czwartek, 25 maja 2017

Problemy przyszłej panny młodej i ciasto z rabarbarem na maślance

Wakacje to jeden z najlepszych wynalazków ludzkości. Człowiek może się byczyć, spać do późna, spacerować, chodzić do kina i w ogóle robić, co mu się żywnie podoba; i absolutnie nikt nie może mieć mu tego za złe. W tym właśnie duchu spędzamy leniwe, czasem słoneczne, a czasem - niestety - deszczowe i pochmurne dni. Oczywiście, zaczęliśmy od rzeczy najważniejszych - zamówiliśmy zaproszenia, dzisiaj C. pojechał szukać garnituru w zacnym towarzystwie mojego Taty i Tomasza, a ja już nawet wybrałam sukienkę... 

Z sukniami ślubnymi bywa różnie. Niektóre panie chodzą, chodzą i chodzą, i wychodzić nie mogą. Nic im się nie podoba, nic nie satysfakcjonuje. Szyją więc suknie na zamówienie, a efekt w większości przypadków (mam nadzieję) jest zadowalający. Inne wybierają na szybko, pierwszą z brzegu, byleby była biała, długa i niedroga (choć wydaje mi się, że tych jest naprawdę niewiele). Jeszcze inne dopada miłość od pierwszego wejrzenia - i właśnie to przytrafiło się mnie.
Już w internecie, gdy zobaczyłam zdjęcie, wiedziałam, że tę sukienkę przymierzyć muszę. Do wybranego salonu udałam się więc na samym początku długiej wędrówki, miła pani pomogła mi się w to cudo ubrać, stanęłam przed wielkim lustrem... I wiedziałam, że to jest to. Suknia idealna. Delikatna, skromna, a jednocześnie niesamowicie efektowna. Z górą z koronki i z takimże wykończeniem, z krótkim trenem i wycięciem w kształcie łezki na plecach (gdy nieopatrznie nazwałam je dziurą, miła pani gwałtownie spochmurniała). 
Żeby tradycji stało się zadość, przymierzyłam jeszcze kilka innych w tym samym salonie, a potem udałam się do trzech kolejnych, gdzie również mocowałam się z tasiemkami, wiązaniami, zamkami, guziczkami, tiulami i koronkami. Owszem, niektóre były naprawdę piękna, ale ta jedna jedyna już zdobyła moje serce i wiedziałam, że nic innego nie stanie na wysokości zadania.

Teoretycznie wszystko wygląda wręcz bajecznie, ale oczywiście - musi być jakieś ale
Jestem człowiekiem raczej praktycznym, i wydanie dwóch średnich krajowych* na sukienkę, którą ubiorę raz, wydaje mi się czynem co najmniej ekstrawaganckim. Jak pomyślę, ile bym za to mogła mieć książek albo foremek do ciast... Z drugiej strony zakładam, że wychodzić za mąż będę tylko raz, może więc warto odpuścić rozsądkowi i dać się ponieść szaleństwu...?

A Wy, moje kochane Czytelniczki...? Jak to było z Wami...?

Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym, nawet na wakacjach, nie dobrała się do piekarnika. Mama była w pracy, mogłam więc swobodnie szaleć w kuchni. Kupiłam bukiet różowo-zielonych łodyg, mąkę, jajka i maślankę, i zabrałam się za pieczenie. Ciasto jest bardzo proste i szybkie w przygotowaniu; taki klasyczny ucieraniec. Dzięki dodatkowi maślanki jest cudownie mięciutki i wilgotny, dłużej też zachowuje świeżość. Słodka cukrowa skorupka świetnie smakuje w połączeniu z mięciutkim ciastem i kwaśnym rabarbarem. Już pierwszego wieczoru zniknęła połowa, polecam więc gorąco. 
Budyniu można użyć waniliowego lub śmietankowego; ten o smaku toffi nadaje jednak ciastu delikatnego karmelowego posmaku, który mi bardzo odpowiada.

Ciasto na maślance z rabarbarem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)
  • 400 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 60 g budyniu o smaku toffi (proszek)
  • 3 jajka
  • 300 g cukru
  • 100 ml oleju
  • 250 g maślanki

dodatkowo:
  • 375 g rabarbaru
  • 55 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru

Mąkę przesiać z proszkiem i sodą, wymieszać z budyniowym proszkiem.
Jajka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać olej, cały czas miksując. Na zmianę dodawać mąkę i maślankę, miksując na najniższych obrotach, tylko do połączenia składników.

