrozumcie mnie źle - dziewczyna jest przemiła, ale... Brakuje mi chwili dla siebie. Od dwóch dni bez przerwy ktoś ze mną jest, a dawno już się od takiego stanu rzeczy odzwyczaiłam. Pokój jest malutki, drzwi od szafy skrzypią niemiłosiernie, a w łazience ledwo się mieszczą nasze dwie szczoteczki do zębów i wspólne mydło do rąk. Potrzebuję miejsca i czasu tylko dla siebie; a na to, niestety, trochę sobie poczekam...

Tymczasem w szkole jest ciekawie. Co prawda wczoraj dowiedziałam się, że na egzaminie muszę przygotować słynne duńskie kransekage, i jestem tym lekko przerażona, ale... W trzy tygodnie się nauczę, prawda...? Przynajmniej taką mam nadzieję... Póki co pomalutku pieczemy ciasta czekoladowe, cytrynowe i marchewkowe, dzisiaj przygotowaliśmy karmel, a jutro będę lepiła różyczki z marcepanu i malowała czekoladą. Świetna zabawa!
Szkoda tylko, że tak daleko od domu...

Dzisiaj mam dla Was przepis na focaccię, który znalazłam u Ani. Od razu się w nim zakochałam - połączenie słodkawej, karmelizowanej czerwonej cebuli i kwaśnej żurawiny z aromatycznym rozmarynem i nutą pomarańczy nie mogło się nie sprawdzić. I tak, brzmi całkiem świątecznie, ale za oknami typowo bożonarodzeniowa pogoda - śnieg sypie bezustannie od dwóch dni, przykrywając wszystko białym puchem. I jak tu się oprzeć świątecznym połączeniom smaków...?

Czyżbym aż tak wcześnie w tym roku miała zacząć z pierniczkami...?

Pomarańczowa focaccia z cebulą, żurawiną i rozmarynem


Składniki:
(na 1 focaccię)
  • 170 ml letniej wody
  • 15 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 300 g mąki pszennej
  • 2 łyżki oliwy
  • skórka otarta z 1/2 pomarańczy
  • 1 gałązka rozmarynu
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku

dodatkowo:
  • 2 czerwone cebule
  • 1 łyżka oliwy
  • 1 łyżka masła
  • 2 łyżki octu balsamicznego
  • 100 g świeżej żurawiny
  • świeży rozmaryn
  • płatki soli morskiej

Przesiać mąkę do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, zasypać cukrem i zalać połową wody. odstawić na 10-15 minut.
Po tym czasie dodać resztę wody, zagnieść ciasto. Dodać oliwę, sól, drobno posiekany rozmaryn, tymianek i skórkę z pomarańczy. Wyrobić gładkie ciasto, odstawić do wyrośnięcia na 1 godzinę.

W tym czasie obrać cebule, pokroić w piórka. Na patelni rozgrzać masło z oliwą, dodać cebulę i zeszklić. Zalać octem, podsmażać jeszcze chwilę, zdjąć z palnika i ostudzić.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na wielkość blachy z piekarnika. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić na 45-60 minut.
Na wyriśniętym cieście równomiernie rozłożyć cebulę, posypać żurawiną, igiełkami rozmarynu i solą morską.

Piec w 220 st. C. przez 20-25 minut.
Pokroić na mniejsze kawałki, podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

I wiecie co...? Wczoraj, z nudów, zaczęłam się uczyć. Sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle...

sobota, 21 stycznia 2017

Dla Babci i Dziadka. I drożdżowe, bożonarodzeniowe serce

Ależ ten czas szybko leci! Ledwo co świętowaliśmy Boże Narodzenie i Nowy Rok, a tu już niemal koniec stycznia, a w raz z nim kolejne ważne dni. Nikt chyba bowiem nie zapomniał, że dziś mamy Dzień Babci, a jutro Dzień Dziadka...? 
W tym czasie nie mogę opędzić się od myśli o moim nieżyjącym już Dziadku ze strony Taty. Tym najlepszym; najukochańszym. Choć to już tyle lat, ja nadal tęsknię...

Ale w tym roku, na przekór samej sobie, skupiłam się na tych, którzy wciąż ze mną są. Choć nie na co dzień, a raczej od święta, bo odległości, niestety, nie są małe. Na szczęście internet pełen jest możliwości, które postanowiłam wykorzystać, i sprawić Dziadkom małe niespodzianki.
Kilka dni temu pieczołowicie wybrałam czekoladowe telegramy (to nie jest wpis sponsorowany, jakby ktoś miał podejrzenia), dobrałam wstążki i wypisałam bileciki. Uważam je za bardzo elegancki, a jednocześnie uroczy prezent, który można dowolnie spersonalizować. Pomysł genialny w swej prostocie!
Dopiero później będę dzwonić, żeby złożyć życzenia; mam nadzieję, że Dziadkom ta odrobina czekoladowej słodyczy przypadła do gustu.

Dzisiaj mam przepis, który idealnie sprawdziłby się na wizytę u ukochanych Dziadków, ale generalnie pomyślany został jako smakołyk bożonarodzeniowy. Od kiedy tylko zobaczyłam zdjęcie w Spis bedre, nr 11/2016, nie mogłam przestać o tym wieńcu myśleć. Te kolory, i ta czekolada na wierzchu! No coś wspaniałego!

