sobota, 25 lutego 2017

Super foods - super granola

Nerwica powoli przeradza się w panikę. Do egzaminów raptem kilka dni, a ja mam wrażenie, że umiem mniej, niż kiedy zabierałam się do nauki. Do testów praktycznych przećwiczyłam już prawie wszystko (została mi wieżyczka z ciasta marcepanowego, ale z pełnym rozmysłem zostawiłam ją sobie na poniedziałek - w końcu przez te dwa dni, przeznaczone właśnie na ćwiczenia, też muszę mieć coś do roboty). Mimo wszystko ciągle mam to dziwne odczucie w dołku, że coś pójdzie nie tak. Makaroniki wyjdą mi plaskate. Wieżyczka będzie przypominała tą w Pizie. Musy wypłyną z foremek. Albo, co gorsza, zrobią się w nich grudki. Beza się nie ubije...
Oj, mogłabym tak długo. Ale - moja wina; trzeba było wybrać coś prostszego i pewniejszego. Tylko co ja poradzę na to, że z takimi rzeczami mi nie po drodze...?

Tymczasem, skoro weekend się już zaczął, i tak naprawdę za chwilkę się skończy (wybaczcie powiew pesymizmu, ale sami rozumiecie - taka aura), mam dla Was propozycję śniadania na nadchodzące, zabiegane dni. Co powiecie na granolę pełną zdrowia...? Są w niej płatki owsiane i jaglane, nasiona chia i konopii (nie bójcie się, odurzenie Wam nie grozi), a także słynne jagody goji, których spróbowałam po raz pierwszy. Szczerze mówiąc, suszona żurawina czy wiśnia smakuje mi dużo bardziej, ale wiadomo - o gustach się nie dyskutuje
Do tego dorzuciłam orzechy włoskie i słodkie, słoneczne mango. Granolę przygotowałam z dodatkiem oliwy - dzięki temu jest niewiarygodnie chrupiąca! 
Spróbujecie...?

Granola z oliwą, mango i jagodami goji


Składniki:
(na 1 l słoik granoli)
  • 350 g płatków owsianych
  • 100 g płatków jaglanych
  • 2 łyżki nasion chia
  • 2 łyżki nasion konopii
  • 2 łyżki złotego siemienia lnianego
  • 75 g orzechów włoskich
  • 60 g sezamu
  • 125 ml oliwy
  • 125 ml syropu klonowego
  • 80 g suszonego mango
  • 50 g suszonych jagód goji
Płatki owsiane i jaglane, nasiona chia i konopii, sezam, siemię i grubo posiekane orzechy dokładnie wymieszać.
Oliwę wymieszać z syropem klonowym. Dodać do suchych składników, dokładnie połączyć. Mieszankę wysypać równomiernie na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 170 st. C. 30-40 minut, dwa razy mieszając.
Ostudzić.

Do ostudzonych płatków dodać jagody goji i grubo pokrojone mango. Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku.

Smacznego!

Przez pracę i egzaminy nie mam czasu na nic. Mam więc nadzieję, że wybaczycie, jeśli w przyszłym tygodniu na blogu będzie cicho...

czwartek, 23 lutego 2017

Pączki nowoorleańskie

Dziś zapraszam Was w dalszą podróż w poszukiwaniu pączków idealnych. Nie, żebym tym ostatnim, z samego serca Afryki, miała coś do zarzucenia - wyszły przepyszne i zniknęły błyskawicznie! I być może właśnie dlatego, gdy ciasto na tamte jeszcze rosło, zabrałam się za wyrabianie kolejnego. Tym razem, przebywając niepostrzeżenie tysiące kilometrów, wylądujemy w Nowym Orleanie...

Przepis znalazłam u Komarki, i od razu mi się spodobał. Są to pączki na drożdżach, a mimo to nie trzeba ciasta wyrabiać. W dodatku wyrasta na zimno, czyli przez noc w lodówce. Później wystarczy ciasto z rzeczonej lodówki wyjąć, rozwałkować i usmażyć. Podobno w Nowym Orleanie jada się je na śniadanie... Cóż, my w porze porannego posiłku zjedliśmy tylko po jednym, resztę zachowując na podwieczorek w doborowym towarzystwie. I choć byliśmy tylko w pięcioro, pączki zniknęły, zanim się obejrzałam. A to chyba o czymś świadczy, prawda...?