Masę przełożyć do formy wyłożonej na spodzie papierem do pieczenia, o bokach posmarowanych masłem.

Rabarbar pokroić na plastry grubości 1-1,5 cm, wyłożyć na wierzch, delikatnie wciskając w ciasto.
Wierzch posypać migdałami i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Smacznego!

* Nie mam pojęcia, ile wynosi obecnie średnia krajowa w Polsce. 
Ani w żadnym innym kraju, jeśli kogoś to interesuje.

poniedziałek, 22 maja 2017

Majowe wakacje, rewelacje i kakaowy pudding chia. Z malinami

Calusieńką sobotę spędziłam na sprzątaniu. W tak zwanym międzyczasie zaobserwowałam jeden krwawiący palec (przyczyna rzeczonego krwawienia nadal pozostaje dla mnie zagadką), pod drugi zaś wbiłam sobie drzazgę (chyba. Nie widziałam nic, ale bolało tak, jakby coś siedziało tuż pod paznokciem). Muszę nadmienić, że było to sprzątanie powyżej codziennych standardów, obejmowało bowiem umycie obu lodówek, zmianę pościeli i dokładne wyszorowanie odpływów (tu akurat miał się okazję wykazać C.).
Kiedy w końcu skończyłam i usiadłam na sofie wyraźnie z siebie zadowolona, stwierdziłam, że przede mną pakowanie. Uff... Na szczęście mam listę; bez listy zawsze czegoś ważnego zapomnę. Bo nie wiem, czy wiecie, ale jadę na wakacje. Przez półtora roku nie miałam tyle wolnego, a teraz proszę - całe dwa tygodnie! Jedziemy więc do Polski odwiedzić Rodziców i zrobić bardzo poważne zakupy obejmujące białą sukienkę, garnitur i obrączki. Ach, no tak; o tym być może również zapomniałam napisać - wychodzę za mąż

Po takich rewelacjach mam dla Was propozycję bardzo prostego i szybkiego w przygotowaniu deseru lub śniadania. Puddingi chia goszczą u mnie bardzo często; są idealne na zabiegane poranki, gdy nie mam czasu na przygotowywanie skomplikowanych śniadań, a zjadłabym coś innego niż płatki na mleku czy granolę. Mieszam więc pod wieczór chia z mlekiem, jogurtem i paroma dodatkami, żeby rano móc rozkoszować się wyjątkowo pysznym smakiem.

Tym razem kakao, odrobina miodu i świeżutkie, aromatyczne maliny. Więcej do szczęścia nie trzeba.

Pudding jogurtowo-kakaowy z chia i malinami


Składniki:
(na 2-3 porcje)
  • 300 g jogurtu naturalnego
  • 200 mleka
  • 3 łyżki kakao
  • 3 łyżki nasion chia
  • 3 łyżki miodu

dodatkowo:
  • 200 g malin

Jogurt, mleko, kakao, chia i miód dokładnie wymieszać, najlepiej za pomocą trzepaczki. Mieszać tak długo, aż masa wyraźnie zgęstnieje. Schłodzić w lodówce przez noc.

Przełożyć pudding do miseczek lub szklanek. Kilka malin odłożyć, resztę zmiksować blenderem na gładką masę. Mus malinowy wyłożyć na pudding, udekorować pozostałymi owocami.

Smacznego!


Z racji wakacji na blogu zapanuje cisza przez najbliższe dwa tygodnie. Być może uda mi się coś w międzyczasie wrzucić, ale nic nie obiecuję.
Mam nadzieję, że na mnie cierpliwie poczekacie.

piątek, 19 maja 2017

Piątki z piłką. Dwa

Jak już wspominałam w zeszłym tygodniu, zostałam poproszona o przygotowanie tortów na konfirmację kuzyna C. Zgodziłam się z radością, choć w piłce nożnej nigdy nie dopatrzę się jakiejkolwiek logiki. Dwudziestu spoconych, dorosłych mężczyzn uganiających się za piłką, i dwóch próbujących ją złapać, którzy biegają i pocą się zdecydowanie mniej. I miliony, których ekscytacji na tym punkcie zrozumieć nie mogę...
Nie oceniam ani nie neguję, po prostu nie rozumiem. Torty jednak w kształcie piłek przygotowałam z prawdziwą przyjemnością.