Oczywiście, zajęta pierniczeniem, na drożdżowe czasu już nie znalazłam. Za to w styczniu poczułam nagle drożdżowy zew, i nie mogę się od niego opędzić. Przewertowałam więc magazyn, znalazłam odpowiednią stronę, i zabrałam się do dzieła. Znów zapachniało u nas Świętami... Ale czy to źle...? Dopiero niedawno poprószył śnieg, przysypując park i las cienką warstwą białego puchu. Choinki już dawno nie ma, dekoracje powędrowały do piwnicy w wielkich pudłach, ale światełka w oranżerii nadal umilają mi ciemne poranki. C. rozpala w kominku, ja siadam w bujanym fotelu, i delektujemy się tym niesamowitym zapachem... A później zajadamy miękką, puchatą drożdżówkę. I cieszymy się jej smakiem, bez względu na uniesioną brew Kalendarza (gdyby to nie był tylko zeszyt wypełniony datami, a poważny, starszy pan, jestem absolutnie pewna, że na taką profanację jego jakże ważnej profesji, uniósłby wymownie brew). 

Świąteczny wieniec cynamonowy z białą czekoladą i liofilizowanymi malinami


Składniki:
(na 1 średniej wielkości wieniec)
  • 25 g świeżych drożdży
  • 100 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 1 łyżka cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g masła
  • 300 g mąki pszennej

nadzienie:
  • 65 g miękkiego masła
  • 65 g jasnego cukru muscovado
  • 1 łyżka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonych goździków
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 50 g surowego marcepanu

dodatkowo:
  • 100 g białej czekolady
  • 2 łyżki liofilizowanych malin
  • 1 łyżka niesolonych pistacji (bez łupinek)
  • złoty pyłek

Masło rozpuścić i przestudzić. 
Drożdże pokruszyć, rozetrzeć z cukrem. Dodać mleko, wymieszać. Wbić jajko, wsypać kardamon i sól, połączyć. Wlać przestudzone masło, a na końcu partiami dodawać mąkę. Wyrobić gładkie ciasto, odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować nadzienie:
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać przyprawy, skórkę z pomarańczy i pokruszony marcepan, zmiksować na gładką masę. Odstawić.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Lekko podsypując mąką, rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x45 cm. Posmarować nadzieniem, a następnie ciasto zawinąć w rulon wzdłuż dłuższego boku. Przeciąć na pół w poprzek, a następnie każdą część wzdłuż, nie rozcinając jednak do końca. Zapleść razem końcówki, a następnie z obu części ciasta uformować na blasze wyłożonej papierem do pieczenia serce. Odstawić do napuszenia na 30-45 minut.

Piec w 190 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić.

Pistacje posiekać.
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej lub mikrofalówce. Przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę. Udekorować ciasto, od razu posypać malinami i pistacjami. Oprószyć złotym pyłkiem.

Smacznego!


Jeśli nie macie niesolonych pistacji (a wiem, że nie tylko ciężko je dostać, ale też ich cena potrafi przerazić jeszcze bardziej niż koszt ich solonych kuzynek), wystarczy solone wyłuskać, namoczyć, a następnie lekko uprażyć na suchej patelni. Efekt będzie dostatecznie zbliżony do oryginału.

piątek, 13 stycznia 2017

Tytułem wstępu: konfitura z czerwonych pomarańczy

Są takie owoce i warzywa, które dostępne są cały rok, i przez okrągłe dwanaście miesięcy jemy je z największą przyjemnością. Któż by bowiem wyobrażał sobie czekać na jabłka czy ziemniaki do jesieni...? No nikt (chyba; poprawcie mnie, jeśli się mylę). 
Są też takie, które niby są dostępne, ale poza sezonem smakują jak woda; w najlepszym przypadku. W dodatku ich cena poraża; jestem pewna, że koszt zakupu stu gram truskawek w styczniu niejednego przyprawił o palpitację serca, a może i wizytę na oddziale ratunkowym. Mnie bowiem dech zaparło już nie jednokrotnie; a gdy pomyślę o smaku (czy raczej jego braku) rzeczonych truskawek, to nie mogę wymyślić, kto to w ogóle kupuje...

Są wreszcie takie specjały, których poza sezonem próżno szukać w najbardziej wyspecjalizowanych sklepach. Po kilku tygodniach bytności na półkach, znikają z nich niespodziewanie, pozostawiając po sobie niedosyt i świadomość, że będzie trzeba na nie czekać okrągły rok. Do tych frykasów, których wyglądam niczym spragniony wielbłąd oazy, zaliczają się rabarbar, świeża żurawina i kasztany, a także czerwone pomarańcze. Te zwyczajne, pomarańczowe, dostępne są cały rok, ale wszyscy wiedzą, że najlepiej smakują zimą; szczególnie w okresie Bożego Narodzenia. Ich czerwone kuzynki są produktem dużo trudniej dostępnym, ciągle uważanym za kaprys kulinarnych blogerek i kucharzy, którzy pragną imponować niecodziennym menu. Ja jestem ich wielką miłośniczką; czekam na nie, przebierając nóżkami, już od listopada. W Danii pojawiają się jednak dopiero pod koniec lutego lub na początku marca, a kupić je można aż do maja, jeśli się ma szczęście i wie, gdzie szukać. Uwielbiam je oczywiście za ten urzekający, krwisty kolor, który sprawia, że ciasta i desery z nimi niesamowicie zyskują na aparycji. W dodatku mają nieco głębszy smak - o ile tak można to określić. Dla mnie są zupełnie wyjątkowe.