Tak naprawdę, pomijając niecodzienny kształt (który tak naprawdę dodatkowo usprawnia ich przygotowanie), są to niemal klasyczne pączuszki. Lekkie, mięciutkie, obłędnie pyszne. C. brakowało w nich nadzienia, według mnie po prostu oprószone cukrem pudrem smakowały niebiańsko. Szczególnie jeszcze ciepłe, mmm...

Beignets z Nowego Orleanu


Składniki:
(na 24 sztuki)
  • 680 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 25 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 125 ml oleju rzepakowego
  • 55 g cukru
  • 65 ml letniej wody
  • 1 jajko
  • 1/2 łyżeczki soli

dodatkowo:
  • cukier puder
  • olej do smażenia

Drożdże rozetrzeć z 1 łyżeczką cukru, dodać 2 łyżki mąki i 4 łyżki mleka. Wymieszać dokładnie, odstawić w ciepłe miejsce na 15 minut.
W osobnej misce roztrzepać jajko, dodać resztę mleka i cukru, wodę oraz olej. Połączyć. Dodać mokre składniki do zaczynu, wymieszać.
Mąkę przesiać, podzielić na pół. Do połowy dodać proszek i sól, wymieszać.
Do zaczynu dodać mąkę z proszkiem, połączyć. Partiami dodawać resztę mąki; ciasto powinno być dość luźne i lepkie. 
Ciasta nie wyrabiać, wymieszać tylko do połączenia składników. Miskę przykryć folią spożywczą, wstawić na noc do lodówki.

Wyrośnięte ciasto przełożyć na blat oprószony mąką, rozwałkować nakwadrat o grubości 1,5 cm. Pokroić ostrym nożem na kwadraty (6x4).
W dużym, szerokim garnku rozgrzać olej. Smażyć pączki po kilka minut z obu stron na brązowy kolor.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


Ja tymczasem całe popołudnia spędzam w kuchni, udoskonalając przepisy na egzamin. Cztery musy, makaroniki, mini tarty, wieżyczka z ciasta marcepanowego, chleb na poolish i chleb żytni... Dużo tego jak na pięć godzin, oj dużo...

wtorek, 21 lutego 2017

Afrykańskie pączki. Kokosowe!

Powoli popadam w nerwicę. Zbliżające się wielkimi krokami egzaminy przyprawiają mnie o ból głowy, niemożność zaśnięcia, a co za tym idzie - chroniczne niewyspanie. Przez to, że jestem zmęczona, jestem jeszcze bardziej nerwowa... I kółko się zamyka. Ale my, kobiety, już chyba tak po prostu mamy.

Dla przykładu, sytuacja z zeszłego tygodnia. 
Na zajęciach dźwięk w telefonie mam oczywiście wyłączony, gdy więc wychodzę z sali, zerkam kontrolnie na ekran, czy przypadkiem ktoś nie dzwonił. I tak jak zazwyczaj nie dzieje się zupełnie nic, tak pewnego dnia zobaczyłam dwa nieodebrane połączenia! W dodatku oddalone od siebie zaledwie o kilka minut; pierwsze od Karoliny, drugie od C. Od razu więc wymyśliłam, że na pewno coś się stało (i to z pewnością coś niedobrego; zauważyliście, że ludzie dużo szybciej dzielą się złymi wieściami niż dobrymi...?). Czym prędzej wykonałam więc telefony do obojga, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się, cóż to za niesłychane wypadki sprawiły, że niemal jednocześnie próbowali się ze mną skontaktować.
Oczywiście okazało się, że jedno z drugim nie miało nic wspólnego. C. akurat wracał z pracy, więc postanowił sprawdzić, czy mam chwilę na pogaduchy, a telefonem Karoliny bawił się jej syn i nieopatrznie wybrał mój numer. Ot, i cała tajemnica. Ja już tymczasem zdążyłam ułożyć teorie spiskowe, których sam Faber by się nie powstydził...

Tak więc, nerwowość i panika to aktualnie moja codzienność. I nic się w tej materii nie zmieni aż do przyszłego piątku, kiedy będzie po wszystkim i dowiem się, czy zaliczyłam. Na samą myśl trzęsą mi się ręce...