Pierwszy był mocno czekoladowy; począwszy od ciasta, poprzez trzy rodzaje musu: z białej, mlecznej i ciemnej czekolady. Stwierdziłam jednak, że skoro są dwa, a nie wszyscy są tak zagorzałymi fanami czekolady, drugi przygotuję w wersji nieco lżejszej i bardziej wiosennej. Padło więc na aromatyczne truskawki, delikatną ricottę i odrobinę rumu dla przełamania smaku. Wyszło bosko! Cały tort był dokładnie taki, jak zaplanowałam: orzeźwiający, lekki i delikatny, ale w żadnym razie nie mdły. A dekoracja zadowoliła konfirmanta, nie było więc na co narzekać.
Z tortu zostały raptem dwa małe kawałki, uznaję więc go za pełen sukces.
Można przygotować go w tortownicy o średnicy około 28 cm, i udekorować według własnych upodobań. Takie połączenie smaków warto bowiem wykorzystać również przy innych okazjach. 

Póki co, więcej piątków z piłką nie będzie. Ale kto wie, jak się życie ułoży; może jeszcze kiedyś do tematu wrócimy.

Tort piłka truskawkowy


Składniki:
(na miskę o pojemności 3 l)
  • 65 g surowego marcepanu
  • 65 g cukru pudru
  • 85 g miękkiego masła
  • 5 jajek
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 86 g białej czekolady

mus rumowy z truskawkami:
  • 500 g sera ricotta
  • 225 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 3 łyżki rumu
  • 6 listków żelatyny
  • 50 ml mleka
  • 400 g truskawek

krem maślany:
  • 125 g miękkiego masła
  • 500 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 3 łyżki mleka

dekoracja:
  • marcepan plastyczny
  • czarny i zielony barwnik spożywczy w paście

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, przestudzić.
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier.
Marcepan, cukier puder, masło, żółtka, cukier waniliowy i przesianą mąkę utrzeć na jednolitą masę. Dodać czekoladę, zmiksować. Partiami dodawać bezę, delikatnie mieszając łyżką.

Masę równomiernie rozłożyć na blasze z piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15-18 minut.
Ostudzić.

Miskę wyłożyć folią spożywczą.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Ricottę zmiksować z cukrem waniliowym.
Mleko zagotować, zdjąć garnuszek z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Dodać do serka, zmiksować. Dodać rum, połączyć.
Kremówkę ubić na pół sztywno, delikatnie wmieszać łyżką do kremu.
Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki i pokroić na ćwiartki. Dodać do kremu, połączyć.

1/3 kremu wyłożyć do miski, przykryć ciastem. Następnie znów wyłożyć krem, później ciasto, resztę kremu i przykryć ostatnim blatem ciasta.
Schłodzić przez noc w lodówce.

Masło utrzeć na puszystą, jasną masę. Partiami dodawać cukier puder, cały czas miksując. Dodać ekstrakt i sól, połączyć. Powoli wlewać mleko, cały czas miksując.

Kremem maślanym obłożyć tort. Jeśli miska nie była idealnie okrągła, skorygować kształt tortu. Obłożyć białym marcepanem. Część pozostałego marcepanu zafarbować na czarno. wyciąć z niego pięciokąty, ułożyć na torcie tak, aby uformować wzór piłki. Pozostały marcepan zafarbować na zielono, udekorować boki tortu, tworząc trawę.

Smacznego!

C. dzielnie pomagał przy dekoracji; robiąc trawę, rozerwał dwa sitka. 
Drogi biznes z takim pomocnikiem...

środa, 17 maja 2017

Jeżynowo-jogurtowy pudding chia. I o tym, że pszczoły bywają niebezpieczne

Już na wstępie chciałabym Was lojalnie uprzedzić: to jest wpis tylko dla Czytelników o mocnych nerwach.
Żeby później nie było, że nie ostrzegałam...