Sezon zacznie się już niedługo (czas pędzi tak szybko, że lutowa kartka z kalendarza opadnie, nim zdążymy się obejrzeć), wygrzebałam więc z czeluści twardego dysku zapomniany przepis na konfiturę z tych najlepszych z pomarańczy. 
Przygotowałam ją w marcu zeszłego roku; zdjęcia zrobiłam w maju, w pełni sezonu rabarbarowego. Ciężko jest znaleźć oba te smakołyki jednocześnie na sklepowych półkach, u mnie jednak mrożonych, różowych łodyg nie brakowało nawet, gdy miałam zamrażarkę rozmiarów kopertówki. Za namową jednej z Czytelniczek (która niestety się pod komentarzem nie podpisała) odwróciłam proporcje konfitury rabarbarowo-pomarańczowej, tworząc coś tak pysznego, że nikt nie jest w stanie się oprzeć. Intensywny smak pomarańczy przełamany kwaskowatym rabarbarem. I więcej słów nie potrzeba.

Konfitura z czerwonych pomarańczy z rabarbarem


Składniki:
(na 3 słoiczki)
  • 2 kg czerwonych pomarańczy
  • 300 g rabarbaru
  • 400 g cukru

Z połowy pomarańczy zetrzeć skórkę. Owoce wyfiletować, wycisnąć sok z resztek. Wszystkie błonki i pestki zawinąć w gazę lub włożyć do pończochy, zawiązać. Umieścić z pomarańczami i rabarbarem w misce, wstawić na noc do lodówki.

Następnego dnia jak najdokładniej wycisnąć zawiniątko, wyrzucić. Pomarańcze przelać do garnka, dodać cukier, zagotować. Na małej mocy palnika gotować 2-3 godziny, aż do osiągnięcia pożądanej konsystencji (im dłużej gotowana, tym gęstsza będzie konfitura). 

Konfiturę przełożyć do wyparzonych słoiczków, zamknąć, ostudzić, ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!


W zeszłym roku (jak te słowa dziwnie brzmią wypowiadane w styczniu!) użyłam tej właśnie konfitury do przełożenia piernika staropolskiego. Raj na Ziemi to mało powiedziane...

wtorek, 20 grudnia 2016

Najaromatyczniejsze. Pierniczki

Sezon na świąteczne jarmarki zakończyliśmy wizytą w okolicach Billund (tak, tak, tam właśnie jest Legoland), gdzie, muszę przyznać, oczy mi się zaświeciły i myślałam, że nigdy spomiędzy tych wszystkich krasnali nie wyjdę.
Miejsce to zaskoczyło mnie o tyle, że cała atrakcja znajduje się w... Stodole. Starsze małżeństwo zamieniło budynek gospodarczy w przedświąteczny raj. Półki i stoły zapełnione są najróżniejszymi dekoracjami: od zupełnie maleńkich krasnali i domków, idealnych do stworzenia mikroskopijnej, mikołajkowej wioski, przez coraz większe porcelanowe i materiałowe figurki, aż do dekoracji choinkowych i świeczek. Muszę przyznać, że te ostatnie zaparły mi dech. Ręcznie malowane, po prostu dzieła sztuki. Na wieść, że pochodzą z Polski, poczułam niejaką dumę z rodaków. Zachwyceni, kupiliśmy dwie, które ozdobią nasz wigilijny stół. O ile C. przemoże się i pozwoli mi je zapalić...

Razem ze świeczkami do domu wróciły z nami dwa bałwanki, trochę bombek i urocza miseczka, która natychmiast została wypełniona pierniczkami. Szczerze mówiąc, trochę żałuję, że kupiłam tylko jedną...

A teraz już, niestety, pozostaje tylko czekać na kolejne jarmarki w przyszłym roku... 

W grudniu nie mogło się obyć bez wspólnego pieczenia świątecznych ciasteczek. Razem z Emilią, Mopsikiem, Mirabelką i Zuzią zabrałyśmy się więc ochoczo do pracy.
Ja znalazłam przepis w magazynie Mad og venner, nr 134/2015. Najpierw zachwyciło mnie zdjęcie trochę nieporadnych łosi, a gdy przeczytałam aromatyczną listę składników, po prostu nie mogłam się oprzeć. Gotowe pierniczki wręcz odurzają zapachem! Korzenne przyprawy mieszają się z cytrusami, tworząc wyjątkowo świąteczną i nastrojową fuzję. A ten smak... Cóż, to chyba najsmaczniejsze pierniczki, jakie udało mi się upiec! Są miękkie, odpowiednio słodkie, lekko karmelowe za sprawą melasy i... Po prostu idealne. 
Musicie je mieć!