Tymczasem jednak zajmijmy się czymś przyjemniejszym. Już za dwa dni Tłusty Czwartek - ulubione święto C., które bardzo szybko postanowił zaszczepić na naszym domowym gruncie. Polega to na tym, że już w połowie stycznia zaczyna marudzić o pączki. Gdy dowiedział się, że w tym roku nic z tego nie będzie, bo nie tylko w sam najważniejszy w roku czwartek, ale też w jego okolicach w domu mnie nie będzie, popadł w odrętwienie. W weekend zakasałam więc rękawy, i zabrałam się za wyrabianie ciasta. Drożdżowe zawsze mnie uspokaja; postanowiłam i tym razem zawierzyć jego terapeutycznym możliwościom. 

Przepis z bloga Hello morning przypadł mi do gustu od pierwszego wejrzenia. Nietradycyjne, bo trójkątne, w dodatku pochodzące z dalekiej Afryki. Ciekawymi składnikami są tutaj mleczko i wiórki kokosowe, a także mąka ryżowa. Nie mogłam się oprzeć, musiałam spróbować.
Pączki okazały się wyśmienite! Lekkie i delikatne, a do tego chrupiące! Wydaje mi się, że to właśnie dzięki mące ryżowej zyskują chrupiącą skorupkę. Wnętrze pozostaje przy tym miękkie i puszyste, o idealnie zrównoważonym, kokosowym aromacie. Wstyd się przyznać, ale od razu zjedliśmy ponad połowę. Takie jeszcze ciepłe smakują przecież najlepiej!

Kokosowe mandazi - afrykańskie pączki


Składniki:
(na 24 sztuki)
  • 55 g cukru trzcinowego
  • 12 g świeżych drożdży
  • 165 ml letniej wody
  • 125 ml mleczka kokosowego
  • 300 g mąki pszennej
  • 120 g mąki ryżowej
  • 20 g wiórków kokosowych
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu

dodatkowo:
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu

Drożdże rozetrzeć z 1 łyżeczką cukru, dodać 65 ml wody i 3 łyżki mąki. Wymieszać, odstawić na 10-15 minut.
Do rozczynu dodać mleczko kokosowe i resztę wody, wymieszać. Następnie dodać przesiane mąki, pozostały cukier, wiórki kokosowe i kardamon. Wyrobić gładkie ciasto, odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na 1 godzinę.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Podzielić na 4 równe części, każdą rozwałkować na okrąg o grubości 5 mm. Każdą część pokroić na 6 trójkątów, jak tort. Zostawić na oprószonym mąką blacie na 15 minut.

W dużym, szerokim garnku rozgrzać olej. Smażyć pączki z obu stron na jasnobrązowy kolor.
Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem wymieszanym z cynamonem.

Smacznego!

Szczerze mówiąc, są tak pyszne, że nawet nie brakowało mi nadzienia. Same w sobie są wystarczająco aromatyczne i pełne smaku. W dodatku robi się je naprawdę szybko i przyjemnie, i nawet to smażenie w głębokim oleju nie jest tak straszne, jak można by się spodziewać...

sobota, 18 lutego 2017

Historia szpiegowska

Dawno już nie pisałam o tym, co trzymam na nocnym stoliku, a że ostatnio spotkało mnie bardzo miłe zaskoczenie stwierdziłam, że najwyższy czas nadrobić zaległości w tej materii.

Mieszkając w internacie, z braku zajęć innych niż nauka, siedzenie przed komputerem i wymigiwanie się od najróżniejszych wydarzeń socjalno-towarzyskich, pochłaniam książki w tempie dużo większym niż na co dzień. Nie, żeby zwykłe tempo było oszałamiające... Przy ilości czasu, który spędzam w pracy i samochodzie, doba staje się za krótka nawet na takie drobne przyjemności, jak tych kilka stron przed snem. Teraz więc, gdy mam możliwości, wykorzystuję je, jak tylko się da.

Na miniony tydzień zabrałam ze sobą dwie powieści. Jedną przeczytałam całą i jestem w połowie drugiej. Całkiem nieźle, moim zdaniem; zważywszy, że jestem też już w połowie projektu egzaminacyjnego.

Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o tej pierwszej. Jestem pewna, że większość z Was o niej słyszała, pewnie wiele osób ma już tę lekturę za sobą. Ja zabierałam się do niej jak przysłowiowy pies do jeża z tej prostej przyczyny, że choć znam i cenię twórczość Kena Folletta, to jednak kryminały i powieści szpiegowskie nie znajdują się najwyżej na liście moich zainteresować. Tym razem wybrał za mnie przypadek: wyjeżdżając z domu w poniedziałek rano, tuż przed wyjściem przypomniałam sobie, żeby zabrać jakąś książkę. Igła leżała na wyciągnięcie ręki... I znalazła się w torbie.


Mój egzemplarz to wydanie z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku; szara okładka z jednym, czerwonym akcentem. Można by przejść obok niego zupełnie obojętnie; ja patrzyłam z pewną podejrzliwością. Bo czyż może mnie wciągnąć historia niemieckiego szpiega...?
Okazało się, że może. I to do tego stopnia, że na posiłki schodziłam z książką w dłoni (raz nawet prawie spadłam ze schodów, a przecież dawno mi się już takie rzeczy nie zdarzały). 

Bohaterem powieści Folletta jest Heinrich Faber - niemiecki szpieg o kryptonimie Igła, który od kilku już lat działa na terenie Wielkiej Brytanii, przekazując niezwykle istotne informacje. W kilku pierwszy akapitach poznajemy też doktora Godlimana, który przez swojego wuja zostaje zwerbowany do wojska w celu odszukiwania agentów nieprzyjaciela oraz Lucy i Davida, parę, której tragiczny wypadek w dzień ślubu zrujnował życie. I o ile od razu rozumiemy związek Fabera z doktorem, to postacie młodych małżonków i ich losy wplecione w historię szpiegowską intrygują. Jaki bowiem mogą mieć związek mieszkańcy maleńkiej wysepki, zamieszkanej raptem przez cztery osoby, z najważniejszymi wydarzenia wojny rozgrywającymi się w dalekim Londynie...?

Książka wciągnęła mnie od samego początku. Dobrze napisana, porywa czytelnika już od pierwszych stron nieoczekiwanymi morderstwami i zwrotami akcji. I choć, tak jak napisałam wyżej, nie jestem wielbicielem tego typu historii, tu dałam się bez reszty wciągnąć w grę głównych bohaterów. Nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć, jak się to wszystko skończy!
I choć zakończenie mnie usatysfakcjonowało, to jednak żal mi było...

Czego...? 
Przeczytajcie sami.

Igła
Ken Follett
Czytelnik
Warszawa, 1989

czwartek, 16 lutego 2017

Ciasto z czerwonymi pomarańczami z horrorem w tle

Zdecydowała, że jednak wyjedzie w poniedziałek. Oczywiście, wiązało się to z zabójczo wręcz wczesną pobudką o wpół do czwartej nad ranem, ale czego nie robi się dla jeszcze jednej nocy we własnym łóżku. Zresztą, była przyzwyczajona; codziennie do pracy wstawała o godzinach, w których istnienie wielu nadal powątpiewa.
Zaskoczył ją brak korków i płynny ruch, nawet w okolicach, w których zazwyczaj nie udawało się uniknąć choćby i krótkich postojów. Wszystko szło gładko; minęła most bez kolejki do kasy. Już od dłuższego czasu zaciskała zęby, powtarzając sobie, że będzie na miejscu już niedługo; okazało się jednak, że natura zwyciężyła nad silną wolą. Zatrzymała się więc na przydrożnym parkingu, żeby skorzystać z toalety. Świat ciągle powlekały ciemności, choć gdzieś na horyzoncie majaczyła bladoróżowa, cieniutka linia. 
Opatuliła szyję szalem, wcisnęła dłonie w kieszenie i szybkim krokiem ruszyła w kierunku szarego budyneczku. Weszła do pomieszczenia, zaskoczona jego wielkością; spokojnie można by tu zrobić trzy kabiny zamiast jednej; pomyślała. Zerknęła przelotnie za załom muru, i stanęła jak wryta. Na stoliku w rogu pomieszczenia leżały stopy w czarnych szpilkach, na nich czarne, koronkowe majtki, a całość wieńczyła głowa... Sklepowego manekina. Tuż obok leżała kartka z odręczną notką: Oto moja żona, Tove... Reszta była zamazana; ktoś niefrasobliwie ochlapał intrygujący świstek. 

Włoski na karku nieprzyjemnie przypomniały o swoim jestestwie; szybko załatwiła potrzebę, a do samochodu niemal biegła.