W poniedziałek, mając lat trzydzieści, miesięcy osiem i dni siedem, zostałam po raz pierwszy w życiu użądlona przez pszczołę. Boli cholerstwo niesamowicie! Podstępna, przyczepiła się do mnie już w ogródku, czego w swej naiwności nie zauważyłam. Stoję więc sobie w kuchni, nucę pod nosem Jingle bells (nie pytajcie; ta melodia prześladuje mnie przez okrągły rok), aż tu nagle coś mnie załaskotało w ramię. Pewna, że to jakiś włos czy inny pyłek, niecierpliwie machnęłam dłonią. Na blacie, ni z tego, ni z owego, wylądowała pszczoła. Natychmiast zawołałam C., żeby czym prędzej się z nią rozprawił, zanim kogoś użądli. I wtedy poczułam ból w ramieniu...
Z paniką spojrzałam w oczy C. i wykrztusiłam: Chyba mnie użądliła... Zerknął fachowo, jednym sprawnym ruchem wyciągnął żądło i orzekł, że należy przyłożyć kostkę cukru. Uniosłam brew, bo wydawało mi się to co najmniej dziwnym pomysłem. C. już jednak wkładał buty i pędził do sklepu, bo w domu mamy przynajmniej siedem rodzajów cukru, ale żadnego w kostkach.
Gdy wrócił, zastał mnie w bujanym fotelu, ściskającą ramię i cóż... Kiwającą się w tył i w przód. Teraz już wiem, że takie użądlenie to nie przelewki, a komary to przy tym pikuś.

W czasie, gdy ja snułam te ponure rozmyślania, C. odpakował cukrowy sześcian, po czym, dokładnie go wpierw obśliniwszy, przyłożył do śladu po użądleniu. Moja zniesmaczona mina szybko zmieniła się w błogą, gdy ze szczerym zdziwieniem stwierdziłam, że to naprawdę działa! 
Dzisiaj już nic mnie nie boli, a w miejscu użądlenia czuję tylko dziwne zgrubienie. Niech żyją Duńczycy i naturalne sposoby na wszystko!

Ach, zapomniałabym! Wiecie, co powiedział C., wynosząc z kuchni martwą pszczołę...? 
Biedna pszczoła... Bo wiesz, to nie była osa, tylko jedna z tych dobrych...
Tu pozwoliłam sobie na niemy protest. Ale że cukier działał, zostawiłam go dla siebie.

Tymczasem mam dla Was kolejną propozycję na śniadanie pierwsze, drugie, deser lub podwieczorek. Nie ma to jak uniwersalność!

Pisałam Wam niedawno, że przytargałam do domu całe mnóstwo owoców. Zużyłam je bardzo szybko; głównie po prostu podjadając po jednej czy dwie jagódki prosto z lodówki. Z części jeżyn przygotowałam jednak znakomity pudding z dodatkiem chia, suszonych jagód acai i jogurtu. Muszę przyznać, że pomysł z jogurtem jest wręcz genialny! Jeśli zamiast łyżką, wymieszacie wszystko porządnie trzepaczką, całość lekko się spieni, dzięki czemu gotowy pudding będzie miał wyjątkowo lekką i delikatną konsystencję. Musze przyznać, że mnie ten efekt bardzo przyjemnie zaskoczył. 
Mocno owocowy, z lekko chrupiącymi nasionkami, pudding doda energii na kolejnych kilka godzin; nawet, jeśli są bardzo intensywne.

Jeżynowo-jogurtowy pudding chia


Składniki:
(na 2-3 porcje)
  • 300 g jogurtu naturalnego
  • 200 ml mleka
  • 3 łyżki chia
  • 100 g jeżyn
  • 1 łyżka suszonych jagód acai
  • 3 łyżki miodu

dodatkowo:
  • jeżyny
  • maliny

Jeżyny zmiksować blenderem, przetrzeć przez sitko. Wymieszać jogurt, mleko, chia, jeżynowe puree, acai i miód. Mieszać trzepaczką przez kilka minut, aż masa wyraźnie zgęstnieje. Odstawić na noc do lodówki.

Pudding przełożyć do szklanek, podawać ze świeżymi owocami.

Smacznego!