Miodowo-cytrusowe łosie


Składniki:
(na około 60 ciastek)
  • 800 g mąki pszennej
  • 1 łyżka mielonego imbiru
  • 1/2 łyżeczki mielonych goździków
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 250 g miękkiego masła
  • 150 g ciemnego cukru muscovado
  • 135 g miodu
  • 200 g melasy
  • 2 jajka
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • skórka otarta z 1 cytryny
Mąkę przesiać z proszkiem, dodać imbir, goździki i cynamon, wymieszać.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać miód i melasę, zmiksować. Po jednym wbić jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Następnie dodać skórki z cytrusów, połączyć.
Na końcu partiami dodawać mąkę z przyprawami, miksując na najniższych obrotach miksera.

Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę (można przez całą noc).

Schłodzone ciasto wałkować na grubość 6 mm, wycinać foremkami łosie (lub inne dowolne kształty). Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując niewielkie odstępy.

Piec w 180 st. C. przez 8-10 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Oczywiście, kształty można wykrawać dowolne. U mnie, poza reniferami, zagościły też inne zwierzątka: wiewiórki, jeże, lisy... Jeśli jednak użyjecie tylko dużych form, ciastek wyjdzie nieco mniej (około czterdziestu). 

wtorek, 13 grudnia 2016

Jak kupowaliśmy choinkę. I szafranowe drożdżowe supełki

Do Wigilii zostało raptem jedenaście dni. Ciężko w to uwierzyć, gdy patrzy się na listopadowy krajobraz za oknem i słucha bębnienia deszczu o dach. Zdegustowana pogodą, postanowiłam czym prędzej wprowadzić świąteczną atmosferę w domu. Wybraliśmy się więc z C. na poszukiwania choinki. Oczywiście, w tym roku musiała być zupełnie wyjątkowa. Przecież to nasze pierwsze Święta w nowym domu! I skoro w końcu mamy miejsce, postanowiliśmy wykorzystać ten fakt do maksimum.

Gdy wspomnieliśmy o naszym planie siostrze C., od razu wykazała zrozumienie i odpowiedni zapał. Poleciła nam znane sobie miejsce, gdzie podobno na przystankach między choinkami serwują grzańca i pierniczki. Już sobie wyobraziłam te połacie pełne drzewek czekających na swój nowy dom... Nie mogliśmy odpuścić, i czym prędzej wybraliśmy się pod wskazany adres. A tam, ku mojemu niemałemu zaskoczeniu, prawdziwy las! Choinki wszelkiej maści i wielkości, a na samym środku urokliwa chatka, gdzie można poczęstować się specjałami przygotowanymi specjalnie dla gości. Wieczorny mrok rozpraszają porozstawiane wszędzie latarnie, spod krzaczków wychylają się krasnale i drewniane rzeźby zwierząt, a wszystko jest tak pełne uroku, że nie ma się ochoty tego miejsca opuszczać. Byłam szczerze zachwycona!
Popijając grzane wino i wyjadając z niego mocno już podchmielone rodzynki, krytycznym okiem lustrowałam kolejne drzewka, które prostu ustawiał przede mną C. W końcu wybraliśmy ideał, który został zapakowany w siatkę, i ruszyliśmy z nim do domu. Na miejscu, jak co roku zresztą, okazało się, że na wolnym powietrzu drzewko wydaje się zdecydowanie mniejsze, niż kiedy ustawi się je pod dachem. Tym razem jednak udało się je postawić bez wiercenia dziury w suficie, i nawet na gwiazdę miejsce zostało. 
Uradowani jak małe dzieci, zabraliśmy się do ubierania choinki. Zajęło nam to kilka cudownych godzin, których efekt podziwiam teraz z zachwytem za każdym razem, gdy zerkam w stronę naszego drzewka. Jest piękne! A kiedy ułoży się pod nim stos prezentów, nikt mu się nie oprze...

W dniu dzisiejszym, czyli trzynastego grudnia, skandynawska tradycja nakazuje przygotowanie szafranowych bułeczek na cześć świętej Łucji. Zazwyczaj zawija się je na kształt litery S, na jej końcach wciskając rodzynki. Ja tymczasem w magazynie Hjemmets bedste mad, nr 12/2016, znalazłam ich nieco inną wersję. Zwinięte w zgrabne supełki, prezentują się jeszcze bardziej uroczo. Wszystkie składniki akurat miałam w domu, wszystko poszło więc bardzo sprawnie. Opis wiązania supełków może wydawać się nieco skomplikowany, ale liczę w tej materii na Waszą kulinarną wyobraźnię.
Bułeczki wychodzą cudownie mięciutkie i delikatne, a cukier na wierzchu delikatnie chrupie między zębami. Jeszcze ciepłe zjadłam trzy (na swoje usprawiedliwienie powiem, że wychodzą naprawdę nieduże), a C... Cóż, nie będę nawet pisać. 
Są pyszne!