I przysięgam, że właśnie to wydarzyło się w miniony poniedziałek.

Niedawno wspominałam, że rozpoczął się sezon na moje ukochane czerwone pomarańcze. Kupiłam ich sporo; z części przygotowałam tartę, którą już Wam pokazywałam, kilka po prostu zjadłam, a resztę zamieniłam w ciasto znalezione u Doroty. Tamto było ze zwykłymi pomarańczami; jestem pewna, że w smaku bardzo się od siebie nie różnią, ale ten kolor... Musicie przyznać, że chyba wszystko wygląda lepiej w krwistej czerwieni niż w banalnym pomarańczu.

Ciasto jest wilgotne, słodkie i intensywnie pomarańczowe, a owoce na wierzchu to prawdziwe delicje. Nie można mu się oprzeć.

Klejące ciasto z czerwonymi pomarańczami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

pomarańcze w syropie:
  • 2 pomarańcze
  • 150 g cukru
  • 100 ml wody

ciasto:
  • 185 g creme fraiche (18%)
  • 110 g masła
  • 4 jajka
  • skórka otarta z 1 czerwonej pomarańczy
  • 220 g mąki pszennej
  • 3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 160 g cukru

Cukier i wodę zagotować w szerokim garnku lub na patelni. 
Pomarańcze pokroić w grube plastry.
Gdy cukier się całkowicie rozpuści, ułożyć plastry pomarańczy w garnku. Gotować na małej mocy palnika 12-15 minut, w połowie przewracając na drugą stronę, aż staną się szkliste. Odsączyć z syropu, ułożyć na dnie tortownicy wyłożonym papierem do pieczenia.
Syrop zachować.

Masło rozpuścić, przestudzić. Wymieszać ze śmietaną. Po jednym wbijać jajka, następnie dodać cukier i skórkę z pomarańczy. 
Mąkę przesiać z sodą, dodawać partiami do pozostałych składników, dokładnie mieszając.

Ciasto wyłożyć na pomarańcze, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez około30 minut, do suchego patyczka. 

Przestudzić chwilę w formie, następnie wyjąć na talerz. Gdyby ciasto urosło z dużą górką, należy ją równo ściąć. Ciasto ponakłuwać wykałaczką, polać syropem, zachowując 2-3 łyżki. Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Przed podaniem obrócić do góry spodem, wierzch ciasta polać pozostałym syropem.

Smacznego!

A dlaczego nagle zaczęłam pisać o sobie w osobie trzeciej...? Bo ciągle przechodzą mnie dreszcze, jak o tym myślę...

wtorek, 14 lutego 2017

Czekoladowo-różany sernik na Walentynki

I tak, po cudownie leniwym weekendzie (nie licząc dwunastu godzin w pracy w sobotę, uff), znów wylądowałam w internacie. Wczoraj, korzystając z wyjątkowo pysznej pogody: lekki mróz, mnóstwo słońca i niebo w odcieniach najczystszego błękitu, wybrałam się na spacer. Ot tak, bez celu. Odprężywszy się zupełnie, zachłysnąwszy wręcz refleksami tańczącymi na wodzie, oddychając głęboko czystym, zimnym powietrzem, nagle wpadłam na temat mojej pracy. A potem po kolei przyszły mi do głowy wszystkie przepisy na chleby, musy i ciasta, które mam zamiar wykorzystać. Teraz tylko pozostaje mi to wszystko spisać i sprawdzić, czy jest szansa na dostanie tych wszystkich wymyślnych składników, które znikąd pojawiły się w mojej głowie...

Tymczasem mamy Walentynki. Jak ten czas szybko leci! 
Oczywiście, C. jest ponad dwieście kilometrów ode mnie; dzieli nas morze, wyspa, dwa długie mosty i całe kilometry autostrad. Takie to już nasze szczęście...