A Wy? Macie sprawdzone sposoby na użądlenia...?

poniedziałek, 15 maja 2017

Dżem truskawkowy. Bez cukru, za to z chia

Niedzielny wieczór. Właściwie to późne popołudnie; wieczory dla mnie praktycznie nie istnieją. W każdym razie o godzinie dwudziestej nadal jest ciepło i jasno, a ja mogę siedzieć w ogrodzie w lekkiej bluzce i letniej spódnicy, popijać herbatkę (poważnie zaczynam się zastanawiać nad przygotowaniem zapasu mrożonej) i cieszyć się chwilą spokoju. 

W Danii Dzień Matki przypada zawsze w drugą niedzielę maja, zeszły tydzień był więc ciągnącym się w nieskończoność pasmem harówki; niemniej efekty były satysfakcjonujące. Pamiętacie moje różowe ciasto? Zostało docenione na tyle, że szef wybrał je na główną atrakcję w Dniu Matki. Przygotowaliśmy ich... Cóż, dużo. Musze jednak przyznać, że mimo zmęczenia, czuję się lekko z siebie dumna. Szczególnie, że reklama trafiła na pierwszą stronę Østbirk Avis, co zdecydowanie wpłynęło na sprzedaż i morale. 

A dzisiaj mam dla Was przepis, który przyda się może nie dziś i nie jutro, ale że sezon na truskawki zapasem stwierdziłam, że to już najwyższy czas na truskawkowe przepisy.

Pomysł na ten dżem znalazłam u nieocenionej Angie, i od razu mi się spodobał. Wprost przepadam za puddingami chia, dżem wydawał się więc doskonałym krokiem naprzód w naszej znajomości. Przygotowałam go zgodnie z oryginałem; to raptem trzy składniki, które znakomicie się uzupełniają. Nie ma tu cukru, warto więc poczekań na naprawdę dojrzałe i słodkie truskawki. Dzięki nasionkom szałwii hiszpańskiej zyskuje ciekawą strukturę i całkiem gęstą, udającą frużelinę, konsystencję. Delikatny miodowy smak świetnie uzupełnia truskawki, naprawdę ciężko się od niego oderwać. 
I muszę przyznać, że mam ogromną ochotę na kolejne owocowe eksperymenty z chia...

Truskawkowy dżem z chia


Składniki:
(na 3 słoiki)
  • 1 kg truskawek
  • 3 łyżki miodu
  • 4 łyżki nasion chia

Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki. Owoce przekroić na połówki lub ćwiartki, umieścić w garnku o grubym dnie i gotować 15-20 minut, aż większość truskawek się rozpadnie. Dodać miód, wymieszać do połączenia składników. Następnie dodać chia i gotować kolejne 15 minut, od czasu do czasu mieszając.

Gorący dżem przełożyć do wyparzonych słoiczków, mocno zakręcić i odstawić do góry dnem do całkowitego ostudzenia.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Tymczasem coraz niecierpliwiej odliczam dni do urlopu. 
Pięć.

piątek, 12 maja 2017

Piątki z piłką. Jeden

Nie lubię piłki nożnej.
Tak sobie pomyślałam, że to dobry sposób na rozpoczęcie tego posta. Żeby od razu wszystko było jasne. Niemniej, lubię sprawiać radość innym; szczególnie, jeśli przy okazji mogę upiec ciacho.

Jakież było moje zdziwienie, gdy kilka tygodni temu dostałam smsa zaczynającego się słowami Hej słodka Aniu. Hmmm... Pisze ktoś, kto mnie zna, ale nie za dobrze. Albo czegoś ode mnie chce.
Okazało się, że to jedna z ciotek C. z pytaniem, czy przygotuję tort na komunię jej syna. Wargi rozciągnęły mi się w uśmiechu; pewnie, że tak! I to z przyjemnością.
Dowiedziałam się, że tort, a właściwie dwa, mają być w kształcie piłek do piłki nożnej, i że wnętrze pozostawia mojemu uznaniu, ale Albert przepada za czekoladą. 

Łatwiej być już nie mogło, prawda...? Czekoladowo-marcepanowy spód przygotowałam z przepisu, który Odense marcipan rozdaje na swoich szkoleniach w zakresie tortów weselnych. Do tego prosty mus czekoladowy, ale w trzech smakach: białej, mlecznej i ciemnej czekolady. Tort wyszedł nie za słodki, za to obłędnie czekoladowy i stosunkowo lekki. Zgarnął mnóstwo pochwał od fanów czekolady i zniknął w trzech czwartych, co biorąc pod uwagę, że poza moimi ciastami były też lody, dwa rodzaje brownie i urocze, malutkie desery Sarah Bernhard (kiedyś Wam pokażę, bo to duńska klasyka), uznaję to za pełen sukces. 