Supełki św. Łucji


Składniki:
(na 24 niewielkie bułeczki)

ciasto:
  • 1 g nitek szafranu
  • 250 ml wody
  • 75 g masła
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 jajko
  • 50 g cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 550 g mąki pszennej

nadzienie:
  • 100 g surowego marcepanu
  • 75 g miękkiego masła
  • 50 g cukru
  • skórka otarta z 1 pomarańczy

dodatkowo:
  • 25 g rodzynek
  • 50 g suszonych wiśni
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mleka
  • 2 łyżki cukru perłowego

Szafran zalać wodą, odstawić na 5 minut.
Masło rozpuścić, wymieszać z szafranem. Ewentualnie lekko podgrzać (płyn nie powinien mieć więcej niż 37 st. C.).
Do dużej miski wkruszyć drożdże, wlać kilka łyżek płynu, rozetrzeć. Dolać pozostały płyn, połączyć. Dodać jajko, cukier, kardamon i sól. Zmiksować. Na końcu partiami dodawać mąkę. Wyrobić gładkie, lekko lepkie ciasto.
Miskę przykryć ściereczką, odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować nadzienie:
Marcepan zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Dodać masło, cukier i skórkę z pomarańczy. Zmiksować na gładką masę, odstawić.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 2 równe części. Jedną odłożyć, drugą rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x40 cm. Posmarować połową kremu, zwinąć w ciasny rulon wzdłuż dłuższego boku. Pokroić ostrym nożem na 12 części. Każdy plasterek rozciągnąć, a następnie przeciąć wzdłuż, nie rozcinając do końca. Zapleść oba końce, następnie zlepić je ze sobą, formując supeł.
Bułeczki układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując spore odstępy.

Tak samo postąpić z drugim kawałkiem ciasta.

Odstawić do napuszenia na 20-25 minut.

Bułeczki posmarować jajkiem roztrzepanym z mlekiem, posypać cukrem perłowym. Powciskać w nie rodzynki i wiśnie.

Piec w 215 st. C. przez 12-14 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Oczywiście, można je uformować tradycyjnie, pomijając wtedy marcepanowo-pomarańczowe nadzienie. Tylko po co, skoro jest tak pyszne...?

poniedziałek, 31 października 2016

Tort dla Jacka Skellingtona

Znacie może Jacka Skellingtona? Nie...? Najwyższy więc czas się zapoznać z tym szkieletowym młodzieńcem! Szczególnie, że już dziś mamy Halloween, więc okazja ku temu wyśmienita. 

Animacje Burtona uwielbiam. Są genialne, mroczne, a jednocześnie niesamowicie wzruszające. Wciągają bez reszty. Moją ukochaną, bez dwóch zdań, jest Miasteczko Halloween (którego oryginalny tytuł brzmi Nightmare before Christmas, i, moim zdaniem, zdecydowanie lepiej oddaje ducha filmu). 
Jack Skellington, Dyniowy Król, ma depresję. Nie che już straszyć, znudziły mu się halloweenowe zwyczaje i najzwyczajniej w świecie - pragnie odmiany. Gdy przypadkiem trafia do miasteczka Bożego Narodzenia, widzi Mikołaja, prezenty, choinki i ogólną radość, postanawia ten uroczy zwyczaj wprowadzić w swojej mrocznej krainie. Wszelkiej maści potwory i najróżniejsze strachy ochoczo zabierają się do dzieła, zupełnie jednak nie wyczuwają ducha Świąt. W prezentach doszukują się przerażających niespodzianek, choinkę chcą udekorować kośćmi, a świątecznym melodiom nadają pogrzebowych tonów. Jack wpada więc na szalony pomysł porwania Świętego Mikołaja i zastąpienia go przy rozdawaniu prezentów. 
Wszyscy wiedzą, że to nie może skończyć się dobrze...
Oczywiście, dla romantyków jest też wątek miłosny - pozszywana z rozdartych kawałków Sally podkochuje się w Jacku, nie śmie jednak wyznać mu swoich uczuć. Więziona przez szalonego naukowca, w końcu ucieka i...

Koniecznie musicie obejrzeć! Jeśli widzieliście, nic nie szkodzi - my co roku oglądamy Nightmare before Christmas, i za każdym razem bawimy się tak samo dobrze. Dajcie Jackowi szansę skradnięcia i Waszych serc.

W tym roku jakoś mi nie szło przygotowywanie halloweenowych słodkości. Zbyt dużo pracy, za mało czasu wolnego. Poza tym setki muffinek patrzących przekrwionymi oczami przygotowanych w pracy skutecznie zniechęcały mnie do dalszej produkcji w domu. Tortu jednak nie mogłam sobie odmówić - i oto jest. Na cześć mojego ukochanego halloweenowego bohatera.
Przepis na ciasto dyniowe znalazłam w magazynie Spis bedre, nr 10/2016, i użyłam go praktycznie bez żadnych modyfikacji. Zmniejszyłam tylko porcję ciasta o połowę, i zamiast w dużej blaszce, upiekłam w niewielkiej tortownicy. Krem natomiast przygotowałam z całości, redukując znacząco ilość cukru. Wystarczyło na przełożenie i obłożenie ciasta. Nawet orzechy upchnęłam - zamiast na wierzchu, dekoracyjnie, wcisnęłam je do środka. Cudownie chrupią!
Nie jest to klasyczny tort biszkoptowy; jest za to wilgotny i aromatyczny. No i prezentuje się znakomicie! Muszę przyznać, że dekoracja, choć prosta, udała mi się dokładnie tak, jak sobie wymyśliłam. 