Żeby choć trochę osłodzić mu ten samotny dzień, przed wyjazdem upiekłam sernik. Tak obłędnie czekoladowy, że, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak niby miałabym upchnąć w nim więcej czekolady. Jest więc miękki, rozpływający się w ustach spód brownie na mące gryczanej (dzięki temu cały wypiek jest bezglutenowy i ma delikatny posmak orzechów), a na nim gęsta, ciężka masa serowa. To takie konkretne ciasto, którego nie da się zjeść na raz za dużo, ale po chwili człowiek i tak ma ochotę na więcej. O tym, że czekolada to najlepszy z afrodyzjaków, z pewnością nie muszę Wam przypominać. A żeby było jeszcze bardziej słodko i romantycznie, dodałam akcent różany w postaci cienkiej warstwy konfitury. Troszkę się bałam, że zniknie wśród tej czekoladowości, ale nie; bez problemu można go wyczuć, choć to czekolada dominuje w tym deserze. Całość udekorowałam różowymi, bezowymi serduszkami z wodą różaną i różanymi płatkami. Jestem tą dekoracją szczerze zachwycona; mam ochotę wykorzystać ją ponownie. Jest banalnie prosta w przygotowaniu, a prezentuje się naprawdę wspaniale.

Oczywiście, sernik bardzo malowniczo pękł, ale... Nie ma to najmniejszego znaczenia. Smakuje obłędnie!

Sernik czekoladowo-różany na spodzie brownie


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 19 cm)

spód brownie:
  • 65 g mąki gryczanej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 55 g cukru
  • 1 jajko
  • 50 g masła
  • 60 g czekolady (60%)
  • 25 ml śmietany kremówki (38%)

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 125 g ciemnej czekolady (60%)
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 jajka
  • 1 żółtko
  • 100 g cukru

dodatkowo:
  • 100 g konfitury z płatków róż

bezy:
  • 1 białko
  • 40 g cukru
  • 15 g cukru pudru
  • 1/4 łyżeczki wody różanej
  • odrobina czerwonego lub różowego barwnika spożywczego w paście
  • suszone płatki róż

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać.
Masło, czekoladę i kremówkę rozpuścić, przestudzić.
Jajko ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać czekoladę, wymieszać. Partiami dodawać mąkę, delikatnie połączyć łyżką.

Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, brzegi posmarować masłem. Wylać ciasto do tortownicy, wyrównać wierzch.

Podpiec w 160 st. C. przez 15 minut.

W tym czasie przygotować masę serową.
Czekoladę i kremówkę umieścić w garnuszku, podgrzewać na małej mocy palnika, cały czas mieszając, aż czekoladą się rozpuści. Przestudzić.
Serek, czekoladę, jajko, żółtko i cukier zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. 

Podpieczony spód wyjąć z piekarnika, posmarować konfiturą różaną. Na nią wylać masę serową, wyrównać wierzch.

Piec w 140 st. C. przez 55-60 minut, aż wierzch będzie ścięty.
Ostudzić w piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez 3-4 godziny, a najlepiej przez całą noc.

Białko ubić, pod koniec partiami dodając cukier, a następnie przesiany cukier puder. Dodać wodę różaną i barwnik, połączyć.
Bezę przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia wyciskać bezy w kształcie serc, posypać pokruszonymi suszonymi płatkami róż. 

Suszyć w 100 st. C. przez 45-60 minut. 
Ostudzić.

Przed podaniem sernik udekorować bezami.

Smacznego!

A ja, cóż... Na walentynkową kolację udaję się dzisiaj z koleżankami z internatu. Ależ będzie romantycznie!

niedziela, 12 lutego 2017

Definicja miłości. I krem czekoladowy z wasabi

Miłość... 
Skomplikowana sprawa. Z natury - niedefiniowalna. Bo jak tu w kilku zdaniach zamknąć coś, czego pragniemy całe życie? Bo przecież nawet gdy już ją znajdziemy, nadal jej chcemy. To nie pierścionek, który można schować w szkatułce i mieć pewność, że zostanie tam już na zawsze. Miłość jest delikatna. A przecież jednocześnie tak mocna. 
Sama powoli już się plączę, a przecież nawet nie zaczęłam. Choć znam tyle słów w kilku różnych językach, brakuje mi ich, gdy mam opowiedzieć o miłości. 

Może więc powinnam podejść do sprawy od innej strony? Od szczegółu do ogółu. Owszem, to niepopularna metoda, ale kto wie? Może tutaj się sprawdzi...?