Tort piłka czekoladowy


Składniki:
(na miskę o pojemności 3 l)
  • 65 g surowego marcepanu
  • 65 g cukru pudru
  • 85 g miękkiego masła
  • 5 jajek
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 86 g ciemnej czekolady (58%)

musy czekoladowe:
  • 100 g białej czekolady
  • 100 g mlecznej czekolady
  • 100 g ciemnej czekolady (75%)
  • 6 listków żelatyny
  • 800 ml śmietany kremówki (38%)

krem maślany:
  • 125 g miękkiego masła
  • 500 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 3 łyżki mleka

dekoracja:
  • marcepan plastyczny
  • czarny i zielony barwnik spożywczy w paście

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, przestudzić.
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier.
Marcepan, cukier puder, masło, żółtka, cukier waniliowy i przesianą mąkę utrzeć na jednolitą masę. Dodać czekoladę, zmiksować. Partiami dodawać bezę, delikatnie mieszając łyżką.

Masę równomiernie rozłożyć na blasze z piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15-18 minut.
Ostudzić.

Miskę wyłożyć folią spożywczą.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
300 ml kremówki zagotować.
W tym czasie osobno posiekać każdy rodzaj czekolady, przełożyć do trzech misek. 
Kremówkę zdjąć z palnika, dodać żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Rozlać śmietanę równomiernie do misek z czekoladą, wymieszać, aż czekolada się rozpuści. Przestudzić.

Pozostałą kremówkę ubić na sztywno. Dodać 1/3 śmietany do każdej czekolady, delikatnie połączyć.

Na dno miski wyłożyć biały mus. Przykryć ciastem. Następnie wyłożyć mus z mlecznej czekolady, przykryć warstwą ciasta. Na końcu wyłożyć mus z ciemnej czekolady, przykryć krążkiem ciasta.
Schłodzić przez noc w lodówce.

Masło utrzeć na puszystą, jasną masę. Partiami dodawać cukier puder, cały czas miksując. Dodać ekstrakt i sól, połączyć. Powoli wlewać mleko, cały czas miksując.

Kremem maślanym obłożyć tort. Jeśli miska nie była idealnie okrągła, skorygować kształt tortu. Obłożyć białym marcepanem. Część pozostałego marcepanu zafarbować na czarno. wyciąć z niego pięciokąty, ułożyć na torcie tak, aby uformować wzór piłki. Pozostały marcepan zafarbować na zielono, udekorować boki tortu, tworząc trawę.

Smacznego!

Jeśli macie chęć przygotować taki tort w innym kształcie, proporcje będą pasować do formy o średnicy 28-30 cm. 
Ciasta z tego przepisu zostanie, ale można z niego przygotować pyszne trufle czy bajaderki. Niedługo Wam pokażę, co ja przygotowałam z resztek.

środa, 10 maja 2017

Truskawki i tymianek. Drożdżówki

Niedziela. Wstałam o zawstydzająco późnej godzinie (choć należy wziąć poprawkę na fakt, że co drugi weekend budzik wyrywa mnie z łóżka o wpół do pierwszej w nocy, w związku z czym godzina ósma, dla innych zupełnie normalna, mi wydaje się niesamowitym luksusem), a po wejściu do rozświetlonej porannym słońcem łazienki stwierdziłam, że to będzie dobry dzień.
Ubrałam się w czarne skarpetki, czarne getry (zwane modnie legginsami) oraz czarną bluzkę z rękawem trzy czwarte (kolor bielizny pominę, nie jest istotny dla sprawy). Zadowolona z siebie, wyszłam do ogrodu, gdzie C. już czekał rozłożony na sofie. Popatrzył na mnie spod oka i spytał, gdzie ja się tak ubrana wybieram. Nigdzie - odparłam zgodnie z prawdą, nie rozumiejąc uszczypliwości. Zjedliśmy śniadanie (boskie gofry z poprzedniego wpisu), zaparzyłam sobie herbaty i rozsiadłam się na tarasie, obserwując nieśmiało kiełkującą cebulkę i zdecydowanie śmielsze rzodkiewki. Po pięciu minutach wstałam, udałam się do sypialni, zrzuciłam wszystko, co czarne, żeby nałożyć - uwaga! - letnią sukienkę w paski! Skarpetki zastąpiłam klapkami, zajęłam uprzednie miejsce w fotelu i udawałam, że nie widzę wymownego spojrzenia C.