Ukontentowana, już za chwilę wbiję w twarz Jacka nóż... 
Na szczęście i tak już nie żyje; and because I am dead, I can take off my head, jak sam śpiewa.

Tort dyniowy z Jackiem Skellingtonem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 19 cm)
  • 200 g puree z dyni
  • 125 g miękkiego masła
  • 75 g cukru trzcinowego
  • 2 jajka
  • 75 g surowego marcepanu
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 150 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
krem:
  • 100 g miękkiego masła
  • 200 g serka kremowego
  • 75 g cukru pudru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 40 g orzechów włoskich
dodatkowo:
  • 300 g marcepanu plastycznego
  • czarny barwnik spożywczy w paście
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Dodać starty na dużych oczkach marcepan i skórkę z pomarańczy, połączyć.
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z przyprawami. Partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera, tylko do połączenia składników.

Formę wysmarować masłem. Wyłożyć do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 175 st. C. przez 35-40 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Masło utrzeć z cukrem pudrem i cukrem waniliowym na puszystą, jasną masę. Po łyżce dodawać serek, nie przerywając miksowania.
Orzechy posiekać.

Ciasto przeciąć w poziomie na pół. Na paterze ułożyć spód ciasta, posmarować połową kremu, przykryć drugim blatem. Wierzch i brzegi posmarować resztą kremu, zostawiając 1-2 łyżki. 
Pozostały krem przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę, formując niewielki otwór. Wycisnąć na ciasto łuki ponad i pod oczami oraz usta. Schłodzić w lodówce przez 30 minut, aż krem nieco stwardnieje.

Marcepan rozwałkować na grubość 3-3,5 mm. Ułożyć na cieście, dociskając w okolicach oczu i ust, formując wgłębienia na nos. Barwnik rozrobić w odrobince wody, pomalować oczy, nos i usta.

Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Jeśli nie odpowiada Wam dekoracja w mrocznych klimatach, przygotujcie ciasto bez obkładania go marcepanem, a wierzch posypcie orzechami. Torcik bowiem jest tak pyszny, że aż żal go nie spróbować tej jesieni.

środa, 8 czerwca 2016

Etat w trzecim kręgu piekła i tarta z młodą marchewką

Latem cukiernie kuszą klientów lekkimi ciastami z owocami, domowymi lodami i mrożoną kawą. Wielu z Was - jestem pewna! - dało się skusić więcej niż raz. Wchodzicie do środka zwabieni słodką wystawą, i już od progu otula was delikatny powiew klimatyzacji. Stoicie więc przed ladą podziwiając cukiernicze dzieła i zastanawiacie się długo, które wybrać. W końcu decyzja zapada i wychodzicie ze zgrabnie zapakowanym deserem. 
W międzyczasie przewijają się Wam przez głowy myśli o tym, jak to cudownie pracować w cukierni i przebywać na co dzień wśród tych wszystkich słodkich pyszności.

Owszem, macie rację. To cudowna praca i świetna zabawa (przynajmniej od czasu do czasu). Kiedy jednak przychodzą iście afrykańskie temperatury, każdy cukiernik przeklina swoją młodzieńczą głupotę, kiedy to zdecydował się na taki zawód. Na zapleczu bowiem nie ma klimatyzacji; są za to wielkie piece, które wydzielają niewyobrażalne wręcz ilości ciepła. Nie ma szans na najlżejszy choćby powiew wiatru, a lodówka to najprzyjemniejsze miejsce, do którego można się udać. 
Śmietana topi się jak szalona, miękka czekolada rozpływa się pod najdelikatniejszym dotykiem, ozdabianie ciast marcepanem to istna droga przez mękę. A w momencie, w którym okazuje się, że na jutro trzeba przygotować kilkaset tuzinów waniliowych ciasteczek, i tak już spoceni i rozdrażnieni współpracownicy, zaczynają zgrzytać zębami...

A potem nagle ktoś zrobi coś zabawnego, ktoś inny wybuchnie głośnym śmiechem powodując, że nawet największy złośnik nie może się powstrzymać - i okazuje się, że nawet trzeci krąg piekła nie taki straszny, jak go Dante odmalował.

Tymczasem mam dla Was propozycję tarty, której przygotowanie wymaga włączenia piekarnika. Nie marudźcie jednak - ten smak jest wart chwili poświęcenia! Poza tym - zawsze możecie wyjść z kuchni na czas pieczenia. Pomyślcie sobie wtedy o tych wszystkich piekarzach i cukiernikach, którzy takiego luksusu nie mają. Od razu zrobi Wam się chłodniej.