Czym jest więc miłość dla mnie? 
To coś, bez czego ciężko żyć. Kiedyś jej szukałam, później dałam sobie spokój, zadowalając się ówczesnym stanem rzeczy. Spokój i równowaga. Czy potrzeba więcej...? Okazało się, że tak. I choć nie zawsze było różowo, to teraz już jest. 
W międzyczasie odkryłam też, że miłość nie jedno ma imię. Że Mama, Tata i Dziadek to też miłość. Może nawet ważniejsza...? Ta bowiem przez długie lata mi wystarczała, otaczała mnie, gdy szukałam czegoś innego; nie zdawałam sobie sprawy, ile dla mnie znaczyła. Teraz patrzę na to inaczej; dojrzalej - tak lubię sobie mówić. Doceniam i szanuję całą tę miłość, która mnie otula niczym najcieplejszy koc. Moszczę się w nim, zwijam w kłębuszek, i mogę tak spędzać całe dnie, tygodnie... A może i lata? O ile los na to pozwoli...


Dzisiaj mam dla Was cudowny, wybitnie walentynkowy deser. Czerwone truskawki to idealny walentynkowy owoc; niedawno kupiłam całą skrzynkę. Zaskoczona intensywnym zapachem, nie mogłam się oprzeć. I muszę przyznać, że to jedne z lepszych truskawek, jakie jadłam. Owszem, brakuje im tej słodyczy, którą mogą zyskać tylko wygrzewając się w promieniach czerwcowego słońca, ale i tak smakują dokładnie tak, jak truskawki smakować powinny. Z braku tej odrobiny szczęścia, użyjcie mrożonych. Nie ma to większego znaczenia, bo i tak przerabiać będziemy wszystko na gładki mus...

Na dnie szklanek znajduje się krem czekoladowy. Gdyby podgrzać mniej śmietanki, a więcej ubić, wyjdzie mus. Tymczasem mamy niezbyt ciężki, ale kremowy... Krem. Po prostu.
Na niego wylewamy cienką warstwę ganache z dodatkiem wasabi, które jest tak zaskakujące, że ciężko się zdecydować, czy się je lubi, czy nie. Ja ciągle jestem w rozterce... Smak jest bardzo oryginalny; z pewnością nie jest to połączenie dla każdego. Ale jeśli lubicie czekoladę z chilli, a w kuchni z ochotą przystępujecie do eksperymentów i poszukujecie nowych wrażeń, to jest to jedno z tych połączeń, których powinniście spróbować. Nie łatwo o nim zapomnieć, oj nie...
Wierzch to zmiksowane z odrobiną cukru pudru i soku z cytryny truskawki; ożywiają całość (biała czekolada jest przecież nieco mdła) i łagodzą ostrość wasabi.
Niebanalne połączenie na niebanalny dzień. Spróbujcie.

Przepis znalazłam u Ani, i od kiedy go zobaczyłam, czułam przymus spróbowania.
A czekoladowe smakołyki na Walentynki znajdziecie dzisiaj również u Mirabelki.

Krem z białej czekolady z truskawkami i wasabi


Składniki:
(na 4-6 porcji)

krem z białej czekolady:
  • 375 ml śmietany kremówki (38%)
  • 225 g białej czekolady
  • 3 listki żelatyny
ganache z wasabi:
  • 115 ml śmietany kremówki (38%)
  • 12 g pasty wasabi
  • 105 g białej czekolady
mus truskawkowy:
  • 300 g truskawek
  • 30 g cukru pudru
  • sok z 1/4 cytryny
dodatkowo:
  • 2-3 truskawki
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Połowę kremówki na krem zagotować, zdjąć garnuszek z palnika. Do śmietany dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Zalać kremówką posiekaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Przestudzić.
Pozostałą kremówkę ubić, partiami dodawać do czekolady, delikatnie mieszając łyżką. Krem rozłożyć do szklanek, wstawić do lodówki na 1 godzinę.

Kremówkę na ganache zagotować, dodać wasabi, wymieszać. Zalać śmietaną posiekaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Ostudzić, następnie wylać na schłodzony mus. Wstawić do lodówki na 1 godzinę.

Truskawki umyć, osuszyć, usunąć szypułki. Zmiksować z cukrem pudrem i sokiem z cytryny na gładki mus. Wylać na ganache, każdą porcję udekorować połową truskawki. Schłodzić.

Smacznego!

Z podanego przepisu spokojnie można przygotować sześć porcji; przy czterech wychodzą może nie imponująco duże, ale za to konkretnie sycące.