Dzień minął nam na spacerach z psami, pieleniu ogródka i otwarciu sezonu grillowego, przy czym sukienkę zamieniłam na spodnie o godzinie dziewiętnastej. Było bosko! 
I tak, nie krępujcie się - możecie mi zazdrościć. Tak naprawdę sama sobie zazdroszczę, bo okazało się, że niedziela była jakimś cudownym wyjątkiem. Teraz jest znów chłodno i pochmurnie, a gdy piszę te słowa, ewidentnie zbiera się na deszcz. 

Nie tracący optymizmu i ducha C. stwierdził, że lato w tym roku już zaliczyliśmy (co jest odniesieniem do jednego z ulubionych zdań Duńczyków: Uwielbiam duńskie lato. To najpiękniejszy dzień w roku), więc nie mam zrzędzić, tylko cierpliwie czekać do przyszłego roku.

I tak, wiem, że na najlepsze truskawki trzeba poczekać jeszcze miesiąc. Nic z tymi czerwcowymi równać się bowiem nie może. Jednak po zimie, która w tym roku nie mroźna, ale szara i błotnista była, przez co zmęczyła mnie bardziej niż gdyby zasypała nas śniegiem po dachy, mam nieodpartą ochotę na truskawki właśnie. Sięgnęłam po przepis Beaty, który wypróbowałam już wcześniej, i okazał się prawdziwym hitem. Ponieważ jednak nie lubię powtarzać przepisów, postanowiłam coś zmienić. Tym razem była to zmiana niewielka, bo bazylię zastąpiłam tymiankiem. Pozostał ten sam delikatny, ziołowy aromat, ale jednak nieco inny. Z truskawkami oba dodatki komponują się idealnie, a połączenie jest tak oryginalne, że naprawdę warto je wypróbować. Nawet dwukrotnie!

Drożdżówki z truskawkami i lukrem tymiankowym


Składniki:
(na formę 30x22 cm)
  • 25 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 75 g cukru
  • 2 jajka
  • 70 g masła
  • 600 g mąki pszennej

nadzienie:
  • 300 g serka kremowego
  • 40 g cukru
  • 500 g truskawek

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka

lukier:
  • 15 gałązek tymianku
  • 170 g cukru pudru
  • 3 łyżki mleka

Drożdże rozetrzeć z 1 łyżeczką cukru, dodać 100 ml mleka i trzy łyżki mąki. Wymieszać, żeby nie było grudek, odstawić na 15-20 minut.
Mąkę przesiać do dużej miski. Dodać rozczyn, jajka, pozostały cukier i mleko. Zagnieść ciasto. Wlać rozpuszczone i przestudzone masło, wyrobić gładkie, elastyczne ciasto.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie ciasto rozwałkować na prostokąt o grubości 0,5 cm i długości około 50 cm. 
Serek wymieszać z cukrem, posmarować nim ciasto. Na wierzchu rozłożyć pokrojone w plasterki truskawki. Ciasto zwinąć ciasno jak roladę, pokroić na 12 plastrów. Ułożyć je blisko siebie w formie wyłożonej papierem do pieczenia.
Odstawić na 20-30 minut do napuszenia.

Wyrośnięte drożdżówki posmarować mlekiem.

Piec w 180 st. C. przez 30-40 minut, aż nabiorą ładnego koloru.
Ostudzić.

Listki tymianku zemleć w młynku do kawy z 1-2 łyżkami cukru. Wymieszać z pozostałym pudrem, a następnie z mlekiem. Polukrować bułeczki, zostawić do zastygnięcia lukru.

Smacznego!


Drożdżówki są puszyste i mięciutkie, a serowe nadzienie i soczyste truskawki sprawiają, że dłużej zachowują świeżość. Będą idealne na piknik, kiedy w końcu pogoda na nie pozwoli...