Przepis znalazłam u Lo, i zakochałam się od razu. Te chrupiące, młode marchewki skarmelizowane w soku pomarańczowym, zdecydowanie podziałały na moją wyobraźnię. Gdy więc tylko nadarzyła się okazja, zabrałam się do działania.
Spód nie jest tak kruchy, jak tego oczekiwałam, za to pełen smaku. Ciągle zachowujące swoją chrupkość marchewki w połączeniu z tymiankiem, słonym serkiem i słodkim miodem, dają niesamowity efekt. Ta tarta to kwintesencja idealnego, wiosennego posiłku - lekka, delikatna, pełna smaku.
Musicie ją mieć!

Na danie z młodą marchewką zaprasza dzisiaj również Ania.

Tarta z młodą marchewką, kozim serkiem i miodem


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 24 cm)

spód:
  • 180 g mąki pszennej
  • 150 g serka kremowego
  • 100 g miękkiego masła
  • 1 łyżka listków tymianku

nadzienie:
  • 300 g młodej marchewki
  • 200 g koziego serka
  • 250 g sera ricotta
  • 2 łyżki miodu
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok z 1 pomarańczy
  • 15 czarnych oliwek
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki listków tymianku
  • oliwa
  • sól
  • pieprz

Serek zmiksować z masłem, dodać mąkę i tymianek, połaczyć.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30-60 minut.

Marchewki obrać, przekroić wzdłuż na pół. Podsmażyć na oliwie przez kilka minut, powinny nadal być chrupkie. Dodać miód i sok z pomarańczy; podgrzewać, aż 2/3 płynu odparuje.
Odstawić.

Ricottę wymieszać ze skórką pomarańczową, połową tymianku, przeciśniętym przez praskę czosnkiem oraz solą i pieprzem..

Schłodzone ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć ciastem formę, formując kant. Przykryć papierem do pieczenia, wysypać kuleczkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.

Następnie zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 10 minut w 180 st. C. 

Lekko przestudzony spód posmarować kremem z ricotty. Na wierzch wyłożyć marchewki, oliwki i kozi twarożek. Polać sokiem ze smażenia marchewek, posypać resztą tymianku.

Piec w 180 st. C. przez 20-30 minut.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


Mimo prawdziwie dekadenckich upałów, nadal wypijam dwa dzbanki gorącej herbaty dziennie.
Myślicie, że to normalne...?

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

O tym, jak kupiliśmy dom. I różowy sernik pomarańczowy

Nosiliśmy się z tym zamiarem od kilkunastu miesięcy. Szukaliśmy, oglądaliśmy, zastanawialiśmy się i wydziwialiśmy. Pytaliśmy i słuchaliśmy, a potem i tak robiliśmy swoje. W końcu jednak nadszedł ten długo wyczekiwany dzień: znaleźliśmy dom idealny. Ma wszystko, czego potrzebujemy i o czym marzyliśmy. Spełnia wszystkie wymagania, i kryje w sobie niejedną niespodziankę. 
Lista życzeń była długa: minimum dwie łazienki, wanna, kominek, duża kuchnia, duży salon, jadalnia, w której zmieści się ogromny stół (C. ma naprawdę dużą rodzinę); jasny, przestronny, zbudowany na prostym i logicznym planie (co w Danii wcale nie jest oczywistością). 

Zakochaliśmy się już w zdjęciach; pierwsze odwiedziny były niesamowicie emocjonujące. Gdy pan z banku powiedział magiczne tak, powstrzymywałam się całą siłą woli, żeby nie zacząć mu skakać po biurze. A gdy podpisywaliśmy dokumenty w zeszły wtorek, adrenalina podskoczyła mi, jakbym właśnie pierwszy raz skoczyła ze spadochronem. Nie wiem, ilu z Was ma to za sobą, ale kupno pierwszego domu to jest naprawdę coś. I choć kredyt na trzydzieści lat ciągle mnie przeraża, to radość i satysfakcja zdecydowanie przewyższają to lekkie uczucie niepewności. 
I czuję się teraz taka dorosła!

Z tej okazji przygotowałam wariację na temat ulubionego ciasta C., czyli sernika na zimno. Tym razem smakuje pomarańczami, ale kolor ma... Różowy! Jak to zrobiłam? Bardzo prosto - użyłam czerwonych pomarańczy. Nadały ciastu śliczną, pastelową barwę, która świetnie skomponowała się z rubinowymi ziarenkami granatu i głęboko czekoladową granolą. 
Spód chrupie, tak jak i małe niespodzianki w postaci granatu; masa serowa jest kremowa i delikatna, a plasterki pomarańczy na wierzchu cudownie soczyste. Całość nie tylko pięknie wygląda, ale też doskonale smakuje. Idealny deser na tak wyjątkową okazję.

Sernik z czerwonymi pomarańczami i granatem na spodzie z granoli


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 225 ml soku z czerwonych pomarańczy (4-5 owoców)
  • 5 listków żelatyny
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 125 g słodzonego mleka skondensowanego
  • ziarenka z 3/4 granatu

dodatkowo:

Masło rozpuścić, wymieszać z granolą. Wyłożyć na dno tortownicy, przyciskając.
Wstawić do lodówki.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml soku zagotować, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Dodać pozostały sok, wymieszać, ostudzić.
Serek zmiksować z mlekiem, powoli wlewać ostudzony sok, cały czas miksując. 
Kremówkę ubić, dodać do masy serowej, delikatnie mieszając łyżką. Na końcu dodać 3/4 ziarenek z granatu, połączyć.
Masę wylać na spód, schłodzić w lodówce przez kilka godzin, a najlepiej całą noc.

Przed podaniem udekorować pozostałymi ziarenkami granatu, plasterkami pomarańczy i granolą.

Smacznego!


Przeprowadzka już/dopiero pod koniec czerwca. A ja już ustawiam wirtualne meble w moim wymarzonym domu...

piątek, 8 kwietnia 2016

Meteopatia, czyli uzasadnienie złego humoru. I lody - na wpół zamrożone

Z przykrością stwierdzam, że chyba stałam się meteopatą. Zazwyczaj potrafię znaleźć dobre strony niemal w każdej pogodzie, ale ostatnio mam ochotę płakać razem z niebem. 
Kalendarzowa wiosna zaczęła się już jakiś czas temu, Wielkanoc dawno za nami, a aura nie zmieniła się ani odrobinę. Co prawda termometr pokazuje te kilka kresek powyżej zera i nie muszę co rano skrobać szyb w aucie, ale co z tego, skoro ciągle wieje i pada? Lodowate podmuchy przeszywają do kości (a przecież chodzę jeszcze w moim czerwonym, zimowym płaszczu), deszcz sieka prosto w twarz, a w istnienie słońca powoli przestaję wierzyć. To chyba jeden z tych cudownych mitów, jak Atlantyda na przykład...

Po krótkim spacerze z Ptysią idę pod gorący prysznic; dopiero jego szum zagłusza głośny stukot kropel o szyby. Piję gorącą herbatę, zawijam się w swetry i ciepłe koce, i marzę... Nie, nie o lecie i egzotycznych wakacjach. Raptem o kilku radosnych, ciepłych promykach, które podniosą mnie na duchu i dadzą nadzieję. Prognozy jednak szybko te myśli wybijają z mojej głowy; deszcz, wiatr i ogólnie jesień. Taka raczej listopadowa niż złota. 
Heh...

Jak już sobie pomarudziłam, to teraz osłodzę nam życie. Wam ideą, sobie wspomnieniami, bo tylko one po tych lodach zostały.
Semifreddo bowiem to rodzaj włoskich lodów; idealne dla tych, którzy nie mają maszynki (albo nie mają na nią miejsca w zamrażarce). Osobno ubija się żółtka, białka i kremówkę, a potem wszystko delikatnie łączy, dorzucając ulubione dodatki. Tym razem przepis znalazłam w duńskiej gazetce Hjemmets bedste mad, nr 4/2016, i postanowiłam przygotować go na przekór paskudnej pogodzie za oknami. Zamiast zwykłych pomarańczy użyłam ich czerwonych kuzynek; karmel nabiera dzięki nim ślicznej, różowo-czerwonej barwy. Chrupiące orzeszki w słodkim karmelu i waniliowe, cudownie kremowe lody. Idealny letni deser. Spróbujcie koniecznie!

Semifreddo z orzechami w pomarańczowym karmelu


Składniki:
(na formę silikonową do babki z kominem o pojemności 2,5 l)
  • 3 białka
  • 4 żółtka
  • 150 g cukru pudru
  • 2 łyżki ekstraktu z wanilii
  • 500 ml śmietany kremówki (38%)
orzechy w pomarańczowym karmelu:
  • 200 g orzechów laskowych
  • 100 g cukru
  • 100 ml soku z czerwonych pomarańczy
  • skórka otarta z 1 czerwonej pomarańczy
  • 1/6 łyżeczki soli

dodatkowo:
  • 4 czerwone pomarańcze

Orzechy rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 200 st. przez 10 minut.

Gorące orzechy przełożyć na czystą ściereczkę i pocierać, aż zejdą z nich skórki. Orzechy grubo posiekać.

Cukier i sok umieścić w garnuszku z szerokim dnem. Podgrzewać, aż płyn odparuje i cukier zacznie się karmelizować. Dodać sól, orzechy i skórkę z pomarańczy. Wymieszać.
Karmel wylać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Odstawić do zastygnięcia.

Kremówkę ubić na pół-sztywno.
Białka ubić, pod koniec ubijania partiami dodając 75 g cukru pudru.
Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem pudrem na jasną masę. Dodać ekstrakt, zmiksować. W 2-3 partiach dodać kremówkę, delikatnie mieszając łyżką. Na koniec dodać bezę, delikatnie połączyć.

Na dno formy wyłożyć 1/4 orzechów. Pozostałe wmieszać do masy. 
Masę wyłożyć do formy, wyrównać wierzch. Zamrozić na minimum 3 godziny. 

Wyjąć z zamrażarki 15-20 minut przed podaniem. Udekorować obranymi ze skórki i pokrojonymi w plastry pomarańczami.

Smacznego!

Wyczytałam też, że meteopatom poleca się zimne prysznice i schładzanie stóp. 
Co za sadysta mógł coś takiego w ogóle wymyślić...? 
Moje stopy są same z siebie jak kawałki lodu przez większą część roku, a ciepło tracę w tempie ekspresowym. Po takim prysznicu przez tydzień bym chyba do siebie nie doszła...